Ostry kąt uderzenia - ebook
W nocy z 16 na 17 maja 1943 roku samoloty RAF-u przeprowadziły atak na niemieckie zapory wodne w Zagłębiu Ruhry. Wykorzystano w nim specjalnie skonstruowane „skaczące bomby”. Autor odsłania kulisy skomplikowanej operacji, której celem było zmniejszenie zdolności produkcyjnych III Rzeszy.
| Kategoria: | Historia |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-11-18920-1 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
DWA OBLICZA TEJ NOCY
Bawialnia starego dworu w Chequers, niewielkiej podlondyńskiej miejscowości, rozbrzmiewała gwarem. Kilka osób w różnym wieku przechadzało się po salonie, prowadząc ożywioną konwersację, co chwila ktoś zatrzymywał się przed wiszącym na ścianie naprzeciwko drzwi prowadzących na werandę dużym olejnym obrazem. Przedstawiał on ubranego w mundur oficera armii amerykańskiej mężczyznę o czerstwej, ogorzałej twarzy. Spierano się delikatnie co do wieku oficera w dziewiętnastowiecznym uniformie kawalerii. Domownicy, dumni z uzupełnienia kolekcji tak doskonałym płótnem, nie kwapili się z wyjaśnieniami, kogo ono przedstawia, bawiąc się najwyraźniej domysłami gości. Każdy w portretowanym widział kogoś innego, na rozwiązanie zaś tajemnicy należało poczekać.
Gospodyni domu i jej najstarsza córka Sarah siedziały wraz z częścią gości przy długim stole. Blask świec ustawionych na wysokich lichtarzach wraz z przyćmionym światłem elektrycznym stwarzał przyjemną i przytulną atmosferę, refleksy świetlne chybotliwych płomieni świec tańczyły na srebrze sztućców, cukiernic, półmisków.
Pod chwilową nieobecność gospodarza prowadzono rozmowę o przebiegu jego choroby, wsłuchując się w każde zdanie lorda Morana, długoletniego lekarza rodziny. Doktor teraz już z uśmiechem mówił o swym poważnym zaniepokojeniu sprzed dziesięciu dni, kiedy po pewnej przerwie ponownie pojawiła się gorączka, trawiąc zmęczony intensywną pracą i dalekimi podróżami organizm pacjenta. Najbardziej spontanicznie radość z powrotu do zdrowia po trzytygodniowej chorobie ojca okazywała Anna.
Nie tańczono, ale młodsza część towarzystwa, zebrana wokół gramofonu, śpiewała piosenki razem z ich płytowymi wykonawcami.
Sierżant Anderson z Intelligence Service wsłuchiwał się w przenikające mury melodie. Kończył właśnie swój dyżur. Do objęcia posterunku przy bramie dworu w Chequers przez Davisona pozostało jeszcze półtorej godziny. A jutro sobota, 6 marca, i dwudniowy weekend, który Anderson wraz z żoną postanowili spędzić razem z rodzicami Anny w Harwich na wschodnim wybrzeżu. Sierżant miał nadzieję, że te dwa dni miną spokojnie, a wizyta nie będzie przerywana ucieczkami do schronów przeciwlotniczych przed bombami niemieckiej Luftwaffe.
„Ci dranie nie znają żadnego umiaru” – rozmyślał Anderson o niemieckich nalotach nocnych. – Ale jeśli nie będzie mgły, tak częstej nad Kanałem w czasie przedwiośnia, to może nie będzie się im chciało lecieć nad Anglię. Na razie jednak nic nie zapowiadało pogorszenia pogody. Późny wieczór, 5 marca 1943 roku, był wyjątkowo ciepły, bezwietrzny, słowem przyjemny, jeszcze ta muzyka…
Tamci – sierżant miał oczywiście na myśli mieszkańców i gości dworu w Chequers – fajnie się zabawiają, no, ale jest rzeczywiście okazja. „Stary” wrócił do formy, więc dlaczego mają się nie cieszyć, zresztą wszyscy się po trosze cieszymy.
Anderson spoglądał na czarne kontury rezydencji. Żaden jednak blask nie rozpraszał mroku. W tym rejonie zarządzeń o zaciemnieniu okien przestrzegano wyjątkowo skrupulatnie. Mężczyzna dostrzegł tylko ciemny obrys sylwetki innego funkcjonariusza IS odbywającego dyżurny spacer wzdłuż oficyny dworu.
Niebawem zaczęły podjeżdżać pod wejście samochody po uczestników przyjęcia. Odjechało jednak tylko kilka osób i dochodziła już północ, a rozmowy trwały w najlepsze. Nadal też śpiewano ściszonym głosem przeboje i piosenki wojskowe, a najpopularniejszą z nich – „It’s a Long Way to Tipperary” – śpiewali lub nucili prawie wszyscy obecni w bawialni i przylegających do niej pokojach.
Na piętrze, w pokoju, w którym mieściła się biblioteka, przy ustawionym nieco z boku, obok regałów zapełnionych książkami, okrągłym stole siedziało czterech mężczyzn. Spowici kłębami dymu z palonych przez nich cygar rozmawiali z ożywieniem, sięgając niekiedy po kieliszki napełnione alkoholem. Wprawdzie i tu przeniknęły odgłosy rozmów i dźwięki muzyki, lecz dyskutujący tak dalece pochłonięci byli omawianymi problemami, że nie zwracali uwagi na to, co się dzieje na parterze.
– Jestem szczęśliwy, że wreszcie mogę rozmawiać z wami, panowie, a nie z doktorem Moranem, doktorem Marshallem i tymi wszystkimi panami, którzy wciąż zadawali mi to samo pytanie: „Jak się pan dziś czuje, sir? Co panu dolega, sir?”. I to tak przez trzy tygodnie. Już od samego odpowiadania na te „problemowe” pytania można było wyzionąć ducha.
– Bardzo nam brakowało pana zainteresowania naszymi sprawami i pana rady, panie premierze – niejako w odpowiedzi rzekł sir Archibald Sinclair, minister lotnictwa rządu Jego Królewskiej Mości.
– Niech się pan nie gniewa, drogi ministrze, ale mówi pan tak samo jak Eden. Zapewne umówiliście się ze sobą, co? – Premier ostatnie słowa wypowiedział ze śmiechem.
– Mówiłem panom przed chwilą o ustaleniach konferencji w Casablance. Poza tym, że zdecydowano o inwazji na Sycylię i Włochy, co, jak sądzę, pozwoli wyprowadzić to państwo z wojny, wraz z prezydentem Rooseveltem omawialiśmy sposoby skutecznej ochrony naszych szlaków komunikacyjnych na Atlantyku. Jest to, panowie, sprawa pierwszorzędnej wagi. – Sir Winston nagle spoważniał, wkładając do ust grube cygaro. – A jeszcze dochodzi bombardowanie Niemiec.
– Wiemy, panie premierze, że działania nad Niemcami mamy prowadzić nadal wspólnie z Amerykanami. Oni przejmą akcje lotnicze prowadzone nad Rzeszą w dzień, my zaś będziemy bombardować Niemcy nocami – wtrącił wyjaśnienie minister Sinclair, spoglądając na generała Portala, szefa sztabu Królewskich Sił Powietrznych.
– Uznają zasadność tego podziału – przerwał ministrowi lotnictwa Churchill. – Wynika on między innymi z lepszego przygotowania technicznego Amerykanów do lotów dziennych nad Niemcy, ale niezupełnie rozumiem przyczyn małej skuteczności naszych akcji bombowych nad Trzecią Rzeszą. Propaganda niemiecka ma dobry materiał do wykorzystania w postaci lejów naszych bomb w odległości często kilku mil od właściwego celu.
– Co na to pan, generale Harris? – Premier zwrócił się do siedzącego w głębokim klubowym fotelu generała w lotniczym mundurze.
– W połowie tysiąc dziewięćset czterdziestego pierwszego roku rozpoznanie lotnicze RAF dostarczyło sztabowi Królewskich Sił Powietrznych i Bomber Command serię zdjęć lotniczych dokonanych nad obiektami bombardowań wkrótce po przeprowadzeniu przez nas akcji bojowych. Większość zdjęć ukazała bardzo małe zniszczenia. W związku z tym powstały trzy hipotezy, które trzeba było kolejno eliminować albo ich trafność uzasadnić. Pierwsza: Niemcy po mistrzowsku, w sposób błyskawiczny, kamuflowali uszkodzenia, druga: Niemcy niesłychanie szybko i po mistrzowsku uszkodzenia naprawiali, wreszcie hipoteza trzecia: nasze załogi nie trafiały w cele…
– Wiem coś o tym, drogi generale – przerwał gwałtownie Harrisowi Churchill. – Profesor Lindemann, mój doradca naukowy, i marszałek Saundby dowiedli wówczas ponad wszelką wątpliwość, że załogi zrzucały swój ładunek niedbale, byle gdzie. Dochodziło do tego, że tylko jedna na trzy załogi trafiała w pobliże celu. W Zagłębiu Ruhry zaś wskutek silnej obrony przeciwlotniczej nieprzyjaciela tylko co dziesiąta załoga wykonywała swe zadanie właściwie. – Premier mówił coraz bardziej emocjonalnie.
– Istotnie tak było, panie premierze – spokojnie próbował wyjaśniać Harris – lecz mamy już rok tysiąc dziewięćset czterdziesty trzeci. Od roku stoję na czele Dowództwa Lotnictwa Bombowego. Gdy obejmowałem to stanowisko, Bomber Command miało do dyspozycji trzysta siedemdziesiąt osiem sprawnych samolotów z załogami, lecz tylko sześćdziesiąt dziewięć ciężkich bombowców i to posiadających, niestety, przestarzałe wyposażenie nawigacyjne i niezbyt sprawne celowniki. W grudniu ubiegłego roku posiadaliśmy już dwieście sześćdziesiąt jeden ciężkich bombowców i siedemdziesiąt osiem bombowców średnich z nowoczesnym wyposażeniem radionawigacyjnym. Załóg też nam nie brakuje, chociaż, rzecz jasna, około trzydziestu siedmiu procent ludzi pochodzi z dominiów i kolonii.
– Jeśli pan pozwoli, panie premierze – odezwał się milczący do tej pory generał Portal – to pragnę dodać, że bombardowanie celów w nocy i to często bez widoczności ziemi stwarza załogom wiele trudności, pracujemy jednak nad zastosowaniem urządzeń radarowych do naprowadzania i do wykrywania celów. Mogę zapewnić rząd, że zajmujemy się tym zagadnieniem energicznie.
– Panowie. – ponownie odezwał się premier – Z różnych względów nie możemy jeszcze stworzyć drugiego frontu, lecz ofensywę bombową na Niemcy nie tylko możemy, ale musimy rozwinąć. – Po chwili milczenia Churchill dodał prawie szeptem: – Mamy informacje, iż Niemcy szykują Anglii jakąś niespodziankę związaną z wykorzystaniem atomu. Coś niedobrego dzieje się w zakładach Norsk-Hydro w Norwegii…
Długo w nocy rozmawiano w bibliotece sir Winstona o podstawowych sprawach wojny z Hitlerem. Generał Harris, przysłuchując się rozmowie i niekiedy sam coś wtrącając, pochłonięty był jednak głównie własnymi myślami dotyczącymi spraw bombardowania Niemiec. Zapewne można było usprawnić organizację operacji bombowych i jeszcze bardziej wzmóc ich natężenie. Byłoby to dobrą odpowiedzią na nasilające się w Wielkiej Brytanii żądanie zorganizowania drugiego frontu w Europie, lecz były i realne trudności.
Oto Bomber Command w połowie 1942 roku otrzymało nowe samoloty bombowe – Manchestery. Zawiodły one jednak oczekiwania. Płatowiec opracowano nieźle, silniki posiadały jednakże liczne wady, niedopracowania konstrukcyjne, często odmawiały posłuszeństwa. W dywizjonach zanotowano wzrost wypadków lotniczych. Ktoś, kto dokonał takiego niezwykłego czynu, jak przyprowadzenie bombowca na jednym silniku znad Berlina do środkowej Anglii, otrzymywał DSO¹.
Najnowsze bombowce – Lancastery – okazały się na szczęście dużo lepsze, sprawniejsze, bardziej niezawodne. Skąd jednak brać ludzi do siedmioosobowych załóg tych maszyn? W Anglii już ich nie ma.
Kłopoty dotyczyły nie tylko sprawy sprzętu lotniczego i szkolenia nowych załóg, lecz i kwestii przebudowy starych lotnisk, chodziło zwłaszcza o wydłużanie pasów startowych. Było to konieczne ze względu na wprowadzenie do dywizjonów ciężkich czterosilnikowych maszyn. Tylko dlaczego nie mówił o tym Portal? – zastanawiał się generał Harris.
Po cichu przyznawał rację Churchillowi domagającemu się większej skuteczności akcji bojowych. Jeszcze pod koniec 1942 roku można by im było wiele zarzucić. Lecz jakie jest wyjście? Mała liczba samolotów uczestniczących w bombardowaniu to odpowiednio niewielka skuteczność nalotu. Wielka liczba maszyn w jednej akcji bojowej to niebezpieczeństwo przeszkadzania sobie w powietrzu, a w przypadku pochmurnych nocy potencjalne niebezpieczeństwo zderzeń własnych samolotów, zwłaszcza nad celem lub w czasie wykonywania manewru przeciwartyleryjskiego. Harris wiedział już o niejednym takim wypadku, mimo z góry ustalonych i niby przestrzeganych ograniczeń wysokości lotu, prędkości, kursu.
