Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Północny Świt - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
3141 pkt
punktów Virtualo

Północny Świt - ebook

Finał serii, który nie pozwoli ci oderwać się od książki.

Gdy miłość i przeznaczenie stają po przeciwnych stronach, każda decyzja ma swoją cenę.

Granice między wymiarami zaczynają pękać. Sabat Zaklinaczy mierzy się z najpoważniejszym zagrożeniem w swojej historii. A Perun – jedyny Stworzyciel, który mógłby zapobiec katastrofie – pozostaje w ukryciu. W dodatku może się okazać ich ostatnią nadzieją… albo najgorszym wrogiem.

Dalia wraz z wojami Sabatu podążają jedynym tropem, który im pozostał. Prowadzi on do zapomnianego miasteczka w Bośni. To, co tam odkrywaja, nigdy nie powinno ujrzeć światła dziennego. Uwolniony przez nich chaos rozlewa się na wszystkie wymiary i nie da się go już powstrzymać.

Lecz największe niebezpieczeństwo czai się najbliżej.Dalia coraz częściej traci panowanie nad żywiołami. Teowoj wraca do Domu Sabatu… odmieniony. Wybór między ukochanym mężczyzną a powinnością wobec świata Stworzycieli staje się nieuchronny.

Bo gdy dawne prawdy wychodzą na jaw, a pierwotne siły zaczynają się ścierać, stawką nie jest już władza.

Stawką jest przetrwanie.

Jeśli kochasz twórczość Debory Harkness, Diany Gabaldon, Cassandry Clare i Karen Marie Moning, seria „Na skraju burzy” jest właśnie dla Ciebie.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-971128-9-6

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1

TROP

_Na początku było tylko srebro. Nie widział go, lecz czuł jego obecność. Nie słyszał go, a jednak wiedział, że w srebrnej otchłani nie jest sam. Inne istoty, nieukształtowane i pogrążone w uśpieniu, czekały na przebudzenie razem z nim._

_Jedna z nich znajdowała się tak blisko, niemal na wyciągnięcie ręki, a jednak nie potrafił jej dosięgnąć, choć próbował. Rezonowała z nim tak mocno, że zdawało się, iż są jednym istnieniem. A mimo to wydawała się odległa. Nie znał jej imienia, tak jak nie znał własnego._

_Nieustanne wibracje przenikały go i sprawiały ból, a jednocześnie przynosiły dziwną radość. Osładzały mękę oczekiwania na to, co miało nadejść._

_Lecz zmiana nie przychodziła. Srebro więziło go pomiędzy swoimi nićmi tak niezachwianie, jak matka tuląca dziecko. Pozostawał więc tylko cieniem, który śnił o świetle._

_Chorwacja, nieopodal wyspy Biševo. Cztery dni do letniego przesilenia_

– Radowoju, pospiesz się.

– Spieszę się przecież.

Łatwo jej mówić. Dalię woda po prostu niosła. Nawet nie musiała się specjalnie wysilać, by płynąć. Natomiast on bił się z falami, ile tchu w piersiach i ile sił w mięśniach.

Teowoj wydostał się z jaskini jako pierwszy. Zawsze był świetnym pływakiem, najlepszym w Sabacie. Nic więc dziwnego, że zdążył im zniknąć z pola widzenia. Mimo to Rada ogarnął niepokój. Kiedy wypłaszczony fragment skały, na który mieli się wspiąć, pojawił się na horyzoncie, poczuł ulgę. Dopłynęli.

Z mozołem wyczołgał się za Stworzycielką na brzeg i przez chwilę leżał na plecach, wpatrując się w błękitne niebo. Próbował zignorować przylepiające się do ciała ubranie, choć szczerze nienawidził tego specyficznego uczucia wilgoci tak blisko skóry. W końcu dźwignął się na kolana, zdjął bluzę i ją wycisnął.

– Do cholery, przysięgam, że nie wejdę do wody przez kolejne lata i… gdzie Teowoj? – zapytał, rozglądając się.

– Nie mam pojęcia – szepnęła Dalia.

Wspięła się wyżej na skały i zawołała Teowoja. Raz. Drugi.

Bez odzewu.

Rad się podniósł. Niepokój zmienił się w lęk. Był pewien, że to tu się umówili. Zaczął chodzić tam i z powrotem wzdłuż brzegu, szukając śladów. Czegoś, co powiedziałoby mu, co mogło się wydarzyć.

Nie znalazł niczego.

Dziwne. Teowoj nigdy by ich przecież nie zostawił.

Stanął na skale obok Dalii. Strach w jej oczach wywołał u niego dreszcz.

– Co się dzieje? – zapytał, próbując zachować spokój.

Nie odpowiedziała od razu. Wyciągnęła przed siebie dłonie, jakby chciała pogłaskać powietrze. Sekundy mijały, a jej twarz tężała coraz bardziej. W końcu się odezwała:

– Mara. Czuję ją wyraźnie, Radowoju. A jeśli tutaj była…

Rad raz jeszcze zawołał brata. Głośniej. Jakby mogło to coś zmienić.

Odpowiedział mu tylko szum morza.

