-
nowość
-
promocja
Pakt z Hitlerem - ebook
Pakt z Hitlerem - ebook
Najważniejsze sceny historii rozgrywają się poza zasięgiem wzroku widzów.
„Pakt z Hitlerem” to powieść historyczna oparta na faktach, która wykorzystuje znane luki oraz przemilczenia, by przedstawić prawdopodobną wersję wydarzeń rozgrywających się w cieniu II wojny światowej. Porusza kwestie pomijane w podręcznikach i rekonstruuje możliwy układ zawarty między Trzecią Rzeszą a… Stanami Zjednoczonymi.
Autor prowadzi czytelników przez mroczne wydarzenia XX wieku: od tajnych rozmów Mołotowa z Ribbentropem w Kirowogradzie, przez zamach na Heydricha i jego rzekomą śmierć, aż po zakulisowe porozumienie Hitlera z Rooseveltem. Dzięki temu skłania odbiorcę do stawiania niewygodnych pytań.
Dlaczego do dziś nie zawarto kończącego wojnę traktatu pokojowego? I co tak naprawdę stało się z Hitlerem, Himmlerem i Heydrichem?
Zaskakująca, prowokacyjna, pełna detali – ta książka nie daje prostych odpowiedzi, ale po jej lekturze trudno uwierzyć, że wszystko wyglądało tak, jak twierdzą oficjalne źródła.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Historia |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-469-3 |
| Rozmiar pliku: | 1,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
_Jeżeli tę wojnę przegramy, to cała Europa stanie się komunistyczna. Jeżeli Anglicy tego nie zrozumieją i nie dostrzegą, utracą swoją hegemonię i tym samym swoje imperium. Jak dalece poza tym oddadzą się przez tę wojnę w ręce Amerykanów, tego nie można wcale jeszcze przewidzieć. Ale na pewno będzie tak, że AMERYKANIE UJRZĄ W TEJ WOJNIE CAŁKIEM NIEZŁY DLA SIEBIE, WIELKI INTERES!_
Z przemówienia Adolfa Hitlera wygłoszonego 14 czerwca 1941 roku w Kancelarii Rzeszy podczas narady z kadrą dowódczą Wehrmachtu przed atakiem na Związek Sowiecki.
***
Skąd już wtedy, w połowie czerwca 1941 roku, Hitler wiedział, że USA włączą się do wojny w Europie? Przecież Japonia miała zaatakować Sowietów od strony Syberii, gdy Niemcy zdobędą Moskwę. USA miały pozostać poza europejskim konfliktem! Takie, przynajmniej oficjalnie, były uzgodnienia państw Osi…
A może Hitler realizował plan, zgodnie z którym miał rozpętać wojnę, spowodować, by USA się do niej włączyły, a potem na rzecz Amerykanów skapitulować? Jeśli tak, to nie był to plan Hitlera. Kto zna _Mein Kampf_, wie, że Niemcy miały panować nad całym światem.
***
_ALEXANDER WERTH : Czy wiecie lub domyślacie się, co stało się z Hitlerem?_
_MARSZAŁEK GEORGIJ ŻUKOW_: _Sytuacja jest bardzo tajemnicza. Z dzienników adiutanta głównodowodzącego armii niemieckiej wiadomo, że dwa dni przed upadkiem Berlina Hitler wziął ślub z aktorką filmową Ewą Braun. NIE UDAŁO SIĘ NAM ODNALEŹĆ CIAŁA HITLERA. Nie mogę powiedzieć nic pewnego o losie Hitlera. Mógł w ostatniej chwili odlecieć z Berlina, ponieważ były tam odpowiednie pasy startowe._
Z konferencji prasowej marszałka G. Żukowa dla dziennikarzy angielskich i amerykańskich w dniu 4 czerwca 1945 roku w Berlinie; powyższy fragment został opublikowany w sowieckiej gazecie „Prawda” 10 czerwca 1945 roku.
***
Co takiego stało się pomiędzy początkiem czerwca a rozpoczęciem Konferencji w Poczdamie? 4 maja prezydent Truman w przemówieniu radiowym powiedział, iż jest przekonany, że Adolf Hitler nie żyje i są na to wiarygodne dowody. Co ciekawe, dopiero dzień później niemieccy jeńcy wojenni, którzy służyli w bunkrze Kancelarii Rzeszy, wskazali miejsce pochówku ciała Führera i je wykopali. Żukow co do tego, czy to rzeczywiście ciało Hitlera, pewności nie miał. Ba, sam Stalin nie pojawił się w Berlinie, a przecież zapowiadał, że „będzie ludziom pokazywać truchło Hitlera niczym małpę w cyrku”. Do rozpoczęcia Konferencji w Poczdamie nic się w tym względzie nie zmieniło, ale już w jej trakcie Sowieci zmienili front i zgodnie z Amerykanami twierdzili, że Hitler popełnił w Berlinie samobójstwo, a tożsamość Führera potwierdzono jednoznacznie badaniami medycznymi.
Czym Truman przekonał Stalina, by i on szerzył kłamstwo? Musiał mieć dobre argumenty.
DEM DEUTSCHEN VOLKE UND SEINEM KANZLER.
_NARODOWI NIEMIECKIEMU I JEGO KANCLERZOWI_
_NEUDECK_ (OSTRÓDA)_, 11 MAJA 1934 ROKU_
_Przez całe moje życie służyłem jednemu celowi politycznemu, który przewyższał wszystkie inne: zjednoczenie narodu niemieckiego. Jestem przekonany, że MÓJ KANCLERZ przysłuży się temu celowi lepiej niż jakikolwiek inny szef rządu przed nim._
_MÓJ KANCLERZ ADOLF HITLER i jego ruch podjęli decydujący krok o historycznym znaczeniu w kierunku wielkiego celu zjednoczenia narodu niemieckiego w wewnętrznej jedności ponad wszystkimi statusami i różnicami klasowymi. I słusznie uważają, że korzyści ze zjednoczenia i udział w przyszłym niemieckim dobrobycie powinni odnieść Niemcy. I ma na myśli wszystkich Niemców i tylko Niemców, szczególnie tych zwykłych. Bez majątków, bez wykształcenia, bez pracy. To oni mają otrzymać najwięcej. Przede wszystkim pracę i godne warunki życia dla swoich rodzin. Inne nacje powinny szukać takiego dobrobytu w swoich krajach, a jeśli takowych nie mają, niech będą sługami narodu niemieckiego._
_Przez lata dawałem się zwieść mrzonkom i podszeptom władz tak zwanej Republiki Weimarskiej o konieczno_ści _restauracji monarchii i przywróceniu Cesarza jako głowy państwa i narodu. Ci ludzie chcieli rządzić, ale nie potrafili zjednoczyć się, by czynić to skutecznie. Nie potrafili i nadal nie potrafią sprostać zadaniom, stąd byłoby dla nich zbawcze mieć ochronny parasol w osobie Cesarza. To by usprawiedliwiało ICH BEZCZYNNOŚĆ, BEZRADNOŚĆ I BRAK WOLI PODJĘCIA RYZYKA, JAKIE WIĄŻE SIĘ NIEODŁĄCZNIE Z KAŻDĄ WIELKĄ ZMIANĄ. Jeśli MÓJ KANCLERZ, prosty człowiek z ludu, wprowadzi, jak zamierza, urząd Führera Rzeszy i ZASTĄPI NIM URZĄD PREZYDENTA RZESZY, ŁĄCZĄC GO JEDNOCZEŚNIE Z URZĘDEM KANCLERZA RZESZY, STANIE SIĘ DLA NARODU NIEMIECKIEGO KIMŚ WIĘCEJ NIŻ JAKIKOLWIEK CESARZ W HISTORII. Stanie się przywódcą, którego wola będzie interesem całego narodu, a nie wąskiej grupy, która rządziła dworem cesarza i nim samym!_
_Hitleryzm w Niemczech będzie zjawiskiem krótkotrwałym i przejściowym. Upadnie dość szybko, jednakże WCZEŚNIEJ PRZEBUDUJE NARÓD I GOSPODARKĘ, przez co WPROWADZI NIEMCY DO GRONA NAJWIĘKSZYCH MILITARNYCH I GOSPODARCZYCH POTĘG ŚWIATA. Jeśli MÓJ KANCLERZ zrealizuje to wszystko, co mi przedstawił, obejmując urząd Kanclerza Rzeszy, jeśli zrealizuje MOJĄ WIZJĘ I PLANY, do czego się sumiennie zobowiązał, NIE BĘDZIE W NASZEJ CZĘŚCI EUROPY WIĘKSZEGO NAD NIEMCY MOCARSTWA. Jego wizja to wprowadzenie w życie słów naszego hymnu_ Deutschland, Deutschland über alles.
Z testamentu Paula von Hindenburga
***
Co zrobić, aby te słowa, co by nie mówić, poparcia dla Adolfa Hitlera, wyrzucić z historii Niemiec? Aby spuścić na nie zasłonę dymną i usunąć je z dyskursu polityczno-historycznego? Wystarczy ogłosić, że testament Paula von Hindenburga sfałszowano, zatem nie jest on wiarygodny.
Dlaczego?
Każdy naród potrzebuje historycznych autorytetów, które mogłyby stać się wzorcem dla nowych pokoleń. Niemcy także. Nie mogli jednak sięgnąć do epoki Cesarstwa, albowiem tamta Rzesza była na wskroś przesiąknięta militaryzmem i powstawała w myśl zasady „cel uświęca środki”. Tam, gdzie nie wystarczył militarny szantaż, wkraczała pruska armia. Do Danii w roku 1864. Do Austrii dwa lata później. Francja chciała uprzedzić Prusy i zaatakowała w 1870 roku, ale rok później skapitulowała.
Twórcy i włodarze Republiki Weimarskiej też się na autorytety nie nadawali. Zbyt słabi, aby przeprowadzić niezbędne reformy społeczno-gospodarcze. Zbyt ulegli wobec rekinów niemieckiej gospodarki i finansów; zresztą uzależnieni od nich dotacjami na ich słabe partie i osobiste kampanie wyborcze.
Na placu boju pozostał tylko Paul von Hindenburg, prezydent Rzeszy Niemieckiej w latach 1925–1934.
Że był na plakatach wyborczych NSDAP razem z Hitlerem w kampaniach do Reichstagu 1932 i 1933 roku? Że jego poparcie uczyniło z NSDAP najsilniejszą partię w niemieckim parlamencie? Że przy tym był monarchistą, który najchętniej zrzekłby się władzy prezydenckiej na rzecz przebywającego na emigracji cesarza?
To wszystko nie miało znaczenia, albowiem wtedy, w latach 1932–34 był to stary, schorowany człowiek. Osiemdziesięciosześcioletni tetryk i sklerotyk. Do tego oszukany, podobnie jak duża część Niemców, przez Hitlera…
On, Paul von Hindenburg, dumny i przenikliwy feldmarszałek, był Niemcom i ich raczkującej powojennej demokracji potrzebny jako autorytet. Zatem zaczęto głosić, że był DEMOKRATĄ. Prawdziwym i być może ostatnim niemieckim demokratą chroniącym Niemcy, Niemców i demokrację. No cóż, cel uświęca środki, a „kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą”. Być może twórcy Bundesrepublik Deutschland odżegnywali się od nazizmu, ale od metod nazistowskiej propagandy już niekoniecznie… I chętnie skorzystali z usług Franza von Papena, wicekanclerza w rządzie Hitlera, który zeznał, że Führer rozkazał sfałszować testament Paula von Hindenburga. „Diabeł w cylindrze”, jak nazywano Papena, ubrał się w ornat demokraty i na mszę dzwonił…PROŚBA PRABABCI
W lutym tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego drugiego roku Anne-Marie, moja prababcia, ukończyła sto trzy lata. Jakże się cieszyła z tortu, kwiatów i gości, którzy byli dla niej najlepszym chyba prezentem.
Ciało już słabiutkie, ale umysł?! Pamięć – szczególnie ta dotycząca dawno minionych epok i historii przodków – wręcz oszałamiająca. Każde zdjęcie z rodzinnego albumu okrasić umiała anegdotką albo wyliczeniem, z kimże to ze zdjęcia jesteśmy spokrewnieni…
To były właściwie jej ostatnie dobre dni. Na początku maja przyszło załamanie. Anne-Marie zapadała się coraz głębiej w świat pół-, może ćwierćświadomości. Odchodziła, czego opiekujący się nią lekarz nie ukrywał. Jest czas narodzin, życia i śmierci. Dla Anne-Marie ten moment, mający ostatecznie zakończyć jej ziemską podróż, zbliżał się nieubłaganie. Ale i tak można było jej owych stu trzech lat pozazdrościć.
Trzydziestego pierwszego maja osiemdziesiątego drugiego roku dobiegł końca mój kontrakt na pracę w Biurze Tłumaczy Wolnego Obszaru Celnego Portu Hamburg. Wiedziałem już, że nie zostanę na stałe w Niemczech Zachodnich, że chcę wrócić do mojego rodzinnego Wałbrzycha. To jednakże mogło zaczekać – postanowiłem bowiem, że na jakiś czas przeniosę się do rodzinnej posiadłości w Heiligenkirchen i będę towarzyszyć Anne-Marie w jej odchodzeniu.
Któregoś dnia zastąpiłem kuzynki przy śpiącej niemalże nieprzerwanie prababci. Niespodziewanie, wczesnym popołudniem, ocknęła się na moment. Ująłem ją natychmiast za rękę, a ona spojrzała na mnie i uśmiechnęła się.
– Petty… – Nigdy nie dowiedziałem się, skąd takie zdrobnienie mojego imienia (Piotr, Peter) przyszło jej do głowy, ale było sympatyczne. – Petty, odszukaj grób mojego kuzyna Carla Friedricha, zapal mu ode mnie świeczkę i odmów Modlitwę Pańską… I powiedz, że przebaczamy mu wszystko!
W naszej kulturze prośba osoby odchodzącej z tego świata jest czymś niemalże świętym. Takiej prośbie się nie odmawia!
– _Natürlich, Groma!_ (Oczywiście, prababciu!)
Nie jestem przekonany, czy moje słowa dotarły do jej świadomości, gdyż zamknęła już oczy i zapadła w spokojny sen, ale myślę, że zasypiała z ufnością, że jej życzenie zostanie spełnione.
Dałem słowo. Odruchowo wprawdzie, ale dałem. A słowo to rzecz honoru. Danego słowa się dotrzymuje. Tymczasem ja miałem wątpliwości, i to duże. Poszukiwanym był bowiem Carl Friedrich Graf (hrabia) von Pückler-Burghauß. Arystokrata, oficer, polityk, myśliwy, ozdoba arystokratycznych przyjęć i rautów. Tę niezwykle barwną część swojego życia opisał w książce _Jagen, Reisen, lustig sein. Aus grünem Wald und buntem Leben_ (_Polowania, podróże, dobra zabawa. Z zielonego lasu i kolorowego życia_). Miał jednak też swoją mroczną stronę. To ostatni Oberbefehlshaber (głównodowodzący) niemieckich wojsk (zarówno Wehrmachtu, jak i Waffen-SS) podczas drugiej wojny światowej. Organizator SS-Einsatzgruppe A, działającej na terenie Litwy, Łotwy, Estonii i północnej Białorusi. Organizator i „dowódca nadzorujący” powstanie VI. Lettischen SS-Freiwilligenkorps (szóstego łotewskiego ochotniczego korpusu armijnego SS). Zastępca szefa SS i Policji na prowincję śląską nadzorujący niemieckie obozy w całych Sudetach (zarówno dla robotników przymusowych, jak i koncentracyjne). Dowódca wojsk SS w Protektoracie Czech i Moraw. _Summa summarum_ rozkazodawca (zatem i sprawca) mordów na dwóch milionach ofiar. Co najmniej. Czyż mogłem nie mieć etycznych wątpliwości?
***
Najpierw mętlik w głowie uczynił mi pan Nicolaus Freiherr von Below. W trakcie kilku spotkań pokazał mi, że wszystko, co Niemcy robili w trakcie wojny, tkwiło w ich głowach od dawna! Przynajmniej sto lat edukacji pod hasłem Niemcy – rasa panów. Nauczanie historii podkreślające wszystkie wielkie zwycięstwa Niemców od bitwy w Teutoburskim Lesie (początek naszej ery) począwszy. I wpajanie młodym Niemcom do głów, że ma być tak, jak napisano w ich hymnie: _Deutschland, Deutschland über alles_ (Niemcy, Niemcy ponad wszystko). Niemcy mają panować od Mozeli po Memel (Kłajpedę) i od Adygi (niemieckojęzyczny region w północnych Włoszech) po Bełt (cieśniny na Bałtyku u wybrzeży Danii). Oczywiście wszyscy tak zwani przyzwoici Niemcy byli edukowani w myśl posłuszeństwa idei, że takie Niemcy należy zbudować poprzez wojnę, a skoro tak… to należy tak wyedukować społeczeństwo, by każdy działał w myśl zasady „_Befehl ist Befehl und kein Wort mehr!_” (rozkaz jest rozkazem i ani słowa więcej – masz ślepo i posłusznie wykonywać rozkazy albo kula w łeb!).
Na szczęście profesor Wolfgang Graf von Websky, mój daleki krewny, rozwiał moje wątpliwości, pokazując mi zasady wiary wynikające z nauczań Jezusa dotyczących sprawiedliwości i sądów: „Nie przyszedłem na świat, by sądzić, ale by dać świadectwo prawdzie”, „Nie osądzajcie, albowiem i wy będziecie osądzeni!”, „Jaką miarą osądzacie innych, taką i wy sądzeni będziecie.” Słowa Jezusa, w których ten pouczał Piotra, że jak będzie potrzeba, ma przebaczyć bratu nie siedem, ale siedemdziesiąt siedem razy, profesor wręcz podkreślił. Kiwałem ze zrozumieniem głową, ale to on pierwszy zabrał głos.
– Wiesz, chłopcze, byliśmy oficerami. Wykonywaliśmy rozkazy… Bóg i jego, i kiedyś tam mnie za to osądzi. Zatem powiedz mi, czy chcesz spróbować odszukać grób Carla? Nie dla niego, ale dla twojej prababci, dla Anne-Marie. Dotrzymaj danego jej słowa, a jemu… Ty jemu nie masz czego wybaczać.
Miał rację. Hrabia Carl zapewne stanął już przed Stwórcą i został osądzony.
– Tak – odpowiedziałem i już spokojniejszy uśmiechnąłem się. – Zrobię to!20 LIPCA ’69. CENTRUM KOSMICZNE IMIENIA KENNEDY’EGO.
PRZYLĄDEK CANAVERAL, FLORYDA, USA
Antonio Alemán, emerytowany brygadier chilijskiej policji i wciąż czynny zawodowo profesor akademii dla wyższych oficerów śledczych w Santiago de Chile, był jednym z gości biorących udział w spektaklu, który władze USA przygotowały dla specjalnych gości. Lądowanie na Księżycu!
Eduardo Montalva, prezydent Republiki Chile, był coraz bardziej zaangażowany w kampanię wyborczą, zatem Alemán miał go „godnie” zastąpić, cokolwiek to znaczyło. Oczywiście chodziło o złożenie kwiecistych słów gratulacji, bo w powodzenie misji nikt nie wątpił.
Nie znał się na rakietach, ale napisał kilka podręczników dla studentów kryminalistyki i oficerów policji. O budowaniu profilu przestępcy, o prowadzeniu dochodzeń, gdy istnieje prawdopodobieństwo działania seryjnego mordercy, o nieformalnych ugrupowaniach potencjalnie terrorystycznych i monitorowaniu procesu ich powstawania i rozwoju. Rzeczowa, bardzo fachowa wiedza. Coś dla policjantów i oficerów tajnych służb, ale takich na wyższym poziomie wtajemniczenia. Miał za kilka dni wygłosić w Akademii FBI w Quantico cykl wykładów poświęconych tym właśnie tematom, gdyż władze USA coraz bardziej obawiały się zagrożeń ze strony przeróżnych sekt bazujących na ruchu hippisowskim.
Alemán, podobnie jak grupa kilkudziesięciu innych gości, siedział przed telewizorem ze swoim ulubionym drinkiem – szprycerem na białym półwytrawnym winie mozelskim z dodatkiem plasterka cytryny, kilku kostek lodu i dużej ilości wody mineralnej. Oczywiście gazowanej. Amerykanie się postarali. Barek był znakomicie zaopatrzony, a obsługa kelnerska perfekcyjna. Brygadier obserwował, jak lądownik zbliża się do powierzchni Księżyca. Potem ujrzał twarz Aldrina i usłyszał jego słynne słowa: „Houston, Houston, Orzeł wylądował”.
Narrator ze studia zapowiedział, że wyjście i spacer po Księżycu dopiero za kilka godzin, zatem pierwsza część spektaklu została oficjalnie zakończona. Goście zostali zaproszeni do zwiedzenia „serca” tego ośrodka: miejsca, gdzie powstają rakiety. Kolejna przygotowywana misja o kryptonimie Apollo 12 także planowana była na Księżyc, zatem mieli możliwość obejrzenia niemalże gotowej rakiety.
Była potężna. Oczywiście ze strony zwiedzających natychmiast posypały się pytania o wymiary, ale ich przewodnik jedynie się uśmiechnął.
– Proszę państwa, przedstawiam państwu głównego konstruktora rakiety, pana doktora Wernera Brauna. On odpowie na takie pytania najlepiej!
Alemán nie dowierzał. Zobaczył twarz człowieka, który dzięki niemu, tuż po zakończeniu wojny, znalazł się w Stanach Zjednoczonych.
To się nie powinno wydarzyć! – krzyczał w myślach sam do siebie. – To nie powinno mieć miejsca! Gwarantowali nam, że przez pięćdziesiąt lat operacja pozostanie całkowicie utajniona, dostęp do akt będą mieli nieliczni, a ludzie pozostaną do końca życia w ukryciu…
Zrozumiał, że musi ugasić wybuchający właśnie pożar. Miał jedynie nadzieję, że szef CIA Richard Helms, który wraz z prezydentem Nixonem będzie gospodarzem jutrzejszych uroczystości, będzie wiedzieć, kim jest!21 LIPCA ’69. CAMP DAVID.
OBIEKT WSPARCIA MARYNARKI WOJENNEJ, THURMONT, CATOCTIN MOUNTAIN PARK, MARYLAND, USA
Alemán nie mógł się doczekać dziesiątej, kiedy miała rozpocząć się oficjalna część wizyty, już z udziałem Nixona, wiceprezydenta Spiro Agnewa i Helmsa. Goście zdążyli wejść do sali konferencyjnej i zajęli się kanapkami; on stał przy wejściu. Niby palił papierosa, ale wypatrywał Helmsa. Miał nadzieję, że ten przyjdzie wcześniej, przed Nixonem. Nie pomylił się.
Chwilę później ujrzał idącego samotnie mężczyznę. Znali się z widzenia.
– Generale, cieszę się, że pana widzę!
Helms podał rękę Alemánowi.
– Powinniśmy porozmawiać. W cztery oczy.
– Czyżby nasze lądowanie na Księżycu wywarło na panu aż takie wrażenie?
– Wie pan, że takim głupstwem nie zawracałbym panu głowy!
– W takim razie… za pięć minut pojawi się prezydent. Będzie przemawiać przynajmniej pół godziny. Tyle czasu mogę panu poświęcić. Spotkamy się – rozejrzał się dookoła – tam, na molo. Ale teraz muszę lecieć.
Podszedł jeszcze do jednego z marines i wyszeptał mu coś wprost do ucha.
Na końcu mola była zadaszona altana z bardzo wygodnymi fotelami, w których można było usiąść i swobodnie konwersować. Alemán, który dotarł tam pierwszy, ze zniecierpliwieniem bębnił palcami w oparcie fotela. Chyba najbardziej dobił go fakt, że Helms szedł spacerkiem, uśmiechnięty, zrelaksowany i wyraźnie bez pośpiechu.
– Generale, czyżby w Chile stało się coś, o czym jeszcze mnie nie poinformowano? – spytał z ironicznym uśmiechem na twarzy Amerykanin.
– Raczej coś stało się u was, dyrektorze.
– U nas? – Helms wyglądał na absolutnie zaskoczonego.
– U was. To wielkie niebezpieczeństwo, gdy w świat idzie informacja o tożsamości i, że tak się wyrażę, miejscu pracy Wernhera Freiherra von Brauna! – Alemán był wyraźnie rozdrażniony. – Co panu mówi porozumienie Overcast?
Helms zbladł.
– Kim pan jest?
– Powtórzę pytanie. Co pan wie o porozumieniu Overcast?
– Wiem, że właściwy człowiek odpowiednio się przedstawi.
– Umarlak z Pragi nadał mi kryptonim Górski Strażnik.
Szef CIA z niedowierzaniem pokręcił głową.
– Pan??? – Na chwilę zamilkł. – Generale, jestem pod wrażeniem – powiedział wreszcie. – Znamy się mnóstwo lat, CIA ma pańskie akta, pańska tożsamość została prześwietlona do szpiku kości, a tu… – Przerwał. Zebrawszy myśli, kontynuował: – Wolę nie wiedzieć, w jaki sposób pan, Chilijczyk, znalazł się w gronie ludzi uprawnionych do występowania w imieniu porozumienia Overcast!
– I dobrze, ale do rzeczy. Macie w NASA szpiega! – odparł bardzo twardo Alemán. – Wpływowego szpiega. Skoro wbrew porozumieniu wypuszczacie w świat tożsamość Brauna, to rodzi się pytanie, co ten ktoś przekazał Sowietom albo Żydom!
– Uspokoję pana. KGB nie grzebało w tamtych sprawach od dawna. Co do MOSAD-u… Próbowali kilka lat temu wściubiać nos w nie swoje sprawy i dostali od nas ostrzeżenie. Bardzo konkretne ostrzeżenie. Ale tamta sprawa nie dotyczyła operacji Overcast czy Paperclip… Eichmanna nie było na listach ocalonych!
– To skąd ten incydent z Braunem? Wytłumaczy pan?
– Głupota i tyle – Helms odpowiedział cicho. – Wie pan, tyle lat pracował w cieniu, ukryty za mglistym określeniem „Zespół Specjalistów z NASA”. Zaaranżował to i miał ochotę na sławę, a jakiś palant z NASA dał na to zgodę. Pewnie Braunowi marzyły się wywiady, wykłady na uniwersytetach, nagrody, może Nobel… Niestety, nasi ludzie z Centrum Lotów Kosmicznych nie zareagowali jak należy. Nasz błąd!
– Wasz błąd? – Alemán wciąż był wyraźnie wściekły. – Dla mnie to żadna pociecha, rozumie pan? Do jasnej cholery, to poszło w świat! Wśród gości jest delegacja z Izraela i całe mnóstwo najbardziej wpływowych amerykańskich Żydów. Oni przekażą informację MOSAD-owi albo łowcom nazistów. To wręcz śmiertelne zagrożenie dla wielu, bardzo wielu ludzi.
– No cóż, zaprzeczyć nie mogę. Stało się i się nie odstanie. A co do zagrożenia: postawiłem moich ludzi w stan alarmu. Zespół z Kennedy Center już znalazł się pod ochroną. Ochronę dostaną też wasi ludzie pracujący w przemyśle zbrojeniowym. Poza granicami Stanów… sami musicie uaktywnić ochronę. Mam nadzieję, że wasza organizacja jest równie sprawna jak po porwaniu Eichmanna przez MOSAD.
– Tamto porwanie, jak pan zapewne wie, zdarzyło się na własne życzenie tego idioty. Argentynę zorganizował sobie sam. Z nami nie chciał współpracować, nie chciał schronić się w naszych dokładnie strzeżonych osiedlach, to go Żydzi dorwali, przewieźli do Izraela, osądzili i powiesili.
– Niemniej powtórzę, wyrażam głęboką nadzieję, że nadal macie skuteczne siły specjalnego, że tak powiem, reagowania!
Alemán uśmiechnął się.
– Mogę pana zapewnić, że nasza ochrona wciąż jest niezwykle skuteczna – potwierdził z nieudawanym zadowoleniem w głosie.
Helms w milczeniu przytaknął głową i na moment się zamyślił.
– Wie pan, dopiero ostatnimi laty doceniliśmy waszą mentalność i umiejętności organizacyjne – przyznał po chwili. – Zatem gdybym potrzebował coś uzgodnić z waszą organizacją, to do pana?
– Choroba niebawem zabierze mnie z tego świata – odparł cicho Alemán. – Kto mnie zastąpi? Nie wiem, ale jakby co, procedura kontaktowa pozostaje bez zmian. Pomówmy o tym, co ważne na dziś. _First things first_, jak mawiacie. Musicie odciąć Żydów od waszych informacji.
– Sugeruje pan, że MOSAD zechce dobrać się do nas?
– MOSAD niekoniecznie, myślę o Żydach. Żydzi nigdy nie wybaczą wam, że pozwoliliście na ucieczkę Hitlera i tysięcy, dziesiątek tysięcy Niemców.
– Żydzi czy MOSAD, dla mnie to jedno i to samo – Helms kręcił z niedowierzaniem głową. – Golda Meir wie, że bez naszej pomocy wojskowej Izrael nie przetrwa roku!
– I tu się pan myli, dyrektorze. – Chilijczyk uśmiechnął się z przekąsem. – Mówi pan: Izrael? Ja mówię: Żydzi. Z Kongresu Żydów Amerykańskich albo ze Światowego Kongresu Żydów.
– Ależ oni są jednymi z najbardziej sprawdzonych amerykańskich patriotów. No i nie mają takich możliwości!
– I znów się pan myli. Po pierwsze Żyd najpierw jest Żydem, a dopiero potem można mu doklejać łatki typu Amerykanin, Niemiec czy Anglik. A możliwości mają wielkie, przeolbrzymie. Wasi Żydzi to niemalże wszystkie wasze największe banki i powiązane z nimi firmy finansowe, ubezpieczeniowe czy giełda albo fundusze inwestycyjne. Mogą wynająć każdego, kogo zechcą.
– Ale nie będą działać na szkodę Izraela.
– Ma pan rację. Nie będą. Oni po prostu wiedzą, że jeśli ich instytucje finansowe, choćby nieoficjalnie, zagrożą bojkotem zakupu amerykańskich obligacji rządowych i wstrzymaniem udzielania wam dalszych pożyczek na wojnę w Wietnamie, Nixon ugnie się pod każdym ich żądaniem. Ale muszą zdobyć twarde dowody, a te są w waszych rękach.
– Nie zdobędą! – tym razem Helms odpowiedział z absolutną pewnością. – Nie ma pan pojęcia, jak mi było żal, gdy wszystkie „listy ocalonych” w ramach operacji Overcast czy Paperclip wkładałem osobiście do pieca.
– Mieliście to wszystko w biurach CIA w Langley?
– Ależ absolutnie nie. W Fort Hunt. Zna pan miejsce?
Alemán przecząco pokręcił głową.
– Nie dziwię się. To dziura, prawdziwe zadupie w Wirginii. W Fort Hunt nie ma oficjalnego biura CIA. Za to pod jednym z domów jest piękna, wielka piwnica. Bardzo wielka. Bunkier, który przetrwa nawet wybuch atomowy. Tam było wszystko, co dotyczyło operacji Paperclip czy Overcast oraz zasad współdziałania. Uzgodnienia poczynione z Umarlakiem z Pragi w imieniu pana R i pana H.
– Gówno, gówno… – syknął Alemán. – I naprawdę nie zniszczyliście tego wszystkiego?
– Te materiały poszły do pieca. Ale dużo jeszcze zostało, dużo. Ściśle technicznych. Z niektórych waszych pomysłów ciągle nie potrafimy skorzystać – wyznał szczerze Helms. – Dobrzy byliście. Wyprzedziliście epokę o lata świetlne.
– Uważam, że powinniście to spalić! – odparł brygadier.
– Broń Boże! – żachnął się szef CIA. – Absolutnie tego nie zrobimy i to przez długie, długie lata.
– To głupota trzymać takie materiały!
Helms uśmiechnął się.
– Generale, tam zostały tylko dokumenty, które wywieźliśmy z podziemi Ohrdruf i Gusen. Wie pan, o czym mówię?
– Archiwa profesora Sängera i Hansa Kammlera…
– No właśnie… Sänger… Jego pomysł budowy stacji kosmicznej i projekt promu kosmicznego chyba doczekają się realizacji!
– Byłby dumny…
– Zapewne…
Uznali, że chyba powiedzieli sobie wszystko. Ruszyli w stronę sali konferencyjnej.22 LIPCA ’69. TEL AWIW, IZRAEL
Alemán trafnie przewidział reakcję Żydów. Już poprzedniego dnia w Żydowskim Centrum Dokumentacji w Wiedniu zapanowała niezwykła gorączka. Kilka osób, niezależnie od siebie, odebrało telefony od amerykańskich krewnych z informacją, że Sturmbannführer SS Wernher Freiherr von Braun żyje, ma się dobrze i pracuje dla NASA.
W południe Szymon Wiesenthal, jeden z najbardziej znanych łowców niemieckich zbrodniarzy wojennych, dostał na biurko pełne dossier Brauna. Kilka minut przed drugą zadzwoniła Golda Meir, premier państwa żydowskiego. Przeczytał jej skrót dossier Brauna i zaproponował, że zorganizuje uprowadzenie tego zbrodniarza i dostarczy go do Izraela. Ma kilku odpowiednich ludzi… Golda Meir nie podzielała jego optymizmu.
– Potrzebuję dzień czy dwa do namysłu – odpowiedziała.
***
Cewi Zamir, szef MOSAD-u, siedział w sekretariacie Goldy Meir. Był zdenerwowany i świadom, że ma dla swojej szefowej najgorsze z możliwych wiadomości. Czekał, aż pani premier zakończy rozmowę z Waszyngtonem. Prawie pół godziny. Wreszcie Golda sama wyszła do sekretariatu.
– Chodź! – powiedziała roztrzęsionym głosem; zresztą po jej bladej jak papier twarzy widać było, że jest z nerwów niemalże nieprzytomna.
Pokazała mu ręką krzesło.
– Najpierw ty. Mów!
– Rozmawiałem z Nahumem Goldmannem. Sam do mnie zadzwonił. Wiesenthal poinformował go, że namierzył Brauna i będzie chciał go porwać. Chce, jak powiedział, zmontować odpowiedni zespół, bo czuje, że MOSAD w tym wypadku niczego nie przedsięweźmie. Goldmann jest przerażony! Stwierdził, że jeśli do tego dojdzie, a my przyjmiemy Brauna jako prezent dla Izraela, w Stanach rozpęta się antyżydowskie piekło! O jakiejkolwiek pomocy Stanów dla Izraela będziemy mogli zapomnieć!
– O pomocy? – Golda Meir wciąż była przerażona. – Cewi, jest gorzej! Rozmawiałam z Henrym Kissingerem i Melvinem Lairdem. Jeśli nie zapobiegniemy porwaniu Brauna czy któregokolwiek z pomniejszych nazistów z jego ekipy, a oni znajdą się na terytorium Izraela, Stany… Nieważne, co mi powiedzieli. To było ultimatum!
Cewi Zamir siedział nieruchomo jak posąg. Teraz rozumiał, dlaczego Golda Meir była taka blada i roztrzęsiona.
– Nie mamy wyjścia, Goldo! – powiedział po chwili i sięgnął po telefon. – Proszę nas pilnie połączyć z Szymonem Wiesenthalem.
Chwilę później zadzwonił telefon. Zamir włączył głośnik.
– Szymon Wiesenthal – usłyszeli. – Witam cię, Goldo! – To dziwne, ale miał bardzo spokojny, niemalże radosny głos. – I co, podjęliście decyzję?
– Tak! – odpowiedziała Golda Meir. – Zamknij wszystkie dotyczące Brauna i jego ludzi dokumenty głęboko w sejfie i zapomnij o sprawie!
– Ależ Goldo!
– Nie ma żadnego ale! To kwestia być lub nie być państwa Izrael!
– Goldo, chyba przez jednego nazistę Izrael się nie zawali?
– Jeśli dotkniesz tego drania lub kogokolwiek innego z jego zespołu, Izrael przestanie istnieć, zapewniam cię!
– O co chodzi? Wytłumacz mi, proszę…
– Szymonie, znamy się wiele lat i wiesz, jak bardzo cenimy tu twoje działania. – Golda Meir specjalnie zaczęła od pochwał, gdyż wciąż potrzebowała czasu na uspokojenie się. – Szymonie, cóż ci będę mówić… Braun to obecnie obywatel amerykański. Eichmanna nie miał kto bronić. Rząd Argentyny ogłosił, że skoro ten pan przebywał u nich na podstawie fałszywych dokumentów, więc nielegalnie, to oni umywają od sprawy ręce. Ale Braun ma obywatelstwo USA. Ktokolwiek go porwie, będzie ścigany przez wszystkie służby Ameryki jako terrorysta!
– Goldo, nie przyjmiecie od nas takiego prezentu?
– Nie, Szymonie, nie przyjmiemy. Odleci pierwszym samolotem do Ameryki.
– Co się dzieje?
– Rozmawiałam z Waszyngtonem, a Cewi Zamir z Nahumem Goldmannem. Jeśli w jakikolwiek sposób przyczynimy się do porwania Brauna lub znajdzie się on na terytorium Izraela, Stany Zjednoczone ogłoszą nas państwem terrorystycznym.
– Nasza społeczność w Stanach nie pozwoli na to. Światowy Kongres Żydowski to potężna, bogata i wpływowa organizacja.
– Mylisz się, Szymonie – Zamir włączył się do rozmowy. – Goldmann zapowiedział, że jeśli tkniesz obywatela Stanów, jego organizacja wyznaczy nagrodę za głowy porywaczy. Twoją także. Goldmann powiedział, że będzie to polowanie z opcją żywy lub martwy, z naciskiem na to drugie!
Przez dłuższą chwilę w telefonie panowała cisza.
– Szymonie, jesteś? – spytała Meir.
– Jestem, jestem – westchnął. – Przekażcie za ocean, że tematu już nie ma!4 WRZEŚNIA ’69. ŁUBIANKA,
SIEDZIBA KGB, MOSKWA, ZSRR
Pułkownik Władimir Jefimowicz Jegorow zameldował się u ministra Andropowa. Dobrze trafił. Andropow miał wprawdzie dużo dokumentów do podpisania, ale sekretarki wiedziały, że papiery z kadr czy księgowości mogą poczekać. Jegorow, co towarzysz komisarz zawsze podkreślał, nigdy nie zawraca mu głowy bez powodu, zatem miały go anonsować natychmiast.
– Władimirze Jefimowiczu, cóż was do mnie sprowadza? – Andropow z uśmiechem spytał wchodzącego.
– Coś, co od roku nie daje mi spokoju – odparł Jegorow. – Czy pamiętacie, towarzyszu komisarzu, te angielskie rewelacje sprzed roku, że niby Hitler żyje w Ameryce Południowej i ma się dobrze?
– Władimirze Jefimowiczu, a dajcie wy mi spokój z takimi bredniami.
– To może być prawda, towarzyszu komisarzu. Marszałkowi Żukowowi uwierzylibyście?
– Pułkowniku, jak możecie pytać! Marszałek Żukow to mój sąsiad!
Jegorow wyjął z teczki starą gazetę.
„Prawda”. Oficjalna gazeta Centralnego Komitetu Partii. Andropow wiedział, że cokolwiek w „Prawdzie” wydrukowano, to tylko za zgodą Stalina i Berii.
– Czwartego czerwca czterdziestego piątego w Berlinie – referował zwięźle Jegorow – towarzysz marszałek Żukow powiedział, że Hitler zwiał, a w Berlinie jego ciała nie znaleziono. Zastanawia mnie, że ten wywiad, czy raczej jego fragmenty, opublikowano tydzień później…
Andropow przeleciał tekst wzrokiem.
– To nie wszystko, towarzyszu ministrze. Wasz drugi sąsiad, towarzysz generał Batow, przesłał raport w tej sprawie do samego Stalina. Miesiąc wcześniej. Czwartego maja.
– Nie wierzę!
Jegorow podał mu dwie spięte zszywaczem kartki.
Andropow wiedział, że Stalin nie lubił czytać przydługich tekstów. Miało być krótko i zwięźle.
– To z archiwum niemieckiego wywiadu. Oni nie potrafili rozszyfrować naszej melodii, ale ich nasłuch w Austrii wyłapywał i zapisywał wszystko, co było nadawane. Rzesza konała, ich wrogowie byli zaledwie kilkanaście kilometrów dalej, a ci chłopcy z Abwehry, jakby nigdy nic, prowadzili nasłuch, przechwytywali nasze depesze i zapisywali. A my, od roku, rozszyfrowujemy nasze depesze z ich archiwów. Dostałem to do dekretacji z pytaniem, pod jakim hasłem umieścić w archiwum…
Andropow przeczytał meldunek bardzo uważnie. Patrzył w skupieniu na Jegorowa i widział, że ten zostawił sobie coś ekstra do dodania.
– No dobrze, Władimirze Jefimowiczu, mówcie teraz, co was tak naprawdę gryzie!
– Czy pamięta towarzysz komisarz lądowanie Amerykanów na Księżycu?
Andropow huknął pięścią w stół.
– Nawet nie przypominajcie mi tego upokorzenia! Towarzysz sekretarz generalny wciąż pyta, kiedy będziemy mogli polecieć na Księżyc i założyć tam bazę! A my… na dziś…? Porażka! Ale co to, do diabła, ma wspólnego z tamtą sprawą?
– Po lądowaniu Amerykanie odsłonili karty i przedstawili naukowców z, jak oni to określili, Zespołu Specjalistów z NASA, którzy przygotowali ten lot – Jegorow ciągnął szybko, idąc za ciosem – z tym człowiekiem, Wernherem Freiherrem von Braunem na czele. Sturmbannführer SS. Do czterdziestego piątego kierował pracami nad rakietami balistycznymi V-2… Poszukiwany przez nas zbrodniarz wojenny.
Andropow, zaskoczony informacją, opadł na oparcie fotela i na moment zanurzył się w myślach.
– Czyli to nie ploteczki, że amerykański wywiad dogadał się z Niemcami i zgarnął nam takie smakowite kąski sprzed nosa… Cholera…
– I coś mi się wydaje, że to porozumienie nadal obowiązuje…
Andropow popatrzył na niego z zaskoczeniem. Jegorow uśmiechnął się i sięgnął do teczki. Podał szefowi plik kartek.
– Dwudziestego pierwszego lipca Szymon Wiesenthal z Żydowskiego Centrum Dokumentacji w Wiedniu rozmawiał telefonicznie z Goldą Meir. Następnego dnia Wiesenthal ponownie rozmawiał z Tel Awiwem. Chwilę później powiedział swoim współpracownikom, że żadnych kroków wobec Brauna czy innych członków jego zespołu nie będzie. Ponoć Ameryka przystawiła Goldzie Meir nóż do gardła… Mamy u Wiesenthala naszego człowieka. Od niego wiemy!
– Czyli wywiad amerykański wciąż czuje się zobowiązany do dbania o ludzi, których ściągnął do Ameryki…
– No właśnie, no właśnie. – Jegorow uśmiechnął się. – A jeśli chodzi o amerykański wywiad, to zdarzyło się coś ciekawego. Dzień po lądowaniu na Księżycu Helms, szef CIA, przebywał w Camp David i nieoficjalnie spotkał się z kimś, hmmm, bo ja wiem, specyficznym? Antonio Alemán. Emerytowany brygadier chilijskiej policji, profesor kryminalistyki na Akademii Policji w Santiago. Ten człowiek… emerytowany policjant bez politycznych wpływów… spec od walki ze zorganizowaną przestępczością i poszukiwania seryjnych morderców przed laty zajmował się także monitorowaniem i inwigilowaniem organizacji, które mogły być niebezpieczne dla władzy.
– Chcą nam przeszkodzić w przejęciu władzy w Chile? Przecież robimy to tak, by tamtejsi socjaliści zdobyli władzę legalnie!
– To prawdopodobnie też, ale przy okazji natrafiłem na coś niezwykłego. – Jegorow sięgnął do teczki i wydobył z niej trzy zdjęcia. Położył przed Andropowem pierwsze. – Antonio Alemán. Zdjęcie z Florydy, gdzie zwiedzał ośrodek rakietowy Cape Canaveral. – Wyjął drugie. – A to z konferencji naszego NKWD oraz niemieckiego Gestapo i RSHA, z grudnia trzydziestego dziewiątego. Niech pan popatrzy na tego człowieka. – Pokazał palcem na osobę gdzieś w środku trzeciego rzędu. – Mam powiększenie. – Położył przed Andropowem trzecie zdjęcie, obok pierwszego. – To Walther Kunze, nadinspektor policji kryminalnej w Sicherheitsdienst; wówczas skierowany przez Heydricha do Pragi w Czechach. I jego dossier.
Andropow wziął oba zdjęcia w ręce. Uniósł je tak, by były dokładnie przed jego oczami. Przez chwilę je porównywał, pokiwał kilka razy głową.
– Ale jest coś jeszcze, towarzyszu komisarzu. Alemán… Był u Niemców na konferencji szkoleniowej w Szkole Policji we Frankfurcie nad Odrą. Wiosną trzydziestego dziewiątego. Miał chyba trzy albo cztery wykłady o walce z partyzantami i dużymi grupami przestępczymi. Tym zajmował się w Chile. W czterdziestym drugim, na prośbę Franco, znalazł się w Hiszpanii. Tropił partyzantów w Pirenejach. Naszych towarzyszy z Komunistycznej Partii Hiszpanii i Basków. Drań był skuteczny.
Andropow rozłożył przed sobą zdjęcia.
– Jakby bliźniacy – powiedział bardzo cicho.
– No właśnie, towarzyszu komisarzu, jakby bliźniacy. Chyba że to jeden i ten sam człowiek. Kunze.
– Władimirze Jefimowiczu, czy aby nie przesadzacie? No są podobni, niemalże identyczni, ale to nie powód, by wysnuć takie podejrzenie! Kunze zginął w czterdziestym drugim, a ten Alemán… O, tu jest potwierdzenie, że do czterdziestego piątego wysługiwał się frankistom w Hiszpanii.
Jegorow sięgnął do teczki.
– Towarzyszu ministrze, w sprawie Alemána jest jeszcze jedna zagadka. W listopadzie czterdziestego drugiego zniknął. Ponoć nawet w Guardia Civil mieli dość jego ekscesów. Uwielbiał osobiście przesłuchiwać ludzi. A w zasadzie torturować, wręcz zamęczać na śmierć. Franco nakazał wydalenie Alemána, ale ten zniknął. W tym czasie w górach czasem znajdowano okrutnie okaleczone zwłoki. Jego dzieło, niewątpliwie. Potem sprawa ucichła. Latem czterdziestego trzeciego pojawił się w Bilbao, znowu po stronie frankistów. Tak jakby nic się nie stało… I wybił wszystkie oddziały partyzanckie w Pirenejach! Co ciekawe, od wtedy już tylko wyłapywał wrogów Franco. Nie brał osobistego udziału w przesłuchaniach. Dziwna taka zmiana…
– Przedziwna… Człowiek raczej nie zmienia swoich przyzwyczajeń. Bo torturowania ofiar, ale tak, by przeżyły, nikt by mu nie zabronił. Nie w Hiszpanii.
– No właśnie, towarzyszu komisarzu. Chyba że Alemán zginął, a jego miejsce zajął Kunze. Oficjalnie martwy… Być może to jest trop, którego potrzebowaliśmy. – Jegorow postanowił podzielić się z szefem swoimi przemyśleniami. – À propos Kunzego vel Alemána. Emerytowany brygadier chilijskiej policji… W sumie dość niska ranga. Od trzech lat już tylko profesor kryminalistyki. I to właśnie on osobiście spotyka się z Helmsem? Dlaczego dostał takie ekskluzywne zaproszenie? Gdyby chodziło o przygotowanie akcji przeciw naszym towarzyszom, to Helms chciałby rozmawiać, bo ja wiem, z generałem Juanem Contrerasem Sepúlvedą, o którym mówi się, że stoi za niemalże wszystkimi prawicowymi mordami i zamachami. Ale ten Alemán? Nijak nie pasuje do Helmsa. Mam wrażenie, że przez lata specjalnie pozostawał w cieniu, że niby on to nikt ważny, a w rzeczywistości… Jeśli to Kunze, to być może jest kimś znacznie, ale to znacznie ważniejszym!
Andropow przez chwilę milczał. Wreszcie uśmiechnął się.
– Dobra robota, naprawdę dobra. Możecie odejść, Władimirze Jefimowiczu. Ja… zacznę od Hitlera. Spróbuję się wywiedzieć, tak nieoficjalnie, o co w tym wszystkim chodzi. W końcu Żukow i Batow to moi sąsiedzi. Wypijemy, to i języki im się rozwiążą.
Kiedy Jegorow wyszedł, on podszedł do okna. Przypomniał sobie, jak wiele, wiele lat temu miał „Prawdę” z tamtego dnia w rękach. Miał wtedy wiele pytań do starszych wiekiem i wyższych funkcją towarzyszy, ale nikt mu nie chciał choćby słowa powiedzieć. A co wiedział Stalin?
***
Organizacja spotkania z Żukowem i Batowem nie nastręczała kłopotów. Mieszkali obok siebie. Kilkanaście kilometrów od Kremla, za to w miejscu, którego nie było na mapie. Nazwa kodowa: Zariecznoje. Domy bardzo ważnych funkcjonariuszy władz sowieckiego państwa, dzień i noc pilnowane przez KGB i SPECNAZ. Mieszkali za wysokimi ogrodzeniami z cegły, a ich dacze godne były amerykańskich milionerów.
Sekretarki posłusznie poinformowały ordynansów Żukowa i Batowa, że komisarz Andropow zaprasza na „dłuższą” kolację. Personel daczy gospodarza też dostał odpowiednie polecenia, zatem o szóstej, zgodnie z zaproszeniem, wszyscy trzej zasiedli do stołu.
– O czym to tak ważnym chcecie z nami rozmawiać, Juriju Władimirowiczu, że całą służbę z domu na trawnik wywaliliście? – spytał ze śmiechem Batow.
Andropow wychylił duszkiem szklankę wódki, odetchnął i położył przed nimi dokumenty. Przed Żukowem „Prawdę” z fragmentami jego wywiadu; przed Batowem – meldunek do Stalina.
– Psia mać, powiecie mi, co się stało z Hitlerem?
Żukow natychmiast spoważniał, Batow wręcz zesztywniał.
– Wysoko gracie! I niebezpiecznie! Dla was niebezpiecznie – odparł Batow. – Wykonywałem osobiste rozkazy Stalina. Bez zgody genseka słowa nie powiem!
– Paweł ma rację, Juriju Władimirowiczu – dodał Żukow. – Robiłem to, co kazał mi Stalin. Bez zgody Breżniewa też słowa wam nie powiem. Wiem tyle, że po kapitulacji Berlina mogłem mówić, że Hitler zwiał, a po Poczdamie Stalin dał rozkaz informować, że popełnił samobójstwo, że mamy trupa, protokoły sekcji zwłok i że ta śmierć nie ulega wątpliwości. Dlaczego? Nie wiem!
Andropow popatrzył na nich zdumiony, jak nigdy dotąd.
– Chcecie mi powiedzieć, że jest u genseka na Kremlu archiwum, o którym nic nie wiem?
– Ja tego nie powiedziałem! – odparł lodowatym tonem Batow. – I nie wiem, czy na Kremlu. Jeśli jest, to na pewno dostępne tylko dla genseka. Raz jeden Chruszczow mnie zawezwał i w tej sprawie odpytał. W Pałacu Zimowym w Leningradzie.
Zapadła cisza. Żukow z Batowem milczeli. Nawet nie patrzyli gospodarzowi w oczy. Andropow zrozumiał, że to koniec rozmowy. No cóż, pomyślał, teraz pozostaje tylko dobrze zjeść i wypić. A dużo tego było przygotowane.5 STYCZNIA ’70. ŁUBIANKA
Przed Andropowem leżały akta osobowe Kunzego. Przypadek sprawił, że przetrwały wojnę i zostały wywiezione z Berlina na Łubiankę. Miał też dossier tego Chilijczyka, Alemána. Podjął decyzję, że pora spróbować rozwiązać trapiącą go zagadkę.
Podniósł telefon i wcisnął jeden z zaprogramowanych przycisków.
– Jegorow – usłyszał w słuchawce.
– Andropow – odpowiedział. – Zejdźcie do mnie.
Chwilę później Jegorow zameldował się w jego gabinecie.
– Władimirze Jefimowiczu, chcę wrócić do tego Chilijczyka, który, jak podejrzewacie, jest Niemcem.
– Naturalnie.
– W takim razie trzeba zdobyć jego odciski palców i wyjaśnić, kim jest naprawdę.
– Niestety, nic nam to nie da, towarzyszu komisarzu. Nie mamy jego odcisków sprzed wojny. W papierach z konferencji w Zakopanem jest notatka w jego sprawie. Po każdym posiłku dokładnie wycierał sztućce i kieliszki. Zacierał ślady. I zwykle był w rękawiczkach…
– Dziwne…
– I tak, i nie. Był już wtedy pod skrzydłami Neuratha z Pragi. A ten od początku lat trzydziestych ostrzegał niemieckich dowódców przed naszymi planami wojennymi.
– A co w ogóle o tym myślicie? Znacie akta Kunzego…
– Dwie sprawy, towarzyszu komisarzu. Oficjalnie zmarł w czerwcu czterdziestego drugiego. Dziwny zbieg okoliczności, bo pojechał na pogrzeb Heydricha do Berlina i zginął w bombardowaniu. Trochę to za wcześnie na ucieczkę z tonącego okrętu, bo wtedy byli jeszcze górą. Ale… Jeśli to on stał za organizacją ucieczki Hitlera, Himmlera i jeszcze kilkunastu czy więcej ważnych szych do Ameryki Południowej, to raczej wykonywał czyjeś rozkazy. Za mały, by dostać zgodę Hitlera na coś takiego. Jeśli uśmiercono go na papierze, to też nie była jego inicjatywa.
– Doszedłem do podobnych wniosków. Kogo obstawialibyście na szefa takiej operacji?
– Heydricha!
– Zmarł w Pradze. Kilka dni przed Kunzem.
– A jeśli nie? Jeśli zmarł jego sobowtór? Heydrich stworzył ponoć całą galerię sobowtórów najważniejszych osób w Rzeszy. Swojego też mógł mieć…
Andropow przez chwilę myślał.
– Heydrich… Taaak, on byłby w stanie coś takiego wymyślić… Był pupilkiem i najbliższym współpracownikiem Himmlera i Hitlera. Mógł dostać ich zgodę.
– A ten Alemán… Niech towarzysz komisarz zwróci uwagę, że od lata czterdziestego trzeciego mieszkał w Punta Lucero koło Bilbao. Franco dał zgodę, by Argentyna i Chile miały tam taką niemalże eksterytorialną bazę. Ciekawa historia. Z jednej strony ziemie kościelne, z drugiej posiadłość jakiegoś bardzo bogatego przedsiębiorcy z Meksyku, a pomiędzy nimi… strefa zamknięta. Własny port, własne lotnisko… Cały ten potężny obszar był chroniony przez pułk o dużo mówiącej nazwie Soldados de la muerte, żołnierze śmierci. Jeśli zaś chodzi o Punta Lucero… Idealne miejsce, aby przerzucać ludzi do Argentyny. Ale nie pasuje mi, że już w połowie czterdziestego trzeciego. Jakby za wcześnie…
Andropow pokiwał głową.
– Chyba właśnie nazwaliście po imieniu to, co chodziło mi po głowie. Kunze to raczej był pionek, ale Heydrich… Dziękuję. Możecie odejść!
Spojrzał na zegarek. Nie było jeszcze jedenastej, w Berlinie będzie zaraz dziewiąta. Zdążę dziś, pomyślał. Ledwie za Jegorowem zamknęły się drzwi, wezwał sekretarkę. Weszła niemalże natychmiast.
– Pisz! – powiedział do kobiety rozkazującym tonem. – Pułkownik Woronow, Berlin. Pilne! Kod ZERO ZERO. Zidentyfikować groby Reinharda Heydricha i Walthera Kunzego na Invalidenfriedhof w Berlinie. Ekshumować ciała i przewieźć do Moskwy.
Kod ZERO ZERO oznaczał jedno: operacja ściśle tajna z natychmiastowym lub najszybszym możliwym terminem wykonania! Wiadomość zniszczyć po przeczytaniu.
Może minutę później sekretarka weszła z gotowym maszynopisem.
– W jednym egzemplarzu, towarzyszu komisarzu! – zameldowała.
Błyskawicznie parafował krótkie pismo.
– Jeszcze dziś kurierem dyplomatycznym do Berlina!