Pamiętnik Iwony M. - ebook
„Pamiętnik Iwony M.” to historia lekko znudzonej życiem trzydziestolatki, której udział w pielgrzymce do Lichenia zmienia wszystko. A w szczególności zmienia ją samą i to w sposób mocno nieoczekiwany. Książka została utworzona z pomocą AI.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8455-649-8 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Książka, którą trzymasz w ręku, nie powinna była powstać. Nie dlatego, że ktoś próbował ją zatrzymać, ocenzurować czy zniszczyć. Nie dlatego, że jej bohaterka prosiła o dyskrecję, choć z pewnością miała ku temu powody. Nie powinna była powstać, bo jest zapisem czegoś, czego większość z nas nie potrafi — albo nie chce — ubrać w słowa. Jest zapisem wewnętrznego trzęsienia ziemi. Tego cichego, niewidocznego z zewnątrz, które nie burzy ścian ani nie łamie dachów, ale przesuwa fundamenty. Po nim dom wygląda tak samo. Stoi. Funkcjonuje. Tylko mieszkaniec wie, że podłoga pod stopami nie jest już tam, gdzie była wczoraj.
Iwona M. nie jest postacią literacką w klasycznym tego słowa znaczeniu. Jest kimś bliżej — bliżej czytelnika, bliżej ulicy, bliżej drzwi, za którymi siedzi ktoś, kogo znamy, z kim pracujemy, obok kogo stoimy w kolejce po chleb. Jest kobietą w średnim wieku, z konkretnego polskiego miasta, z konkretnego bloku, z konkretnego małżeństwa. Ma imię, które nosi kilkaset tysięcy Polek. Ma życie, które z zewnątrz wygląda na ułożone — mąż, dzieci, praca, niedzielna msza, wczasy raz w roku, zakupy w Biedronce. Ma wszystko, co powinno wystarczyć. I właśnie dlatego ta książka jest tak niebezpiecznie prawdziwa — bo stawia pytanie, na które nikt nie chce odpowiadać: a jeśli to, co powinno wystarczyć, nie wystarcza?
Trafiłem na ten tekst przypadkiem, choć nie wierzę w przypadki — a jeśli wierzę, to tylko w takie, które udają przypadek, a naprawdę są czymś innym. Ktoś mi go podsunął. Ktoś, komu ufam. Powiedział: przeczytaj, ale nie na szybko, nie po łebkach, nie między jednym spotkaniem a drugim. Przeczytaj tak, jak się czyta listy od kogoś, kto dawno nie pisał. Posłuchałem. I dobrze zrobiłem, bo ta książka wymaga uwagi szczególnego rodzaju — nie intelektualnej, nie analitycznej, lecz ludzkiej. Zwyczajnie ludzkiej. Wymaga, żebyś odłożył telefon, zamknął drzwi, usiadł i pozwolił sobie być przez chwilę kimś, kim na co dzień nie jesteś — kimś bezbronnym.
Nie jest to reportaż, choć ma reportażową precyzję szczegółu. Nie jest to powieść, choć ma narracyjny oddech i napięcie, które nie pozwala oderwać się od kolejnych stron. Nie jest to pamiętnik w ścisłym sensie, choć nosi taki tytuł i choć zdania układają się tu tak, jakby ktoś pisał je wieczorem, na kolanach, w świetle lampki nocnej, szybko, gorączkowo, zanim odwaga zdąży wyparować. To jest coś pomiędzy — hybrydowe, nieposłuszne gatunkowo, niepodlegające łatwej klasyfikacji. I może właśnie dlatego tak skuteczne. Bo życie, o którym tu mowa, też nie mieści się w żadnej kategorii. Nie jest tragedią, nie jest romansem, nie jest kryminałem — a jednocześnie jest tym wszystkim naraz. Jest życiem. Ze wszystkimi jego niekonsekwencjami, powtórzeniami, pauzami, które trwają za długo, i słowami, które padają za późno.
Autorka — bo choć imię na okładce brzmi „Iwona M.”, to przecież ktoś nadał tym zapiskom formę, ktoś wybrał, co zostawić, a co odciąć, ktoś zdecydował, gdzie zaczyna się cisza i gdzie kończy się zdanie — autorka ma rzadki dar. Potrafi pisać tak, że czytelnik nie czyta. Czytelnik podsłuchuje. Pochyla się nad tymi stronami jak nad cudzym ramieniem w kawiarni, kiedy ktoś pisze list i nie wie, że ktoś patrzy. Jest w tym pewna intymność, która graniczy z nietaktem — a mimo to nie potrafi się człowiek odwrócić. Bo to, co tam jest napisane, dotyczy także jego. Dotyczy nas wszystkich.
Nie zdradzę szczegółów fabuły, bo ta książka na to nie zasługuje — zasługuje na to, żeby czytelnik wszedł w nią sam, bez mapy, bez przewodnika, bez ostrzeżeń. Powiem tylko tyle: jest tu kobieta, jest droga, jest morze, jest powrót. Są ludzie, których spotyka — jedni przypadkowi, inni nie. Są rozmowy, które zmieniają wszystko, i rozmowy, które nie zmieniają nic, ale zostają w głowie na lata, jak melodia, której nie pamiętasz do końca, ale nucisz pod nosem w najmniej oczekiwanych momentach. Jest mąż, który czeka. Są dzieci, które dorosły. Jest kościół, jest wieża, jest krzyż, który błyszczy w popołudniowym słońcu. I jest zasłona, którą się zaciąga — powoli, zdecydowanie — kiedy świat za oknem staje się zbyt wielki, zbyt jasny, zbyt wyraźny.
Muszę przyznać coś, co jako recenzent i człowiek piszący o literaturze od ponad dwudziestu lat przyznaję niechętnie: ta książka mnie poruszyła. Nie wzruszyła — poruszyła. To jest różnica. Wzruszenie jest krótkie, powierzchniowe, łatwe — oczy wilgotnieją, gardło ściska się na chwilę, a potem wraca się do codzienności i zapomina. Poruszenie jest inne. Poruszenie przesuwa coś w środku. Coś, co potem nie wraca na swoje miejsce. Po lekturze tej książki chodziłem po mieszkaniu i patrzyłem na przedmioty — na kubek na biurku, na zasłony w sypialni, na klucze leżące na komodzie — i widziałem je inaczej. Jakby każdy z tych przedmiotów miał swoją historię, swoją wagę, swoje miejsce w skomplikowanej sieci znaczeń, które zwykle ignorujemy, bo jesteśmy zbyt zajęci, zbyt zmęczeni, zbyt pewni, że wiemy, jak wygląda nasze życie.
Iwona M. nie wie, jak wygląda jej życie. I to jest jej siła. To jest siła tej książki. Bo pewność — ta codzienna, automatyczna pewność, z którą wstajemy rano, idziemy do pracy, wracamy, kładziemy się spać — ta pewność jest iluzją. Wygodną, potrzebną, zbawienną iluzją, bez której nie dałoby się funkcjonować. Ale iluzją. A ta książka delikatnie, bez przemocy, bez krzyku, bez moralizatorstwa, podnosi róg tej iluzji i pokazuje, co jest pod spodem. Nie potwory. Nie otchłań. Nie ciemność. Po prostu — pytania. Zwykłe, ludzkie pytania, na które nie ma dobrych odpowiedzi, ale które trzeba zadać, żeby żyć naprawdę, a nie tylko funkcjonować.
Powinienem powiedzieć coś o języku, bo recenzent powinien. Więc powiem: język tej książki jest pozornie prosty. Zdania są krótkie, czasem urywane, czasem powtarzalne — jak oddech, jak kroki, jak tykanie zegara za ścianą. Nie ma tu ozdobników, nie ma popisów stylistycznych, nie ma metafor, które domagają się podziwu. A mimo to — albo właśnie dlatego — ten język wchodzi pod skórę głębiej niż niejedna wyrafinowana proza. Bo jest uczciwy. Jest tak uczciwy, jak uczciwa jest kobieta, która siada wieczorem z zeszytem i pisze to, czego nie potrafi powiedzieć głośno. Nie szuka pięknych słów. Szuka prawdziwych. I zazwyczaj je znajduje.
Jest jeszcze coś, o czym chcę powiedzieć, choć ryzykuję nadinterpretację. Ta książka jest opowieścią o ciałach. O ciele Iwony, które chodzi, oddycha, śpi, kocha się, boli, pociera dłonie o szorstki drewniany różaniec, zanurza stopy w morzu, leży na piasku, stoi na peronie, siada w pociągu, wraca do łóżka, które skrzypi. O ciele jej męża, który czeka w przedpokoju i pachnie tym samym płynem po goleniu. O ciałach ludzi, których spotyka na swojej drodze — ciałach zmęczonych, ciałach radosnych, ciałach starych, ciałach chorych, ciałach, które niosą w sobie więcej, niż mogą udźwignąć. Ta książka przypomina, że jesteśmy ciałami. Że myślimy ciałami, czujemy ciałami, pamiętamy ciałami. Że dusza — jeśli istnieje, a Iwona chyba wierzy, że istnieje — mieszka nie ponad ciałem, nie obok ciała, ale w ciele. W jego bólach, w jego przyjemnościach, w jego zmęczeniu, w sposobie, w jaki ręka sięga po zasłonę i zaciąga ją — powoli, zdecydowanie.
Nie wiem, kim jest Iwona M. Nie wiem, czy mieszka nadal w tym samym bloku na kieleckim osiedlu, czy zasłony w jej sypialni są wciąż beżowe, czy sprężyna w lewym dolnym rogu łóżka nadal skrzypi. Nie wiem, co zrobiła z tym, czego doświadczyła. Nie wiem, czy pamiętnik, który dał początek tej książce, leży gdzieś na dnie szuflady, czy może na widoku, na szafce nocnej, obok lampki z odłamanym kloszem. Nie wiem i nie muszę wiedzieć. Nie muszę, bo ta książka nie jest o Iwonie M. Ta książka jest o każdym, kto kiedykolwiek stanął przy oknie i zobaczył coś, co go przerosło — krzyż na wieży kościoła, zachodzące słońce, twarz drugiego człowieka, własne odbicie w szybie — i zaciągnął zasłonę. Nie z tchórzostwa. Nie z obojętności. Z czegoś zupełnie innego — z mądrości, która mówi: nie wszystko trzeba widzieć naraz. Nie wszystko trzeba rozumieć teraz. Są rzeczy, które mogą poczekać za zasłoną, w półmroku, w ciszy.
Przeczytaj tę książkę. Ale nie na szybko. Nie na raz. Czytaj ją tak, jak się idzie piechotą — krok za krokiem, strona za stroną, oddech za oddechem. I kiedy skończysz — nie zamykaj jej od razu. Zostaw ją otwartą. Na kolanach, na stole, na poduszce obok głowy. Niech oddycha. Niech stygnie. Niech osiada jak kurz po przejściu kogoś, kto szedł cicho, ale zostawił ślady.
Bo ta książka zostawia ślady.
Głębokie.
Warszawa, październik 2024Rozdział 2
GŁOS Z WNĘTRZA
Trzeciego lipca, w niedzielę, obudziłam się o szóstej dziesięć — pięć minut przed budzikiem. To się nigdy nie zdarza. Nigdy. Od pięciu lat moje ciało jest tak precyzyjnie zsynchronizowane z rytmem codzienności, że budzik jest formalnością — dzwoni, ja otwieram oczy, ale to budzik jest pierwszy, zawsze on, jakby moje ciało potrzebowało pozwolenia z zewnątrz, żeby zacząć kolejny dzień. A tamtej niedzieli obudziłam się sama. Leżałam w ciemności — bo o szóstej dziesięć w lipcu jest już jasno, ale nasze zasłony z Ikei są grube i beżowe i nie wpuszczają świata do środka — leżałam i czułam coś dziwnego. Nie niepokój, nie ekscytację, nie strach. Coś pośredniego. Jakby ktoś stał w przedpokoju mojego umysłu i czekał, aż otworzę drzwi. Nie pukał. Nie hałasował. Po prostu stał i czekał, i ja wiedziałam, że tam jest, choć nie miałam pojęcia, kto to jest ani czego chce.
Wstałam cicho, żeby nie obudzić Andrzeja. Poszłam do kuchni. Włączyłam ekspres. Kap-kap. Tik-tak. Stałam przy blacie w piżamie i patrzyłam przez okno kuchenne na podwórko — puste huśtawki, piaskownica, ławka, na której wieczorami siedzą emeryci z parteru. Niedzielny poranek w bloku na Szydłówku wygląda jak poranek po końcu świata — cisza, pustka, świat w zawieszeniu. Wypiłam kawę. Zjadłam kanapkę z serem. I wtedy — nie wiem dlaczego — podeszłam do szafy i wyjęłam sukienkę. Nie tę codzienną, letnią, w której chodzę do pracy, ale tę drugą, granatową, z białym kołnierzykiem, którą kupowałam trzy lata temu na wesele koleżanki z pracy i którą włożyłam od tamtej pory może dwa razy. Sukienkę, w której wyglądam — tak mi się przynajmniej wydaje — jak ktoś, kto idzie gdzieś ważnego. Ubrałam ją.
Na mszę chodzimy co niedzielę. To znaczy — ja chodzę co niedzielę, Andrzej chodzi co drugą, czasem co trzecią, w zależności od tego, czy jest „zmęczony po tygodniu” (jest zmęczony po tygodniu mniej więcej co drugą niedzielę, z precyzją, która sugeruje, że zmęczenie jest wymówką, a nie stanem). Chodzimy — chodzę — do kościoła parafialnego pod wezwaniem świętego Wojciecha, na ulicy Kościelnej, osiem minut piechotą od bloku. Kościół jest stary, ceglany, z wieżą, która widać z naszego okna sypialni, i z dzwonami, które biją na Anioł Pański trzy razy dziennie, i których dźwięk wplótł się w moją codzienność tak samo jak tykanie zegara — słyszę, nie słucham.
Tego dnia Andrzej oczywiście nie poszedł.
— Idziesz? — zapytałam, stojąc w przedpokoju w granatowej sukience i białych balerinkach.
— Dzisiaj odpuszczę — powiedział z kanapy, nie odrywając wzroku od laptopa. — Jestem po ciężkim tygodniu.
Nie skomentowałam. Co tu komentować. Wyszłam.
Droga do kościoła jest krótka i w niedzielny poranek przyjemna — lipowe aleje rzucają cień na chodnik, powietrze pachnie jeszcze nocnym chłodem, choć za godzinę będzie trzydzieści stopni i miasto zacznie się gotować jak garnek z rosołem. Szłam i myślałam o tym, po co właściwie idę. Bo prawda jest taka, że od lat chodzę na mszę z przyzwyczajenia. Tak mnie wychowano. Matka chodziła w każdą niedzielę, ojciec chodził w Wielkanoc i na Boże Narodzenie (i po Pasterce szedł do kolegi na kieliszek, co kończyło się powrotem o trzeciej w nocy i awanturą, ale to inna historia), a ja chodziłam, bo chodziłam, i kiedy wyszłam za mąż, chodziłam dalej, bo nie chodziłoby się dziwnie nie chodzić. Mechanizm. Nawyk. Autobus linii trzydzieści cztery duszy — wsiadasz, jedziesz, wysiadasz, nie pamiętasz trasy.
Nie modlę się w kościele. To znaczy — wykonuję gesty. Klękam, wstaję, siadam, składam ręce, mówię „Amen” we właściwych momentach, odpowiadam „I z duchem twoim” razem z innymi, śpiewam pieśni, choć nie wszystkie znam na pamięć i czasem otwieram usta bez dźwięku, licząc, że nikt nie zauważy. Ale to nie jest modlitwa. To jest choreografia. Taniec, którego kroki znam, ale muzyki nie słyszę.
Weszłam do kościoła. Było wpół do dziewiątej, msza o dziewiątej — lubiłam przychodzić wcześniej, kiedy kościół jest jeszcze w połowie pusty i można usiąść w ławce bez przepychania się obok tłustych pań w kwiecistych sukienkach, które zawsze siedzą na skraju i nie chcą się przesunąć. Usiadłam w piątej ławce od ołtarza, po lewej stronie, obok nawy bocznej. To jest moje miejsce — nie oficjalnie, nikt nie rezerwuje ławek, ale regularni parafianie mają swoje niepisane terytoria, jak koty w ogrodzie, i wszyscy o tym wiedzą, i nikt tego nie narusza.
Kościół pachniał kadzidłem i starym drewnem. Światło wpadało przez witraże i kładło kolorowe plamy na posadzce — niebieskie, czerwone, złote. Patrzyłam na te plamy i myślałam o niczym. Ludzie przychodzili, siadali, szeptali, kaszleli, szeleścili torebkami. Zwykła niedzielna liturgia. Gdzieś z boku płakało dziecko — matka próbowała je uspokoić, kołysząc na rękach, ale dziecko miało własne zdanie na temat ciszy w kościele i wyrażało je głośno. Starszy pan w garniturze, trzy ławki przede mną, odwrócił się i rzucił matce spojrzenie pełne dezaprobaty. Matka spuściła oczy. Dziecko płakało dalej. Normalność.
Msza zaczęła się punktualnie. Ksiądz proboszcz Tadeusz — mężczyzna koło sześćdziesiątki, siwy, niski, z twarzą okrągłą jak chleb, z głosem, który brzmi jak skrzypienie starej szafy — wyszedł do strony ołtarza i zaczął od znaku krzyża. Wstałam razem z innymi. Siadłam. Wstałam. Usiadłam. Choreografia. Pierwsze czytanie — coś ze Starego Testamentu, nie pamiętam co, bo nie słuchałam, myślałam o tym, czy wyłączyłam żelazko, choć nie prasowałam tego ranka, ale taka myśl potrafi wejść do głowy i zasiąść tam jak niechciany gość, który nie rozumie, że powinien wyjść. Psalm responsoryjny. Drugie czytanie. I potem — Ewangelia.
Ksiądz Tadeusz otworzył lekcjonarz i zaczął czytać. I wtedy coś się stało.
Fragment był z Ewangelii świętego Jana. Rozdział czwarty. Kobieta z Samarii przy studni. Znałam ten fragment — słyszałam go dziesiątki razy, bo Ewangelie się powtarzają w cyklu liturgicznym, i po trzydziestu latach chodzenia do kościoła trudno usłyszeć coś naprawdę nowego. Ale tamtego dnia te słowa brzmiały inaczej. Jakby ktoś wziął stary, wyblakły obraz ze ściany, wyczyścił go i powiesił z powrotem, i nagle widać kolory, których wcześniej nie było. Jezus siedzi przy studni, zmęczony drogą. Przychodzi kobieta — Samarytanka, obca, z marginesu, ktoś, z kim porządny Żyd nie powinien rozmawiać. A On mówi do niej: „Daj mi pić.” I potem mówi to, co uderzyło mnie tak, że zaparło mi dech w piersiach, dosłownie, fizycznie, poczułam, jak powietrze utknęło mi w gardle: „Każdy, kto pije tę wodę, znowu będzie pragnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskującej ku życiu wiecznemu.”
Siedziałam w ławce i te słowa wisiały w powietrzu nad moją głową jak chmura, z której zaraz spadnie piorun. Nie wiem, dlaczego akurat tego dnia, akurat ten fragment, akurat te słowa — nie wiem. Ale poczułam coś. Coś fizycznego — nie metaforycznego, nie poetyckiego, fizycznego. Ukłucie. W środku klatki piersiowej, mniej więcej tam, gdzie jest serce, ale głębiej, za sercem, za żebrami, w jakimś miejscu, którego nie ma na żadnej mapie anatomicznej, bo anatomia nie zna takich miejsc. Ukłucie, krótkie i ostre jak szpilka wbita od środka na zewnątrz. I zaraz potem — ciepło. Fala ciepła, która rozlała się od tego punktu na boki, w górę, w dół, do ramion, do palców, do gardła. Nie gorączka. Nie uderzenie krwi. Ciepło innego rodzaju — takie, jakby ktoś w środku zapalił świeczkę, małą, cichą świeczkę, która nie oświetla wiele, ale jest.
Ksiądz Tadeusz zaczął kazanie. Zazwyczaj jego kazania są jak jego głos — skrzypiące, monotonne, trochę za długie, trochę za oczywiste. Mówi o miłości bliźniego, o grzechach, o obowiązkach parafialnych, o składkach na remont dachu. Ale tego dnia mówił o pragnieniu. Stał na ambonie, mały, siwy, okrągły, i mówił głosem, który nagle przestał skrzypieć i zaczął brzmieć jak coś głębszego, jakby pod spodem jego zwykłego księżowskiego tonu był drugi głos, poważniejszy, ciemniejszy.
— Pragnienie — powiedział — jest stanem naturalnym człowieka. Pragniemy jedzenia, pragniemy wody, pragniemy snu. Ale jest w nas pragnienie, którego nie zaspokoi żaden pokarm, żadna woda, żaden sen. Jest w nas studnia bez dna, do której możemy wlewać wszystko, co daje nam świat — pieniądze, rozrywki, przyjemności, nawet miłość ludzką — i ta studnia nie napełni się nigdy. Bo ta studnia nie jest przeznaczona na wodę ziemską.
Patrzył prosto przede siebie, na kogoś w trzeciej ławce albo na nikogo, i mówił dalej, a ja siedziałam w piątej ławce i czułam, że mówi do mnie. Do mnie osobiście. Co jest absurdalne, bo w kościele było dwieście osób i ksiądz Tadeusz nie wie nawet, jak mam na imię — jestem jedną z wielu twarzy, które widzi co niedzielę z ambony i które zlewają się w jedno beżowe morze parafialnej wierności. A jednak miałam poczucie — irracjonalne, niemożliwe do obronienia logicznie, i mimo to absolutnie pewne — że te słowa są skierowane do mnie, do Iwony Mazurkiewicz, lat trzydzieści, referentki z wydziału geodezji, żony informatyka, właścicielki zegara z Castoramy i kołdry z Ikei.
— Kobieta przy studni — ciągnął ksiądz Tadeusz — przyszła po wodę. Po zwykłą, ziemską wodę. Miała dzban, miała sznur, miała rutynę. Chodziła do tej studni codziennie, od lat. Ale Jezus zapytał ją o coś, czego nikt wcześniej nie zapytał. Zapytał ją o pragnienie. Nie o to, czego potrzebuje, ale czego pragnie. A to jest wielka różnica, kochani. Bo potrzebujemy chleba i dachu nad głową, ale pragniemy sensu. I to pragnienie jest głosem Boga w nas. To pragnienie jest dowodem na to, że nie jesteśmy stworzeni dla tego świata. Jesteśmy stworzeni dla czegoś więcej.
Czegoś więcej.
Siedziałam i czułam, jak łzy napływają mi do oczu, i nie wiedziałam dlaczego, bo nic smutnego się nie stało, nikt nie umarł, nikt mnie nie skrzywdził, nikt nie powiedział czegoś bolesnego — a jednak płakałam. Cicho, bez szlochu, po prostu łzy spływały po policzkach jak woda ze skalnej szczeliny, same z siebie, bez mojej zgody i bez mojego sprzeciwu. Kobieta obok mnie — gruba pani w kwiecistej sukience, ta od niechęci do przesuwania się — zerknęła na mnie i odwróciła wzrok. Może pomyślała, że przeżywam jakąś tragedię. Może pomyślała, że jestem niezrównoważona. Może w ogóle nie pomyślała nic, bo ludzie w kościele patrzą na siebie ukradkiem i szybko, jak złodzieje, i nie chcą wiedzieć za dużo.
Msza trwała dalej. Komunia. Nie poszłam do komunii — dawno nie byłam u spowiedzi, a jestem w tych sprawach staromodna, matka nauczyła mnie, że do komunii idzie się w stanie łaski uświęcającej, i choć nie wiem dokładnie, co to znaczy, wiem, że ja w tym stanie nie jestem, cokolwiek to jest. Siedziałam w ławce, kiedy inni szli w procesji do ołtarza, i patrzyłam na ich plecy, na pochylone głowy, na złożone ręce, i zastanawiałam się, ilu z nich naprawdę czuje to, co mówią że czują, a ilu idzie z przyzwyczajenia, tak jak ja, tak jak wszyscy, bo tak trzeba, bo tak wypada, bo dzwony biją i nogi niosą.
A potem msza się skończyła. Ksiądz Tadeusz powiedział: „Idźcie w pokoju Chrystusa” i ludzie zaczęli wychodzić — powoli, z szumem, z szuraniem nóg na posadzce, z cichymi rozmowami, które wybuchały natychmiast za progiem kościoła, jakby cisza liturgii była korkiem, który ktoś właśnie wyciągnął z butelki codzienności.
I wszyscy wyszli. A ja nie.
Zostałam w ławce. Nie dlatego, że postanowiłam zostać — raczej dlatego, że nie potrafiłam wstać. Nie fizycznie — nogi działały, kręgosłup działał, wszystko działało. Ale coś mnie trzymało. Ta niewidzialna nić, to ciągnięcie w środku klatki piersiowej — teraz było silniejsze, wyraźniejsze, jakby ktoś stał za moimi plecami i delikatnie, ale stanowczo, trzymał mnie za ramiona. Kiedy ostatni ludzie wyszli i kościół opustoszał — zostałam tylko ja, zakrystian zamiatający przy ołtarzu i stary mężczyzna w ostatniej ławce, który chyba zasnął — wstałam powoli i przeszłam do nawy bocznej.
Tam, w niszy w ścianie, stoi figura Matki Boskiej. Drewniana, polichromowana, pewnie z lat czterdziestych albo pięćdziesiątych, może starsza. Nieduża — metr, może metr dziesięć. Matka Boska w niebieskim płaszczu, z rękami rozłożonymi na boki, z twarzą, która nie jest ani smutna, ani radosna, ale spokojna. Spokojna w sposób, który wykracza poza ludzkie rozumienie spokoju — to nie jest spokój kogoś, kto nie ma problemów, tylko spokój kogoś, kto ma wszystkie problemy świata i mimo to stoi prosto. U jej stóp leżały zwiędłe kwiaty — ktoś przyniósł bukiet, pewnie w środku tygodnia, i teraz róże pochylały głowy jak zmęczeni pielgrzymi, a liście zaczynały brązowieć na końcach.
Uklękłam na drewnianym klęczniku, który był twardy i niewygodny, i patrzyłam na tę figurę. Nie modliłam się. Nie odmawiałam żadnej modlitwy — nie Zdrowaś Mario, nie Ojcze Nasz, nie Pod Twoją Obronę. Słowa modlitw, które znałam od dzieciństwa, wydawały mi się w tamtym momencie jak buty, które kiedyś pasowały, ale teraz są za małe — próbujesz je włożyć i nie możesz, i nie wiesz, czy to stopa urosła, czy buty się skurczyły. Nie modliłam się słowami. Nasłuchiwałam.
Bo to jest chyba najdokładniejsze słowo na to, co robiłam — nasłuchiwałam. Klęczałam przed drewnianą figurą w pustym kościele i nasłuchiwałam, tak jak się nasłuchuje w środku nocy, kiedy wydaje ci się, że ktoś zapukał do drzwi — nie jesteś pewna, czy to był puk, czy ci się zdawało, i wstrzymujesz oddech, i otwierasz uszy na oścież, i czekasz na powtórzenie dźwięku, który może nigdy się nie powtórzy. Tak właśnie klęczałam. Z wstrzymanym oddechem. Z otwartymi uszami. Z pustą głową, w której nie było myśli, tylko oczekiwanie na myśl.
I wtedy to poczułam.
Nie wiem, jak to opisać, i wiem, że cokolwiek napiszę, będzie nieprecyzyjne i niewystarczające, bo język został stworzony do opisywania rzeczy, które mają kształt, kolor, dźwięk, wagę — a to, co poczułam, nie miało nic z tych rzeczy. To było — szarpnięcie. Delikatne, ale wyraźne. Jakby ktoś wziął tę niewidzialną nić, o której myślałam rano — tę nić przywiązaną do środka mojej klatki piersiowej — i pociągnął. Nie mocno. Nie brutalnie. Tak, jak ciągnie matka dziecko za rękę, łagodnie, w kierunku czegoś, co dziecko powinno zobaczyć. Ciągnięcie, które mówi: chodź. Chodź, nie bój się. Jest coś, co musisz zobaczyć. Jest coś, co na ciebie czeka.
Klęczałam i czułam to ciągnięcie i po raz pierwszy od bardzo dawna — może od lat, może od zawsze — czułam, że coś jest realne. Nie autobus linii trzydzieści cztery, nie makaron z sosem pomidorowym, nie tykanie zegara — te rzeczy są realne w sposób płaski, powierzchniowy, jak fotografia jest realna, ale nie jest tym, co przedstawia. To, co czułam w tamtym momencie, było realne w sposób trójwymiarowy, głęboki, absolutny. Jak gdyby cały mój dotychczasowy świat był sceną teatralną z namalowanymi dekoracjami, a za tymi dekoracjami — za płaskimi drzewami i domami z kartonu i niebem z płótna — było coś prawdziwego. I to coś prawdziwego właśnie mnie zawołało.
Nie wiem, jak długo klęczałam. Może pięć minut, może dwadzieścia. Zakrystian kończył sprzątanie i pewnie zaczął się zastanawiać, czy ta kobieta w granatowej sukience zamierza kiedyś wyjść, czy będzie tak klęczeć do wieczora. Ale nie pogonił mnie. Może zobaczył łzy na moich policzkach i pomyślał, że przeżywam coś ważnego. A może go to nie obchodziło. Tak czy inaczej, w końcu wstałam. Kolana bolały — klęcznik był naprawdę twardy. Przeżegnałam się, nie dlatego, że chciałam zakończyć modlitwę (bo nie modliłam się), ale dlatego, że gest przeżegnania się jest jak kropka na końcu zdania — zamyka coś, nawet jeśli nie wiesz co.
Wyszłam z kościoła. Światło na zewnątrz było ostre i białe — lipcowe słońce nie ma litości, nawet o dziewiątej czterdzieści rano. Przymrużyłam oczy. Ludzie dawno się rozeszli, plac przed kościołem był prawie pusty — tylko kilka starszych pań rozmawiało pod lipą, i jakaś rodzina z dziećmi szła w stronę parkingu. Normalność wracała szybko, jak morze, które zalewa ślady stóp na piasku.
I wtedy zobaczyłam tablicę.
Parafialna tablica ogłoszeń — drewniana, pod szkłem, wisząca na murze obok wejścia do kościoła. Mijałam ją co niedzielę od pięciu lat i nigdy nie zatrzymywałam się, żeby przeczytać, co na niej jest, bo co mogło na niej być — informacja o chrztach, o pogrzebach, o zebraniu Rady Parafialnej, o składce na misje, o rekolekcjach wielkopostnych. Informacje z innego świata, ze świata ludzi, którzy żyją kościołem na serio, nie na moim poziomie niedzielnej choreografii. Ale tamtego dnia zatrzymałam się. I przeczytałam.
Między ogłoszeniem o dyżurach spowiedniczych a zaproszeniem na festyn parafialny wisiała kartka formatu A4, wydrukowana na kolorowej drukarce, z obrazkiem Matki Bożej Licheńskiej w górnym rogu i krzyżem narysowanym niebieskim flamastrem w dolnym. Na kartce było napisane:
PIESZA PIELGRZYMKA DO LICHENIA
12 dni — wyjście 15 lipca
Prowadzi: ks. Marek Sobczak
Zapisy w kancelarii parafialnej
lub pod nr tel. 607-XXX — XXX
Stałam przed tą tablicą i czytałam te słowa raz, drugi, trzeci. Piesza pielgrzymka. Dwanaście dni. Do Lichenia. Licheń — wiedziałam, że to gdzieś w Wielkopolsce, wielka bazylika, największy kościół w Polsce, budowany przez ojca Eugeniusza, kontrowersyjny, krytykowany, ale popularny. Nigdy tam nie byłam. Nigdy o tym nie myślałam. Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby iść gdziekolwiek pieszo dwanaście dni, bo po co, skoro są autobusy, pociągi, samochody, i po co iść do bazyliki, skoro mam kościół na rogu.
Ale ta nić. To ciągnięcie. Ten głos — bo to był głos, choć nie miał dźwięku, nie miał słów, nie miał tonu ani barwy, był raczej impulsem niż głosem, ale impulsem tak wyraźnym, że równie dobrze mógłby być krzykiem — ten głos powiedział jedno słowo. Jedno jedyne.
Idź.
Nie: „Zastanów się.” Nie: „Może warto spróbować.” Nie: „Pomyśl o tym.” Tylko: idź. Tryb rozkazujący. Bez dyskusji. Bez wątpliwości. Bez „ale”. Idź.
Wyciągnęłam telefon i zapisałam numer z kartki.
—
Wracałam do domu inną drogą niż zwykle — nie wiem czemu, nogi same skręciły w uliczkę, którą normalnie nie chodzę, i szłam wśród starych kamienic z podwórkami pełnymi bzu i jaśminu, i myślałam o tym, co właśnie postanowiłam. Bo to było postanowienie — nie plan, nie pomysł, nie „fajnie by było.” Postanowienie. Twarde jak kamień. Idę na pielgrzymkę. Pieszo. Dwanaście dni. Do Lichenia. Ja, Iwona Mazurkiewicz, referentka z wydziału geodezji, która zadyszki dostaje na trzecim piętrze, która ostatnią dłuższą trasę pieszą pokonała na wycieczce szkolnej w drugiej klasie liceum, która ma płaskostopie i alergię na komary i nie posiada śpiwora ani plecaka ani wygodnych butów trekkingowych. Idę.
To było absurdalne. I właśnie dlatego wiedziałam, że to prawdziwe.
Weszłam do domu. Andrzej siedział w salonie przed laptopem — w niedzielę nie pracuje, ale ogląda filmy na Netflixie, co jest tym samym, tylko bez wynagrodzenia.
— Jak w kościele? — zapytał, nie odrywając wzroku od ekranu.
— Dobrze — powiedziałam. I potem, bez zastanowienia, bez przygotowywania gruntu, bez dyplomacji, bo dyplomacja jest dla ludzi, którzy nie są pewni swojej decyzji, a ja byłam pewna tak, jak jest się pewnym bólu zęba — ból albo jest, albo go nie ma, i nie trzeba nikogo pytać o zdanie: — Andrzej, chcę iść na pielgrzymkę.
Cisza. Andrzej odwrócił głowę od ekranu i spojrzał na mnie. Miał na twarzy wyraz, który widzę na nim może raz na pół roku — wyraz autentycznego zaskoczenia, przebijającego przez warstwy obojętności jak słońce przez chmury.
— Na pielgrzymkę — powtórzył, jakby smakował to słowo i próbował ustalić, czy jest jadalne.
— Tak. Pieszą. Do Lichenia. Dwanaście dni. Start piętnastego lipca. Z parafii.
— Dwanaście dni — powtórzył znowu. Andrzej ma tę cechę, że w sytuacjach, które go zaskakują, powtarza kluczowe informacje jak echo, jakby musiał je usłyszeć drugi raz, żeby uwierzyć, że są prawdziwe.
— Tak. Dwanaście dni. Wzięłabym urlop.
Patrzył na mnie przez kilka sekund. Widziałam, jak w jego głowie toczą się koła zębate — informatyk analizuje dane, przetwarza, szuka logicznego wyjaśnienia, szuka błędu w kodzie. Jego żona, która chodzi do kościoła z przyzwyczajenia i nigdy w życiu nie powiedziała czegoś, co sugerowałoby głębszą wiarę niż poziom „Zdrowaś Mario” przed snem — ta żona chce iść dwanaście dni pieszo do sanktuarium.
— Pieszo — powiedział, jakby to słowo było szczególnie podejrzane.
— Pieszo. Tak ludzie pielgrzymują, Andrzej. Pieszo. Nogami.
— Wiem, że nogami. Po prostu… Nie spodziewałem się.
— Ja też się nie spodziewałam.
Kolejna cisza. Andrzej zamknął laptopa — wolno, ostrożnie, jakby laptop był śpiącym zwierzęciem, którego lepiej nie budzić. Odłożył go na kanapę obok siebie. Splótł ręce na kolanach. Patrzył na mnie z wyrazem twarzy, który u innego mężczyzny mógłby być początkiem rozmowy — prawdziwej rozmowy, głębokiej, szczerej, o tym, co się dzieje, o tym, dlaczego nagle, o tym, czy wszystko w porządku, czy coś się zmieniło, czy coś jest nie tak z nami, z tobą, ze mną, z naszym życiem, z tym cholernym zegarem na ścianie kuchni.
Ale Andrzej nie jest innym mężczyzną. Andrzej jest Andrzejem.
— Jak chcesz — powiedział.
I wrócił do laptopa.
Jak chcesz. Dwa słowa, które brzmią jak zgoda, ale są rezygnacją. Jak chcesz — znaczy: nie obchodzi mnie to na tyle, żeby dyskutować, ale nie obchodzi mnie to też na tyle, żeby zapytać dlaczego. Jak chcesz — znaczy: jesteś dorosła, rób co uważasz, ja będę tu siedział, na tej kanapie, w tym mieszkaniu, przy tym laptopie, i kiedy wrócisz, będę tu dalej, w tym samym miejscu, w tej samej pozycji, jak mebel, jak kaloryfer, jak zegar na ścianie. Jak chcesz. Rób. Idź. Nie idź. Okej.
Wyszłam z salonu. Poszłam do kuchni. Zrobiłam herbatę — nie kawę, herbatę, i sam ten fakt wydał mi się znaczący, jakby zmiana napoju była pierwszym drobnym aktem rewolucji, pierwszym krokiem w stronę czegoś innego. Piłam herbatę i patrzyłam na ten zegar. Tik-tak. Tik-tak. I po raz pierwszy od tygodni jego tykanie nie brzmiało jak odmierzanie pustki. Brzmiało jak odliczanie. Do piętnastego lipca było dwanaście dni.
—
Następnego dnia, w poniedziałek, poszłam do pracy z postanowieniem, które nosiłam w sobie jak sekret — ciepły, lekko pulsujący, ukryty za codzienną fasadą referentki z wydziału geodezji. Usiadłam przy biurku, włączyłam komputer, otworzyłam system ewidencyjny. Dorota przyszła o ósmej, jak zawsze, z kawą w kubku z napisem „Geodezja — mierzymy przyszłość.”
— Hej, Iwona. Dobry był weekend?
— Dobry, Dorotko, muszę iść do szefowej.
— O tej porze? Po co?
— Urlop.
Dorota uniosła brwi tak wysoko, że prawie zniknęły pod grzywką.
— Urlop? Teraz? W lipcu? Przecież zawsze bierzesz w sierpniu, z Andrzejem, nad Zalew.
— W tym roku biorę w lipcu. Sama.
Dorota patrzyła na mnie tak, jak patrzy się na kogoś, kto właśnie ogłosił, że zamierza skoczyć ze spadochronem — z mieszanką podziwu, niedowierzania i lekkiego niepokoju. Ale Dorota jest dyskretna w sposób, w jaki dyskretne są kobiety, które widziały w życiu wystarczająco dużo, żeby nie zadawać zbędnych pytań.
— No to idź — powiedziała i wróciła do monitora.
Poszłam do szefowej. Pani naczelnik Krystyna Wójcik — kobieta o wyglądzie i temperamencie czołgu, pięćdziesiąt trzy lata, kostium w kolorze stalowym, fryzura nieruchoma jak hełm, okulary na łańcuszku — siedziała za biurkiem i przeglądała dokumenty z wyrazem twarzy sugerującym, że dokumenty ją osobiście obrażają.
— Dzień dobry, pani naczelnik. Chciałabym złożyć wniosek urlopowy.
— Urlop? — pani Wójcik podniosła wzrok znad dokumentów i popatrzyła na mnie przez okulary. — Kiedy?
— Od piętnastego lipca. Dwa tygodnie.
— Dwa tygodnie. W środku miesiąca. W sezonie.
— Tak.
Pani Wójcik zdjęła okulary i położyła je na biurku z kliknięciem, które w jej wykonaniu brzmiało jak strzał z pistoletu.
— Pani Mazurkiewicz, pani pracuje u mnie — zerknęła na coś w komputerze — cztery lata. I przez te cztery lata pani nigdy nie złożyła wniosku urlopowego poza ustalonym terminem. Sierpień. Zawsze sierpień. Dwa tygodnie. Jak w zegarku.
Jak w zegarku. Nawet szefowa mówi o zegarkach.
— Wiem, pani naczelnik. Ale w tym roku chciałabym inaczej.
— Mogę wiedzieć dlaczego?
Przez ułamek sekundy rozważałam powiedzenie prawdy. Idę na pielgrzymkę, pani naczelnik. Pieszą. Do Lichenia. Bo klęczałam w kościele i poczułam szarpnięcie w klatce piersiowej i głos, który powiedział „Idź.” Wyobraziłam sobie minę pani Wójcik i odrzuciłam tę opcję.
— Sprawy rodzinne — powiedziałam.
Pani Wójcik patrzyła na mnie jeszcze przez trzy sekundy — jej wzrok był jak skaner na lotnisku, prześwietlał na wylot — a potem westchnęła i sięgnęła po formularz.
— Niech pani wypełni. Ale pani Mazurkiewicz — chcę te czternaście wniosków o wypis na biurku przed pani wyjściem. Wszystkie. Z pieczątkami.
— Oczywiście, pani naczelnik.
Wyszłam z jej gabinetu z formularzem w ręku i z uczuciem, które było absurdalnie nieproporcjonalne do sytuacji — czułam triumf. Mały, cichy, prywatny triumf, tak jakbym właśnie wygrała bitwę, o której nikt poza mną nie wiedział, że się toczy.
—
Tego samego dnia wieczorem zadzwoniłam pod numer z tablicy ogłoszeń. Odebrał mężczyzna — głęboki, ciepły głos, uprzejmy, ale nie oficjalny.
— Słucham, tu ksiądz Marek.
— Dzień dobry, księże. Dzwonię w sprawie pielgrzymki do Lichenia. Chciałabym się zapisać.
— Bardzo się cieszę! Jak pani ma na imię?
— Iwona. Iwona Mazurkiewicz.
— Pani Iwono, pięknie. Czy pani wcześniej pielgrzymowała?
— Nie. To byłby mój pierwszy raz.
— Tym lepiej! Pierwszy raz jest jak pierwsze spotkanie z Panem Bogiem — pełne niespodzianek i łask. Proszę sobie zapisać: zbiórka piętnastego lipca, godzina szósta rano, przy kościele świętego Wojciecha. Plecak, śpiwór, wygodne buty, dobra wola i otwarte serce. Resztę załatwi Matka Boża.
Mówił z taką naturalnością, z takim ciepłem, że poczułam się, jakby ktoś właśnie owinął mnie miękkim kocem w zimny dzień. Głos księdza Marka był jak przeciwieństwo wszystkiego, co znałam — nie był obojętny jak głos Andrzeja, nie był skrzypiący jak głos księdza Tadeusza, nie był metaliczny jak głos pani Wójcik. Był żywy. Pełen. Jakby za każdym słowem stała cała osoba, nie tylko twarz i usta.
— Będę — powiedziałam. — Na pewno będę.
— Niech pani zrobi jedną rzecz przed pielgrzymką, pani Iwono. Niech pani wieczorem, przed snem, usiądzie w ciszy i powie Panu Bogu jedno zdanie. Tylko jedno. „Jestem gotowa.” Nic więcej. On już będzie wiedział, co dalej.
Rozłączyłam się i stałam z telefonem w ręku na środku kuchni, pod zegarem, który tykał, i czułam, że coś się właśnie zaczęło. Coś, czego nie kontroluję. Coś, co ma swoją własną siłę i swój własny kierunek, i co ciągnie mnie za tę niewidzialną nić w stronę, w którą nigdy bym sama nie poszła.
—
Pozostałe dni do piętnastego lipca wypełniłam przygotowaniami. Kupiłam plecak — nie za drogi, nie za tani, pomarańczowy, z kieszenią na bidon i paskami odblaskowymi — w sklepie sportowym w galerii Echo, gdzie sprzedawca, młody chłopak z kolczykiem w brwi, zapytał, czy idę w góry. „Nie, na pielgrzymkę” — powiedziałam, i chłopak popatrzył na mnie tak, jakbym powiedziała, że lecę na Marsa. Kupiłam śpiwór — lekki, letni, zwijany w rulon wielkości bochenka chleba. Kupiłam buty trekkingowe — szare, z grubą podeszwą, brzydkie jak grzech, ale wygodne, sprzedawczyni kazała mi w nich chodzić po sklepie dziesięć minut, żeby sprawdzić, czy nie obcierają. Nie obcierały. Kupiłam skarpety — trzy pary, bawełniane, grube, też brzydkie. Kupiłam latarkę czołową, plastry na pęcherze i krem z filtrem.
A potem, ostatniego wieczoru, pakowałam plecak. Andrzej siedział w gabinecie przed komputerem i nie zaglądał do sypialni, w której rozłożyłam na łóżku swój ekwipunek — plecak, śpiwór, buty, skarpety, bieliznę na zmianę, dwie koszulki, lekką kurtkę przeciwdeszczową, przybory toaletowe, telefon, ładowarkę, portfel z pieniędzmi (odłożyłam pięćset złotych z pensji — na jedzenie i nagłe wypadki). I notes. Ten zeszyt w kratkę za trzy pięćdziesiąt, w którym piszę te słowa. I długopis. Niebieski, z logo Urzędu Miasta Kielce, zabrany z pracy bez wyrzutów sumienia, bo urząd ma ich tysiąc i nikt nie zauważy braku jednego.
Patrzyłam na ten rozłożony ekwipunek i czułam się jak przed pierwszym dniem szkoły. Dokładnie tak. Miałam siedem lat i stałam przed łóżkiem, na którym leżał tornister, piórnik z dwoma ołówkami, zeszyt w trzy linie i kanapka zawinięta w folię aluminiową, i nie wiedziałam, co mnie czeka, i bałam się, i cieszyłam się, i czułam mdłości, i chciałam, żeby już było jutro, i jednocześnie chciałam, żeby jutro nie nadeszło nigdy.
Dwadzieścia trzy lata później czułam dokładnie to samo.
Andrzej wszedł do sypialni, kiedy kończyłam pakowanie.
— Masz wszystko? — zapytał.
— Chyba tak.
— Weź powerbank. Mam zapasowy w szufladzie.
To było miłe. Naprawdę miłe. I nagle poczułam ukłucie czegoś, co mogło być wyrzutem sumienia, a mogło być czułością, a mogło być żalem — nie za tym, co jest, ale za tym, co mogłoby być, gdybyśmy kiedyś, dawno temu, skręcili w inną uliczkę. Andrzej przyniósł powerbank — czarny, prostokątny, naładowany do pełna — i podał mi go.
— Dzięki — powiedziałam.
— Dzwoń, jakby co.
— Będę dzwonić.
— No to… dobranoc.
— Dobranoc.
Leżeliśmy w ciemności. Trzydzieści centymetrów materaca między nami. Zegar tykał za ścianą. A ja zrobiłam to, co ksiądz Marek kazał mi zrobić — w ciszy, w myślach, nie na głos, bo Andrzej by usłyszał i zapytałby „co mówisz?”, a ja nie chciałam mu tego tłumaczyć — powiedziałam jedno zdanie.
Jestem gotowa.
I zamknęłam oczy. I po raz pierwszy od bardzo dawna — zasnęłam przed Andrzejem. Przynajmniej tak myślałam.