-
nowość
-
promocja
Pani Einstein - ebook
Pani Einstein - ebook
Jesień 1896 roku. Mileva ma dwadzieścia jeden lat i jako jedna z pierwszych kobiet rozpoczyna studia fizyczne na uniwersytecie w Zurychu. Przekonana, że niepełnosprawność odbiera jej szansę na miłość, postanawia całkowicie poświęcić się nauce. Jest niezwykle inteligentna, ambitna i zdeterminowana, by osiągnąć więcej, niż ówczesny świat pozwala kobietom.
Studiujący razem z nią Albert zakochuje się w jej niezwykłym umyśle i niedoskonałym ciele. Łączy ich nie tylko miłość, lecz także wspólna pasja do fizyki i pragnienie odkrywania praw rządzących światem.
Kilkanaście lat później nazwisko Einsteina zna już cały świat. Jego przełomowe odkrycia zmieniają oblicze nauki. Mało kto jednak pyta, jak do nich doszedł. I niemal nikt nie pamięta o Milevie.
Wciągająca i poruszająca historia Milevy Marić – utalentowanej fizyczki, żony Alberta Einsteina i kobiety, której ambicje oraz naukowe marzenia zniknęły w cieniu sławnego męża. Kim naprawdę była? Jaką rolę odegrała w jego pracy? I dlaczego historia niemal o niej zapomniała?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Powieść |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9789180987585 |
| Rozmiar pliku: | 4,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
4 sierpnia 1948
62 Huttenstrasse
Zurych, Szwajcaria
Nadchodzi koniec. Czuję, jak zbliża się niczym ciemny, kusicielski cień, który zgasi pozostałe we mnie światło. W tych ostatnich chwilach patrzę w przeszłość. Kiedy zgubiłam drogę? Dlaczego straciłam Lieserl? Ciemność przyspiesza. W tych kilku momentach, które mi pozostały, grzebię w przeszłości niczym uważny archeolog w poszukiwaniu odpowiedzi. Mam nadzieję, że dowiem się, czy czas naprawdę jest względny, jak sugerowałam już wiele lat temu.
Mileva „Mitza” Marić EinsteinRozdział 1
Ranek
20 października 1896
Zurych, Szwajcaria
Wygładziłam zmarszczki na mojej świeżo wyprasowanej białej bluzce, poprawiłam kokardę wokół szyi i wcisnęłam niesforny kosmyk w ciasno upięty kok. Wilgoć mglistych ulic Zurychu prowadzących na kampus Szwajcarskiej Politechniki Federalnej nie sprzyjała mojej elegancji. Frustrował mnie upór moich ciężkich, ciemnych włosów, które za nic nie chciały się utrzymać w jednym miejscu. Pragnęłam, by wszystko tego dnia było idealne.
Prostując ramiona, by wyglądać na choć odrobinę wyższą, położyłam dłoń na ciężkiej, mosiężnej gałce drzwi sali lekcyjnej. Zdobiona meandrem wytartym od dotknięć pokoleń studentów, sprawiała, że moja drobna, niemal dziecięca dłoń wydawała się jeszcze mniejsza. Znieruchomiałam. „Obróć ją i otwórz drzwi – powiedziałam do siebie. – Uda ci się. Nie pierwszy raz mijasz ten próg. Przekraczałaś tę pozornie nieprzekraczalną granicę między mężczyznami a kobietami w wielu salach. Zawsze dawałaś sobie radę”.
Mimo to wahałam się. Dobrze wiedziałam, że choć pierwszy krok jest najtrudniejszy, drugi wcale nie jest znacznie łatwiejszy. W tamtej chwili, krótkiej jak oddech, niemal słyszałam w myślach głos ojca. „Bądź dzielna – wyszeptałby Papa w naszym tak rzadko używanym serbskim języku. – Jesteś mudra glava. Mądrą kobietą. W naszych żyłach płynie krew bandytów, naszych słowiańskich, zbójnickich przodków, którzy używali wszelkich środków, by brać, co do nich należało. Idź po to, co należy do ciebie, Mitzo. Idź”.
Nie mogłam go rozczarować.
Obróciłam gałkę i otworzyłam szeroko drzwi. Sześć par oczu uniosło się ku mnie: pięciu studentów w ciemnych garniturach i profesora w czarnej todze.
Na ich bladych twarzach malował się szok i jakby cień pogardy. Nic – nawet plotki – nie przygotowało ich na widok kobiety. Wyglądali głupio, wytrzeszczając oczy i otwierając usta, ale wiedziałam, że nie powinnam się śmiać. Chciałam nie zwracać uwagi na ich miny, zignorować te nalane twarze moich kolegów, którzy zapuszczali obficie nawoskowane wąsy, zdeterminowani, by wyglądać na starszych niż ich osiemnaście lat.
Na politechnikę zaprowadziła mnie determinacja, by nauczyć się fizyki i matematyki, a nie potrzeba przyjaźni czy zaspokajania czyichś oczekiwań. Przypomniałam sobie o tym, zmuszając się do spojrzenia w twarz mojego nauczyciela. Profesor Heinrich Martin Weber i ja popatrzyliśmy sobie prosto w oczy.
Wygląd szacownego profesora – długi nos, gęste brwi, wypielęgnowana broda – pasował do jego reputacji. Czekałam, aż się odezwie. Jakiekolwiek inne moje zachowanie zostałoby uznane za impertynencję. Nie mogłam sobie na coś takiego pozwolić, skoro już sama moja obecność była źle postrzegana. Kroczyłam po cienkiej linii pomiędzy własnym uporem i konformizmem, którego wciąż ode mnie wymagano.
– Nazywa się pani? – spytał, jakby się mnie nie spodziewał, jakby nigdy o mnie nie słyszał.
– Mileva Marić, panie profesorze. – Modliłam się, żeby nie drżał mi głos.
Weber bardzo powoli spojrzał na listę studentów. Oczywiście dobrze wiedział, kim jestem. Jako że kierował wydziałem fizyki i matematyki, a przede mną studiowały tu tylko cztery kobiety, musiałam zwrócić się do niego z prośbą o przyjęcie. Wreszcie przyjęto mnie na pierwszy rok czteroletniego programu zwanego sekcją szóstą. Osobiście zgodził się na moją obecność! Sprawdzanie listy studentów było posunięciem dobitnym i wykalkulowanym, bo w ten sposób przekazywał grupie swoją opinię o mnie. Teraz mogli podążyć za jego przykładem.
– Panna Marić z Serbii czy któregoś z tych austro-węgierskich krajów? – spytał, nie unosząc głowy, jakby mogła stać przed nim inna panna Marić, pochodząca z godniejszego miejsca.
Zadając to pytanie, Weber jasno wyraził swoje zdanie o ludziach ze słowiańskich krajów Europy Wschodniej: oto my, ciemni obcokrajowcy, liczymy się mniej niż lud germański z nieustępliwie neutralnej Szwajcarii. Było to kolejne uprzedzenie, które musiałam odeprzeć, by odnieść sukces. Jakby bycie jedyną kobietą w sekcji szóstej – i piątą spośród tych, które kiedykolwiek zostały przyjęte na wydział fizyki i matematyki – nie wystarczało.
– Tak, panie profesorze.
– Proszę usiąść – powiedział wreszcie, wskazując wolne krzesło. Na szczęście znajdowało się ono najdalej od niego. – Już zaczęliśmy.
Ale jak to? Zajęcia miały się rozpocząć dopiero za piętnaście minut. Czyżby moi koledzy wiedzieli coś, czego ja nie wiedziałam? Chciałam zapytać, ale nie zrobiłam tego, dyskusja tylko by mi zaszkodziła. To zresztą nie miało znaczenia, pomyślałam, że jutro przyjdę po prostu piętnaście minut wcześniej. I jeszcze wcześniej i wcześniej każdego ranka, jeśli zajdzie taka potrzeba. Nie zamierzałam uronić ani słowa z wykładów Webera. Mylił się, jeśli sądził, że wcześniejsza pora mnie odstraszy. Byłam córką swojego ojca.
Skinęłam głową, spojrzałam na długą drogę prowadzącą od drzwi do mojego krzesła i z przyzwyczajenia określiłam liczbę kroków przez salę. Jak najłatwiej pokonać ten dystans? Przy pierwszym kroku próbowałam iść możliwie prosto i ukrywać, że kuleję, ale i tak głośno pociągnęłam chorą stopą po ziemi. Postanowiłam więc nie ukrywać kalectwa, tylko pokazać wszystkim kolegom deformację, która towarzyszyła mi od urodzenia.
Stuk i szur. Stuk i szur. Osiemnaście razy, nim dotarłam do swojego krzesła. „Oto i jestem, panowie – miałam ochotę powiedzieć, szurając stopą po ziemi. – Popatrzcie sobie raz i dajcie mi spokój”.
Dysząc z wysiłku, zdałam sobie sprawę, że w sali zapadła absolutna cisza. Czekali, aż usiądę, i zakłopotani moim kalectwem, moją płcią, albo jednym i drugim, odwracali wzrok.
Wszyscy prócz jednego.
Siedzący po mojej prawej stronie młody mężczyzna o wielkiej brązowej czuprynie wpatrywał się we mnie. Nie było to w moim stylu, ale odwzajemniłam jego spojrzenie. Nawet gdy patrzyłam mu prosto w oczy, czekając, aż ze mnie zadrwi, nie ustąpił. Przeciwnie: jego oczy zmarszczyły się w kącikach, gdy rozciągnął w uśmiechu ukryte w cieniu wąsów wargi. Było w tym uśmiechu zakłopotanie, nawet podziw.
Za kogo on się miał? Co oznaczało to spojrzenie? Siadając, nie miałam czasu się nad tym zastanawiać.
Sięgnęłam do torby i wyjęłam z niej papier, atrament oraz pióro, przygotowując się do wykładu Webera. Nie zamierzałam pozwolić, by śmiałe, niefrasobliwe spojrzenie uprzywilejowanego kolegi mnie zirytowało. Popatrzyłam prosto przed siebie na wykładowcę, wciąż czując na sobie spojrzenie chłopaka, ale udawałam obojętność.
Weber nie był równie zdeterminowany.
Ani tak skory do wybaczenia. Wpatrując się w młodego człowieka, profesor odkaszlnął, a kiedy chłopak wciąż nie zwrócił wzroku ku niemu, powiedział:
– Żądam uwagi wszystkich zebranych. To pana pierwsze i ostatnie ostrzeżenie, panie Einstein.Rozdział 2
Popołudnie
20 października 1896
Zurych, Szwajcaria
Cicho zamknęłam za sobą drzwi pensjonatu Engelbrechtów, podałam mokry parasol pokojówce i weszłam do przedsionka. Z salonu na tyłach dobiegał śmiech. Wiedziałam, że dziewczęta czekają tam na mnie, ale nie byłam jeszcze gotowa na ich przesłuchanie, jakkolwiek były pełne dobrych intencji. Potrzebowałam chwili samotności, choćby paru minut, żeby przemyśleć, co wydarzyło się tego dnia. Uważając, by iść jak najciszej, weszłam na schodki prowadzące do mojego pokoju.
Trzask. Niech diabli wezmą ten złamany schodek.
Helene w grafitowej spódnicy, która ciągnęła się za nią po podłodze, wyłoniła się z saloniku z filiżanką parującej herbaty w dłoniach.
– Milevo, czekamy na ciebie! Zapomniałaś?
Wolną dłonią Helene wzięła mnie za rękę i pociągnęła do salonu, który między sobą nazywałyśmy bawialnią. Uznałyśmy, że mamy do tego prawo, bo i tak nikt inny z niego nie korzystał.
Roześmiałam się. Jak zniosłabym ostatnie miesiące w Zurychu, gdyby nie one? Milana, Ružica i przede wszystkim Helene, moja bratnia dusza, błyskotliwie dowcipna, ciepła i, co ciekawe, kulawa tak samo jak ja. Czemu czekałam choćby chwilę, nim wpuściłam je do swojego życia?
Kilka miesięcy temu, kiedy przyjechaliśmy z papą do Zurychu, takie przyjaźnie były poza zasięgiem mojej wyobraźni. Wydawało mi się wtedy, że młodość naznaczona nieustannym konfliktem z kolegami – w najlepszym wypadku oddaleniem, a pogardą w najgorszym – oznacza dla mnie życie w samotności w imię nauki.
Kiedy wysiedliśmy z papą z pociągu z Zagrzebia po dwóch dniach podróży w tłoku, chwialiśmy się na nogach. Dym z lokomotywy unosił się nad Hauptbahnhofem, musiałam zmrużyć oczy, by zejść na peron. Niosłam dwie torby, w tym jedną wypełnioną ulubionymi książkami, i próbowałam przebić się przez tłum na peronie. Za mną szli ojciec i tragarz niosący najcięższe bagaże. Papa podszedł do mnie, chcąc zabrać jedną z toreb.
– Dam sobie radę! – nalegałam, próbując wyrwać mu swoją dłoń. – Masz własne bagaże i tylko dwie ręce.
– Mitzo, pozwól sobie pomóc. Mnie łatwiej będzie nieść jeszcze jedną. – Zachichotał. – Nie wspominając o tym, że twoja matka wściekłaby się, gdyby widziała, jak zmuszam cię do przebijania się przez tłum na dworcu w Zurychu.
Odłożyłam torbę na ziemię, wciąż starając się wyrwać.
– Papo, muszę umieć sobie radzić bez twojej pomocy. Przecież zamieszkam tutaj sama.
Patrzył na mnie przez dłuższą chwilę, jakby dopiero teraz zrozumiał, że będę w Zurychu bez niego, tak jakbyśmy nie dążyli do tego celu, odkąd byłam małą dziewczynką. Niechętnie puścił moją dłoń, prostując palec po palcu. Rozumiałam, że to dla niego trudne. Chociaż wiedziałam, że na pewno cieszył się z mojego dążenia do edukacji, gdyż moje ambicje przypominały mu jego własną drogę od prostego chłopa do odnoszącego sukcesy urzędnika i właściciela ziemskiego, to jednak zastanawiałam się czasami, czy nie czuł się winny, zachęcając mnie do tej niebezpiecznej podróży. Tak długo koncentrował się na nagrodzie, jaką miało być moje uniwersyteckie wykształcenie, że chyba zapomniał, iż będzie musiał się ze mną pożegnać i zostawić samą w obcym mieście.
Wyszliśmy z dworca na zatłoczone wieczorne ulice Zurychu. Zapadała noc, ale w mieście nie było ciemno. Zerknęłam na ojca i uśmiechnęliśmy się do siebie zadziwieni: do tej pory widzieliśmy miasta tylko w świetle mętnych olejowych latarni. Ulice Zurychu rozjaśniały zaskakująco jasne elektryczne lampy. Bez trudu mogłam dostrzec detale sukni mijających nas dam: ich turniury były bardziej wyszukane niż te w skromnych fasonach, które widywałam w Zagrzebiu.
Konie ciągnące dorożki uderzały kopytami o bruk Bahnhofstrasse. Papa wynajął jeden z powozów. Kiedy woźnica wysiadał, żeby zapakować na tył nasze bagaże, owinęłam się szalem, chcąc się ochronić przed chłodem wieczornego powietrza. Ostatniego wieczoru przed wyjazdem mama podarowała mi szal haftowany w róże. Miała łzy w oczach, ale się nie rozpłakała. Dopiero później zrozumiałam, że ten szal był dla niej jak pożegnalny uścisk, jak coś, co mogłam zabrać ze sobą, skoro ona musiała zostać w Zagrzebiu z moją młodszą siostrą Zorką i braciszkiem Milošem.
Głos woźnicy wyrwał mnie z zamyślenia:
– Przyjechali państwo zwiedzać miasto?
– Nie – odparł papa z lekkim tylko akcentem. Zawsze chlubił się, że mówi perfekcyjnie po niemiecku, w języku ludzi władających AustroWęgrami.
Był to pierwszy stopień, od którego rozpoczął swoją wspinaczkę, mówił, zachęcając nas do nauki. Nadymając się lekko, dodał:
– Przyjechaliśmy zapisać moją córkę na uniwersytet.
Zaskoczony woźnica lekko uniósł brwi, ale powstrzymał się od reakcji.
– Na uniwersytet? Domyślam się zatem, że chcą państwo jechać do pensjonatu Engelbrechtów albo jakiegoś innego hotelu na Plattenstrasse – powiedział, otwierając drzwi powozu.
Papa odczekał chwilę, bym weszła do środka, po czym zapytał:
– Skąd pan wie, dokąd jedziemy?
– Tam zatrzymuje się większość studentów ze wschodniej Europy.
Słysząc sapnięcie siadającego obok mnie ojca, zrozumiałam, że nie jest pewien, jak przyjąć uwagę woźnicy. Czy była to obraza dla naszego pochodzenia? Mówiono nam, że chociaż Szwajcarzy niewzruszenie utrzymywali swoją neutralność i niezależność wobec otaczającego ich europejskiego imperium, spoglądali z góry na przybyszy ze wschodnich rubieży cesarstwa austrowęgierskiego. A jednocześnie to właśnie oni byli najbardziej tolerancyjni w innych sprawach: mieli na przykład najbardziej pobłażliwy stosunek do kobiet na wyższych uczelniach. Ta sprzeczność budziła moje zdziwienie.
Woźnica strzelił z bata w powietrzu, dając sygnał koniom, i ruszył przed siebie ulicą. Mrużąc oczy, by dojrzeć coś przez zabłocone okno, zobaczyłam mijający nas elektryczny tramwaj.
– Widziałeś to, papo? – spytałam. Czytałam o tramwajach, ale nigdy nie widziałam żadnego na własne oczy. Ten widok mnie zachwycił: dowodził, że miasto naprawdę jest nowoczesne, przynajmniej jeśli chodzi o transport.
Mogłam tylko mieć nadzieję, że podejście mieszkańców do studentek jest równie otwarte, jak głosiły zasłyszane przez nas plotki.
– Nie widziałem, ale słyszałem. I poczułem – powiedział spokojnie papa, ściskając moją dłoń. Wiedziałam, że też jest podniecony, ale chce uchodzić za obytego w świecie, zwłaszcza po komentarzu woźnicy.
Odwróciłam się w stronę otwartego okna. Miasto otaczały strome zielone góry. Przysięgam, że poczułam w nozdrzach zapach wiecznie zielonych drzew, choć przecież wzgórza były za daleko, by ta woń mogła do mnie dotrzeć. Tak czy inaczej, powietrze w Zurychu było znacznie świeższe od tego w Zagrzebiu, gdzie wiecznie cuchnęło końskim łajnem i palonym zbożem. Być może zapach dobiegał znad Jeziora Zuryskiego, które graniczyło z południową częścią miasta.
W oddali, u stóp gór, dostrzegałam bladożółte budynki zaprojektowane w stylu neoklasycznym, odcinające się od kościelnych iglic w tle. Budynki przypominały widoki politechniki, które oglądałam w dokumentach aplikacyjnych, ale wydały mi się teraz znacznie większe i bardziej imponujące. Politechnika była szkołą kształcącą nauczycieli i wykładowców matematyki oraz innych dyscyplin ścisłych. Należała do kilku europejskich uczelni, które wydawały dyplomy kobietom. Chociaż przez lata marzyłam tylko o niej, wciąż trudno mi było uwierzyć, że za kilka miesięcy naprawdę zacznę tam studiować.
Powóz zatrzymał się. Drzwiczki oddzielające nas od woźnicy uchyliły się, a mężczyzna ogłosił, że dotarliśmy pod właściwy adres.
– Plattenstrasse 50 – powiedział.
Papa podał mu monety, po czym otworzył drzwi powozu. Gdy woźnica wyciągał nasz bagaż, po schodkach zbiegł służący z pensjonatu Engelbrechtów, żeby pomóc nam wnieść mniejsze torby. Pomiędzy wysokimi kolumnami przy frontowych drzwiach czteropiętrowego ceglanego budynku pojawiła się dostojna, elegancko ubrana para.
– Pan Marić? – zawołał dobrze zbudowany starszy dżentelmen.
– Tak. Zapewne pan Engelbrecht – odparł ojciec, pochylając lekko głowę i wyciągając do niego dłoń.
Gdy mężczyźni wymieniali ukłony, energiczna pani Engelbrecht zbiegła po schodkach, by wprowadzić mnie do budynku.
Dopełniwszy formalności, Engelbrechtowie zaprosili nas na herbatę i ciastka, które przygotowali na nasz przyjazd. Kiedy szliśmy za nimi do salonu, widziałam, jak papa zerka z uznaniem na kryształowy żyrandol i kinkiety na ścianach. Niemal słyszałam jego myśli: „To miejsce godne mojej Mitzy”.
Mnie pensjonat wydał się jałowy i wymuskany w porównaniu z domem. Odarty z zapachu drewna, kurzu i przypraw. Chociaż my, Serbowie, aspirowaliśmy do germańskiego porządku, który przyjęli Szwajcarzy, to wtedy dostrzegłam, że nasze próby nijak nie dorastały do tutejszej perfekcyjnej czystości.
Przy herbacie i ciastkach, pośród uprzejmości i natarczywych pytań ojca Engelbrechtowie wyjaśnili, jak działa ich stancja: godziny posiłków, wizyt, prania i sprzątania były ściśle ustalone. Papa, były żołnierz, wypytywał o bezpieczeństwo lokatorów, a jego ramiona rozluźniały się przy każdej uspokajającej odpowiedzi i każdym zerknięciu na błękitną, pikowaną tapetę i bogato zdobione krzesła wokół szerokiego marmurowego kominka. Nigdy jednak nie uspokoił się do końca; papa pragnął dla mnie uniwersyteckiego wykształcenia niemal równie mocno, jak pragnęłam go ja, ale pożegnanie okazało się dla niego trudniejsze, niż się spodziewałam.
Popijając herbatę, usłyszałam śmiech. Dziewczęcy śmiech.
Pani Engelbrecht dostrzegła moje zainteresowanie.
– Ach, to nasze młode damy grają w wista. Może cię przedstawię pozostałym mieszkankom?
Pozostałe mieszkanki? Pokiwałam głową, choć bardzo chciałam odmówić. Moje dotychczasowe doświadczenia z młodymi damami nie kończyły się dobrze. W najlepszym wypadku nie miałyśmy ze sobą wiele wspólnego. W najgorszym – byłam poniżana przez kolegów i koleżanki, zwłaszcza gdy dowiadywali się o moich ambicjach.
Grzeczność wymagała jednak, byśmy wstali. Pani Engelbrecht poprowadziła nas do mniejszego pokoju, urządzonego inaczej niż salon. Żyrandole i kinkiety nie były kryształowe, lecz mosiężne, dębowych ścian nie pokrywała błękitna tapeta, a pośrodku stał stół do gier. Gdy wchodziliśmy, wydało mi się, że słyszę słowo krpiti. Zerknęłam na tatę, który wyglądał na równie zaskoczonego. Było to serbskie określenie, którego używa się w chwili rozczarowującej porażki. Zastanawiałam się, kto w tym miejscu mógłby go użyć. Uznałam, że musieliśmy się przesłyszeć.
Przy stole siedziały trzy dziewczyny w moim wieku, o ciemnych włosach i gęstych brwiach, podobnych do moich. Wszystkie były też niemal tak samo ubrane: w sztywne białe bluzki z wysokimi koronkowymi kołnierzykami i proste ciemne spódnice. Był to poważny strój, zupełnie inny od falbaniastych, ozdobnych sukni w kolorze cytrynowej żółci lub piankowego różu, noszonych przez modne młode dziewczęta, które widziałam w okolicach dworca.
Dziewczęta uniosły wzrok znad kart, odłożyły je szybko i wstały.
– Panienki Ružica Dražić, Milana Bota i Helene Kaufler. Chciałabym wam przedstawić naszą nową lokatorkę. Oto Mileva Marić.
Gdy wymieniałyśmy gesty powitania, mówiła dalej:
– Panna Marić przyjechała studiować matematykę i fizykę na Politechnice Federalnej w Zurychu. Będzie tu pani miała doskonałe towarzystwo, panno Marić.
Pani Engelbrecht najpierw wskazała na dziewczynę o wydatnych kościach policzkowych, bezpośrednim uśmiechu i brązowych oczach.
– Panna Dražic przyjechała z Šabaca, by studiować nauki polityczne na uniwersytecie w Zurychu – powiedziała. Następnie zwróciła się do panienki o najciemniejszych włosach i najgęstszych brwiach. – To panna Bota. Przyjechała z Kruševaca i studiuje psychologię. Na politechnice, tak jak pani.
Położyła dłoń na ramieniu ostatniej dziewczyny o przyjaznych szaroniebieskich oczach i opadających brwiach, z burzą miękkich brązowych włosów.
– A to panna Kaufler – przedstawiła ją – która przyjechała aż z Wiednia, by zrobić dyplom z historii, również na politechnice.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Studentki ze wschodnich prowincji AustroWęgier? Takie jak ja? Zawsze myślałam, że będę wyjątkowa. W Zagrzebiu co druga dziewczyna zbliżająca się do dwudziestki była już mężatką lub przygotowywała się do małżeństwa, poznając odpowiedniego kandydata i ćwicząc prowadzenie domu u swoich rodziców. Ich edukacja kończyła się wiele lat wcześniej, jeśli w ogóle chodziły kiedyś do szkoły. Myślałam, że zawsze będę jedyną studentką ze wschodniej Europy w świecie pełnym mężczyzn z Zachodu. Być może w ogóle jedyną kobietą.
Pani Engelbrecht popatrzyła na każdą z dziewczyn z osobna i powiedziała:
– Teraz was zostawimy z waszym wistem i pójdziemy zakończyć rozmowę. Mam nadzieję, że jutro oprowadzicie pannę Marić po Zurychu?
– Oczywiście, pani Engelbrecht – odpowiedziała panna Kaufler z ciepłym uśmiechem. – Może nawet panna Marić dołączy jutro wieczorem do wista? Przydałaby nam się czwarta osoba.
Uprzejmość panny Kaufler wydawała się szczera, a towarzystwo dziewcząt mnie przyciągało. Instynktownie odwzajemniłam uśmiech, ale zaraz się opanowałam. „Uważaj – ostrzegłam się w myślach. – Pamiętaj o okrucieństwie innych młodych dam, o ich drwinach, przezywaniu, kopniakach na placu zabaw. Przyjechałaś tu, żeby studiować matematykę i fizykę na politechnice i spełnić swoje marzenie o staniu się jedną z niewielu kobiet profesorów fizyki w Europie. Nie pokonałaś tylu kilometrów tylko po to, żeby poznać kilka koleżanek, nawet jeśli te dziewczęta naprawdę są takie, jakie się wydają”.
Gdy wracaliśmy do salonu, papa wziął mnie pod ramię i wyszeptał:
– Mitzo, te dziewczęta wydają się bardzo miłe. Prawdopodobnie są też mądre, skoro przyjechały tu na studia. Może nadeszła już pora, byś się z kimś zaprzyjaźniła, skoro poznałaś wreszcie kilka panienek, które dorównują ci intelektualnie. Jakaś szczęśliwa panienka powinna mieć szansę poznać twoje błyskotliwe żarty, które zazwyczaj zachowujesz dla mnie.
Jego głos był pełen nadziei, jakby bardzo chciał, żebym zaprzyjaźniła się z dziewczętami, które właśnie poznaliśmy. Co chciał przez to powiedzieć? Miałam mętlik w głowie. Czy po wielu latach przekonywania mnie, że przyjaciele nie mają znaczenia, mąż się nie liczy, a jedynymi ważnymi rzeczami są nauka i nasza rodzina, postanowił wystawić mnie teraz na próbę? Chciałam pokazać mu, że wciąż obce mi są typowe pragnienia młodej kobiety – przyjaciółki, mąż, dzieci. Chciałam zdać ten dziwny egzamin z wyróżnieniem, tak jak zdawałam wszystkie pozostałe.
– Papo, przysięgam, że przyjechałam tu się uczyć, a nie zaprzyjaźniać – powiedziałam, kiwając z powagą głową. Miałam nadzieję, że to go przekona, że los, który mi przepowiedział, a którego dla mnie pragnął, stał się moim własnym, wymarzonym przeznaczeniem.
Ojciec nie ucieszył się jednak z tej odpowiedzi. Jego twarz spochmurniała, nie wiedziałam z początku, czy to ze złości, czy z żalu. Czyżbym go nie zrozumiała? Czy jego podejście naprawdę się zmieniło, kiedy zobaczył dziewczęta tak odmienne od wszystkich, które znałam do tej pory?
Przez chwilę był dziwnie milczący. Wreszcie z przygnębieniem w głosie powiedział:
– Miałem nadzieję, że będziesz mogła robić jedno i drugie.
Przez kilka tygodni po wyjeździe papy unikałam dziewczyn, zamykałam się w pokoju i czytałam książki. Plan dnia Engelbrechtów zmuszał mnie jednak do codziennych wspólnych posiłków, a uprzejmość wymagała konwersacji podczas śniadań i kolacji. Dziewczęta nieustannie zachęcały mnie, bym dołączyła do nich podczas spacerów, wykładów, wizyt w kawiarniach, wypraw do teatrów i na koncerty. Dobrodusznie żartowały sobie, że jestem za poważna, za cicha i zbyt skupiona na nauce, i nie przestawały mnie zapraszać, choć ciągle odmawiałam. Miały w sobie upór, o jaki do tej pory podejrzewałam tylko siebie.
Pewnego letniego wieczoru zgodnie ze swoim zwyczajem uczyłam się w pokoju, przygotowując się do kursów rozpoczynających się w październiku. Ramiona owinęłam swoim ulubionym szalem, by uchronić się przed zimnem, które panowało w sypialniach pensjonatu niezależnie od pogody. Robiłam właśnie analizę składniową tekstu, kiedy usłyszałam, że dziewczyny na dole grają suitę Arezjanka Bizeta – dość słabo, ale z uczuciem. Dobrze znałam ten utwór, grałam go razem z rodziną. Ta znajoma muzyka sprawiła, że poczułam się melancholijnie: nie tylko sama, ale i samotna. Zerknęłam na stojącą w kącie zakurzoną tamburicę, chwyciłam ją i zeszłam na dół. Stojąc w wejściu do salonu, patrzyłam, jak dziewczęta walczą z utworem. Oparłam się o ścianę z tamburicą w dłoni i nagle zrobiło mi się głupio. Czemu miałyby zaakceptować moje towarzystwo, skoro tyle razy odrzucałam ich zaproszenia? Chciałam uciec z powrotem na górę, ale Helene zauważyła mnie i przestała grać.
Pełnym ciepła głosem zapytała:
– Dołączysz do nas, panno Marić? – Zerknęła na Ružicę i Milanę, dodając z żartobliwą rozpaczą: – Słychać chyba, że przydałaby nam się pomoc.
Zgodziłam się. W ciągu kilku kolejnych dni dziewczęta katapultowały mnie do świata, jakiego nigdy dotąd nie doświadczyłam. Świata, w którym miałam podobne do siebie przyjaciółki. Papa się mylił. Ja też. Przyjaciółki są ważne. W każdym razie takie przyjaciółki: błyskotliwie inteligentne, ambitne i mające podobne do moich doświadczenia pogardy i krytyki, które przetrwały z uśmiechem na ustach.
Wbrew moim obawom przyjaciółki nie osłabiły mojego zapału do pracy. Przeciwnie: uczyniły mnie silniejszą.
Teraz, wiele miesięcy później, opadłam na puste krzesło, a Ružica nalała mi herbaty. Poczułam cytrynowy zapach: Milana z uśmiechem podsunęła mi talerzyk z moim ulubionym ciastem z melisą. Przyjaciółki musiały specjalnie zamówić je dla mnie u pani Engelbrecht. Wyjątkowy gest w wyjątkowym dniu.
– Dziękuję.
Piłyśmy herbatę i skubałyśmy ciasto. Dziewczyny były wyjątkowo milczące, chociaż po ich minach i ukradkowych zerknięciach poznałam, że ledwo się powstrzymują. Czekały, aż odezwę się pierwsza, aż zaoferuję im coś więcej niż tylko podziękowania za przysmaki. Wreszcie jednak Ružica, najbardziej entuzjastyczna z nich wszystkich, nie wytrzymała. Była najbardziej uparta i najmniej cierpliwa, więc po prostu wybuchła.
– I jaki jest ten słynny profesor Weber? – spytała, unosząc brwi w żartobliwym aktorskim naśladowaniu nauczyciela, znanego z onieśmielającego stylu bycia i równie onieśmielającej inteligencji.
– Taki, jak go przedstawiają – westchnęłam, biorąc do ust kolejny kęs ciasta, które miało cudowny, jednocześnie słodki i wytrawny smak. Wytarłam okruszek z kącika ust i wyjaśniłam:
– Sprawdził listę, zanim pozwolił mi usiąść. Jakby nie wiedział, że zapisałam się na jego zajęcia. Sam mnie na nie przyjął!
Dziewczyny zachichotały.
– Potem zrobił złośliwą uwagę na temat mojego serbskiego pochodzenia.
Śmiech ustał. Ružica i Milana, które również przyjechały z odległych rubieży AustroWęgier, doświadczyły podobnych upokorzeń. Nawet Helene, która przybyła z najbardziej poważanego regionu Austrii, także dostąpiła przykrości ze strony profesorów politechniki ze względu na swoje żydowskie pochodzenie.
– Tak samo wyglądał mój pierwszy dzień na kursie profesora Herzoga – powiedziała Helene.
Pokiwałyśmy głowami. Gdy profesor Herzog zauważył, że jej nazwisko ma żydowskie brzmienie, połowę swojego pierwszego wykładu o historii Włoch poświęcił weneckim gettom, w których Żydzi żyli zamknięci od szesnastego do osiemnastego wieku. Nie sądziłyśmy, by podjęcie tego tematu było czystym zbiegiem okoliczności.
– Jakby nie wystarczało, że jesteśmy ledwie kilkoma kobietami w oceanie mężczyzn, wykładowcy muszą znaleźć jeszcze inne powody, by podkreślić naszą odmienność – zauważyła Ružica.
– A co powiesz o kolegach z grupy? – Milana wyraźnie chciała zmienić temat.
– Są tacy jak zwykle – odparłam.
Dziewczęta jęknęły, pełne zrozumienia.
– Zarozumiali? – spytała Milana.
– Tak – odparłam.
– Wąsaci? – zasugerowała z uśmiechem Ružica.
– Tak.
– Przesadnie pewni siebie?
– Tak, tak.
– Czy ktoś był otwarcie nieprzyjemny? – Głos Helene był teraz poważniejszy.
Była bardzo opiekuńcza, jakby chciała matkować grupie. A zwłaszcza mnie. Odkąd powiedziałam im, co przydarzyło mi się pierwszego dnia w szkole w Obergymnasium w Zagrzebiu – a była to historia, którą dotąd trzymałam tylko dla siebie – Helene zachowywała się wobec mnie szczególnie ostrożnie. Chociaż żadna z dziewcząt nie spotkała się z równie otwartą przemocą, wszystkie wyczuwały czające się zagrożenie.
– Nie. Przynajmniej na razie.
– To dobrze. – Ružica jak zwykle patrzyła na świat z optymizmem.
Oskarżałyśmy ją o noszenie różowych okularów nawet podczas najciemniejszych burz. Upierała się, że to jedyne rozwiązanie, i zachęcała, byśmy podchodziły do życia podobnie.
– A zauważyłaś jakichś potencjalnych sojuszników? – Milana wkroczyła na bardziej strategiczne terytorium.
Program zajęć z fizyki zakładał współpracę między studentami nad częścią projektów, więc zastanawiałyśmy się nad strategią działania. Co miałabym zrobić, gdyby nikt nie chciał być ze mną w grupie?
– Nie – odparłam instynktownie, przerwałam jednak, chcąc podążyć za radą Ružicy i spojrzeć na sprawę bardziej optymistycznie. – Być może. Jeden ze studentów uśmiechał się do mnie. Może nieco zbyt długo, ale szczerze. Bez drwiny. Chyba nazywa się Einstein.
Helene z niepokojem uniosła swoje gęste brwi. Była wyjątkowo wyczulona na niepożądane miłosne gesty. Uważała, że są równie niebezpieczne jak przemoc. Sięgnęła po moją dłoń i ostrzegła:
– Uważaj.
Odwzajemniłam uścisk.
– Nie martw się, Helene. Jestem bardzo ostrożna.
Kiedy jej twarz się nie rozpogodziła, dodałam:
– No proszę. Wciąż oskarżacie mnie, że jestem za ostrożna. Zbyt nieśmiała. O to, że swoje prawdziwe ja pokazuję tylko wam. Czy naprawdę uważasz, że nie zachowam ostrożności, obcując z panem Einsteinem?
Uśmiech zastąpił zaniepokojone spojrzenie Helene.
Moje towarzyszki wciąż mnie zaskakiwały. Zaskakiwało mnie to, że potrafię opowiedzieć im dawno zapomniane historie. Że umiem im pokazać, kim jestem naprawdę. I że akceptują mnie mimo wszystko.Rozdział 5
4 maja 1897
Zurych, Szwajcaria
Panowie, panowie. Czyżby żaden z was nie znał odpowiedzi na moje pytanie?
Profesor Weber przechadzał się wzdłuż sali, rozkoszując się naszą ignorancją. Nie byłam w stanie pojąć, czemu nauczyciel czerpał taką przyjemność z porażek swoich studentów. Nazywanie mnie „panem” nie sprawiało mi przykrości. Już parę miesięcy wcześniej przyzwyczaiłam się do zniewag Webera, czy to do żartów z mojego wschodniego pochodzenia, czy do mówienia do mnie per „pan”. Chciałam tylko, żeby jego wykłady przypominały wykłady innych profesorów, żeby były jak ostrygi, w których po otwarciu ukazywały się lśniące perły.
Znałam odpowiedź na pytanie Webera, ale wahałam się jak zawsze. Rozejrzałam się wokół w nadziei, że ktoś inny podniesie rękę, lecz wszyscy moi koledzy – łącznie z panem Einsteinem – wbijali wzrok w biurko. Dlaczego nikt nie podnosił ręki? Może nietypowy o tej porze roku upał powodował ich ospałość. Jak na wiosnę było straszliwie gorąco, tak że nawet otwarcie okien nie pomagało. Pan Ehrat i pan Kollros starali się poruszać powietrze improwizowanymi wachlarzami. Moje czoło pokrywały kropelki potu i dostrzegałam plamy na marynarkach kolegów.
Dlaczego tak trudno było mi podnieść rękę? Kilka razy już tak zrobiłam, ale nie przychodziło mi to łatwo. Lekko potrząsnęłam głową, pogrążając się we wspomnieniach. Miałam siedemnaście lat i wyszłam właśnie z pierwszej lekcji fizyki w męskim Obergymnasium w Zagrzebiu. Występując przeciwko prawu, które nie pozwalało dziewczynkom z AustroWęgier chodzić do gimnazjów, tata poprosił władze o zrobienie wyjątku i zdołał mnie tam zapisać po kilku latach nauki w Nowym Sadzie. Pełna ulgi i radości po moim pierwszym dniu w szkole – odważyłam się odpowiedzieć na pytanie nauczyciela – wybiegłam z sali. Odczekałam, żeby wszyscy wyszli i korytarz opustoszał. Nagle jakiś chłopak popchnął mnie od tyłu w stronę drugiego, ciemniejszego holu. Czy spieszył się tak bardzo, że mnie nie zauważył?
– Proszę pana! Proszę pana! – wołałam przez ramię, ale on nie przestawał popychać mnie w ciemność. Wokół nie było nikogo, kto mógłby mnie usłyszeć. „Co się dzieje?”, myślałam.
Próbowałam się odwrócić, ale nie dałam rady – był ode mnie o stopę wyższy. Rzucił mną o ścianę – moja twarz była teraz do niej przyklejona, tak że nie mogłam na niego spojrzeć. Mocno trzymał mnie za ramiona, które zaczynały mnie palić.
– Wydaje ci się, że jesteś taka mądra, żeby wyrywać się z odpowiedzią? – wycedził przez zęby. Na mój policzek trysnęła jego ślina. – Nie powinnaś w ogóle chodzić z nami do szkoły. Prawo tego zabrania. – To rzekłszy, popchnął mnie raz jeszcze i uciekł.
Stałam nieruchomo, wciąż wbijając wzrok w ścianę, póki dźwięk jego kroków nie umilkł. Dopiero wtedy odwróciłam się, trzęsąc się na całym ciele. Nie spodziewałam się od kolegów z klasy szczególnie ciepłego przyjęcia, ale czegoś takiego też nie. Zaczęłam płakać, chociaż obiecywałam sobie, że nigdy nie zrobię tego w szkole. Wycierając łzy i ślinę napastnika z twarzy, zrozumiałam, że będę odtąd musiała zachowywać swoją inteligencję dla siebie. Ryzyko było zbyt wielkie.
Weber łajaniem wyrwał mnie z zamyślenia.
– Cóż, jestem bardzo rozczarowany, że nikt z was nie uniósł ręki. Cały kurs prowadził właśnie do tego pytania. Naprawdę nikt nie zna na nie odpowiedzi?
Przypomniałam sobie rozmowę z Helene sprzed miesiąca. Uznałam, że nie mogę dłużej pozwalać na to, by przeszłość mnie paraliżowała. Wzięłam głęboki oddech i podniosłam rękę do góry. Weber zszedł z podium i ruszył ku mojemu krzesłu. Jakie upokorzenie szykował dla mnie na wypadek niewłaściwej odpowiedzi? Co zrobią moi koledzy, jeśli okaże się, że mam rację?
– Ach, to panna Marić. – Udał zaskoczonego. Jakby nie wiedział, dokąd zmierza. Jakbym nie pokazała mu już wielokrotnie swoich intelektualnych możliwości. Sztuczne zdziwienie było kolejnym sposobem na to, by mnie obrazić. I sprawdzić.
– Odpowiedź na pana pytanie to jeden procent – powiedziałam. Policzki mi płonęły i od razu pożałowałam, że w ogóle się odezwałam.
– Przepraszam, czy mogłaby pani powtórzyć trochę głośniej, tak żebyśmy wszyscy mogli nacieszyć się pani mądrością?
Mądrość. Weber sobie ze mnie żartował. Czyżbym się pomyliła? Czy cieszył się moją porażką? Odkaszlnęłam i najbardziej zdecydowanym tonem, na jaki byłam się w stanie zdobyć, powiedziałam:
– Biorąc pod uwagę kontekst, najściślejsza odpowiedź, jakiej możemy udzielić na pytanie o czas schładzania ziemi, to jeden procent.
– Poprawna odpowiedź – przyznał Weber, wyraźnie zaskoczony i rozczarowany. – Jakby ktoś nie usłyszał, informuję, że panna Marić podała właściwą odpowiedź. Jeden procent. Proszę to zapisać.
Wokół mnie rozległ się szmer. Z początku nie słyszałam wyraźnie żadnego komentarza, ale potem dotarło do mnie kilka urwanych zdań. „Udało jej się” i „dobra robota”, mówili. Pierwszy raz dotarły do mnie komplementy, wcześniej odpowiedziałam już na kilka pytań Webera, ale nie doczekałam się reakcji. Prawdopodobnie dzisiaj moi koledzy cieszyli się po prostu, że ktoś pokonał profesora.
Kiedy lekcja dobiegła końca, wstałam i zaczęłam się pakować. Pan Einstein podszedł do mojego biurka.
– Imponujące, panno Marić.
– Dziękuję, panie Einstein – odpowiedziałam cicho. – Jestem pewna, że każdy z naszych kolegów doszedłby do tej samej odpowiedzi.
– Nie docenia pani swoich możliwości, panno Marić. Zapewniam, że nikt z nas jej nie znał. – Ściszył głos. – Inaczej nie pozwolilibyśmy Weberowi tak niemożliwie długo nas dręczyć.
Bezczelność pana Einsteina, który krytykował Webera, kiedy ten stał na podium kilka metrów od nas, sprawiła, że na mojej twarzy pojawił się uśmiech.
– Oto i on, panno Marić. Nieuchwytny uśmiech. Dotąd widziałem go chyba ledwie dwa razy.
– Doprawdy? – Uniosłam wzrok.
Nie chciałam ośmielać go do głupiego przekomarzania, zwłaszcza w towarzystwie naszych kolegów i Webera, który miał mnie traktować poważnie, ale jednocześnie nie chciałam być niegrzeczna. Napotkał mój wzrok.
– O tak, sporządzam dokładne i naukowe notatki na temat pani uśmiechów. Kilka wieczorów temu, gdy byłaś na tyle łaskawa, by pozwolić mi zagrać ze swoimi przyjaciółkami, udało mi się jeden zauważyć. Ale to nie był pierwszy, nie, pierwszy widziałem na schodkach pensjonatu. Kiedy odprowadziłem cię do domu w deszczu.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Wydawało mi się, że mówi poważnie, a nie żartuje jak zazwyczaj. To wzbudziło moją podejrzliwość. Czy to możliwe, by się do mnie zalecał? Nie miałam doświadczenia w podobnych sprawach. Miałam w pamięci ostrzeżenia Helene, ale nie potrafiłam ocenić jego słów.
Zdenerwowana i zawstydzona ruszyłam ku drzwiom sali. Szelest papieru i szybkie kroki, które usłyszałam za sobą, podpowiedziały mi, że za mną idzie.
– Czy będziecie znów grały tego wieczoru? – zapytał, gdy mnie dogonił.
Może po prostu szukał towarzystwa do wspólnego grania? Może w jego słowach nie było cienia flirtu? Poczułam dziwną mieszaninę rozczarowania i ulgi. To mnie zaskoczyło, czyżby jakaś część mnie cieszyła się z jego zainteresowania?
– Mamy w zwyczaju grać przed kolacją – odparłam.
– Wybrałyście jakiś utwór?
– Wydaje mi się, że panna Kaufler wybrała Koncert skrzypcowy amoll Bacha.
– To piękny utwór. – Zanucił mały fragment. – Czy mógłbym znów do was dołączyć?
– Wydawało mi się, że nie czeka pan na zaproszenie. – Zaskoczyłam samą siebie tą zalotną ripostą.
Choć byłam pełna sprzecznych uczuć i próbowałam sprowadzić rozmowę z powrotem na bezpieczne tory, nie potrafiłam powstrzymać ukłucia w sercu na myśl o tym, jak pan Einstein zlekceważył tydzień wcześniej wszelkie zasady, kiedy niezaproszony przyszedł do pensjonatu w dniu naszej wycieczki do Sihlwald.
Kiedy czekał w salonie, aż skończymy kolację, Milana i Ružica zarzuciły mnie pytaniami na jego temat, wyrażając oburzenie jego bezczelnością, Helene zaś tylko słuchała, patrząc na mnie zmęczonymi oczami. Pozwoliłyśmy mu dołączyć do naszego koncertu, ale w trakcie całej sonaty Mozarta towarzyszyła nam nieufność. Nie wydawało mi się, by wieczór zakończył się sukcesem, tym bardziej więc zdziwiłam się, gdy zaczął pytać o kolejne spotkanie.
Chrząknął, zaskoczony, i zachichotał.
– Zasłużyłem na te słowa, panno Marić. Ale ostrzegałem już przecież, że lubię łamać zasady.
Pan Einstein szedł za mną korytarzem prowadzącym do tylnego wyjścia ze szkoły. Jako że już byłam zdenerwowana, chciałam uniknąć hałasu na Rämistrasse. Otworzył ciężkie drzwi i wydostaliśmy się z ciemnego pomieszczenia na nasłoneczniony taras na tyłach budynku. Zmrużyłam powieki w świetle, a naszym oczom ukazały się okalające Zurych góry, nakrapiane w równej mierze starymi kościołami i nowoczesnymi budynkami.
Gdy szliśmy tarasem, z przyzwyczajenia liczyłam kąty proste i podziwiałam symetryczny układ. Rytuał ten był sposobem na odwrócenie uwagi od lekceważących szeptów, jakie słyszałam czasem z ust studentów i nauczycieli, a czasem nawet ich sióstr, matek czy narzeczonych. Krytykowano obecność kobiety studentki jako nieodpowiednią, śmiano się z mojego kalectwa, komentowano złośliwie moją ciemną karnację i poważną minę. Nie chciałam, żeby te słowa zagroziły mojej pewności siebie w sali wykładowej.
– Nic pani nie mówi, panno Marić.
– Często słyszę ten zarzut, panie Einstein. Niestety, w odróżnieniu od większości dam nie potrafię prowadzić towarzyskiej konwersacji.
– Ale jest pani wyjątkowo cicha. Jakby w pani głowie rodziła się jakaś ważna teoria. Jakie myśli zaprzątają pani wspaniały umysł?
– Szczerze?
– Proszę zawsze mówić szczerze.
– Oglądałam kolumnady i geometryczny wzór na tarasie. Zdałam sobie sprawę, że ich obustronne osiowe odbicie jest niemal doskonale symetryczne.
– Czy to wszystko? – zapytał z uśmiechem.
– Nie – odparłam. Skoro pan Einstein nie postępował zgodnie z towarzyskimi zasadami, czemu ja miałabym to robić? Mówienie o tym, co naprawdę myślę, przynosiło mi ulgę. – Przez kilka ostatnich miesięcy dostrzegłam podobieństwa między symetrią w sztuce a koncepcją symetrii, jaką dostrzegamy w fizyce.
– Do jakich doszła pani wniosków?
– Uznałam, że wielbiciel Platona powiedziałby, że piękno kwadratu jest wyłącznie funkcją jego symetrii. – Nie dodałam, jak bardzo zasmucił mnie ten wniosek: teoria matematyki i fizyki, dziedzin, które kochałam najbardziej, była ideałem symetrii, wzorem, do którego ja, z moimi nierównymi nogami, nigdy nie mogłabym aspirować.
Zatrzymał się.
– To bardzo ciekawe. Co jeszcze widzi pani w tym kwadracie, który ja codziennie bezmyślnie mijam?
Wskazałam na liczne iglice dokoła.
– Cóż, zauważyłam, że w Zurychu kościelne wieże rosną gęściej niż drzewa. Ten plac otaczają Fraumünster, Grossmünster i Święty Piotr.
Przyglądał mi się z zaciekawieniem.
– Panno Marić, miałaś rację, mówiąc, że nie jesteś typową damą. Przeciwnie, jesteś doprawdy wyjątkową młodą kobietą.
Po tej przechadzce okrężną drogą pan Einstein skręcił w stronę Rämistrasse. Zatrzymałam się, nie chcąc tam iść. Wolałam spokojny spacer przez ciche dzielnice mieszkalne. Zastanawiałam się, czy pójdzie za mną, niepewna, czy w ogóle życzę sobie jego towarzystwa. Lubiłam rozmawiać z panem Einsteinem, ale obawiałam się, że będzie mi towarzyszył aż do pensjonatu, co znów mogłoby wzbudzić niechęć dziewcząt.
– Panie Einstein! Panie Einstein! – zawołał ktoś z kawiarni na Rämistrasse. – Jak zwykle spóźnia się pan na spotkanie!
Głos dobiegał z ustawionych na ulicy kawiarnianych stolików. Zerknęłam w jego stronę – ciemnowłosy mężczyzna o oliwkowej skórze machał do nas rękami. Nie znałam go z politechniki.
Pan Einstein odpowiedział gestem koledze, po czym zwrócił się w moją stronę.
– Panno Marić, czy napije się pani z nami kawy?
– Mam dużo pracy. Muszę iść.
– Ależ nalegam. Chciałbym, by poznała pani pana Michele’a Besso. Chociaż ukończył studia inżynieryjne, nie fizykę, dzięki niemu poznałem wielu teoretyków, na przykład Ernsta Macha. Jest bardzo miły i ma zainteresowania podobne do naszych.
Pochlebiało mi jego zaproszenie. Najwyraźniej pan Einstein uważał, że mogłabym podjąć naukową dyskusję z jego przyjacielem. Niewielu mężczyzn w Zurychu złożyłoby mi podobną propozycję. Coś we mnie chciało się zgodzić, przyjąć jego zaproszenie, usiąść z kolegą z zajęć przy stoliku i rozmawiać o trudnych pytaniach, jakie zadaje fizyka. W głębi ducha marzyłam o udziale w gorących sporach toczących się na ulicach i w kawiarniach Zurychu. Nie chciałam tylko patrzeć.
A jednak czułam też strach. Bałam się niezrozumiałego zainteresowania ze strony pana Einsteina, bałam się, że przekroczę niewidzialną granicę, i obawiałam się ryzyka, jakie niosło ze sobą bycie kimś, kim chciałam się stać.
– Dziękuję, ale nie mogę z panem pójść. Bardzo przepraszam.
– Może następnym razem?
– Może.
Odwróciłam się i ruszyłam w stronę pensjonatu Engelbrechtów.
Usłyszałam za sobą jego głos.
– Do tego czasu będziemy mieć muzykę!
Czując się nagle pewna siebie – bardziej jak równy mu naukowiec niż jak dama – zawołałam przez ramię:
– Nie pamiętam, bym pana zapraszała!
Wybuchnął śmiechem.
– Jak sama pani zauważyła, rzadko czekam na zaproszenie!