-
nowość
Palestyna po raz trzeci - ebook
Palestyna po raz trzeci - ebook
Klasyczny tekst w nowoczesnej formie ebooka. Pobierz go już dziś na swój podręczny czytnik i ciesz się lekturą!
Zbiór reportaży opisujących tworzenie podwalin pod państwo żydowskie, a równocześnie dostrzegających zalążki przyszłego konfliktu.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Felietony |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-7991-590-3 |
| Rozmiar pliku: | 297 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Pojechałem do Palestyny dlatego, że uderzyła mnie różnica tonu, w jakim o Nowej Palestynie mówi się w moim, polskim, społeczeństwie, a w jakim mówi się o niej coraz bardziej w społeczeństwie żydowskim. Pojechałem, jak dziennikarz jedzie do miejsca, w którym miało nastąpić jakieś religijne widzenie, zjawisko podobne do Teresy z Konnersreuth na przykład, gdzie jeszcze nie ustalono, czy chodzi tu o humbug, czy chodzi tu o cud.
Jeżeli reportaż ten dla społeczeństwa polskiego ma mieć jakąś wartość, to chyba tę, że zastanawia się nad konsekwencjami tego, raczej niedocenianego u nas, faktu, że ideały getta i ideały asymilacji schodzą u współczesnego żydostwa na plan coraz dalszy, robiąc miejsce ideałowi odbudowy Syjonu. Jeżeli może mieć jakieś znaczenie dla społeczeństwa żydowskiego, nieobcego dziełu palestyńskiemu, to zapewne jako zdanie człowieka zupełnie obcego, bezstronnego świadka, o tym, co w Palestynie tworzą Żydzi, co „człowiek z boku” tam zobaczy.
Istnienie trzech milionów Żydów w Polsce jest, zdaje się, faktem dostatecznie usprawiedliwiającym powstanie tego reportażu. Czy chcemy, czy nie chcemy, ani nam nie może być obce, do czego oni dążą, ani im, jak się do tych dążeń ustosunkowujemy. Lepiej niż gdziekolwiek indziej winien być nad Wisłą znany wielki wysiłek tego kraju, który oto za naszych dni wchodząc w historię świata, czyni to nie po raz pierwszy.Z CHALUCAMI NA JEDNEJ PRYCZY
„Dacia” jest niewielkim, starej konstrukcji parowcem, utrzymującym komunikację na szlaku Konstanca — Hajfa. Jest to na ogół mniej uczęszczana droga do Palestyny: doskonałe parowce włoskie linii Triest — Jafa odciągnęły na ten szlak większość podróżnych. Rumuńska „Dacia” zachowała dla siebie dwie kategorie ludzi: turystów, których pociąga malownicza droga przez Konstantynopol, Ateny, morza greckie, i najbiedniejszych z biednych emigrantów żydowskich. To się widzi już pierwszego wieczoru: na „Dacii” są cztery różne klasy, klasy pomieszczenia, wyżywienia i — płacy. Cztery. Ale naprawdę są tylko dwie: klasa turystów i klasa chaluców.
W najniższej części statku, cztery metry niżej poziomu zanurzenia okrętu, długa drewniana nora nazywa się czwartą klasą. Wzdłuż ścian niskie drewniane prycze. Dwa piętra prycz. W lepszych pryczach pierwszego piętra można nawet siedzieć, nie uderzając głową o deski. Na pryczach jest oficjalnie miejsc na pięćdziesiąt kilka osób. Ale do czwartej klasy przyjmuje się bez ograniczeń miejsca: można stu, można dwustu. Takie jest prawo kapitana. Obecnie jedzie osób osiemdziesiąt siedem. Cyfra ta będzie się zmieniać w każdym porcie, raz się zwiększy, raz zmniejszy. Ale zawsze pozostanie wielu, wielu takich, którzy przez ten tydzień nie zdobędą innego miejsca jak na własnych walizkach, rozkładanych w środku czwartej klasy. Kilku ucieknie o pół piętra wyżej: w nocy tam mniejszy zaduch, ale za to bije skwar od maszyn. Może to jednak lepiej.
Wielki salon okrętu, jeszcze nim „Dacia” podniosła kotwicę, był rzęsiście oświetlony. Teraz przeszedł tam z jadalnej sali na dole cały high life górnych klas. Toalety. Brydż. Muzyka. Przez okrągłe okno od pokładu widać, jak powoli, powoli topnieją śmietankowe lody w srebrnych czarkach i konwenansowe „lody”. Te ostatnie dużo wolniej. Towarzystwo jest widać bardzo niezgrane i całe we wszystkiej swej własnej dystynkcji, jak król Karol II (ten z wielkiego portretu, w stroju admiralskim, na głównej ścianie salonu) w orderach. Panowie chodzą, stoją. Obnoszą się. Wielkie fotele klubowe i małe pluszowe krzesełka stoją niepotrzebnie. O trzy piętra niżej nie ma jednej niezajętej walizki. Wszyscy tam odśpiewali przed chwilą, wyjeżdżając z portu, hymn chaluców, czym nastraszył się nawet młody pomocnik kapitana: mogą to być rzeczy komunistyczne i przyczepi się policja. Teraz wszyscy śmieją się, rozmawiają, krzyczą jeden przez drugiego. Wszyscy są młodzi.
Jestem jedyny nie-Żyd na tych osiemdziesięciu siedmiu. Poza paroma zaledwie wyjątkami są to wszystko młodzi Żydzi rumuńscy. Jadą do Palestyny. Stąd taka radość. Jadą na stałe. To znaczy oficjalnie na stałe, z urzędowymi „certyfikatami” emigracyjnymi, jedzie niespełna dwie trzecie, jako autentyczni, wychowani w kadrach organizacji młodzieńczych żydowskich, wykształceni na osadników i pracowników, chaluce. Chaluc, hebrajskie słowo, oznacza pioniera. To są właśnie młodzi pionierzy dzieła, tak długo i tak ciężko prowadzonego dzieła, o którym jeszcze się u nas nieraz mówi jak o utopii i chimerze, a które przecież wydało już rezultaty o skali większej niż ta, jaką zamyślali jego pierwsi twórcy. Mało który jest starszy nad dwadzieścia jeden lat. Wszystko tu niemal 18–20. Dziewczyny to samo. Jest nieco mniej dziewczyn niż chłopców. Są cichsze, może się mniej cieszą.
Jedyną formą organizacyjną, jakiej nie złamały, przeciwnie, raczej wytworzyły tu właśnie warunki czwartej klasy, jest podział na prycze. Wspólność legowiska oblige. Prycze — to jakby dzielnice, okręgi dzielnicowe. Tych trzy, cztery osoby to jedna hewra, od razu zżyta, jeśli jeszcze mówiąca przypadkiem po rosyjsku (a wielu tu jest z Besarabii), od razu, z samego faktu ulokowania swych rzeczy tu, a nie na przykład pod tamtą ścianą, mówiąca do siebie per ty. Bynajmniej nie są to starzy znajomi. Hewra, gdyś wyszedł na pokład, pilnuje, czy kto czasem nie „pożyczy” nieschowanego do walizki lusterka. Hewra nie pozwoli, by koleżanka z sąsiedniej pryczy odsunęła twoje walizki. Na odwrót, hewra będzie patrzeć krzywo, jeśli swymi pomarańczami z Konstancy lub choćby herbatą z termosu częstować będziesz mieszkańców innej pryczy przed własnym sąsiadem: różne, rozmaicie, w różnych razach rozmaite, niestałe i nie w tych samych występujące przejawach, są obyczaje pryczowej wspólnoty.
Potem przychodzi noc, burzliwa, ciężka noc na Czarnym Morzu. A potem idzie długich siedem dni i nocy, cały tydzień spędzony na tym samym pokładzie i na tych samych razem pryczach. Tylko w koszarach, więzieniu i emigracyjnych barakach oddycha się tak w nocy powietrzem, które już przeszło przez sto innych płuc, i żyje, mając swe własne życie wplątane wszystkim, co się robi, w to, co robią ci inni. Im silniej się to wplątało, im ciaśniej jest w czwartej klasie „Dacii”, tym bliżej, bardziej zażyle, bardziej po bratersku można się zżyć z młodym, spotkanym przypadkowo Żydem wyrobnikiem z Kiszyniowa czy Botoszan. Czarne hebrajskie literki na ich „certyfikatach” — otwierających prawo do osiedlenia w Palestynie — pozostaną na długo, może na zawsze, hieroglificznym sezamem dla Aryjczyka. Ale otworzy się przed nim nieznany dotąd, oddzielony siedmioma górami i rzekami świat wewnętrznego „ja” tych ludzi. Siedem dni razem na samym dnie emigracyjnego okrętu robi wiele. Wielką zaiste siłę spajania ludzi posiada wspólne życie u dołu.
***
Mojżesz Schamroth jest jednym z tych, z którymi zżyłem się najszybciej. Ma lat dwadzieścia, wygląda na mniej, gdyż jest fizycznie wątły. Mieszka od dziesięciu lat w Bukareszcie, pracował w ekspedycji żydowskiego dziennika. Jest inteligentny, lekturą przerósł o dużo swe wykształcenie regularne, które zakończyło się bodaj na trzeciej klasie gimnazjalnej. Zresztą w całej czwartej klasie „Dacii” jest zaledwie czterech chaluców, którzy byli na uniwersytecie, żaden zaś go nie ukończył. Mojżesz Schamroth lubi informować. Robi to bardzo starannie i pedantycznie.
— Co was, młodych, skłania, żeby wynieść się do Palestyny?
— Widzisz — mówi Mojżesz — są cztery motywy, raz silniej, raz słabiej występujące. Przede wszystkim tradycje narodowe: to nasza ojczyzna. Jest to moment, który występuje u każdego, ale prawie nigdy nie jest głównym motywem; wyjątek stanowiliby syjoniści-rewizjoniści, reakcjonerzy. Ale tutaj nie ma ich…
— A dalej?
— Po drugie — klasyfikuje chaluc — to skutki kryzysu. Zdobycie jakiegokolwiek sposobu utrzymania dla młodego Żyda bez pieniędzy staje się coraz mniej możliwe, trudne, beznadziejne. Ci ludzie w obcym społeczeństwie nie mogą już żyć, choćby dlatego tylko, że nie zarobią i pięciu lei dziennie. Palestyna daje możność pracy, która w najgorszym razie zapewnia utrzymanie. Jest to moment nieideowy. Jeżeli jest jedynym momentem, który skłania kogoś do pojechania do kraju — no to tego już się utrąci. Wreszcie — obecnie bardzo silnie, może najsilniej — działa jeszcze jeden moment; nie wiem, czy ci mówili, ale my wszyscy wstępujemy do rolniczych kolektywów, komun. Palestyńskie komuny i Rosja to jedyne punkty, gdzie świat naprawdę szuka jakichś nowych form życia, gdzie już się wyzwolił spod przewagi klas nieprodukujących. Jest to naszą ambicją wziąć udział w tym wyzwoleniu, w tym olbrzymim dziele. Nasza Palestyna pokaże drogę światu.
Schamroth wynurza się już sam lub odpowiada na wtrącane przeze mnie zapytania krótko, zdecydowanie. Mówię mu, że syjonizm nie jest ruchem czerwonym.
— Tak — przytwierdza — ale my jesteśmy czerwoni… — Narodowi komuniści zatem? — Śmieje się. — Tak, można i tak powiedzieć. Ja — mówi — byłem komunistą. Gdy mnie przekonano, że komunizm da się pogodzić z ideą narodową, stałem się syjonistą.
Ale Mojżesz Schamroth stał się nim jeszcze z innej racji: oto nie wierzy w bliskość komunizmu. — Komunizm przyszedł na świat za wcześnie: był to przedwczesny, wojną spowodowany poród. Dlatego był taki krwawy; dlatego chroma. — (Mojżesz Schamroth jest zbyt trzeźwy na to, by się dać zmylić prospektami piatiletki i zbyt pedantycznie uczciwy, żeby kłamać; niepowodzeń komunizmu nie ukrywa, woli je raczej wytłumaczyć). Ludzkość — zdaniem jego — odwracają od ustroju komunistycznego dwie rzeczy: właśnie ogrom ofiar ludzkich, jakie kosztowało jego wprowadzenie, i przymusowy od A do Z charakter. I oto w Palestynie już wyrosły podwaliny ustroju komunistycznego bez przelewu krwi i bez przymusu, a więc te, których ludzkość nie odrzuci, które wybawią ją z kryzysu. Wielka misja dziejowa Izraela.
Poza ZSRR i koloniami palestyńskimi jest przecie jeszcze jeden kolektyw na świecie: mieści się on właśnie wśród tych młodych chaluców z okrętu. Poglądy Mojżesza Schamrotha, którego wpływ nie ogranicza się do towarzyszy z jednej pryczy, są w mniej jaskrawy sposób poglądami ogółu. Ale Mojżesz Schamroth, sierota i samouk, nie doliczył się jeszcze jednego momentu, który, choć raczej uczuciowy, jest dla wychodźstwa chaluców bodźcem bardzo silnym: pociąg do swobody.
***
Odkryła mi go, że istnieje tak silnie właśnie wśród tych wpółskomunizowanych młodzieńców, Klara Zalatkowska. W przeciwieństwie do cherlawego, wątłego wyrostka, jakim jest Schamroth, jest to silna, rosła dziewczyna. Jest prawie piękna i nie wygląda na Żydówkę. Jest córką „czystej, proletariackiej rodziny” — jak mi to aż dwukrotnie obwieszczał Mojżesz Schamroth, który sam, niestety (jak mówi), nie ma za sobą tak czystego proletariackiego pochodzenia. Jej wykształcenie, poza bardzo słabymi podstawami, polega bodaj tylko na obsłuchaniu się w dyskusjach, które prowadzili inni. Wśród dziewczyn z „Dacii” jest to niemniej najinteligentniejsza.
— Wszyscy prawie mieli w kraju (kraj znaczy tu Rumunię) bardzo smutne życie. Już nie ciężkie warunki, ale smutne życie. Jest nie do uwierzenia, jak silne są codzienne kłótnie młodych i starych w tej samej rodzinie. Nasi starzy zmienili się bardzo mało: pozostali tacy, jak temu dwadzieścia, trzydzieści lat. Jak ja patrzę na rumuńskie dziewczyny, to mam wrażenie, że one są mniej nowoczesne niż nasze. A przecież ich rodzice dotrzymali kroku czasowi lepiej. Dobre stosunki ze starymi układają się dopiero wtedy, gdy my, młodzi, wychodzimy z domu. Im dalej odchodzimy, tym lepiej.
Ten rozdział pokoleń to może być istotnie problem bardzo głęboki w ubogim społeczeństwie żydowskim.
— I — mówi dalej Klara — młodzi dziś czują się zupełnie inni i od rodziców, i od wszystkich innych rzeczy…
— Całego świata? — próbuję wykrzesać jej, nieznajdującą stosownych słów, myśl.
— Tak — chwyta to słowo Klara — całego świata. Widzicie, jakoś tak się zrobiło, że tak jest. Gazety rumuńskie piszą, że młodzi Żydzi są wszyscy komuniści. No, ja widziałam różnych i mnie się zdaje to inaczej: nie, oni nie są komuniści, nawet jak się tym zajmują. Oni tylko idą przeciw temu, co jest, i próbują, a nuż w komunizmie znajdą to, co im odpowiada? W syjonizmie też szukają. I raz przechodzą tu, a raz tam.
Rozmowa ta toczyła się wieczorem czwartego dnia podróży. Z górnego pokładu przy szalupach patrzyliśmy na zapalającą się i gasnącą co pół minuty latarnię morską Pireusu.
— A dlaczego przechodzą potem do syjonizmu?
— Widzicie, w tym wszystkim to właśnie jest może najłatwiejsza jeszcze rzecz do wyjaśnienia: oni nie chcą czekać… Oni chcą dla siebie stworzyć takie życie, jakie chcą — dla siebie. Więc biorą najbliższą okazję. Kolektywy rolne w Palestynie — no, to tak, jakbyśmy już przeskoczyli całą rewolucję w nowym ustroju. To prędzej. To nawet — zaraz.
Dwa dni potem Klara wróciła sama do owej rozmowy i dodała jeszcze uwagi, które przyszły jej potem do głowy. Są one takie:
— Nie tylko możność natychmiastowego, dla siebie, realizowania swych pragnień życiowo-społecznych skłania ku Palestynie. W grę wchodzi tu inny jeszcze czynnik: młodzi, najbardziej przekonani do komunizmu, mimo wszystko nie wiedzą, czy przecież raz znalazłszy się w nim, nie doznają zupełnego rozczarowania. A trudno już będzie „znowu świat przewracać”. To jedno. Potem — tamto „w Rosji” wszystko już jakoś okrzepło, jest, jakie jest.
— Coś jak ikony — żartuję. Ale Klara nie chwyta porównania. Przywodzę jej na myśl sztywne, znieruchomiałe w swym geście, postacie bizantyńsko-cerkiewnych malowideł.
— Tak jak ikony — podchwytuje. — Trogat' wospreszczajetsia. A w Palestynie wszystko właściwie się zaczyna i wedle swoich wzorów. Próbują tak, próbują inaczej. Tam próbować będziemy sami. Nie podoba się wszystkim, zmieni się. Nie podoba się mnie — pójdę sobie.
— A wy sami — jakże zrobicie?
Klara, jak wiele dziewczyn, nie wie. No, z początku oczywiście do kolektywu. Inaczej nie ma opieki, ani miejsca może nawet. Później — kak łuczsze. Jak lepiej.
***
Ta śmiejąca się, a poważna dziewczyna jest jedną z nielicznych dziewcząt, które jadą do Palestyny same. Większość ma stałych, czasem od lat kilku, przyjaciół, narzeczonych, mężów. W pewien sposób wszyscy oni uciekli z domu. To tylko na pierwszy rzut oka dno nędzy. Obok mnie spał na pryczy syn zamożnego kupca zbożowego spod Buzoa; tylko że o tym dowiedziałem się od jego współpowietników. Sam raz jeden napomknął coś na ten temat. Z niechęcią wskazywał mi nań Mojżesz Schamroth. Mojżesz Schamroth nie lubi nie tylko jego, nie lubi także kilku młodych dziewczyn, delikatnych, ubranych z pewną — och, jakże skromną — pretensją do szyku. — Te nie będą pracować — powiedział raz. — Nie są słabsze od ciebie — odrzekłem. Nie zrozumiałem wtedy, ile w tym zupełnie odruchowym powiedzeniu było okrucieństwa. Mój towarzysz odszedł i tego dnia stronił ode mnie. Wrócił oczywiście do naszych długich rozmów, zapewniłem go, że praca ogromnie wyrabia, że w południowym klimacie szybko się mężnieje, że wcale nie jest słaby. Ale pozostał cień tamtej rozmowy. Uderzyłem tego cherlaka w najsłabszą jego stronę.
Właśnie w tym czasie mniej więcej zdarzył się taki wypadek. Któregoś rana, bardzo wcześnie, zastałem na pokładzie przy sterze paru starych Żydów i trzech młodych, z trzeciej klasy. Nałożyli rytualne szaty i czytali Pismo. Przyglądałem się temu widokowi i miałem wielką ochotę sfotografować tę grupę chasydzkich pielgrzymów do Jerozolimy na Morzu Jońskim, bałem się tylko, że się obrażą. W tej chwili od przodu okrętu nadszedł mój przyjaciel. Zobaczył to — i uśmiechnął się do mnie. Była taka długa chwila. Na statku i morzu trwała cisza. Żydzi dalej kiwali się w swych pacierzach, ja patrzyłem dalej na uśmiechającego się ironicznie dalej młodego Żyda. Tego dnia zacząłem mówić z chalucami o religii. Nie istniała dla nich. W różny zresztą sposób. Mojżesz Schamroth okazał się raz jeszcze materialistą dziejowym, pełnym, konsekwentnym komunistą, załamanym jedynie na odcinku narodowym. Religii nie lubił, z obrządku szydził. Dla innych rzecz się miała inaczej. Jest Bóg czy go nie ma, to są kwestie dalekie bardzo i wątpliwe. Co jest zaś niewątpliwe, lub mniej wątpliwe, to to, że nasze praktyki religijne (i praktyki religijne innych wyznań zapewne — dodawali nie mniej pewnie) nie mają sensu. Mogły być dobre kiedyś, gdy forma religijna była konieczna do obwarowania pewnych higienicznych, społecznych, narodowych wymogów. Dziś jej nie trzeba. A zresztą! To, co jest, to, co dziś, naprawdę, namacalne jest — to Palestyna.ODPRYSKI DROGI
„Powita was słońce, ziemia i wino greckie” — tak pisze jakiś turystyczny prospekt. Przyszedł mi on na myśl właśnie w chwili, gdy zbierałem całą moją wiedzę starogrecką (gimnazjum klasyczne starego typu), by na niesłychanie długiej liście potraw wybrać „prawdziwie greckie”. Właśnie byłem się uratował szczęśliwie przed zamówieniem felenes oites, która — jak się okazało — była po prostu wiedeńskim sznyclem. Istotnie, szczególny pech: przybyć do Hellady, by odnaleźć Galicję. Kołatało mi po głowie, że w jednym z końcowych ustępów Apologii Sokratesa (czy też może Krytona, ani rusz nie mogłem sobie przypomnieć) mądry Plato wyliczył cały szereg potraw attyckich. Plato nie był plebejem i był filozofem, znał się więc zapewne na kuchni. Niestety, nic nie zapamiętałem z Apologii prócz wywodu o „dajmonach”, siedzących w człowieku i radzących mu — jak twierdził przed sądem Sokrates — czego nie ma robić, lecz nie radzących mu (niestety), co ma. Sznycel wiedeński zniechęcił mnie ostatecznie do rad kelnera, postanowiłem wybierać na chybił trafił. W rezultacie zamiast zupy dostałem przedziwną sałatę z grzybów i oliwek, której smak przyszło gwałtownie ratować „attycką czystą”. Wszystko to dotąd było raczej niesolidne. Szukałem więc i szukałem długo, wreszcie odczytałem: ba-bu-nia.
Stało to napisane uroczyście pięknymi greckimi literami, ale brzmiało raczej po polsku. Uch, pomyślałem, też sens tak nazywać potrawę. Już z samego punktu widzenia reklamy to nie pociąga. Mniejsza o kanibalizm, oczywiście; ale taka perspektywa spożycia kogoś, co dla kogoś innego jest babunią — nie! Jeszcze żeby wino, rozumiem, dyskretna aluzja do sędziwego wieku. Ale mięso! Na chwilę zatrwożyłem się. A nuż to taki… befsztyk z „babuni”? Ale kelner uspokoił mnie, pokazując gestami, że „babunia” owa pływa. No, jak ryba, to jeszcze.
Najpierw stało się tak, jak — czytałem — dzieje się w restauracjach paryskich: w blaszanej niklowej rynience przyniesiono mi nie jedną, ale całą kompanię babuń, pluskających się tak żywo jak rodzone wnuczki. Ich łuska miała przyjemny srebrnoczerwony odcień. Z miną znawcy wybrałem pierwszą lepszą i ta zaraz poszła się skwarzyć. Trwało to bardzo niedługo. Potem na srebrnym półmiseczku podano tęż samą „babunię”, nadzianą jakimś tajemniczym farszem i polaną czerwono-żółtym sosem. Wiedziałem o nim tyle tylko, że wchodziło w niego i słodkie wino z Eubei czy Salaminy. Zaczem wspomniałem bitwę morską z Persami pod Salaminą i spożyłem „babunię”. Z wielkim smakiem i brakiem skrupułów.
***
Popołudnie nauczyło mnie tej wielkiej, w bedekery na razie niewpisanej jeszcze prawdy, że człowiek błądzi nie tylko w ateńskim jadłospisie, ale w ateńskich ulicach. Właśnie miało to miejsce, gdym spod parlamentu (równie pompatyczny, jak banalny) szukał „najkrótszej drogi” na widny jak na dłoni Akropol. Jak zacząłem tej „najkrótszej” szukać, to oczywiście owa „dłoń” wydłużyła się do „łokcia” i właśnie dochodziła do węzłowego muskułu ramienia, gdy ostatecznie przez hodos Lykurgi (która to hodos — droga — była jedynie godnym Suburry zaułkiem) dostałem się na szerszy nieco plac. Krzyki, pochód, policja. Pochód może trzydziestu ludzi, ale pochód. Policja rozgania — to znaczy macha pałką w powietrzu, po czym pochód rozlatuje się na lewo i prawo. Policja gna zziajana tu i tam — bo oczywiście „masy” będą demonstrować na nowym placyku. I znowu trzeba będzie pomachać w powietrzu pałką. Wszystko się tu pogodnie odbywa w Atenach.
Dobrotliwa policja nie zdziera komunistycznych plakatów, więc na najbliższym kiosku mogę odczytać wielką proklamację do ergotetes kaj agrotetes (robotników i chłopów), by wzięli udział w „panateńskim jubileuszu Marksa”. Pięknie to brzmi owo słowo „panateński”, nie ma co mówić, prawdziwie po helleńsku. Ale tymczasem wybiega przed nami asfaltowana droga i młody, u zbocza uczepiony gaj — i Akropol.
Posmak mitologii miało już dla mnie samo wejście; zastałem tu bowiem stojących u bramy i nieprzekraczających jej paru towarzyszy podróży. Do wnętrza nie mogli wejść z tych samych racji, co owe dusze, którym nie włożono w usta obola na opłacenie Charona. Charonowie dzisiejszego Akropolu cenią go więcej niż błonia z tamtej strony Styksu; płacić tu trzeba pełnych 50 drachm. Nie czytało się Homera w oryginale i nie ma się w walizce podróżnej filipik Demostenesa na próżno: wszedłem. I wtedy, w tym, co zostało, uderzyła mnie różnica, jaka istnieje między dwoma umarłymi miastami: Konstantynopol — Ateny. Tak podobne, tak zupełnie różne.
Konstantynopol jest miastem w żałobie. Od ulicznego czyściciela butów, rozkładającego swe mosiężne, różnokształtne ampułki u odrzwi najbardziej uczęszczanej przez turystów moszei, aż do starego, z dostojnością prawdziwie pańską kroczącego muftiego, wszystko to nosi żałobę po dawnych stołecznych czasach. W żałobie jest Aja Sofia, w żałobie moszea Achmeda, w żałobie moszea Bajazyta.
Otóż Ateny nie są w żałobie.
Ateny także mają swego umarłego. Po latach wyekshumowały go z pietyzmem i z pietyzmem szukają w grobie za najmniejszą, najdrobniejszą dochowaną jego cząstką. Ale Wielki Zmarły Aten — zmarł dawno. Czas noszenia żałoby upłynął. I nie ma cienia żałoby, nie ma cienia żalu po jego ekshumacji.
Akropol, prócz trzech ruin świątyń, jest dziś polem zasianym kamieniami. Leżą obok siebie, jak szczątki czegoś, czego w jedną dawną całość nie zdoła zespolić żadna dziś moc. Patrząc sprzed ciężkich kolumn świątyni Tezeusza, wygląda to na cmentarz. I jest cmentarzem.
W zachodzącym słońcu doryckie kolumny Akropolu świecą nie tylko bielą swych marmurów; świecą także żółtymi plamami zwietrzeń na szarudze i powietrzu. Mają wtedy koloryt wysuszonej do cna, wieki całe w ziemi przetrwałej czaszki ludzkiej. — Szare, ziemiste mury starego Konstantynopola mają chwilami ponurą barwę trupa, którego jeszcze nie zdjęto z katafalku.KRAJ, KTÓRY NIE ZNA KRYZYSU
Budżety wszystkich państw mają dziś za ideał zamykanie roku bez niedoboru: budżet Palestyny od lat kilku daje stale nadwyżkę dochodów.
Pozycja zbrojeń jest wszędzie ogromna: Palestyna opłaca jedynie tych parę stojących tu pułków.
Wszystkie państwa zamknęły się granicami celnymi: Palestyna, za nielicznymi wyjątkami, zna tylko cła fiskalne.
Wszędzie kapitał uwiązł lub go brak: w Palestynie jest go wiele i jest płynny.
Wszędzie indziej istnieją szeroko rozbudowane systemy podatkowe: Palestyna zna tylko najprostszy podatek majątkowy i politykę ochrony, a nie dewastacji podatnika.
Toteż, gdy wszędzie jest bezrobocie, w Palestynie brak rąk do pracy.
Taka była krótko odpowiedź na pytanie, skąd pochodzi obecny dobrobyt Palestyny. Dawał mi ją Bernard Hausner, konsul Rzeczypospolitej w Tel Awiwie. Staliśmy na balkonie gmachu, w którym mieści się konsulat: Tel Awiw leżał przed nami białą plamą domów i ulic, objętą roztoczą zatoki jafskiej i zielenią pomarańczowych gajów. Ale to, na cośmy patrzyli w tej chwili, to nie było morze ani kraj, lecz miasto. Patrzyliśmy, jak rośnie.
Na prawo i lewo od nas, tuż przed nami, nieco dalej i zupełnie daleko — budowano. Montefiori street — to nie są jakieś przedmieścia. Wszędzie, tu i wszędzie, gdzieśmy mogli sięgnąć okiem, nie uderzało nic innego jak to, że budują. Płowy piasek i białe kupy cementu, betonowe pale przyszłych domów, szalowanie i fundamenty wszędzie. Robiło to takie właśnie wrażenie, jakby to łachy nadmorskie pęczniały w górę i wyrzucały z siebie coś, co w innych miejscach zakrzepło już świeżymi ścianami domów.
Pierwsza rzecz, która uderzyła mnie w Palestynie, to był ogromny dobrobyt kraju. Po szarej, zbiedzonej Turcji, po kryjącej swą nędzę Grecji, od tego kraju aż bije pomyślność. _Tu nie ma kryzysu_. W Hajfie, wielkim porcie przyszłości, murarz zarabia 10–15 złotych dziennie. Murarze są tu przeważnie niekwalifikowani: wśród chaluców nie ma prawie ludzi, którzy choćby przez czas krótki nie pracowali jako murarze. Murarzami — to prawie że symbolicznie wygląda — były krócej lub dłużej, a może będą, dwie trzecie emigrantów ostatnich ośmiu lat. Koszt utrzymania waha się koło 5–6 złotych dziennie. Nie udało mi się nawet w przybliżeniu ustalić liczby zatrudnionych przy budowie w Tel Awiwie, Jerozolimie i Hajfie, trzech miastach, gdzie się najwięcej buduje, szacuje się ją jednak na 12–18 tysięcy. W przeważnej swej większości ludzie ci przejdą potem na rolę, a dziś, korzystając z koniunktury budowlanej, oszczędzają z myślą o tym. Przy istniejącym stosunku kosztów życia do zarobku ich możliwości kapitalizacyjne są raczej znaczne. Powiększa je jeden jeszcze moment: oto w świadomości tych przypadkowych murarzy, jak zresztą w świadomości ogółu robotników palestyńskich, tkwi odstraszający przykład robotnika amerykańskiego, który w latach koniunktury gospodarczej rozszerzył swą konsumpcję do granic zarobkowania i znalazł się zupełnie bezradny z chwilą kryzysu i bezrobocia. — U nas kadry murarskie zmieniają się szybko — mówił mi pewien młody architekt. Dorobiwszy się, odchodzą na rolę.
Nie ma bezrobocia, przeciwnie: brak rąk do pracy. Brak rąk, mimo że Palestyna, która przed wojną (odjąwszy oczywiście imigrację syjonistyczną) zaczynała niemal okazywać tendencje ku rozpoczęciu ruchu emigracyjnego, jest dziś typowym krajem imigracyjnym. W sezonie prac rolnych musiano na gwałt posłać uczniów wyższych klas na roboty rolne: do tego stopnia dochodził ów kryzys à rebours. Brak rąk mimo mas proletariatu arabskiego, który może posiada niechęć do pracy Hiszpana, ale jest też i tani jak chiński kulis. Brak rąk do pracy, mimo że olbrzymie przestrzenie sadów pomarańczowych, tzw. pardes, wymagają starannej, dokładnej, niemechanicznej uprawy. Brak rąk, mimo że obok regulowanej kontyngentowo imigracji robotniczej istnieje jeszcze, nader liczna, imigracja przybywających tu jako „turyści” i zostających na stałe w kraju. Brak rąk, chociaż w ciągu tych czternastu lat podwoiła się ludność Hajfy, a pierwotna żydowska dzielnica arabskiej Jafy wyrosła na sześćdziesięciotysięczne prawie miasto, chociaż Jerozolima rozrosła się o dwie wielkie dzielnice, kolonie rolne zamieniły się w miasteczka, szereg ogromnych robót publicznych, przede wszystkim w dziedzinie komunikacji, został już niemal wykończony.
Pełno kapitału. Jest to pierwsza refleksja, jaka przychodzi na widok tego bogactwa. Istotnie, pełno kapitału. Ale sięgnąwszy do cyfr, okazuje się, że zainteresowanie obcego, wielkiego kapitału tym małym kraikiem to rzecz, która dopiero się zaczyna. Jak dotąd, wielki międzynarodowy kapitał, przede wszystkim angielski, potem amerykański, skoncentrował się w budowie portu w Hajfie, wielkiej elektrowni Rutenberga, salinach potasowych Morza Martwego. Występuje tu zresztą obok kapitału żydowskiego. Natomiast dwa młode centra przemysłowe — Tel Awiw i Hajfa — nasiąkły nim w niezmiernie małym stopniu. W rolnictwie nie ma go zupełnie. Otóż Palestyna to rolnictwo, Palestyna — to plantacje pomarańcz, które już dziś biją na rynkach świata wszystkie inne. To wszystko to kapitał żydowski. Kapitał potężnych instytucji narodowych, zbierających po całym świecie składki na odbudowę home'u duchowego dla żydostwa, kapitał prywatny zamożniejszych warstw emigrantów. Kapitalistów na wielką skalę jest wśród nich niezmiernie mało.
Ma się z początku wrażenie, że to wszystko chyba sztuczne: wszędzie naokół nędza. Francja dusi się od złota, a przecież francuska Syria, tuż pod bokiem, przeżywa niesłychanie ostry kryzys, przeżywa go z Europą. Grecja, Egipt, Turcja, Transjordania tak samo. Palestyna wydaje się tu oazą. Jakaś szczególna ambicja, jakieś „zastaw się, a postaw się”, kazała chyba żydostwu milionowymi ofiarami stworzyć ten fenomen. Jest w tym może jakaś misterna spekulacyjna intryga, jakieś budowanie obcemu kapitałowi „na wabia”, humbug na światową skalę! Wystarcza przyjrzeć się temu nieco i okazuje się, ile w takim sądzie jest prawdy.
Palestyna powstała sztucznie. Jest to fakt niezbity. Dziesiątki lat inwestowano w ten kraj materiał ludzki i kapitał. Inwestycje te były inwestycjami niehandlowymi, nieopłacalnymi. Ludzie szli tu dla idei, jak do Ameryki szli dla zysku. Kapitał szedł tu z filantropii, ze szlachetnej fantazji magnatów pieniądza. I ludzie, i kapitał szli na przepadłe, szli w najlepszym razie na zyski niższe kilkakrotnie niż te, którymi nęciło dziesięć innych krajów. Aż dziw, że naród o tak handlowym zmyśle mógł być tak mało handlowy. Palestyna, odrodzona, Erec Izrael, kraj Izraela, jak ją zwie żydostwo, powstała sztucznie. Ale istnieje naturalnie.
Złoto, którym pulsuje ten kraj, bucha z dwóch wielkich arterii: płynie od wychodźstwa diaspory, czy to jako drobne, milionowe składki, czy to jako kapitał przywożony przez nowe fale osiedleńców. Złoto płynie jednak do Palestyny i za płody tej ziemi. To, co w Palestynie zbudowano, jest rentowne. Inwestycja niehandlowa, nieopłacalna, inwestycja łożona w chwili, gdy myślano co najwyżej o hodowli baranów czy wina, gdy mowy nie było jeszcze o wielkim skarbie kraju — pomarańczy — okazała się nie tylko opłacalna, okazała się kokosowym interesem. Zilustrujmy: cena dunama ziemi w regionie pomarańczowym wynosi dziś od 18 do 40 funtów palestyńskich. Funt równa się 32 złotym, dunam — około jednej dziesiątej hektara. Biorąc średnio, cena dziesięciny ziemi, nieuprawnej jeszcze (pomarańcze przynoszą dochód po latach czterech), a posiadającej jedynie cenną w tych stronach wodę, wynosi 6–8 tysięcy złotych. Mimo tych cen, na pomarańcze rzucili się dziś wszyscy.
Mit o tym, jakoby Palestyna żyła żebraniną składek, sztuczną infuzją złota, wali się z każdą cyfrą. Palestyna, która jest, przestała już od lat żyć z diaspory. Palestyna, która jest, i diaspora pracują razem nad tworzeniem Palestyny, która będzie: nad rozszerzeniem żydowskiego stanu posiadania w tym kraju. Kryzys osłabił możności finansowe diaspory, ale stało się to w tym samym czasie, gdy, po raz pierwszy od ery starożytnej, kraj ten stał się na nowo mlekiem i miodem płynący.„PIĘKNIEJSZY OD PARYŻA''
— Mówią, że Tel Awiw jest piękniejszy jeszcze od Paryża.
Mówiła mi te słowa młoda studentka żydowska w Polsce, która zapewne nie widziała Paryża, a na pewno Tel Awiwu. Hajfa. Hajfa jest cudownym miastem. Będzie wielkim portem Lewantu i pozostanie cudownym miastem. Tylko okroił się lazur zatoki o wąski i długi pas: to morze wyparto dla lanych w betonie pomostów, moli, nadbrzeża. Po tej długiej, szarej płaszczyźnie, na której pobudują się, jak w Gdyni, składy towarowe i hangary, krążą obecnie małe wagoniki z cementem na rozszerzenie miejsca przyszłego portu. Ale tuż za nim jest stara arabska Hajfa, Hajfa wąskich zaułków i obramionych portykami placyków, gdzie stada spędzonych na targ owiec wylegują się w słońcu na płytach ogromnych jak marmurowe płyty meczetowych podworców. Zaś dalej rozrosło się miasto zupełnie nowoczesne, amfiteatralne: ścianą tego amfiteatru o jednej jedynej ścianie, amfiteatru, co za arenę ma okrągły wrzez zatoki, jest porosły w oliwki i sabry długi grzbiet Karmelu. Miasto wygląda, jakby podmywało górę: zagarnia jej coraz więcej, jak gałęziami pnączy ulicami ujmuje stoki, które okryje wkrótce jakby bujnością liści szarymi i czerwonymi dachami. Ale Karmel, góra Eliasza i pustelników, nie jest zdobywana tylko od podnóży: na szczycie przez gaj pinii i cyprysów przedarła się już elipsa asfaltowej szosy, z cudnym widokiem na dalekie, zamglone, błękitne morze. Wille, pałacyki, sanatoria. Niepodobna sobie wyobrazić bardziej rozmaitego miasta: na dole, nad morzem, blaszane ściany cystern przypominają, że tędy przeciąga się gigantyczny rurociąg, którym z odległych na setki kilometrów szybów Mosulu spływać będzie wprost do okrętów nafta. Na górze zaś są najcudowniejsze dzielnice miasta-ogrodu, rozrzucone dzielnice mieszkań. Handel, szyldy, witryny, zgiełk, lady, kramy — to wszystko zamiast się rozleźć po Hajfie, skoncentrowało się u dołu, blisko portu. Pod górę drapie się wolniej, ociężalej. W tym mieście handlowym przecież, mieście o olbrzymim handlowym znaczeniu skanalizowano handel w jeden zamknięty residus.
Ale Tel Awiw…
Ktoś w Polsce napisał, że miasto jest tandetne. I jest. Dziennikarz amerykański, którego poznałem, mówił mi, że nie lubi tego miasta. Przeciętne, trzeciorzędne miasto amerykańskie, typowe made in USA. Miał rację. Przyznawałem im obu rację. Przyznawałem ją innym, ale… Ale jest tu coś takiego, że to właśnie miasto, które jest młodsze od studiujących dziś na uniwersytetach młodzieńców, którego najstarszych kilka domów dobiega sędziwego wieku lat dwudziestu sześciu, otoczone jest jakby nimbem, jakby aureolą, jak aurą czegoś, co tworzy, że jego nazwę wymawia się w pół jak nazwę jakiegoś legendarnego, cudownego miasta, a w pół jak w tym kraju o skąpej wodzie mówi się „źródło” lub gdzieś pod biegunami „słońce”. I jeszcze inaczej: Tel Awiw, nazwa nie większego od Katowic, Przemyśla, Białegostoku młodego miasta, miasta zacisznych burżuazyjnych domków, małych fabryczek i cienistych bulwarów, Tel Awiw, ta nazwa miasta bez wczoraj, brzmi w ustach tych ludzi — i Żydów, i Arabów, i innych — bohatersko: Hastings, Cuszima, Jemappes, Olszynka Grochowska, Radzymin. Gdy sobie to uświadomiłem, zabawiła mnie nieco ta myśl, ale tak niemniej jest. O Tel Awiwie mówi się jak o wielkiej bitwie, uwieńczonej świetnym zwycięstwem. Tak i właśnie tak. Kraj, który posiada jedyne w świecie miasto jak Jerozolima, kraj, który ma za centrum portowe rzecz tak cudną jak Hajfa, durzy się po prostu w mieście, w którym świeżo zaskrzepł asfalt jezdni, a nie wyschło wapno ścian. Tajemnica.
To miasto, którego nazwę wymawia się, jak my mówimy „Kłuszyn”, nie ma w sobie nic gigantycznego. Najdłuższe ulice nie są dość długie i dość szerokie, by ich perspektywy nie zakrywała zieleń młodych drzew. Nowa opera jest gmachem pięknym, ale nie monumentalnym. Wielka synagoga ustępuje jeszcze operze. Związki Zawodowe mieszczą się w wielkim gmaszysku będącym, jeśli chodzi o wrażenie artystyczne, czymś godnym zamku Wilhelma w Poznaniu, z tym że jest budowany dużo taniej i robi wrażenie lichej dekoracji teatralnej. Naprawdę gmachem okazałym jest magistrat i kilkanaście większych prywatnych już gmachów. Jest to miasto niewielkich, paropiętrowych ledwo domów, za to tonących w ogrodach: żadnej parceli budowlanej nie wolno tu zabudować całkowicie. Zieleń przedziela jedne od drugich tanie i nowe domy Tel Awiwu; nierzadko w ogródku przed domem, znajdującym się w śródmieściu, spotkać można widok rozwieszonej na wietrze bielizny, jak to bywało tam „w kraju”, w Kutnie, Suwałkach… Wewnątrz mieszkań znajduje się jeszcze dużo lichych oleodruków czy „gobelinów” o motywach biblijnych, jak u nas. Są to ostatki.
To miasto jest wielkim stosem rozpalonym na brzegu morza po to, by przybywający tu Żyd palił na nim łachmany gett świata. Tu jeszcze słyszy się żargon, tu Żydzi mówią jeszcze między sobą i po polsku, i po rosyjsku, i po niemiecku. Tu jeszcze spotyka się Żydów takich jak u nas, takich jak wszędzie w diasporze: brudnych i lękliwych, i z tym jakimś smutkiem, w chwilach zastanowienia, na twarzach. Tu odbywa się wielka kwarantanna narodu po dwudziestu wiekach jego nędzy. Nie ma Żyda, który przyjeżdżając do kraju, nie przeszedłby przez Tel Awiw!
Jest to szczególna kwarantanna. Zamiast być odseparowanym w barakach, człowiek tu po prostu wchodzi w życie. Tu nie on zaraża chorobą, ale jego zarażają nowym bytem. Człowiek nic innego nie robi, tylko chodzi i patrzy, nim pracować zacznie. Widzi miasto, które powstało tak szybko, jak mało które miasto na świecie… Tam, gdzie stoją banki i kina, i kawiarnie, na ulicy Lorda Allenby, zdobywcy Palestyny na Turcji, były w roku 1924 wielkie wydmy piaszczyste. Na Montefiori rosły później jeszcze rzadkie pustynne trawy. W 1909 roku Tel Awiw został miastem, pierwszym od tysięcy lat miastem, zbudowanym i zamieszkałym tylko przez Żydów. Wtedy miało mieszkańców 550; Żydzi z sąsiadującej z nim bezpośrednio arabskiej Jafy przenosili się do nowego miasta bardzo powoli. W 1919 roku było jednak mieszkańców 3000, zaledwie w trzy lata potem przybyło nowych 10 000. Dziś ludność miasta przekroczyła już 50 000. I rośnie.
Meir pochodzi z Białegostoku. Czymże był w Białymstoku? Czym miał być? Był stolarzem. Jest w Palestynie już ósmy rok. Czy mu się dobrze powodzi? Meir uśmiecha się, uśmiecha niemal filuternie ten stary Meir. Czemu ma się mu źle powodzić, komu się tu źle powodzi? A co robi stolarz Meir? Co robi? — A samochody!
W roku zeszłym Nachum Sokołow przyjeżdża do Jerozolimy. Wspaniały ten Tel Awiw, mówi, co za rozwój; przemysł powstaje z niczego. Ta fabryka samochodów…
Panowie z egzekutywy syjonistycznej za głowę się wzięli. Co, gdzie, jak? No, mała uliczka w bok ulicy Herzla. Pojechali. Istotnie. Hangar, ośmiu Żydów. Czterech stolarzy, dwóch tapicerów, kamasznik, ślusarz. Razem: fabryka karoserii autobusowej. Autobusy są głównym środkiem komunikacyjnym w Palestynie. Żydzi wpadli na prosty pomysł sprowadzania podwozi i motorów, a fabrykowania karoserii na miejscu. Mieli mały kapitalik, gdzieś się zapożyczyli, trzy pierwsze autobusy postawiły ich na nogi.
Czym były przed wojną Nalewki? Setki drobnych fabryczek, mieszczących się w podwórzach domów, na poddaszach, w suterynach. Drobnoustroje kapitalistyczne, które zaopatrywały w towar wielkiego kolosa — Rosję. Dziś Rosji tej nie ma, posmętniały fabryczki.
Tel Awiw ma swoje Nalewki: są to Nalewki inne, bo w zieleni i czystości, i w słońcu. Są to Nalewki innego typu Żyda. Ale tak samo pracują tam maleńkie fabryczki, tak samo aprowidują one szerokie zaplecze Lewantu. Gdzieś daleko, w Manchesterach i Birminghamach, w zacisznych gabinetach szefów trustu, śledzi się z niepokojem w raportach filii przyczyny cofania się ekspansji handlowej dreadnouthów brytyjskiego przemysłu. Czyżby Arabowie szli śladem Hindusów? Czyżby intryga sowiecka podcinała kontakty z tymi rynkami? Kryzys?
Bardzo się nad tym głowią panowie dyrektorzy koncernów, strategowie dumpingu i konkurencji. Mają za sobą odbytych kilkadziesiąt kampanii, mają więcej przeciwników na rozkładzie, niż miał zestrzelonych samolotów nieprzyjacielskich lotnik niemiecki wielkiej wojny, baron von Richthofen. A teraz teren wymyka się spod nóg koncernów, teraz kurczy się dumne Imperium o Lewant. Nalewki telawiwskie okazały się konkurentem trustów. Każdoroczny bilans handlowy tych krajów stwierdza ich postępy. Drobnoustroje fabryczek przeżarły podstawę kolosów. Tel Awiw Meira.
Dwaj synowie Meira nie mieszkają w Tel Awiwie. Jeden pracuje obecnie na szosie koło Tel Chai, drugi będzie od pierwszego kierował pracami odwadniającymi, jakie się prowadzi gdzieś w górze kraju, na świeżo odkupionych terenach. — Obaj pracowali fizycznie — mówi Meir. Mówi to tak, jakby będąc Polakiem powiedział — „obaj byli w Legionach”. Przypomina mi się, że wczoraj rozmawiałem z pewnym delegatem pewnego ministerium w Polsce, Żydem. Opowiadał o siostrzeńcu, który jest w Tel Awiwie i, niech sobie pan tylko wyobrazi, pracuje jak prosty robotnik! Meir jest rzemieślnikiem, ale z tym wszystkim jest bardziej spekulantem: to taki nalewkowski fabrykant. Meir mówi o tych synach, o ich pracy fizycznej, jakby dawał do poznania: moja rodzina jest znakomita, ja — to wiele gorzej. Meir łożył na to, by jego synowie skończyli szkoły, łożył nawet na uniwersytet. Meir wtedy w Białymstoku cieszył się z synów i jak teraz opowiadał pewnie sąsiadom: — Moi synowie to zdolni ludzie. Będą panami doktorami, mecenasami. O, oni nie będą zwykłymi robotnikami!
Meir jest już starym człowiekiem. Starzy ludzie się nie zmieniają. A jednak Meir zapomniał o swych białostockich marzeniach. Meir mówi o tej szosie, na której najdosłowniej tłukł kamienie jego syn („pan mecenas”), jakby mówił o promocji doktorskiej tego syna. Starzy ludzie się nie zmieniają. Natura narodu się nie zmienia. Dwa tysiące lat przepajały żydostwo niechęcią do pracy fizycznej, pogardą.
Meir nie poszedł budować szosy. Meir nie poszedł na ziemię, Meir pozostał w mieście. Ale Meir patrzy na swych synów, na tych robotników, jako na coś lepszego, socjalnie lepszego od niego. Jest to ta jego lepsza cząstka. Mówię z nim o przemyśle palestyńskim. Mówię, że podziwiam ich zmysł handlowy, że podoba mi się ta zwycięska walka biednych Żydków z Nalewek z potęgą koncernów i trustów. Że tu wyrośnie wielkie centrum przemysłowe największego kontynentu świata. Że zrobi pieniądze, wielkie pieniądze… Morgan… Rothschild… Nie inaczej tamto…
Stary Meir uśmiecha się i jasno, i zabawnie zarazem. Jak dziecko do jakiejś miłej obiecanki. Meir widzi za mymi słowami rotszyldowską drogę do fortuny? Ale nie: Meir bierze mnie za rękę w przegubie dłoni, oczy mu się rozświeciły ku czemuś. — Wie pan, za Bet-Hanan, tam jest jeden taki piękny pardes. Tylko jeszcze dom postawić…
Pardes…
_Człowiek zmienia tu cele marzeń_. Ale jest i młode pokolenie inteligenckie, które rosło z Tel Awiwem, którego rodzice stanowią patrycjat miasta. Z poetą Bialikiem pracuje cały zastęp intelektualistów żydowskich nad tworzeniem, rozszerzaniem życia duchowego w Erec Izrael.
Niemiecka, nieco ciężka i poważna kultura salonu rozsadzana jest powoli przez południowy temperament ludzi. Nad życiem towarzyskim ciąży kult muzyki. Nie znam się na niej, ale w dzisiejszej Palestynie muzyka zajmuje chyba to miejsce, co teatr w dawnej Grecji, co walka byków w Hiszpanii, co życie kawiarniane w dawnym Wiedniu. Zainteresowanie nową literaturą hebrajską jest tak silne, jak ukraińską w kołach młodej inteligencji tego narodu. Tu chodzi o rozszerzanie hebrajszczyzny. Święci ona zresztą pełny triumf. Wszystko jest hebrajskiej; jidysz jest wprost tępiony, tak tępiony, jak język polski pod zaborcami. Założenie pisma żargonowego byłoby nie do pomyślenia, spotkałoby się z bojkotem i więcej niż bojkotem. Język hebrajski to jeszcze jedna miara, na której chcę w tej książce mierzyć wielkość dokonanego w Palestynie dzieła. Na razie pomyślmy tylko, że łacina była _jeszcze_ językiem żywym, gdy hebrajski był już językiem martwym. Mussolini za wszelką cenę wskrzesza w Italii Rzym antyczny, dokonał na tym polu olbrzymiego dzieła. Wskrzeszenie łaciny uważałoby się tam jednak za mrzonkę, za niemożliwość. Wskrzeszenie hebrajszczyzny jest faktem.
„Piękniejszy od Paryża”. Te słowa wróciły mi jeszcze raz pewnego wieczoru schodzącemu ku plaży przez Allenby street. Był to wieczór szabatu. W szabat ustaje tu wszystko, nawet autobusy. A wieczór jest wielkim świętem. Tego dnia było podwójne święto. Przed esplanadami kawiarń, po gładkich asfaltach jezdni, w blasku lamp łukowych ludzie tańczyli na ulicy.
Radość na ulicy żydowskiej w Warszawie, gdzie indziej, ma dla mnie charakter jakiegoś spazmu, jest czymś nerwowym, wrzaskliwym, męczącym. To co się mówi „istny chajder”. To było, jakby w domach nie było miejsca i wszyscy wylegli lepiej się zabawić, bez kłopotu o miejsca potańczyć. Tańczenie na ulicy było rzeczą tak ogromnie prostą, tak sobie naturalną, jak tylko może być. Z wielkiej kawiarni na rogu, której ściany są żółte jak bursztyn i która oczywiście nazywa się „Szafirem”, dźwięczała hora, taniec tańczony grupami, jak balet, jak tańce antycznego świata. Hora wypełniała ulicę i miasto aż po plaże z jasnymi kawiarniami, z dansingami pod nabitym gwiazdami niebem. Spazm żydowskiej radości w diasporze, krzykliwy zgiełk naszych małych miasteczek rozpłynął się tu był rytmem ogromnej pogody. Żyd, który w najbardziej zażydzonym mieście świata nie mógł nie czuć się obcy, tu czuł, że ma pełne tytuły prawne, po raz pierwszy ma je, że jest _u siebie_. Oto tajemnica, dlaczego Tel Awiw jest dla Żydów tym, czym jest. Tęsknota za domem budowała temu narodowi Tel Awiw w takim tempie. Patrzy nań poprzez radość zaspokojenia tej tęsknoty, poprzez radość kresu wędrówki. Tel Awiw, miasto zwane pagórkiem wiosny, jest piękniejsze od Paryża.
_Koniec wersji demonstracyjnej._