-
nowość
Pan i władca - ebook
Pan i władca - ebook
Ich związek był przeklęty od samego początku. On – pan zamku, nieugięty i władczy; ona – dzika, niepokorna, z językiem ostrym jak brzytwa. Prosta zielarka z ludu – jedyna kobieta, która potrafiła uleczyć jego syna… i jedyna, która tak szybko wyprowadzała lorda z równowagi. Gdy zostaje oskarżona o zdradę, nikt nie staje w jej obronie. Rozgoryczona i osamotniona, zmuszona jest uciekać. Kilka lat później los splata ich drogi na nowo. Sybil wraca silniejsza, bardziej zuchwała i pełna gniewu. Raymond zaś odkrywa, że jej nienawiść rozpala go mocniej niż wszelkie zakazane pragnienia. Wkrótce Sybil przekona się, jak niebezpieczny bywa mężczyzna, który nigdy nie zapomina… ani krzywd, ani kobiet, które próbowały od niego uciec.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788397713628 |
| Rozmiar pliku: | 4,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Eryndor, Anglia, 1087 rok
Plac targowy był zatłoczony jak zawsze o świcie, a ludzie wciąż kotłowali się u bramy. Kupujący przepychali się między kramami, krzyki przekupek mieszały się z zapachem dymu, chleba i pieczonego mięsa. Sybil poruszała się w tym mieszczańskim chaosie jak cień. Naciągnięty na czoło kaptur miał ukryć nie tylko jej twarz, lecz także gęste rude włosy – ich charakterystyczna barwa mogła łatwo ją zdemaskować.
Tłum falował wokół niej, ale jej postać pozostawała ukryta – z opuszczonym czołem, z koszykiem w dłoni była jedynie kolejnym mieszkańcem, niegroźnym, ani wartym uwagi. Nikt nie wiedział, że ta drobna sylwetka należy do najbardziej poszukiwanej uzdrowicielki w okolicy.
Prawie nikt.
– Sybil.
Zatrzymała się, sztywniejąc na całym ciele. Jedno słowo, ciężkie jak ostrze miecza, przecięło gwar ulicy i przemknęło znajomym dreszczem po jej ciele. Znała ten głos – głęboki, twardy, z tą prowokacyjną nutą, która drażniła i przyciągała jednocześnie.
Odwróciła się powoli.
Stał tam, kilka kroków dalej. Wysoki, z ramionami szerokimi jak u kogoś, kto codziennie staje do walki. Gładko wygolone policzki podkreślały twardość jego rysów, a ciemne włosy opadające na czoło dodawały mu aury tajemniczości. Bystre oczy wpatrywały się w nią nieruchomo, przenikając ją na wskroś. Wyglądał jak łowca, który już dawno upatrzył sobie cel i tylko czeka na właściwy moment, by zaatakować.
Lord Raymond.
Kilku mężczyzn z jego świty stało dyskretnie w pobliżu, a ich obecność podkreślała, że nie był zwykłym mieszkańcem – lecz panem Eryndoru. Kobiety w tłumie podnosiły głowy, by choć przez chwilę na niego popatrzeć, dzieci szeptały do siebie, a mężczyźni odruchowo poprawiali postawę na jego widok.
Teraz obserwował bacznie Sybil, a ona miała wrażenie, jakby czas stanął w miejscu. Przełknęła wściekłość i gorycz, które wezbrały w niej jak fala, i zmusiła się do opanowania.
– Raymond – odparła chłodno, unosząc zadziornie brodę. Spod kaptura wysunął się rudy kosmyk, który natychmiast schowała za ucho. – Nie spodziewałam się, że tak szybko będę zmuszona oglądać twoją parszywą gębę.
Jego usta drgnęły w uśmiechu, który nie miał w sobie nic z łagodności.
– Chyba nie sądzisz, że to przypadek? – Poprawił mankiet wyszywanego złotą nicią kaftana. – Od tygodni donoszono mi, że na targu pojawia się pewna rudowłosa uzdrowicielka… Ciekawe… po tym wszystkim ludzie nadal ci ufają.
Jej palce zacisnęły się mocniej na pałąku koszyka.
– Widać mają więcej rozumu niż ty. – Obrzuciła go nienawistnym spojrzeniem, chcąc wyraźnie mu pokazać, jak bardzo nim gardzi. – Ty już wydałeś na mnie wyrok, wygnałeś mnie.
– Tak to nazywasz… zabawne… O ile dobrze pamiętam, miałaś zostać schwytana i w odpowiednim czasie osądzona. A ty po prostu uciekłaś. Wiesz, kto ucieka, Sybil? Ktoś, kto jest winny. Sama na siebie wydałaś wyrok.
Dziewczyna zaśmiała się gorzko. Jej oczy zalśniły buntem i wstrzymywaną furią.
– Wydałam na siebie wyrok, kiedy poznałam ciebie. Zaufałam wielkiemu panu, który okazał się zdradliwą żmiją. Możesz być pewny, że prędzej odgryzę sobie rękę, niż znów popełnię ten sam błąd.
Zaśmiał się krótko, jakby jej słowa bardzo go rozbawiły.
– Cóż za dramaturgia! Wzruszające. Ale igrasz z ogniem, Sybil. Każdy z mieszkańców mógłby cię wydać i oddać strażnikom.
– A nie zastanowiło cię nigdy, dlaczego tego nie robią?
– Oczywiście, wierzą w te twoje lecznicze napary i mikstury. Dajesz im złudną nadzieję, a oni kurczowo się jej trzymają. Cóż im pozostało innego?
– Ty też kiedyś w nie wierzyłeś.
– Wierzyłem, dopóki nie odebrałaś mi syna! – Zrobił krok w jej stronę, przysłaniając swoją sylwetką widok placu. Wydawał się groźny, potężny, a jednocześnie… złamany. Sybil widziała ból w jego oczach i może by mu nawet współczuła, gdyby cała jego złość nie była skierowana wobec niej. Opuściła wzrok, nie była w stanie cofnąć przeszłości, ani przekonać lorda, że to nie przez nią stracił syna. On już zdecydował, kto będzie kozłem ofiarnym i na próżno było go przekonywać, że jest inaczej.
– Czy wiesz, co by się stało, gdybym wyznaczył cenę za twoją głowę?
Dziewczyna podniosła gwałtownie podbródek, jej ramiona zesztywniały pod ciężkim materiałem opończy. Nie mógł tego zrobić, nie był aż tak okrutny…
Choć oblał ją zimny strach, szybko odzyskała rezon. Nie była już tą naiwną, prostolinijną dziewczyną co kiedyś. Lata trudów i przeciwności losu zahartowały jej serce i wyostrzyły język.
Przechyliła głowę, obdarzając go spojrzeniem ciężkim od drwiny.
– Więc dlaczego tego nie zrobisz?
Na jego ustach pojawił się chłodny, drapieżny uśmiech, jakby ta wizja nie była mu niemiła.
– Jaka odważna. Albo głupia.
Choć stał blisko, nie cofnęła się. Nigdy się przed nim nie cofała.
– A może po prostu już się ciebie nie boję – odparła cicho, w jej oczach błysnęło coś, co kazało mu zacisnąć szczękę.
Ich spojrzenia zwarły się jak ostrza w pojedynku. Ktoś za ich plecami się śmiał, ktoś obok targował się o cenę kur, ale dla nich ten zgiełk nie istniał.
Raymond przyglądał się jej dłuższą chwilę. Powietrze między nimi wibrowało od napięcia, zmieszanego z gwałtowną potrzebą starcia. Pochylił się lekko, z rozmysłem, tak że poczuła na skroni ciepło jego oddechu i ulotny zapach piżma.
– Lepiej byłoby dla ciebie, gdybyś wciąż się bała, Sybil.
Zadrżała lekko, gdy po jej karku przemknęło znajome mrowienie. Echo dawno zapomnianej bliskości zamajaczyło w jej umyśle, budząc silne, lecz niechciane pragnienie.
Raymond zdawał się wyczuwać tę nagłą zmianę. Na krótką chwilę wstrzymał oddech.
Dziewczyna odsunęła się o pół kroku, zła, że mimo upływu lat wciąż ma na nią taki wpływ.
– A może… lepiej byłoby dla ciebie, żebyś trzymał się ode mnie z daleka? – warknęła przez zaciśnięte zęby. – Znam napary, po których szybko trafiłbyś tam, gdzie twoje miejsce. Do wilgotnej ziemi, pomiędzy robaki.
Jego uśmiech zgasł.
– Śmiało rzucasz obelgami, i chyba zapominasz, że to przede wszystkim ja mogę wydać rozkaz o pojmaniu cię.
– Minęło tyle lat, a ty nadal nie pogodziłeś się z tym, co się stało i szukasz winnego?
Zrobił krok w jej stronę.
– Mamy między sobą niedokończone sprawy, Sybil… Nie tylko to… – Ciemne spojrzenie przesunęło się pieszczotliwie po jej twarzy i zatrzymało na ustach. Zamiast kolejnej obelgi, jego głos zmiękł i opadł do szeptu. – Możesz pluć jadem, ile chcesz, ale ja wiem, co zrobić, żebyś zamilkła.
Omal nie splunęła mu w twarz.
– Spróbuj – odparła chłodno. – Chętnie odgryzę ci język.
Kąciki jego warg uniosły się lekko, jakby sama ta możliwość sprawiała mu dreszcz przyjemności.
– Myślę, że jestem gotów zaryzykować. A ty?
– Ja? – syknęła. – Jeśli zanadto się do mnie zbliżysz, obawiam się, że mogę zwymiotować.
Nie wydawał się poruszony tymi słowami.
– A jednak stoisz tu, i patrzysz na mnie tak jak wtedy… – zawiesił głos i pozwolił, by cisza dopowiedziała resztę.
– Patrzę na ciebie jak na topór, który zawisł nad głową i nie spada – odparła lodowato.
Zbliżył się jeszcze o krok, tak że musiała poczuć ciepło bijące od jego ciała.
– A ja patrzę na ciebie jak na ogień, który powinien zgasnąć, a zamiast tego płonie mocniej.
Dreszcz, który przeszył jej ciało, łatwiej było przypisać nienawiści, niż przyznać, że miał inne źródło.
– Uważaj, bo jeśli się poparzysz, nikt nie będzie cię opłakiwał.
– Próbujesz mnie przestraszyć? – spytał, przekrzywiając nieznacznie głowę. – Sybil… czasem to, czego się boisz, jest tym, czego pragniesz najbardziej.
Zacisnęła wargi, ale nie odwróciła wzroku.
– Mylisz się. I to bardzo.
– Chcesz w to wierzyć – powiedział cicho. – Ale sama się przekonasz, że jest inaczej.
Nie odsunęła się, choć jego cień całkowicie ją przykrył. Czuła, jak tłum przepływa wokół nich, jak gwar targu rozmywa się w coś odległego. Zauważyła, że jego dłoń mimochodem muska fałd jej płaszcza. Nie dotknął jej skóry, ale to wystarczyło, by serce zaczęło bić szybciej.
– Kiedyś już próbowałeś mnie przekonać – wyszeptała, unosząc brodę. – I dobrze wiesz, jak to się skończyło.
– Owszem. – Jego głos obniżył się do niebezpiecznego pomruku. – Wcale nie żałuję tamtej chwili…
Sybil zacisnęła wargi, a on przyglądał się jej, jakby sycił się każdą, nawet najmniejszą reakcją.
– Wciąż uciekasz. Ale zawsze w końcu wracasz tam, gdzie mogę cię znaleźć.
– Pomyliłeś mnie z własnym cieniem – odcięła się ostro. – Ja wracam tylko tam, gdzie chcę.
Po jego twarzy przemknął grymas drapieżnej satysfakcji, jakby właśnie usłyszał obietnicę, której ona wcale nie chciała mu złożyć.
– Do miasta, w którym wisi nad tobą groźba pojmania. I w którym to ja jestem panem i władcą.
– Nie pochlebiaj sobie – odezwała się ostro, ale zaraz jej usta rozciągnęły się w szyderczym uśmiechu. – Nie boisz się ze mną spotykać tu, na oczach ludu? Nie boisz się, że będą plotkować i że lady Matilda znów będzie zazdrosna?
– Los sprawił, że nie mam już żony.
W oczach dziewczyny mignęło zaskoczenie, którego nie zdążyła ukryć.
– Co… co jej zrobiłeś?
– Nie interesuj się tym, co cię nie dotyczy. – Szybko zgasił jej słowa twardym, nieznoszącym sprzeciwu tonem.
– Co mnie nie dotyczy?! Gdyby nie ona, wciąż mogłabym tu mieszkać!
– Miała swoje powody, by cię znienawidzić. I ja również je mam.
– To po co mnie śledzisz? Czyżbyś nie mógł znieść tego, że żyję i mam się dobrze? Okaż mi choć raz łaskę i odejdź.
– Jestem człowiekiem, który wiernie dotrzymuje swych postanowień. Wiem, czego chcę.
– Uczepiony zasad jak rzep psiego ogona. Wielkie mi osiągnięcie! A cóż to ma wspólnego ze mną?
– Więcej niż myślisz.
Sybil prychnęła pod nosem.
– Niech zgadnę. Szukasz sprawiedliwości, żeby uciszyć swoje sumienie?
Spojrzenie lorda stwardniało.
– Czy tego chcesz, czy nie, odpowiesz za wszystko, co zrobiłaś… w swoim czasie.
– Nie próbuj mnie osaczać, wielki panie – syknęła prowokacyjnie. – Ja też mogę się odwdzięczyć pięknym za nadobne. Potrafię uderzyć pierwsza, jeśli zostanę do tego zmuszona.
– Grozisz mi? Na oczach moich ludzi?
– Nie grożę. – Sięgnęła dłonią do pasa. – Ostrzegam.
Jej palce zacisnęły się na rękojeści sztyletu. Zrobiła to powoli, świadomie, pozwalając, by dostrzegł ten ruch. Zanim zdążyła wysunąć broń z pochwy, jego ręka zacisnęła się na jej nadgarstku. Przyciągnął jej dłoń ku sobie, zmuszając, by ostrze pozostało na miejscu.
– Nie tutaj – powiedział nisko, niemal szeptem. – To niebezpieczne.
Stali blisko siebie, jego usta niemal muskały jej skroń.
– Puść mnie – zażądała, tłumiąc w sobie dreszcz ekscytacji.
– Puściłbym… gdybym wierzył, że odejdziesz bez kolejnej próby wbicia mi tego w żebra.
Nachylił się, jeszcze bardziej zbliżając do niej swoją twarz.
– Zamiast grozić, mogłabyś… przypomnieć sobie, co się stało gdy ostatnim razem byłaś tak blisko mnie.
Szarpnęła się gwałtownie, ale on nie pozwolił jej się cofnąć.
– Ostatnim razem byłam głupia. A teraz jestem bliska tego, by odrąbać ci rękę.
Zaśmiał się krótko, ochryple.
– Możesz spróbować. Ale ja też cię ostrzegam, że zanim to zrobisz, wydarzy się coś, co zapamiętasz na długo. Zaryzykujesz?
Jego kciuk musnął wnętrze jej nadgarstka – delikatnie, jakby przypadkiem. W odpowiedzi poczuła, jak jej serce uderza mocniej, choć wolałaby umrzeć, niż się do tego przyznać.
– Ostrożnie, panie i władco – warknęła. – Nie wszyscy lubią, kiedy ktoś dotyka ich bez pozwolenia.
– Ty lubisz – odparł, patrząc jej prosto w oczy.
Drgnęła, jakby ją uderzył. Znów próbowała się wyrwać, ale palce miał twarde jak obręcze, aż pociemniało jej w oczach z irytacji.
– Puść.
– Poproś.
– A niech cię zaraza zeżre!
Uśmiechnął się rozbawiony jak zawsze, gdy mu groziła.
– Tyle osób się mnie lęka, ale nie ty. Posłuszeństwo nie leży w twojej naturze. Zawsze mówiłaś, co myślisz i wcale nie oglądałaś się przy tym na tytuł lorda.
– A ty zawsze myślałeś, że ludzie kłaniają ci się z szacunku, ale oni robią to tylko z rozsądku.
Zanim cokolwiek odpowiedział, z tłumu wysunęły się dwie postaci w białawych kapturach bractwa. Na piersiach wyszyte mieli krzyże z czerwonej nici, w dłoniach dzierżyli krótki zwój z pieczęcią. Tłum ustąpił, jakby wyczuwał, że oto zaczyna się coś, czego nie można przegapić. Wcześniej zauważyli tylko swego pana i jego zbrojnych przemierzających plac, teraz ich uwagę przyciągnęła też rudowłosa kobieta stojąca obok.
Serce Sybil skurczyło się gwałtownie, jakby ktoś zacisnął na nim pięść. Poznała ich sylwetki z daleka. Ich sposób chodzenia, szorstką powagę w ruchach. Nie mogła się mylić; to było bractwo pokutników. Tych samych, których nienawidziła bardziej niż samego Raymonda. Nie tylko dlatego, że od lat piętnowali ją i jej rzemiosło jako „nieczyste”. Jeden z nich… ten o ciężkim spojrzeniu i manierach kata – to on miał wstęp do komnat chorego chłopca. To on pod pozorem modlitwy zabierał od niej zioła, nakazywał wstrzymać podawanie leków i odprawiał własne egzorcyzmy w oparach kadzidła, kropiąc chłopca wodą święconą. Sybil doskonale pamiętała jego kpiący wzrok, gdy dziecko gasło na jej oczach, a ona była całkowicie bezsilna.
A teraz szedł prosto na nią, jak zaraza, która po latach wraca do miasta, by zebrać kolejne żniwo.
– Panie – odezwał się starszy z braci, głosem oschłym i bezbarwnym. Skłonił się lekko przed Raymondem, lecz jego spojrzenie nie odrywało się od zakapturzonej kobiety. – Na rozkaz ordynariusza kobieta znana pod imieniem Sybil, zielarka, ma być odstawiona do przesłuchania w sprawie praktyk nieczystych.
Sybil odchyliła kaptur, odsłaniając twarz i włosy. Jej oczy skrzyły się jak płomienie.
Z tłumu wydobyły się ciche pomruki, pełne zaskoczenia, ale i szacunku. „To nasza uzdrowicielka…”, „Pomogła mojemu dziecku…”, „Co chcą jej zrobić…?” – szeptano między sobą. Ludzie kiwali głowami w milczącym uznaniu, bojąc się jednak otwarcie sprzeciwić braciom pokutnikom.
– Nieczyste? – powtórzyła z pogardą. – Wy macie czelność mówić o nieczystości? Wy, którzy żywicie się kłamstwem i strachem? Odbieracie ludziom spokój, nadzieję i wiarę w siebie, sprzedajecie im swoje modlitwy jak towar, a obietnice raju jak przepustkę dla naiwnych. Przychodzą do was po pomoc, a wy nie robicie nic. – Jej głos, mocny i pewny, wzbijał się ponad gwar targu. – Nie uzdrawiacie. Nie dajecie ulgi. Zamiast tego żerujecie na słabości i cierpieniu.
Kilka kobiet spuściło wzrok, jakby słowa Sybil nad wyraz trafnie wyraziły ich własne doświadczenia. Kilku mężczyzn zmieszało się, zacisnęło dłonie na czapkach, a ciche głosy przebijały się spośród szeptów zgromadzonych wokół nich gapiów: „Prawda…”, „Dobrze gada…”.
Starszy brat pokutnik wysunął się z grupy zakonników. Już samo spojrzenie na jego fałszywą twarz sprawiło, że krew uderzyła Sybil do skroni. Pamiętała, jak przychodził do chłopca na polecenie jego matki, jak szeptał, że jej mikstury są przeklęte i sprowadzają złe duchy.
– To ty… – wysyczała, nie kryjąc gniewu. – Ty odebrałeś chłopcu szansę. Ty zakazałeś podać mu napar, kiedy mogłam jeszcze uratować jego życie. Ty przyniosłeś mu śmierć, a teraz stajesz przede mną jak sędzia.
– Dość! – rozległ się głos Raymonda, głęboki i ostry.
Tłum zamarł w oczekiwaniu.
Lord wyszedł krok naprzód i stanął między Sybil a bractwem.
– Nie zapominajcie, że to mój plac, moje miasto i moi ludzie. Rozkazy ordynariusza przyjmuję z szacunkiem, lecz to ja decyduję, kto wchodzi na mój targ i kogo się stąd wyprowadza.
Brat ze zwojem uniósł dokument i rozwinął go powoli, z przesadnym namaszczeniem, by wszyscy widzieli pieczęć biskupa.
– Panie, tu jest rozkaz. A w nim jasno zapisano: „Kobieta znana jako Sybil ma być odprowadzona na przesłuchanie”. To nie jest prośba. To obowiązek wobec Kościoła.
Dziewczyna zacisnęła pięści.
– Oczywiście – warknęła – powołujecie się na Boga, a tak naprawdę to wy pragniecie władzy. Udajecie skromne sługi, a jesteście wilkami, które żerują na ludzkiej niewiedzy.
Brat, ten, którego pamiętała z dawnych dni, uśmiechnął się pogardliwie.
– Jak widzisz, lordzie, ta kobieta jest nieczysta. Nie zna swojego miejsca, nie wie, co to pokora. Szerzy czarnoksięstwo i praktyki pogańskie. Bluźni ustami. Namawia do nieposłuszeństwa wobec Kościoła. Ilu ludzi jeszcze zepsuje, nim zrozumiesz, że trzeba ją uciszyć?
– Uciszyć? – Raymond wyprostował się i spojrzał na mnicha tak, by nie miał wątpliwości, kto tu rządzi. – Sprawiedliwość nie polega na uciszaniu ludzi, tylko na prawdzie. Wasze rozkazy tego nie zmienią.
Drugi brat nachylił się lekko ku Raymondowi, jego ton stał się bardziej sugestywny.
– Panie, to nie pierwszy raz, gdy stajesz w jej obronie. Ludzie to widzą. Szepczą. I pytają, dlaczego lord, którego syn został mu odebrany przez czary, wciąż nie potrafi wymierzyć sprawiedliwości i odciąć się od kobiety odpowiedzialnej za to nieszczęście.
Serce Sybil zamarło. W jej obronie? Nie pierwszy raz? Spojrzała ukradkiem na lorda, ale jego twarz była nieprzenikniona, jakby udawał, że te słowa go nie dotyczą. Nigdy nie słyszała o tym, by się za nią ujął choćby raz. Nigdy nie pozwolono jej też wyjaśnić, co się wydarzyło tego pamiętnego dnia…
– To niemożliwe – wymamrotała, a potem dodała nieco głośniej – To kłamstwo.
Brat pokutnik z uśmiechem ciągnął dalej.
– Może to nie kłamstwo, tylko słabość. Może nie potrafisz wyrwać się spod jej uroku. Może ona trzyma cię w szachu od lat. A może… po prostu pragniesz jej bardziej niż zbawienia własnej duszy.
Tłum zamarł oszołomiony tymi jawnymi zarzutami, a Sybil poczuła, jak jej policzki płoną – nie ze wstydu, lecz od gniewu.
Raymond stał niewzruszony. Po chwili jego słowa padły twardo i nieubłaganie, jak rozkaz, którego nie śmiałby podważyć żaden z wojowników.
– Strzeżcie języków. Macie polecenie od biskupa? Wypełniajcie je tam, gdzie nie naruszacie mojej ziemi i mojego prawa. To ja tu sprawuję władzę, nie wy.
– Władzę doczesną – poprawił go brat spokojnie. – Ale nie nad duszami. A ta kobieta sprowadza zgubę na twoich ludzi i na ciebie, panie.
Sybil roześmiała się krótko, gorzko.
– Zgubę? To wy jesteście zgubą. To wyście przynieśli śmierć dziecku, a winą obarczyli mnie.
Raymond drgnął. Na ułamek sekundy w jego oczach pojawił się cień bólu, ale szybko go stłumił.
– Dość – powiedział. – Zabraliście mi syna, dziedzica Eryndoru. Nie odbierzecie mi teraz prawa do decyzji. Uznaję autorytet Kościoła, lecz tu, na mojej ziemi, żadna pieczęć nie zmusi mnie do bezwzględnego posłuszeństwa. Moja żona była wam oddana, ale zapłaciła za to wysoką cenę, ja nie podążę w jej ślady.
Jego dumne słowa zawisły w powietrzu. Tłum patrzył z szeroko otwartymi oczami, nie wierząc, że lord tak jawnie przeciwstawia się bractwu.
Serce Sybil waliło jak oszalałe. „Zabraliście mi syna”. Nie skierował winy ku niej, lecz ku bractwu. To nie mógł być przypadek. A jednak nigdy jej tego nie powiedział. Nigdy nie dał jej do zrozumienia, że jej nie potępia.
Pokutnicy wyprostowali się, jeden skinął drugiemu, po czym ich głosy stały się groźniejsze.
– Panie, twoje słowa są niebezpieczne. Broniąc tej kobiety, stajesz przeciwko całemu duchowieństwu.
– Nie bronię jej – odparł Raymond twardo. – Bronię porządku i sprawiedliwości.
Sybil zacisnęła wargi. Wiedziała, że to nie jest cała prawda. Czuła to w każdym jego spojrzeniu, każdym powstrzymanym geście.
Tłum jednak przyjął z ulgą jego odpowiedź.
Ale bractwo nie ustąpiło.
– Jeszcze wrócimy – rzekł starszy z nich, zwijając pergamin. – I wtedy nie będziemy pytać o pozwolenie. Musisz jednak wiedzieć, że kościół pamięta każde słowo użyte przeciwko niemu. Lady Matilda jest naszą wierną przyjaciółką, ale ty, panie… jesteś plamą na honorze swojego rodu.
Słowa zabrzmiały jak osobista potwarz. Zbrojni lorda poruszyli się niespokojnie, dłonie odruchowo spoczęły na rękojeściach mieczy. To była obraza, która wymagała odpowiedzi.
– Jeśli zdołasz powtórzyć tę obelgę jeszcze raz, zaraz dowiesz się, kto tu stanie się plamą, prawdziwie krwawą. Nikt nie będzie mnie obrażał we własnym mieście! – Jego głos ciął ostro niczym miecz. Nikt o zdrowych zmysłach nie ośmieliłby mu się sprzeciwić.
Nawet bracia struchleli, choć starali się tego nie okazać.
Wiedzieli, że Lord Raymond miał władzę nad ziemią, sądami i orężem, ale oni dysponowali inną siłą. Stał za nimi autorytet biskupa i kapituły, których słowo ważyło nieraz więcej niż tytuł lorda. Władza świecka i duchowa przenikały się tu boleśnie – miecz jednego i pieczęć drugiego razem kształtowały losy miasta. Trzeba było dbać, by oba te wpływy nie weszły sobie w drogę, a miasto pozostało w równowadze.
Bracia nie ośmielili się powtórzyć swoich słów, nie byli aż tak lekkomyślni. Ich miny były zacięte, kiedy ruszyli w stronę targowej bramy, jakby ich duma kroczyła pierwsza. Ludzie rozstępowali się przed nimi jak przed żniwiarzami.
Gdy ich kaptury zniknęły w uliczce, zgiełk targu rozgorzał na nowo, ale tym razem cichszy, podszyty niepokojem.
Sybil stała obok Raymonda, oddychała szybko, jakby właśnie przetrwała bitwę.
– Wrócą – rzekła chłodno. – I uduszą to miasto własnymi modlitwami.
Nie odwróciła się w jego stronę, ale kątem oka widziała, że na nią patrzy.
A on wiedział, że teraz nie była już tylko uzdrowicielką. Była echem jego własnego sumienia, które od dawna walczyło o swój głos.KONFLIKT SERC
Raymond siedział w swojej komnacie, w świetle przytłumionych świec, nalewał do kielicha ciemne, gęste wino. Palce zaciskały się wokół pucharu, jakby sam trunek mógł wypełnić pustkę, która w nim rosła od momentu spotkania na targu. Ledwie przed chwilą obserwował, jak Sybil znika między straganami, zręczna i szybka, jakby chciała uciec nie tylko przed bractwem, ale także przed nim. Wysłał za nią jednego ze swoich ludzi, miał ją śledzić w ukryciu – nie po to, by ją osaczyć, lecz by wiedział, gdzie mieści się jej kryjówka.
Wreszcie ją znalazł. Wreszcie miał ją w garści.
Kielich zakołysał się w jego dłoni. Raymond odchylił się na krześle i zamknął oczy. Wrócił myślami do wydarzeń z targu – do spojrzenia Sybil, do jej ust, z których padały gorzkie słowa oskarżeń.
Jak zawsze gdy była blisko, w powietrzu czuł napięcie, złość, ale też coś innego, coś, co nie dawało mu spokoju. Pożądanie? Tęsknotę? Czy może wyrzuty sumienia, że nie potrafił jej ochronić wtedy, gdy wszystko wymknęło się spod kontroli?
W duchu wiedział, że nie ma prawa ufać sobie samemu. Jego tytuł, władza, niewiele znaczyły wobec kobiety, która zawsze przyciągała jego spojrzenie. Wróciła do jego życia niespodziewanie, a jego źrenice spoczęły na niej zbyt zachłannie, zbyt łapczywie.
Westchnął przeciągle. W obszernej komnacie panowała przytłaczająca cisza. Jego myśli odbijały się echem od kamiennych ścian. Raymond nie był w stanie ich uciszyć.
Odstawił niedopite wino i schował twarz w dłoniach. Obrazy przenikały bólem jego pustą duszę: wspomnienia jego syna, przerażenie w oczach żony, która po śmierci dziecka znalazła pocieszenie w fanatycznej służbie Kościołowi i bractwu. Czasem czuł, że nie żyje już w pełni w tej rzeczywistości, że pozostawił część siebie w tamtym dniu, w tym pokoju, w którym jego syn wydał ostatnie tchnienie.
Zamyślił się nad żoną – zamkniętą, skrytą i pobożną aż do bólu. Wiele ich różniło, ale to, co naprawdę ich rozdzieliło, to utrata potomka. Kiedy Edward zmarł, Matilda całą swoją złość skierowała na męża, odseparowała się, a potem w ostatecznym odruchu rozpaczy złożyła śluby zakonne i odeszła. Raymond nie miał jej tego za złe. Związek małżeński zawarli z poczucia obowiązku, nie z miłości – od początku więcej w nim było powinności niż uczuć. Miał nadzieję, że kobieta odzyska kiedyś spokój, ale wiedział też, że kipiała w niej gorycz i złość, której żadne modlitwy nie były w stanie ukoić. Czy była intrygantką, jak donosiły niektóre plotki? Czy działała z zemsty, wykorzystując wpływy bractwa, by sprawić, że Sybil zapłaci za ich rodzinną tragedię? Raymond nie chciał w to wierzyć, a jednocześnie część jego umysłu nie mogła odrzucić tego mrocznego podejrzenia. Przeszywała go myśl, że wszystko, co dzieje się teraz, jest częścią misternie utkanej intrygi.
Ale myśli o Sybil wracały. Jak zawsze. Wyglądała wspaniale, nawet w prostym kapturze, z rudymi kosmykami wijącymi się niespokojnie wokół twarzy. Jej oczy płonęły gniewem i, choć nie mogła tego wiedzieć, budziły w nim jednocześnie strach i pożądanie. Strach – bo wiedział, że przy niej mógłby stracić opanowanie. Pożądanie – bo mimo gniewu i nieufności, pragnął poczuć na sobie jej oddech, ciepło jej rąk, bliskość sięgającą poza wszelką przyzwoitość.
Jego dłonie mimowolnie zacisnęły się w pięści, jakby wciąż chciał uchwycić to, co czuł przy niej chwilę temu. Pod skórą tliły się żal i ból, a echo tamtego dotyku mieszało się z wyrzutami sumienia. Nie wiedział, kto tak naprawdę ponosił winę za śmierć Edwarda – ona, jego żona, bractwo czy może on sam, zbyt zajęty obowiązkami, zbyt skupiony na władzy, by dostrzec zagrożenie. Wszystko to pozostawiło w nim pytania, na które nie potrafił znaleźć odpowiedzi.
***
Sybil weszła do swojego leśnego schronienia, ukrytego wśród sosen i dębów. Niewielka polanka otoczona gęstymi krzewami i paprociami była jej azylem, miejscem, gdzie czas zwalniał. Mała chatka z drewna, pokryta mchem i bluszczem wyglądała, jakby zawsze tu stała – nikt poza nią nie wiedział, że istnieje. Wewnątrz pachniało suszonymi ziołami – lawendą, szałwią, rumiankiem – i ciepłym dymem z paleniska. W kącie, na niskim stole, leżały miski i różnorakie mazidła a na półkach suszyły się bukiety świeżych roślin.
Siadła na drewnianym stołku i wzdrygnęła się, jakby chciała zrzucić z siebie ciężar ostatnich przeżyć. Choć w lesie czuła się bezpieczna, myśli nieubłaganie wracały do wydarzenia na targowisku. Nie mogła zapomnieć spojrzenia lorda, ciężkiego od pytań i od dusznego pragnienia, które kryło się pod władczą naturą. Gdy tylko przymykała powieki znów czuła na nadgarstku dotyk jego dłoni – silnej, pewnej, tak realnej, jakby wciąż nie chciała jej puścić. To miejsce paliło ją, pod skórą wciąż czuła mrowienie, niewidzialny ślad, który nie dawał spokoju. Instynktownie uniosła rękę i zaczęła rozmasowywać nadgarstek, chcąc w ten sposób zetrzeć wspomnienie jego dotyku, pozbyć się ciepła, które w niej zostało.
Im mocniej próbowała, tym wyraźniej wracało wspomnienie: jego głos, zbyt łagodny jak na wielkiego pana, jego oddech tak blisko, że aż wibrowało powietrze między nimi. Wtedy, na targu, przez kilka oddechów zapomniała o wszystkim – o tym, jak musiała zostawić za sobą całe życie, o przeszłości, bólu i niespełnionych nadziejach. Zostało tylko to pełne intymności napięcie, ta niemożliwa do opanowania bliskość, która przerażała ją bardziej niż jakiekolwiek niebezpieczeństwo.
Zacisnęła dłonie na kolanach i szepnęła przez zęby.
– Głupia, głupia… – karciła samą siebie. – Pozwoliłaś mu znów wejść do twoich myśli.
Przecież wiedziała, że jest mężem innej kobiety. Ale czy na pewno? Przecież sam wyznał, że żony już nie ma. Co się stało? Dlaczego nie powiedział nic więcej? Dlaczego w jego oczach kryło się tyle milczenia i tak wiele tajemnic? Od dawna nie interesowała się tym, co dzieje się w Eryndorze. Jej matka wciąż tam mieszkała – odwiedzała ją, gdy mogła, lecz na prośbę Sybil nigdy nie wspominała o Raymondzie. A przecież ona by wiedziała. Ludzie wiedzieliby. Życie ich pana zawsze było na językach, wciąż wystawione na cudze spojrzenia. Tylko Sybil odcięła się od tego świata, chciała zapomnieć.
A jednak teraz ciekawość znów zaczęła wślizgiwać się do jej umysłu – cicha, nieproszona, jak nocny wiatr, który przeciska się przez szparę w niedomkniętej okiennicy.
Potrząsnęła głową, by tym gestem przywrócić sobie zdrowy rozsądek. Tyle czasu dawała sobie radę sama, a teraz, kiedy znów spotkała Raymonda, zaczęły się kłopoty.
– Głupia jestem, że dałam się wyśledzić! – syknęła pod nosem, rzuciwszy do paleniska kolejną garść suszonych gałązek. Iskry posypały się w górę, jakby same chciały rozniecić jej gniew. – To wszystko przez niego! – Ścisnęła mocniej dłonie, aż knykcie jej pobielały. – Gdyby nie zjawił się na tym targu, nikt by mnie nie zauważył. Nikt by się mną nie zainteresował.
Przemierzała chatę szybkim krokiem, raz po raz uderzała dłonią o udo, próbując stłumić buzujące w niej emocje. – Lord, pan i władca zapchlony, tfu! – syknęła z pogardą. – A ja teraz zapłacę za jego kaprysy. Zawsze tak było! Zawsze to ja musiałam nosić brzemię jego wyborów.
Jej serce waliło mocno, lecz tym razem nie było w nim miejsca na tęsknotę ani na pożądanie. Tylko gniew. Czuła, jak wraca do niej dawna siła, ten sam ogień, który kiedyś kazał jej odejść i nie odwracać się za siebie. – Niechby cię, psie dworski, porwały twoje własne konie i powlekły aż do piekła! – wycedziła przez zęby.
Jej szept brzmiał jak zaklęcie, jak zły urok, choć wiedziała, że to tylko jej własna bezsilność krzyczy w noc. W myślach widziała jego twarz – wciąż niezwykle przystojną, lecz również spiętą i poważną. Czuła, że nienawiść i pragnienie splatają się w niej tak mocno, że jedno bez drugiego nie mogło już istnieć. Zwinęła dłonie w pięści i wbiła wzrok w ogień paleniska. Złość rosła w niej, szukając ujścia.
– Niech cię świerzby zeżrą, a pchły obgryzają, kiedy będziesz spał w swoich jedwabiach! – wyrzuciła jeszcze gwałtowniej. – Niech twój własny miecz spadnie ci na stopę, a kolczuga dusi cię w samym środku bitwy! – Jej usta drżały od szeptanych przekleństw, ale w jej oczach płonął żar, który zdradzał, że wciąż myśli o nim bardziej, niż chciałaby przyznać.
Przypomniała sobie, jak po raz pierwszy znalazła się na jego dworze.
Mieszkała wtedy jeszcze w mieście, razem z matką, w niewielkiej izbie nad sklepem zielarskim. Od świtu do zmierzchu mieliły korzenie, rozcierały liście w moździerzach i suszyły kwiaty na sznurkach pod sufitem. Ich dom był pełen ciepła i aromatów, które Sybil zawsze kojarzyły się z dzieciństwem.
Wieść o ich umiejętnościach rozchodziła się szybko po całym Eryndorze. Nie były zwykłymi znachorkami – ludzie mówili, że kobiety z zielarskiego sklepu „rozumieją ból” lepiej niż kapłani i że nawet ciężko chorzy wracali od nich lżejsi na duszy.
To lady Elfrida, siostra zarządcy zamku, odnalazła Sybil pewnego dnia i sprowadziła ją na dwór. Chłopiec lorda, mały Edward, konał w gorączce, a żaden medyk ani kapłan nie potrafili mu pomóc. Zdesperowana Elfrida – bliska przyjaciółka żony lorda – błagała Sybil, by spróbowała swoich sposobów, choć wiedziała, że to ryzykowne, bo lady Matilda nie ufała obcym uzdrowicielom.
Z początku przyjęto ją chłodno, niemal z niechęcią. Strażnicy obserwowali każdy jej krok, jakby spodziewali się, że wyciągnie z kieszeni truciznę zamiast lekarstwa. Ale gdy Edward po kilku dniach gorączki otworzył oczy i zawołał ojca po imieniu, wszystko się zmieniło. Od tej chwili Sybil bywała na zamku częściej – przynosiła napary, doglądała chłopca, uczyła nawet służbę, jak przygotowywać co prostsze mikstury.
Jej obecność na dworze była ostrożna, wyważona – robiła to, po co ją wezwano, bez zbędnych słów. Wiedziała, że w miejscu takim, jak to, każda nieostrożność mogła się zemścić. Lord Raymond budził respekt, taki, który każe spuszczać wzrok i mówić tylko tyle, ile konieczne. Z początku nie zwracał na nią uwagi – była tylko kobietą, która zna się na ziołach – ale z czasem zaczęła czuć na sobie jego spojrzenie, przenikliwe i badawcze, obecne w każdym momencie, nawet gdy myślała, że jest sama.