Pamiętaj o mnie - ebook
Pamiętaj o mnie - ebook
Są tajemnice, których odkrycie,
ZMIENIA WSZYSTKO
Littleport w stanie Maine. Nadmorskie, duszne miasteczko. Po tragicznej śmierci rodziców Avery próbuje popełnić samobójstwo. Jej plan mógłby się udać, gdyby nie nagłe pojawienie się Sadie, córki właścicieli hotelu. Dziewczyna ratuje jej życie i od tej pory, mimo dzielących je różnic, stają się nierozłączne.
Do czasu.
W ostatnią noc lata Avery dowiaduje się, że jej przyjaciółkę znaleziono martwą w pobliżu urwiska. Nieszczęśliwy wypadek czy skrupulatnie zaplanowane morderstwo? A może Sadie postanowiła popełnić samobójstwo? Co próbowała przekazać w ostatniej wiadomości pisanej do Avery?
Kiedy rok po śmierci Sadie pojawiają się nowe dowody, a podejrzenia zaczynają się skupiać wokół Avery, ta postanawia za wszelką cenę oczyścić się z zarzutów i odkryć, co tak naprawdę stało się z jej przyjaciółką…
Megan Miranda – amerykańska pisarka, autorka thrillerów, między innymi bestsellerowego Miasteczka kłamców.
Powyższy opis pochodzi od wydawcy.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-240-6306-2 |
| Rozmiar pliku: | 899 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Miałam ochotę po nią wrócić. Kiedy nie przyszła. Kiedy nie odbierała telefonu i nie odpisywała.
Ale na miejscu były drinki, a poza tym nie mogłam się wydostać, bo blokowały mnie inne samochody. No i odpowiedzialność – to ja miałam mieć oko na imprezę i dopilnować, żeby nie było żadnych niespodzianek.
Zresztą i tak by mnie wyśmiała, gdybym po nią wróciła. Przewróciłaby oczyma i powiedziała: _Nie bądź jak moja matka, Avery_.
Ale to tylko wymówki. Wiem o tym.
------------------------------------------------------------------------
Przybyłam do punktu widokowego jako pierwsza.
W tym roku impreza miała się odbyć na kwaterze w zaułku, w trzypokojowym domu stojącym na końcu długiej zadrzewionej alei. Podjazd był tak mały, że nie zmieściłyby się tam dwa samochody. Lomanowie nazwali tę posiadłość Błękitnym Rudzikiem, ponieważ ściany zdobił bladoniebieski siding, a czworokątny dach przypominał karmnik dla ptaków. Mnie samej ta nazwa bardziej kojarzyła się z tym, że dom stanowił barwną plamę w gęstwinie drzew. Był tak dobrze ukryty, że dało się go zauważyć, dopiero kiedy człowiek wiedział, czego szuka.
Lokalizacja nie wydawała się najprzyjemniejsza. Widok też nie chwytał za serce – za daleko, by zobaczyć ocean, jednak wystarczająco blisko, by słyszeć jego szum – za to miejsce było zdecydowanie najbardziej oddalone od pensjonatu przy ulicy, zaś ganek otaczał gęsty żywopłot, co dawało nadzieję, że nikt niczego nie zauważy ani nie będzie miał pretensji.
Wszystkie letnie kwatery wynajmowane przez Lomanów od wewnątrz wyglądały tak samo. Czasami zdarzało się, że kończyłam obchód kompletnie zdezorientowana: w miejscu, gdzie spodziewałam się kamiennych schodów, stała huśtawka, a zamiast gór miałam przed oczyma ocean. W każdym domku kafelki na posadzce były identyczne, wszędzie w tym samym szarym odcieniu, a do tego takie samo wykończenie wnętrza – swoisty kompromis pomiędzy stylem rustykalnym a ekskluzywnym. Na ścianach wisiały zdjęcia przedstawiające miasteczko Littleport: latarnię morską, białe maszty na przystani i spienione fale uderzające o wysoki brzeg. To zatopione wybrzeże – wąskie połacie ziemi wyłaniające się z oceanu, skalisty brzeg toczący nieustanny bój z potężną falą i wyspy, które pojawiały się lub znikały w oddali w zależności od pory przypływu.
Potrafiłam zrozumieć, dlaczego ludziom chce się jechać z miasta taki kawał drogi na długi weekend albo dlaczego decydują się przenieść do nas na całe lato; dlaczego pociągał ich wyjątkowy, bezpretensjonalny klimat tej małej miejscowości, dostępny tylko dla wybranych. Nasze miasteczko jest skrawkiem ziemi wydartym z otaczającej je dziczy. Z jednej strony otaczają je góry, z drugiej ocean. Jedyna droga do nas prowadzi wzdłuż wybrzeża, a pokonanie jej wymaga mnóstwa cierpliwości. Wydawałoby się, że to małe miasto zawdzięcza swoją egzystencję determinacji, z którą od dawna odpiera ataki nacierającej ze wszystkich stron natury.
Każdy, kto tu dorastał, miał wrażenie, że został naznaczony charakterem tego miejsca.
Wylałam na granitową płytę resztkę alkoholu przyniesionego z głównego budynku, pochowałam tłukące się ozdoby i włączyłam oświetlenie przy basenie. Następnie nalałam sobie drinka, usiadłam na tylnym ganku i wsłuchałam się w dźwięki oceanu. W koronach drzew szumiał chłodny jesienny wiatr. Zadrżałam i nieco ciaśniej otuliłam się kurtką.
W coroczną imprezę zawsze była wpisana pewna nerwowa atmosfera. To ostatnia próba oparcia się nieuchronnemu zakończeniu sezonu. Niedługo nadejdzie mroźna, niekończąca się i przejmująca do szpiku kości zima. Przyjdzie, gdy tylko odjadą ostatni turyści.
Ale najpierw to.
Gdzieś w oddali kolejna fala uderzyła o brzeg. Zamknęłam oczy i odliczałam sekundy. Czekałam.
Dzisiaj mieliśmy pożegnać lato, które tak naprawdę już dawno odeszło do morza, nie pytając nas o pozwolenie.
------------------------------------------------------------------------
Luciana przyjechała, gdy impreza trwała w najlepsze. Nie widziałam, jak wchodziła, ale teraz stała samotnie w kuchni, nieruchoma, niepewna i nieśmiała. Wyróżniała się na tle rozbawionej młodzieży, gdy tak przyglądała się im wszystkim z góry. To jej pierwsza impreza Plus Jeden. Wiedziałam, że to coś zupełnie innego niż te, na które chodziła przez całe lato. Jej powitanie w świecie prawdziwych wakacji w Littleport w stanie Maine.
Dotknęłam jej łokcia. Był zimny. Drgnęła i odwróciła się w moją stronę, po czym odetchnęła z ulgą, jak gdyby ucieszyła się, że to jednak ja.
– Nie do końca tego się spodziewałam – powiedziała.
Wyszykowała się trochę za bardzo jak na taką okazję. Podkręciła sobie końcówki włosów, włożyła eleganckie spodnie i buty na obcasach. Wyglądała, jakby wybierała się na brunch.
Uśmiechnęłam się:
– Jest z tobą Sadie?
Rozejrzałam się po pomieszczeniu, szukając charakterystycznej fryzury: ciemnoblond włosów z przedziałkiem na środku, splecionych w cieniutkie warkoczyki zaczynające się tuż nad skroniami i złączone z tyłu głowy. Jak u dziecka z innej epoki. Stanęłam na palcach i nastawiłam uszu, próbując wyłapać wśród gwaru jej śmiech.
Luce pokręciła głową. Ciemne falujące włosy muskały jej ramiona.
– Nie, chyba jeszcze się pakowała. Parker mnie podrzucił. Powiedział, że chce zostawić samochód przy pensjonacie, żebyśmy potem mieli jak wrócić.
To powiedziawszy, wskazała w kierunku stojącej na szczycie wzgórza wiktoriańskiej willi z ośmioma sypialniami, w której mieścił się pensjonat Na Widoku. Budynek zdobiły liczne wieżyczki i taras na dachu, z którego można było podziwiać całe bez mała Littleport – a przynajmniej wszystkie ważne miejsca w miasteczku – od przystani po piaszczysty pas Breaker Beach i cyple sięgające daleko w morze aż po północne granice miasta, gdzie mieszkali Lomanowie.
– Nie powinien tam parkować – odparłam.
W ręku już trzymałam telefon. Właściciele pensjonatu na sto procent zauważą, jeśli ludzie zaczną zostawiać samochody na ich podjeździe.
Luce wzruszyła ramionami. Parker Loman robił to, na co miał ochotę, a konsekwencjami się nie przejmował.
Przyłożyłam telefon do ucha. Muzyka grała tak głośno, że ledwie słyszałam sygnał, więc zasłoniłam telefon dłonią.
_Cześć, dodzwoniłeś się do Sadie Loman_.
Zakończyłam rozmowę i włożyłam telefon do kieszeni, po czym podałam Luce czerwony plastikowy kubeczek.
– Proszę – powiedziałam, choć naprawdę miałam na końcu języka: _Rany boskie, oddychaj! Wyluzuj się!_
To wykraczałoby jednak poza zwyczajowe ramy moich rozmów z Lucianą Suarez. Delikatnie wzięła ode mnie kubek, a ja tymczasem przestawiałam puste butelki, usiłując znaleźć jej ulubioną whisky. To była jedyna rzecz, którą u niej lubiłam. Kiedy nalałam jej trochę, zmarszczyła brwi i odparła:
– Dzięki.
– Nie ma za co.
Spędziłyśmy razem cały sezon letni, a ona nadal podchodziła do mnie jak pies do jeża. Kim dla niej byłam? Kobietą, która mieszkała w pensjonacie obok domu letniskowego jej chłopaka. Ale sama chyba nie wiedziała, czy ma mnie traktować jak przyjaciela czy wroga.
W końcu jednak na coś się chyba zdecydowała, bo nachyliła się w moją stronę, jak gdyby chciała mi się z czegoś zwierzyć.
– Nadal nie bardzo wiem, o co w tym wszystkim chodzi.
Uśmiechnęłam się szeroko.
– Zobaczysz.
Luciana nie była przekonana do pomysłu imprezy Plus Jeden, odkąd Parker i Sadie jej o tym powiedzieli. Uprzedzali ją, że nie wyjadą z rodzicami w weekend, w który przypada Święto Pracy, ale zostaną tydzień dłużej specjalnie z powodu balangi na zakończenie sezonu. Ostatnia noc dla tych, którzy spędzali tu całe lato od Memorial Day do Święta Pracy. Kilkanaście tygodni lata plus jeden. W ten sposób letnicy mogli chociaż odrobinę zahaczyć o codzienne, powakacyjne życie mieszkańców Littleport, którzy nie wyjeżdżali stąd po sezonie.
W przeciwieństwie do imprez, na które przez całe lato zabierali ją Lomanowie, tutaj próżno byłoby szukać cateringu, hostess z przekąskami czy barmanów. Królowały za to resztki, które po wyjeździe turystów zostały w barkach, lodówkach i spiżarniach. Nic tu do niczego nie pasowało. Nic nie było na swoim miejscu. Oto noc przejedzenia, przesytu, długie pożegnanie, a potem dziewięć miesięcy, żeby o wszystkim zapomnieć i liczyć na krótką pamięć pozostałych imprezowiczów.
Impreza Plus Jeden była jednocześnie ekskluzywna i dostępna. Nie było oficjalnej listy gości. Jeśli ktoś się dowiedział o imprezie, mógł się uważać za zaproszonego. Dorośli obarczeni prawdziwymi obowiązkami już dawno wrócili co codzienności. Młodsze dzieci rozpoczynały szkołę, więc wraz z nimi wyjechali ich rodzice. Impreza była zatem przeznaczona dla pozostałych – licealistów i starszych, którzy mieli ochotę jeszcze odrobinę zaszaleć, zanim wciągnie ich wir powszednich zmartwień. Bo potem takie imprezy już tylko męczą.
Tej nocy nie dało się rozróżnić, kto jest przyjezdnym, a kto miejscowym. Wszyscy byli równi. Tak przynajmniej chcieliśmy myśleć: że w głębi duszy wszyscy jesteśmy tacy sami.
Luce co chwila zerkała na delikatny złoty zegarek. Za każdym razem obracała go na nadgarstku i bawiła się nim.
– Rany boskie – powiedziała wreszcie. – Ileż można parkować.
------------------------------------------------------------------------
Parker pojawił się jako ostatni. Dostrzegł nas, gdy tylko stanął w drzwiach. Wszystkie spojrzenia skierowały się na niego. To była częsta reakcja na wejście Parkera Lomana. W jego zachowaniu, w jego wyniosłych manierach było coś, co momentalnie zwracało na niego uwagę zebranych, gdziekolwiek by się zjawił.
– Zauważą samochód – powiedziałam, kiedy do nas dołączył.
Parker pochylił się i objął Luce.
– Za bardzo się przejmujesz, Avery.
To była prawda, ale przejmowałam się tylko dlatego, że on nigdy nie zastanawiał się nad tym, jak ludzie go odbierają – miejscowi, którzy potrzebowali takich jak on, a jednocześnie ich nie lubili.
– Gdzie jest Sadie? – zapytałam, próbując przekrzyczeć muzykę. – Myślałam, że przyjedzie z wami.
W odpowiedzi machnął ręką, po czym spojrzał ponad moim ramieniem.
– Powiedziała, że mam na nią nie czekać. Chyba chciała mi w ten sposób dać do zrozumienia, że nie przyjdzie.
Pokręciłam głową. Odkąd po raz pierwszy przyszłyśmy razem na Imprezę Plus Jeden, kiedy miałyśmy po osiemnaście lat, Sadie pojawiała się tu rok w rok. Nie opuściła ani jednej.
Tego dnia weszła do pensjonatu bez pukania, otwarła drzwi i od progu zaczęła mnie wołać. Po chwili wpadła do mojego pokoju. Siedziałam akurat na białej kołdrze, z otwartym laptopem, w szortach od piżamy i koszulce termoaktywnej z długim rękawem oraz z włosami zebranymi w kok na czubku głowy. Ona była ubrana jak do wyjścia, a ja jeszcze nadrabiałam zaległości – pracuję w firmie Granta Lomana, która zajmuje się zarządzaniem nieruchomościami i wchodzi w skład jego deweloperskiego imperium.
Sadie miała na sobie niebieską sukienkę na ramiączkach i złote sandały z pasków. Wysunęła biodro tak, że pod materiałem zarysował się czubek kości, i powiedziała:
– No i co o tym sądzisz?
Sukienka podkreślała każdy detal jej figury.
Oparłam się na poduszkach i podciągnęłam kolana pod brodę. Myślałam, że zostanie.
– Wiesz, że w tym zmarzniesz? – zapytałam.
Ostatnie kilka nocy było chłodnych. Miejscowi mawiali, że to preludium do nadchodzących mrozów. Za tydzień restauracje i sklepy przy Harbor Drive zmienią godziny otwarcia, ogrodnicy wrócą na posady dozorców i kierowców autobusów szkolnych, a młodzież, która dorabiała jako kelnerzy i personel sprzątający, wyjedzie do New Hampshire, by pracować jako instruktorzy narciarstwa. Reszta z nas z przyzwyczajenia spijała ostatnie krople lata, jak gdyby można było nacieszyć się nim na zapas.
Sadie przewróciła oczyma.
– Nie bądź jak moja matka.
Żachnęła się, ale mimo to zajrzała mi do szafy i wyszperała sweter w czekoladowym kolorze, który i tak do niej należał. W ten sposób zamieniła zwykłą sukienkę w szykowną kreację z domieszką luzu. Tak od niechcenia. Obróciła się na pięcie i ruszyła w stronę drzwi. Szarpała palcami końcówki włosów. Widziałam, że rozsadza ją energia.
Co innego mogło ją tak podniecać, jeśli nie perspektywa imprezy?
Przez otwarte drzwi na ganek zauważyłam, że Connor siedzi na brzegu basenu z podwiniętymi nogawkami i moczy stopy w wodzie. Światełka na dnie sączyły na taflę błękitny blask. Przez moment miałam ochotę podejść i zapytać, czy nie widział Sadie, ale zrzuciłam ten nagły przypływ tęsknoty na alkohol. Ale mimo wszystko coś obudziło moją czujność. Nagle Connor spostrzegł, że mu się przyglądam, więc szybko odwróciłam głowę. Po prostu nie spodziewałam się, że go tu zobaczę.
Wyjęłam z kieszeni telefon i wysłałam jej wiadomość: _Gdzie jesteś?_
Wpatrywałam się w ekran komórki, gdy nagle zobaczyłam migoczące kropeczki – znak, że Sadie odpisuje. Po chwili kropeczki przestały jednak migotać, a odpowiedź wciąż nie nadchodziła.
Wysłałam kolejną wiadomość: _???_
Dalej nic. Przez kolejną minutę nie odrywałam wzroku od telefonu. W końcu poddałam się i schowałam go. Byłam przekonana, że mimo tego, co mówił Parker, Sadie jest już w drodze na imprezę.
W kuchni ktoś tańczył. Parker odchylił głowę w tył i roześmiał się w głos. Magia zaczynała działać. Poczułam na plecach dotyk czyjejś dłoni. Zamknęłam oczy i poddałam się chwili. Stawałam się kimś innym.
Tak bywa na imprezach.
------------------------------------------------------------------------
O północy wszystko wydawało się urywane i skryło się za mgłą. W pokoju było gorąco i parno, choć tylne drzwi na ganek otwarto. Dookoła wciąż rozbrzmiewał śmiech.
Parker spojrzał na mnie ponad głowami imprezowiczów. Stał przy wyjściu na ganek. Delikatnie skinął głową w stronę drzwi wejściowych. Ostrzeżenie.
Podążyłam za jego spojrzeniem. W progu stało dwóch policjantów. Chłodne powietrze momentalnie nas otrzeźwiło, gdy przeciąg przemknął od frontu do tylnych drzwi. Żaden z funkcjonariuszy nie miał czapki, jak gdyby chcieli wmieszać się w tłum. Wiedziałam już, że będę musiała stawić im czoło.
Dom był zarejestrowany na nazwisko Lomanów, ale to ja figurowałam w dokumentach jako zarządca nieruchomości. Poza tym właśnie mnie przypadła w udziale rola posłańca łączącego przedstawicieli obu światów, ponieważ teoretycznie należałam do każdego z nich. W rzeczywistości w jednym i drugim byłam obca.
Rozpoznałam policjantów, ale za nic nie mogłam sobie przypomnieć ich nazwisk. Littleport to raptem około trzech tysięcy mieszkańców, nie licząc przyjezdnych. Zauważyłam, że funkcjonariusze też mnie poznali. Po osiemnastych urodzinach przez rok pakowałam się w różnego rodzaju kłopoty, a biorąc pod uwagę ich wiek, oni z pewnością też to pamiętali. Nie czekałam, aż usłyszę od nich zażalenie. Postanowiłam działać.
– Przepraszam – próbowałam mówić stanowczo i spokojnie. – Zaraz dopilnuję, żeby się uciszyli.
To powiedziawszy, skinęłam ręką w bliżej nieokreślonym kierunku, każąc gościom ściszyć muzykę. Policjanci niespecjalnie się przejęli moimi przeprosinami.
– Szukamy Parkera Lomana – odezwał się niższy z nich, rozglądając się wśród tłumu imprezowiczów.
Odwróciłam się do Parkera, który już przeciskał się w naszą stronę.
– Parker Loman? – zapytał wyższy z policjantów, kiedy Parker podszedł, chociaż musieli wiedzieć, że to właśnie on.
Skinął głową i się wyprostował.
– W czym mogę panom pomóc? – zapytał oficjalnym tonem.
Trzymał fason, choć niesforne kosmyki ciemnych włosów zasłaniały mu oczy, na twarzy połyskiwały krople potu.
– Musimy z panem porozmawiać. Wyjdźmy na zewnątrz – zaproponował wyższy z funkcjonariuszy.
Parker potrafił zachować się ugodowo. Tym razem również nie protestował.
– Oczywiście – odparł, nie ruszając się z miejsca. – Ale może powiedzą mi panowie najpierw, o co chodzi?
Dobrze wiedział, kiedy może mówić, a kiedy lepiej zaczekać na prawnika. Na wszelki wypadek już ściskał w ręce telefon.
– Chodzi o pańską siostrę – wyjaśnił policjant. Jego niższy kolega spuścił wzrok. – O Sadie.
Skinieniem dłoni przywołał Parkera i dodał coś przyciszonym głosem. Nie słyszałam słów, ale nagle wszystko się zmieniło. Zmieniła się postawa Parkera i wyraz jego twarzy. Ręka z telefonem zwisała mu teraz bezwładnie wzdłuż boku. Przybliżyłam się. Serce podeszło mi do gardła. Zdołałam usłyszeć ostatnie pytanie policjanta:
– Co miała na sobie, kiedy widział ją pan po raz ostatni?
Parker zmrużył oczy.
– Ja nie…
Obejrzał się, jak gdyby w głębi duszy się spodziewał, że Sadie w międzyczasie pojawiła się niezauważona. Nie zrozumiałam tego pytania, ale tak się złożyło, że znałam na nie odpowiedź.
– Niebieską sukienkę – wtrąciłam się. – Brązowy sweter. Złote sandały.
Mundurowi spojrzeli po sobie, po czym odsunęli się na bok, pozwalając mi dołączyć do grupy.
– Jakieś znaki szczególne?
Parker zacisnął powieki.
– Chwileczkę – powiedział, jak gdyby chciał za wszelką cenę zmienić bieg tej rozmowy i powstrzymać to, co nieuniknione.
– Ma znaki szczególne, prawda? – odezwała się Luce.
Nawet nie zauważyłam, że stoi zaraz za Parkerem. Włosy miała związane, a makijaż zaczynał jej się już rozmazywać. Pod oczami widać było ciemne ślady. Zrobiła krok w przód. Patrzyła to na Parkera, to na mnie. Kiwnęła głową, nabierając pewności, po czym dodała:
– Ma tatuaż. O, tutaj. – Wskazała na swoją lewą kość biodrową i narysowała palcem kształt położonej na boku ósemki. – Symbol wieczności.
Gliniarz zacisnął szczęki. Wtedy coś pękło.
Nagle byliśmy jak zagubione podczas sztormu łódeczki wypuszczone na ocean. Poczułam mdłości, które zawsze mnie dopadały, kiedy zdarzyło mi się nocą wypłynąć na morze, a przecież wychowałam się na wybrzeżu. Ogarnęła mnie ciemność, w której nic nie widać i nic nie wiadomo.
Wyższy z policjantów położył Parkerowi dłoń na ramieniu.
– Pańską siostrę znaleziono na Breaker Beach…
Wszystko dookoła zaczęło wirować. Luce zasłoniła usta ręką. Wciąż nie docierały do mnie słowa funkcjonariuszy. Co Sadie robiła na Breaker Beach? Wyobraziłam sobie, jak tańczy na bosaka albo zakłada się z kimś, że wskoczy w nocy do lodowatej wody. Oczyma duszy widziałam jej twarz oświetloną płomieniem ogniska, które często paliliśmy, gdy udało nam się znaleźć kawałki drewna wyrzucone na brzeg.
Impreza za nami wciąż trwała, ale hałas już nieco przycichł. Muzyka umilkła.
– Proszę zadzwonić po rodziców – polecił funkcjonariusz. – Musicie przyjechać na komendę.
– Nie – zaprotestowałam. – Przecież ona…
_Pakuje się. Szykuje się. Już tu jedzie._
Policjant szerzej otworzył oczy i spojrzał na moje dłonie. Zacisnęłam palce na jego rękawie. Opuszki aż mi zbielały.
Puściłam go, cofnęłam się o krok i na kogoś wpadłam.
Te migoczące kropki na telefonie – Sadie do mnie pisała. Oni się mylą. Wyjęłam komórkę, żeby zobaczyć, czy coś przyszło. Ale ostatnią wiadomością wciąż były znaki zapytania, które do niej wysłałam.
Parker przemknął obok policjantów, wybiegł na zewnątrz i zniknął za domem. Popędził ścieżką w stronę pensjonatu. Zapanował chaos. Nijak nie dało się nas teraz powstrzymać. Razem z Luce pobiegłyśmy za nim między drzewami. Dogoniłyśmy go na żwirowym podjeździe i wskoczyłyśmy do jego samochodu.
Kiedy mijaliśmy ciemne witryny sklepów wzdłuż Harbor Drive, jedynym dźwiękiem, jaki rozlegał się w samochodzie, był urywany oddech Luce. Przysunęłam się do okna, kiedy zbliżaliśmy się do zakrętu prowadzącego w stronę Breaker Beach. W oddali zauważyłam światła radiowozów, które blokowały wjazd na plażę. Jeden z funkcjonariuszy stojących obok wydmy skinął na nas, żebyśmy przejechali.
Parker nawet nie zwolnił. Mknął w górę Landing Lane prosto w stronę stojącego przy końcu ulicy domu, ukrytego w ciemnościach za kamiennym podjazdem. Kiedy dotarł na miejsce, zatrzymał auto i pobiegł do środka. Może chciał sprawdzić, czy na pewno nie ma tam Sadie, może sam jeszcze w to nie wierzył, a może chciał na osobności zadzwonić do rodziców. Luce powoli podążyła za nim po schodkach. Zatrzymała się jednak na moment i spojrzała na mnie przez ramię.
Chwiejnym krokiem udałam się za róg domu. Opierałam dłoń na deskach sidingu, by zachować równowagę. Minęłam czarną bramkę przy basenie i szłam dalej przed siebie, w stronę ścieżki biegnącej na urwisko. Dróżka prowadziła wzdłuż stromego brzegu i kończyła się nagle przy północnym skraju Breaker Beach. Stamtąd można było zejść na plażę po kamiennych schodkach.
Chciałam zobaczyć to miejsce na własne oczy. Inaczej nie uwierzę. Muszę zobaczyć, co robi policja. Ciekawe, czy Sadie stoi tam teraz i się z nimi kłóci. Może to jednak nieporozumienie. Ale teraz wiedziałam już, że to mało prawdopodobne. To miejsce zabrało mi już kilka osób, a ja zbyt łatwo o tym zapominałam.
Słyszałam huk fal uderzających o cypel po lewej stronie. Wyobrażałam sobie spienione masy wody w świetle dnia. Teraz jednak wszystko tonęło w ciemnościach. Moim przewodnikiem były otaczające mnie dźwięki. Gdzieś w oddali co jakiś czas migotał reflektor latarni morskiej stojącej niedaleko pensjonatu Na Widoku. Poruszałam się jak w transie, instynktownie kierując się w stronę obracającej się jasnej smugi.
Przed sobą na ścieżce biegnącej wzdłuż urwiska wyczułam ruch. Ktoś skierował na mnie światło latarki. Szybko uniosłam rękę, żeby zasłonić oczy. Dróżką zbliżał się do mnie cień jakiegoś mężczyzny. Słyszałam charakterystyczny szum radiostacji.
– Proszę pani, nie wolno tu wchodzić – odezwał się nieznajomy.
Machnął latarką, której promień omiótł plażę. I wtedy moim oczom ukazał się ten widok.
Ziemia usunęła mi się spod stóp, kiedy zobaczyłam znajomą parę złotych sandałów porzuconych tuż przy krawędzi nadmorskich skał.Rozdział 1
O zmierzchu rozpętał się sztorm. Zanosiło się na to. Zapowiadały go ciężkie, ciemne chmury wiszące nad horyzontem i silny północny wiatr, chłodniejszy od wieczornego powietrza. Prognozy nic o tym nie wspominały, ale dobrze znałam letnie noce w Littleport i wiedziałam, że treść prognozy nie ma znaczenia.
Odsunęłam się od urwiska. Wyobraziłam sobie, że Sadie tu stoi. Często sama tak robiłam. Wyobraziłam sobie, jak wiatr szarpie jej zwiewną niebieską sukienkę i zagarnia jasne kosmyki włosów na twarz. Stoi z przymkniętymi oczyma, zaciskając palce stóp na brzegu klifu. Przechyla się. Widziałam ją w momencie, kiedy jej życie balansowało na krawędzi.
Często myślałam o tym, jak mogła brzmieć ostatnia wiadomość, którą do mnie pisała, stojąc tutaj: _Są rzeczy, o których nawet ty nie wiesz_.
_Już dłużej nie mogę_.
_Pamiętaj o mnie._
Koniec końców pozostawała mi tylko tragiczna cisza. Oto cała Sadie Loman – zostaje po niej milczenie i niedosyt.
------------------------------------------------------------------------
Rozległa posiadłość Lomanów kiedyś była dla mnie jak drugi dom. Tu otaczało mnie ciepło. Wszystko było znajome: kamienne fundamenty, błękitnoszary siding, białe wykończenie drzwi i szklanych paneli oraz światło we wszystkich oknach w letnie wieczory. Czuło się, że ten dom żyje.
Teraz był tylko ciemną, pustą skorupą.
W zimie łatwiej mi przychodziło udawanie, że wszystko jest w porządku: zajmowałam się zarządzaniem nieruchomościami w całym mieście, koordynowałam rezerwacje na przyszły sezon, nadzorowałam nową budowę. Byłam przyzwyczajona do tego, że poza sezonem miasto zamiera i pogrąża się w ciszy. Jednak letni gwar, tumult, tłum turystów, ciągła dyspozycyjność, przyklejony do twarzy uśmiech i łagodny głos – wszystko to stanowiło bolesny kontrast dla domu, z którego uszło życie. Nieobecność i pustka były wręcz namacalne; w każdym rogu czaiły się duchy przeszłości.
Każdego wieczoru mijałam ten budynek, kiedy szłam do domku dla gości. Za każdym razem zauważałam coś, co kazało mi na chwilę przystanąć – jakiś cień, niewyraźny ruch. Zawsze wracałam myślami do jakiejś pięknej, lecz strasznej chwili: do Sadie. Z ciemnych okien spoglądało jednak na mnie tylko moje własne wykrzywione odbicie. Moje własne duchy.
------------------------------------------------------------------------
Po śmierci Sadie zaszyłam się na przedmieściach na kilka dni. Wychodziłam z domu, tylko gdy ktoś mnie prosił. Odzywałam się, tylko kiedy ktoś pytał. Wszystko miało znaczenie, a jednocześnie było nieważne.
Gdy następnego ranka do moich drzwi zapukało dwóch funkcjonariuszy, urywanymi zdaniami zrelacjonowałam wydarzenia poprzedniego wieczoru. Prowadzący sprawę okazał się tym samym mężczyzną, którego w nocy spotkałam przy zejściu na plażę. Przedstawił się jako detektyw Collins. To on zadawał mi kolejne przenikliwe pytania. Chciał wiedzieć, kiedy po raz ostatni widziałam Sadie (tu, w domku dla gości, koło południa), czy mówiła mi coś o swoich planach na wieczór (nie mówiła) i jak się zachowywała tamtego dnia (jak to Sadie).
Moje odpowiedzi przychodziły jednak zbyt wolno, z opóźnieniem, jak gdyby zerwało się jakieś połączenie. Miałam wrażenie, że stoję obok i przysłuchuję się tej rozmowie.
_Pani, Luciana i Parker przyjechaliście na imprezę osobno. W jakiej kolejności?_
_Ja byłam na miejscu jako pierwsza, potem pojawiła się Luciana, a na końcu Parker_.
Przerwa. _A Connor Harlow? Słyszeliśmy, że też tam był._
Skinięcie głową. Przerwa. _Tak, Connor też tam był_.
Opowiedziałam im o wiadomościach, pokazałam swój telefon. Zarzekałam się, że Sadie do mnie pisała, kiedy wszyscy byliśmy już na imprezie.
_Ile do tego momentu wypiliście?_ Zapytał detektyw Collins. Odparłam, że dwa, a raczej trzy drinki.
Policjant wyrwał z notesu kartkę w linie i spisał nasze nazwiska, po czym kazał mi jak najdokładniej podać, o której godzinie każdy z nas się pojawił. Godzinę przyjścia Luce oszacowałam, przypominając sobie, kiedy po raz ostatni dzwoniłam do Sadie. Parker dotarł, kiedy wysyłałam do niej wiadomość, w którym pytałam ją, gdzie jest.
_Avery Greer – godz. 18.40_
_Luciana Suarez – godz. 20_
_Parker Loman – godz. 20.30_
_Connor Harlow – ?_
Nie widziałam, kiedy Connor przyszedł. Spojrzałam na kartkę, marszcząc czoło.
_Connor był tam przed Parkerem. Ale nie jestem pewna kiedy dokładnie_, powiedziałam.
Detektyw Collins odwrócił kartkę do siebie i szybko przeczytał, co napisałam.
_Między panią a pozostałymi jest dość spora luka czasowa_, zauważył.
Odparłam, że to ja przygotowywałam imprezę. I że najwcześniej pojawiali się ci, którzy przychodzili na nią po raz pierwszy.
Dochodzenie było rzeczowe i dynamiczne. Przypuszczam, że Lomanowie musieli być wdzięczni za takie potraktowanie sprawy. Dom stał pogrążony w ciemności, odkąd Parker w nocy zadzwonił do Granta i Bianki z informacją o śmierci Sadie. Kiedy ekipa sprzątająca i specjaliści od czyszczenia basenów przyjechali tu przed Memorial Day – wymiatali pajęczyny, polerowali blaty, odsłaniali basen – zaczaiłam się za zasłoną w domku dla gości i patrzyłam, czy przypadkiem Lomanowie nie wracają. Nie posądzałabym ich o sentymenty czy jakiekolwiek wahanie. To byli ludzie, którzy trzymali się faktów, nawet jeśli były nie po ich myśli. A fakty w tej sprawie były takie:
Nie dopatrzono się śladów udziału osób trzecich. W organizmie Sadie nie wykryto narkotyków ani alkoholu. Nie wyłapano żadnych niezgodności w zeznaniach. Wyglądało na to, że nikt nie miał powodu ani okazji, by zrobić krzywdę Sadie Loman. Wszyscy, z którymi coś ją łączyło, byli w tym czasie na imprezie Plus Jeden.
Trudno jednocześnie przeżywać żałobę i przedstawiać policji własne alibi. Czułam pokusę, żeby rzucić podejrzenia na kogoś innego tylko po to, żeby mieć trochę spokoju. To byłoby dość proste. Ale żadne z nas tego nie zrobiło i to moim zdaniem było najlepsze świadectwo, jakie Sadie mogłaby po sobie zostawić. Żadne z nas nie mogło chcieć jej śmierci.
Jako oficjalną przyczynę zgonu podano utonięcie, ale nie było możliwości, żeby Sadie przeżyła sam upadek z urwiska – uniemożliwiały to ostre skały, rwący nurt, siła uderzenia i zimno.
_Może się poślizgnęła_, powiedziałam detektywom. Sama bardzo chciałam wierzyć w taką wersję wypadków. Że nic ważnego mi nie umknęło. Że z perspektywy czasu nie było żadnych znaków, które mogłam w porę zauważyć i zapobiec tragedii. Ale policja była innego zdania. To przez te buty. Zdjęte sandały wskazywały na celowe, zaplanowane działanie. Musiała się zatrzymać, rozpiąć je i zdjąć po drodze na szczyt urwiska. Zatrzymała się na chwilę, a potem szła dalej.
Odpychałam od siebie tę myśl, nawet kiedy rodzina już się z nią pogodziła. Sadie od wielu lat była moją kotwicą, wspólniczką, siłą i stałym elementem mojego życia. Jeśli przyjmę do wiadomości, że sama skoczyła do morza, cały fundament mojej egzystencji niebezpiecznie przechyli się ku przepaści, tak jak tamtej nocy.
Nieco później, po przesłuchaniach, policja znalazła liścik w koszu na śmieci w kuchni. Być może się zawieruszył, kiedy wyjmowaliśmy rzeczy ze spiżarki i wykładaliśmy je na blaty – Luce zaproponowała, żebyśmy posprzątali i zaprowadzili trochę porządku, zanim przyjadą Grant i Bianca. Ale znając Sadie, był to raczej brudnopis, wersja, którą odrzuciła, bo żadne słowa w tych okolicznościach nie były wystarczająco dobre.
Nie zauważyłam żadnych sygnałów ostrzegawczych. Nie dostrzegłam splotu wydarzeń, które doprowadziły Sadie do takiego finału. Ale wiedziałam, że w tę spiralę wpada się bardzo szybko, a jeśli już dasz się wciągnąć, to bardzo trudno wydostać się na powierzchnię.
Dobrze wiedziałam, jak na człowieka działa Littleport.
------------------------------------------------------------------------
Teraz zostałam tu sama. Wciąż mieszkałam i pracowałam w domku dla gości.
Wystrój wnętrza tego małego mieszkanka przypominał miniaturową wersję głównej rezydencji: identyczna elewacja i podłogi z ciemnego drewna. Pomieszczenia były jednak ciaśniejsze, sufity niższe, a okna tak rachityczne, że w nocy się słyszało, jak wiatr szarpie framugami. Widok na ocean częściowo przysłaniały drzewa.
Usiadłam przy biurku w pokoju dziennym, żeby przed snem dokończyć pracę. W tym tygodniu w jednym z wynajmowanych domków zniszczono telewizor: pękł płaski ekran, a całość zwisała z mocowania na ścianie. Poza tym rozbito ceramiczny wazon, który pod nim stał. Najemcy zarzekali się, że to nie ich robota, że ktoś musiał wejść do domku pod ich nieobecność, choć przecież nic nie zginęło i nie było śladów włamania.
Pojechałam tam od razu, gdy tylko odebrałam telefon od przerażonych lokatorów. Dokonałam oględzin, kiedy oni drżącymi rękoma wskazywali na zniszczenia.
Wąski zniszczony domek, który nazywaliśmy Końcem Szlaku, stoi na obrzeżach centrum miasta. Wyblakły siding i zarośnięta ścieżka prowadząca na wybrzeże tylko dodają mu uroku. Teraz jednak lokatorzy twierdzili, że brak oświetlenia na dróżce i zbyt duża odległość od sąsiadów to czynniki, które bezpośrednio przyczyniły się do nieszczęścia.
Powiedzieli, że tego ranka, zanim wyszli, z całą pewnością zamknęli drzwi na klucz. Mówili z pełnym przekonaniem, jak gdyby chcieli mi dać do zrozumienia, że wina leży po mojej stronie. Kilka razy wyraźnie podkreślili, że użyli klucza, bo zawsze tak robią. Upór, z jakim to powtarzali, sprawił, że im nie uwierzyłam. Zaczynałam się zastanawiać, czy przypadkiem nie usiłują w ten sposób ukryć czegoś znacznie poważniejszego: być może doszło do kłótni i ktoś rzucił wazonem, przypadkowo trafiając w telewizor?
Tak czy owak, co się stało, to się nie odstanie. Firma nie chciała oddawać sprawy do sądu, tym bardziej że chodziło o rodzinę, która od trzech lat przyjeżdża tu na cały sierpień. Nikogo tak naprawdę nie obchodziło, co się dzieje w czterech ścianach domku.
Wyciągnęłam się na kanapie i sięgnęłam po pilota, po czym udałam się do sypialni. Zasypianie przy włączonym telewizorze weszło mi w nawyk. Do snu kołysały mnie przyciszone dźwięki dochodzące z pokoju obok i delikatny grzechot szarpanej wiatrem framugi okiennej.
Wiedziałam już, czym jest strata. I spodziewałam się, że z czasem żal traci nieco na sile, choć pamięć pozostaje żywa. Co jakiś czas przesuwają mi się przed oczyma migawki z przeszłości.
W ciszy słyszę głos Sadie, która woła mnie po imieniu tak jak wtedy, kiedy wchodziła tu po raz ostatni.
Czasami w moich wspomnieniach stoi w drzwiach do mojej sypialni, jak gdyby czekała, aż coś zauważę.
------------------------------------------------------------------------
Kiedy się obudziłam, wokół panowała cisza.
Było jeszcze ciemno, ale dźwięk telewizora umilkł. Słyszałam tylko stukot ramy okiennej targanej silnym podmuchem znad morza. Pstryknęłam włącznik nocnej lampki, ale na próżno. Znów nie było prądu.
To się działo dość często: zawsze w nocy i zawsze wtedy, kiedy nie miałam pod ręką latarki, której potrzebowałam, żeby wymienić bezpieczniki w skrzynce obok garażu. Tak już bywa w małych miasteczkach. Ekskluzywnych, to fakt, ale z dala od dużych miast. Tu jest się zdanym na łaskę otoczenia. Infrastruktura na wybrzeżu pozostawała nieco w tyle za wymogami współczesności, niezależnie od możliwości finansowych mieszkańców. W większości domów trzymano na wszelki wypadek zapasowy agregat prądotwórczy na zimę. Po porządnym sztormie zdarzały się przerwy w dostawie elektryczności przez tydzień albo i dłużej. Letnie przerwy w dostawie prądu to inna bajka – w miasteczku było wtedy za dużo ludzi, ponad trzy razy więcej niż w ciągu roku. Brakowało dosłownie wszystkiego. Sieć się przeciążała.
Ale tym razem to miejscowa awaria – tylko u mnie. Trzeba będzie w końcu wezwać elektryka.
Porywisty wiatr na zewnątrz zniechęcał do działania. Poczekałabym do rana z wymianą bezpieczników, ale bateria w telefonie była na wyczerpaniu, a nie chciałam utknąć sama w domu bez prądu i bez kontaktu ze światem.
Kiedy wyszłam na zewnątrz, okazało się, że jest chłodniej, niż przypuszczałam. Pobiegłam do garażu z latarką w ręku. Metalowe drzwiczki do skrzynki z bezpiecznikami były zimne i delikatnie uchylone. Na dole znajdowała się dziurka od klucza, ale w tym miesiącu miałam już jedno takie zwarcie i wtedy sobie poradziłam bez klucza.
Przekręciłam główny przełącznik i zatrzasnęłam metalowe drzwiczki. Tym razem zamknęły się porządnie. Kiedy się odwróciłam, uderzył mnie kolejny podmuch zimnego wiatru. Zamarłam, bo w tej samej chwili usłyszałam trzask zamykanych drzwi w głównej rezydencji, po drugiej stronie garażu.
Szybko rozważyłam różne możliwości: być może wiatr porwał stojący przy basenie leżak, może kawałek gruzu uderzył w ścianę domu. A może to ja o czymś zapomniałam – na przykład nie zamknęłam tylnych drzwi na zasuwę.
Skrytka z zapasowym kluczem była pod kamiennym gzymsem nad gankiem. W ciemnościach musiałam aż dwa razy po omacku wstukiwać kod, zanim wieczko wreszcie odskoczyło.
Kolejny podmuch wiatru. I następny odgłos, tym razem znacznie bliżej – usłyszałam skrzypnięcie zawiasów furtki i natychmiast ruszyłam biegiem po schodkach prowadzących na ganek.
Gdy tylko wsunęłam klucz w zamek, wiedziałam, że coś jest nie tak – drzwi były otwarte. Skrzypnęły, kiedy je uchyliłam. Wyciągnęłam rękę, by odszukać włącznik światła w przedpokoju. Po chwili pustą przestrzeń oświetlał wiszący na suficie żyrandol.
Wtedy to zobaczyłam. Zerknęłam do holu na tyłach domu. Przed przeszklonymi drzwiami prowadzącymi na ganek dostrzegłam w świetle księżyca cień wysokiej męskiej postaci.
– Och! – wyrwało mi się.
Cofnęłam się w tej samej chwili, kiedy mężczyzna zrobił krok w moją stronę. Tę postać poznałabym wszędzie. To był Parker Loman.Rozdział 2
– Jezu Chryste – odezwałam się, próbując w tym czasie po omacku namierzyć pozostałe włączniki światła. – Przestraszyłeś mnie. Co ty tu robisz?
– To mój dom – przypomniał mi Parker. – A co ty tu robisz?
Lampy oświetliły całą przestrzeń na dole, łącznie z wysklepionym stropem i korytarzem, który rozpościerał się teraz między nami.
– Coś usłyszałam. – Jako dowód podniosłam latarkę, którą trzymałam w ręku.
Parker przechylił głowę na bok. Dobrze znałam ten gest, robił tak, kiedy przyznawał komuś rację. Zapuścił włosy albo zaczął je inaczej czesać, ale nowa fryzura sprawiała, że rysy jego twarzy wydawały się łagodniejsze, a kości policzkowe mniej wydatne. Kiedy się odwrócił, przez krótką chwilę dostrzegałam w nim podobieństwo do Sadie. Przestąpił z nogi na nogę. Ulotne wrażenie zniknęło.
– Dziwi mnie, że zdecydowałaś się tu zostać – powiedział.
Ciekawe, co sobie myślał – że ich rodzinny biznes przez ostatni rok kręcił się sam? Omal nie powiedziałam na głos: _A gdzie miałabym się podziać?_ W tym momencie na twarzy Parkera pojawił się szeroki uśmiech. Przypuszczam, że też musiał być nieźle zaskoczony, kiedy zobaczył, że wchodzę do jego domu bez uprzedzenia.
Prawdę mówiąc, wiele razy myślałam, żeby się stąd wynieść. Nie chodzi mi tylko o wyprowadzkę z tego domu, ale w ogóle z miasta. Nabrałam przekonania, że kryje się tu coś toksycznego, czego nikt poza mną nie dostrzega.
Ale trzymała mnie tutaj nie tylko praca i biznes. Ułożyłam sobie życie. Byłam zbytnio przywiązana do tego miejsca. Mimo wszystko czasami czułam, że im dłużej tu mieszkam, tym mocniej sprawdzam swoją wytrzymałość, co momentami graniczy z masochizmem. Nie byłam już pewna, co chcę w ten sposób udowodnić.
Miałam wrażenie, że moje serce bije coraz wolniej.
– Nie widziałam nigdzie samochodu – odezwałam się, rozglądając się dookoła.
Próbowałam ogarnąć zmiany, które tu zaszły: u stóp szerokich schodów leżały dwie skórzane torby, na stoliku przy drzwiach pęk kluczy, na granitowym blacie stała otwarta butelka, a obok niej kubek. No i przede wszystkim Parker: miał na sobie zapinaną na guziki koszulę z podwiniętymi rękawami i rozpiętym kołnierzykiem. Wyglądał, jakby dopiero co wrócił z pracy. A przecież był środek nocy.
– Jest w garażu. Przyjechałem dziś wieczorem.
Odchrząknęłam i skinęłam głową, wskazując na torby:
– Czy Luce jest z tobą?
Od dawna nie słyszałam jej imienia, ale moje rozmowy z Grantem kręciły się zwykle wokół spraw zawodowych, a jako że Sadie już z nami nie było, nie miałam z kim rozprawiać o życiu prywatnym Lomanów. Owszem, słyszałam jakieś plotki, ale to nic nie znaczy. Wiem o tym, bo o mnie też mówiono to i owo.
Parker stanął teraz naprzeciwko mnie po drugiej stronie granitowego blatu i podniósł stojący na nim kubek. Napił się, po czym odpowiedział na moje pytanie:
– Nie ma. Jestem sam. Zrobiliśmy sobie przerwę.
Przerwę. Sadie też użyłaby tego określenia – było mało wiążące i optymistyczne. Zaciśnięte na kubku palce i uciekające w bok spojrzenie mówiły jednak coś zupełnie innego.
– Wejdź do środka. Może się czegoś napijesz, Avery?
– Jutro wcześnie rano muszę być w posiadłości – odparłam, ale kiedy napotkałam jego spojrzenie, słowa uwięzły mi w gardle.
Parker uśmiechnął się półgębkiem, wyjął z szafy drugi kubek i go napełnił. Z jego miny mogłam wywnioskować, że dobrze wie, kim jestem, więc mogłam sobie darować udawanie. Nie miało znaczenia to, że nadzorowałam wszystkie nieruchomości jego rodziny w Littleport – jeśli widuje się kogoś przez sześć lat z rzędu, można dobrze poznać jego nawyki.
A ja znałam go dłużej. Tak to już jest, kiedy się tu dorastało: Randolphowie przy Hawks Ridge; Shore’owie, którzy przerobili dawną gospodę na rogu parku miejskiego, a potem każde z nich zaangażowało się w kilka romansów na boku i teraz podzielili się swoją wielką działką tak, jak rodzice po rozwodzie dzielą się opieką nad dzieckiem. Nigdy nie widziano ich w posiadłości jednocześnie. No i jeszcze Lomanowie. Mieszkali na cyplu, skąd rozciągał się widok na całe Littleport. Z czasem powiększyli swoje grunty, a teraz ich macki sięgały aż po obrzeża miasteczka. Ich nazwisko zaczęło być traktowane jako synonim kwater na lato. Domki do wynajęcia, rodzina, imprezy. Obietnica czegoś więcej.
Miejscowi określali główną rezydencję Lomanów mianem „Breakers”. Mała złośliwostka, która kiedyś nas łączyła. Nazwa częściowo nawiązywała do sąsiedztwa Breaker Beach, lecz była też delikatną aluzją do posiadłości Vanderbiltów w Newport, z tym że to był już poziom bogactwa, o którym nawet Lomanowie mogliby tylko pomarzyć. Nazwę tę zawsze wspominano z przymrużeniem oka, był to swoisty dowcip tylko dla wtajemniczonych, czyli dla wszystkich poza samymi Lomanami.
Parker podsunął mi drugi kubek, omal nie wylewając przy tym jego zawartości. Taki nieuważny był tylko wtedy, kiedy miał już dobrze w czubie. Obróciłam kubek na blacie w jedną i w drugą stronę. Parker westchnął i odwrócił się, po czym omiótł spojrzeniem salon na dole.
– Boże, co za miejsce – powiedział.
Podniosłam kubek do ust. Nie widziałam go od jedenastu miesięcy. Wiedziałam, co miał na myśli: _Co to za miejsce. Teraz. Bez Sadie_.
Na ścianie za kanapą wciąż wisiało powiększone rodzinne zdjęcie: cała czwórka stała na nim uśmiechnięta, w beżowo-białych ubraniach. W tle majaczyły wydmy Breaker Beach. Dostrzegałam bolesny kontrast między fotografią a teraźniejszością. Parker też był tego świadomy.
Podniósł kubek i stuknął w mój z siłą, która wskazywała, że nie był to jego pierwszy drink tego wieczoru. Ale o tym wiedziałam już wcześniej.
– Proszę, proszę – powiedział, marszcząc brwi.
Sadie też tak mawiała, kiedy szykowałyśmy się do wyjścia. Stawiała kieliszki, niedbałym gestem nalewała do nich alkohol i mówiła: _proszę, proszę_. W ten sposób dodawała sobie otuchy. Na mnie działało to wręcz odwrotnie. Przechylałyśmy kieliszki, piłyśmy do dna. Mocny trunek palił mi przełyk i piekł w usta.
Zamknęłam oczy po pierwszym łyku. Poczułam, jak ogarnia mnie ciepło. Rozluźniłam się.
– Proszę, proszę – odparłam cicho, jak zawsze.
– No tak – odezwał się Parker i sobie dolał. – Co to się porobiło.
Usiadłam na stołku obok niego, obiema dłońmi trzymając kubek.
– Na długo zostaniesz?
Zastanawiałam się, czy jego przyjazd ma coś wspólnego z Luce. Może mieszkali razem, a teraz potrzebował się gdzieś wyrwać.
– Tylko do ceremonii odsłonięcia.
Łyknęłam jeszcze alkoholu. Trochę więcej, niż planowałam. Unikałam tego tematu. To miał być pomnik poświęcony pamięci Sadie – mosiężny dzwon, który stałby przy wejściu na plażę Breaker Beach, nie wydając nigdy dźwięku. Na dzwonie planowano umieścić ręcznie wykuty napis: _Żeby każda dusza znalazła drogę do domu_. Pomysł poddano pod głosowanie.
W Littleport było mnóstwo pomników. Trochę się ich naoglądałam. Wzdłuż deptaków stały ławeczki z nazwiskami, a przed
Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.