_Pół roku wcześniej. Warszawa, dom Sabatu. Dwa dni do Szczodrych Godów_

Materia wymiarów przenikała się wzajemnie, coraz gwałtowniej, a mur, którym Mokosz i Weles próbowali zasklepić wyrwę poczynioną przez Teowoja i Rada, zaczynał pękać. Niczym wysuszone na wiór drewno czekał tylko na iskrę, która wznieci ogień i nie da nikomu szansy na ucieczkę. Ani ludziom, ani nawet Stworzycielom. Perun się ukrywał i nikt nie miał z nim kontaktu. Swaróg wraz z Marą również zapadli się pod ziemię. Weles przetrząsnął całą Prawię w poszukiwaniu gwiezdnego Stworzyciela, ale go nie odnalazł. Ani na jego gwiezdnej łące, ani w żadnym zakamarku tego wymiaru.

Dalia nie miała już punktu zaczepienia, żadnego pomysłu, co robić dalej. Pierwsze Prawo Soleme – prawo o rozdzielności światów – powoli, lecz nieubłaganie, odchodziło w niepamięć.

Zamknęła laptopa. Szelma, psia przybłęda, która dwa tygodnie temu pałętała się na mrozie nieopodal domu Sabatu, podskoczyła. Dalia pogłaskała ją po pyszczku.

Dość.

Dość nagłówków, relacji, analiz ekspertów niemających pojęcia, o czym mówią. Bo to, co się działo w miejscu, gdzie Teowoj z Radem uczynili w Virze dziurę, przekraczało ludzką percepcję. Komisarz Haba robił, co mógł, by odgrodzić to miejsce od ciekawskich spojrzeń ludzi, ale choroba Viru, wlewająca się do Jawii, zagarniała coraz większe połacie lasu.

Ukrycie jej wymagało od służb sporego wysiłku.

W dodatku Teowoj zniknął i od ponad miesiąca nie dał Dalii znaku życia. Odzywał się tylko do Radowoja, a i to zbyt rzadko, by przestała się w końcu o niego martwić. To Rad przekazał jej, że jego brat potrzebuje czasu po tym, co się stało. Nie szukała go więc, nie dzwoniła, choć Świętowit świadkiem, że ledwo opanowała pragnienie wyruszenia w ślad za nim. Tak jak zawsze to czyniła. Koszty uciszania swoich najgłębszych instynktów znała tylko ona. Wszystko, co się wydarzyło, przeplatało się w jej głowie z tym, co mogłoby się nie zdarzyć, gdyby widziała więcej, słyszała więcej. I mniej czuła. Gdyby stała się tym, kim powinna. Stworzycielką, a nie człowiekiem.

Powrotu do przeszłości już jednak nie było.

Co się wydarzyło, przeszło do historii i nie podlegało zmianom. Pozostawała tylko przyszłość. I teraźniejszość, której drugim imieniem były niekończące się kłopoty. Czyli prawie jak zwykle. Różnica polegała na tym, że tym razem kłopoty nie dotyczyły wyłącznie Sabatu. Obejmowały wszystkie wymiary i wszystkie zamieszkujące je istoty.

Dalia potrzebowała przerwy. Zabrała więc Szelmę na spacer.

Ziemię pod jej stopami pokrywał lód i śnieg. Dwa dni temu spadło go tyle, że Rad postanowił zainwestować w przydomową odśnieżarkę i wczoraj użył jej chyba ze trzy razy. Ale w nocy znowu napadało.

Gdy znalazła się pod wielkim dębem pośrodku polany, od razu przyłożyła czoło do lodowatej kory.

Lepiej.

Położyła dłonie płasko na pniu, zamknęła oczy i głęboko odetchnęła.

Gdy je na powrót otworzyła, momentalnie odsunęła się od drzewa. Pod nieosłoniętą rękawiczkami skórą dłoni zobaczyła żywioły.

A dokładniej – ogień.

Żywioły trawiły ją od środka. Teraz już wiedziała, że jedynym remedium na nie była zmiana. Tylko jej prawowita natura Stworzycielki miała nad nimi pełną kontrolę. W ludzkiej skórze ledwo nad sobą panowała.

W noce takie jak ta, gdy zbliżały się Szczodre Gody, było jeszcze gorzej niż zwykle. Każde święto w kole roku czyniło granicę między wymiarami cieńszą niż zazwyczaj. Stojąc tu, przy wielkim dębie na środku polany, miała wrażenie, że dociera do niej energia Prawii. Jej własnego domu.

Położyła obie dłonie na sercu, przywołując żywioły do porządku. Ten drobny rytuał ciągle jeszcze działał, choć im bardziej postępowała choroba Viru, tym wyraźniej wszystko stawało się trudniejsze.

Wsłuchała się w muzykę lasu. To również odrobinę pomagało. W oddali słyszała dzikie zwierzęta, przemieszczające się zapewne w poszukiwaniu pokarmu. Gdzieś indziej pohukiwała sowa. A jeszcze gdzieś indziej…

Szelma zastrzygła uszami i zaczęła węszyć. Dalia klęknęła koło niej i położyła dłoń na psim karku.

Ktoś szedł ścieżką prowadzącą z parkingu do domu i robił przy tym wystarczająco dużo hałasu, by bez trudu go usłyszała.

Miała być dzisiaj w domu sama.

Radowoj planował zostać w Weli do późna, a Bran, który bywał tu ostatnio bardzo często, poleciał do Zagrzebia. Senja wróciła do domu już jakiś czas temu i zamieszkała z Nikoliną. Nie czuła się najlepiej w ciąży i nie chciała podróżować.

Młody zaś przetrząsał kartoteki w poszukiwaniu śladów istot nie z tego wymiaru, a gdy tego nie robił, próbował choć przez chwilę żyć jak normalny student. Do domu Sabatu zaglądał tylko wtedy, gdy musiał.

Ostatni miesiąc Dalia mieszkała tu tylko z Radem.

Teraz jednak słyszała dwa męskie głosy i stawały się one coraz wyraźniejsze. Jeden bez wątpienia należał do Radowoja, a drugi…

Szelma się wyrwała i pognała jak szalona na przywitanie Rada.

Dalia na chwilę zapomniała, jak się oddycha, a jej serce doznało bolesnego skurczu. Ciało ogarnął paraliż. Chciała uciekać. Chciała zostać. Chciała…

Wdech, wydech, jeszcze jeden wdech. Trochę lepiej. Sylwetki majaczyły już na ścieżce, która w tym miejscu była dla Dalii dobrze widoczna.

Nerwowy, krótki śmiech wyrwał się z jej gardła.

Co ona, u licha, wyprawiała?

Była dorosłą kobietą. Ba, była Stworzycielką Żywiołów, władała mocą zdolną niszczyć światy, a zachowywała się jak podlotek. I to wszystko z powodu mężczyzny, zmierzającego właśnie do domu Sabatu.

Przedarła się przez śnieżne zaspy i wróciła do drzwi tarasowych. Zamknęła je za sobą, a potem poszła do głównego wejścia.

Czas niespecjalnie leczył rany. Ostatnie spotkanie z Teowojem skończyło się największą kłótnią w ich życiu i wcale nie czuła się gotowa na kolejne. A z drugiej strony – tak bardzo za nim tęskniła. Każdego dnia drżała o jego bezpieczeństwo, zastanawiała się, co mogłoby się wydarzyć, gdyby była cierpliwsza, spokojniejsza po powrocie z Prawii.

Wyjrzała przez okno wychodzące na ganek domu.

Teowoj wyglądał lepiej niż wtedy, gdy widziała go ostatnio. W zasadzie prezentował się świetnie, szczególnie w porównaniu do niej. Spod rozpiętej puchowej kurtki wystawała marynarka od garnituru; nie koszula i jeansy, tylko garnitur. Coś, czego jeszcze na Teowoju w tej inkarnacji nie widziała. I musiała przyznać, że całość robiła piorunujące wrażenie.

Mówił coś do Radowoja, gestykulując żywo. Uśmiechał się przy tym lekko, jakby fakt, że nie tak dawno błąkał się po Nawii i prawie w niej zginął, a niedługo potem zniknął na kilka tygodni Świętowit wie gdzie, nie był niczym niezwykłym. Ot, kolejny dzień z życia Teowoja.

Nic się w tym obrazku nie zgadzało. Ani jego nastrój, ani garnitur, ani fakt, że ona nie miała się tak dobrze.

Bo to na niej, Radzie, Młodym i Nawoju spoczął obowiązek rozwiązania zagadki zostawionej im w prezencie przez Swaroga. Tylko na to Dalia miała czas, tylko tym się zajmowała. Zaniedbywała Arię, ale swoim ludziom nadal wypłacała pensje, mimo że nie miała pieniędzy, by ją tam zastępowali.

A Teowoj zostawił ją z tym wszystkim samą.

Z racjonalnego punktu widzenia nie mogła mieć o to pretensji. To nie była jego walka. Ani żadnego innego członka Sabatu. W dodatku źle go potraktowała w Nawii i potem, już w jego mieszkaniu. Powinna była przełknąć dumę i złość i po prostu otwarcie z nim porozmawiać. On również źle ją potraktował. Winiła go za to, ale bardziej winiła siebie. Bo to ona miała wiedzę, którą się nie podzieliła z Sabatem. Wiedziała, przynajmniej w teorii, czym jest Soleme i czym grozi zachwianie równowagi pomiędzy wymiarami. Wybrała inaczej. Wybrała zachowanie tajemnicy, bo nie przewidziała determinacji skrzywdzonych przez Welesa wojów. Konsekwencje tego wyboru dosięgły wszystkich.

– Weź się w garść – mruknęła do siebie i wyprostowała plecy. Była tak gotowa na spotkanie z Teowojem, jak tylko mogła być. Delikatnie przeczesała palcami włosy, bo ostatni raz ze szczotką widziała się parę dni temu.

W końcu drzwi się otworzyły. Szelma wpadła do środka i natychmiast do niej podbiegła. Ale ogon i uszy, o dziwo, miała położone.

Cisza, która zapadła, gdy mężczyźni stanęli w progu, wwiercała się w mózg i odbierała Dalii kolejne pokłady odwagi. Uśmiechy goszczące na twarzach wojów jeszcze sekundy wcześniej, zniknęły. Ciężar na jej ramionach wydał się nagle jeszcze potężniejszy.

Radowoj odchrząknął i posłał z ukosa spojrzenie bratu, a potem jej.

– Zostawię was samych. Chodź, Szelma. – Gwizdnął, a Szelma, oczywiście, posłuchała.

Zdrajczyni jedna. Tak się odwdzięczała. To Dalia ją w zasadzie znalazła i przygarnęła, ale szybko spadła z piedestału, gdy Szelma poznała Radowoja. Łaziła za nim jak… no cóż, jak pies. A teraz oboje zniknęli w kuchni.

Cisza między Dalią a Teowojem jeszcze się pogłębiła. Krzyczały w niej tysiące niewypowiedzianych słów, nieprzeżytych emocji, tęsknota, zagłuszana zdrowym rozsądkiem i gniewem. Tyle myśli kłębiło się w jej głowie, gdy patrzyła w czarne, choć rozjaśnione światłem lampy oczy. Chciała schować się w jego ramionach i choć na chwilę zapomnieć o niekończących się problemach Sabatu. Chciała raz jeszcze poczuć zapach jego skóry. Chciała zapomnieć się w nim, tak jak wcześniej się zapominała. A mimo to nie zrobiła żadnego gestu i nie zadała żadnego pytania. Bo coś jej cholernie w tej sytuacji przeszkadzało. Oczywiście poza tym, że Teowoj zniknął na tak długi czas.

– Wyglądasz na zmęczoną – przerwał w końcu tę nieznośną ciszę.

Uśmiechnął się przy tym swobodnie, jakby nic się między nimi nie wydarzyło.

A jednak nie był to uśmiech, który przez tyle inkarnacji rezerwował tylko dla niej. Nie było w nim czułości i miłości, jakie od zawsze w stosunku do niej żywił. Nie znalazła w nim też burzy. Uśmiechał się tak, jakby miał przed sobą przypadkowo spotkaną i dawno niewidzianą znajomą.

W sercu poczuła cierń. Nie rozumiała, co się działo. Przygotowała się na tę chwilę na różne sposoby, na walkę, może nie wręcz, ale na argumenty. Chciała wyjaśnić swój punkt widzenia, chciała zrozumieć jego. Wyglądało jednak na to, że Teowoj miał inne plany. Gniew, majaczący pod całymi pokładami tęsknoty, powoli przebijał się do góry, a wraz z nim uciekała jej kontrola nad żywiołami.

– Serio? Tylko tyle masz mi do powiedzenia po takim czasie?

Rozprostowała palce.

– A co chciałabyś usłyszeć? – Spojrzał prosto w jej oczy.

Cierń w jej sercu obracał się teraz, odkrywając przed nią nowe oblicza bólu. W jego głosie usłyszała to, co zobaczyła w uśmiechu. Uprzejmość.

– Na przykład to, gdzie się podziewałeś przez ostatni miesiąc?

Nikt nie doprowadzał jej do szału skuteczniej niż stojący przed nią mężczyzna. Miała ochotę rzucić w niego czymś ciężkim. Rozchyliła usta, żeby posłać go do piekła albo jeszcze dalej, ale nie dał jej szansy.

– Zanim się rozpędzisz z pouczeniami, wróciłem, bo ściągnął mnie Radowoj. A także dlatego, że miałaś rację. Mamy niedokończone sprawy.

Na moment w jej głowie pojawiła się ulga, ale szybko ją zmiażdżył następnymi słowami. I kolejnym uprzejmym uśmiechem.

– Nie uchylam się od odpowiedzialności za swoje czyny i jestem do twojej dyspozycji. A co do tego, gdzie byłem, obawiam się, że tę informację chciałbym zachować dla siebie. Pozwolisz mi na to, Stworzycielko? – wypowiadając te słowa, nie spuszczał z niej wzroku nawet na sekundę.

Dalia zacisnęła dłonie tak mocno, że paznokcie wbiły się w skórę. Tylko w ten sposób mogła się powstrzymać od zrobienia czegoś, czego już nie dałoby się cofnąć.

Przez całą noc Dalia praktycznie nie zmrużyła oka. Nad ranem, jeszcze przed świtem, wstała i na palcach przemknęła obok sypialni Teowoja. Ubrała się ciepło i poszła na ukrytą w lesie polanę, tam, gdzie znajdował się Alatyr do Nawii. Chciała stąd uciec. I w ciszy, bez walki ze swoją naturą, zastanowić się nad tym, co dalej.

Po spotkaniu z Teowojem wciąż kipiała od emocji, a musiała, dla dobra wszystkich, jakoś sobie z nimi poradzić.

Za dużo było w niej gniewu, za dużo tęsknoty, by wpadać na niego w domu i udawać, że nic się nie stało. Wieczór spędziła zamknięta w swojej sypialni, ignorując Radowoja wołającego ją na kolację. Ostatecznie obaj mężczyźni zostawili ją w spokoju. I dobrze.

Stanęła na Alatyrze. Zaledwie błysk później była już pod Drzewem Życia i pod srebrnym niebem Nawii. Pojedynczy liść, jeden z tych, które jeszcze niedawno tworzyły rozłożystą koronę, opadł miękko na mech obok jej butów. Spojrzała w górę, na konary, i od razu zabolało ją serce. Korona zdawała się jeszcze bardziej przerzedzona niż ostatnim razem, gdy tu przyszła. Energia Viru nadal płynęła od drzewa, ale słabła i stawała się niestabilna. Jeszcze jedna konsekwencja rozerwania go przez jej ukochanego mężczyznę.

– Żywie? – Weles wyłonił się ze srebrnego gaju.

Żywioły pod jej skórą zawirowały niespokojnie, jakby chciały wybiec mu na spotkanie. Energia Stworzyciela Magii sprowadzała ją na kolana, mimo że sama była Stworzycielką. A jednak to nadal dobra wiadomość. Zaraza tocząca wymiary nie miała nad nim władzy, ale Dalia wiedziała, że to tylko kwestia czasu. Zwłaszcza że jego medalion pozostawał w rękach Swaroga.

Weles natychmiast dostrzegł jej dyskomfort. Zawsze bowiem zauważał każdy, nawet najdrobniejszy grymas na jej twarzy. Jego energia stopniowo słabła, łagodniała, a wraz z nią znikała w Dalii potrzeba podporządkowania się. Gdy stanął przed nią, czuła się już zupełnie normalnie.

Tyle się między nimi zmieniło, odkąd Stworzyciel Magii powrócił do Nawii. Na początku, po wyjeździe Teowoja, odwiedzała to miejsce jedynie wtedy, gdy naprawdę musiała, z obowiązku, nie z potrzeby. Prowadziło ją poczucie winy i pamięć o tym, co Weles uczynił dla jej ziemskiej rodziny. Przekraczała bramę tego wymiaru tylko po to, by zadać pytanie i uzyskać na nie odpowiedź.

Ale pustka, którą zostawił po sobie Teowoj, zrobiła swoje. Dalia znów nauczyła się przebywać w towarzystwie Stworzyciela. Choć nie zamierzała go usprawiedliwiać w obliczu tego, co zrobił jej i Sabatowi, coraz wyraźniej dostrzegała, że w wielu kwestiach miał rację. I że ona również ponosiła część winy za to, co się wydarzyło.

Z tą wiedzą nieoczekiwanie przyszedł spokój.

Tak, obiecała Welesowi, w zamian za jego pomoc, że będzie go informować o nowych śladach i wskazówkach dotyczących Peruna. I tak, rozmawiali głównie o naprawie ściany Viru, sprawach stworzycielskich, a także o sprowadzeniu do Nawii innego Stworzyciela Drugiego Kręgu, mogącego zastąpić Marę w sprawowaniu pieczy nad demonami.

To były główne powody, dla których z początku tu przychodziła.

Kilka dni temu uświadomiła sobie jednak, że to jedynie wymówki. Chciała tu przychodzić. Bo tylko tu mogła odpocząć od dręczących ją koszmarów codzienności.

– Czy demony znowu wyrwały się spod kontroli? – Czoło Welesa było zmarszczone i mogłaby przysiąc, że na jego skroniach przybyło kilka siwych włosów. Choć przecież Stworzyciele się nie starzeli. Zapewne to kolejny efekt uboczny utraty artefaktu.

Pozwoliła sobie na zmianę.

Jej ciało się transformowało, gdy przybierała swój pierwotny kształt. A potem puściła żywioły wolno. Wiatr uniósł się między konary, zabierając ze sobą grudki ziemi. Wytrącał drobinki srebra z drzew gaju Stworzyciela Magii. Woda przekomarzała się z ogniem, a gdzie tylko pojawiały się małe ogniki, krople wody natychmiast na nie opadały.

Weles przyglądał się temu procesowi w milczeniu.

– Lepiej? – zapytał w końcu.

Jego srebrne oczy patrzyły na nią spokojnie, dostojnie, przynosiły ulgę od emocji.

– Lepiej. I nie, nic nie wiem o nowych demonach. Po prostu musiałam tu przyjść. Jestem zmęczona, Welesie. Tak bardzo zmęczona.

– Wiem, Żywie.

Złapał kosmyk jej włosów. Wyciągnął z nich uschnięty liść. Niegdyś lśniący jak blask księżyca, teraz zupełnie czarny, kruchy jak popiół. Trzymał go przez chwilę w palcach, a potem bez słowa pozwolił mu opaść na ziemię.

Dalia usiadła na trawie i oparła plecy o korzeń Drzewa Życia. Tu nie musiała się kontrolować. Nie musiała na nic uważać i niczego udawać. Mogła po prostu być sobą. Żywią. Stworzycielką Żywiołów.

Zamknęła oczy.

Dłoń Welesa spoczęła na jej dłoni. Nie odepchnęła jej, choć jeszcze niedawno każdy jego dotyk napawał ją lękiem. Teraz jednak, na granicy wieczności, gdzie czas przestawał istnieć, a przeszłość traciła znaczenie, nie było już miejsca na lęk.

I nie chciała go więcej odczuwać.

– Jakie wieści z Nawii?

Weles skrzywił się lekko, ale grymas zniknął prawie tak szybko, jak się pojawił.

– Nie znalazłem żadnego z moich braci, jeśli o to pytasz.

Takiej odpowiedzi się spodziewała, bo słyszała ją od miesiąca. Perun słynął z tego, że robił, co chciał, a przekonanie go do czegokolwiek graniczyło z cudem. Swaróg stworzył nieskończoność gwiazd, mógł się zatem ukryć gdziekolwiek. Co prawda musiałby zostawić za sobą Marę, bo Stworzycielka Drugiego Kręgu nie przeżyłaby bezpośredniego spotkania z gwiezdnym światłem. Miał jednak w swoim arsenale inne zasoby, by ją skutecznie ukryć. Ich wysiłki w odnalezieniu obu Stworzycieli spełzły więc na niczym.

Nie mieli jednak innego wyjścia, jak szukać dalej. I mieć nadzieję, że wcześniej czy później któryś z nich popełni błąd i się ujawni.

Potarła palcami czoło.

– Jak ty to robisz, Welesie? Ty i inni Stworzyciele Pierwszego Kręgu?

Uniósł brew.

– Co masz na myśli, Żywie?

– Emocje. – Westchnęła cicho. – Jak sprawić, by… nic nie czuć?

Srebrne spojrzenie Welesa spoczęło na jej oczach. Rozważał możliwe słowa, po czym powiedział:

– Gdybym nie odczuwał litości, pozbawiłbym Teowoja życia na skraju wieczności, zamiast rzucać na was oboje klątwę. A ciebie zaciągnąłbym przed Sąd Stworzycieli.

Rozumiała jego słowa. Zrobił, co musiał, by oszczędzić im jeszcze gorszego losu. Emocje Stworzycieli były inne, ale prawdziwe. Tyle że ich hierarchia ważności nie pokrywała się z ludzką. Mieszkańcy Jawii pojmowali krzywdę inaczej, a stworzycielskich uczuć nie dało się zamknąć w ludzkich ramach.

– A gdyby istniał sposób, żeby nic nie czuć? Kompletnie nic. Skorzystałbyś z niego?

Przez jego twarz przemknął cień, ale znów zniknął równie szybko, jak się pojawił. Rozumiał ją. Nie chciała go rozgniewać, tylko pojąć.

– Nie. Jestem Stworzycielem Magii. I jeśli zabiłbym w sobie emocje, straciłbym kontakt ze swoją kreacją. – Zamilkł na krótko, po czym dodał: – Jest sposób, Żywie, by pozbyć się wybranych uczuć. Tych, których nie chcesz. I dobrze go znasz. _Zarave_. Zaklęcie zapomnienia. Wiesz również, jak je zrealizować. Muszę cię jednak uprzedzić, że ja nie odważyłbym się rzucić tego zaklęcia na samego siebie. Bo nikt nie zna końca tej drogi. Nawet Świętowit. Wszyscy jesteśmy połączeni srebrnymi nićmi.

Przypomniał jej jedno z praw spisanych w Księdze Ścieżki. Nikt nie żyje w próżni i wszystkie nasze działania mają konsekwencje w przyszłości.

Oparł głowę o korę Drzewa Życia.

– Odpoczywaj, Żywie – mruknął i zamknął oczy.

Zostawił ją z burzą myśli. Nie przyszło jej do głowy _Zarave_. A było to jedno z najstarszych zaklęć, jakie w ogóle istniały. I jedno z najbardziej mrocznych, takich, które niosły ze sobą poważne konsekwencje.

Pokusa, by nic nie czuć, była ogromna. Weles miał jednak rację. Nigdy nie było pewności, jak głęboko sięgną macki _Zarave_ i jak wielkie spustoszenie poczyni w rzeczywistości osoby spętanej tym zaklęciem.

Westchnęła.

Splotła swoje palce z palcami Welesa i czerpała z jego energii tak, jak czyniła to wcześniej. Zanim w jej świecie pojawili się Zaklinacze.

I zanim pojawił się Teowoj.

Teowoj wodził wzrokiem po przedmiotach zdobiących sypialnię Dalii. Jeszcze do niedawna będącą ich wspólną sypialnią. Ostatni raz był tutaj kilka dni po powrocie z Nawii. Wstąpił do domu Sabatu po tym, jak skoczyli sobie z Dalią do oczu w jego mokotowskim apartamencie. Zabrał kilka niezbędnych rzeczy i od razu ruszył w drogę, by uniknąć kolejnego spotkania.

Niewiele się tutaj zmieniło, poza tym, że w końcu Dalia wróciła do swojej odwiecznej tradycji kreowania niewielkich ołtarzy. Obecny znajdował się na dębowym stoliku, odrestaurowanym przez niego kilka miesięcy wcześniej. Poustawiała na nim zioła, świece, kadzidła. W małej ozdobnej miseczce zauważył popiół z poprzednich rytuałów. Wszystko w zimowych kolorach, jak przystało na grudzień i zbliżające się Szczodre Gody.

Każdy przedmiot w tym pokoju przypominał mu boleśnie o tym, co stracił poprzez swoją wizytę w Nawii, a potem przez ucieczkę. Musiał jednak zniknąć. Być z dala od Sabatu. Z dala od Dalii. Po raz pierwszy w całej ich historii czuł się zmęczony walką, której nie dało się wygrać niezależnie od wysiłku. Po prostu ruszył przed siebie. Początkowo wynajął pierwszy lepszy apartament w mało znanej nadmorskiej mieścinie, wyłączył telefon i zanurzył się w alkoholu. Nie chciał myśleć o niczym: ani o Dalii, ani o Sabacie, ani nawet o tym, że wielu klientów czekało na zamówienia. A on nie był w stanie ich zrealizować.

Przeszłość jednak szybko go dosięgła, a wspomnienia z Nawii zaczęły prześladować. Rozmazane, niekoherentne obrazy, męczące, ale uparcie domagające się uwagi. Jakby śnił cudze sny. Przeszłość zawsze dopadała jak polująca harpia.

I jeszcze ta ciemność. Tuż po powrocie zaledwie się w nim tliła, a teraz przybierała na sile. Wzywała go, czasami miał wrażenie, że do niego mówi. Przez jakiś czas sądził, że być może zjadł coś w Nawii, jakąś halucynogenną truciznę, której efekty pojawiały się z czasem. Albo że ukłuł się toksyczną rośliną.

Nie lubił jednak się oszukiwać. Nie istniała w żadnym ze światów roślina działająca z tak opóźnionym zapłonem. Ciemność, czymkolwiek była, przywlokła się za nim z Nawii.

Radowoj wsadził głowę przez uchylone drzwi.

– Tak myślałem, że cię tu zastanę.

– Gdzie ona jest? – Teo przeszedł od razu do rzeczy, choć domyślał się odpowiedzi.

Kilka razy podczas swojej nieobecności rozmawiał z Radem przez telefon i wspomniał mu, że Dalia wymykała się często do Nawii. Nie mógł jednak w to uwierzyć. Aż do teraz, gdy na twarzy swojego brata zobaczył potwierdzenie.

Myśl o tym, że Dalia wracała w ramiona Welesa, i to po tym, co zrobił jej i całemu Sabatowi, sprawiała, że żołądek ściskał mu się z obrzydzenia. Nie rozumiał, choć bardzo się starał, dlaczego nie widziała tego, co dostrzegał on. Dlaczego nie zauważała dwulicowej natury Stworzyciela Magii. Teowoj aż za dobrze pamiętał wzrok Welesa w zamykającej się szczelinie Viru, by dać mu się ponownie oszukać. I choć największym oszustem okazał się Swaróg, to Weles dorównywał swojemu bratu w przebiegłości i knuciu.

Dalia najwyraźniej zdecydowała się tego nie widzieć.

– Chcesz na nią zaczekać? Zazwyczaj po paru godzinach wraca. Mówiła, że Weles w końcu nauczył ją, jak manipulować czasem przy przechodzeniu przez Alatyr, więc tak bardzo się już nie spóźnia. Tak czy siak, ja muszę jechać do Weli.

Teowoj nie zamierzał na nią czekać. Gdyby chciała go widzieć, wczoraj przyszłaby na kolację, a nad ranem nie wymknęłaby się w ramiona innego faceta, podczas gdy on udawał, że śpi w sypialni obok.

– Nie, jadę z tobą. Daj mi kilka sekund, żebym mógł się ogarnąć.

Co prawda część pilnych tematów omówili już przy kolacji, ale większość zostawili na poranek. Po wyjściu Rada pospiesznie wrzucił kilka rzeczy do plecaka, a potem, mimo zimna panującego w domu, wziął lodowaty prysznic. Odrobinę pomogło to poskromić nieustannie trawiącą go złość.

Gdy zszedł na dół, brat już na niego czekał, gotowy do wyjścia.

Pół godziny później dotarli do Weli.

Tak dawno tu nie był. Ostatnio, zanim wyruszyli do stworzycielskiego wymiaru. Wtedy zastał tu chaos, ale teraz w antykwariacie panował idealny porządek. Jego brat ewidentnie wrócił do formy. Zemsta, choć nie przebiegła tak, jak Rad sobie założył, najwyraźniej mu wystarczała. Sam fakt, że udało mu się wbić nóż w artefakt Welesa i sprowadzić go na kolana, mu wystarczał. Teo żałował, że nie mógł powiedzieć tego samego o sobie. Próbował więc zapomnieć. O tym, co się stało, i o Dalii. To również się nie udało. Najwyraźniej żadna rzeczywistość nie była już dla niego osiągalna.

Zdjął kurtkę i powiesił ją na drewnianym wieszaku obok kasy.

Radowoj zniknął za jednym z regałów, a niedługo potem do niego wrócił.

Uwagę Teowoja przyciągnęła leżąca na stoliku wizytówka jakiegoś dewelopera. Widniał na niej telefon oraz całkiem pokaźna suma.

– Co to jest? Zastanawiasz się nad sprzedażą Weli?

Rad wzruszył ramionami.

– Rozważam, ale jeszcze nie zdecydowałem. Wymiary się walą, pomyślałem, że skorzystam trochę z życia, zanim wszyscy zginiemy, i przeprowadzę się gdzieś na południe. Szukam tylko leszcza z kasą i bez wiedzy, że za chwilę nadejdzie koniec świata.

Teowoj się roześmiał. Wizja brata opalającego się na południowych plażach była równie absurdalna, jak zmieniające się prawa grawitacji w Nawii. Radowoj kochał Welę, tak jak on kiedyś kochał swój warsztat. Niewiele z tego wszystkiego zostało.

– Tak à propos korzystania z życia. – Mrugnął do niego Rad. – Była tu niedawno jakaś kobieta. Na początku udawała, że szuka książki, ale potem zapytała o ciebie.

– Jak wyglądała?

– Ładna, długie brązowe włosy, spory biust. Jak jedna z tych, które czasami zapraszałeś do apartamentu.

Teo zmarszczył czoło. Nie dzielił się swoim życiem do tego stopnia, by ktoś mógł go łatwo namierzyć. A już na pewno nie wspominał o Radzie. Szybko dał sobie z tym spokój. Spotkał na swojej drodze dużo kobiet i wiele z nich wylądowało w jego łóżku. Jednak żadnej nie chciał już więcej oglądać.

– Masz dla mnie przesyłkę od Aurory? – Radowoj zmienił temat i odruchowo wyciągnął rękę.

Teowoj sięgnął do plecaka i wręczył mu mały, szary notatnik.

Był już w jednej trzeciej drogi do Warszawy, gdy brat poprosił go, by pojechał do Gdyni po jakieś zapiski do kobiety podającej się za wróżkę. Początkowo tak ją właśnie potraktował. Jak zwykłą oszustkę. Zmienił zdanie, gdy spotkał się z nią osobiście.

– Skąd ją w ogóle znasz?

Rad się zachmurzył.

– Poznałem ją jeszcze przed tym, nim wyruszyliśmy do Nawii. Szukałem informacji na temat tego wymiaru, a ona była jedną z osób, do której trafiłem.

– Naprawdę wierzysz, że w czymkolwiek nam pomoże?

Radowoj wzruszył ramionami.

– Nie wiem. Skoro jednak utknęliśmy w ślepym zaułku, to warto sprawdzić taką opcję. W najgorszym wypadku wypaliłeś trochę więcej benzyny, niż zamierzałeś.

Rzeczywiście Teowoj musiał się trochę cofnąć. Nie miało to jednak znaczenia. Bo w momencie, gdy zobaczył tę kobietę, wiedział, że nie jechał na próżno. Przez wszystkie swoje inkarnacje spotkał tylko jedną osobę zdolną wyczuwać Vir. W dwudziestoleciu międzywojennym zawędrował na seans spirytystyczny organizowany przez wróżkę, nazywającą siebie Widzącą w Kronice Akaszy. Powiedziała mu wtedy, że czuje od niego starą śmierć. Nie nazwała tego klątwą, choć taka wówczas go wiązała, ale bez wątpienia to właśnie w nim dostrzegła.

W Gdyni zastał kobietę, która wyglądem do złudzenia przypominała Widzącą. Nie miał jednak czasu, by ustalić, czy była to jej prawnuczka ani czy w ogóle miała dar. Po prostu wziął notes, o który prosił Rad, wymienił parę grzecznościowych zwrotów i wrócił do Warszawy.

Radowoj otworzył notatnik i wodził po nim wzrokiem przez długą chwilę. W końcu go zatrzymał. I zaczął czytać.

– „Świetlna sygnatura nie z tego wymiaru”. To może być o Swarogu – wymruczał.

– Ona wie o Stworzycielach? – zdziwił się Teowoj.

– Wie. O nas też wie. Powiedziałem jej.

To była nowość. Wszystkich członków Sabatu od zawsze obowiązywał absolutny zakaz ujawniania swojej tożsamości i legitymizowania starych wierzeń. Rad pilnował tego i egzekwował to prawo, jak tylko mógł. Jedynym przypadkiem złamania tego zakazu była _Historia Zaklinaczy,_ uwolniona do świata ludzi przez Neda, dawno zmarłego kronikarza Sabatu.

Teo uniósł kpiąco brew.

– Czyli najwyraźniej prawo obowiązuje wszystkich oprócz ciebie?

Nie zrobiło to na Radzie większego wrażenia.

– Jak pewnie zauważyłeś, Aurora jest inna. Czasy też się zmieniły. Ludzie już nie palą nas na stosach.

Uśmiech wypełzł na twarz Teowoja. W głosie brata wychwycił nutę, której nie słyszał całe wieki. Wyglądało na to, że w końcu jakaś kobieta naprawdę go zainteresowała.

Rad przewrócił oczami i ponownie zaczął czytać zapiski kobiety.

– „Widzę ślady tej sygnatury w tym wymiarze”. – Uniósł wzrok na Teowoja. – A zatem Swaróg jest w Jawii.

– Być może jest. A być może był tylko przez chwilę. Jeśli Aurora naprawdę coś widzi. Coś jeszcze napisała?

Rad wrócił do lektury.

– Ciebie nazwała „mrocznym”. Ale to chyba żadna nowość.

Tym razem to Rad się uśmiechnął. I tym razem to Teo go zignorował.

– Mam kilka spraw do załatwienia na mieście. A potem wracam do domu. Zrobić jakieś zakupy?

– Nie ma potrzeby. Lodówka jest pełna. Jak ci się chce, to możesz zgarnąć po drodze jakiś obiad.

Teowoj założył kurtkę, po czym machnął dłonią na pożegnanie.

_Katowice, dwa dni do Szczodrych Godów_

Nawoj ledwo stał na nogach. To była już trzecia doba, kiedy nie wracał do domu, tylko spał w szpitalu. A taki sen, choć przynosił trochę ulgi, nie był zbyt produktywny. Próbował jednak zaimponować ordynatorowi po tych wszystkich nieobecnościach i sprawić, by przełożony spojrzał na niego łaskawszym okiem. Zresztą w szpitalu jak zwykle było zbyt mało personelu w stosunku do pacjentów czekających na pomoc. SOR testowano do granic możliwości. Nawoj pomagał sobie różnymi specyfikami od Nikoliny, bo bez nich nie miałby szans utrzymać się w pionie. Teraz jednak zmęczenie bezlitośnie go dopadło.

Wymknął się do dyżurki i wyciągnął nogi na rozkładanym łóżku polowym. Zamknął oczy. Nie dane mu było jednak zasnąć. Drzwi się uchyliły, a do pomieszczenia wsunął głowę nowy rezydent.

– Śpisz? Mamy pacjenta powypadkowego.

Nawoj usiadł na łóżku i przetarł oczy wnętrzem dłoni.

– Nie ma nikogo innego?

– Ja mogę. Ale ordynator nie puści.

Zaklinacz odetchnął głęboko.

Luka, młody Bośniak, pracował tu zaledwie od kilku miesięcy i nie miał prawa sam operować. Nawet jeśli był najzręczniejszym młodym chirurgiem, z jakim Nawoj miał do czynienia.

– Daj mi sekundę na ogarnięcie się.

Gdy drzwi się zamknęły, z niechęcią się podniósł. Zażył kilka kropel pobudzającej reany. Włożył butelkę do kieszeni. Na wypadek gdyby skalpel i jawieńskie leki dzisiaj zawiodły. Ludzie, zazwyczaj źle reagowali na sabatowe medykamenty, ale czasami, gdy nie było innego rozwiązania, Nawojowi zdarzało się po nie sięgnąć. I wstrzyknąć odrobinę do kroplówki.

Kilka godzin później było już po wszystkim. Wypadek okazał się makabryczny, ale Nawojowi udało się wyprowadzić pacjenta na prostą. A przynajmniej wszystko na to wskazywało. Tego się spodziewał. Zdarzyło się jednak coś, czego nie spodziewał się ani trochę.

Nie mógł wiedzieć, że Luka pomoże mu popchnąć poszukiwania zaginionych Stworzycieli do przodu.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij