Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Ostatnie tchnienie - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
10 czerwca 2026
2500 pkt
punktów Virtualo

Ostatnie tchnienie - ebook

Gdy życie balansuje na krawędzi, każdy wybór staje się przeznaczeniem

Narida, anielica żyjąca wśród ludzi, staje w obliczu najtrudniejszej próby: walki o życie przyjaciela. Podczas nocnego spotkania Rimon zostaje zaatakowany, a w jego ciele zaczyna budzić się pradawna moc, której nikt nie potrafi kontrolować.

Z pomocą dawnego wroga, istoty światła oraz istoty żywiołu, Narida i jej bliscy muszą odkryć tajemnicę druidzkiego zaklęcia i zdobyć antidotum z legendarnej Księgi Czeluści. Aby uratować przyjaciela, nie wystarczy magia – potrzebna jest czysta miłość sięgająca poza granice życia i śmierci. W ostatniej, decydującej próbie bohaterowie wyruszają do Czyśćca, gdzie prawda wystawia ich serca na próbę.

Czas ucieka. Tajemnice wychodzą na jaw. Czy przyjaźń i poświęcenie przyniosą wybawienie? Ostatnie tchnienie zadecyduje o wszystkim.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68608-72-4
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Rimon przedzierał się przez gęste krzewy, starając się stąpać bezszelestnie, tak jak prosiła Kalia, chociaż co jakiś czas trzask gałęzi pod jego stopami przecinał leśną ciszę. Próbował wygładzić sterczące włosy, ale kosmyki jak zawsze żyły własnym życiem. Gwiazdy migotały na ciemnym niebie, a w powietrzu unosił się zapach sosen zmieszany z wonią wilgotnej ziemi. Od momentu wejścia do lasu Rimonowi towarzyszyły pohukiwania sowy, jakby ptak postanowił wtórować tej tajemniczej wyprawie. Kiedy wzrok Rimona przyzwyczaił się do ciemności, demon stawiał kroki pewniej, żwawiej. Obiecał, że dotrze na czas we wskazane miejsce. Zamierzał dotrzymać danego słowa.

Kilka dni wcześniej, podczas spotkania z Kalią w jej ulubionej kawiarni, próbował się dowiedzieć, dlaczego ma iść do lasu akurat w nocy. Dziewczyna obdarzyła go tylko zagadkowym uśmiechem i zapewniła, że niebawem wszystkiego się dowie. Miał jedynie pojawić się o północy pod rozłożystym dębem nieopodal znanej im polany. To wszystko wydało mu się takie tajemnicze.

Kiedy w końcu podkradł się pod dąb na obrzeżach lasu, usłyszał kobiecy śpiew. Melodyjne dźwięki wpadały mu do uszu, po czym łagodnie umykały z wiatrem. Jakiś owad otarł się o jego szyję i Rimon już zamierzał klasnąć dłonią w kark, ale zdusił przekleństwo i bezszelestnie potarł skórę. Obiecał bezwzględną ciszę – wiedział, jak bardzo Kalii na tym zależało. Fala ciepła niespodziewanie rozlała się po jego ciele. Powoli rozpiął skórzaną kurtkę w odcieniu przypalonego brązu, obrócił cienkie rzemyki zawiązane wokół szyi i z dziwnym napięciem wsunął dłonie do kieszeni ciemnych dżinsów. Kobiecy śpiew stawał się coraz donośniejszy, wypełniał jego głowę niczym nieposkromiony chór słowików.

Rimon wytężył demoniczny wzrok, próbując przebić się przez gęste krzaki. Ciepło coraz intensywniej atakowało jego ciało. Nagle dotarł do niego zapach płonącego drewna zmieszany z intensywną wonią kadzideł. Skrzywił usta. Nieprzyjemny, gryzący dym osiadł mu na podniebieniu i nie chciał odpuścić. Demon mlasnął i ponownie usłyszał wokalizę. Tym razem cięższą, głębszą, ostrzejszą. Podkradając się bliżej, nadepnął na spróchniałą gałąź, ale zanim rozległ się trzask łamanego drewna, huk sowy zdusił niechciany odgłos. Rimon odetchnął z ulgą. Zgarbiony, ponownie wytężył wzrok.

Na ukrytej pośród drzew małej polanie skwierczało ognisko. Języki płomieni pląsały w żywiołowym rytmie, wyrzucając w ciemne niebo kłęby iskier. Wokół paleniska spoczywały wielkie kamienie, a tuż obok w kręgu zebrała się liczna grupa. Mężczyźni klepali się po barkach i raz za razem wybuchali śmiechem. Ogień tańczył w ich oczach, a rozmowy płynęły miękko, co wydawało się nie pasować do ich masywnych sylwetek. Ich ramiona okrywały niedźwiedzie futra – ciężkie, brunatne, pachnące dziczą. Niektórzy wymachiwali wielkimi dłońmi, jakby same słowa nie wystarczały, inni kiwali głowami w niemym porozumieniu.

Nieopodal grupki kołysały się staruszki w brązowych szatach. Ich głowy ozdobione były dzierganymi serwetami z wplecioną jemiołą. Twarz jednej pokrywała sadza, a zapach spalenizny oblepiał całe jej ciało. Blisko staruszek bujały się młodsze niewiasty, ubrane w długie lniane suknie, z wiankami z polnych kwiatów na głowach. To właśnie one wyśpiewywały melodyjne pieśni. Na czole każdej z nich widniał znak krzyża narysowany popiołem. Ciemne symbole kontrastowały z czystą bielą ich odzienia. Blask księżyca srebrzył konary drzew, które niczym pochodnie otaczały polanę. Liście tańczyły w podmuchach ciepłego wiatru, niosącego woń wilgotnej ziemi zmieszaną z aromatem kadzideł.

Śpiew niewiast nagle ucichł i starsze kobiety złożyły pokłon ogniowi, po czym jedna po drugiej zaczęły znikać w gąszczu drzew. Młodsze z uśmiechami na twarzach wyciągały ręce w stronę paleniska i swobodnie falowały palcami, jakby chciały zagarnąć iskry dla siebie. Po chwili i one rozpłynęły się w paszczy kniei. Ich suknie migały między ciemnymi pniami, aż w końcu całkowicie zniknęły. Na końcu złożyli pokłon mężczyźni i również oni opuścili tajemne miejsce. Na polanie pozostała tylko Kalia. Dziewczyna uniosła twarz ku gwieździstemu niebu, wciągnęła głęboko powietrze i już zamierzała przywołać Rimona, gdy usłyszała znajomy głos:

– Idziesz?

Odwróciła głowę w prawo. Tęgi mężczyzna zatrzymał się tuż przed granicą lasu i zerkał na nią przez ramię.

– Idź. Zaraz do was dołączę. – Machnęła ręką. Chciała zostać sama.

Kiedy mężczyzna rozmył się w cieniu kniei, oparła się o głaz i zawołała:

– Możesz wyjść.

Rimon oblizał usta i wysunął się zza rozłożystego dębu. Idąc w stronę Kalii, uważnie obserwował jej miodowe oczy, które jarzyły się tak intensywnie, jakby ogrzewał je sam księżyc. Skóra dziewczyny lśniła delikatnym blaskiem, a policzki pulsowały lekką czerwienią. Dookoła jej ciała unosiła się subtelna, niemal magiczna łuna. Lniana suknia przylgnęła do jej smukłej sylwetki, a cienki materiał podkreślał niewielkie piersi. Głowę Kalii oplatał wianek z żółtych i różowych kwiatów, wyraźnie odcinający się od czarnych włosów sięgających szyi. Jedynie przednie pasma, dłuższe i opadające tuż przy twarzy, połyskiwały granatem.

Rimon uśmiechnął się na widok swojej dziewczyny, dołeczki w jego policzkach natychmiast się pogłębiły. Patrzył na nią z zachwytem – żadna z jego dotychczasowych kobiet nie wydawała mu się tak olśniewająca. Jej twarz przypominała najpiękniej rozwinięty kwiat. Była delikatna i harmonijna, jakby natura poświęciła jej szczególną uwagę. Miała regularne, klasyczne rysy, a jej jasna, gładka skóra lśniła jak krople rosy. Każdy jej ruch i każde spojrzenie emanowało magnetyzmem, pochłaniając całą uwagę Rimona.

– Co to było za spotkanie? – zapytał z ciekawością, kiedy podszedł do paleniska. Wskazał dłonią ogień. Wiedział, że są sami.

Głos Rimona prześlizgnął się po skórze Kalii jak aksamit i dziewczyna poczuła przyjemny trzepot w sercu.

– To był obrzęd starszyzny. – Uśmiechnęła się czule i pociągnęła Rimona za rękę, by usiedli razem na kamieniu.

– Nie jest ci zimno? – Demon obrzucił wzrokiem jej cienką suknię.

– Nigdy nie jest mi zimno.

– Zdradzisz, co to był za obrzęd i co właściwie tu robimy?

– Chciałam w końcu coś ci o sobie opowiedzieć, ale nie wiedziałam jak, więc postanowiłam to pokazać. Uznałam, że tak będzie prościej.

Rimon zmarszczył brwi. Dalej nie rozumiał, co tak naprawdę widział ani czym był ten rytuał, ale nie chciał jej przerywać.

– Wiem, że spotykamy się dopiero od ponad miesiąca i nie wiemy o sobie nic… poza oczywistościami. – Parsknęła.

Demon potarł dłonią kark i lekko się uśmiechnął. Jemu to nawet pasowało, ale wiedział, że w końcu przyjdzie taki czas, że będą musieli odkryć karty. Dopóki tego nie zrobili, mogli się spotykać bez zobowiązań. Teraz reguły się zmieniały i – o dziwo – wcale mu to nie przeszkadzało.

– Unikamy tego jak ognia, ale chyba przyszedł czas, żeby to zmienić. – Spojrzała mu głęboko w oczy.

– To była twoja rodzina? – zapytał miękko.

– Cała.

– Pokaźna. – Roześmiał się, a w głowie błysnął mu obraz jego własnej rodziny, znacznie skromniejszej.

– Jest liczna – przyznała. – A rytuałem, który właśnie odprawiliśmy, czcimy każde urodziny naszych seniorów. Dzisiaj Marunia skończyła sto jeden lat. Śpiewamy wtedy przy ogniu, który jest dla nas czymś w rodzaju dotyku boga. – Obserwowała jego reakcję. Kiedy oczy Rimona lekko się rozszerzyły, ciągnęła: – Palimy kadzidła, żeby wzmocnić obrazy pojawiające się w ogniu, wrzucamy zioła do paleniska, by ogień dłużej tańczył, pijemy przy tym miód przyprawiony szałwią wieszczą jako symbol naszego pochodzenia, a na końcu śpiewamy pieśni przodków.

– A swąd palonej skóry? Podpiekaliście Marunię? – parsknął rozbawiony.

– Tak i nie.

Rimon zmrużył oczy.

– Podczas ceremonii smarujemy solenizantce twarz byczym łojem, żeby mogła przyjąć pocałunek ognia. Skóra wprawdzie płonie, ale szybko się regeneruje. Jest to prezent rodowy.

– Ciekawe – przyznał zaskoczony. O wielu dziwactwach słyszał, ale to wydało mu się naprawdę interesujące. W powietrzu wciąż wyczuwał opary kadzideł, ale zapach spalenizny rozwiał się niczym pył na wietrze. – Prosiłaś o bezwzględną ciszę. Nie wpuszczacie na ceremonię nikogo spoza swojego grona?

– Zdecydowanie nie. To tylko dla naszych, ale chciałam, żebyś… może nie od razu poznał, ale przynajmniej zobaczył członków mojej rodziny. Najważniejszy z nich, Gordon, opuścił obrzęd jako pierwszy, za nim podążyli pozostali.

– A Gordon to…?

– Nasz przywódca i mój… brat. – Przez jej twarz przemknął błysk dumy. – Nie byłby zadowolony, gdyby wiedział, że cię zaprosiłam. Nasze ceremonie są zamknięte, na szczęście powoli się to zmienia.

– Co masz na myśli?

– Ostatnio jedna z nas, wcale nie jako pierwsza, wprowadziła do rodziny swojego wybranka. Chciała go przedstawić.

– Człowieka? – Wytrzeszczył oczy.

– Skądże. Ten rodzaj nie jest i chyba nigdy nie będzie wśród nas mile widziany. Zresztą nieważne, kto to jest, ważne, że został ciepło przyjęty. Nawet przez mojego brata i jego świtę.

– Wspomniałaś, że nie byłby zadowolony z mojej obecności…

– Według niego nikt nie jest dla mnie odpowiedni. Na szczęście nie on o tym decyduje. – Uśmiechnęła się zalotnie. – Jesteś dla mnie ważny i czuję, że i ja nie jestem ci obojętna.

Wstała i pociągnęła go za dłoń. Włosy falowały jej przy policzkach, a granatowe pasma zasłaniały twarz. Rimon zgarnął kosmyki z obu stron i od razu otulił go aromat polnych kwiatów. Przez chwilę na siebie patrzyli, aż Kalia zrobiła krok do przodu i… pocałowała go namiętnie. Bez wstydu, poczucia winy, bez granic, które zazwyczaj sobie stawiała. Demon objął ją w pasie, przyciągnął do siebie i pogłębił pocałunek. Czuł bicie jej serca. Mocne. Pełne pasji. Głodne namiętności. Kiedy oderwał się od jej warg, oczy dziewczyny płonęły miodem, a księżyc dodatkowo podsycał ich złocistą barwę. Ich serca biły w jednym rytmie, a oddechy mieszały się w gorącym tchnieniu.

– Nie za wcześnie na to wszystko? – zapytała z obawą. Nie chciała go spłoszyć. Pragnęła być z nim cała, ze swoim pochodzeniem, a zapoznanie go z rodziną było pierwszym krokiem do wolności, której łaknęła.

Rimon musnął jej usta i uśmiechnął się promiennie.

– Nie mamy nastu lat, żeby się bawić w podchody. Bardzo chętnie poznam twoją rodzinę, brata i całą starszyznę. Moja też przyjmie cię w swoje progi – zażartował. – Ale nie jest tak liczna jak twoja. Składa się z trzech… – urwał, licząc w głowie – czterech, pięciu osób. – Wykrzywił zabawnie usta.

– To nie wiesz, ilu członków ma twoja rodzina?

– To dość skomplikowane. Z każdym rokiem ich liczba rośnie. Na początku był tylko Kaim, mój brat. Z czasem pojawiła się Narida, a wraz z nią kolejni, którzy otrzymali miano bliskich.

– Ciekawe. – Pociągnęła go z powrotem na kamień i oboje usiedli.

– Kaim jest moim przyrodnim bratem, tylko z nim jestem spokrewniony, ale to u nas nie ma znaczenia. Narida jest moją siostrą, i to przez duże S. Jest jeszcze Fabio. – Spoważniał. – To znaczy był…

– Nie żyje? – wyszeptała.

Ból po jego stracie wciąż rozdzierał Rimonowi serce, ale demon szybko odrzucił dławiący ciężar. Wiedział, że Fabio nie życzyłby sobie smutku ani melancholii, i ponownie się uśmiechnął.

– Niestety nie. Ale wciąż jest w naszych sercach. – Skinął głową.

– U nas też nie zawsze jest kolorowo. Od wielu lat walczymy z inną… rodziną. – Chrząknęła z niesmakiem. – Duncan jako jej przywódca toczy zaciętą walkę z moim bratem. Ostatnio, o dziwo, ich spór nieco zelżał i opryszki Duncana przestały nas męczyć. Ale myślę, że to tylko cisza przed burzą. Dupek coś kombinuje.

– Skąd ten konflikt?

– Chyba sami już nie wiedzą. Kiedyś byli przyjaciółmi, ale gdy każdy z nich założył własną rodzinę, coś się zmieniło, jakby nabuzowani władczym testosteronem nie mogli wzajemnie się znieść. Duncan jest władczym alfą.

– Tak myślałem, że jeszcze tu będziesz! – Twardy głos odbił się od pobliskich drzew i rozwiał leśną ciszę.

Kalia zerwała się z miejsca i patrzyła, jak Gordon mimo swoich ogromnych gabarytów lekko sunie w ich stronę. Nuta strachu rozlała się po jej sercu, ale szybko przerodziła się w ekscytację, a nawet oczekiwanie. Kalia nie chciała dłużej się ukrywać – ani ukrywać swojego wybranka.

Rimon, podobnie jak ona, wstał i obserwował nieznajomego. Oczy Gordona lśniły zimnym gniewem. Miały ten sam odcień co oczy siostry, ale ich barwa była głębsza, cięższa, jakby nasączona goryczą palonego miodu. Rimon miał wrażenie, że tęczówki mężczyzny dosłownie skwierczą. W poprzek jego policzka ciągnęła się wyraźna szrama, a na ramionach dumnie spoczywała niedźwiedzia skóra zszyta z kilku fragmentów. Na palcach świeciły mu liczne sygnety – jedne masywne, inne drobniejsze, ale wszystkie utkane z czystego srebra. Krótkie, ciemne włosy połyskiwały w blasku księżyca, o ton jaśniejsze od bezwzględnej nocy. Z każdym krokiem rysy Gordona wyostrzały się, jakby gniew rzeźbił je na nowo. Kiedy podszedł do siostry, nawet na nią nie spojrzał. Dźgał wzrokiem Rimona.

– A oto mój brat we własnej osobie. Gordon. – Kalia zignorowała jego zacięcie i przysunęła się do demona. – Gordonie, przedstawiam ci Rimona.

Mężczyźni mierzyli się ciężkim wzrokiem. Rimon nie dawał za wygraną, chociaż wiedział, że ta walka nie przysporzy mu sympatii. Czuł, że coś jest nie tak, i nie podobało mu się to.

– Co ty robisz?! – Gordon przeniósł wzrok na siostrę. Gdyby z uszu mogła parować złość, jego buchnęłyby niczym wulkany. Nawet się z tym nie krył.

– Możesz nie zachowywać się jak dupek? – syknęła Kalia z oburzeniem.

– Wracamy! – Gordon chciał pociągnąć ją za sobą, ale Rimon zasłonił dziewczynę swoim ciałem.

– Ona zostaje ze mną – warknął odważnie.

– Co w ciebie wstąpiło? – Kalia z zacięciem patrzyła na brata, po czym przepraszająco zwróciła się do Rimona: – Wybacz, zazwyczaj nie zachowuje się jak palant. – Spojrzała wymownie na brata, licząc, że ten ustąpi. Policzki płonęły jej złością.

– Wracamy! I to natychmiast! – Głos Gordona poniósł się wśród szumiących drzew jak grzmot, a ogień trzasnął w palenisku, wtórując okrzykom.

Rimon objął Kalię i powiedział:

– Nie wiem, o co ci chodzi, ale…

– I nie musisz! Nie dotyczy to ciebie, tylko naszej rodziny. Kalia! Nie będę dwa razy powtarzał! – Mężczyzna nie czekał na odpowiedź, tylko odwrócił się na pięcie i ruszył przed siebie, wyraźnie oczekując, że siostra pójdzie za nim.

Dziewczyna nawet nie drgnęła. Przetarła usta i już chciała na przekór bratu usiąść na kamieniu, ale w lesie nagle coś zawyło, a w powietrzu rozlał się ostry gwizd.

Gordon zatrzymał się gwałtownie.

– Kurwa! – syknął i odwrócił się w stronę siostry.

Kalia skrzyżowała z nim wzrok i przełknęła ślinę. Ogień w palenisku wzbijał się coraz wyżej, wyrzucając kłęby dymu wysoko w niebo.

Z lasu wysunęły się cztery wilki. Szarobury, największy, prowadził stado. Za nim kroczyły rudy, brunatny z jasnymi cętkami i srebrzysty o połyskującej sierści. Zwierzęta przystanęły. Wszystkie wielkie. Groźne. Warczące. Ślina kapała im z pysków, kły błyszczały jak ostrza, a oczy jarzyły się dziką żółcią. Tylko ślepia szaroburego wyróżniały się na tle innych: jedno połyskiwało zielenią, drugie gasło w brudnym brązie. Basiory ruszyły z miejsca, krok po kroku sunęły w kierunku celu. Ich warknięcia przecinały duszącą ciszę. Rimon obserwował czworonogi – zdecydowanie różniły się od wilka Naridy. Zasłonił Kalię ciałem. Gordon skoczył z drugiej strony i złapał siostrę za rękę.

– Co się dzieje? – szepnął Rimon Kalii do ucha, nie spuszczając wzroku z basiorów.

Ostry gwizd przeciął napięcie w powietrzu i nad ich głowami zawirował drapieżnik o czerwono-czarno-białym upierzeniu. Jego ostry jak sztylet dziób co chwilę wypluwał przeszywający pisk, a świdrujące ślepia otoczone czerwoną obwódką kipiały gniewem. Z rozpostartymi skrzydłami mknął po gwieździstym niebie niczym cień niosący śmierć, skrzecząc i wydając z siebie dziki, świszczący gwizd, jakby zaganiał ofiary w pułapkę. Nagle orłosęp zniżył lot i ruszył na Rimona. Ten odskoczył, ale ptaszysko i tak dziobnęło go w ucho. Krew pociekła demonowi po szyi, a w powietrzu rozbrzmiały triumfalne piski drapieżnika. Rimon zakrył ucho i z wrogością śledził wzrokiem sylwetkę ptaka.

– Zebranie rodzinne?! Nie zostałem zaproszony! – Ochrypły głos poniósł się po polanie.

Rimon rozejrzał się niespokojnie. Nie wiedział, z której strony dobiega dźwięk. Napiął ciało.

Z lasu wyszedł rosły mężczyzna. W jego oczach tętniło czyste, nieposkromione szaleństwo. Włosy miał długie, potargane. Brodę – jak u drwala. Wąs gęsty, nieprzystrzyżony, brwi krzaczaste, nos bulwiasty, zaczerwieniony. Twarz promieniała pogardą zmieszaną z gorzkim niezadowoleniem. W dłoni ściskał drewnianą laskę zakończoną splotem powykręcanych gałęzi. Spomiędzy nich niczym świetlisty prąd sączyło się złociste światło, ciepłe i niepokojące. To jego dłoń zasilała rózgę ognistą mocą. Płaszcz ze skóry dzika, włochaty i ciężki, ciągnął się za nim po ziemi, a każdy jego krok rozsiewał zapach stęchlizny. Orłosęp ponownie rzucił się w dół w stronę Rimona, ale zanim zdążył zaatakować, Gordon doskoczył do niego i trzepnął ptaszysko w ogon. Drapieżnik zapiszczał, otrzepał się w locie i podleciał do swojego pana.

– Zabieraj tego sępa, Duncanie! – warknął Gordon lodowato.

Wilki warczały za plecami swojego alfy i bacznie obserwowały potencjalne ofiary.

– Po co tu przyszedłeś? – zapytała Kalia z wrogością w głosie, wysuwając się zza pleców demona.

Wzrok brodacza złagodniał na jej widok, po chwili jednak znów wyostrzył się jak brzytwa. Wilki warczały, wodząc po dziewczynie wrogimi ślepiami. Rimon zacisnął zęby, jego myślami zawładnęła dezorientacja. Nie wiedział, co się dzieje. Miał jednak przeczucie, że spotkanie nie zakończy się dobrze. Napięcie wypełniało atmosferę, pożerało każdy jego mięsień, zresztą nie tylko jego. Zerknął na brata Kalii. Twarz mężczyzny zionęła gniewem, a cała postura zdradzała gotowość do ataku.

– Gordonie, nie trzymasz swoich psów pod kluczem. Zwłaszcza jedna suka robi, co jej się żywnie podoba. – Duncan teatralnie mlasnął językiem i rzucił Kalii surowe spojrzenie. – Wiedziałem, że nie można ufać takiemu kundlowi jak ty.

Orłosęp ponownie zanurkował, ale Gordon odskoczył. Gwizd niezadowolenia przeciął powietrze.

– Zabieraj… to… cholerne… ptaszysko! – wycedził Gordon przez zaciśnięte zęby.

– O czym on mówi? Zbratałeś się z nim? – Kalia z dezorientacją zerknęła na brata.

Mężczyźni mierzyli się morderczym wzrokiem niczym dwaj wojownicy gotowi do starcia. Las zamilkł, a ich ciężkie oddechy unosiły się w powietrzu. Powarkiwania zwierząt co chwilę przeplatały się z przeszywającym gwizdem orłosępa. Drapieżnik jeszcze raz przemknął nad ich głowami i miękko osiadł na ramieniu pana. Zaskrzeczał triumfalnie, celując dziobem prosto w wykrzywioną twarz Gordona.

– Zbratałeś się z nim?! – powtórzyła ostro Kalia. Bicie jej serca przeszło w galop. Ciało znało już prawdę, ale umysł jeszcze jej nie zaakceptował.

– Pogadamy o tym później.

– Nie będzie żadnego później. – Duncan zgromił wzrokiem Rimona, po czym ponownie spojrzał na Gordona i wypluł jadowicie: – Zdrajca! Brać go!

Wilki skoczyły na Gordona. Ich kły wbijały się w jego ciało, by rozszarpać je na strzępy. Kalia bez wahania rzuciła się na rudego basiora, usiłowała odciągnąć go od brata. Rimon napierał na cętkowanego. Przez chwilę nawet wygrywał, ale nieoczekiwanie z boku wyskoczył srebrzysty i pociągnął go za sobą.

Jatka rozgorzała na dobre.

– Duncanie, oszalałeś?! – Kalia wrzeszczała między kopnięciami. Zimny strach ściskał jej gardło. – Natychmiast każ… im… przestać!

Bestie wgryzały się w nogi Gordona, rozszarpywały jego ręce. Ten o różnobarwnych oczach skoczył mu do twarzy i rozerwał policzek. Orłosęp, skrzecząc, atakował dziobem. Rimon walczył ze srebrzystym basiorem, potem z rudym, jednocześnie unikając dźgnięć z powietrza. Nagle srebrzysty wilk wgryzł się w jego żebra i Rimon wrzasnął z bólu. Próbował zrzucić z siebie agresora, ale ten kurczowo trzymał się jego ciała. Orłosęp, korzystając z okazji, zaatakował ze zdwojoną siłą. Rimonowi aż pociemniało w oczach. Czuł na sobie tępe cięcia, jakby jego ciała smakował sztylet. Głębokie rany pojawiały się na jego głowie, policzkach, brzuchu, udzie. Skrzeczenie ptaka mieszało się z trzaskiem ognia, chaos ogarnął całą polanę.

Kalia z całych sił kopnęła swojego napastnika, po czym rzuciła się w stronę orłosępa i złapała go za pióra. Ptaszysko pisnęło tak donośnie, że musiała zatkać uszy. Ociekając krwią, stanęła w rozkroku i zawyła, a dźwięk, który wydobył się z jej gardła, wstrząsnął lasem. Szkarłatna ciecz plamiła ziemię, metaliczny zapach wypełniał powietrze. Wilki, obnażywszy czerwone kły, ponownie ruszyły na Gordona. Rimon złapał różnookiego za ogon. Próbował odciągnąć go od brata Kalii, ale zwierzę wyrwało się i skoczyło mu do twarzy. W powietrzu nagle buchnęło złotą poświatą – z laski Duncana wystrzeliła łuna, która uderzyła z hukiem Gordona. Kalia warknęła i skoczyła na oprawcę, ale brodacz powalił ją jednym ruchem.

Rimon kopnął największego basiora w brzuch i nie myśląc za wiele, również rzucił się w stronę Duncana. Zanim jednak zdążył dobiec do celu, rudy wilk skoczył mu na plecy i przygwoździł go do ziemi. Demon napiął mięśnie. Gwałtownie przewrócił się na bok i przygniótł wroga ciałem. Tarzali się we krwi, a grunt drżał pod ich ciałami.

Gordon, leżący we własnej krwi, wygiął plecy w łuk. Z jego gardła wyrwał się ochrypły ryk. Oczy płonęły mu złotem, szyja wydłużała się w groteskowy sposób, a paznokcie pękały, by zaraz wystrzelić jak sztylety i stworzyć śmiercionośne szpony. Łopatki falowały mu pod skórą. Ramiona pęczniały, klatka piersiowa na przemian zapadała się i rosła. Jego ubranie rozerwało się na strzępy. Uszy wydłużyły się w szpic, ręce i nogi zamieniały się w zwierzęce łapy. Twarz Gordona się rozszerzyła, po chwili szczęka pękła i wydłużyła się w przerażający sposób. Z zakrwawionych dziąseł zaczęły wyrastać kły. Skóra przybrała miedziany odcień i błyskawicznie pokryła się rdzawą sierścią. Oczy bestii płonęły dzikim, nienawistnym mordem. Gordon w postaci wilkołaka zacharczał morderczo.

Ptaszysko podleciało w jego stronę, ale ten machnął łapą i drapieżnik oddalił się z piskiem. Bestia warknęła gardłowo i rzuciła się w stronę Duncana. Brodaty alfa wypchnął rękę do przodu i Gordon odbił się od niewidzialnej bariery. Szybko jednak wstał. Ptak zaatakował go ponownie. Wilki również.

Gordon wgryzał się w łapy wrogów, starając się rozszarpać ich ciała. Odbił się od gruntu i przygniótł cielskiem srebrzystego. Basior zaskomlał płaczliwie. Z boku wyskoczył różnooki. Nagle Gordona przeszył silny skurcz, jakby jakaś niewidzialna siła miażdżyła mu wnętrzności. Zawył tak przeraźliwie, że nawet drzewa zaszumiały litościwie. Przytrzymywany przez rudzielca Rimon widział, jak Gordon upada, a Duncan pochyla się nad jego ciałem i razi go złocistym światłem z laski.

Rudzielec odskoczył od Rimona, by dołączyć do reszty braci. Wilki warczały, głodne mordu. Alfa uniósł rękę. Basiory zamilkły, dreptały w miejscu. Czekały. Rimon dyszał z twarzą przy ziemi i w końcu resztkami sił usiadł, cały obolały. Krew zalewała mu twarz. Z trudem przetarł oczy, by poszukać wzrokiem Kalii. Dziewczyna, cała we krwi, leżała nieprzytomna przy stopach Duncana. Demon napiął każdy bolący mięsień i zaczął czołgać się w jej stronę. Usłyszał nad głową warknięcie. Spojrzał w górę i ujrzał zakrwawiony pysk. Przyśpieszył, ale ciężar ogromnej łapy przyszpilił go do ziemi. Przełknął ślinę zmieszaną z krwią. Kalia leżała zaledwie parę metrów przed nim. Wbił palce w podłoże i spróbował ruszyć z miejsca, ciężar jednak nie odpuszczał. Demon był pewien, że zostanie ponownie zaatakowany, ale zamiast tego poczuł ulgę – wilk odsunął łapę i odszedł niespodziewanie.

Rimon zmarszczył czoło. Coś mu nie pasowało. Zanim jednak zdążył się nad tym zastanowić, ostre światło przeszyło jego ciało. Zobaczył wymierzoną w siebie laskę Duncana i w sekundę go sparaliżowało. Mógł jedynie świdrować wzrokiem krwawe pobojowisko i obserwować, jak brodacz podchodzi do brata Kalii.

– Popełniłeś błąd, mój drogi przyjacielu. – Duncan przygniótł laską wilcze ciało Gordona, z jej splątanych gałęzi wciąż tryskały złote łuny.

Gordon sapał, podobnie jak Rimon nie mógł się ruszyć. Skurcze w brzuchu rozrywały jego wnętrze ostrymi ciosami.

– Teraz zabiorę to, co należy do mnie. – Twarz brodacza przeciął podły uśmiech.

Zanim Gordon zdążył warknąć, Duncan z impetem uderzył laską o ziemię. Wilcze ciało obróciło się w powietrzu, jakby nic nie ważyło, i opadło gwałtownie. Brodacz wykonał krok do przodu, jego twarz rozjaśnił dziki blask. Orłosęp z czujnością krążył po niebie. Duncan uniósł rękę i zawiesił ją nad klatką piersiową przeciwnika. Rozłożył palce, po czym ochrypłym głosem wypowiedział słowa magii. Oczy Gordona rozszerzyły się znacząco. Brat Kalii desperacko próbował wrócić do ludzkiej postaci, ale pętała go moc wroga. Duncan palcami sterował życiem przeciwnika. Każdy ruch jego dłoni powodował, że klatka piersiowa Gordona unosiła się i opadała. Brodacz dręczył go z satysfakcją.

Gordon wył z bólu, jego ciało drżało w agonii. Przez ciemne oczy Duncana przemknęła fioletowa łuna. Mężczyzna rozłożył palce, po czym ponownie je ściągnął. Obrócił dłonią w nadgarstku i z torsu Gordona… wystrzeliło serce. Żywe. Gorące. Jeszcze pulsujące. Gordon ryknął, wygiął plecy i z gwizdem ptaka wydał ostatnie tchnienie. Orłosęp zanurkował. Wydziobał oczy martwego, pożarł je z triumfem i zaczął wysysać to, co pozostało w oczodołach. Wilki pozazdrościły uczty i również rzuciły się na truchło.

Rimon patrzył bezsilnie na krwawą jatkę. Dyszał. Serce trzepotało mu w klatce piersiowej niczym ptak w potrzasku. Mimo ogromnego wysiłku nie potrafił uwolnić się z niewidzialnych więzów. Patrzył na pulsujący mięsień w dłoni Duncana. Niemy krzyk zamarł mu w gardle, kiedy mężczyzna przybliżył dłoń do ust i zaczął pożerać serce wroga. Krew ciekła mu po brodzie, kapała na klatkę piersiową, na brzuch. Demon był pewien, że będzie następny. Z przerażeniem zerknął na Kalię. Dziewczyna wciąż leżała nieprzytomna. Przynajmniej nie musiała patrzeć na śmierć brata.

Myślami powędrował do Kaima. Przed oczami stanęła mu uśmiechnięta twarz Naridy – i rozpacz zalała mu pierś. Próbował poruszyć nogami, ramionami, dłońmi, ale nadaremnie. Chciał wrzasnąć, usta jednak nawet nie drgnęły. Czyżby to miał być jego koniec? I koniec Kalii, kobiety, która powoli zdobywała jego uczucia? Mlaskanie wilków wytrąciło go z otępienia. Orłosęp wyciągnął zakrwawiony łeb z rozerwanej klatki piersiowej Gordona, po czym wrócił do wygrzebywania resztek, których nie zdążyły chwycić basiory. Rimon zacisnął powieki – czekał go marny koniec. Wiedział, że nie pokona alfy. Moc brodacza miażdżyła jego ciało, nawet oddychanie sprawiało mu trudność.

Ponownie pomyślał o Kaimie i Naridzie. Czy dowiedzą się, co się z nim stało? Czy go pomszczą? Przerażenie ściskało go od środka. Nawet nie wiedzieli o Kalii. Jak mieli go odnaleźć? Podążyć tropem, którego nie znali? Wspomniał o niej tylko raz, w dodatku Narida nie słuchała. Nie było już ratunku dla niego i jego wybranki.

Kolejny raz spojrzał na ciało dziewczyny, na jej zakrwawioną twarz. Usilnie próbował wrzasnąć, zrobić cokolwiek: poruszyć stopą, szyją, palcami, ale im bardziej się starał, tym mocniej pętały go więzy.

Obserwował Duncana, jak ten z zadowoleniem sunie językiem po palcach, wylizując krew przeciwnika. Nie wiedział, z kim właściwie walczy. Kim jest ten szaleniec i dlaczego ich zaatakował? Jaki miał cel? Rimon nawet nie znał Gordona… a teraz zniknie z powierzchni ziemi, pożarty tak jak brat Kalii…

Niespodziewanie w jego ciele buchnął ogień. Szarpnął nerwowo karkiem. Z obawą zerknął na Duncana, który już szedł w jego stronę. Twarz alfy ociekała krwią, a w jego brodzie widniały resztki czerwonego mięśnia. Orłosęp siedział na ramieniu pana i wbijał w demona mroczny wzrok. Rimon poruszył barkami, chciał wstać, ale Duncan ryknął:

– Nawet się nie waż! Pozwalam ci tylko mówić. – Kiwnął palcem i zatrzymał demona w miejscu. – Zhańbiłeś ją, uczyniłeś z niej nic niewartą padlinę. Skażone ścierwo. – Oczy Duncana zionęły fioletową łuną.

– Nie wiem, o czym mówisz, ty żałosny popaprańcu. – Rimon napiął obolałe ramiona. Poruszał ciałem, ale wciąż nie mógł wstać. W jego czarnych oczach tlił się gniew. – Nie ujdzie ci to płazem.

– Czyżby?

Wilki przy boku alfy warczały w oczekiwaniu. Ptaszysko wzbiło się w powietrze i wirowało nad głową demona – czekało na kolejną padlinę, podobnie jak basiory.

Duncan szepnął coś pod wąsem, wsunął dłoń do kieszeni spodni, po czym wyciągnął rękę. Na jego otwartej dłoni połyskiwał zielony proszek. Wciągnął go nosem. Mięśnie na jego twarzy gwałtownie się przemieściły i po chwili ponownie ułożyły w pierwotne oblicze. Ogień w palenisku ryknął i przybrał wilczą postać. Rozwarstwił się, aż w końcu buchnął z impetem do góry. Brodacz z szaleństwem w oczach uniósł dłonie. Machnął nimi nad głową i wystrzelił w tors Rimona. Ciemna błyskawica uderzyła demona w pierś. Rimon zawył. Wygiął plecy i z uczuciem palenia w mostku opadł na ziemię. Silne konwulsje zawładnęły jego ciałem. Miotał się dziko, wierzgał niczym sztyletowany wąż. Po chwili wytrzeszczył oczy i wydał piskliwy dźwięk. Ponownie wygiął plecy, ale tym razem padł bezwładnie jak galareta.

Kątem oka dostrzegł kolejne wilki wbiegające na polanę. W sekundę rzuciły się na pomioty Duncana. Nadzieja zamigotała w Rimonie, ale dość szybko zgasła. Polanę wypełniły piski i przeraźliwe jazgoty. Wilki Duncana z lekkością pożerały nowo przybyłe czworonogi. Demon próbował się podnieść, ale wroga siła kolejny raz uderzyła go w pierś i z nosa pociekła mu krew.

Duncan roześmiał się gardłowo, odwrócił się na pięcie i podszedł do Kalii. Zgarnął dziewczynę z ziemi i niczym worek ziemniaków przerzucił sobie przez ramię.

– Zo… Zo-staw ją! – wystękał Rimon ostatkiem sił. Skurcze mięśni miażdżyły mu oddech, w żołądku rozlał się mdlący strach. – Zostaw… ją – wycharczał, tym razem błagalnie.

Brodacz machnął ręką nad głową i wszedł w las. Wilki rzuciły się na demona. Zatapiały w nim kły, rozszarpywały mięśnie. Rimon wrzeszczał, próbował się wyrwać, ale bezskutecznie. Kopał, rękami odganiał ptaka. Z każdą sekundą stawał się słabszy, a jego usta wypluwały coraz to cichsze dźwięki. Basiory chłeptały jego krew. Przepychały się między sobą, by rozszarpać więcej, boleśniej, brutalniej. Nagle z lasu rozległo się wycie alfy i ptak odleciał. Wilki ostatni raz wbiły zębiska w ciało Rimona, po czym z wyciem pobiegły w kierunku pana.

Rimon pozostał sam. Serce tykało mu niczym bomba. Krew wrzała w jego żyłach, pulsowała, a oddech… oddech gasł boleśnie. Demon leżał w kałuży krwi. Gardło miał ściśnięte, porozrywane mięśnie wiotczały, powieki opadały bezwładnie. Ciemność tańczyła w rytmie jego zwalniającego serca.

Bum. Buum. Buuuummm…

Z ust demona trysnęła gęsta ciecz. Nicość zaczęła zalewać każdy skrawek jego duszy.

Gwiazdy migotały na niebie, kojąc się bezkresną głuszą. Ogień w palenisku dogasał powoli, by po chwili całkowicie opaść na zwęglone szczątki drewna.

Cisza wypełniła las. Brutalnie. Bezwzględnie.

Aż w końcu zapadła… na dobre.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij