Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Pamiętasz tamto lato - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 lipca 2026
2999 pkt
punktów Virtualo

Pamiętasz tamto lato - ebook

Cztery kobiety i cztery historie dziejowej zawieruchy. Gdy Europa szykuje się do wojny, one spędzają wakacje w Juracie. Czy pięć lat później będą potrafiły się nawzajem rozpoznać?

Lato 1939. Hrabina Olga Mężyńska wraz z synem Teofilem, jego żoną Bisią i służącą Lorcią spędzają wakacje w Juracie. Wydarzeniem sezonu jest bal maskowy w hotelu Lido. Królową balu zostaje czarnooka Klementyna, która za nic ma konwenanse. Gdy tańczy z Teofilem, reszta świata przestaje dla niej istnieć. Bisia udaje, że nie zauważa zainteresowania, jakim jej mąż obdarza Klementynę, jednak hrabina czujnie śledzi każdy jego ruch.

Wojna, która wybuchnie 1 września, pokieruje losami tych kobiet w bardzo różny sposób. Będą cierpiały, będą traciły, ale też nadal będą kochały. Czy połączy je coś więcej niż miłość do tego samego mężczyzny i niezapomniane lato nad Bałtykiem?

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8449-467-7
Rozmiar pliku: 5,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Jak miło siąść na promie w dzień słoneczny.

Światło jest ukośne, popołudniowe.

Lekki wietrzyk marszczy rzekę w wieńcu piany.

(…)

Wystrojeni młodzieńcy dodają do trunków lodu,

Dziewczęta kroją soczyste kłącze lotosu,

Nad nami ciemnieje chmura, rozszerza się

Jak plama wilgoci na jedwabiu.

Zapisz to szybko, nim spadnie deszcz!

(…)

Wiatr targa naszym statkiem, jego lina

Wytarła ranę w korze wierzby.

Firanki mają koronkę z rzecznej piany.

Jak nóż w melonie, jesień lato rozcięła.

A w drodze będzie zimno.

Tu Fu, Piknik, przeł. Czesław MiłoszPROLOG

„Jesteśmy marionetkami – myślała Nora Gylensson, patrząc, jak zgromadzona w studiu publiczność klaszcze, gdy na tablicy wyświetlała się komenda APPLAUS. – Marionetkami w rękach innych ludzi, losu, historii. A ponieważ Bóg obdarzył nas rozumem, wcześniej czy później dostrzegamy sznurki”.

– To cudowne, że są na świecie tacy dobrzy ludzie jak pani! Gdyby nie pani, mój synek by nie żył! – Młoda kobieta wierzchem dłoni otarła łzy, zerwała się z kanapy, podbiegła do Nory i spontanicznie ją uściskała.

Rozległy się brawa, potem muzyka.

– Naszym gościem była dziś Nora Gylensson. – Truda Jung uśmiechnęła się szeroko, prezentując olśniewająco białe zęby.

Ten uśmiech kochało osiem milionów telewidzów, którzy co tydzień oglądali jej program.

– Pokazaliście łzy? – spytała cicho, odwracając się do ubranej od stóp do głów na czarno asystentki, która stanęła za jej fotelem, gdy tylko studio znikło z wizji.

Kobieta w czerni skinęła głową.

– Dziękuję państwu. – Truda uśmiechnęła się teraz do swoich gości siedzących na dwóch pluszowych kanapach. – Zapraszam na mały poczęstunek do sali obok. Moja asystentka wskaże drogę. Zaraz do państwa dołączę.

Trzeci uśmiech, najpiękniejszy, Truda zarezerwowała dla honorowego gościa.

Wiedziała, że Nora Gylensson ma osiemdziesiąt trzy lata, lecz nie dałaby jej więcej niż siedemdziesiąt. Na dawnych zdjęciach włosy hrabiny Gylensson były czerwone jak marchewka, teraz, zbielałe ze starości, zmieniły się w skandynawski lniany blond. Pasowały do nich jasnoniebieskie oczy, przejrzyste niczym u psa husky, i mleczna skóra rozpięta na wysokich kościach policzkowych, tak ostrych, że niemal ją przebijały. Długą, chudą szyję, pewnie pomarszczoną jak zgnieciona papierowa torebka, okrywał tiulowy szal. Truda spojrzała na dłonie gościa – zaskakująco młode, białe i gładkie.

„Nie splamiły się pracą”, pomyślała z niechęcią.

Nie lubiła dobrze urodzonych. Miała ich za rodzaj mafii – świetnie zorganizowaną międzynarodową sieć popierających się bez względu na wszystko, skoligaconych z sobą ludzi, których rodowody spisywano w księgach, jakby byli rasowymi końmi. Dopuszczenie świeżej krwi było w ich wypadku możliwe tylko wtedy, gdy jakaś hrabianka się znarowiła albo gdy w grę wchodziły wielkie pieniądze. No i błękitna krew w końcu stawała się wodą.

– Jestem pani niezmiernie wdzięczna, że zechciała pani przyjąć moje zaproszenie. Jeśli mogę sobie pozwolić na osobistą uwagę, to powiem, że od dawna pragnęłam panią poznać, bo szczerze panią podziwiam. Pani fundacja czyni cuda.

– Chciałabym, żeby tak było. Jednak cuda czyni tylko Bóg.

– Karmienie głodnych, odziewanie nagich, uzdrawianie chorych…

Do tonu Trudy wkradła się nuta ironii. Łatwo pomagać, gdy ma się miliony.

Nora Gylensson spojrzała na nią tak, jakby czytała w jej myślach.

– To tylko kwestia pieniędzy – powiedziała chłodno. – Mam ich więcej, niż mogę wydać, więc dzielę się z innymi.

Truda zręcznie ukryła zmieszanie. Szkoda, że ta Szwedka nie powiedziała tego w programie. Widzowie byliby zbulwersowani jej szczerością, a o to też w nim chodziło.

– Wszyscy się zastanawiają, skąd pani wie, komu pomagać. Pani intuicja stała się niemal legendą. Gdy ktoś o to pyta, zawsze pani odpowiada, że ma wsparcie sztabu ludzi. To samo powiedziała pani dziś…

– A co chciałaby pani usłyszeć? – przerwała jej Szwedka.

– Prawdę.

Truda zrobiła minę, jakby to słowo jej się wyrwało. Ćwiczyła ją przed lustrem godzinami i opanowała do perfekcji.

– Prawdę… Cóż, jeśli ktoś cierpiał głód, chłód i nędzę, potrafi rozpoznać potrzebującego.

„Do diabła! Jak to możliwe, że ona mówi to dopiero teraz, że nie wyciągnęłam z niej tego przed kamerami?!”

Nora Gylensson podniosła dłoń do oczu. Chciała przepędzić spod powiek obraz małej dziewczynki przełażącej niezdarnie przez wysoki próg. Dziewczynka płakała, ale nie dlatego, że w sieni, w wyszorowanym do czysta korycie leżał trupek jej nowo narodzonej siostry. Nawet nie dlatego, że bolało ją gardło, a na całym ciele miała czerwone plamki, jakby ją ktoś obił drucianą szczotką. Płakała z głodu.

– Jeśli mogę sobie pozwolić na osobistą uwagę… – Hrabina Gylensson przesunęła dłonią po twarzy i spojrzała na dziennikarkę.

Truda Jung poczuła mróz przechodzący jej po kościach. Jasnoniebieskie oczy były puste jak wyschłe stawy.

„Głodowała? Marzła? W czasie wojny? Przecież, choć dobrze mówi po niemiecku, nie jest Niemką i, na litość boską, z takim wyglądem nie może być Żydówką!”

Truda utkwiła wzrok w lewym przedramieniu swego gościa, jakby chciała przeniknąć spojrzeniem mięsisty jedwab szytej na miarę marynarki i sprawdzić, czy na skórze nie ma obozowego numeru.

– Jeśli mogę sobie pozwolić na osobistą uwagę – powtórzyła Nora Gylensson – to radziłabym nie sądzić po pozorach. I więcej myśleć o tych nieszczęśliwych ludziach, którzy zwierzają się pani na oczach widzów.

„A trochę mniej o sobie”, dokończyła w myśli.

– Świetnie pani wypadła. Wiem, że nie lubi pani wywiadów, ale zawsze znakomicie wypada pani w telewizji.

– Jedyne pocieszenie, Martusiu.

– Jeszcze zanim program się skończył, zadzwoniły dwie osoby, które chcą sponsorować fundację.

– To dobrze. Trzeba je sprawdzić, zresztą sama wiesz. Jeszcze coś? Jestem zmęczona. Ten mój nieszczęsny kręgosłup… – Nora Gylensson poprawiła się na skórzanym siedzeniu volvo.

Marta Jasioniuk dotknęła przycisku, żeby skorygować ustawienie podnóżka przed fotelem szefowej i włączyć zainstalowany w oparciu system masujący. Uważała za swój obowiązek uprzedzanie życzeń pani Gylensson i była szczęśliwa, gdy w zamian dostawała taki uśmiech jak ten.

– Były jeszcze trzy telefony. Profesor Dwornik prosił, by pani przekazać, że Jureczek będzie władał rączką. Przyszyte paluszki są już prawie całkiem sprawne.

– Wspaniale! – Nora Gylensson znów się uśmiechnęła do Marty. – Musimy mu kupić zajączka. Pamiętasz? Gdy dostał misia, przytulił go, ale powiedział: „Miałem zajączka… Jak byłem jeszcze malutki”. – Roześmiała się cicho.

– Jego mama przysłała mi zdjęcie z tym zajączkiem. Znalazłam podobnego. Ma takie same uszy w czerwoną kratkę.

– Uszy w kratkę? To musi być niezwykły zając. Pewnie jeden z tych, które wykluwają się z pisanek… A pozostałe telefony?

Jeden był od dalekiego kuzyna, którego szefowa nie znosiła, bo stale próbował od niej wyciągać pieniądze, drugi od nieznajomego. Marta najchętniej by o nich nie wspominała, miała jednak obowiązek informowania pani Gylensson o wszystkich, którzy dzwonili na prywatny zastrzeżony numer.

– Jak co miesiąc dzwonił kuzyn pani męża…

– No tak – przerwała jej szefowa. – Zajmę się tym.

– Trzeci telefon był dziwny. Zadzwonił jakiś mężczyzna, starszy, sądząc po głosie. Mówił po polsku.

– Nie przedstawił się?

– Powiedział, że dzwoni kujbyszewiak i że pani go zna, ale mówił o pani „Ela”. Pomyślałam, że powinnam sprawdzić ten numer.

Nora Gylensson znieruchomiała. Natłok obrazów z przeszłości był tak gwałtowny, że aż brakło jej tchu. Przycisnęła dłoń do piersi i na chwilę zamknęła oczy.

„Kujbyszewiaków nie ruszają!”

Zobaczyła pokój spowity chmurą dymu z grunwaldów, półki ciasno zastawione kartonowymi teczkami, duszny korytarz i twarz pani Olgi lśniącą od potu w jaskrawym słonecznym świetle, a potem siebie leżącą na łące, patrzącą na letnie niebo i powtarzającą zdanie, które było niezrozumiałe jak czarodziejskie zaklęcie i jak zaklęcie wszystko w jej życiu odmieniło: „Se sre domaż kel dewien in bon”.

Westchnęła spazmatycznie, z trudem łapiąc oddech. Serce boleśnie tłukło się w piersi.

– Nie musisz sprawdzać, Martusiu. Znam go. Co mówił?

– Że jest w Berlinie i chciałby panią zaprosić na kolację. Dzisiaj. Powiedziałam, że pani jest już umówiona…

– Odwołaj tamto spotkanie.OLGA

Przemawiacie tak, jakbyście byli szefem

wielkiego mocarstwa, a jesteście przywódcą

słabej partii i słabego kraju, który my wyzwoliliśmy.

Józef Stalin w rozmowie z Władysławem Gomułką w 1945 roku

Do pokoju o przybrudzonych ścianach, z wiszącą wysoko pod sufitem gołą żarówką, z taboretem dla więźnia, prostokątnym stołem i twardym krzesłem dla przesłuchującego, wpadł promień słońca.

„Wolni i niewolnicy. Dwa światy oddzielone tak ściśle jak jasność i ciemność. Więzienie. Jedno z tych słów, które rzadko się słyszy i nad którymi człowiek się nie zastanawia. Nigdy nie wypełniłam go treścią, nawet gdy przed wojną przeczytałam, że w Berezie jedynym wyposażeniem celi było wiadro na nieczystości, ani gdy Maszka mi opowiadała, jak w więzieniu w Charkowie czekiści próbowali wiarę w nowy ustrój zaszczepić jej siłą i trzymali jej ręce we wrzątku, aż spod skóry wyszło krwawiące mięso”.

Za obitym metalową siatką oknem kołysały się liście klonu. Patrząc na nie, zapomniała na chwilę o tym, że więzienie to stanie godzinami twarzą do ściany, żeby człowiek poczuł się samotny, słaby i opuszczony, popychanie i bicie kluczami w drodze na przesłuchanie, spanie na betonie, w zaduchu, ciasnocie. Niegasnące światło raniące oczy. Obnażona fizjologia – jedzenie, trawienie i wypróżnianie się na oczach wszystkich. Pchły i wszy.

Szelest papierów ustał. Oficer śledczy podniósł głowę znad kartki. Był całkiem inny niż przysadzisty prostak, który przesłuchiwał ją wcześniej. Miał inteligentne, ciemne oczy, szczupłą twarz, podgolone po żołniersku, lekko siwiejące na skroniach włosy. I jeszcze ani razu jej nie uderzył.

Od początku starała się sobie wyobrazić, że więzienie, a szczególnie pokój przesłuchań, to teatr. Musiała odegrać swoją rolę, od tego nie było ucieczki, lecz sposób gry zależał od niej. Dziś udało się jej przykuć uwagę śledczego do tego stopnia, że kilka razy się zapomniał i powiedział do niej „pani”.

– Przyznajesz się, że napisałaś ten list, to dlaczego zaprzeczasz, że szkalujesz w nim państwo polskie i rozpowszechniasz fałszywe wiadomości dotyczące naszej sytuacji społeczno-gospodarczej? Chyba sama widzisz, że to nielogiczne.

– Tak, napisałam ten list, ale każde słowo jest prawdą.

– Przyznaj się po dobroci. Dostaniesz pół roku obozu pracy i wrócisz do domu. – Wziął kartkę ze stołu i zaczął czytać. – „Kraków, szósty sierpnia tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego pierwszego. Wniosek o rozpoznanie sprawy przed Komisją Specjalną. W dniu trzecim sierpnia bieżącego roku przez Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa w Krakowie została aresztowana objęta niniejszym wnioskiem Olga Mężyńska, z domu Zacharenko, pochodzenie społeczne: arystokracja, podejrzana o rozpowszechnianie wrogiej propagandy. W toku przeprowadzonego śledztwa ustalono, że Olga Mężyńska, będąc wrogo ustosunkowana do obecnego ustroju państwa polskiego, chciała nawiązać korespondencyjne kontakty z osobą przebywającą za granicą, w kraju kapitalistycznym, Klementyną Zabierzeską, obywatelką polską zamieszkałą od tysiąc dziewięćset czterdziestego roku w Londynie, i napisała do niej list, w którym podała fałszywe wiadomości dotyczące sytuacji społeczno-gospodarczej w Polsce Ludowej. Poza tym w fałszywym świetle przedstawiła swoje warunki materialne i stosunki panujące w Polsce Ludowej i w ZSRR. Jak wynika z zeznań podejrzanej Olgi Mężyńskiej, jej wrogość do obecnego ustroju Polski Ludowej wynika z jej pochodzenia społecznego i wychowania (urodzona w tysiąc osiemset osiemdziesiątym roku w Petersburgu, obecnie Leningrad, jako córka księcia Aleksandra Nikołajewicza Zacharenki i hrabianki Marii Konstancji Struś) oraz z systematycznego słuchania wrogich audycji radiowych z państw kapitalistycznych. W wyżej przytoczony sposób podejrzana ułatwiła wrogim ośrodkom zagranicznym szerzenie propagandy wojennej wśród społeczeństwa polskiego, wyrządzając przez to szkodę interesom Polskiej Ludowej. Za okoliczności łagodzące w niniejszej sprawie należy uznać niekaralność oskarżonej oraz jej szczere przyznanie się w toku śledztwa do zarzucanych jej czynów”.

Odłożył kartkę na stół.

– Podpiszesz protokół z przyznaniem się do winy, sąd cię szybko osądzi i dostaniesz najwyżej pół roku obozu pracy, tyle co nic.

Olga przypomniała sobie radę towarzyszki z celi: „Niech się pani przyznaje tylko do tego, czego w żaden sposób nie może się pani wyprzeć”.

– Jestem niewinna.

– Niewinne to może być nowo narodzone dziecko, a i to zależy, z jakich rodziców. No już, podpisuj, mam ważniejsze rzeczy na głowie niż ta twoja sprawa.

Wiedziała, że nie wolno jej przeciągać struny. Mógł ją tu zatłuc jak psa, gdyby tylko przyszła mu ochota. Nie było żadnych świadków, nawet protokolanta.

– Napisałam list do Klementyny Zabierzeskiej, nie przeczę, podałam przecież na kopercie swoje nazwisko i adres. Słuchałam Londynu i Free Europe, ale to wszystko po to, żeby się dowiedzieć czegoś o synu. Mówiłam panu, że Teofil w czterdziestym roku uciekł przez zieloną granicę do polskiej armii we Francji i od tamtej pory nie dał znaku życia. Od Klementyny dowiedziałam się, że dotarł na Bliski Wschód.

– To znaczy ona pisała do ciebie z Londynu?

– Tak. Napisała do mnie raz, zaraz po wojnie, w sierpniu albo we wrześniu czterdziestego piątego roku.

Olga powiedziała to pewnym głosem, patrząc śledczemu prosto w oczy. Już dawno przygotowała sobie tę odpowiedź.

– Tego listu nie ma w zabezpieczonym materiale dowodowym.

– Gdy jesienią czterdziestego szóstego roku wyrzucono mnie z domu, mogłam zabrać tylko trochę rzeczy. Wszystkie listy zostały we dworze, a potem je spalono.

Oficer sięgnął do leżących na stole papierów.

– „Charakterystyka podejrzanej Olgi Mężyńskiej – przeczytał na głos. – Sporządził…” Mniejsza o nazwisko. „Wyżej wymieniona jest »białą« Rosjanką. Urodziła się w Leningradzie. Matka, Polka, wcześnie ją odumarła. W rozmowach indywidualnych nieraz mówiła, że pochodzi od księcia Ruryka, że do jej rodziny należało pół Ukrainy i że poznała swojego przyszłego męża, Jana Mężyńskiego, na ślubie cara Mikołaja. W tych samych rozmowach wychwalała carat i Polskę sanacyjną, do której przyjechała z mężem w tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym ósmym albo dziewiątym roku (pytani na okoliczność podają różne daty). Jej córka, mając osiemnaście lat, umarła na hiszpankę. Mąż poległ w dwudziestym roku w bitwie warszawskiej. Także ten fakt był dla niej powodem do poniżania Związku Radzieckiego. Syn Teofil na początku tysiąc dziewięćset czterdziestego roku uciekł do Francji, do reakcyjnej armii generała Sikorskiego. Po parcelacji majątku Olszynka w rozmowach indywidualnych starała się wpoić mieszkańcom przekonanie, że parcelacja była bezprawna, a także wpoić nienawiść do Polski Ludowej i innych krajów demokracji ludowej. Ponieważ majątek był resztówką o powierzchni czterdziestu dwóch hektarów, mogła pozostać na jego terenie. We dworze urządzono magazyn i mieszka w dawnym domu stajennego przy częściowo rozebranych stajniach. W rozmowach indywidualnych wychwala Amerykę i inne kraje kapitalistyczne, a także prawdopodobnie utrzymuje z nimi kontakt, znając język angielski, niemiecki i francuski. Paczek z zagranicy nie otrzymuje. Nie należy do żadnej organizacji społecznej ani nie przejawia żadnej działalności”.

Oficer milczał chwilę.

– Tylko ode mnie zależy, czy przekażę tę charakterystykę dalej – powiedział. – Już ona sama jest gotowym aktem oskarżenia.

– Aktem oskarżenia ze strony władz, które odebrały mi dom i ziemię, choć reformie rolnej podlegały majątki mające co najmniej pięćdziesiąt hektarów?

– Rozumiem, że wszystko się zgadza?

– Moje rodzinne miasto nazywało się Petersburg, a w tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym ósmym roku, gdy przyjechałam z mężem do Olszynki, nie było ani sanacyjnej Polski, ani żadnej innej. Poza tym nie mam zwyczaju nikogo wychwalać ani poniżać. I na pewno nie chwaliłam się księciem Rurykiem. Jestem słaba z historii średniowiecznej.

– Dość tych żartów! – Oficer uderzył pięścią w stół.

Olga drgnęła. Rozgniewać go to było najgłupsze, co mogła zrobić.

– Ja nie żartuję, tylko się bronię – powiedziała cicho. – Przecież pan wie, że mam siedemdziesiąt jeden lat i w obozie nie przetrwam nawet miesiąca.

Żałowała, że nie ma na podorędziu łez. Nawet gdy robiła sceny zazdrości Jasiowi, nie potrafiła się rozpłakać, choć wiedziała, jaki był czuły na kobiece łzy.

– A więc słuchała pani zagranicznych stacji i napisała list tylko po to, żeby zdobyć wiadomości o synu? – spytał śledczy po długiej chwili.

– Tak.

– A ta ulotka o treści antypaństwowej? – Oficer wyjął z teczki wiersz napisany na maszynie na burej przebitce.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij