-
nowość
-
promocja
Palo Alto. Historia Kalifornii, mit Doliny Krzemowej i technokapitalizm - ebook
Palo Alto. Historia Kalifornii, mit Doliny Krzemowej i technokapitalizm - ebook
Jedna z najważniejszych książek o historii technologii i kapitalizmu. Pokazuje, jak powstała Dolina Krzemowa – i jak zmieniła ona świat
To pierwsza tak przekrojowa historia Doliny Krzemowej – od kolei żelaznych po mikroprocesory – ukazująca, jak pozornie zwykłe kalifornijskie przedmieście wyrosło na centrum światowej potęgi technologicznej i militarnej.
Palo Alto kojarzy się z idealnym klimatem, bogactwem, zdrowiem i innowacyjnością. To serce Doliny Krzemowej, miejsce, gdzie duch kontrkultury połączył się z wielkim kapitałem, tworząc laboratorium idei, które zmieniły świat. Palo Alto ma też drugie oblicze: powstało na zagrabionych ziemiach rdzennych mieszkańców, na toksycznych odpadach i w samym centrum globalnego systemu kapitalistycznego.
Malcolm Harris opisuje 150 lat historii północnej Kalifornii – od kolonialnych ideologii, testów IQ i teorii „tragedii wspólnego pastwiska”, po rasową eugenikę, „teorię rozbitych okien”, komputery i internet. To opowieść o tym, jak małe miasto stało się silnikiem wzrostu gospodarczego, wojny i globalnej dominacji technologicznej, prowadząc świat w pełen niepokojów XXI wiek.
Historia Doliny Krzemowej, która zmienia sposób myślenia o technologii, historii i przyszłości.
Malcolm Harris – amerykański pisarz, eseista i niezależny publicysta, jeden z najważniejszych współczesnych krytyków kultury i kapitalizmu technologicznego. Autor głośnych książek Kids These Days: The Making of Millennials oraz Shit is Fucked Up and Bullshit: History Since the End of History. Urodził się w Santa Cruz w Kalifornii, ukończył University of Maryland. Publikował m.in. w „The New Yorker”, „The Atlantic”, „The New Republic”, „Jacobin”, „The Guardian” i „Wired”. Znany jest z ostrego, błyskotliwego stylu i umiejętności łączenia historii, ekonomii, polityki i kultury w spójną, angażującą narrację. Mieszka w Filadelfii.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
Spis treści
Wstęp do polskiego wydania 11
Wprowadzenie 15
CZĘŚĆ I
Lata 1850–1900
Rozdział 1.1
Dla kogo czas to pieniądz 23
Rozdział 1.2
Kombinat 61
Rozdział 1.3
Krew, która napędza źrebięta 95
CZĘŚĆ II
1900–1945
Rozdział 2.1
Lokalne duchy 127
Rozdział 2.2
Bionomia 143
Rozdział 2.3
Hooverville 185
Rozdział 2.4
Mężczyźni z potencjałem 251
CZĘŚĆ III
1945–1975
Rozdział 3.1
Zdobywcy kosmosu 301
Rozdział 3.2
Stan stały 339
Rozdział 3.3
Rewolucja osobista 385
Rozdział 3.4
Jak zniszczyć imperium 413
CZĘŚĆ IV
1975–2000
Rozdział 4.1
California über Alles 497
Rozdział 4.2
Kapitalizm wojenny 543
Rozdział 4.3
Jobs i Gates 605
Rozdział 4.4
Ameryka online 637
CZĘŚĆ V
2000–2020
Rozdział 5.1
B2K 689
Rozdział 5.2
Lepiej postaraj się, żeby mnie wzbogacić 743
Rozdział 5.3
Pęcherz na słońcu 789
Rozdział 6.1
Rozwiązanie 853
| Kategoria: | Branża IT |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8231-840-1 |
| Rozmiar pliku: | 3,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wydaje się, że ze wszystkich miejsc na planecie akurat o Kalifornii nie można powiedzieć, że czas się tu zatrzymał. Hipisi i Hollywood, Reagan i Steve Jobs, amerykański optymizm, nowe technologie i ocean możliwości. Horyzont Zachodu. Dosłownie i w przenośni. Tu ludzie przyjeżdżają szukać nowych szans i tutaj Ameryka wymyśla siebie na nowo. Malcolm Harris rozwiewa to złudzenie.
To oczywiście prawda, że Dolina Krzemowa i samo tytułowe Palo Alto – z Uniwersytetem Stanforda i siedzibami globalnych spółek technologicznych – promieniują na świat. Tu powstała synteza prywatnego biznesu, nauki (a czasami też pseudonauki), wojska i ideologii, która do dziś jest najważniejszym kalifornijskim wynalazkiem. Możemy nazywać ją kompleksem militarno-przemysłowo-krzemowym, można „ideologią kalifornijską”, można – jak autor tej książki – „systemem Palo Alto”. Jednak ta formuła, która napędza amerykańską dominację i tworzy miliardowe fortuny, nie jest nowa. Przywykliśmy do myślenia, że wszystko, co wychodzi z Doliny Krzemowej, jest nowe i innowacyjne. Palo Alto pokazuje, że nic bardziej mylnego. Nowe są tylko kostiumy, w których od ponad stu lat działają te same mechanizmy. To książka, która je odsłania i opisuje, wyrywa z teraźniejszości i osadza w historii.
Historii zjawisk i procesów, dodajmy od razu, dużo mniej eleganckich i przyjaznych, niż chcieliby nam to pokazać szefowie technologicznych korporacji, filantropowie, politycy i wpatrzona w nich klasa klakierów-dziennikarzy. Od kolonizacji amerykańskiego „dzikiego zachodu” i eksterminacji Indian przez brudną, niewdzięczną i nielegalną pracę migrantów po postęp „naukowych teorii rasowych” i przekonanie o cywilizacyjnej misji białego człowieka.
Kalifornia eksportowała inżynierów i zaawansowane „technologie krytyczne” już w XIX wieku. Tylko wtedy chodziło o górnictwo, geologię i wiedzę o nowych metodach wydobycia (i materiałach wybuchowych!), które lokalny biznes posiadł dzięki gorączce złota. Dzięki m.in. tym fortunom powstał Uniwersytet Stanforda i dzięki nim karierę zrobił jego najsłynniejszy absolwent, późniejszy prezydent Herbert Hoover. Naukowo-biznesowo-polityczny boom w Kalifornii dał światu nie tylko tranzystor, kalkulator i komputer osobisty, ale także testy IQ, eksperymenty na dzieciach i najbardziej wpływowych w USA eugeników. Jedno i drugie to awers i rewers tego samego przekonania, że świat można ulepszyć, redukując trudne operacje do ciągów zer i jedynek, algorytmów i formuł pozwalających odrzucić najgorsze rezultaty. Filantropowie chcący w pojedynkę uratować świat i socjopatyczni geniusze popadający w odmęty coraz bardziej szowinistycznych i skrajnych poglądów – to też już było. To w Dolinie Krzemowej najmocniej na świecie wierzą, że panowanie nad ludźmi jak uporządkowanymi kolumnami w tabelce nie tylko jest możliwe – jest wskazane i dużo wydajniejsze od demokracji.
Echa przeszłości doskonale widać i dziś w deklaracjach „patriotycznych miliarderów” postrzegających rywalizację z Chinami o kluczowe technologie w apokaliptycznych kategoriach. Wielcy przemysłowcy zgłaszający się na ochotnika do walki z komunizmem (w zamian za rządowe kontrakty) są w Kalifornii tak samo u siebie w 2025, jak w 1955 i 1925 roku. Podobne połączenie wielkiego optymizmu dotyczącego technologii z bezgraniczną paranoją na temat wrogów Stanów Zjednoczonych splata losy kolejnych generacji polityków i biznesmenów – od Hoovera, Nixona, Reagana aż po dzisiejszych. Z kolei dawni twórcy karteli rolnych czy baronowie kolei spokojnie dogadaliby się ze swoimi prawnukami żyjącymi w świecie wielkich technologii w temacie państwowych regulacji i praw do strajków. Po drugiej stronie barykady porozumieliby się z kolei studenci sabotujący kalifornijskie laboratoria pracujące na rzecz bombardowań Wietnamu i pracownicy Google’a wzywający do zaprzestania zbrojenia Izraela. W Kalifornii konserwatywny antykomunizm Instytutu Hoovera spotykał się z hipisowską kontrkulturą i tam libertarianizm biznesu mógł podać sobie rękę z wydajnością oraz dyscypliną armii.
Palo Alto to historia, a strony tej książki pełne są fascynujących i odpychających ludzi, którzy stworzyli dzisiejszą Dolinę Krzemową. Ale sylwetki najważniejszych nawet ludzi to w tej historii – jak pisze autor – igraszka w rękach sił potężniejszych niż kalifornijski oligarcha. Te siły stworzyły system łączący naukę, przemysł, wojsko i podbój w całość, w jeden spójny algorytm.
Ten system jest właściwym bohaterem historii opisanej w tej książce. To inna i ambitniejsza niż zazwyczaj propozycja. Ale tylko takie podejście pozwala uchwycić „Kalifornię, kapitalizm i świat” w jednej perspektywie. Palo Alto się to udaje.
Jakub Dymek, dziennikarz, publicysta
współtwórca podcastu Dwie Lewe Ręce
i autor książek Nowi barbarzyńcy oraz Rewolucja ambicji. Jak zmienia się PolskaWPROWADZENIE
Palo Alto to przyjemne miejsce. Klimat jest umiarkowany, a ludzie są wykształceni, bogaci, zdrowi i wykazują się innowacyjnością. Spuścizna kontrkultury hippisowskiej wtopiła się tu w świat nowoczesnej technologii i wielkich finansów, by w duchowym i materialnym wymiarze tchnąć w Dolinę Krzemową ambitnego na obu tych poziomach ducha. To niewielkie miasto – w chwili pisania tych słów liczące około siedemdziesięciu tysięcy mieszkańców – w niektórych kręgach zdobyło mityczną reputację postmodernistycznego El Dorado, gdzie od inwestorów z Sand Hill Road płyną miliardy dolarów do setek garaży, w których rozentuzjazmowani programiści zmieniają sposób, w jaki robimy niemalże wszystko – od jazdy samochodem po spożywanie posiłków. W przeliczeniu na mieszkańca Dolina plasuje się u boku najbogatszych punktów na świecie: Kataru, Makau, Luksemburga. Nietrudno znaleźć ludzi wręcz przekonanych, że Palo Alto to faktyczne centrum świata.
Chociaż Leland i Jane Lathrop Stanfordowie nazwali i umieścili miasto na mapie, nie byli pierwszymi kolonizatorami tej ziemi ani nie wymyślili słów palo alto, które po hiszpańsku znaczą „wysokie drzewo”. Tu odnosili się do konkretnej sekwoi El Palo Alto, którą nazwał tak gubernator Kalifornii – czy wówczas raczej Las Californias. Hiszpańska ekspedycja Gaspara de Portolá była pierwszą, która dotarła z Europy do rejonu Zatoki San Francisco, i wiele nadanych przez nią nazw przetrwało do dzisiaj. (Ćwierć tysiąclecia później pobliskie Portola Valley w przeliczeniu na mieszkańca jest najbogatszym miasteczkiem w najbogatszym kraju świata). W listopadzie 1769 roku jego ekspedycja przez pięć dni obozowała pod potężnym drzewem przy dzisiejszym San Francisquito Creek. Liczące ponad tysiąc lat drzewo El Palo Alto wciąż góruje, tuż przy torach kolejowych, nad oddalonym o milę liceum Palo Alto High School.
Obecnych osadników przyciągają raczej szkoły niż drzewa. Dla rodziców pragnących zapewnić dzieciom najlepsze widoki na sukces świetnym wyborem jest pełny szkół rejon Palo Alto Unified School District (PAUSD). W społeczeństwie, w którym umiejętności i edukacja mają być kluczami do lepszego życia, trudno o lepszy i to darmowy start. Nie tyle chłonny rynek pracy czy szanse akcji giełdowych firm z Doliny Krzemowej, lecz właśnie system edukacji winduje teraz medianę cen domów w okolice trzech milionów dolarów.
Urodziłem się w Santa Cruz w Kalifornii, lecz moi rodzice poznali się w Palo Alto – on pracował na uniwersytecie, ona dorywczo pisała na maszynie. Wróciliśmy tam w 1996 roku i drugą połowę dzieciństwa spędziłem w cichych ślepych uliczkach tego bardzo przyjemnego miejsca. Moje życie wydawało się typowo amerykańskie, podmiejskie – niemalże takie, jakie oglądałem w telewizji. A jednak od czasu do czasu coś prześwitywało przez metaforyczny żywopłot na granicy miasta. Były to znaki, że jeśli Palo Alto jest normalne, to aż nazbyt normalne, wręcz podejrzanie normalne.
Chodziłem do szkoły podstawowej Ohlone – nazwanej na cześć plemienia, które, jak nam mówiono, niegdyś żyło na naszym półwyspie. Pewnego dnia w czwartej klasie mieliśmy zastępstwo z nauczycielką z innej szkoły. Większość dorosłych w moim otoczeniu wydawała się stabilna (przynajmniej takie miałem wrażenie) i nie byłem przyzwyczajony do nieprzewidywalnych zachowań. Może dlatego tak mnie przestraszyło, gdy tego dnia zamiast prowadzić normalne lekcje, nauczycielka kazała nam usiąść i próbowała powiedzieć coś ważnego. „Żyjecie w bańce – powiedziała napiętym i pospiesznym głosem. – Reszta świata nie wygląda tak, jak tutaj. Wiecie o tym?” Nieco ponad dwadzieścioro dzieci wpatrywało się w nią szeroko otwartymi oczami. Nie wiedzieliśmy.
Nie pamiętam z tamtego okresu wielu konkretnych dni, ale ten utkwił mi w pamięci. Najwyraźniej część dzieciaków opowiedziała rodzicom o niespodziewanym wykładzie o „bańce”, ponieważ gdy wrócił nasz nauczyciel, przeprosił nas za to zdarzenie i zapewnił, że zła nauczycielka już nigdy do nas nie wróci, i że została wpisana na czarną listę naszego okręgu. Jeśli miało to sprawić, byśmy zlekceważyli jej słowa, w moim przypadku skutek był zgoła odwrotny.
W miarę jak dorastałem, Palo Alto stopniowo samo zaczęło wyjaśniać mi, jak się sprawy mają: dlaczego świat wyglądał tu tak, a nie inaczej – dlaczego jedni mają wielkie domy, a inni nie, czemu jedni mieszkają tutaj, a reszta gdzie indziej. Odpowiedź brzmiała: bo sobie na to zasłużyli. Ciężka praca i talent pozwalały niektórym ludziom zmieniać świat własnymi rękami, więc otrzymywali to, co im się należało. Niekiedy przekaz ten był dosłownie wymalowany na ścianach – jak na przykład opowieść o Hewlettcie i Packardzie w budynku inżynierii Uniwersytetu Stanforda, uwieczniona na tablicy informacyjnej obok fontanny, z której piłem wodę jako nastolatek – ale był on także podskórną, obecną tu od samego początku ideologią miasta. Wszyscy go sobie przyswoiliśmy.
Samobójstwa zaczęły się w 2002 roku. Uczeń pierwszej klasy liceum Palo Alto wszedł pod pociąg linii Caltrain – tej samej, przy której Leland Stanford zbudował miasto. Trzynaście miesięcy później rówieśnik tego ucznia zakończył życie w ten sam sposób. Obaj wybrali przejazd przy Churchill Avenue, tuż obok szkoły. W 2009 roku czterech uczniów w wieku od trzynastu do siedemnastu lat odebrało sobie życie przy przejeździe Meadow Drive, w pobliżu swojej szkoły, Gunn High. Kolejna fala samobójstw nastolatków miała miejsce w 2014 i 2015 roku. Śmierci te były szeroko opisywane, szczególnie jako rzadki socjologiczny przykład „podwójnego klastra” zachowań samobójczych, jakby chodziło o coś na kształt niezwykłego zjawiska astrologicznego. Na okładce magazynu „The Atlantic” znalazła się zajawka tekstu o „samobójstwach w Dolinie Krzemowej”, a żadna analiza autoagresji u nastolatków nie mogła już się obejść bez wzmianki o Palo Alto. To, czego zabrakło w tych relacjach, to fakt, że oficjalne statystyki zaniżają liczbę ofiar co najmniej o połowę, ponieważ nie uwzględniają młodych ludzi, którzy odebrali sobie życie już po ukończeniu szkoły, nawet jeśli zdecydowali się popełnić samobójstwo na tych samych torach. W XXI wieku wspólnota nie doświadczyła dwóch klastrów, lecz stałego strumienia tragicznych zgonów. I sytuacja ta trwa nadal: miesiąc przed ukończeniem tego tekstu absolwent Gunn High, dwudziestodwulatek, rzucił się pod pociąg.
Gdy w dzieciństwie rozmawialiśmy o miejscu, w którym żyliśmy, z bratem i siostrą żartowaliśmy z upiornego Sunnydale, fikcyjnego kalifornijskiego miasteczka z serialu Buffy: Postrach wampirów, gdzie idealna pogoda skrywa portal do piekła pod budynkiem szkoły średniej. Z wiekiem zacząłem traktować tę ideę coraz poważniej. Mamy słowo na określenie idyllicznych miasteczek, gdzie wskaźnik samobójstw wśród młodzieży jest trzykrotnie wyższy od oczekiwanego: nawiedzone. Palo Alto jest nawiedzone.
Mówiąc „nawiedzone”, nie mam na myśli duchów, a przynajmniej nie są one tu konieczne. Potocznie często używamy tego słowa, niekoniecznie mając na myśli widma z zaświatów. Nawiedzać nas może traumatyczne wydarzenie z przeszłości albo jakaś głupia rzecz, którą powiedzieliśmy dawno temu – jakieś minione wydarzenie nie chce odejść i pozostać w przeszłości. Zazwyczaj jednak słowo to oznacza relację pomiędzy żywymi a zmarłymi: zaistniała nierównowaga między sferami, coś utknęło tam, gdzie być nie powinno. Nawiedzenie przypomina kradzież w tym sensie, że również polega na obecności rzeczy w miejscu, do którego nie przynależą. Nie chodzi tu jednak o skradziony portfel – aby wzburzyć piekło, potrzeba czegoś więcej. Upiorem Palo Alto są wielkie historyczne zbrodnie, których nigdy tak naprawdę nie da się naprawić.
Na tym właśnie polega brak równowagi między żywymi a zmarłymi: my tu wciąż jesteśmy, a ich już nie ma. W przypadku moich kolegów podział ten wydaje się arbitralny. Niektórzy z tych, którzy odeszli, mieli skłonność do depresji, podczas gdy inni nie – tak samo jak wśród żywych. Cokolwiek można było powiedzieć o nich, można też powiedzieć o nas – z wyjątkiem jednej rzeczy. To klątwa, która mnie nawiedza, i długo zmagałem się z tym, jak w roli autora podejść do tego tematu. Powstała cała masa śledztw dziennikarskich w sprawie samobójstw w Palo Alto, a także obszerny raport amerykańskiego Centrum Kontroli Chorób (Centers for Disease Control), lecz wszystkie uznałem za równie rozczarowujące. Winą za ów brak satysfakcji obarczam raczej ograniczenia samego medium niż ich autorów. Nie mam też ochoty rozpisywać się o tym, jak to udało mi się przeżyć na kalifornijskich przedmieściach, tym bardziej że o sobie zwykle piszę niczym kiepski gracz w kręgle, któremu kula zawsze schodzi na bok, i opisuję kontekst historyczny wydarzeń, zamiast skupić się na kręgach osobistych wglądów.
Jedną z rzeczy, których nauczyłem się w Palo Alto, była koncepcja wyobraźni socjologicznej Charlesa Wrighta Millsa. Opisywał ją jako narzędzie, które pozwala ludziom „zrozumieć to, co dzieje się w nich samych jako maleńkie punkty przecięcia biografii i historii w obrębie społeczeństwa”. Podobnie jak wyobraźnia socjologiczna, nawiedzenie splata biografię i historię na polu społecznym. Nawiedzeni splatają się z niewidzialnymi liniami odpowiedzialności historycznej. Przeklęty obraz zagrabiony podczas Holokaustu, inwestycja budowlana na indiańskim cmentarzu, skażenie środowiska budzące potwora z bagien – to wszystko przykłady społecznych zbrodni, z powodu których jedni cierpią, a inni czerpią zyski. Nawiedzenie działa odwrotnie: sprawia, że cierpieć zaczynają ci, którzy korzystali. W najlepszym wypadku przesądy przypominają nam, by nie wykorzystywać innych, nawet jeśli nikt nigdy nas na tym nie przyłapie. Zło wplata się w tkaninę świata. Coś o nich wie. Jednak zemsta rzadko bywa szybka i precyzyjna. W naszych opowieściach o duchach, gdy klątwa budzi się do życia, najczęściej płacą ci, którzy są najbliżej łupu. To spadkobiercy, niczego nieświadoma para kupująca stary dom, albo potomkowie winowajców – wszyscy ci, którym przyszło oczyścić nieuczciwie zdobyty majątek swoją niewinnością i nieść go w przyszłość – przy czym ich naiwność staje się nieodzownym elementem zbrodni.
„Dzieci Kalifornii będą naszymi dziećmi” – powiedział Leland Stanford do swojej żony Jane, gdy zdecydowali się zbudować Palo Alto. Takie roszczenie brzmi może dość pompatycznie, lecz w moim przypadku nie jest aż tak nietrafione, jak bym sobie tego życzył. Historia nie stoi w miejscu: wbija się pod skórę jak odłamki pocisku, przedostaje się do krwiobiegu niczym infekcja. Jestem produktem własnego środowiska i przesiąkłem jego symptomami. Aby to doświadczenie okazało się użyteczne, zamiast wprowadzać jeszcze więcej pomieszania, przyjmuję je za punkt wyjścia – za zestaw przecięć między biografią a historią.
Przy pomocy odrobiny wyobraźni socjologicznej w kolejnych pięciu częściach spróbuję prześledzić tory historii, skoncentrować się na linii, która – jak ująłby to Mills – przecięła się z moją biografią i nadała kształt mojemu życiu. Nie jestem postacią wartą wymienienia z nazwiska w tej historii, oszczędzę zatem czytelnikowi wspomnień z dzieciństwa. Postrzegam siebie raczej jako produkt czegoś, co założyciele miasta nazwali systemem Palo Alto. To właśnie ten nawiedzony system rozbieram w tej książce na części pierwsze – system, który, gdzie by nie spojrzeć, stał się kluczowy dla obecnej epoki.
Palo Alto jest bańką. Teraz już to wiem, lecz to bańka niezwykle istotna dla historii XX wieku, a pełne rozliczenie z rolą tego miasta może nam wiele powiedzieć o Kalifornii, o Stanach Zjednoczonych i o kapitalistycznym świecie, w którym zostało wyniesione do rangi ziemi obiecanej. To tę opowieść właśnie czytelnik pozna na kolejnych stronach książki.