Biorąc pod uwagę te niebezpieczeństwa i trudności, dowódca Bomber Command był jednak za koniecznością nieustannego rozszerzania akcji bojowych nad Rzeszą. Liczył bardzo na nowe urządzenia.
– Ej, generale Harris, nad czym zamyślił się pan tak bardzo? – słowa premiera wyrwały generała z zadumy. – Miał pan dla mnie jakąś niespodziankę – przypominał Churchill z uśmiechem, spoglądając raz na generała marszałka Portala, to znów na ministra Sinclaira.
– Istotnie, panie premierze. Chciałbym zameldować, że wprowadzamy na wyposażenie naszych maszyn dwa typy urządzeń radionawigacyjnych, które z pewnością pomogą nam zarówno bezbłędnie dolatywać w rejon celu, jak i dokładniej niż dotąd bombardować. Jedno z nich, oznaczone kryptonimem GEE, służy do naprowadzania maszyn nad rejon celu bez widoczności ziemi w nocy za pomocą trzech stacji radiowych wysyłających fale elektromagnetyczne w kierunku samolotu. Odbiornik tych fal, zainstalowany na stanowisku nawigatora samolotu, rejestruje różnice czasowe wysyłanych i odbieranych impulsów, a sprzężone urządzenie automatycznie ocenia odległość samolotu od nadajników i wykreśla kurs maszyny. Być może przypomina pan sobie, sir, że próby takich urządzeń były prowadzone jeszcze w tysiąc dziewięćset czterdziestym pierwszym roku, nadal je doskonalimy. Wydaje się, że jeszcze tej nocy możemy przekonać się o ich walorach – kończył swą informację generał Harris.
– Jak to? To znaczy, chce pan powiedzieć, że dzisiejszej nocy są one praktycznie sprawdzane?
– Tak. Nie tylko dziś, ale również dziś i mamy nadzieję, że to wszystko wypadnie pomyślnie – spokojnie odpowiedział szef Bomber Command.
– No więc dobrze, panowie – Churchill zwrócił się do wszystkich trzech wojskowych – mam nadzieję, że wystarczająco jasno potwierdziliśmy swą wolę rozszerzenia ofensywy bombowej na Niemcy. – Sir Winston ciężko wstał z fotela, co oznaczało, że spotkanie dobiegło końca. – Chciałbym i ja sprawić panom niespodziankę – ożywił się. – Przed dwoma tygodniami Stalin przysłał mi film dokumentalny o bitwie i zwycięstwie pod Stalingradem. Oglądałem już ten film kilka dni temu i przyznaję, że wywarł on na mnie wielkie wrażenie. Zapraszam was, panowie, do siebie na przyszły wtorek, obejrzymy go wspólnie. – Winston Churchill wraz ze swymi gośćmi wyszedł z biblioteki. Już na schodach prowadzących do bawialni informował ich, że przed rozpoczęciem przyjęcia napisał właśnie list do prezydenta Roosevelta, informując go w nim, że w Londynie powstał film dokumentalny o bitwie pod El-Alamein.
– Wydaje mi się – kontynuował Churchill – że prezydent obejrzy ten film z zainteresowaniem, a wiecie dlaczego? – zwracał się do wszystkich, którzy już w salonie dołączyli do rozmówców gospodarza – dlatego, że w akcji uczestniczą amerykańskie Shermany. O, i jeszcze jedna rzecz, byłbym o niej zupełnie zapomniał. – Sir Winston ruszył żwawo w kierunku ściany, na której wisiał portret tajemniczego wojskowego.
– Wiecie, kto to jest? Oczywiście nie! To jest… to jest amerykański Churchill! No, czego stoicie tacy zdumieni! Im więcej będzie Churchillów w Stanach, tym będzie tam lepiej, nieprawdaż, drogi doktorze? – z szerokim, jowialnym uśmiechem zwrócił się gospodarz w stronę lorda Morana. – Otóż jest to generał armii amerykańskiej Sylwester Churchill – wyjaśniał sir Winston – mój prapradziadek, który zmarł w Stanach w tysiąc osiemset sześćdziesiątym drugim roku. Portret ten otrzymałem od prezydenta przed ośmioma miesiącami. Prawda, że to piękny obraz – dodał z dumą, odprowadzając gości do obszernego hallu.
Za drzwiami słychać było warkot silników podjeżdżających samochodów. Było już po północy z 5 na 6 marca, gdy wygaszono światła w rezydencji brytyjskiego premiera w Chequers, tylko gdzieś na południowy wschód od tej uroczej miejscowości białe na tle czarnego nieba klingi świateł reflektorów przeciwlotniczych wymacywały nocnych samolotów z czarnymi krzyżami na skrzydłach.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Bawialnia starego dworu w Chequers, niewielkiej podlondyńskiej miejscowości, rozbrzmiewała gwarem. Kilka osób w różnym wieku przechadzało się po salonie, prowadząc ożywioną konwersację, co chwila ktoś zatrzymywał się przed wiszącym na ścianie naprzeciwko drzwi prowadzących na werandę dużym olejnym obrazem. Przedstawiał on ubranego w mundur oficera armii amerykańskiej mężczyznę o czerstwej, ogorzałej twarzy. Spierano się delikatnie co do wieku oficera w dziewiętnastowiecznym uniformie kawalerii. Domownicy, dumni z uzupełnienia kolekcji tak doskonałym płótnem, nie kwapili się z wyjaśnieniami, kogo ono przedstawia, bawiąc się najwyraźniej domysłami gości. Każdy w portretowanym widział kogoś innego, na rozwiązanie zaś tajemnicy należało poczekać.
Gospodyni domu i jej najstarsza córka Sarah siedziały wraz z częścią gości przy długim stole. Blask świec ustawionych na wysokich lichtarzach wraz z przyćmionym światłem elektrycznym stwarzał przyjemną i przytulną atmosferę, refleksy świetlne chybotliwych płomieni świec tańczyły na srebrze sztućców, cukiernic, półmisków.
Pod chwilową nieobecność gospodarza prowadzono rozmowę o przebiegu jego choroby, wsłuchując się w każde zdanie lorda Morana, długoletniego lekarza rodziny. Doktor teraz już z uśmiechem mówił o swym poważnym zaniepokojeniu sprzed dziesięciu dni, kiedy po pewnej przerwie ponownie pojawiła się gorączka, trawiąc zmęczony intensywną pracą i dalekimi podróżami organizm pacjenta. Najbardziej spontanicznie radość z powrotu do zdrowia po trzytygodniowej chorobie ojca okazywała Anna.
Nie tańczono, ale młodsza część towarzystwa, zebrana wokół gramofonu, śpiewała piosenki razem z ich płytowymi wykonawcami.
Sierżant Anderson z Intelligence Service wsłuchiwał się w przenikające mury melodie. Kończył właśnie swój dyżur. Do objęcia posterunku przy bramie dworu w Chequers przez Davisona pozostało jeszcze półtorej godziny. A jutro sobota, 6 marca, i dwudniowy weekend, który Anderson wraz z żoną postanowili spędzić razem z rodzicami Anny w Harwich na wschodnim wybrzeżu. Sierżant miał nadzieję, że te dwa dni miną spokojnie, a wizyta nie będzie przerywana ucieczkami do schronów przeciwlotniczych przed bombami niemieckiej Luftwaffe.
„Ci dranie nie znają żadnego umiaru” – rozmyślał Anderson o niemieckich nalotach nocnych. – Ale jeśli nie będzie mgły, tak częstej nad Kanałem w czasie przedwiośnia, to może nie będzie się im chciało lecieć nad Anglię. Na razie jednak nic nie zapowiadało pogorszenia pogody. Późny wieczór, 5 marca 1943 roku, był wyjątkowo ciepły, bezwietrzny, słowem przyjemny, jeszcze ta muzyka…
Tamci – sierżant miał oczywiście na myśli mieszkańców i gości dworu w Chequers – fajnie się zabawiają, no, ale jest rzeczywiście okazja. „Stary” wrócił do formy, więc dlaczego mają się nie cieszyć, zresztą wszyscy się po trosze cieszymy.
Anderson spoglądał na czarne kontury rezydencji. Żaden jednak blask nie rozpraszał mroku. W tym rejonie zarządzeń o zaciemnieniu okien przestrzegano wyjątkowo skrupulatnie. Mężczyzna dostrzegł tylko ciemny obrys sylwetki innego funkcjonariusza IS odbywającego dyżurny spacer wzdłuż oficyny dworu.
Niebawem zaczęły podjeżdżać pod wejście samochody po uczestników przyjęcia. Odjechało jednak tylko kilka osób i dochodziła już północ, a rozmowy trwały w najlepsze. Nadal też śpiewano ściszonym głosem przeboje i piosenki wojskowe, a najpopularniejszą z nich – „It’s a Long Way to Tipperary” – śpiewali lub nucili prawie wszyscy obecni w bawialni i przylegających do niej pokojach.
Na piętrze, w pokoju, w którym mieściła się biblioteka, przy ustawionym nieco z boku, obok regałów zapełnionych książkami, okrągłym stole siedziało czterech mężczyzn. Spowici kłębami dymu z palonych przez nich cygar rozmawiali z ożywieniem, sięgając niekiedy po kieliszki napełnione alkoholem. Wprawdzie i tu przeniknęły odgłosy rozmów i dźwięki muzyki, lecz dyskutujący tak dalece pochłonięci byli omawianymi problemami, że nie zwracali uwagi na to, co się dzieje na parterze.
– Jestem szczęśliwy, że wreszcie mogę rozmawiać z wami, panowie, a nie z doktorem Moranem, doktorem Marshallem i tymi wszystkimi panami, którzy wciąż zadawali mi to samo pytanie: „Jak się pan dziś czuje, sir? Co panu dolega, sir?”. I to tak przez trzy tygodnie. Już od samego odpowiadania na te „problemowe” pytania można było wyzionąć ducha.
– Bardzo nam brakowało pana zainteresowania naszymi sprawami i pana rady, panie premierze – niejako w odpowiedzi rzekł sir Archibald Sinclair, minister lotnictwa rządu Jego Królewskiej Mości.
– Niech się pan nie gniewa, drogi ministrze, ale mówi pan tak samo jak Eden. Zapewne umówiliście się ze sobą, co? – Premier ostatnie słowa wypowiedział ze śmiechem.
– Mówiłem panom przed chwilą o ustaleniach konferencji w Casablance. Poza tym, że zdecydowano o inwazji na Sycylię i Włochy, co, jak sądzę, pozwoli wyprowadzić to państwo z wojny, wraz z prezydentem Rooseveltem omawialiśmy sposoby skutecznej ochrony naszych szlaków komunikacyjnych na Atlantyku. Jest to, panowie, sprawa pierwszorzędnej wagi. – Sir Winston nagle spoważniał, wkładając do ust grube cygaro. – A jeszcze dochodzi bombardowanie Niemiec.
– Wiemy, panie premierze, że działania nad Niemcami mamy prowadzić nadal wspólnie z Amerykanami. Oni przejmą akcje lotnicze prowadzone nad Rzeszą w dzień, my zaś będziemy bombardować Niemcy nocami – wtrącił wyjaśnienie minister Sinclair, spoglądając na generała Portala, szefa sztabu Królewskich Sił Powietrznych.
– Uznają zasadność tego podziału – przerwał ministrowi lotnictwa Churchill. – Wynika on między innymi z lepszego przygotowania technicznego Amerykanów do lotów dziennych nad Niemcy, ale niezupełnie rozumiem przyczyn małej skuteczności naszych akcji bombowych nad Trzecią Rzeszą. Propaganda niemiecka ma dobry materiał do wykorzystania w postaci lejów naszych bomb w odległości często kilku mil od właściwego celu.
– Co na to pan, generale Harris? – Premier zwrócił się do siedzącego w głębokim klubowym fotelu generała w lotniczym mundurze.
– W połowie tysiąc dziewięćset czterdziestego pierwszego roku rozpoznanie lotnicze RAF dostarczyło sztabowi Królewskich Sił Powietrznych i Bomber Command serię zdjęć lotniczych dokonanych nad obiektami bombardowań wkrótce po przeprowadzeniu przez nas akcji bojowych. Większość zdjęć ukazała bardzo małe zniszczenia. W związku z tym powstały trzy hipotezy, które trzeba było kolejno eliminować albo ich trafność uzasadnić. Pierwsza: Niemcy po mistrzowsku, w sposób błyskawiczny, kamuflowali uszkodzenia, druga: Niemcy niesłychanie szybko i po mistrzowsku uszkodzenia naprawiali, wreszcie hipoteza trzecia: nasze załogi nie trafiały w cele…
– Wiem coś o tym, drogi generale – przerwał gwałtownie Harrisowi Churchill. – Profesor Lindemann, mój doradca naukowy, i marszałek Saundby dowiedli wówczas ponad wszelką wątpliwość, że załogi zrzucały swój ładunek niedbale, byle gdzie. Dochodziło do tego, że tylko jedna na trzy załogi trafiała w pobliże celu. W Zagłębiu Ruhry zaś wskutek silnej obrony przeciwlotniczej nieprzyjaciela tylko co dziesiąta załoga wykonywała swe zadanie właściwie. – Premier mówił coraz bardziej emocjonalnie.
– Istotnie tak było, panie premierze – spokojnie próbował wyjaśniać Harris – lecz mamy już rok tysiąc dziewięćset czterdziesty trzeci. Od roku stoję na czele Dowództwa Lotnictwa Bombowego. Gdy obejmowałem to stanowisko, Bomber Command miało do dyspozycji trzysta siedemdziesiąt osiem sprawnych samolotów z załogami, lecz tylko sześćdziesiąt dziewięć ciężkich bombowców i to posiadających, niestety, przestarzałe wyposażenie nawigacyjne i niezbyt sprawne celowniki. W grudniu ubiegłego roku posiadaliśmy już dwieście sześćdziesiąt jeden ciężkich bombowców i siedemdziesiąt osiem bombowców średnich z nowoczesnym wyposażeniem radionawigacyjnym. Załóg też nam nie brakuje, chociaż, rzecz jasna, około trzydziestu siedmiu procent ludzi pochodzi z dominiów i kolonii.
– Jeśli pan pozwoli, panie premierze – odezwał się milczący do tej pory generał Portal – to pragnę dodać, że bombardowanie celów w nocy i to często bez widoczności ziemi stwarza załogom wiele trudności, pracujemy jednak nad zastosowaniem urządzeń radarowych do naprowadzania i do wykrywania celów. Mogę zapewnić rząd, że zajmujemy się tym zagadnieniem energicznie.
– Panowie. – ponownie odezwał się premier – Z różnych względów nie możemy jeszcze stworzyć drugiego frontu, lecz ofensywę bombową na Niemcy nie tylko możemy, ale musimy rozwinąć. – Po chwili milczenia Churchill dodał prawie szeptem: – Mamy informacje, iż Niemcy szykują Anglii jakąś niespodziankę związaną z wykorzystaniem atomu. Coś niedobrego dzieje się w zakładach Norsk-Hydro w Norwegii…
Długo w nocy rozmawiano w bibliotece sir Winstona o podstawowych sprawach wojny z Hitlerem. Generał Harris, przysłuchując się rozmowie i niekiedy sam coś wtrącając, pochłonięty był jednak głównie własnymi myślami dotyczącymi spraw bombardowania Niemiec. Zapewne można było usprawnić organizację operacji bombowych i jeszcze bardziej wzmóc ich natężenie. Byłoby to dobrą odpowiedzią na nasilające się w Wielkiej Brytanii żądanie zorganizowania drugiego frontu w Europie, lecz były i realne trudności.
Oto Bomber Command w połowie 1942 roku otrzymało nowe samoloty bombowe – Manchestery. Zawiodły one jednak oczekiwania. Płatowiec opracowano nieźle, silniki posiadały jednakże liczne wady, niedopracowania konstrukcyjne, często odmawiały posłuszeństwa. W dywizjonach zanotowano wzrost wypadków lotniczych. Ktoś, kto dokonał takiego niezwykłego czynu, jak przyprowadzenie bombowca na jednym silniku znad Berlina do środkowej Anglii, otrzymywał DSO¹.
Najnowsze bombowce – Lancastery – okazały się na szczęście dużo lepsze, sprawniejsze, bardziej niezawodne. Skąd jednak brać ludzi do siedmioosobowych załóg tych maszyn? W Anglii już ich nie ma.
Kłopoty dotyczyły nie tylko sprawy sprzętu lotniczego i szkolenia nowych załóg, lecz i kwestii przebudowy starych lotnisk, chodziło zwłaszcza o wydłużanie pasów startowych. Było to konieczne ze względu na wprowadzenie do dywizjonów ciężkich czterosilnikowych maszyn. Tylko dlaczego nie mówił o tym Portal? – zastanawiał się generał Harris.
Po cichu przyznawał rację Churchillowi domagającemu się większej skuteczności akcji bojowych. Jeszcze pod koniec 1942 roku można by im było wiele zarzucić. Lecz jakie jest wyjście? Mała liczba samolotów uczestniczących w bombardowaniu to odpowiednio niewielka skuteczność nalotu. Wielka liczba maszyn w jednej akcji bojowej to niebezpieczeństwo przeszkadzania sobie w powietrzu, a w przypadku pochmurnych nocy potencjalne niebezpieczeństwo zderzeń własnych samolotów, zwłaszcza nad celem lub w czasie wykonywania manewru przeciwartyleryjskiego. Harris wiedział już o niejednym takim wypadku, mimo z góry ustalonych i niby przestrzeganych ograniczeń wysokości lotu, prędkości, kursu.
Biorąc pod uwagę te niebezpieczeństwa i trudności, dowódca Bomber Command był jednak za koniecznością nieustannego rozszerzania akcji bojowych nad Rzeszą. Liczył bardzo na nowe urządzenia.
– Ej, generale Harris, nad czym zamyślił się pan tak bardzo? – słowa premiera wyrwały generała z zadumy. – Miał pan dla mnie jakąś niespodziankę – przypominał Churchill z uśmiechem, spoglądając raz na generała marszałka Portala, to znów na ministra Sinclaira.
– Istotnie, panie premierze. Chciałbym zameldować, że wprowadzamy na wyposażenie naszych maszyn dwa typy urządzeń radionawigacyjnych, które z pewnością pomogą nam zarówno bezbłędnie dolatywać w rejon celu, jak i dokładniej niż dotąd bombardować. Jedno z nich, oznaczone kryptonimem GEE, służy do naprowadzania maszyn nad rejon celu bez widoczności ziemi w nocy za pomocą trzech stacji radiowych wysyłających fale elektromagnetyczne w kierunku samolotu. Odbiornik tych fal, zainstalowany na stanowisku nawigatora samolotu, rejestruje różnice czasowe wysyłanych i odbieranych impulsów, a sprzężone urządzenie automatycznie ocenia odległość samolotu od nadajników i wykreśla kurs maszyny. Być może przypomina pan sobie, sir, że próby takich urządzeń były prowadzone jeszcze w tysiąc dziewięćset czterdziestym pierwszym roku, nadal je doskonalimy. Wydaje się, że jeszcze tej nocy możemy przekonać się o ich walorach – kończył swą informację generał Harris.
– Jak to? To znaczy, chce pan powiedzieć, że dzisiejszej nocy są one praktycznie sprawdzane?
– Tak. Nie tylko dziś, ale również dziś i mamy nadzieję, że to wszystko wypadnie pomyślnie – spokojnie odpowiedział szef Bomber Command.
– No więc dobrze, panowie – Churchill zwrócił się do wszystkich trzech wojskowych – mam nadzieję, że wystarczająco jasno potwierdziliśmy swą wolę rozszerzenia ofensywy bombowej na Niemcy. – Sir Winston ciężko wstał z fotela, co oznaczało, że spotkanie dobiegło końca. – Chciałbym i ja sprawić panom niespodziankę – ożywił się. – Przed dwoma tygodniami Stalin przysłał mi film dokumentalny o bitwie i zwycięstwie pod Stalingradem. Oglądałem już ten film kilka dni temu i przyznaję, że wywarł on na mnie wielkie wrażenie. Zapraszam was, panowie, do siebie na przyszły wtorek, obejrzymy go wspólnie. – Winston Churchill wraz ze swymi gośćmi wyszedł z biblioteki. Już na schodach prowadzących do bawialni informował ich, że przed rozpoczęciem przyjęcia napisał właśnie list do prezydenta Roosevelta, informując go w nim, że w Londynie powstał film dokumentalny o bitwie pod El-Alamein.
– Wydaje mi się – kontynuował Churchill – że prezydent obejrzy ten film z zainteresowaniem, a wiecie dlaczego? – zwracał się do wszystkich, którzy już w salonie dołączyli do rozmówców gospodarza – dlatego, że w akcji uczestniczą amerykańskie Shermany. O, i jeszcze jedna rzecz, byłbym o niej zupełnie zapomniał. – Sir Winston ruszył żwawo w kierunku ściany, na której wisiał portret tajemniczego wojskowego.
– Wiecie, kto to jest? Oczywiście nie! To jest… to jest amerykański Churchill! No, czego stoicie tacy zdumieni! Im więcej będzie Churchillów w Stanach, tym będzie tam lepiej, nieprawdaż, drogi doktorze? – z szerokim, jowialnym uśmiechem zwrócił się gospodarz w stronę lorda Morana. – Otóż jest to generał armii amerykańskiej Sylwester Churchill – wyjaśniał sir Winston – mój prapradziadek, który zmarł w Stanach w tysiąc osiemset sześćdziesiątym drugim roku. Portret ten otrzymałem od prezydenta przed ośmioma miesiącami. Prawda, że to piękny obraz – dodał z dumą, odprowadzając gości do obszernego hallu.
Za drzwiami słychać było warkot silników podjeżdżających samochodów. Było już po północy z 5 na 6 marca, gdy wygaszono światła w rezydencji brytyjskiego premiera w Chequers, tylko gdzieś na południowy wschód od tej uroczej miejscowości białe na tle czarnego nieba klingi świateł reflektorów przeciwlotniczych wymacywały nocnych samolotów z czarnymi krzyżami na skrzydłach.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
więcej..