Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Pamiątka z Juist - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
28 sierpnia 2026
E-book: EPUB, PDF
20,00 zł
Audiobook
25,00 zł
20,00
2000 pkt
punktów Virtualo

Pamiątka z Juist - ebook

Życie znanego polskiego architekta komplikuje się, gdy na małej wysepce na Morzu Północnym ktoś odkrywa zwłoki dziewczyny zamordowanej trzydzieści lat temu. Wychodzą na jaw długo skrywane tajemnice. Wspólne śledztwo niemieckiej i polskiej policji bada środowisko nielegalnych polskich gastarbeiterów z lat 90-tych XX wieku i przynosi zaskakujące rezultaty. Czy po tylu latach uda się jeszcze odtworzyć przebieg wydarzeń, znaleźć tropy, odkryć motywy zbrodni?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788396869111
Rozmiar pliku: 374 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

------------------------------------------------------------------------

PROLOG

Karl Walther z trudem powłóczył nogami po piaszczystej ścieżce biegnącej wzdłuż wybrzeża. Poranny spacer dawał mu się już we znaki. Pomimo wsparcia ze strony nieodłącznych kijków do nordic walking czuł, że nadwyrężył swoje stare kości. W jego wieku powinien staranniej planować trasę. Wybrał się na odległy, wschodni kraniec wyspy, gdzie mało kto się zapuszczał o tak wczesnej porze dnia. W dodatku, po wczorajszej wichurze, na trasie napotkał wiele przeszkód, które stanowiły dla niego nie lada bariery: konary, które wyrzuciło morze, nierówne ścieżki podmyte przez sztormową falę. Skręcił właśnie w głąb wyspy, żeby ominąć taką wypłukaną przez wodę zatoczkę i z trudem wspiął się na stromą wydmę, za którą zaczynał się teren parku krajobrazowego. Była to strefa niedostępna dla turystów ze względu na, występujące tu, rzadkie gatunki ptaków, o czym informowały ostrzegające tabliczki. Nie miał jednak innej możliwości ominięcia przeszkody. Powrotu tą samą drogą, którą przyszedł nie wytrzymały by jego schorowane nogi.

Przysiadł na skraju osuwającej się wydmy i odetchnął głęboko, ocierając pot z pomarszczonego czoła. Rozejrzał się ciekawie po dziko urokliwym krajobrazie. Lekki wiatr poruszał rzadkie kępy traw, wszędzie widać było świeże tropy ptaków i małych zwierząt odciśnięte w wilgotnym piasku. Gdzieniegdzie dostrzec można było, wysuszone przez słońce i wiatr, ptasie szkielety. Wokół pełno było popękanych skorup, niegdyś potężnych muszli. Olbrzymie mewy krążyły nad jego głową protestując głośno przeciwko obecności intruza na bezludnym obszarze. W takich chwilach, nieodmiennie, w jego głowie pojawiał się obraz Gertrude. Podobałoby się jej tutaj – pomyślał. Jego niedawno zmarła żona była wierną towarzyszką takich wypraw. Byli na Juist kilka razy i uwielbiali wspólne spacery po tej niewielkiej wyspie. Miała tylko kilka kilometrów długości i niewiele ponad kilometr szerokości. Jedyna taka na archipelagu Wysp Fryzyjskich, gdzie nie jeździły samochody, co dawało prawdziwe wytchnienie dla zmysłów i dla schorowanych płuc. Podobno były tu elektryczne pojazdy: karetka pogotowia i wóz straży pożarnej, ale Walter nigdy się na nie nie natknął. Juist to był idealny wakacyjny kierunek dla osób pragnących zakosztować świętego spokoju, a w jego wieku to liczyło się najbardziej.

Dojrzał w piasku nieopodal potężną, nieco zmurszałą muszlę. Sięgnął po nią i przytknął do ucha wsłuchując się w jej hipnotyzujący szum. Schował muszlę ostrożnie do plecaka, który zabrał ze sobą specjalnie z myślą o takich trofeach. Rozejrzał się, czy w pobliżu nie ma więcej podobnych okazów. Jego wzrok padł na zaokrąglony, biały kształt odsłonięty przez osuwający się piasek wydmy. Podszedł i wydobył tajemniczy przedmiot. W następnej chwili odrzucił go ze zgrozą i stracił równowagę, upadając na miękki piach. Przyglądał się wykopalisku usiłując wyrównać oddech, przyspieszony przez skumulowany efekt zmęczenia i przerażenia. Z kulistego kształtu patrzyły na niego dwa ciemne otwory oczodołów. Odrzucając przedmiot, zareagował instynktownie, bardziej przeczuwając grozę niż ją rozumiejąc. Dopiero po chwili dotarło do niego, że to na co patrzył i to co patrzyło na niego, to była czaszka; bez wątpliwości – ludzka.------------------------------------------------------------------------

Sierżant Piotr Lenart ziewnął przeraźliwie kończąc pisać raport. Kiedy rok temu zaczynał pracę w wydziale kryminalnym policji, kompletnie inaczej wyobrażał sobie tę robotę. Marzył o rozwiązywaniu skomplikowanych zagadek, analizowaniu śladów, poszlak i dowodów, by w rezultacie schwytać groźnych przestępców. Tymczasem, rzeczywistość okazała się dużo mniej ekscytująca. Przydzielano go, co prawda, do wielu spraw i czynności, które miały znaczenie w ściganiu groźnych przestępców, ale on nawet nie był wtajemniczony w akta śledztw, w których pobieżnie uczestniczył. Czuł się jak kopciuszek, któremu starsze stopniem siostry zrzucały na głowę najżmudniejszą robotę.

Na szczęście, dzisiaj już kończył wybierać groch z popiołu, czyli wypełniać nudne dokumenty, które były zmorą każdego policjanta. Stawiając kropkę, kątem oka dostrzegł zbliżającego się, poprzez labirynt biurek w open spejsie, aspiranta Mroczka. Przełożony szedł w jego kierunku, a wraz z nim zbliżało się widmo nadprogramowej roboty. Lenart poczuł dreszcz niepokoju; dzisiaj wyjątkowo nie pasowało mu zostawanie po godzinach.

– Piotrek, mam taką małą robótkę – rzucił radośnie, jakby zaproponował podwyżkę, a nie dodatkową pracę.

Aspirant położył na biurku podwładnego przenośny dysk. Piotr robił wszystko żeby ukryć wyraz rozczarowania na swojej twarzy.

– Co to jest? – zapytał.

– Zapisy z monitoringu. Przejrzyj to proszę, może zauważysz coś podejrzanego w sprawie naszego dzisiejszego denata. Zebraliśmy nagrania z punktów w okolicy zdarzenia.

– Przecież facet ewidentnie walnął samobója.

– Prawdopodobnie, ale sprawdź, czy dotarł na miejsce zdarzenia sam, czy ktoś podejrzany nie kręcił się w pobliżu. Zresztą, sam wiesz najlepiej, czego szukać. Rozumiesz, musimy wykluczyć udział osób trzecich.

– Jakich osób? Gość się nałykał tyle proszków, że chyba się nimi najadł i wskoczył do Odry. Czy to wygląda ci na zabójstwo?

– Piotruś, wiesz, że takie są procedury i musimy wszystko sprawdzić.

– Ale czy to nie może poczekać do jutra? Właśnie miałem wychodzić.

Aspirant spochmurniał. Jego ton raptownie się zmienił.

– Jeżeli chciałeś pracować od ósmej do szesnastej to trzeba było się zatrudnić na poczcie – powiedział wolno i dobitnie. – To jest, sierżancie, wydział kryminalny policji.

Odwrócił się na pięcie, nie czekając na reakcję Lenarta. Ten, bez słowa podpiął dysk do komputera i, z poczuciem kompletnego braku sensu swojej pracy, uruchomił pierwsze nagranie.

Mimo, że przyspieszał filmy w długich momentach całkowitego bezruchu, spędził prawie trzy godziny, z nosem wbitym w ekran, oglądając zapisy z monitoringu. Nie znalazł absolutnie nic, co zmieniłoby jego zdanie o przebiegu zdarzeń z ostatnich chwil denata. Ofiara pojawiła się na jednym z filmów, całkiem sama. Mężczyzna szedł w stronę rzeki chwiejnym krokiem, lekko zamroczony i zdesperowany niczym ewidentny kandydat na samobójcę. Mroczek doskonale wiedział, że daje Lenartowi bezproduktywną robotę, nie przejmując się tym, że zmieszczenie się z nią w czasie dzisiejszej dniówki było praktycznie niewykonalne. Za nadgodziny, zresztą, też nikt mu nie zapłaci.

Napisał krótką notatkę ze swojej pracy i zapukał do gabinetu przełożonego. Czekał chwilę, ale odpowiedziała mu głucha cisza.

– Szukasz Mroczka? – usłyszał za sobą głos Magdy z administracji.

– Tak, widziałaś go?

– Poszedł już.

– Wyszedł do domu?

– Nie, chyba wybierali się z chłopakami do baru.

– Jeszcze lepiej – mruknął Lenart pod nosem.

– Ty nie poszedłeś z nimi?

– Nie, ja… Mam dziś randkę.

– Daj te papiery. Przekażę mu jutro z samego rana, a ty leć na tę randkę. Niech dziewczyna nie czeka.

– Dzięki, Magda – uśmiechnął się do kobiety, podając notatkę.

Był zły na swojego przełożonego i na swoich kolegów, że nie zaproponowali mu wspólnego wyjścia. I tak by dzisiaj nie poszedł, ale poczuł się fatalnie: nie dość, że wykorzystany, to jeszcze zlekceważony. Miał dość tego parszywego dnia, a to jeszcze wcale nie był koniec.

Przedzierając się swoim volkswagenem przez Wrocław, pomyślał, że jedyną zaletą dłuższej pracy był fakt, że miasto nieco już się odkorkowało . Nie pierwszy raz był spóźniony, choć obiecywał Izie, że tym razem będzie inaczej. Miał skończyć o osiemnastej i zdążyć na kolację, którą ona przygotowała. Niestety, cholerne obowiązki służbowe znowu pokrzyżowały mu plany. Żeby to jeszcze były jakieś spektakularne czynności śledcze w skomplikowanej sprawie kryminalnej, to miałby przynajmniej poczucie, że jego spóźnienie jest moralnie usprawiedliwione. Gdyby brał udział w ujęciu seryjnego mordercy, to miałby prawo, a wręcz obowiązek złamać słowo dane dziewczynie. Tymczasem on, po prostu wypełniał nudne dokumenty i godzinami oglądał nic nie wnoszące zapisy z monitoringu. Lenart, zirytowany, ściskał mocno kierownicę wysłużonego samochodu. Wściekał się na Mroczka i kolegów z pracy, którzy go olali. Był zły na cały świat i na siebie, że znów zawalił, tym bardziej, że dzisiejsza kolacja miała być wyjątkowa. Obchodzili z Izą pierwszą, okrągłą rocznicę znajomości.

Poznali się na jakiejś imprezie u kolegi Piotra. Iza wtedy nie bawiła się najlepiej. Wkurzali ją podpici, napastliwi młodzieńcy, którzy, pod pretekstem tańca, próbowali łapać ją za tyłek. Ukryła się więc w jednej z sypialni i czytała książkę, którą znalazła na nocnym stoliku gospodarza. Piotrek znalazł ją tam przypadkiem, także szukając chwili ciszy. Przegadali połowę nocy, jakby znali się całe życie, a nie parę godzin. Pocałowali się dopiero na trzeciej randce. Potem ich związek przechodził różne fazy: od luźnych, sporadycznych, niezobowiązujących spotkań kończących się nieraz niezobowiązującym seksem, poprzez regularne randki, wspólne weekendowe wypady, aż do zapoznania z rodzicami i nieśmiałego snucia pierwszych planów na przyszłość. To nie była miłość od pierwszego wejrzenia, nagły strzał amora, niepowstrzymany poryw serca. Ich relacja dojrzewała jak wino, choć ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że – jak ser, bo po tych dwunastu miesiącach czuć było już delikatny odorek psucia. Wszystko przez tę jego pracę…. No może nie wszystko. Była jeszcze kwestia ich wspólnej przyszłości. Iza nie naciskała, ale wiedział, że po roku znajomości oczekuje od niego jakichś deklaracji. On też zdawał sobie sprawę, że powinien coś zaproponować w sprawie ich wspólnej przyszłości, nie mogą wiecznie ze sobą „chodzić” jak jakieś nastolatki.

Dzwonił do Izy już trzy razy, przepraszając i obiecując, że zaraz kończy, ale spóźniał się już ponad dwie godziny. Zatrzymał się przy kwiaciarni. Oszacował, że dodatkowe piętnaście minut poświęcone na kupno kwiatów, może nie poprawią jego sytuacji, ale też jej nie pogorszą.

– Co dla pana – zagadnęła kwiaciarka, kobieta w podeszłym wieku.

– Co się kupuje na przeprosiny? – zapytał, rozglądając się bezradnie pośród roślinności.

– Dla żony? – zapytała konfidencjonalnie.

– Nie – zawahał się – dla narzeczonej. Prawie – dodał.

– No to, czerwone róże – powiedziała kwiaciarka zdecydowanie.

– Pomogą? – zapytał z uśmiechem.

– No, tego to panu nie gwarantuję, ale te powinny zmiękczyć najbardziej zatwardziałe serce. – kobieta wzięła do ręki długi, krwistoczerwony kwiat o mięsistych płatkach.

– To poproszę.

Umówili się u niego w mieszkaniu. Na szczęście Iza, od pewnego czasu, miała swój klucz, na wypadek właśnie takich sytuacji, inaczej pocałowała by klamkę i to byłby, z pewnością, gwóźdź do trumny ich związku.

Piotr otworzył drzwi mieszkania i wszedł zasłaniając się bukietem róż.

– Przepraszam – powiedział błagalnym tonem.

– Wszystko już zimne – odpowiedziała Iza adekwatnie lodowatym tonem, nie wstając z fotela i wpatrując się w telewizor, na którym leciał jakiś głupawy reality show. Na ekranie uczestnicy przechodzili po moście zawieszonym nad przepaścią i odgadywali przy tym zagadki.

– Ten łosoś wygląda pysznie. Włożę do piekarnika, odgrzeje się – próbował łagodzić sytuację.

– Rób co chcesz. Straciłam apetyt.

Przykucnął przy fotelu, na którym siedziała i wręczył jej kwiaty.

– Naprawdę mi przykro. Ale musiałem to dziś skończyć.

Na jej twarzy widział walczące ze sobą emocje: z jednej strony chęć konsekwentnego trzymania się swojego focha, z drugiej – kolejnego odpuszczenia mu win. Róże zdawały się przechylać szalę na korzyść tego drugiego uczucia. Niestety, nagły sygnał jego telefonu przyłączył się do walki po stronie focha. Piotr uśmiechnął się tylko przepraszająco, wstał i odebrał połączenie.

– Słucham?

Dłuższą chwilę chodził nerwowo po pokoju z telefonem przy uchu wydając tylko krótkie, pojedyncze komunikaty, w stylu: „tak”, „oczywiście”, „dobrze”. Kiedy zakończył rozmowę, spojrzał na Izę z uśmiechem.

– Ale mnie zaszczyt kopnął – powiedział pozornie drwiącym tonem. – Sam komendant dzwonił.

– Yhy – dziewczyna mruknęła bez zainteresowania.

– Będę miał własne śledztwo – powiedział zadowolony. – No może nie własne, ale wspólnie z jakimś komisarzem z Bremen.

– Wspaniale – dodała naburmuszona. – Jeszcze dłużej będziesz pracował? – spytała sarkastycznie.

– To taka sprawa z archiwum X – kontynuował niewzruszony sceptycznym nastawieniem dziewczyny. – Zabójstwo sprzed trzydziestu lat. To się stało w Niemczech, ale tropy prowadzą do Polski. Przydzielili mnie do tej sprawy, bo znam niemiecki. Przynajmniej wreszcie na coś mi się przyda ten język. Chociaż muszę sobie trochę przypomnieć gramatykę…

Piotr zorientował się, że jego entuzjazm, delikatnie mówiąc, słabo udziela się Izie. Uklęknął przy niej i przytulił ją niezgrabnie.

– Kochanie, zrozum, to dla mnie szansa.

Dziewczyna nie wydawała się przekonana, ale pokiwała z rezygnacją głową. Praca Piotra była utrapieniem dla ich związku, ale zdawała sobie sprawę, że dla niego była ważna. Gdyby postawiła mu ultimatum, w którym musiałby wybrać między nią, a pracą, nie byłaby pewna jego wyboru. Pozostało jej cieszyć się z pozycji numer dwa, w końcu to miejsce na podium.

– Ale wiesz co? Mam taki pomysł, żebyśmy się częściej widywali – powiedział Piotr.

Spojrzenie, którym go obdarzyła wyrażało lekkie zainteresowanie. Nie zrezygnowała całkiem z focha, ale posunęła się do tego, że spojrzała w jego kierunku. Nie żeby nawiązała z nim kontakt wzrokowy, to byłoby zbyt wiele, błądziła raczej wzrokiem gdzieś w okolicach rękawa jego koszuli.

– Może byś się tu wprowadziła?

Po tych słowach zerknęła już wprost w jego oczy i to dużo przychylniej, a na jej zachmurzonej twarzy pojawiły się nieśmiałe, jasne promyki.

– Mówisz poważnie? – zapytała cicho.

– Jasne, już dawno o tym myślałem. Nasza rocznica to chyba dobry moment na taką decyzję. Co ty na to?

Nic nie odpowiedziała, tylko przytuliła się do niego mocno.

***

Klimatyzacja w sali konferencyjnej wrocławskiej komendy pracowała pełną mocą, aby utrzymać temperaturę na akceptowalnym poziomie. Promienie słoneczne, przedzierające się gdzieniegdzie przez zasłonięte rolety odbijały się ostrymi smugami na błyszczącym blacie długiego stołu. Na jego środku ktoś postawił mały stojak z wetkniętymi weń chorągiewkami w barwach narodowych Polski i Niemiec, co miało dodać spotkaniu oficjalnego charakteru międzynarodowego. Sierżant Lenart powiódł wzrokiem po zebranych. Obok niego siedział aspirant Mroczek usiłując sprawiać wrażenie zagłębionego w lekturze leżących przed nim dokumentów. Naprzeciwko nich siedziało dwóch gości z Niemiec, obaj ubrani po cywilnemu, elegancko i oficjalnie. Starszy z nich zdradzał oznaki zniecierpliwienia, spoglądając co chwilę na klasyczny zegarek na przegubie ręki. Wreszcie drzwi otworzyły się i wszedł ostatni uczestnik spotkania.

– Dzień dobry panom. Przepraszam za spóźnienie.

Położył na stole teczkę z dokumentami i opadł ciężko na krzesło.

– Szanowni państwo, nazywam się Jerzy Biernacki, jestem prokuratorem odpowiedzialnym za postępowanie ze strony polskiej i otwieram pierwsze posiedzenie wspólnego zespołu śledczego – zaczął po angielsku. – Dziękuję wszystkim za przybycie. Mam nadzieję, że rozmowa w języku angielski wszystkim odpowiada?

Wszyscy pokiwali potwierdzająco głowami.

– Jak państwo wiedzą, działamy na podstawie podpisanej umowy Joint Investigation Team. Sprawa dotyczy zabójstwa obywatelki polskiej na terenie Niemiec w 1992 roku. Poproszę stronę niemiecką o przedstawienie sprawy.

Johan Vogel – odezwał się młodszy z Niemców. – Nadzoruję śledztwo z ramienia prokuratury niemieckiej. Sprawa dotyczy zabójstwa obywatelki polskiej Katarzyny Cieleckiej w 1992 roku. Śledztwo wszczęto w związku z odnalezieniem jej zwłok przez przypadkowego turystę na wyspie Juist. Rozumiem, że wszyscy panowie zapoznali się z aktami śledztwa, więc nie będę wchodził teraz w szczegóły.

Lenart nie odezwał się, mimo, że nikt jeszcze żadnych dokumentów mu nie pokazał. Spojrzał tylko znacząco na Mroczka, ale ten nie uznał za stosowne wyjaśnić, że nie wprowadził sierżanta w sprawę.

– Przedstawiam komisarza Jurgena Starka, który będzie przeprowadzał czynności, zarówno w Niemczech, jak i na terenie waszego kraju. Oczywiście w ścisłej współpracy z polską policją.

Niemiecki prokurator zawiesił głos więc Biernacki poczuł się zobowiązany do kontynuacji.

– Tak, oczywiście, pewnych czynności, zgodnie z jurysdykcją, komisarz Stark nie może prowadzić w Polsce, dlatego z naszej strony będzie z nim współpracował wyznaczony przez nas funkcjonariusz. Aspirancie?

– Mroczek, niezbyt biegły w językach obcych, zamruczał coś niezrozumiale pod nosem. Z jego wypowiedzi wyraźne było tylko nazwisko „Lenart”.

– Sierżant Lenart – odezwał się Piotr, wywołany do odpowiedzi. – Będę miał przyjemność współpracować z komisarzem Starkiem. Mówię po niemiecku więc łatwo będzie się nam komunikować.

– To się jeszcze okaże – burknął niemiecki policjant.

– Nie rozumiem – zdziwił się prokurator Biernacki.

– Okaże się jeszcze, czy będzie to przyjemność – wyjaśnił Stark z poważną miną.

Wszyscy uśmiechnęli się, biorąc słowa komisarza za żart, oprócz Mroczka, który nie zrozumiał, a Lenart, choć uśmiechnął się grzecznie, podejrzewał, że to nie będzie wesoła współpraca.

– Oprócz nas, do zespołu należy Michael Walter, nasz analityk w Bremen – kontynuował prokurator Vogel. – Będzie prowadził czynności na wyspie Juist, współpracował z patologami i laboratorium kryminalistycznym. Struktura naszej grupy wygląda więc następująco: śledztwem kieruje prokuratura niemiecka ze względu na jurysdykcję, a polska prokuratura stanowi organ pomocniczy. Ze strony policji dochodzenie prowadzi komisarz Stark, mając do pomocy sierżanta Lenarta w Polsce i analityka, Michaela Waltera w Bremen. Czy są jakieś uwagi?

Nikt z zebranych się nie odezwał. Każdy chciał mieć jak najszybciej za sobą te proceduralne zagadnienia. Ustalono kanały komunikacji, sposoby raportowania i omówiono mnóstwo mniej lub bardziej istotnych detali porozumienia między organami ścigania obu stron. Po dwóch godzinach prokurator Jerzy Biernacki podziękował zebranym i zakończył spotkanie. Przy wyjściu zagadnął Lenarta.

– Sierżancie, pali pan?

– Nie – odparł policjant zaskoczony pytaniem.

– A biernie?

– Chce pan wyjść, pogadać? – domyślił się Piotr.

– Trochę mniej oficjalnie – odpowiedział prokurator rozluźniając krawat.

Wyszli na tył budynku komendy, gdzie w cieniu budynku stało kilka grupek, nad którymi unosiły się smugi dymu.

– Brał pan już udział w takim dochodzeniu? – zapytał Biernacki wypuszczając z płuc obłok dymu z Camela.

– „Takim”, to znaczy, w jakim?

– No, wie pan… Archiwum X, zabójstwo sprzed lat…

– Jeszcze nie, ale słyszałem, że komisarz Stark jest ekspertem w takich sprawach. Chętnie się nauczę czegoś nowego.

– Nie zaskoczyło pana, że to właśnie pan dostał tę sprawę?

– Znam niemiecki – odpowiedział Lenart niepewnie.

– Taaak – westchnął Biernacki. – To dobry pretekst żeby panu to wcisnąć.

– Wcisnąć?

– Wie pan? Nie lubię tych nowoczesnych wynalazków – powiedział wskazując na dymiącego mu między palcami papierosa. – Jak już się truć to uczciwie, klasycznie. A pan nie pali, nawet tych e-fajek?

– Nie.

– No i słusznie. Niech pan posłucha sierżancie – prokurator nagle wrócił do tematu – to śledztwo będzie cholernie trudne do rozwiązania. Jeżeli świadkowie żyją, to pewnie nic nie pamiętają po trzydziestu latach. Śladów kryminalistycznych praktycznie brak, z tego co czytałem w aktach. Tak więc, na sukces zawodowy raczej bym nie liczył. A jeszcze ten Stark – tu Biernacki westchnął jeszcze głębiej.

– Co z nim?

– A, nie, nic – prokurator machnął ręką rozwiewając chmurę papierosowego dymu, która unosiła się w upalnym, nieruchomym powietrzu. – Różne pogłoski krążą… Ale sam pan zaraz się przekona. Tak, czy inaczej, ja nie mam zamiaru panu utrudniać śledztwa. Zresztą, to niemiecka prokuratura tu rządzi. Proszę tylko o regularne raporty.

Lenart pomyślał, że prokurator tym oświadczeniem chciał zapewnić sobie, i mniej pracy, i wdzięczność policjanta śledczego.

– Powodzenia sierżancie – Biernacki rzucił papierosa na ziemię, przydepnął go starannie butem i wyciągnął dłoń do Lenarta.

***

Komisarz Jurgen Stark nie zrobił dobrego pierwszego wrażenia na Lenarcie. Był to wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna po czterdziestce, niewątpliwie przystojny, a dyskretna siwizna na skroniach tylko dodawała mu szyku. Zachowywał się jednak nad wyraz niesympatyczn ie i opryskliwie. Kiedy Lenart wszedł do gabinetu, w którym ulokowano gościa z Niemiec, ten nie ruszył się nawet z krzesła żeby się przywitać. Skinął tylko głową swojemu nowemu partnerowi przypominając sucho swoje imię, nazwisko i stopień służbowy, który, jak wydawało się Piotrowi, mocniej zaakcentował. Wyrzucając z siebie tylko krótkie, pojedyncze informacje i polecenia, przedstawił sierżantowi zasady, na jakich odbywać się miała ich współpraca. Złe wrażenie nie pozostawało bez związku z językiem, którym się posługiwał; po niemiecku polecenia brzmiały jeszcze mniej uprzejmie. Według słów komisarza, Piotr miał, de facto, pełnić funkcję tłumacza i wykonywać proste czynności służbowe. Czuł, że czeka go kolejne zawodowe rozczarowanie.

– Zna pan akta śledztwa, sierżancie?

– Nie miałem jeszcze okazji ich zobaczyć – odparł Lenart.

– Niech się pan z tym zapozna – powiedział komisarz, kładąc przed sierżantem niezbyt grubą teczkę.

Nie było tego zbyt wiele: raport z miejsca zdarzenia, wstępne wyniki oględzin zwłok, kilka dokumentów z przeprowadzonych, standardowych czynności śledczych. Nawet w obcym języku, z łatwością przyswajał najważniejsze fakty. Sierżant przyglądał się zdjęciom szczątków ludzkiego ciała. Widok trupa już od dawna nie przyprawiał Lenarta o szybsze bicie serca, w dodatku te zwłoki były całkowicie pozbawione miękkich tkanek, sprawiały więc wrażenie nie realnej ofiary, a raczej anonimowego wykopaliska archeologicznego.

Rozległo się pospieszne pukanie i w drzwiach pojawił się aspirant Mroczek. Niepewny uśmiech błąkał mu się na ustach.

– Przyszedłem zobaczyć, czy wszystko w porządku. Niczego wam nie brakuje?

– Stark zerknął pytająco na Lenarta. Ten przetłumaczył mu słowa gościa.

– Ja, ich nehme einen Espresso und ein Croisant – rzucił i stracił zainteresowanie aspirantem Mroczkiem.

Lenart z trudem stłumił śmiech. Mroczek, mimo słabej znajomości języków obcych, bez trudu wychwycił sens zdania, rozpoznając nazwę kawy i rogalika oraz ton kpiny w głosie komisarza. Spurpurowiał na twarzy.

– To nie kawiarnia – rzucił oschle.

– Ja? Du siehst aus wie ein Kellner.

– Dzięki. Damy znać jak czegoś będziemy potrzebowali – całkiem inaczej przetłumaczył Lenart, choć sens odpowiedzi Starka nie było trudno zrozumieć. Słowo „kelner” brzmiało po polsku dokładnie tak samo.

– Dzięki, Piotr za wczoraj. Dobra robota z tym monitoringiem – zmienił temat Mroczek, tym razem zwracając się już wprost do Lenarta.

– Nic nie znalazłem – odpowiedział szorstko.

– No wiesz, brak informacji to też informacja.

Piotr pomyślał, że Mroczek nigdy się tak nie zachowywał. Nie przypominał sobie, kiedy ten ostatni raz go pochwalił za cokolwiek. Chciał przed Starkiem grać rolę dobrego szefa, który motywuje swoich podwładnych? A może chciał dać komisarzowi do zrozumienia, że dostał do pomocy sprawnego, wartościowego funkcjonariusza, a nie niedorajdę, któremu zleca się najmniej odpowiedzialną robotę? Tak czy inaczej, nie poprawiło to Lenartowi humoru.

– No tak. To… powodzenia – rzucił Mroczek speszony tym, że Lenart nie podjął tematu. Chrząknął i niepewnie zamknął za sobą drzwi pokoju.

– Nächstes Mal bitte sorgfältig übersetzen – warknął komisarz Stark nie patrząc nawet na sierżanta.

Miał pretensję, że ten nie przetłumaczył dokładnie jego słów. Widocznie, co nieco rozumiał po polsku. Lenart nie przetłumaczył złośliwości Starka, bo zależało mu, żeby załagodzić zbliżający się nieuchronnie konflikt. Najwyraźniej jednak, Stark miał w nosie nawiązanie dobrych relacji ze współpracownikami. Mało tego, Piotr miał wrażenie, że Starkowi zależało na zbudowaniu sobie wizerunku chama. Tak jakby wyznaczył sobie precyzyjny cel, a przyjaźnie w pracy, czy choćby koleżeńskie kontakty stanowiły ogromną przeszkodę w jego osiągnięciu. Lenart nie miał jednak pojęcia, jak robienie sobie, już od pierwszego dnia, wrogów na komendzie miało mu pomóc w śledztwie. Mimo, że nie przetłumaczył najbardziej aroganckich słów Starka, Mroczek z pewnością je zrozumiał.

– Ja, das ist richtig! – powiedział tylko potulnie.

Pracowali w przydzielonym im, osobnym gabinecie, co świadczyło o priorytetowym potraktowaniu sprawy przez decydentów we wrocławskim komisariacie. Jeszcze niedawno Piotr cieszył się, że opuścił, przynajmniej na pewien czas, open space i nie będzie narażony na takie wrzutki jak wczoraj, ale teraz nie miał pewności, czy nie trafił z deszczu pod rynnę.

– Ofiara to Katarzyna Cielecka, dwadzieścia sześć lat, z zawodu fryzjerka, mężatka. Pracowała na Juist jako pomoc kuchenna w restauracji Am Hafen , oczywiście nielegalnie, jak większość polskich pracowników w tamtym czasie – zaczął relacjonować rzeczowo Stark. – Mieszkała na terenie restauracji, w pomieszczeniu służbowym.

Tych kilka konkretnych informacji uzmysłowiło Lenartowi, że ten wypreparowany zbiór kości, które oglądał na zdjęciach, to był prawdziwy człowiek, kobieta, która miała imię, nazwisko, rodzinę, przyjaciół, swoje problemy i aspiracje, i która mogłaby żyć do tej pory, gdyby ktoś brutalnie tego życia nie zakończył.

– Przyczyna zgonu: zagardlenie – przeczytał sierżant. – Mało wyrafinowana forma zabójstwa. To może wskazywać na silnego mężczyznę, który ją udusił w afekcie.

– Skąd taki pomysł?

– Zabójca udusił ją własnymi rękami, nie użył żadnych narzędzi, co może świadczyć o tym, że to była spontaniczna reakcja, że nie przygotował się do zbrodni.

– To spekulacje. Taka metoda zabójstwa może wskazywać na wiele motywów i sprawców – odparł sucho komisarz.

– Zastanawia mnie też, że nie znaleziono śladów dna pod paznokciami. Według raportu, została uduszona dłońmi, a kiedy człowiek jest duszony, instynktownie próbuje rozluźnić uścisk, chwytając za dłonie napastnika – zademonstrował gest osoby broniącej się przed duszeniem. – Zupełnie, jakby dziewczyna nie stawiała oporu..

Komisarz pokiwał tylko głową, nie komentując rozważań sierżanta.

– Jak ustalono jej tożsamość? – zapytał Lenart?

– Znaleziono przy niej dowód osobisty, a raczej to co z niego zostało. Gdyby nie to, pewnie sprawa zostałaby umorzona. Nie ma żadnych innych dokumentów świadczących o jej obecności na wyspie.

– A ta restauracja, gdzie pracowała; dotarliście do jakichś świadków?

– Właściciel restauracji ją zapamiętał, ale żadne dokumenty się nie zachowały.

– Bo pewnie nigdy ich nie było, skoro pracowała na czarno – rzucił Piotr.

– Pewnie nie. Była tam jedyną Polką w załodze. Twierdzi, że nie utrzymywała kontaktu z kolegami z pracy. Prawdopodobnie dlatego, że nie znała zbyt dobrze języka.

– Dlaczego właściwie ta sprawa trafiła do Wrocławia, przecież ofiara nie mieszkała tutaj? – zapytał Lenart.

– Tu prowadzi jeden ze śladów, we Wrocławiu mieszka jedyny odnaleziony na razie, potencjalny świadek tamtych wydarzeń: Grzegorz Sochaj. Pracował na Juist w tym samym czasie w pensjonacie Pirola. To nie daleko Am Hafen. Poza tym, byli w podobnym wieku. Jest szansa, że się znali.

– Wygląda na to, że tam nigdzie nie jest daleko – zauważył Piotr.

– Tak, to mała wyspa, tym większe prawdopodobieństwo, że się spotkali. Z kimś musiała utrzymywać kontakty, skoro w miejscu pracy nie miała na to szans. Na wyspie bywało sporo pracowników z Polski.

– A może.. – coś nagle przyszło Piotrowi do głowy. – Może morderca wcale jej nie znał? Może była przypadkową ofiarą?

– Oczywiście. Czyli, co: może wpiszemy tę wersję w akta i umorzymy śledztwo? – zapytał Stark ironicznie?

– Nie to miałem na myśli – zaczął się tłumaczyć Lenart. – Po prostu mówię, że istnieje takie prawdopodobieństwo.

– Nasz wydział w Bremen sprawdza ewentualnych podejrzanych, którzy mogli wtedy znajdować się na wyspie. Ludzi z przeszłością kryminalną, recydywistów po wyroku za gwałt i tym podobne. Ale szansa na odnalezienie takich osób po trzydziestu latach jest bliska zeru, nie mówiąc o udowodnieniu im czegokolwiek. Skupiamy się więc na tych, którzy mogli ją znać, szukamy motywów, sposobności, czegokolwiek, co pomoże nam znaleźć zabójcę.

– A więc zaczynamy od tego Sochaja?

– Dostał wezwanie na przesłuchanie na jutro, ale pierwsze czynności przeprowadzimy w Reszlu. Porozmawiamy z mężem ofiary. Niech pan się zbiera, sierżancie, ruszamy za piętnaście minut.

– W sensie, że… dzisiaj? – zapytał Lenart, zirytowany traktowaniem go z góry przez Starka.

– Tak, czy to jakiś problem? – zapytał Stark lodowatym tonem.

– Nie, nie, żaden problem – odparł zrezygnowany. – Zaraz będę gotowy.

Zaczął nerwowo pakować podręczną torbę, myśląc, jak wytrzyma z tym gburem i przygotowując ripostę, która pokaże mu, że nie może tak traktować swojego partnera. Po chwili jednak ochłonął. Doszedł do wniosku, że podkręcanie atmosfery i generowanie konfliktu nie jest dobrą drogą. Postanowił wybrać inną strategię: metodę małych kroczków. Zacznie od tego, żeby komisarz przestał tytułować go „sierżantem”. Po pierwsze, zmniejszy to dystans między nimi, a po drugie… nie będzie tak eksponować jego podległości służbowej,

– Może przejdziemy na ty? – zaproponował Lenart wyciągając dłoń. – Piotr.

Komisarz spojrzał na jego wyciągniętą dłoń jakby obserwował coś niebywale nie apetycznego, co podano mu na obiad.

– Będę się zwracał do pana stopniem służbowym i będę wdzięczny jeśli pan również zachowa w naszej pracy pełen profesjonalizm – powiedział wolno i dobitnie, a jego ton nie świadczył o jakiejkolwiek wdzięczności.

– Gdzie się pan zatrzymał we Wrocławiu, komisarzu? – zapytał Lenart, obserwując znad kierownicy ruch na drodze.

Nie, żeby go to obchodziło, ale chciał przerwać niezręczną ciszę panującą w samochodzie i nawiązać z tym człowiekiem jakąkolwiek nić porozumienia.

– W hotelu Novotel – odparł Niemiec, nie rozwijając tematu.

– I jak? To… dobry hotel?

– Może być.

– Trochę daleko do centrum miasta.

– Tak – potwierdził gburowato komisarz.

Ponownie zapadło milczenie. Po kilku podejściach, Piotr zaniechał prób nawiązania rozmowy, która, mimo jego wysiłków kompletnie się nie kleiła. Nie mieli żadnych wspólnych tematów. Jedyny dialog jaki odbyli dotyczył służbowych instrukcji od Starka dla Lenarta, na temat pytań, jakie ma zadawać Andrzejowi Cieleckiemu. To Piotr miał prowadzić rozpytanie świadka . Stark dał mu pewne wytyczne, jednak pozostawił swobodę w formułowaniu pytań, w zależności od tego, jak potoczy się rozmowa. Zgodnie z międzynarodowymi przepisami, komisarz nie miał prawa prowadzić przesłuchania na terenie obcego kraju, ale mógł zadawać pytania za zgodą rozmówcy.

– Jaką pan lubi muzykę? – Piotr ponowił próbę nawiązania relacji włączając radio. Wnętrze auta wypełniły dźwięki jednego z przebojów Taylor Swift.

– Proszę to wyłączyć sierżancie – odparł spokojnie Stark. – Nie mogę się przy tym skupić.

– Jasne. Nie ma sprawy.

Lenart przekręcił gałkę radia. W samochodzie rozbrzmiewał teraz tylko jednolity odgłos silnika. Spędzili tak siedem bardzo długich godzin zanim dotarli do Reszla.

Szczególnie dłużyło im się od zjazdu z autostrady A1 na wysokości Olsztynka. Od tego momentu sierżant Piotr Lenart musiał zdjąć nogę z gazu przejeżdżając przez wiele mniejszych i większych warmińskich miejscowości. Turystyczny okres sprzyjał dużemu ruchowi na trasie. Wreszcie minęli tablicę z napisem Reszel.

Stara, pruska zabudowa z górującym nad miastem zamkiem biskupów warmińskich robiła przyjemne wrażenie. Historyczne budynki, niektóre z charakterystycznym murem pruskim, nadawały miejscowości unikalny klimat. Minęli starówkę i skierowali się w kierunku, niepasującego do otoczenia, osiedla wysokich bloków, gdzie skierowała ich nawigacja. Zaparkowali pod jednym z szaro-żółtych budynków i stanęli pod bramą. Lenart nacisnął przycisk domofonu. Mężczyzna, powiadomiony o ich przyjeździe już na nich czekał i bez zwłoki wpuścił ich do budynku.

– Dzień dobry – przywitał się Lenart w progu mieszkania. – Komisarz Stark i sierżant Lenart.

Lokum było niewielkie: pokój połączony z kuchnią, sypialnia i łazienka. Było zadziwiająco czysto, choć rzucało się w oczy, że czas świetności mebli i sprzętów dawno już minął. Cielecki zaprosił ich do pokoju, gdzie pod ścianą stała wysłużona kanapa i stary fotel od innego kompletu. Usiedli. Kanapa okazała się zaskakująco wygodna.

– Wie pan, w jakiej sprawie przyszliśmy? – zapytał Lenart.

– Tak, to straszne. Powiedzieli mi o Kasi – odparł starszy mężczyzna, ale ton jego głosu nie świadczył , bynajmniej, by dręczyła go jakaś szczególna trauma po śmierci żony.

Mężczyzna miał około sześćdziesięciu lat i twarz zniszczoną życiem, w sposób typowy dla ludzi nadużywających alkoholu. Był wysoki, szczupły, a nawet wręcz chudy, ale chodził przygarbiony, przez co wydawał się niższy niż był w rzeczywistości. Mówił niskim, ochrypłym głosem.

– Panie Cielecki, dlaczego nigdy nie zgłosił pan zaginięcia żony? – zadał pytanie Lenart.

– Ja to myślałem wtedy, panie oficerze, że ona se tam kogoś znalazła w tym erefenie – Cielecki próbował się przypodobać rozmówcy. – Że zamiast pieniądze zarabiać, bo raty za mieszkanie trza było płacić, to pewnie przygruchała sobie gacha i wybrała łatwiejsze życie, nie? To co miałem zgłaszać? Komu? Panu Bogu, że mnie baba kantem puściła?

– I nigdy nie chciał pan zmienić stanu cywilnego?

– W sensie: żenić się? Eee, nie. Gdybym chciał się potem chajtać z inną to bym pewnie to jakoś załatwił w urzędzie, ale ja tam już nikogo do ołtarza ciągnąć nie chciałem. Jedna żona mi wystarczyła aż nadto. No to zostałem z tą moją żoną, co to jej nie miałem.

– I nigdy się pan nie niepokoił, że coś jej się mogło stać?

– Na początku się zmartwiłem , nie powiem, ale powiedzieli mi tam w tej jej restauracji, gdzie pracowała, że rzuciła robotę i sobie pojechała. Czekałem, że się odezwie i nic. Potem czekałem, bo myślałem, że będzie chciała rozwodu, ale dalej nic, cisza. A okazuje się, że ona, biedna leżała tam w tym piachu tyle lat.

Cieleckiemu trzęsły się ręce. Lenart podejrzewał, że to nie jest oznaka emocji związanych ze śmiercią małżonki, tylko zwykła reakcja na brak alkoholu. Mężczyzna przez całą rozmowę starał się sprawiać wrażenie człowieka będącego wzorem cnót obywatelskich, choć policjanci znali jego kartotekę. Wynikało z niej, że Cielecki miał w swoim życiu kilka konfliktów z wymiarem sprawiedliwości, zwykle pod wpływem alkoholu. Nie były to poważne przestępstwa, ale był dobrze znany miejscowej policji.

– Kiedy miał pan z nią kontakt ostatni raz?

Mężczyzna zamyślił się.

– A jakoś tak tydzień przed tym jak zniknęła. Dzwoniła do mnie.

– I nie mówiła wtedy nic, co by pana zaniepokoiło?

– Panie oficerze, a ja pamiętam co mi baba gadała trzydzieści lat temu do słuchawki? Pewnie, jakby mówiła, że ktoś chce ją zamordować, to bym zapamiętał, ale widać, nie mówiła, nie?

– Jestem sierżantem – poprawił go Lenart dla porządku. – Czy przez cały pobyt żony na Juist przebywał pan w Reszlu?

– No jasne, a gdzie miałem być?

– I nigdzie pan nie wyjeżdżał?

– Nie – odpowiedział zaniepokojony kierunkiem, w którym zmierzają pytania.

– Jak się układało między wami? Kłóciliście się?

– Jak to między mężem i żoną, czasem kłótnie były, nie powiem, ale, bóg mi świadkiem, byliśmy dobrym małżeństwem.

– Boga to raczej nie uda nam się przesłuchać – zauważył Piotr sarkastycznie.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij