Ot, Wena twórcza - ebook
Rymowane — i nie tylko — wiersze, erotyki i fraszki, zebrane z wieloletniej kolekcji autora. Każdy może znaleźć odpowiadający mu emocjonalnie utwór. Jedne dają do myślenia, inne przywołują uśmiech. Niektóre wiersze celowo nie mają znaków przestankowych na końcach wersów, co daje możliwość swobodnej interpretacji czy recytacji — autor sprawdził to na wieczorkach literackich, gdzie wiersze recytowała młodzież kółek teatralnych.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Poezja |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8440-483-6 |
| Rozmiar pliku: | 4,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wena Twórcza dopadła mnie tak naprawdę dopiero na początku XXI wieku. Wcześniej zdarzało mi się coś zrymować, ale nie wpadłem na to, żeby to zapisywać. Najbardziej płodny okres rozpoczyna rok 2003. Wena opętała mnie do tego stopnia, że budziła mnie w nocy z gotowym utworem i wiedziałem, że nie da mi wrócić do łóżka dopóty, dopóki nie usiądę i nie zapiszę rymów na byle chusteczce czy innym skrawku papieru. Miała rację. Rano, bez zerknięcia na zapis, nie potrafiłem przytoczyć Jej słów. Tak — Jej — bo bez Weny byłbym niczym.
Usłyszałem kiedyś, że Juliusz Słowacki — klasyk, mistrz,
_chapeau bas_ i w ogóle — potrafił zmieniać swoje dzieła nawet już po ich wydrukowaniu. Niedościgniony wzór. Mnie się to rzadko zdarza właśnie dlatego, że Wena daje mi „gotowce”. Najbardziej zapadł mi w pamięci _Tren dla Mamy_, który powstał 5 grudnia 2011 roku, dosłownie w kwadrans po tym, jak dotarła do mnie smutna wiadomość o Jej przegranej walce z ciężką chorobą. Zaraz potem powstał nierymowany efekt żałoby — _Tryptyk tajemnic._
Jestem poetą (dumne słowo) głównie rymującym. W toku swojej twórczości nasłuchałem się sporo krytyki od podobnych do mnie składaczy rymów. Ktoś nawet trafnie uznał (w 2019 roku gdzieś na Dolnym Śląsku powstała muzyka do dwóch moich wierszy), że część utworów pasuje bardziej na teksty piosenek niż stanowi wiersze. Uznano, że za dużo w nich rytmu. Jak zwykle powtarza się też zarzut pójścia na łatwiznę i stosowania prostych, nieambitnych rymów. Trudno, tak już musi zostać. Taki mam styl.
Jednak mam tę satysfakcję, że na wieczorkach literackich, na których moje wiersze recytowała na przykład młodzież z kółka teatralnego, wiersze białe innych twórców były odczytywane z kartek. To spora różnica. Kiedy możesz się nauczyć na pamięć czegoś, co masz wyrecytować, możesz lepiej przygotować swoją interpretację utworu (zwłaszcza, że celowo część wierszy nie ma znaków przestankowych na końcu wersów). Jesteś jak aktor na deskach teatru. Jakże pięknie jest zobaczyć wtedy łzy w oczach co bardziej wrażliwych odbiorców! Mnie podobała się zawsze — inna niż moja, podprogowa — interpretacja moich dziełek. Trudno mi z kolei było zrozumieć brawa po wysłuchaniu utworów odczytanych z kartek. Oczywiście wypada klaskać. Tylko czy odbiorca miał szansę zrozumieć utwór? Chyba nie. Widać to zresztą było nieraz po liczbie pytań zadawanych autorom w kuluarach. Żeby było jasne — bardzo szanuję również wiersze białe (i ich autorów), ale osobiście, aby je zrozumieć muszę je przeczytać co najmniej kilka razy (albo porozmawiać z twórcami).
Moja Wena czasem podrzuca mi coś nierymowanego, ale to tylko Jej kaprysy. Ona w ogóle jest kapryśna. Na początku była bardzo płodna. Miałem sporo materiału, z którego raptem kilka sztuk trafiło do almanachu Grupy Twórczej „Brzoza” pt. „Życie nasze codzienne”, wydanego dzięki staraniom Fundacji Kultury Jana Kochanowskiego w Radomiu, w 2004 roku. Później nachodziła mnie tylko wtedy, kiedy akurat miała ochotę.
Wybór utworów w tym tomiku to wypadkowa ponownego pochylenia się nad treścią. Fraszki i erotyki stanowią rozdziały. Chronologia powstawania rymów nie ma znaczenia.
Były takie etapy w mojej twórczości, które obfitowały w rymy mocno nasycone bieżącą sytuacją społeczno-polityczną. Takie utwory od razu odsiałem. Niech leżą w szufladzie. Pisałem też sporo rymowanych dedykacji, życzeń, czy bardzo prywatnych wersów. Te zostaną dla tych, dla których były przeznaczone.
Wydanie własnego tomiku to dla mnie bardzo duże wydarzenie. Pozwoli Wenie wrócić do mnie, bo powstanie miejsce na nowe natchnienia.
Przyjemnej lektury!
Krzysztof Kapturski
Radom, styczeń 2026Bezwzględny względny czas
_Wiadukt zawieszony nad autostradą_
_Widok z niego taki sobie_
_Ot, setki pojazdów się mijają_
_Razem z nimi ludzi mrowie_
_A ja stoję, patrzę na nie_
_I choć bieżą w dwie strony_
_To przecież widać stąd ładnie_
_Ten pęd życia jakże szalony_
_Tak chyba na nas patrzą_
_Potężne, tysiącletnie drzewa_
_W których koronach pod zamczyska basztą_
_Kolejne pokolenie ptaków śpiewa_
_Dla drzew tych żadna różnica_
_Czy dziś przeminie ktoś, czy ty_
_Że dziś deszcz, a jutro śnieżyca_
_Jak co ranek rosa z mgły_
_Ruiny starożytnych miast_
_Miliony nas przetrwały_
_I choć porośnie je dżungla czy chwast_
_Jam na to wszystko za mały_
_Zakopane, 16 kwietnia 2005 r._
Doli swojej
_Nie bierz tego do siebie,_
_Ale rzec to muszę._
_Kiedy patrzę na ciebie,_
_Coś rani mą duszę._
_Masz coś w sobie takiego,_
_Co wręcz mnie przeraża._
_Spojrzysz na kogo obcego,_
_A ten już się obraża._
_Słów nawet nie używasz_
_(Po co wulgaryzmy?)._
_Tak dzień po dniu przeżywasz,_
_Zufall według Dyzmy._
_Zmień czym prędzej siebie!_
_To nie tędy droga._
_Ja zaklinam ciebie —_
_Dolo moja droga._
Radom, 12 listopada 2003 r.Niewzruszona Topola
_Cienka pośród pól nitka drogi_
_Pobocza uzbrojone w strzeliste topole_
_Facet w samochodzie nieprzyzwoicie drogim_
_Trzyma kurczowo pedał gazu w dole_
_Niebo pozbywa się wilgoci nadmiaru_
_Słońce nie widzi akcji poprzez chmury_
_Wydaje się, że deszcz nie ma dziś umiaru_
_Woda opuszcza przepełnione w asfalcie dziury_
_A tam, nieopodal, na zakrętu łuku_
_Stoi dumnie ona — Niewzruszona Topola_
_Przyzwyczajona do łamiącej się blachy huku_
_Bo taka to już drzewa przydrożnego dola_
_Strugi deszczu obmywają podrapaną korę_
_Spływają po daszku pamiątkowej kapliczki_
_Dziś kolejny facet na śmierć wybrał porę_
_Nowy krzyż stanie, ktoś zapali świeczki_
_Spogląda Topola spod liści zalotnie_
_Jak facet w łuk drogi wchodzi_
_Nawet nie zdążył jej dostrzec w oknie_
_Choć prosto w objęcia jej wchodził_
_Strugi deszczu obmyją kolejne zadrapania_
_Topola stać będzie dumnie, niewzruszona_
_A ten dzień już się skłania do zmierzchania_
_Gaśnie świeczka w kapliczce, wypalona_
Radom, 20 stycznia 2007 r.
_
_
Bilet w jedną stronę
_A ludzie dalej odchodzą,_
_Jedni w światło, inni w mrok._
_A uczeni wciąż dochodzą_
_Jak Kostuchy odwrócić wzrok._
_Ten kurczowo się trzyma_
_Tego padołu łez,_
_Tamten jeno się zżyma —_
_Już by dał temu kres._
_Kto wie co kim kieruje,_
_Życiu nadaje sens,_
_Że jeden przyszłość buduje,_
_Drugiemu dość i chleba kęs._
_Dziwne losu koleje,_
_Niepojęty cały świat._
_Czy ktoś nad nami boleje,_
_Czy już nas wpisał do strat?_
Radom, 20 września 2004 r.Bezsenność
_Patrzyłem dziś przez okno_
_na bezkresny czas;_
_Myślałem o tych miejscach,_
_w których nie ma nas._
_Słuchałem głuchej ciszy,_
_mówiłem bez słów._
_Za chwilę nowy dzionek_
_miał nastać znów._
_Ty we śnie pogrążona_
_już drugi zmieniałaś bok,_
_Zawsze ciężkie powieki zamykasz,_
_gdy tylko zapada zmrok._
_Ja zaś w sufit wpatrzony_
_przez myśli niesfornych tłum,_
_I wnet ukojenie —_
_deszczu za oknem szum._
_Spadały krople wartko_
_jak całe stada łez,_
_Na okno, parapet, balkon_
_i ten pod blokiem bez._
_Przyjemny, rytmiczny odgłos_
_wysyłał myśli w cień._
_Nareszcie spać się zachciało —_
_cóż z tego? — już nastał dzień._
Radom, 16 maja 2004 r.Codzienny dzień
_Dnieje. Dzień wstał._
_Promyk przez okno wpada._
_Na wsi kur by zapiał,_
_A tutaj autostrada._
_Woła już miejski gwar._
_Jeszcze tylko buty._
_Powietrze jak stary smar._
_W nowy dzień wkraczasz wypluty._
_Praca taka jak wczoraj._
_W przerwie trzeba coś zjeść._
_Z robotą się szybko uporaj —_
_Osiem godzin i cześć!_
_Zakupy, dom, kolacja,_
_Serial w telewizorze._
_A, jeszcze rodzina — racja!_
_Długo tak jeszcze możesz?_
Radom, 2 lutego 2004 r.Dziad
_Dotąd jakoś trwasz,_
_Nadzieję na lepsze masz,_
_Ale obawa przyszłości_
_Przenika do szpiku kości._
_Brak zaufania, wiary,_
_I nagle jesteś już stary,_
_Spoglądasz przez ramię za siebie:_
_„Może lepiej będzie w niebie?”_
_Teraz rozpamiętujesz,_
_Jeszcze gorzej się czujesz:_
_„Tyle uczynić mogłem!”-_
_Znów gadasz na jedną modłę._
_Tak, teraz za późno już,_
_Druga noga nad grobem wznieca kurz,_
_Po chwili do niego wpada…_
_Kto zapamięta dziada?_
Radom, 10 grudnia 2003 r.List pojednania
_Dzwoniłem dziś do Ciebie,_
_Rzuciłaś słuchawką._
_W planach miało być jak w niebie,_
_Dziś tylko odbija się czkawką._
_Ten dzień, gdy Cię spotkałem,_
_Trudno to zapomnieć._
_Nadzieję spędzić z Tobą życie miałem,_
_Dziś przyszło oprzytomnieć._
_Kiedy się psuć zaczęło?_
_Jakoś nie pamiętam._
_Co na drodze szczęścia stanęło,_
_Gdzie chemia, gdzie mięta?_
_Nie można przecież kilku lat_
_Rzucić w bezdenny niebyt._
_Odwrócić do góry nogami świat —_
_Czy to logiczne? — Niezbyt._
_Zacznijmy wszystko od początku,_
_Jeszcze raz ułóżmy puzzle rozrzucone._
_Nie traćmy mozolnie snutego życia wątku,_
_Nie wszystko jeszcze stracone._
_Złość, nerwy — to wszystko minie,_
_Każdy kryzys przetrwamy._
_Po co ciągle mówić o winie? —_
_Ważne tylko, że siebie mamy._
_Pióro odkładam, zaklejam kopertę,_
_A w niej te błagalne słowa._
_Przyjmij proszę moją ofertę —_
_Twoja gorsza połowa._
Radom, 13 stycznia 2007 r.Tryptyk tajemnic
1. Tajemnica Życia
Człowiek żyje po to, aby zrozumieć dlaczego się narodził. To, jak żyje, zależy w pierwszym rzędzie od tego, jak bardzo opęta go dążenie do poznania Tajemnicy Życia.
2. Tajemnica Śmierci
Śmierć przychodzi, kiedy uzna, że minął twój czas na zrozumienie Tajemnicy Życia.
3. Tajemnica Nagłej Śmierci
Nagła Śmierć jest bliźniaczą siostrą Śmierci, tyle że bardzo niecierpliwą i niezważającą na grafik.
Radom, 5 grudnia 2005 r. — w dniu śmierci Mamy
Tren dla Mamy
_Za oknem dziś niebo zapłakało_
_Jakby smutne wieści spotęgować chciało_
_Przeleciały przez mokre powietrze fale_
_„Halo, informujemy z żalem…”_
_Elektryczny dreszcz przeszywa ciało_
_Bo tego życia ciągle przecież mało_
_Tylko że kruche — na kostuchy uciechę_
_A nam obietnica Raju na pociechę_
_Byle chociaż odejść w snu spokojności_
_Bez bólu, cierpienia, i nie w samotności_
_A siebie pozostawić we wdzięcznej pamięci_
_By znicz zapalili kiedy Wszyscy Święci_
_Nie będziesz już Mamo z nami latoś kolędować_
_Prezentów pod choinkę nie będziemy chować_
_Niech dusza Twoja uwolniona z okowów ziemskiej powłoki_
_Choć od czasu do czasu spojrzy na nas przez obłoki_
_Lepiej tam będzie Tobie, gdzie Anieli śpiewają_
_Gdzie tylko uśmiech i miłość wszystkim rozdają_
_Odpoczywaj sobie za lata udręki_
_A za Twój żywot z nami stokrotne Ci dzięki!_
Mamie, w dniu odejścia na wieczny odpoczynek,
5 grudnia 2011 r.Budujemy przyszłość
_Święto dzisiaj w mieście mają_
_Nowy biurowiec oddają_
_Szkło, stal, trochę cegły_
_Ostatnie drzewa w parku poległy_
_Wstęga już prawie przecięta_
_Impreza na ostatni guzik zapięta_
_Będzie szampan i życzenia_
_Nie będzie tylko wyrzutów sumienia_
_Czynimy sobie ziemię poddaną_
_Wszerz i wzdłuż eksplorowaną_
_I tylko tlenu coraz mniej_
_Z własnej głupoty się człeku śmiej_
_Chcesz w niebo spojrzeć? — Próżny trud_
_Wszak wszędzie smogu zasłona, brud_
_Majówka nad wodą? — Tylko ściek_
_Nie znajdziesz czystej choćbyś się wściekł_
_W telewizji dzisiaj mecz_
_Zmartwienia niech idą precz!_
_Fotel, popcorn, puszka… tlenu —_
_Jedna dziennie przysługuje każdemu_
Radom, 12 lipca 2007 r.Filozofia szczęścia pijaczego
_Wiesz, ścieżkę do szczęścia_
_dywan z róż wyściela._
_Orgią barw zaprasza,_
_zapachem odurza._
_Więc idziesz czym prędzej,_
_jak do dawno niewidzianego przyjaciela._
_Twarz rozpromieniasz, lecz zapominasz,_
_że nie z samych płatków róża._
_Stajesz zatem nagle_
_z żałosnym grymasem._
_Stopy do krwi pokłute_
_nie chcą nieść cię dalej._
_Łza bólu po policzku spływa,_
_chciałbyś łutu szczęścia czasem._
_Dziś jednak kolejne rozczarowanie,_
_do twarzy w lustrze mówisz: „nalej!”_
Radom, 14 listopada 2008 r.Jutro Zaduszki
_Listopad przyszedł — czas zadumy_
_Idą z kwiatami i zniczami tłumy_
_Przeciskają się w wąskich alejkach cmentarzy_
_Wśród grobowców licznych jak letników na plaży_
_Przeszłość z teraźniejszością się wita_
_Ktoś dawno niewidzianego krewnego spotyka_
_Na wizyty u siebie się umawiają_
_Po chwili już zapominają_
_Znicz zapalić, wieniec złożyć_
_Ponarzekać, że „mógł jeszcze pożyć”_
_I wrócić do codzienności_
_Obłudy, zwątpienia, czasem radości_
_Za chwilę nowa klepsydra_
_Jak jaka lernejska hydra_
_Dopadnie Bogu ducha winnego_
_Czyjegoś znajomego, bliskiego_
_Z nastaniem kolejnego listopada_
_Problem będzie nie lada_
_Bo grób, gdzie go pochowali_
_W mogił nekropolii zniknie gali_
_Ledwo znaczył horyzont mógłbyś przysiąc_
_Cóż, kiedy nowych postawili tysiąc_
Radom, 10 listopada 2008 r.Miasto
_Spójrz na to ludzkie mrowie,_
_Czy ktoś choć „dzień dobry” ci powie?_
_Każdy we własnym świecie zamknięty,_
_Pod ciężarem życia ugięty._
_Mijają się bezładnie, trącają łokciami,_
_Myśli spowite mają amerykańskimi snami._
_Tylko czerwień na zebrach ich czasem zatrzyma,_
_I już nic więcej takiej mocy nie ma._
_I dokąd tak gnają w tym owczym pędzie?_
_Jeszcze wciąż marzą, że im lepiej będzie?_
_A gdzie w tym wszystkim człowiek zatracony?_
_Jego już nie ma — przez miasto wchłoniony._
Radom, 25 listopada 2003 r.
Natchnienie
_Pióro, kartka papieru,_
_Pisanie zamiast spaceru._
_I wśród myśli splątanych tysiąca_
_Ta jedna, prosta i lśniąca._
_Przykładam długopis do kartki,_
_Ruch dłoni płynny i wartki,_
_Czasem tylko skreślenie,_
_Tak, to jest właśnie natchnienie._
_I już wokół co tylko bądź,_
_Choćby i harmider wszcząć._
_Nieważne, ja w innym wymiarze,_
_Natchnienie tylko uwagą darzę._
_Jak hipnotyczny trans._
_Dotrzeć do mnie nie ma szans._
_Całkiem natchnieniem zniewolony,_
_Aż nowy wiersz ukończony._
Radom, 27 września 2003 r.
Wskrześ ciszę
_Wskrześ ciszę,_
_Zbyt głośno tu._
_Niech słyszę_
_Tylko spokój swego snu._
_Odpocząć na polanie ciszy,_
_W hipnotycznym śnie._
_I niech nikt mnie nie usłyszy,_
_Gdy tak błogo śnię._
_Cisza mnie wypełnia, zadowolenie._
_Pod powieką zimowy obraz gór._
_Piękny to już jest obraz szalenie,_
_A jeszcze słońce wychodzi zza chmur._
_Obudzić się, czy tak trwać?_
_Trudny wybór ten._
_Przecież jeszcze chcę spać,_
_Cudowny, nierealny sen._
Radom, 7 marca 2004 r.