Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Ostry kąt uderzenia - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
29 czerwca 2026
938 pkt
punktów Virtualo

Ostry kąt uderzenia - ebook

W nocy z 16 na 17 maja 1943 roku samoloty RAF-u przeprowadziły atak na niemieckie zapory wodne w Zagłębiu Ruhry. Wykorzystano w nim specjalnie skonstruowane „skaczące bomby”. Autor odsłania kulisy skomplikowanej operacji, której celem było zmniejszenie zdolności produkcyjnych III Rzeszy.

Kategoria: Historia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-11-18920-1
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

DWA OBLICZA TEJ NOCY

Bawial­nia sta­rego dworu w Che­qu­ers, nie­wiel­kiej pod­lon­dyń­skiej miej­sco­wo­ści, roz­brzmie­wała gwa­rem. Kilka osób w róż­nym wieku prze­cha­dzało się po salo­nie, pro­wa­dząc oży­wioną kon­wer­sa­cję, co chwila ktoś zatrzy­my­wał się przed wiszą­cym na ścia­nie naprze­ciwko drzwi pro­wa­dzących na werandę dużym olej­nym obra­zem. Przed­sta­wiał on ubra­nego w mun­dur ofi­cera armii ame­ry­kań­skiej męż­czy­znę o czer­stwej, ogo­rza­łej twa­rzy. Spie­rano się deli­kat­nie co do wieku ofi­cera w dzie­więt­na­sto­wiecz­nym uni­for­mie kawa­le­rii. Domow­nicy, dumni z uzu­peł­nie­nia kolek­cji tak dosko­na­łym płót­nem, nie kwa­pili się z wyja­śnie­niami, kogo ono przed­sta­wia, bawiąc się naj­wy­raź­niej domy­słami gości. Każdy w por­tre­to­wa­nym widział kogoś innego, na roz­wią­za­nie zaś tajem­nicy nale­żało pocze­kać.

Gospo­dyni domu i jej naj­star­sza córka Sarah sie­działy wraz z czę­ścią gości przy dłu­gim stole. Blask świec usta­wio­nych na wyso­kich lich­ta­rzach wraz z przy­ćmio­nym świa­tłem elek­trycz­nym stwa­rzał przy­jemną i przy­tulną atmos­ferę, refleksy świetlne chy­bo­tli­wych pło­mieni świec tań­czyły na sre­brze sztuć­ców, cukier­nic, pół­mi­sków.

Pod chwi­lową nie­obec­ność gospo­da­rza pro­wa­dzono roz­mowę o prze­biegu jego cho­roby, wsłu­chu­jąc się w każde zda­nie lorda Morana, dłu­go­let­niego leka­rza rodziny. Dok­tor teraz już z uśmie­chem mówił o swym poważ­nym zanie­po­ko­je­niu sprzed dzie­się­ciu dni, kiedy po pew­nej prze­rwie ponow­nie poja­wiła się gorączka, tra­wiąc zmę­czony inten­sywną pracą i dale­kimi podró­żami orga­nizm pacjenta. Naj­bar­dziej spon­ta­nicz­nie radość z powrotu do zdro­wia po trzy­ty­go­dnio­wej cho­ro­bie ojca oka­zy­wała Anna.

Nie tań­czono, ale młod­sza część towa­rzy­stwa, zebrana wokół gra­mo­fonu, śpie­wała pio­senki razem z ich pły­to­wymi wyko­naw­cami.

Sier­żant Ander­son z Intel­li­gence Service wsłu­chi­wał się w prze­ni­ka­jące mury melo­die. Koń­czył wła­śnie swój dyżur. Do obję­cia poste­runku przy bra­mie dworu w Che­qu­ers przez Davi­sona pozo­stało jesz­cze pół­to­rej godziny. A jutro sobota, 6 marca, i dwu­dniowy week­end, który Ander­son wraz z żoną posta­no­wili spę­dzić razem z rodzi­cami Anny w Har­wich na wschod­nim wybrzeżu. Sier­żant miał nadzieję, że te dwa dni miną spo­koj­nie, a wizyta nie będzie prze­ry­wana uciecz­kami do schro­nów prze­ciw­lot­ni­czych przed bom­bami nie­miec­kiej Luft­waffe.

„Ci dra­nie nie znają żad­nego umiaru” – roz­my­ślał Ander­son o nie­miec­kich nalo­tach noc­nych. – Ale jeśli nie będzie mgły, tak czę­stej nad Kana­łem w cza­sie przed­wio­śnia, to może nie będzie się im chciało lecieć nad Anglię. Na razie jed­nak nic nie zapo­wia­dało pogor­sze­nia pogody. Późny wie­czór, 5 marca 1943 roku, był wyjąt­kowo cie­pły, bez­wietrzny, sło­wem przy­jemny, jesz­cze ta muzyka…

Tamci – sier­żant miał oczy­wi­ście na myśli miesz­kań­ców i gości dworu w Che­qu­ers – faj­nie się zaba­wiają, no, ale jest rze­czy­wi­ście oka­zja. „Stary” wró­cił do formy, więc dla­czego mają się nie cie­szyć, zresztą wszy­scy się po tro­sze cie­szymy.

Ander­son spo­glą­dał na czarne kon­tury rezy­den­cji. Żaden jed­nak blask nie roz­pra­szał mroku. W tym rejo­nie zarzą­dzeń o zaciem­nie­niu okien prze­strze­gano wyjąt­kowo skru­pu­lat­nie. Męż­czy­zna dostrzegł tylko ciemny obrys syl­wetki innego funk­cjo­na­riu­sza IS odby­wa­ją­cego dyżurny spa­cer wzdłuż ofi­cyny dworu.

Nie­ba­wem zaczęły pod­jeż­dżać pod wej­ście samo­chody po uczest­ni­ków przy­ję­cia. Odje­chało jed­nak tylko kilka osób i docho­dziła już pół­noc, a roz­mowy trwały w naj­lep­sze. Na­dal też śpie­wano ści­szo­nym gło­sem prze­boje i pio­senki woj­skowe, a naj­po­pu­lar­niej­szą z nich – „It’s a Long Way to Tip­pe­rary” – śpie­wali lub nucili pra­wie wszy­scy obecni w bawialni i przy­le­ga­ją­cych do niej poko­jach.

Na pię­trze, w pokoju, w któ­rym mie­ściła się biblio­teka, przy usta­wio­nym nieco z boku, obok rega­łów zapeł­nio­nych książ­kami, okrą­głym stole sie­działo czte­rech męż­czyzn. Spo­wici kłę­bami dymu z palo­nych przez nich cygar roz­ma­wiali z oży­wie­niem, się­ga­jąc nie­kiedy po kie­liszki napeł­nione alko­ho­lem. Wpraw­dzie i tu prze­nik­nęły odgłosy roz­mów i dźwięki muzyki, lecz dys­ku­tu­jący tak dalece pochło­nięci byli oma­wia­nymi pro­ble­mami, że nie zwra­cali uwagi na to, co się dzieje na par­te­rze.

– Jestem szczę­śliwy, że wresz­cie mogę roz­ma­wiać z wami, pano­wie, a nie z dok­to­rem Mora­nem, dok­to­rem Mar­shal­lem i tymi wszyst­kimi panami, któ­rzy wciąż zada­wali mi to samo pyta­nie: „Jak się pan dziś czuje, sir? Co panu dolega, sir?”. I to tak przez trzy tygo­dnie. Już od samego odpo­wia­da­nia na te „pro­ble­mowe” pyta­nia można było wyzio­nąć ducha.

– Bar­dzo nam bra­ko­wało pana zain­te­re­so­wa­nia naszymi spra­wami i pana rady, panie pre­mie­rze – nie­jako w odpo­wie­dzi rzekł sir Archi­bald Sinc­lair, mini­ster lot­nic­twa rządu Jego Kró­lew­skiej Mości.

– Niech się pan nie gniewa, drogi mini­strze, ale mówi pan tak samo jak Eden. Zapewne umó­wi­li­ście się ze sobą, co? – Pre­mier ostat­nie słowa wypo­wie­dział ze śmie­chem.

– Mówi­łem panom przed chwilą o usta­le­niach kon­fe­ren­cji w Casa­blance. Poza tym, że zde­cy­do­wano o inwa­zji na Sycy­lię i Wło­chy, co, jak sądzę, pozwoli wypro­wa­dzić to pań­stwo z wojny, wraz z pre­zy­den­tem Roose­vel­tem oma­wia­li­śmy spo­soby sku­tecz­nej ochrony naszych szla­ków komu­ni­ka­cyj­nych na Atlan­tyku. Jest to, pano­wie, sprawa pierw­szo­rzęd­nej wagi. – Sir Win­ston nagle spo­waż­niał, wkła­da­jąc do ust grube cygaro. – A jesz­cze docho­dzi bom­bar­do­wa­nie Nie­miec.

– Wiemy, panie pre­mie­rze, że dzia­ła­nia nad Niem­cami mamy pro­wa­dzić na­dal wspól­nie z Ame­ry­ka­nami. Oni przejmą akcje lot­ni­cze pro­wa­dzone nad Rze­szą w dzień, my zaś będziemy bom­bar­do­wać Niemcy nocami – wtrą­cił wyja­śnie­nie mini­ster Sinc­lair, spo­glą­da­jąc na gene­rała Por­tala, szefa sztabu Kró­lew­skich Sił Powietrz­nych.

– Uznają zasad­ność tego podziału – prze­rwał mini­strowi lot­nic­twa Chur­chill. – Wynika on mię­dzy innymi z lep­szego przy­go­to­wa­nia tech­nicz­nego Ame­ry­ka­nów do lotów dzien­nych nad Niemcy, ale nie­zu­peł­nie rozu­miem przy­czyn małej sku­tecz­no­ści naszych akcji bom­bo­wych nad Trze­cią Rze­szą. Pro­pa­ganda nie­miecka ma dobry mate­riał do wyko­rzy­sta­nia w postaci lejów naszych bomb w odle­gło­ści czę­sto kilku mil od wła­ści­wego celu.

– Co na to pan, gene­rale Har­ris? – Pre­mier zwró­cił się do sie­dzą­cego w głę­bo­kim klu­bo­wym fotelu gene­rała w lot­ni­czym mun­du­rze.

– W poło­wie tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stego pierw­szego roku roz­po­zna­nie lot­ni­cze RAF dostar­czyło szta­bowi Kró­lew­skich Sił Powietrz­nych i Bom­ber Com­mand serię zdjęć lot­ni­czych doko­na­nych nad obiek­tami bom­bar­do­wań wkrótce po prze­pro­wa­dze­niu przez nas akcji bojo­wych. Więk­szość zdjęć uka­zała bar­dzo małe znisz­cze­nia. W związku z tym powstały trzy hipo­tezy, które trzeba było kolejno eli­mi­no­wać albo ich traf­ność uza­sad­nić. Pierw­sza: Niemcy po mistrzow­sku, w spo­sób bły­ska­wiczny, kamu­flo­wali uszko­dze­nia, druga: Niemcy nie­sły­cha­nie szybko i po mistrzow­sku uszko­dze­nia napra­wiali, wresz­cie hipo­teza trze­cia: nasze załogi nie tra­fiały w cele…

– Wiem coś o tym, drogi gene­rale – prze­rwał gwał­tow­nie Har­ri­sowi Chur­chill. – Pro­fe­sor Lin­de­mann, mój doradca naukowy, i mar­sza­łek Saundby dowie­dli wów­czas ponad wszelką wąt­pli­wość, że załogi zrzu­cały swój ładu­nek nie­dbale, byle gdzie. Docho­dziło do tego, że tylko jedna na trzy załogi tra­fiała w pobliże celu. W Zagłę­biu Ruhry zaś wsku­tek sil­nej obrony prze­ciw­lot­ni­czej nie­przy­ja­ciela tylko co dzie­siąta załoga wyko­ny­wała swe zada­nie wła­ści­wie. – Pre­mier mówił coraz bar­dziej emo­cjo­nal­nie.

– Istot­nie tak było, panie pre­mie­rze – spo­koj­nie pró­bo­wał wyja­śniać Har­ris – lecz mamy już rok tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­sty trzeci. Od roku stoję na czele Dowódz­twa Lot­nic­twa Bom­bo­wego. Gdy obej­mo­wa­łem to sta­no­wi­sko, Bom­ber Com­mand miało do dys­po­zy­cji trzy­sta sie­dem­dzie­siąt osiem spraw­nych samo­lo­tów z zało­gami, lecz tylko sześć­dzie­siąt dzie­więć cięż­kich bom­bow­ców i to posia­da­ją­cych, nie­stety, prze­sta­rzałe wypo­sa­że­nie nawi­ga­cyjne i nie­zbyt sprawne celow­niki. W grud­niu ubie­głego roku posia­da­li­śmy już dwie­ście sześć­dzie­siąt jeden cięż­kich bom­bow­ców i sie­dem­dzie­siąt osiem bom­bow­ców śred­nich z nowo­cze­snym wypo­sa­że­niem radio­na­wi­ga­cyj­nym. Załóg też nam nie bra­kuje, cho­ciaż, rzecz jasna, około trzy­dzie­stu sied­miu pro­cent ludzi pocho­dzi z domi­niów i kolo­nii.

– Jeśli pan pozwoli, panie pre­mie­rze – ode­zwał się mil­czący do tej pory gene­rał Por­tal – to pra­gnę dodać, że bom­bar­do­wa­nie celów w nocy i to czę­sto bez widocz­no­ści ziemi stwa­rza zało­gom wiele trud­no­ści, pra­cu­jemy jed­nak nad zasto­so­wa­niem urzą­dzeń rada­ro­wych do napro­wa­dza­nia i do wykry­wa­nia celów. Mogę zapew­nić rząd, że zaj­mu­jemy się tym zagad­nie­niem ener­gicz­nie.

– Pano­wie. – ponow­nie ode­zwał się pre­mier – Z róż­nych wzglę­dów nie możemy jesz­cze stwo­rzyć dru­giego frontu, lecz ofen­sywę bom­bową na Niemcy nie tylko możemy, ale musimy roz­wi­nąć. – Po chwili mil­cze­nia Chur­chill dodał pra­wie szep­tem: – Mamy infor­ma­cje, iż Niemcy szy­kują Anglii jakąś nie­spo­dziankę zwią­zaną z wyko­rzy­sta­niem atomu. Coś nie­do­brego dzieje się w zakła­dach Norsk-Hydro w Nor­we­gii…

Długo w nocy roz­ma­wiano w biblio­tece sir Win­stona o pod­sta­wo­wych spra­wach wojny z Hitle­rem. Gene­rał Har­ris, przy­słu­chu­jąc się roz­mo­wie i nie­kiedy sam coś wtrą­ca­jąc, pochło­nięty był jed­nak głów­nie wła­snymi myślami doty­czą­cymi spraw bom­bar­do­wa­nia Nie­miec. Zapewne można było uspraw­nić orga­ni­za­cję ope­ra­cji bom­bo­wych i jesz­cze bar­dziej wzmóc ich natę­że­nie. Byłoby to dobrą odpo­wie­dzią na nasi­la­jące się w Wiel­kiej Bry­ta­nii żąda­nie zor­ga­ni­zo­wa­nia dru­giego frontu w Euro­pie, lecz były i realne trud­no­ści.

Oto Bom­ber Com­mand w poło­wie 1942 roku otrzy­mało nowe samo­loty bom­bowe – Man­che­stery. Zawio­dły one jed­nak ocze­ki­wa­nia. Pła­to­wiec opra­co­wano nie­źle, sil­niki posia­dały jed­nakże liczne wady, nie­do­pra­co­wa­nia kon­struk­cyjne, czę­sto odma­wiały posłu­szeń­stwa. W dywi­zjo­nach zano­to­wano wzrost wypad­ków lot­ni­czych. Ktoś, kto doko­nał takiego nie­zwy­kłego czynu, jak przy­pro­wa­dze­nie bom­bowca na jed­nym sil­niku znad Ber­lina do środ­ko­wej Anglii, otrzy­my­wał DSO¹.

Naj­now­sze bom­bowce – Lan­ca­stery – oka­zały się na szczę­ście dużo lep­sze, spraw­niej­sze, bar­dziej nie­za­wodne. Skąd jed­nak brać ludzi do sied­mio­oso­bo­wych załóg tych maszyn? W Anglii już ich nie ma.

Kło­poty doty­czyły nie tylko sprawy sprzętu lot­ni­czego i szko­le­nia nowych załóg, lecz i kwe­stii prze­bu­dowy sta­rych lot­nisk, cho­dziło zwłasz­cza o wydłu­ża­nie pasów star­to­wych. Było to konieczne ze względu na wpro­wa­dze­nie do dywi­zjo­nów cięż­kich czte­ro­sil­ni­ko­wych maszyn. Tylko dla­czego nie mówił o tym Por­tal? – zasta­na­wiał się gene­rał Har­ris.

Po cichu przy­zna­wał rację Chur­chil­lowi doma­ga­ją­cemu się więk­szej sku­tecz­no­ści akcji bojo­wych. Jesz­cze pod koniec 1942 roku można by im było wiele zarzu­cić. Lecz jakie jest wyj­ście? Mała liczba samo­lo­tów uczest­ni­czą­cych w bom­bar­do­wa­niu to odpo­wied­nio nie­wielka sku­tecz­ność nalotu. Wielka liczba maszyn w jed­nej akcji bojo­wej to nie­bez­pie­czeń­stwo prze­szka­dza­nia sobie w powie­trzu, a w przy­padku pochmur­nych nocy poten­cjalne nie­bez­pie­czeń­stwo zde­rzeń wła­snych samo­lo­tów, zwłasz­cza nad celem lub w cza­sie wyko­ny­wa­nia manewru prze­ciw­ar­ty­le­ryj­skiego. Har­ris wie­dział już o nie­jed­nym takim wypadku, mimo z góry usta­lo­nych i niby prze­strze­ga­nych ogra­ni­czeń wyso­ko­ści lotu, pręd­ko­ści, kursu.

Bio­rąc pod uwagę te nie­bez­pie­czeń­stwa i trud­no­ści, dowódca Bom­ber Com­mand był jed­nak za koniecz­no­ścią nie­ustan­nego roz­sze­rza­nia akcji bojo­wych nad Rze­szą. Liczył bar­dzo na nowe urzą­dze­nia.

– Ej, gene­rale Har­ris, nad czym zamy­ślił się pan tak bar­dzo? – słowa pre­miera wyrwały gene­rała z zadumy. – Miał pan dla mnie jakąś nie­spo­dziankę – przy­po­mi­nał Chur­chill z uśmie­chem, spo­glą­da­jąc raz na gene­rała mar­szałka Por­tala, to znów na mini­stra Sinc­la­ira.

– Istot­nie, panie pre­mie­rze. Chciał­bym zamel­do­wać, że wpro­wa­dzamy na wypo­sa­że­nie naszych maszyn dwa typy urzą­dzeń radio­na­wi­ga­cyj­nych, które z pew­no­ścią pomogą nam zarówno bez­błęd­nie dola­ty­wać w rejon celu, jak i dokład­niej niż dotąd bom­bar­do­wać. Jedno z nich, ozna­czone kryp­to­ni­mem GEE, służy do napro­wa­dza­nia maszyn nad rejon celu bez widocz­no­ści ziemi w nocy za pomocą trzech sta­cji radio­wych wysy­ła­ją­cych fale elek­tro­ma­gne­tyczne w kie­runku samo­lotu. Odbior­nik tych fal, zain­sta­lo­wany na sta­no­wi­sku nawi­ga­tora samo­lotu, reje­struje róż­nice cza­sowe wysy­ła­nych i odbie­ra­nych impul­sów, a sprzę­żone urzą­dze­nie auto­ma­tycz­nie oce­nia odle­głość samo­lotu od nadaj­ni­ków i wykre­śla kurs maszyny. Być może przy­po­mina pan sobie, sir, że próby takich urzą­dzeń były pro­wa­dzone jesz­cze w tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stym pierw­szym roku, na­dal je dosko­na­limy. Wydaje się, że jesz­cze tej nocy możemy prze­ko­nać się o ich walo­rach – koń­czył swą infor­ma­cję gene­rał Har­ris.

– Jak to? To zna­czy, chce pan powie­dzieć, że dzi­siej­szej nocy są one prak­tycz­nie spraw­dzane?

– Tak. Nie tylko dziś, ale rów­nież dziś i mamy nadzieję, że to wszystko wypad­nie pomyśl­nie – spo­koj­nie odpo­wie­dział szef Bom­ber Com­mand.

– No więc dobrze, pano­wie – Chur­chill zwró­cił się do wszyst­kich trzech woj­sko­wych – mam nadzieję, że wystar­cza­jąco jasno potwier­dzi­li­śmy swą wolę roz­sze­rze­nia ofen­sywy bom­bo­wej na Niemcy. – Sir Win­ston ciężko wstał z fotela, co ozna­czało, że spo­tka­nie dobie­gło końca. – Chciał­bym i ja spra­wić panom nie­spo­dziankę – oży­wił się. – Przed dwoma tygo­dniami Sta­lin przy­słał mi film doku­men­talny o bitwie i zwy­cię­stwie pod Sta­lingradem. Oglą­da­łem już ten film kilka dni temu i przy­znaję, że wywarł on na mnie wiel­kie wra­że­nie. Zapra­szam was, pano­wie, do sie­bie na przy­szły wto­rek, obej­rzymy go wspól­nie. – Win­ston Chur­chill wraz ze swymi gośćmi wyszedł z biblio­teki. Już na scho­dach pro­wa­dzą­cych do bawialni infor­mo­wał ich, że przed roz­po­czę­ciem przy­ję­cia napi­sał wła­śnie list do pre­zy­denta Roose­velta, infor­mu­jąc go w nim, że w Lon­dy­nie powstał film doku­men­talny o bitwie pod El-Ala­mein.

– Wydaje mi się – kon­ty­nu­ował Chur­chill – że pre­zy­dent obej­rzy ten film z zain­te­re­so­wa­niem, a wie­cie dla­czego? – zwra­cał się do wszyst­kich, któ­rzy już w salo­nie dołą­czyli do roz­mów­ców gospo­da­rza – dla­tego, że w akcji uczest­ni­czą ame­ry­kań­skie Sher­many. O, i jesz­cze jedna rzecz, był­bym o niej zupeł­nie zapo­mniał. – Sir Win­ston ruszył żwawo w kie­runku ściany, na któ­rej wisiał por­tret tajem­ni­czego woj­sko­wego.

– Wie­cie, kto to jest? Oczy­wi­ście nie! To jest… to jest ame­ry­kań­ski Chur­chill! No, czego sto­icie tacy zdu­mieni! Im wię­cej będzie Chur­chillów w Sta­nach, tym będzie tam lepiej, nie­praw­daż, drogi dok­to­rze? – z sze­ro­kim, jowial­nym uśmie­chem zwró­cił się gospo­darz w stronę lorda Morana. – Otóż jest to gene­rał armii ame­ry­kań­skiej Syl­we­ster Chur­chill – wyja­śniał sir Win­ston – mój pra­pra­dzia­dek, który zmarł w Sta­nach w tysiąc osiem­set sześć­dzie­sią­tym dru­gim roku. Por­tret ten otrzy­ma­łem od pre­zy­denta przed ośmioma mie­sią­cami. Prawda, że to piękny obraz – dodał z dumą, odpro­wa­dza­jąc gości do obszer­nego hallu.

Za drzwiami sły­chać było war­kot sil­ni­ków pod­jeż­dża­ją­cych samo­cho­dów. Było już po pół­nocy z 5 na 6 marca, gdy wyga­szono świa­tła w rezy­den­cji bry­tyj­skiego pre­miera w Che­qu­ers, tylko gdzieś na połu­dniowy wschód od tej uro­czej miej­sco­wo­ści białe na tle czar­nego nieba klingi świa­teł reflek­to­rów prze­ciw­lot­ni­czych wyma­cy­wały noc­nych samo­lo­tów z czar­nymi krzy­żami na skrzy­dłach.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij