Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Ot, Wena twórcza - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 lutego 2026
10,10
1010 pkt
punktów Virtualo

Ot, Wena twórcza - ebook

Rymowane — i nie tylko — wiersze, erotyki i fraszki, zebrane z wieloletniej kolekcji autora. Każdy może znaleźć odpowiadający mu emocjonalnie utwór. Jedne dają do myślenia, inne przywołują uśmiech. Niektóre wiersze celowo nie mają znaków przestankowych na końcach wersów, co daje możliwość swobodnej interpretacji czy recytacji — autor sprawdził to na wieczorkach literackich, gdzie wiersze recytowała młodzież kółek teatralnych.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Poezja
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8440-483-6
Rozmiar pliku: 4,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Od autora

Wena Twórcza dopadła mnie tak naprawdę dopiero na początku XXI wieku. Wcześniej zdarzało mi się coś zrymować, ale nie wpadłem na to, żeby to zapisywać. Najbardziej płodny okres rozpoczyna rok 2003. Wena opętała mnie do tego stopnia, że budziła mnie w nocy z gotowym utworem i wiedziałem, że nie da mi wrócić do łóżka dopóty, dopóki nie usiądę i nie zapiszę rymów na byle chusteczce czy innym skrawku papieru. Miała rację. Rano, bez zerknięcia na zapis, nie potrafiłem przytoczyć Jej słów. Tak — Jej — bo bez Weny byłbym niczym.

Usłyszałem kiedyś, że Juliusz Słowacki — klasyk, mistrz,
_chapeau bas_ i w ogóle — potrafił zmieniać swoje dzieła nawet już po ich wydrukowaniu. Niedościgniony wzór. Mnie się to rzadko zdarza właśnie dlatego, że Wena daje mi „gotowce”. Najbardziej zapadł mi w pamięci _Tren dla Mamy_, który powstał 5 grudnia 2011 roku, dosłownie w kwadrans po tym, jak dotarła do mnie smutna wiadomość o Jej przegranej walce z ciężką chorobą. Zaraz potem powstał nierymowany efekt żałoby — _Tryptyk tajemnic._

Jestem poetą (dumne słowo) głównie rymującym. W toku swojej twórczości nasłuchałem się sporo krytyki od podobnych do mnie składaczy rymów. Ktoś nawet trafnie uznał (w 2019 roku gdzieś na Dolnym Śląsku powstała muzyka do dwóch moich wierszy), że część utworów pasuje bardziej na teksty piosenek niż stanowi wiersze. Uznano, że za dużo w nich rytmu. Jak zwykle powtarza się też zarzut pójścia na łatwiznę i stosowania prostych, nieambitnych rymów. Trudno, tak już musi zostać. Taki mam styl.

Jednak mam tę satysfakcję, że na wieczorkach literackich, na których moje wiersze recytowała na przykład młodzież z kółka teatralnego, wiersze białe innych twórców były odczytywane z kartek. To spora różnica. Kiedy możesz się nauczyć na pamięć czegoś, co masz wyrecytować, możesz lepiej przygotować swoją interpretację utworu (zwłaszcza, że celowo część wierszy nie ma znaków przestankowych na końcu wersów). Jesteś jak aktor na deskach teatru. Jakże pięknie jest zobaczyć wtedy łzy w oczach co bardziej wrażliwych odbiorców! Mnie podobała się zawsze — inna niż moja, podprogowa — interpretacja moich dziełek. Trudno mi z kolei było zrozumieć brawa po wysłuchaniu utworów odczytanych z kartek. Oczywiście wypada klaskać. Tylko czy odbiorca miał szansę zrozumieć utwór? Chyba nie. Widać to zresztą było nieraz po liczbie pytań zadawanych autorom w kuluarach. Żeby było jasne — bardzo szanuję również wiersze białe (i ich autorów), ale osobiście, aby je zrozumieć muszę je przeczytać co najmniej kilka razy (albo porozmawiać z twórcami).

Moja Wena czasem podrzuca mi coś nierymowanego, ale to tylko Jej kaprysy. Ona w ogóle jest kapryśna. Na początku była bardzo płodna. Miałem sporo materiału, z którego raptem kilka sztuk trafiło do almanachu Grupy Twórczej „Brzoza” pt. „Życie nasze codzienne”, wydanego dzięki staraniom Fundacji Kultury Jana Kochanowskiego w Radomiu, w 2004 roku. Później nachodziła mnie tylko wtedy, kiedy akurat miała ochotę.

Wybór utworów w tym tomiku to wypadkowa ponownego pochylenia się nad treścią. Fraszki i erotyki stanowią rozdziały. Chronologia powstawania rymów nie ma znaczenia.

Były takie etapy w mojej twórczości, które obfitowały w rymy mocno nasycone bieżącą sytuacją społeczno-polityczną. Takie utwory od razu odsiałem. Niech leżą w szufladzie. Pisałem też sporo rymowanych dedykacji, życzeń, czy bardzo prywatnych wersów. Te zostaną dla tych, dla których były przeznaczone.

Wydanie własnego tomiku to dla mnie bardzo duże wydarzenie. Pozwoli Wenie wrócić do mnie, bo powstanie miejsce na nowe natchnienia.

Przyjemnej lektury!

Krzysztof Kapturski

Radom, styczeń 2026Bezwzględny względny czas

_Wiadukt zawieszony nad autostradą_

_Widok z niego taki sobie_

_Ot, setki pojazdów się mijają_

_Razem z nimi ludzi mrowie_

_A ja stoję, patrzę na nie_

_I choć bieżą w dwie strony_

_To przecież widać stąd ładnie_

_Ten pęd życia jakże szalony_

_Tak chyba na nas patrzą_

_Potężne, tysiącletnie drzewa_

_W których koronach pod zamczyska basztą_

_Kolejne pokolenie ptaków śpiewa_

_Dla drzew tych żadna różnica_

_Czy dziś przeminie ktoś, czy ty_

_Że dziś deszcz, a jutro śnieżyca_

_Jak co ranek rosa z mgły_

_Ruiny starożytnych miast_

_Miliony nas przetrwały_

_I choć porośnie je dżungla czy chwast_

_Jam na to wszystko za mały_

_Zakopane, 16 kwietnia 2005 r._

Doli swojej

_Nie bierz tego do siebie,_

_Ale rzec to muszę._

_Kiedy patrzę na ciebie,_

_Coś rani mą duszę._

_Masz coś w sobie takiego,_

_Co wręcz mnie przeraża._

_Spojrzysz na kogo obcego,_

_A ten już się obraża._

_Słów nawet nie używasz_

_(Po co wulgaryzmy?)._

_Tak dzień po dniu przeżywasz,_

_Zufall według Dyzmy._

_Zmień czym prędzej siebie!_

_To nie tędy droga._

_Ja zaklinam ciebie —_

_Dolo moja droga._

Radom, 12 listopada 2003 r.Niewzruszona Topola

_Cienka pośród pól nitka drogi_

_Pobocza uzbrojone w strzeliste topole_

_Facet w samochodzie nieprzyzwoicie drogim_

_Trzyma kurczowo pedał gazu w dole_

_Niebo pozbywa się wilgoci nadmiaru_

_Słońce nie widzi akcji poprzez chmury_

_Wydaje się, że deszcz nie ma dziś umiaru_

_Woda opuszcza przepełnione w asfalcie dziury_

_A tam, nieopodal, na zakrętu łuku_

_Stoi dumnie ona — Niewzruszona Topola_

_Przyzwyczajona do łamiącej się blachy huku_

_Bo taka to już drzewa przydrożnego dola_

_Strugi deszczu obmywają podrapaną korę_

_Spływają po daszku pamiątkowej kapliczki_

_Dziś kolejny facet na śmierć wybrał porę_

_Nowy krzyż stanie, ktoś zapali świeczki_

_Spogląda Topola spod liści zalotnie_

_Jak facet w łuk drogi wchodzi_

_Nawet nie zdążył jej dostrzec w oknie_

_Choć prosto w objęcia jej wchodził_

_Strugi deszczu obmyją kolejne zadrapania_

_Topola stać będzie dumnie, niewzruszona_

_A ten dzień już się skłania do zmierzchania_

_Gaśnie świeczka w kapliczce, wypalona_

Radom, 20 stycznia 2007 r.

_
_

Bilet w jedną stronę

_A ludzie dalej odchodzą,_

_Jedni w światło, inni w mrok._

_A uczeni wciąż dochodzą_

_Jak Kostuchy odwrócić wzrok._

_Ten kurczowo się trzyma_

_Tego padołu łez,_

_Tamten jeno się zżyma —_

_Już by dał temu kres._

_Kto wie co kim kieruje,_

_Życiu nadaje sens,_

_Że jeden przyszłość buduje,_

_Drugiemu dość i chleba kęs._

_Dziwne losu koleje,_

_Niepojęty cały świat._

_Czy ktoś nad nami boleje,_

_Czy już nas wpisał do strat?_

Radom, 20 września 2004 r.Bezsenność

_Patrzyłem dziś przez okno_

_na bezkresny czas;_

_Myślałem o tych miejscach,_

_w których nie ma nas._

_Słuchałem głuchej ciszy,_

_mówiłem bez słów._

_Za chwilę nowy dzionek_

_miał nastać znów._

_Ty we śnie pogrążona_

_już drugi zmieniałaś bok,_

_Zawsze ciężkie powieki zamykasz,_

_gdy tylko zapada zmrok._

_Ja zaś w sufit wpatrzony_

_przez myśli niesfornych tłum,_

_I wnet ukojenie —_

_deszczu za oknem szum._

_Spadały krople wartko_

_jak całe stada łez,_

_Na okno, parapet, balkon_

_i ten pod blokiem bez._

_Przyjemny, rytmiczny odgłos_

_wysyłał myśli w cień._

_Nareszcie spać się zachciało —_

_cóż z tego? — już nastał dzień._

Radom, 16 maja 2004 r.Codzienny dzień

_Dnieje. Dzień wstał._

_Promyk przez okno wpada._

_Na wsi kur by zapiał,_

_A tutaj autostrada._

_Woła już miejski gwar._

_Jeszcze tylko buty._

_Powietrze jak stary smar._

_W nowy dzień wkraczasz wypluty._

_Praca taka jak wczoraj._

_W przerwie trzeba coś zjeść._

_Z robotą się szybko uporaj —_

_Osiem godzin i cześć!_

_Zakupy, dom, kolacja,_

_Serial w telewizorze._

_A, jeszcze rodzina — racja!_

_Długo tak jeszcze możesz?_

Radom, 2 lutego 2004 r.Dziad

_Dotąd jakoś trwasz,_

_Nadzieję na lepsze masz,_

_Ale obawa przyszłości_

_Przenika do szpiku kości._

_Brak zaufania, wiary,_

_I nagle jesteś już stary,_

_Spoglądasz przez ramię za siebie:_

_„Może lepiej będzie w niebie?”_

_Teraz rozpamiętujesz,_

_Jeszcze gorzej się czujesz:_

_„Tyle uczynić mogłem!”-_

_Znów gadasz na jedną modłę._

_Tak, teraz za późno już,_

_Druga noga nad grobem wznieca kurz,_

_Po chwili do niego wpada…_

_Kto zapamięta dziada?_

Radom, 10 grudnia 2003 r.List pojednania

_Dzwoniłem dziś do Ciebie,_

_Rzuciłaś słuchawką._

_W planach miało być jak w niebie,_

_Dziś tylko odbija się czkawką._

_Ten dzień, gdy Cię spotkałem,_

_Trudno to zapomnieć._

_Nadzieję spędzić z Tobą życie miałem,_

_Dziś przyszło oprzytomnieć._

_Kiedy się psuć zaczęło?_

_Jakoś nie pamiętam._

_Co na drodze szczęścia stanęło,_

_Gdzie chemia, gdzie mięta?_

_Nie można przecież kilku lat_

_Rzucić w bezdenny niebyt._

_Odwrócić do góry nogami świat —_

_Czy to logiczne? — Niezbyt._

_Zacznijmy wszystko od początku,_

_Jeszcze raz ułóżmy puzzle rozrzucone._

_Nie traćmy mozolnie snutego życia wątku,_

_Nie wszystko jeszcze stracone._

_Złość, nerwy — to wszystko minie,_

_Każdy kryzys przetrwamy._

_Po co ciągle mówić o winie? —_

_Ważne tylko, że siebie mamy._

_Pióro odkładam, zaklejam kopertę,_

_A w niej te błagalne słowa._

_Przyjmij proszę moją ofertę —_

_Twoja gorsza połowa._

Radom, 13 stycznia 2007 r.Tryptyk tajemnic

1. Tajemnica Życia

Człowiek żyje po to, aby zrozumieć dlaczego się narodził. To, jak żyje, zależy w pierwszym rzędzie od tego, jak bardzo opęta go dążenie do poznania Tajemnicy Życia.

2. Tajemnica Śmierci

Śmierć przychodzi, kiedy uzna, że minął twój czas na zrozumienie Tajemnicy Życia.

3. Tajemnica Nagłej Śmierci

Nagła Śmierć jest bliźniaczą siostrą Śmierci, tyle że bardzo niecierpliwą i niezważającą na grafik.

Radom, 5 grudnia 2005 r. — w dniu śmierci Mamy

Tren dla Mamy

_Za oknem dziś niebo zapłakało_

_Jakby smutne wieści spotęgować chciało_

_Przeleciały przez mokre powietrze fale_

_„Halo, informujemy z żalem…”_

_Elektryczny dreszcz przeszywa ciało_

_Bo tego życia ciągle przecież mało_

_Tylko że kruche — na kostuchy uciechę_

_A nam obietnica Raju na pociechę_

_Byle chociaż odejść w snu spokojności_

_Bez bólu, cierpienia, i nie w samotności_

_A siebie pozostawić we wdzięcznej pamięci_

_By znicz zapalili kiedy Wszyscy Święci_

_Nie będziesz już Mamo z nami latoś kolędować_

_Prezentów pod choinkę nie będziemy chować_

_Niech dusza Twoja uwolniona z okowów ziemskiej powłoki_

_Choć od czasu do czasu spojrzy na nas przez obłoki_

_Lepiej tam będzie Tobie, gdzie Anieli śpiewają_

_Gdzie tylko uśmiech i miłość wszystkim rozdają_

_Odpoczywaj sobie za lata udręki_

_A za Twój żywot z nami stokrotne Ci dzięki!_

Mamie, w dniu odejścia na wieczny odpoczynek,

5 grudnia 2011 r.Budujemy przyszłość

_Święto dzisiaj w mieście mają_

_Nowy biurowiec oddają_

_Szkło, stal, trochę cegły_

_Ostatnie drzewa w parku poległy_

_Wstęga już prawie przecięta_

_Impreza na ostatni guzik zapięta_

_Będzie szampan i życzenia_

_Nie będzie tylko wyrzutów sumienia_

_Czynimy sobie ziemię poddaną_

_Wszerz i wzdłuż eksplorowaną_

_I tylko tlenu coraz mniej_

_Z własnej głupoty się człeku śmiej_

_Chcesz w niebo spojrzeć? — Próżny trud_

_Wszak wszędzie smogu zasłona, brud_

_Majówka nad wodą? — Tylko ściek_

_Nie znajdziesz czystej choćbyś się wściekł_

_W telewizji dzisiaj mecz_

_Zmartwienia niech idą precz!_

_Fotel, popcorn, puszka… tlenu —_

_Jedna dziennie przysługuje każdemu_

Radom, 12 lipca 2007 r.Filozofia szczęścia pijaczego

_Wiesz, ścieżkę do szczęścia_

_dywan z róż wyściela._

_Orgią barw zaprasza,_

_zapachem odurza._

_Więc idziesz czym prędzej,_

_jak do dawno niewidzianego przyjaciela._

_Twarz rozpromieniasz, lecz zapominasz,_

_że nie z samych płatków róża._

_Stajesz zatem nagle_

_z żałosnym grymasem._

_Stopy do krwi pokłute_

_nie chcą nieść cię dalej._

_Łza bólu po policzku spływa,_

_chciałbyś łutu szczęścia czasem._

_Dziś jednak kolejne rozczarowanie,_

_do twarzy w lustrze mówisz: „nalej!”_

Radom, 14 listopada 2008 r.Jutro Zaduszki

_Listopad przyszedł — czas zadumy_

_Idą z kwiatami i zniczami tłumy_

_Przeciskają się w wąskich alejkach cmentarzy_

_Wśród grobowców licznych jak letników na plaży_

_Przeszłość z teraźniejszością się wita_

_Ktoś dawno niewidzianego krewnego spotyka_

_Na wizyty u siebie się umawiają_

_Po chwili już zapominają_

_Znicz zapalić, wieniec złożyć_

_Ponarzekać, że „mógł jeszcze pożyć”_

_I wrócić do codzienności_

_Obłudy, zwątpienia, czasem radości_

_Za chwilę nowa klepsydra_

_Jak jaka lernejska hydra_

_Dopadnie Bogu ducha winnego_

_Czyjegoś znajomego, bliskiego_

_Z nastaniem kolejnego listopada_

_Problem będzie nie lada_

_Bo grób, gdzie go pochowali_

_W mogił nekropolii zniknie gali_

_Ledwo znaczył horyzont mógłbyś przysiąc_

_Cóż, kiedy nowych postawili tysiąc_

Radom, 10 listopada 2008 r.Miasto

_Spójrz na to ludzkie mrowie,_

_Czy ktoś choć „dzień dobry” ci powie?_

_Każdy we własnym świecie zamknięty,_

_Pod ciężarem życia ugięty._

_Mijają się bezładnie, trącają łokciami,_

_Myśli spowite mają amerykańskimi snami._

_Tylko czerwień na zebrach ich czasem zatrzyma,_

_I już nic więcej takiej mocy nie ma._

_I dokąd tak gnają w tym owczym pędzie?_

_Jeszcze wciąż marzą, że im lepiej będzie?_

_A gdzie w tym wszystkim człowiek zatracony?_

_Jego już nie ma — przez miasto wchłoniony._

Radom, 25 listopada 2003 r.

Natchnienie

_Pióro, kartka papieru,_

_Pisanie zamiast spaceru._

_I wśród myśli splątanych tysiąca_

_Ta jedna, prosta i lśniąca._

_Przykładam długopis do kartki,_

_Ruch dłoni płynny i wartki,_

_Czasem tylko skreślenie,_

_Tak, to jest właśnie natchnienie._

_I już wokół co tylko bądź,_

_Choćby i harmider wszcząć._

_Nieważne, ja w innym wymiarze,_

_Natchnienie tylko uwagą darzę._

_Jak hipnotyczny trans._

_Dotrzeć do mnie nie ma szans._

_Całkiem natchnieniem zniewolony,_

_Aż nowy wiersz ukończony._

Radom, 27 września 2003 r.

Wskrześ ciszę

_Wskrześ ciszę,_

_Zbyt głośno tu._

_Niech słyszę_

_Tylko spokój swego snu._

_Odpocząć na polanie ciszy,_

_W hipnotycznym śnie._

_I niech nikt mnie nie usłyszy,_

_Gdy tak błogo śnię._

_Cisza mnie wypełnia, zadowolenie._

_Pod powieką zimowy obraz gór._

_Piękny to już jest obraz szalenie,_

_A jeszcze słońce wychodzi zza chmur._

_Obudzić się, czy tak trwać?_

_Trudny wybór ten._

_Przecież jeszcze chcę spać,_

_Cudowny, nierealny sen._

Radom, 7 marca 2004 r.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij