Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

OTCHŁAŃ - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 czerwca 2026
30,29
3029 pkt
punktów Virtualo

OTCHŁAŃ - ebook

Kiedy sułtan przestaje rozróżniać sen od dekretu. Rok 1645. Wojna o Kretę przegrana, skarbiec pusty, janczary szepczą po koszarach. A sułtan Ibrahim widzi już tylko halucynacje — głosy zmarłych braci, twarze topielic z Bosforu, rytuały wilczyc w lustrach z weneckiego szkła.Przy boku ma już nie matkę, lecz Cinci Hoca — mistycznego uzdrowiciela, który podaje mu opium owinięte w wersety Koranu i radzi, by topił niewierne konkubiny w workach z kamieniami.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-761-7
Rozmiar pliku: 2,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DZIEWIĄTY — Halucynacje

Biały jedwab zasłon falował bezgłośnie, jakby wstrzymując oddech, rozpięty między kolumnami marmurowego portyku. W powietrzu unosił się mdły zapach palonego kadzidła, oblepiający nos i spływający na język jak gorzki posmak cynamonu wymieszanego z rdzą. Z dala, gdzieś nad Bosforem, łódź przecięła czarne lustro wody, a jej wioseł łoskot zatrzymał się, rozpływając pomiędzy murami Topkapı.

Ibrahim leżał na dywanie, który tracił miękkość pod jego ciężarem; kolana przykrywał fałd jedwabiu utkany z cieni. W oku prawej ręki, której palce drgały bezwładnie, zebrały się krwawe łzy. Spostrzegł podane mu niewidoczne lustro — fragment posrebrzanego szkła, rozbitego w czasie nocy, ułożone z drżących kawałków na marmurze tuż przy jego twarzy. Odbicie było fałszywe: oczy toczyły się w nieprzytomnym strachu, a usta zostawały nieruchome, zatrzymane w słowie, które nigdy nie padło.

Słyszał szept, który ciął powietrze z wolna, falował jak zimna mgła przecinająca klatkę. „Nie możesz stąd wyjść, Ibrahimie — ściany jedwabiste oddychają twoim oddechem. Kiedyś byliśmy siedmioma, teraz tylko ty. Kto trzyma klucz do twej głowy?” Głos był znany i obcy zarazem, brzęczał gdzieś między kamieniami pałacu — głos, który szeptał w języku, który nigdy nie istniał, ani w korytarzach haremowych, ani w którymkolwiek z wież Topkapı.

Usiłował się podnieść, lecz mięśnie nie słuchały. Ręce się splątały, zbyt ciężkie, żeby dźwignąć ciało, które cofnęło się w poszukiwaniu cienia istnienia. Po chwili stała się jasność, która rozpłynęła się w złotym mozaikowym wzorze na sklepieniu sufitu; zdawało się, że iskrzy się tam tysiąc małych oczu, a każde spojrzenie było przenikliwe do bólu. „Zobacz mnie, Ibrahimie. Jesteś wyśniony, wyszyty nicią nadziei i strachu”. Z ust wydobył się dźwięk, czy jęk — niemożliwy do zgromadzenia w myśli. Po jego ciele rozlał się chłód, nie krew, nie żar, lecz pustka, która rozpuszcza długość czasu.

Czarna kotka prześlizgnęła się po marmurowej podłodze, ledwie naruszając pył. Jej oczy odbijały ogień lampionu, a ścieżka, którą przemierzała, zalśniła tuszem, jakby rozpływający się atrament zostawił za sobą ślad. Ibrahim sięgnął ku tej ciemności, ale zwierzę zniknęło między zasłonami kosztownego baldachimu, pozostawiając tylko zapach spalonego kadzidła i fragment wspomnienia, które składało się z tysięcy rozdartych liści.

„Nie dotykaj mnie, Ibrahimie. Jesteś pułapką własnej melancholii, a świat wokół ciebie jest tylko cieniem tronu, który nie kochał”. Słowa wystrzeliły tak nagle, że ciało zatrzęsło się w bezwładnym drganiu. W kącie pomieszczenia pojawiła się postać — kobieta opleciona rzemieniami światła i cienia, jej oczy były przeszklone jak kałuża na brukowanym dziedzińcu po deszczu. „Jestem tym, co wyrosło z Twego milczenia. Twoim cieniem pod baldachimem. Powiedz mi: ilu z nich już skradł twój oddech?”

Ciężki odór potu mieszał się z wonią róż, które uschły dawno przed tym, nim spuścił wzrok na leżący obok miecz. Ostrze błysnęło nikłym światłem — obrzydliwie zimnym i prowokującym do dotyku. Ibrahim poczuł, jak pod palcami rozpadają się drobiny lodu, a czas zaczyna gęstnieć, zwalniać, jakby każda sekunda przedłużała się w nieskończoność. Wokół niego ściany Topkapı drżały cichym szumem, jakby mury szeptały miedzy sobą o sekretach, których nie dane mu było poznać.

„Na zewnątrz płaczą dzieci, a ty trwasz — sam, rozbity na kawałki. Czy chcesz z nami grać, Ibrahimie?” Z ciemności rozświetlonej migotliwym blaskiem tuszy i cieni wysunęły się ręce — szare, wykrzywione, niespokojne, jakby splecione z powietrza i lodu. Zbliżały się powoli, a zapach krwi zaczął tlić się w nozdrzach jak świeża rana. Ibrahim cofnął głowę, czując, że krew znowu zbiera się w oczach. Wewnątrz umysłu słyszał pastwa żmij — „to twoja klatka, to twój świat, ściany z mgły i strachu, nigdy nie znikną.”

Zapadła cisza. Ogromna, miękka jak puch, ale jednocześnie gęsta i ciężka, zlewająca się z każdym jego oddechem. W zmysłach pozostał tylko smak metalu zalegający na języku, przypominający o obecności własnego ciała — ciała, które już zdawało się nie być jego. Tylko pod powiekami błyskały słabe światła, krople krwi na marmurze, szelest jedwabiu, szmer przerwanej modlitwy.

Przez złocisty kurz nagle przebiegł błysk — irytujący, niemal wyrazisty, jak oko kamienia wypolerowanego przez czas. „Ibrahimie, gdzie jesteś? Złapałeś się na własne odmroczenie. Przegrałeś z cieniem, ale jeszcze jest czas.” Głos znowu rozdzwonił się wokół, jak echo dalekiego wezwania, odlatując i wracając jak ptak bez gniazda.

Skóra na karku rozgrzała się do czerwoności, a serce zabiło — niezgrane, nierówne, zrywane. Ciepło mokrej ziemi pod stopami, zimno marmuru w dłoni. Klatka, w której trwał, rozświetlała się światłem, które nie miało początku ani końca.

Ibrahim otworzył oczy w szaleńczym przecież pragnieniu: zobaczyć, gdzie się znajduje, gdzie można jeszcze znaleźć oddech — poza tą klatką, w której codziennie znikał na nowo.

Pod powiekami migotało czerwone światło płomieni, które nie spały, choć od dawna niegasły. Drgnęła zasłona kurzu, podnosząc się w wirze niczym zaniedbany jedwab — ślad dawnej obecności, dawnego życia, którego teraz niemal nie rozpoznawał. Zapachy mieszały się i spływały po ścieżkach skór — spalona kość i suchy miód, kruszący się pył i słona wilgoć z Złotego Rogu, który gdzieś, daleko, tlił się pod błękitem bez horyzontu.

Nawet kamień marmuru zdawał się pulsować powoli, jakby chłonąc pamięć dotyków, oddechów, krzyków, które wyznaczały rytm przestrzeni. Pośrodku podłogi rzucone było futro sobola — krotkie włosie ścinało światło na ostre krawędzie. Ibrahim wyciągnął w jego stronę dłoń, palce poruszyły się bezwiednie, szepcząc wołanie o ciepło, które zdawało się odchodzić wraz z tą zimną skórą.

Wtańczył w pomieszczenie niewidzialny zapach, który poprzedzał krok i znikał za nim — ciężki odór płynu gorzkiego, jak cień kamfory rozpuszczony w wodzie. Szmer sukien przesunął się bezgłośnie, choć zdawało się, że ściany go pochłaniają, zjadają, jakby to było roztapianie się duszy w marmurowym grobowcu. Kątem oka dostrzegł sylwetkę — łagodna kobieca postać, w ryzach mgły tkana i rozmazywana, obrócona plecami, jej długie włosy połyskiwały jak rozrzedzone srebro.

„Nie uciekaj.” Głos wyłonił się z przestrzeni, chłodny, bez cienia współczucia, a jednocześnie miękki, jak mięsień powoli kurczący się do bólu. „Jestem tym, co znaczy dla ciebie przerażenie bez końca. Nie umkniesz od mnie — ani w snach, ani w strachu.”

Ibrahim próbował zawołać, lecz dźwięk, który wyrwał się z gardła, zaledwie roztrzaskał się o marmury. Wargi poruszały się bezwładnie, jakby wyginały się w uśmiechu, który nigdy nie mógł być rozpoznany. Przez powietrze przeszył zapach zgnilizny jaśminu, przegryzający wszelką słodycz; kosmyki włosów kobiety opadły na ramiona, a jej skóra przybrała metaliczny chłód.

„Zapamiętaj mnie. Jesteś na brzegu światła, które płonie w niewidzialności. Jesteś splotem śmierci, rozczarowania i niepokoju, które kładą cień na twoją skórę, na organy zbudowane z ledwie tkaniny.”

Serca zabrakło tchu — a wraz z nim zgasł blask lampionów, które do tej pory nadawały sens granicom pokoju. Wszystkie dźwięki zmieszały się w szept martwych — bez ciała, bez twarzy — niesione pod sufitem, gdzie spływały ciepłe plamy światła, przypominając o modlitwie przeszłych dni.

Po chwili sen zblakł na czerwonym tle marmuru. Ręka kobiety wyciągnęła się ku niemu, palce cienkie jak łamliwe gałązki zwijały się z pasją i cierpliwością, splatały przestrzeń w krąg bez wyjścia. Ibrahim odruchowo cofnął głowę, a jego ciało znowu zanurzyło się w chłodzie marmuru — chłodzie nie do zniesienia, niemożliwym do ogrzania.

Przez podwójne drzwi zamajaczył obraz — rozejście się cieni, stukot zbroi meldunku, tłumiony oddech strażników, którzy śledzili każdy ruch władcy. „Wstajesz, Ibrahimie, choć jesteś ledwie cieniem. Balkon czeka na krople na ustach — liźnięcia wiatru, które zrównają twój ślad z piaskiem.” Głos powrócił, tym razem ostrzejszy, cięty, jak ostrze noża.

Ibrahim powoli obrócił głowę, widząc przez okno jak noc pulsuje zimnym światłem miasta splecionego z brył skał i srebra, jakby z samej tkaniny nieba utkanej z gwiazd i prochu. W światłach rozsypał się ruch — postaci, które nie istniały lub istniały tylko po to, by strzec rzeczy niemożliwych do złapania.

Czas zaczął skracać kroki, a przestrzeń zgniatać powoli jego świadomość. „Jesteś tym, który nigdy nie opuścił kafes — ani w ciele, ani w umyśle. Każde marzenie jest klatką, a sny — ogniem, w którym topisz się sami.”

Między palcami przycisnął chłodny kamień, rzeźbiony w kształt łzy, która nie spłynęła nigdy po policzku. Zanurzył w niej wzrok — i odbił się obraz, który nigdy nie miał przynieść ukojenia: złamane szkło, złoty pył i zapach, który nie ustał — smak smutku zmieszany z szaleństwem, śpiew nad grobem własnego rozumu.

Pod palcami kamień wydawał się chłodniejszy niż ktokolwiek mógłby przypuszczać — lodowaty jak nocne powietrze, które wślizgiwało się przez uchylone okno, zdając się krok po kroku wypierać ciepło z ciała. Drgnął, gdy na marmurze rozległ się szmer — przesunięcie tkaniny, ciężki od dwóch lat jedwab, który nigdy już nie zmiękł od prawdziwego dotyku.

Ibrahim poczuł, jak w głowie zawirowały obrazy — splątane sploty przeszłości, skrzyżowane jak nić, którą ktoś mocno szarpnął. Pojawiły się echo kroków, szerokie i powolne, odbijające się od sklepienia, gdzie światło lampionu kąpało się w zakrzywionej pozłocie. Każdy podskok wysyłał dymek kadzidła w górę, spiralę białą i lepka jak rana, którą nikt nie chciał otworzyć.

„Ostatnie dni tygodnia — ostatnie dni życia” — głos cicho zabrzmiał pod niemal niesłyszalnym westchnieniem. W powietrzu mgła gęstniała, barwiła znane kontury w tonacje rozmazanej czerwieni i ochry, jakby cały pokój zatapiał się w porannej rozpalinie; ale zieleń liści podwórza Topkapı sparowała do czerni, a jęk kotów przypominał pęknięte struny instrumentów zapomnianych.

Zza jedwabnych zasłon wyłonił się cień, niezdecydowany i drżący — sylwetka, która nigdy w pełni nie nabrała kształtu, lecz trzęsła się, jakby każdy krok napierał na miękkość jej powietrznej istoty. Ręka Ibrahima wyciągnęła się powoli, może z nadzieją, lub z chłodem, który cicho pęczniał w środku.

„Nie ma już róży, Ibrahimie,” — szepnął szept; „zostały ciernie, które nie ranią, lecz wbijają się w tęsknotę.” Lekturę tego głosu trudno było odczytać — czy to błaganie, czy groźba wplątana w nikłe tony? Świat wokół rozlewał się teraz w dźwięki, smak i faktury: krew na rękach stała się gorzką wodą, którą trudno było przełknąć, a chłód marmuru rozprzestrzeniał się jak dotyk stalowego ostrza na odkrytym ciele.

Nagłe uderzenie trzasku wyrwało Ibrahima z półśnie — może to był dźwięk pękającego szkła, może łomotu, który w odbiciu czaszki rozmetywał się w echa bez końca. Drgnął, ale nie powstał, przez chwilę pozostając bezradnym pępkiem nocy.

„Klatka się obróciła,” — głos znów się rozlał — „przemienia się w wir, w

przemienia się w wir, w zgiełk, w echo, które nie ma spokoju.” Powietrze zadrżało, jakby całe pomieszczenie oddechem pękło na tysiące drobnych krystalicznych okruchów, rozsypując się w ciszę, która drętwiała pod kośćmi.

Palce Ibrahima zacisnęły się na futrze sobola, ale zwierzęta włosie nie przyniosło ciepła. Wyczuł całą jego tę zimną pustkę, słabnącą pod ciężarem nocnych trupów, którymi ciążyły nieodmiennie na nim dni i noce, jak cień, przed którym uciec nie można. Powietrze zdawało się zagęszczać, stygło, a w kącikach pokoju pulsowały miękkie cienie — niby zaklęte w tańcu groteskowe zjawy z marmurowych płyt.

Przenikające światło lamp przemykało przez jedwabne zasłony, rozszczepiając się w tysiącach okruchów ze szkła rozbitego stołu i roztrzaskanego lustra. Gdzieś w tle rozległ się szelest kroków — lecz to nie był odgłos strażników, z ich pewnością i rytmem. To był oddech samej przestrzeni, który znikał i powracał z nieuchwytną niepokojącą nieregularnością, jak krew przemykająca w zmęczonych żyłach.

„Pamiętasz?” — zdawało się rozbrzmiewać w samym mroku — „Byłaś tu wczoraj, w kącie tej klatki, szukając światła między cieniami. Roztapiałaś się w noc, a ona połykała cię na dobre.” Głos miał smak spalonych liści, miękkość kruka na gałęzi, widmo połyskujące za zamkniętymi powiekami.

W głowie Ibrahima odbiło się puste echo imion — ścierających się przedmiotów i spojrzeń, które ciążyły mu więcej niż tysiąc mieczy. Każda łza, zamarznięta pod powieką, była wyrokiem i błogosławieństwem zarazem, a pamięć stopniała jak lód na zewnętrznych dachach pałacu, odsłaniając nagie strzępy czasów, które nigdy nie miały nadejść.

Pod stopami, na zimnej posadzce, pojawił się srebrzysty cień — kurze i martwe pióro ptaka, które zaraz napłynęło falą ruchu i znikło, jakby pochłonęła je gęsta szarość zapomnienia. Jego spojrzenie wpadło w miejsce, którego przecież nigdy nie widział i które ciążyło mu jak ziarno niespełnionych modlitw.

„Nie ma ucieczki.” — brzmiało to jak wyrok kamienia, który ciężkim echem rozpraszał się po sklepieniu. „Nie znajdziesz światła, jeśli nie odważysz się przekroczyć własnego cienia. Złoto to nie więzienie, Ibrahimie — jesteś własnym pilnikiem, kutym przez lata spowiedzi i bólu.”

Obraz rozmył się, rozpadł i znów uformował — tym razem sylwetkę kobiety, która przesunęła się po kątach pokoju jak śpiew lunatyka, owinęła się ciszą nocy, aż w końcu zatrzymała tuż obok niego. Jej oddech był zimny, niemal przezroczysty. Głowa lekko pochylona, a usta w niewypowiedzianym pytaniu. A może była tylko cieniem, odbiciem rozbitego lustra, które rozsypało się na milion iskierek złotego kurzu.

„Zbliż się.” — polecenie bez cienia rozkazu, bardziej tęsknota niż groźba. „Już nie masz nic do stracenia, Ibrahimie, prócz samego siebie.”

On spróbował podnieść głowę, lecz świat zsunął się pod nim, jakby łudząc się, że wciąż panuje nad czasem i przestrzenią. W ustach pozostał smak mięty i wyblakłego wina, a cała jego klatka — kafes — zadrżała, zatrzaskując się z cichym zgrzytem, równie nieubłaganym jak niemy krzyk w pieczarze umysłu.

Ciało zgięło się, wyciszyło, a spojrzenie zatopiło w nicości, gdzie przeplatały się cienie i światła, złote jedwabie i marmurowa chłodność. „Jesteś tym, który upadł — i tym, który jeszcze się trzyma.” Cisza otuliła go całkowicie, ciężka od wieków niedopowiedzianych historii i śladów stóp, które znikały bezpowrotnie w hali, gdzie nie dotarła żadna pieśń.

W pokoju znów zabłysło światło — migotliwe, niestabilne, jak odbicie księżyca w źrenicy, które złamało czas między dniem a snem. Ibrahim wyczuł, że nie jest już tylko więźniem — jest także strażnikiem pustki, której nie umie oczekiwać miłosierdzia.

Szelest suknie przeciął powietrze; cień znikł, pozostawiając chłód, który zaciskał się wokół serca i kroił oddech niczym rozproszona sieć niewidzialnych igieł.

„Jeszcze jedna noc, jeszcze jedna godzina, jeszcze jeden szept.” Zagłuszające echo zanikało w mroku, a on — teraz bez sił — pozostał jedynie z mrokiem, jedwabiem, kadzidłem i odbiciem, które nie znało imienia.

Powietrze stężało, na krawędzi słyszalności rozcięte szelestem drobnych pacnięć — kroplami potu sunącymi po skórze szyi, po spływających po ciele cienkich strugach. Noc, niby znak rozkazujący ciszę, zdawała się rozpuszczać w cieniu fresków, na których kwiaty tulipana przygasały w powietrzu jak zapomniane westchnienia. Ciepło lampionów zmieniało kształt, odbijając się w złocistych zdobieniach, a dźwięk oddechu wypełniał przestrzeń bardziej niż słowa.

Wtem obok niego, niepostrzeżenie, przenieść się zdawała mgła — lejąca się, zimna, niezamierzenie dławiąca. Palce, które dotąd szukały futra sobola, zastygły na skraju chłodu marmuru, pod którym kryła się niewidzialność. Nagle w zasięgu wzroku zawisł płomień, niemal nierealny, spiralny: palący się bez drewna, bez tlenu, sam w sobie pusty, a jednak z kształtem — bladym, wężowym. Odbił się w oku Ibrahima jak znak, obietnica lub przekleństwo, których rozdzielić nie potrafił.

Zimne rêce dotknęły jego barków, dotykając z czułością spleśniałego mchu — nie ciała, lecz powietrza z nich utkanego. „Nie uciekaj.” Głos nie miał ciała, a jednak drżał jak tama pękająca od naporu — brzmiał jak wołanie z czeluści, w której uwięziono całą prawdę i wszystkie kłamstwa. „Twój umysł stał się rzeką, która rozlała się poza brzegi, a twoje serce jest już tylko skalnym wybrzeżem, na które biją bezlitosne fale.”

Ibrahim chwycił powietrze — i poczuł w dłoni zimny kamień, ostrzejszy niż sztylet, gładki jak zamrożone lustro. Wewnątrz niego uwięzione były fragmenty mgły, rozpadającej się światłości i cienie, które tańczyły bez końca, plącząc się wzajemnie, tworząc nieskończoną sieć nawrotów i utrat. Oddał mu dłoń lekko, ale kamień nie opadł; wręcz przeciwnie — ciężar jeszcze wzrósł, jakby chce wciągnąć go głębiej, coraz głębiej w labirynt, z którego nie ma wyjścia.

Oddech zagęścił się niewidzialną płachtą, ciągnącą się od gardła ku kryjącemu się w głębi sercu trzepotowi — rytm nieregularny, tak nierozpoznawalny jak bicie ptaka uwięzionego w klatce z lodu. „Czym jesteś, Ibrahimie? Kto rozdarł cienką zasłonę, by wypuścić twoje zjawy na światło, które nie świeci?”

Powoli światło lamp wygasło, pozostawiając jedynie tęgie cienie, których krawędzie rozmiękały i rozpływały się niczym atrament rozlany na jedwabiu. Szelest jedwabiu przeszył ciszę, nieruchomy niczym oddech zamknięty w klatce, który zdawał się pulsować w rytmie własnego rozkładu.

Nagle szept przeciął powietrze — krótki, ostry, niepokojący: „Twoja klatka jest zbudowana z najczystszej tęsknoty i najbrudniejszego zapomnienia.” I z tego szeptu narodziła się postać, rozmyta, falująca jak odbicie w zatopionej toni, kobieta upleciona z cienia i światła. Jej oczy lśniły zapachem pieczonej skóry i zgniłego jaśminu, a usta szeptały słowa, które jak ciernie wtłaczały się w miękkie wnętrze jego myśli.

„Spojrzyj, Ibrahimie, na ten świat, który zbudowałeś z rozcieńczonej ciszy. Każdy oddech to zamknięcie drzwi, każdy gest — zapomnienie, które zbiera się na twojej skórze jak szron.” Jej dłoń, ledwie dotykając powietrza przed twarzą, roztapiała się wśród wilgotnego chłodu nocy, zostawiając jedynie smak zimnych krwi na jego języku.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij