-
nowość
Pan Abakanowicz i zemsta czarownicy - ebook
Pan Abakanowicz i zemsta czarownicy - ebook
Michał ma dziesięć lat i tylko jeden cel: przetrwać kolejny dzień w nowej szkole, nie wpadając w ręce Janka i jego bandy. Gdy podczas ucieczki chowa się w toalecie, zamiast zimnych kafelków znajduje… portal do zaczarowanego lasu.
Tam czeka na niego doktor Abakanowicz – tajemniczy podróżnik i mistrz magii. Wraz z porywczym krasnoludem Kilikiem oraz elfką Ness, drużyna wyrusza na Bagna Zapomnienia. Muszą przedrzeć się przez pułapki magicznego świata, by uwolnić małe Mimiki z rąk okrutnej czarownicy Murgali. Jednak największa próba czeka Michała w samej chacie wiedźmy. Zaskakująca decyzja chłopca zmusi przyjaciół do stoczenia wielkiej bitwy z armią potworów. Czy uda im się zwyciężyć?
Pełna humoru, magii i niezwykłych przygód opowieść o tym, że prawdziwym bohaterem nie rodzi się ten, kto nie czuje strachu, ale ten, kto potrafi go pokonać.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Dzieci 6-12 |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68873-23-8 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
OPOWIEŚĆ STAREGO MIMIKA
Głęboko w sercu prastarego lasu, tam, gdzie ludzkie ścieżki już dawno zarosły mchem, ukryta była osada. Nie szukajcie jej na żadnych mapach – nikt jej nie znajdzie, chyba że akurat jest dzieckiem i ma szczęście zabłądzić w magicznym lesie.
Słońce stało już nisko, a jego ostatnie, ciepłe promienie złociły ten spokojny, malowniczy zakątek. Wioska, która za dnia tętniła życiem, teraz zamarła w oczekiwaniu. Ale chwileczkę – co to? Z cienia wyłoniła się pierwsza postać. Niska, nie większa od dłoni dziecka, przemykała bezszelestnie między korzeniami. Jej ciałko pokrywała miękka, zielona sierść. Miała wielkie, ruchliwe uszy i ogonek zakończony pędzelkiem, który wyglądał jak mała miotełka. Ubrana była w coś, co przypominało maleńkie ubranko dla lalek, uszyte z kolorowych tkanin. Za nią pojawiła się kolejna postać i jeszcze jedna. Setki drobnych stóp tupotały po podszyciu, zmierzając w jedno miejsce – do kamiennego kręgu w samym sercu osady. To właśnie były Mimiki.
Stworki spieszyły się do centrum wioski. Tam zgromadziła się już spora grupka ich krewniaków. Wszyscy siedzieli przy ognisku, na drewnianych kłodach ułożonych w krąg. Rozmawiali, szeptali i z podekscytowaniem czekali na to, co miało się wydarzyć. Miała to być wyjątkowa noc, jedyna taka w roku, kiedy zamiast spać, Mimiki zbierały się razem, by celebrować Święto Opowieści. Najstarszy z Mimików snuł przekazywane z pokolenia na pokolenie historie o wielkich czynach i pamiętnych wydarzeniach.
Mimiki rozsiadły się wygodnie wokół ogniska, ale to nie ono rozpalało ich wyobraźnię. Ich oczy były utkwione w wiekowym Mimiku, który wyróżniał się długą, siwą brodą. Miał na sobie elegancki żółty garniturek i wysoki cylinder, a w łapce trzymał czerwoną laseczkę.
– Siadajcie, siadajcie! – zawołał. Wszystkie szepty i rozmowy natychmiast ucichły. Każda para oczu była skierowana ku niemu. – Ognisko płonie. Słońce schowało się za drzewami. Czas rozpocząć noc pełną opowieści. Dziś opowiem wam o przygodach wielkiego podróżnika, mistrza sztuk magicznych, doktora filozofii i astronomii, magistra historii, ale przede wszystkim wielkiego przyjaciela naszego ludu – pana Abakanowicza.
Przez tłum stworków przeszła fala podniecenia. Wszyscy z niecierpliwością czekali na tę opowieść, a stary Mimik nie zamierzał robić długich wstępów. Doskonale pamiętał, jak sam przed laty słuchał tych opowieści z ust swojego dziadka, Arn-Ada… Krążyły nawet pogłoski, że znał on osobiście wielkiego pana Abakanowicza, choć nikt nie był pewien, czy to prawda.
– Opowiem wam dzisiaj wyjątkową historię – mówił dalej. – Będzie w niej zła czarownica, będą krasnoludy i elfy. Opowiem wam o wiedźmie, która dawno, dawno temu porwała część mieszkańców naszej wioski. Będzie trochę strasznie i kapkę śmiesznie. To historia o odwadze i mądrości, a wszystko zaczęło się zupełnie zwyczajnie, kiedy mały Michał, jak co rano, wstał do szkoły…
***
– I wyobraź sobie, Michaś, że nagle zza rogu wyskoczyło ich ze dwudziestu, jak nie więcej! – Staruszek zniżył głos do pełnego napięcia szeptu, a jego oczy, choć z wiekiem widzące coraz słabiej, błysnęły młodzieńczym zapałem.
Dziesięcioletni Michał chłonął te słowa jak sucha gąbka wodę. Siedział na kolanach dziadka, wpatrzony w niego jak w obrazek. Pochodzili z niewielkiej miejscowości niedaleko Warszawy. Świat niedowidzącego i niedosłyszącego dziadka ograniczał się teraz głównie do ich domu i podwórka, którego bramy prawie już nigdy nie przekraczał.
Jednak w oczach chłopca ten starszy mężczyzna był kimś w rodzaju superbohatera. Michał nie potrzebował żadnego innego – swojego miał we własnym domu. Uwielbiał słuchać opowieści z czasów, kiedy dziadek był młody, a rodziców Michała nie było jeszcze nawet na świecie. Wyprawy nad morze, w góry… Michałowi aż trudno było uwierzyć, że te wszystkie niesamowite przygody wydarzyły się naprawdę.
Szczególnie upodobał sobie historie z czasów, gdy dziadek jako mały chłopiec mieszkał w tętniącej życiem kamienicy z patio pośrodku budynku. Właśnie opowiadał mu o tym, jak z grupką przyjaciół przegonił z podwórka bandę innych dzieciaków, która siłą chciała je zagarnąć. Staruszek z dumą nazywał to „obroną swojej małej ojczyzny, ich własnego placu”.
Michał dość szybko zauważył, że gdy dziadek przez dłuższą chwilę nie mógł sobie czegoś przypomnieć, próbował to ukryć, drapiąc się po nosie. Zrobił to również teraz.
– A naszych… naszych z dziesięciu – kontynuował.
– Ale ich było przecież dwa razy więcej! – zauważył Michał.
– Oczywiście, oczywiście, dokładnie tak było.
– To jak udało wam się ich pokonać? – dziwił się chłopak. Staruszek zaśmiał się, lecz nim zdążył odpowiedzieć, do pokoju weszła korpulentna kobieta w przykrótkich spodniach.
– Michaś, pora już spać. Przecież rano idziesz do szkoły.
– Mamooo, muuuszę…? – spytał z niechęcią chłopak.
– Tak, musisz – odparła bez wahania. Skrzyżowała ręce, przekonana, że syn po prostu nie chce się uczyć. Nie wiedziała jednak, że powód był zupełnie inny. – Daj dziadkowi odpocząć – zakończyła zdecydowanym tonem.
Chwilę później Michał leżał już w łóżku, przygotowując się w myślach na kolejny dzień w szkole. Miał nadzieję, że minie szybko i uda mu się przemknąć przez niego jak dotychczas – niezauważonym.
***
Rano wszystko działo się bardzo szybko, zresztą jak co dzień. Rodzice Michała spieszyli się do pracy, a on do szkoły. Dziadek jeszcze spał. Cała trójka w pośpiechu zjadła śniadanie, ubrała się i wyszła z domu.
Michał szedł na pociąg, którym codziennie dojeżdżał do szkoły w Warszawie. Była to nowa placówka, do której uczęszczał od początku tego roku szkolnego. Mimo że był dopiero listopad, miał już jej dość – ale nie tak, jak dzieci mają dość szkoły, w której „źli” nauczyciele każą im się uczyć, o nie. Lubił swoich nauczycieli, uważał, że są bardzo mili, i chętnie słuchał tego, co mają do powiedzenia na lekcjach. Problem był zupełnie inny. Chłopak nie przepadał za innymi uczniami z tej samej szkoły, a właściwie za jedną konkretną grupą.
Była to banda Janka, chłopca o dwa lata starszego od Michała. Aha! No tak, możecie nie wiedzieć: Janek i jego paczka to najwięksi chuligani w szkole, choć trzeba przyznać, że bardzo sprytni. Potrafili świetnie maskować się przed nauczycielami. Często znęcali się nad młodszymi uczniami i wyśmiewali ich w obecności kolegów z klasy.
Nie dotyczyło to zresztą tylko Michała – ofiar ich prześladowań było znacznie więcej. A co z nauczycielami? Oczywiście próbowali interweniować, jednak tłumaczenia, prośby, a nawet groźby kierowane pod adresem Janka i jego bandy na nic się zdawały. Możliwe, że miał na to wpływ fakt, iż ojciec chłopaka był ważną postacią w mieście. Michał nie do końca to rozumiał, ale mężczyzna był ponoć znajomym burmistrza tutejszej dzielnicy. To właśnie dzięki tym koneksjom wybryki Janka prawie zawsze pozostawały bezkarne. Michał strasznie się go bał i starał się trzymać od niego z daleka. Tego dnia nie było inaczej, ale gdy tylko pojawił się w szkolnej szatni, zaczęły się kłopoty…
– O, patrzcie! – zawołał Janek do grupy kolegów, którzy podążali za nim jak stado dorodnych cielaków. – Oferma wróciła!
Michał wiele razy wyobrażał sobie, jak po kolei dusi każdego z tych cielaków, a na końcu szefa ich bandy, ale nigdy nie odważył się nikomu o tym powiedzieć. Bał się, że ktoś mógłby podkablować go Jankowi albo komuś z jego ekipy, a wtedy nie miałby już życia w tej szkole.
– Hej! Do ciebie mówię. Widziałem, jak mamusia przywiozła cię dzisiaj do szkoły. Dałeś jej buziaczka, żeby nie było jej przykro? – zapytał ostentacyjnie Janek przy wszystkich. Jego grupa parsknęła śmiechem, a zaraz potem dołączyło do niej kilku uczniów stojących wokół i przyglądających się kolejnej akcji szkolnego mafiosa.
– Nie… przyjechałem po… – zaczął chłopak, ale nie odważył się skończyć, ponieważ Janek zrobił kilka kroków w jego stronę. Miał przy tym taką minę, jakby chciał zamordować młodszego kolegę samym wzrokiem.
Michał cofnął się. Miał nikłą nadzieję, że szkolny chuligan odpuści.
– Zapamiętaj! – krzyknął Janek. – Takie małolaty jak ty nie mają głosu! Jak mówię, że tak było, to znaczy, że tak było!
– T… tak…
– Co tak?! Ktoś cię pytał?!
Wybuchła kolejna fala śmiechu. Dzieciaki nie miały hamulców. Śmiały się z niego bez opamiętania. Michał patrzył na ich twarze wykrzywione w szyderczych uśmiechach. Zarumienił się speszony, a łzy same zaczęły napływać mu do oczu. Nie mógł ich powstrzymać, chociaż próbował z całej siły. Wiedział, że patrzy na niego pół szkoły, a jeszcze przed końcem dnia wszyscy będą o tym mówić. Jego dziadek na pewno by tego nie pochwalił, on przecież nigdy nie płakał.
Nie chciał, żeby wszyscy widzieli jego łzy, dlatego puścił się biegiem wzdłuż korytarza.
– Za nim! – wrzasnął Janek tuż za jego plecami.
Chłopak się nie odwrócił, ale doskonale wiedział, że kilka osób rzuciło się za nim w pościg. Zdawał sobie również sprawę, że każdy z nich był od niego szybszy i silniejszy, więc nie miał większych szans na ucieczkę. Postanowił więc skręcić tam, gdzie – jak miał nadzieję – go nie znajdą.
Wcisnął się w wąską szczelinę w ścianie. Było to tajne przejście, a przynajmniej tak nazywali je młodsi uczniowie, ponieważ ani nauczyciele, ani starsi koledzy nie mieli szans się przez nie przecisnąć. Niewielka dziura, będąca wadą konstrukcyjną budynku, pozwalała przedostać się na korytarz w innym skrzydle szkoły.
Chłopiec skorzystał z tej pomocy, a gdy tylko znalazł się po drugiej stronie, pobiegł dalej przez pusty korytarz. Janek i jego banda zatrzymali się przed przejściem, obserwując oddalającą się ofiarę.
– Co tak patrzycie? Za nim! Naokoło! – krzyknął Janek i wszyscy popędzili do przejścia znajdującego się na drugim końcu korytarza.
Musieli przebiec cały korytarz, pokonać schody, potem następny korytarz i kolejne schody, zanim mogli znaleźć się po drugiej stronie, co niewątpliwie dawało Michałowi przewagę. Chłopak miał już plan, gdzie może się schować.
Skręcił kilka razy i, upewniwszy się, że nikt go nie widzi, wpadł do toalety dla dziewczyn. A przynajmniej tak mu się wydawało, bo kiedy przekroczył próg, potknął się o coś i upadł.
Ku jego zaskoczeniu nie upadł na zimne płytki, lecz na coś miękkiego i ciepłego, co po otwarciu oczu okazało się… trawą!
„Zaraz?! Trawa! W toalecie?!” – zapytał sam siebie Michał. Chłopak potrzebował chwili, by przyswoić sobie ten fakt. Kiedy już to do niego dotarło, natychmiast zerwał się na równe nogi i spojrzał za siebie. Drzwi jednak nigdzie nie było. Wokół rozciągał się wielki, gęsty las!
Zewsząd słychać było odgłosy zwierząt, a świeże powietrze natychmiast uderzyło chłopcu do głowy. Michał otworzył usta, rozglądając się dookoła. Słyszał wiele przedziwnych opowieści o dziewczyńskiej łazience, ale przecież to było niemożliwe! Był pewien, że wchodził do toalety, a nie na dwór. Zresztą… gdzie podziała się szkoła?!
Nagle usłyszał za sobą szelest.
– Ręce do góry! – zawołał ktoś za jego plecami. Chłopak posłusznie wykonał polecenie. Wyglądało na to, że gdziekolwiek się znalazł, Janek i tak go dopadł.
Powoli się odwrócił, ale mężczyzna, którego zobaczył, nie był Jankiem. Zresztą wydał mu się bardzo dziwny. Był wzrostu Michała, miał długą, czarną brodę oraz krótkie włosy i wyglądał na mocno umięśnionego. Nosił coś w rodzaju kolczugi, a w dłoni trzymał miecz.
– Ki… kim pan jest? – zająknął się chłopak.
– Oj, chłopaczku, to ja tu zadaję pytania! – warknął nerwowo nieznajomy i zamachał mieczem w powietrzu.
Michał cofnął się i upadł na ziemię, potykając się o korzeń pobliskiego dębu.
– Kilik, zostaw naszego małego kolegę, proszę – rozległ się inny głos. Wtedy Michał ujrzał jeszcze dwie postacie wyłaniające się zza drzew. Zupełnie nie przypominały niskiego mężczyzny, który go zaatakował.
Pierwsza szła dziewczyna wyglądająca na nieco starszą od Michała, chociaż tak naprawdę trudno było ocenić, ile miała lat. Była ubrana w zieloną tunikę z kapturem. Miała bardzo długie, rude włosy i spiczaste uszy, a na plecach zawieszony łuk. Jej kroki były lekkie i sprawiała wrażenie, jakby raczej unosiła się nad ziemią, niż po niej stąpała.
Za nią podążał mężczyzna. Miał na sobie granatowe dżinsy, a na nogach brązowe, podwyższone półbuty. Nosił białą koszulę i niebieską kamizelkę, a na wierzch narzucił rozpięty, długi, czerwony płaszcz z wieloma kieszeniami, które wyglądały, jakby ktoś naszył je w zupełnie losowych miejscach. Nieznajomy miał czarną brodę i lekko podkręcone wąsy. Włosy zaczesał do tyłu, a ich część spiął w kucyk. Mimo obfitego zarostu nie wyglądał staro. Szedł spokojnie, co jakiś czas gładząc się po brodzie. Wydawał się rozbawiony całą sytuacją.
– Chyba jesteśmy ci winni przeprosiny – oznajmił, nie przestając gładzić się po brodzie. – Hm, tak… Pozwól jednak, że się przedstawimy. Ten miły jegomość, który właśnie się do ciebie uśmiecha…
– Raczej szczerzy – przerwał mu niski brodacz, opuszczając jednak swój miecz.
– …tak – przyznał nieco zakłopotany mężczyzna. – To Kilik, krasnolud z północy, a to Ness, elfka z lasów na wschodzie. Ja nazywam się doktor Korneliusz Abakanowicz – przedstawił się i wykonał głęboki ukłon.
Cała trójka uśmiechnęła się – każdy na swój sposób. Uśmiech pana Abakanowicza był ciepły, podobny do tego, którym obdarzał Michała dziadek. Ten na twarzy Ness był prześliczny, taki, w którym można się zauroczyć; chłopak pomyślał w tym momencie, że elfka jest najpiękniejsza na świecie. Kilik natomiast uśmiechnął się tak, jakby chciał rzucić się na Michała z zębami. Chłopiec zdał sobie sprawę, że nigdy nie widział tak dziwnej grupy. Całe to zdarzenie coraz bardziej wymykało się rozsądkowi.
– A… gdzie my właściwie jesteśmy? – spytał zdezorientowany. – To nie wygląda na toaletę dla dziewczyn.
Doktor rozejrzał się wokół.
– Faktycznie, nie przypomina toalety – uśmiechnął się.
– W takim razie…
– Chodźmy – zarządził pan Abakanowicz, ruszając przed siebie. Zupełnie jakby kompletnie nie usłyszał słów chłopca. Pozostała dwójka podążyła jego śladem. Michał patrzył na oddalające się postacie, które poznał zaledwie przed chwilą.
– Michał, a ty?! – zawołał do niego pan Abakanowicz. Chłopak wpatrywał się osłupiały w mężczyznę. Gdyby nie to, że zawołał go po imieniu, pomyślałby, że mówi do kogoś innego. W zasadzie zupełnie nie wiedział, co tutaj robi, jak się tu znalazł i dlaczego miałby dokądkolwiek iść z tą dziwną grupką. Z drugiej strony – rozejrzał się – nie chciał zostawać sam w lesie.
– Ja? – spytał szeptem, ale mimo to pan doktor zachował się, jakby doskonale go usłyszał, i odpowiedział:
– No chodź, bo zostaniesz w tyle.
– Jesteś pewien, że powinniśmy go brać ze sobą? – zapytał doktora Kilik.
– Oczywiście, przecież nie zostawimy go samego w środku lasu – odpowiedział i szeroko się uśmiechnął.
– Ewidentnie nie ma wyszkolenia bojowego ani budowy, która by kogoś odstraszyła. Spójrz na niego!
– Może ma jakieś inne talenty, o których sam jeszcze nie wie – odpowiedział tajemniczo pan Abakanowicz, gładząc brodę. Kilik spojrzał na niego z ukosa.
– Mam niejasne wrażenie, jakbyś od początku wiedział, że go spotkamy – wytknął mu krasnolud, splatając ręce na piersiach.
– Ja? – zdziwił się doktor, uśmiechając się niewinnie, co na pewno nie przekonało krasnoluda. – A niby jakim sposobem? Są na tym świecie siły znacznie potężniejsze niż ja i ty. Jeżeli stawiają nam na drodze chłopca, to nie bez przyczyny.
Michał tymczasem dogonił resztę kompanii. Zrównał się z piękną elfką i szedł dalej u jej boku. Kątem oka dostrzegł jej wspaniały, kunsztownie zdobiony łuk.
– Czy elfy zawsze takie noszą? – spytał.
– To znaczy? – odpowiedziała pytaniem dziewczyna. Jej głos był bardzo przyjemny i w pewien sposób kojący.
– Bo czytam sporo książek i tam elfy zawsze strzelają z łuków. Czy naprawdę wszystkie to potrafią?
– Jeżeli tak napisali…
– Ale większość książek jest zmyślona – zaprotestował chłopak. Wtedy pan Abakanowicz wybuchnął serdecznym śmiechem. Michał nie wiedział, czy mężczyznę rozbawiła ta uwaga, czy też coś z rozmowy z Kilikiem.
– Jesteś pewny? – zapytała Ness. – Jeżeli tak jest, to czy my też nie powinniśmy być wymyśleni? – Wskazała na siebie i Kilika.
– No… ale was widzę – stwierdził zawstydzony Michał. Miał wrażenie, jakby siedział na lekcji i źle odpowiedział na banalnie proste pytanie. Poczuł, jak czerwienią mu się policzki.
– Nigdy nie pytaj o nic elfów! – zawołał Kilik. – Nie potrafią udzielić jasnej odpowiedzi. Na każde pytanie odpowiedzą: i tak, i nie.
Ness zmierzyła towarzysza wzrokiem.
– Przynajmniej odstajemy od ziemi – odparła melodyjnym głosem. Na twarzy krasnoluda odmalowało się oburzenie.
– Krasnoludy są niskie, ale za to bardzo wytrzymałe – odpowiedział twardo.
Michał parsknął śmiechem. Docinki tej dwójki, sprawiającej wrażenie, jakby pochodziła z zupełnie różnych światów, wydały mu się dość zabawne.
– A właściwie to, dokąd idziemy? – spytał chłopak, uświadamiając sobie, że przyłączył się do kompanii, zupełnie nie znając celu jej podróży.
– Idziemy na południe, a potem na wschód – stwierdził krasnolud. – Nasz cel to Bagna Zapomnienia.
– A co tam jest? – zainteresował się Michał. Nazwa ewidentnie nie brzmiała zachęcająco.
– Na wakacje się raczej nie wybieramy – skomentował Kilik, po czym uśmiechnął się, jakby opowiedział najlepszy dowcip w historii.
– Cicho, krasnalu. Nie wiesz, że chłopak nie zna tych stron? – zganiła go Ness. Następnie zwróciła się do Michała:
– Na bagnach osiedliła się zła wiedźma, Murgala, która nie tylko odprawia tam swoje mroczne czary, ale też porwała kilkunastu Mimików. Nasze miasta wybrały nas, mnie i Kilika, byśmy razem z mistrzem Abakanowiczem udali się tam, by uratować jeńców i przepędzić wiedźmę.
– Porwała kogo?
– Kruszywo, młody, na jakim ty świecie żyjesz… Mimików, ale to nawet nie wszystko! Wygnała z bagien zamieszkujące je chochliki! – zawołał krasnolud. – Biedaki znalazły schronienie w Thorgolu.
– A Thorgol to…? – zapytał niepewnie Michał. Czuł się jak na lekcjach matematyki, kiedy pani mówiła do niego z przekonaniem, a on nie miał pojęcia, o co chodzi.
– Ach, no tak. Musisz zobaczyć Thorgol – to najpiękniejsze miejsce na świecie!
– Phi – wyrwało się Ness, ale kiedy wszyscy spojrzeli w jej stronę, zamilkła i udała, że nic nie mówiła.
– Thorgol to nasza stolica, miasto krasnoludów, największe na ziemi i pod ziemią – powiedział z dumą krasnolud.
– Większe od Nowego Jorku? – spytał chłopak, przywołując w pamięci największe miasto, jakie znał. Krasnolud wlepił w niego wzrok, przez chwilę zastanawiając się nad odpowiedzią.
– Pewnie tak, choć nigdy tam nie byłem, w tym Jorku – odpowiedział po chwili. – Ale Thorgol jest najpiękniejszy! Najpiękniejszy, bo krasnoludzki!
– A ta wiedźma, Murgala, czy ona jest… wiecie, stara i pryszczata? – zapytał chłopiec, wyobrażając sobie Babę Jagę z historii, które mama opowiadała mu kiedyś na dobranoc.
– Hm, nie, nie. Na pewno nie zjada dzieci – odpowiedział pan Abakanowicz, jakby odczytując myśli Michała.
– Spokojnie, młody! Jak tylko ją złapiemy, moje żądełko, moje ostrze, oderwie jej makówkę od ciała i zakończy ten plugawy żywot! – zawołał wesoło Kilik. Krasnolud zachowywał się tak, jakby ich wyprawa nie była niebezpieczną misją, lecz raczej jakąś atrakcją albo rodzajem zawodów.
Może krasnoludy właśnie tak postrzegały niebezpieczeństwo – pomyślał chłopak. Tak czy inaczej, jedno było pewne: chcąc nie chcąc, właśnie został członkiem tej niezwykłej kompanii.SPRAWDŹ RÓWNIEŻ KSIĄŻKI
Piotrek, z pozoru zwyczajny dziesięciolatek z ulicy Miodowej, niespodziewanie trafia do tajemniczej krainy, gdzie czeka na niego ekscentryczny profesor – pan Abakanowicz. Chłopiec, choć jeszcze tego nie wie, ma odegrać kluczową rolę w niezwykłej ekspedycji. Razem z wiernym psem Indianą i profesorem wyrusza na pełną przygód wyprawę w poszukiwaniu Zielonej Gwiazdy — magicznego skarbu, od którego zależy przyszłość krainy Mimików. Podróż jednak nie będzie łatwa, bo na każdym kroku czekają ich nieoczekiwane wyzwania i niezwykłe stworzenia. Czy Piotrek stanie na wysokości zadania i odzyska skarb Mimików?
„Wyprawa pana Abakanowicza” to pełna ciepła i humoru opowieść o przyjaźni, odwadze i wierze we własne siły.
Czy Święty Mikołaj istnieje?
Dziesięcioletni Mateusz zamierza to sprawdzić raz na zawsze. W wigilijną noc zastawia pułapkę, aby zdobyć dowód na istnienie dobrotliwego staruszka. Jednak zamiast odpowiedzi na swoje pytanie, znajduje… kłopoty. I to takie z ostrymi zębami! Na ratunek przybywa mu tajemniczy doktor Abakanowicz, ekscentryczny dżentelmen w czerwonym płaszczu, który przynosi jeszcze gorsze wieści – prawdziwy Mikołaj został porwany, a Boże Narodzenie jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie!
Tak zaczyna się ich szalona wyprawa na biegun północny, gdzie w drodze przez śnieżne pustkowia i lodowe pałace, stawią czoła złośliwym goblinom i zmierzą się ze stworzeniami rodem z najstarszych baśni. Ale czy w świecie, w którym wiara w Mikołaja słabnie, siła dziecięcego serca wystarczy, by uratować święta?