Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Pani Einstein - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 września 2026
3499 pkt
punktów Virtualo

Pani Einstein - ebook

Jesień 1896 roku. Mileva ma dwadzieścia jeden lat i jako jedna z pierwszych kobiet rozpoczyna studia fizyczne na uniwersytecie w Zurychu. Przekonana, że niepełnosprawność odbiera jej szansę na miłość, postanawia całkowicie poświęcić się nauce. Jest niezwykle inteligentna, ambitna i zdeterminowana, by osiągnąć więcej, niż ówczesny świat pozwala kobietom.

Studiujący razem z nią Albert zakochuje się w jej niezwykłym umyśle i niedoskonałym ciele. Łączy ich nie tylko miłość, lecz także wspólna pasja do fizyki i pragnienie odkrywania praw rządzących światem.

Kilkanaście lat później nazwisko Einsteina zna już cały świat. Jego przełomowe odkrycia zmieniają oblicze nauki. Mało kto jednak pyta, jak do nich doszedł. I niemal nikt nie pamięta o Milevie.

Wciągająca i poruszająca historia Milevy Marić – utalentowanej fizyczki, żony Alberta Einsteina i kobiety, której ambicje oraz naukowe marzenia zniknęły w cieniu sławnego męża. Kim naprawdę była? Jaką rolę odegrała w jego pracy? I dlaczego historia niemal o niej zapomniała?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Powieść
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9789180987585
Rozmiar pliku: 4,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Pro­log

4 sierp­nia 1948

62 Hut­ten­strasse

Zu­rych, Szwaj­ca­ria

Nad­cho­dzi ko­niec. Czuję, jak zbliża się ni­czym ciemny, ku­si­ciel­ski cień, który zgasi po­zo­stałe we mnie świa­tło. W tych ostat­nich chwi­lach pa­trzę w prze­szłość. Kiedy zgu­bi­łam drogę? Dla­czego stra­ci­łam Lie­serl? Ciem­ność przy­spie­sza. W tych kilku mo­men­tach, które mi po­zo­stały, grze­bię w prze­szło­ści ni­czym uważny ar­che­olog w po­szu­ki­wa­niu od­po­wie­dzi. Mam na­dzieję, że do­wiem się, czy czas na­prawdę jest względny, jak su­ge­ro­wa­łam już wiele lat temu.

Mi­leva „Mitza” Ma­rić Ein­steinRoz­dział 1

Ra­nek

20 paź­dzier­nika 1896

Zu­rych, Szwaj­ca­ria

Wy­gła­dzi­łam zmarszczki na mo­jej świeżo wy­pra­so­wa­nej bia­łej bluzce, po­pra­wi­łam ko­kardę wo­kół szyi i wci­snę­łam nie­sforny ko­smyk w cia­sno upięty kok. Wil­goć mgli­stych ulic Zu­ry­chu pro­wa­dzą­cych na kam­pus Szwaj­car­skiej Po­li­tech­niki Fe­de­ral­nej nie sprzy­jała mo­jej ele­gan­cji. Fru­stro­wał mnie upór mo­ich cięż­kich, ciem­nych wło­sów, które za nic nie chciały się utrzy­mać w jed­nym miej­scu. Pra­gnę­łam, by wszystko tego dnia było ide­alne.

Pro­stu­jąc ra­miona, by wy­glą­dać na choć odro­binę wyż­szą, po­ło­ży­łam dłoń na cięż­kiej, mo­sięż­nej gałce drzwi sali lek­cyj­nej. Zdo­biona me­an­drem wy­tar­tym od do­tknięć po­ko­leń stu­den­tów, spra­wiała, że moja drobna, nie­mal dzie­cięca dłoń wy­da­wała się jesz­cze mniej­sza. Znie­ru­cho­mia­łam. „Ob­róć ją i otwórz drzwi – po­wie­dzia­łam do sie­bie. – Uda ci się. Nie pierw­szy raz mi­jasz ten próg. Prze­kra­cza­łaś tę po­zor­nie nie­prze­kra­czalną gra­nicę mię­dzy męż­czy­znami a ko­bie­tami w wielu sa­lach. Za­wsze da­wa­łaś so­bie radę”.

Mimo to wa­ha­łam się. Do­brze wie­dzia­łam, że choć pierw­szy krok jest naj­trud­niej­szy, drugi wcale nie jest znacz­nie ła­twiej­szy. W tam­tej chwili, krót­kiej jak od­dech, nie­mal sły­sza­łam w my­ślach głos ojca. „Bądź dzielna – wy­szep­tałby Papa w na­szym tak rzadko uży­wa­nym serb­skim ję­zyku. – Je­steś mu­dra glava. Mą­drą ko­bietą. W na­szych ży­łach pły­nie krew ban­dy­tów, na­szych sło­wiań­skich, zbój­nic­kich przod­ków, któ­rzy uży­wali wszel­kich środ­ków, by brać, co do nich na­le­żało. Idź po to, co na­leży do cie­bie, Mitzo. Idź”.

Nie mo­głam go roz­cza­ro­wać.

Ob­ró­ci­łam gałkę i otwo­rzy­łam sze­roko drzwi. Sześć par oczu unio­sło się ku mnie: pię­ciu stu­den­tów w ciem­nych gar­ni­tu­rach i pro­fe­sora w czar­nej to­dze.

Na ich bla­dych twa­rzach ma­lo­wał się szok i jakby cień po­gardy. Nic – na­wet plotki – nie przy­go­to­wało ich na wi­dok ko­biety. Wy­glą­dali głu­pio, wy­trzesz­cza­jąc oczy i otwie­ra­jąc usta, ale wie­dzia­łam, że nie po­win­nam się śmiać. Chcia­łam nie zwra­cać uwagi na ich miny, zi­gno­ro­wać te na­lane twa­rze mo­ich ko­le­gów, któ­rzy za­pusz­czali ob­fi­cie na­wo­sko­wane wąsy, zde­ter­mi­no­wani, by wy­glą­dać na star­szych niż ich osiem­na­ście lat.

Na po­li­tech­nikę za­pro­wa­dziła mnie de­ter­mi­na­cja, by na­uczyć się fi­zyki i ma­te­ma­tyki, a nie po­trzeba przy­jaźni czy za­spo­ka­ja­nia czy­ichś ocze­ki­wań. Przy­po­mnia­łam so­bie o tym, zmu­sza­jąc się do spoj­rze­nia w twarz mo­jego na­uczy­ciela. Pro­fe­sor He­in­rich Mar­tin We­ber i ja po­pa­trzy­li­śmy so­bie pro­sto w oczy.

Wy­gląd sza­cow­nego pro­fe­sora – długi nos, gę­ste brwi, wy­pie­lę­gno­wana broda – pa­so­wał do jego re­pu­ta­cji. Cze­ka­łam, aż się ode­zwie. Ja­kie­kol­wiek inne moje za­cho­wa­nie zo­sta­łoby uznane za im­per­ty­nen­cję. Nie mo­głam so­bie na coś ta­kiego po­zwo­lić, skoro już sama moja obec­ność była źle po­strze­gana. Kro­czy­łam po cien­kiej li­nii po­mię­dzy wła­snym upo­rem i kon­for­mi­zmem, któ­rego wciąż ode mnie wy­ma­gano.

– Na­zywa się pani? – spy­tał, jakby się mnie nie spo­dzie­wał, jakby ni­gdy o mnie nie sły­szał.

– Mi­leva Ma­rić, pa­nie pro­fe­so­rze. – Mo­dli­łam się, żeby nie drżał mi głos.

We­ber bar­dzo po­woli spoj­rzał na li­stę stu­den­tów. Oczy­wi­ście do­brze wie­dział, kim je­stem. Jako że kie­ro­wał wy­dzia­łem fi­zyki i ma­te­ma­tyki, a przede mną stu­dio­wały tu tylko cztery ko­biety, mu­sia­łam zwró­cić się do niego z prośbą o przy­ję­cie. Wresz­cie przy­jęto mnie na pierw­szy rok czte­ro­let­niego pro­gramu zwa­nego sek­cją szó­stą. Oso­bi­ście zgo­dził się na moją obec­ność! Spraw­dza­nie li­sty stu­den­tów było po­su­nię­ciem do­bit­nym i wy­kal­ku­lo­wa­nym, bo w ten spo­sób prze­ka­zy­wał gru­pie swoją opi­nię o mnie. Te­raz mo­gli po­dą­żyć za jego przy­kła­dem.

– Panna Ma­rić z Ser­bii czy któ­re­goś z tych au­stro-wę­gier­skich kra­jów? – spy­tał, nie uno­sząc głowy, jakby mo­gła stać przed nim inna panna Ma­rić, po­cho­dząca z god­niej­szego miej­sca.

Za­da­jąc to py­ta­nie, We­ber ja­sno wy­ra­ził swoje zda­nie o lu­dziach ze sło­wiań­skich kra­jów Eu­ropy Wschod­niej: oto my, ciemni ob­co­kra­jowcy, li­czymy się mniej niż lud ger­mań­ski z nie­ustę­pli­wie neu­tral­nej Szwaj­ca­rii. Było to ko­lejne uprze­dze­nie, które mu­sia­łam ode­przeć, by od­nieść suk­ces. Jakby by­cie je­dyną ko­bietą w sek­cji szó­stej – i piątą spo­śród tych, które kie­dy­kol­wiek zo­stały przy­jęte na wy­dział fi­zyki i ma­te­ma­tyki – nie wy­star­czało.

– Tak, pa­nie pro­fe­so­rze.

– Pro­szę usiąść – po­wie­dział wresz­cie, wska­zu­jąc wolne krze­sło. Na szczę­ście znaj­do­wało się ono naj­da­lej od niego. – Już za­czę­li­śmy.

Ale jak to? Za­ję­cia miały się roz­po­cząć do­piero za pięt­na­ście mi­nut. Czyżby moi ko­le­dzy wie­dzieli coś, czego ja nie wie­dzia­łam? Chcia­łam za­py­tać, ale nie zro­bi­łam tego, dys­ku­sja tylko by mi za­szko­dziła. To zresztą nie miało zna­cze­nia, po­my­śla­łam, że ju­tro przyjdę po pro­stu pięt­na­ście mi­nut wcze­śniej. I jesz­cze wcze­śniej i wcze­śniej każ­dego ranka, je­śli zaj­dzie taka po­trzeba. Nie za­mie­rza­łam uro­nić ani słowa z wy­kła­dów We­bera. My­lił się, je­śli są­dził, że wcze­śniej­sza pora mnie od­stra­szy. By­łam córką swo­jego ojca.

Ski­nę­łam głową, spoj­rza­łam na długą drogę pro­wa­dzącą od drzwi do mo­jego krze­sła i z przy­zwy­cza­je­nia okre­śli­łam liczbę kro­ków przez salę. Jak naj­ła­twiej po­ko­nać ten dy­stans? Przy pierw­szym kroku pró­bo­wa­łam iść moż­li­wie pro­sto i ukry­wać, że ku­leję, ale i tak gło­śno po­cią­gnę­łam chorą stopą po ziemi. Po­sta­no­wi­łam więc nie ukry­wać ka­lec­twa, tylko po­ka­zać wszyst­kim ko­le­gom de­for­ma­cję, która to­wa­rzy­szyła mi od uro­dze­nia.

Stuk i szur. Stuk i szur. Osiem­na­ście razy, nim do­tar­łam do swo­jego krze­sła. „Oto i je­stem, pa­no­wie – mia­łam ochotę po­wie­dzieć, szu­ra­jąc stopą po ziemi. – Po­pa­trz­cie so­bie raz i daj­cie mi spo­kój”.

Dy­sząc z wy­siłku, zda­łam so­bie sprawę, że w sali za­pa­dła ab­so­lutna ci­sza. Cze­kali, aż usiądę, i za­kło­po­tani moim ka­lec­twem, moją płcią, albo jed­nym i dru­gim, od­wra­cali wzrok.

Wszy­scy prócz jed­nego.

Sie­dzący po mo­jej pra­wej stro­nie młody męż­czy­zna o wiel­kiej brą­zo­wej czu­pry­nie wpa­try­wał się we mnie. Nie było to w moim stylu, ale od­wza­jem­ni­łam jego spoj­rze­nie. Na­wet gdy pa­trzy­łam mu pro­sto w oczy, cze­ka­jąc, aż ze mnie za­drwi, nie ustą­pił. Prze­ciw­nie: jego oczy zmarsz­czyły się w ką­ci­kach, gdy roz­cią­gnął w uśmie­chu ukryte w cie­niu wą­sów wargi. Było w tym uśmie­chu za­kło­po­ta­nie, na­wet po­dziw.

Za kogo on się miał? Co ozna­czało to spoj­rze­nie? Sia­da­jąc, nie mia­łam czasu się nad tym za­sta­na­wiać.

Się­gnę­łam do torby i wy­ję­łam z niej pa­pier, atra­ment oraz pióro, przy­go­to­wu­jąc się do wy­kładu We­bera. Nie za­mie­rza­łam po­zwo­lić, by śmiałe, nie­fra­so­bliwe spoj­rze­nie uprzy­wi­le­jo­wa­nego ko­legi mnie zi­ry­to­wało. Po­pa­trzy­łam pro­sto przed sie­bie na wy­kła­dowcę, wciąż czu­jąc na so­bie spoj­rze­nie chło­paka, ale uda­wa­łam obo­jęt­ność.

We­ber nie był rów­nie zde­ter­mi­no­wany.

Ani tak skory do wy­ba­cze­nia. Wpa­tru­jąc się w mło­dego czło­wieka, pro­fe­sor od­kaszl­nął, a kiedy chło­pak wciąż nie zwró­cił wzroku ku niemu, po­wie­dział:

– Żą­dam uwagi wszyst­kich ze­bra­nych. To pana pierw­sze i ostat­nie ostrze­że­nie, pa­nie Ein­stein.Roz­dział 2

Po­po­łu­dnie

20 paź­dzier­nika 1896

Zu­rych, Szwaj­ca­ria

Ci­cho za­mknę­łam za sobą drzwi pen­sjo­natu En­gel­brech­tów, po­da­łam mo­kry pa­ra­sol po­ko­jówce i we­szłam do przed­sionka. Z sa­lonu na ty­łach do­bie­gał śmiech. Wie­dzia­łam, że dziew­częta cze­kają tam na mnie, ale nie by­łam jesz­cze go­towa na ich prze­słu­cha­nie, jak­kol­wiek były pełne do­brych in­ten­cji. Po­trze­bo­wa­łam chwili sa­mot­no­ści, choćby paru mi­nut, żeby prze­my­śleć, co wy­da­rzyło się tego dnia. Uwa­ża­jąc, by iść jak naj­ci­szej, we­szłam na schodki pro­wa­dzące do mo­jego po­koju.

Trzask. Niech dia­bli we­zmą ten zła­many scho­dek.

He­lene w gra­fi­to­wej spód­nicy, która cią­gnęła się za nią po pod­ło­dze, wy­ło­niła się z sa­lo­niku z fi­li­żanką pa­ru­ją­cej her­baty w dło­niach.

– Mi­levo, cze­kamy na cie­bie! Za­po­mnia­łaś?

Wolną dło­nią He­lene wzięła mnie za rękę i po­cią­gnęła do sa­lonu, który mię­dzy sobą na­zy­wa­ły­śmy ba­wial­nią. Uzna­ły­śmy, że mamy do tego prawo, bo i tak nikt inny z niego nie ko­rzy­stał.

Ro­ze­śmia­łam się. Jak znio­sła­bym ostat­nie mie­siące w Zu­ry­chu, gdyby nie one? Mi­lana, Ru­žica i przede wszyst­kim He­lene, moja brat­nia du­sza, bły­sko­tli­wie dow­cipna, cie­pła i, co cie­kawe, ku­lawa tak samo jak ja. Czemu cze­ka­łam choćby chwilę, nim wpu­ści­łam je do swo­jego ży­cia?

Kilka mie­sięcy temu, kiedy przy­je­cha­li­śmy z papą do Zu­ry­chu, ta­kie przy­jaź­nie były poza za­się­giem mo­jej wy­obraźni. Wy­da­wało mi się wtedy, że mło­dość na­zna­czona nie­ustan­nym kon­flik­tem z ko­le­gami – w naj­lep­szym wy­padku od­da­le­niem, a po­gardą w naj­gor­szym – ozna­cza dla mnie ży­cie w sa­mot­no­ści w imię na­uki.

Kiedy wy­sie­dli­śmy z papą z po­ciągu z Za­grze­bia po dwóch dniach po­dróży w tłoku, chwia­li­śmy się na no­gach. Dym z lo­ko­mo­tywy uno­sił się nad Haupt­bahn­ho­fem, mu­sia­łam zmru­żyć oczy, by zejść na pe­ron. Nio­słam dwie torby, w tym jedną wy­peł­nioną ulu­bio­nymi książ­kami, i pró­bo­wa­łam prze­bić się przez tłum na pe­ro­nie. Za mną szli oj­ciec i tra­garz nio­sący naj­cięż­sze ba­gaże. Papa pod­szedł do mnie, chcąc za­brać jedną z to­reb.

– Dam so­bie radę! – na­le­ga­łam, pró­bu­jąc wy­rwać mu swoją dłoń. – Masz wła­sne ba­gaże i tylko dwie ręce.

– Mitzo, po­zwól so­bie po­móc. Mnie ła­twiej bę­dzie nieść jesz­cze jedną. – Za­chi­cho­tał. – Nie wspo­mi­na­jąc o tym, że twoja matka wście­kłaby się, gdyby wi­działa, jak zmu­szam cię do prze­bi­ja­nia się przez tłum na dworcu w Zu­ry­chu.

Odło­ży­łam torbę na zie­mię, wciąż sta­ra­jąc się wy­rwać.

– Papo, mu­szę umieć so­bie ra­dzić bez two­jej po­mocy. Prze­cież za­miesz­kam tu­taj sama.

Pa­trzył na mnie przez dłuż­szą chwilę, jakby do­piero te­raz zro­zu­miał, że będę w Zu­ry­chu bez niego, tak jak­by­śmy nie dą­żyli do tego celu, od­kąd by­łam małą dziew­czynką. Nie­chęt­nie pu­ścił moją dłoń, pro­stu­jąc pa­lec po palcu. Ro­zu­mia­łam, że to dla niego trudne. Cho­ciaż wie­dzia­łam, że na pewno cie­szył się z mo­jego dą­że­nia do edu­ka­cji, gdyż moje am­bi­cje przy­po­mi­nały mu jego wła­sną drogę od pro­stego chłopa do od­no­szą­cego suk­cesy urzęd­nika i wła­ści­ciela ziem­skiego, to jed­nak za­sta­na­wia­łam się cza­sami, czy nie czuł się winny, za­chę­ca­jąc mnie do tej nie­bez­piecz­nej po­dróży. Tak długo kon­cen­tro­wał się na na­gro­dzie, jaką miało być moje uni­wer­sy­tec­kie wy­kształ­ce­nie, że chyba za­po­mniał, iż bę­dzie mu­siał się ze mną po­że­gnać i zo­sta­wić samą w ob­cym mie­ście.

Wy­szli­śmy z dworca na za­tło­czone wie­czorne ulice Zu­ry­chu. Za­pa­dała noc, ale w mie­ście nie było ciemno. Zer­k­nę­łam na ojca i uśmiech­nę­li­śmy się do sie­bie za­dzi­wieni: do tej pory wi­dzie­li­śmy mia­sta tylko w świe­tle męt­nych ole­jo­wych la­tarni. Ulice Zu­ry­chu roz­ja­śniały za­ska­ku­jąco ja­sne elek­tryczne lampy. Bez trudu mo­głam do­strzec de­tale sukni mi­ja­ją­cych nas dam: ich tur­niury były bar­dziej wy­szu­kane niż te w skrom­nych fa­so­nach, które wi­dy­wa­łam w Za­grze­biu.

Ko­nie cią­gnące do­rożki ude­rzały ko­py­tami o bruk Bahn­ho­fstrasse. Papa wy­na­jął je­den z po­wo­zów. Kiedy woź­nica wy­sia­dał, żeby za­pa­ko­wać na tył na­sze ba­gaże, owi­nę­łam się sza­lem, chcąc się ochro­nić przed chło­dem wie­czor­nego po­wie­trza. Ostat­niego wie­czoru przed wy­jaz­dem mama po­da­ro­wała mi szal ha­fto­wany w róże. Miała łzy w oczach, ale się nie roz­pła­kała. Do­piero póź­niej zro­zu­mia­łam, że ten szal był dla niej jak po­że­gnalny uścisk, jak coś, co mo­głam za­brać ze sobą, skoro ona mu­siała zo­stać w Za­grze­biu z moją młod­szą sio­strą Zorką i bra­cisz­kiem Mi­lo­šem.

Głos woź­nicy wy­rwał mnie z za­my­śle­nia:

– Przy­je­chali pań­stwo zwie­dzać mia­sto?

– Nie – od­parł papa z lek­kim tylko ak­cen­tem. Za­wsze chlu­bił się, że mówi per­fek­cyj­nie po nie­miecku, w ję­zyku lu­dzi wła­da­ją­cych Au­stro­Wę­grami.

Był to pierw­szy sto­pień, od któ­rego roz­po­czął swoją wspi­naczkę, mó­wił, za­chę­ca­jąc nas do na­uki. Na­dy­ma­jąc się lekko, do­dał:

– Przy­je­cha­li­śmy za­pi­sać moją córkę na uni­wer­sy­tet.

Za­sko­czony woź­nica lekko uniósł brwi, ale po­wstrzy­mał się od re­ak­cji.

– Na uni­wer­sy­tet? Do­my­ślam się za­tem, że chcą pań­stwo je­chać do pen­sjo­natu En­gel­brech­tów albo ja­kie­goś in­nego ho­telu na Plat­ten­strasse – po­wie­dział, otwie­ra­jąc drzwi po­wozu.

Papa od­cze­kał chwilę, bym we­szła do środka, po czym za­py­tał:

– Skąd pan wie, do­kąd je­dziemy?

– Tam za­trzy­muje się więk­szość stu­den­tów ze wschod­niej Eu­ropy.

Sły­sząc sap­nię­cie sia­da­ją­cego obok mnie ojca, zro­zu­mia­łam, że nie jest pe­wien, jak przy­jąć uwagę woź­nicy. Czy była to ob­raza dla na­szego po­cho­dze­nia? Mó­wiono nam, że cho­ciaż Szwaj­ca­rzy nie­wzru­sze­nie utrzy­my­wali swoją neu­tral­ność i nie­za­leż­ność wo­bec ota­cza­ją­cego ich eu­ro­pej­skiego im­pe­rium, spo­glą­dali z góry na przy­by­szy ze wschod­nich ru­bieży ce­sar­stwa au­stro­wę­gier­skiego. A jed­no­cze­śnie to wła­śnie oni byli naj­bar­dziej to­le­ran­cyjni w in­nych spra­wach: mieli na przy­kład naj­bar­dziej po­błaż­liwy sto­su­nek do ko­biet na wyż­szych uczel­niach. Ta sprzecz­ność bu­dziła moje zdzi­wie­nie.

Woź­nica strze­lił z bata w po­wie­trzu, da­jąc sy­gnał ko­niom, i ru­szył przed sie­bie ulicą. Mru­żąc oczy, by doj­rzeć coś przez za­bło­cone okno, zo­ba­czy­łam mi­ja­jący nas elek­tryczny tram­waj.

– Wi­dzia­łeś to, papo? – spy­ta­łam. Czy­ta­łam o tram­wa­jach, ale ni­gdy nie wi­dzia­łam żad­nego na wła­sne oczy. Ten wi­dok mnie za­chwy­cił: do­wo­dził, że mia­sto na­prawdę jest no­wo­cze­sne, przy­naj­mniej je­śli cho­dzi o trans­port.

Mo­głam tylko mieć na­dzieję, że po­dej­ście miesz­kań­ców do stu­den­tek jest rów­nie otwarte, jak gło­siły za­sły­szane przez nas plotki.

– Nie wi­dzia­łem, ale sły­sza­łem. I po­czu­łem – po­wie­dział spo­koj­nie papa, ści­ska­jąc moją dłoń. Wie­dzia­łam, że też jest pod­nie­cony, ale chce ucho­dzić za oby­tego w świe­cie, zwłasz­cza po ko­men­ta­rzu woź­nicy.

Od­wró­ci­łam się w stronę otwar­tego okna. Mia­sto ota­czały strome zie­lone góry. Przy­się­gam, że po­czu­łam w noz­drzach za­pach wiecz­nie zie­lo­nych drzew, choć prze­cież wzgó­rza były za da­leko, by ta woń mo­gła do mnie do­trzeć. Tak czy ina­czej, po­wie­trze w Zu­ry­chu było znacz­nie śwież­sze od tego w Za­grze­biu, gdzie wiecz­nie cuch­nęło koń­skim łaj­nem i pa­lo­nym zbo­żem. Być może za­pach do­bie­gał znad Je­ziora Zu­ry­skiego, które gra­ni­czyło z po­łu­dniową czę­ścią mia­sta.

W od­dali, u stóp gór, do­strze­ga­łam bla­do­żółte bu­dynki za­pro­jek­to­wane w stylu neo­kla­sycz­nym, od­ci­na­jące się od ko­ściel­nych iglic w tle. Bu­dynki przy­po­mi­nały wi­doki po­li­tech­niki, które oglą­da­łam w do­ku­men­tach apli­ka­cyj­nych, ale wy­dały mi się te­raz znacz­nie więk­sze i bar­dziej im­po­nu­jące. Po­li­tech­nika była szkołą kształ­cącą na­uczy­cieli i wy­kła­dow­ców ma­te­ma­tyki oraz in­nych dys­cy­plin ści­słych. Na­le­żała do kilku eu­ro­pej­skich uczelni, które wy­da­wały dy­plomy ko­bie­tom. Cho­ciaż przez lata ma­rzy­łam tylko o niej, wciąż trudno mi było uwie­rzyć, że za kilka mie­sięcy na­prawdę za­cznę tam stu­dio­wać.

Po­wóz za­trzy­mał się. Drzwiczki od­dzie­la­jące nas od woź­nicy uchy­liły się, a męż­czy­zna ogło­sił, że do­tar­li­śmy pod wła­ściwy ad­res.

– Plat­ten­strasse 50 – po­wie­dział.

Papa po­dał mu mo­nety, po czym otwo­rzył drzwi po­wozu. Gdy woź­nica wy­cią­gał nasz ba­gaż, po schod­kach zbiegł słu­żący z pen­sjo­natu En­gel­brech­tów, żeby po­móc nam wnieść mniej­sze torby. Po­mię­dzy wy­so­kimi ko­lum­nami przy fron­to­wych drzwiach czte­ro­pię­tro­wego ce­gla­nego bu­dynku po­ja­wiła się do­stojna, ele­gancko ubrana para.

– Pan Ma­rić? – za­wo­łał do­brze zbu­do­wany star­szy dżen­tel­men.

– Tak. Za­pewne pan En­gel­brecht – od­parł oj­ciec, po­chy­la­jąc lekko głowę i wy­cią­ga­jąc do niego dłoń.

Gdy męż­czyźni wy­mie­niali ukłony, ener­giczna pani En­gel­brecht zbie­gła po schod­kach, by wpro­wa­dzić mnie do bu­dynku.

Do­peł­niw­szy for­mal­no­ści, En­gel­brech­to­wie za­pro­sili nas na her­batę i ciastka, które przy­go­to­wali na nasz przy­jazd. Kiedy szli­śmy za nimi do sa­lonu, wi­dzia­łam, jak papa zerka z uzna­niem na krysz­ta­łowy ży­ran­dol i kin­kiety na ścia­nach. Nie­mal sły­sza­łam jego my­śli: „To miej­sce godne mo­jej Mitzy”.

Mnie pen­sjo­nat wy­dał się ja­łowy i wy­mu­skany w po­rów­na­niu z do­mem. Odarty z za­pa­chu drewna, ku­rzu i przy­praw. Cho­ciaż my, Ser­bo­wie, aspi­ro­wa­li­śmy do ger­mań­skiego po­rządku, który przy­jęli Szwaj­ca­rzy, to wtedy do­strze­głam, że na­sze próby ni­jak nie do­ra­stały do tu­tej­szej per­fek­cyj­nej czy­sto­ści.

Przy her­ba­cie i ciast­kach, po­śród uprzej­mo­ści i na­tar­czy­wych py­tań ojca En­gel­brech­to­wie wy­ja­śnili, jak działa ich stan­cja: go­dziny po­sił­ków, wi­zyt, pra­nia i sprzą­ta­nia były ści­śle usta­lone. Papa, były żoł­nierz, wy­py­ty­wał o bez­pie­czeń­stwo lo­ka­to­rów, a jego ra­miona roz­luź­niały się przy każ­dej uspo­ka­ja­ją­cej od­po­wie­dzi i każ­dym zer­k­nię­ciu na błę­kitną, pi­ko­waną ta­petę i bo­gato zdo­bione krze­sła wo­kół sze­ro­kiego mar­mu­ro­wego ko­minka. Ni­gdy jed­nak nie uspo­koił się do końca; papa pra­gnął dla mnie uni­wer­sy­tec­kiego wy­kształ­ce­nia nie­mal rów­nie mocno, jak pra­gnę­łam go ja, ale po­że­gna­nie oka­zało się dla niego trud­niej­sze, niż się spo­dzie­wa­łam.

Po­pi­ja­jąc her­batę, usły­sza­łam śmiech. Dziew­częcy śmiech.

Pani En­gel­brecht do­strze­gła moje za­in­te­re­so­wa­nie.

– Ach, to na­sze młode damy grają w wi­sta. Może cię przed­sta­wię po­zo­sta­łym miesz­kan­kom?

Po­zo­stałe miesz­kanki? Po­ki­wa­łam głową, choć bar­dzo chcia­łam od­mó­wić. Moje do­tych­cza­sowe do­świad­cze­nia z mło­dymi da­mami nie koń­czyły się do­brze. W naj­lep­szym wy­padku nie mia­ły­śmy ze sobą wiele wspól­nego. W naj­gor­szym – by­łam po­ni­żana przez ko­le­gów i ko­le­żanki, zwłasz­cza gdy do­wia­dy­wali się o mo­ich am­bi­cjach.

Grzecz­ność wy­ma­gała jed­nak, by­śmy wstali. Pani En­gel­brecht po­pro­wa­dziła nas do mniej­szego po­koju, urzą­dzo­nego ina­czej niż sa­lon. Ży­ran­dole i kin­kiety nie były krysz­ta­łowe, lecz mo­siężne, dę­bo­wych ścian nie po­kry­wała błę­kitna ta­peta, a po­środku stał stół do gier. Gdy wcho­dzi­li­śmy, wy­dało mi się, że sły­szę słowo krpiti. Zer­k­nę­łam na tatę, który wy­glą­dał na rów­nie za­sko­czo­nego. Było to serb­skie okre­śle­nie, któ­rego używa się w chwili roz­cza­ro­wu­ją­cej po­rażki. Za­sta­na­wia­łam się, kto w tym miej­scu mógłby go użyć. Uzna­łam, że mu­sie­li­śmy się prze­sły­szeć.

Przy stole sie­działy trzy dziew­czyny w moim wieku, o ciem­nych wło­sach i gę­stych brwiach, po­dob­nych do mo­ich. Wszyst­kie były też nie­mal tak samo ubrane: w sztywne białe bluzki z wy­so­kimi ko­ron­ko­wymi koł­nie­rzy­kami i pro­ste ciemne spód­nice. Był to po­ważny strój, zu­peł­nie inny od fal­ba­nia­stych, ozdob­nych sukni w ko­lo­rze cy­try­no­wej żółci lub pian­ko­wego różu, no­szo­nych przez modne młode dziew­częta, które wi­dzia­łam w oko­li­cach dworca.

Dziew­częta unio­sły wzrok znad kart, odło­żyły je szybko i wstały.

– Pa­nienki Ru­žica Dra­žić, Mi­lana Bota i He­lene Kau­fler. Chcia­ła­bym wam przed­sta­wić na­szą nową lo­ka­torkę. Oto Mi­leva Ma­rić.

Gdy wy­mie­nia­ły­śmy ge­sty po­wi­ta­nia, mó­wiła da­lej:

– Panna Ma­rić przy­je­chała stu­dio­wać ma­te­ma­tykę i fi­zykę na Po­li­tech­nice Fe­de­ral­nej w Zu­ry­chu. Bę­dzie tu pani miała do­sko­nałe to­wa­rzy­stwo, panno Ma­rić.

Pani En­gel­brecht naj­pierw wska­zała na dziew­czynę o wy­dat­nych ko­ściach po­licz­ko­wych, bez­po­śred­nim uśmie­chu i brą­zo­wych oczach.

– Panna Dra­žic przy­je­chała z Ša­baca, by stu­dio­wać na­uki po­li­tyczne na uni­wer­sy­te­cie w Zu­ry­chu – po­wie­działa. Na­stęp­nie zwró­ciła się do pa­nienki o naj­ciem­niej­szych wło­sach i naj­gęst­szych brwiach. – To panna Bota. Przy­je­chała z Kru­še­vaca i stu­diuje psy­cho­lo­gię. Na po­li­tech­nice, tak jak pani.

Po­ło­żyła dłoń na ra­mie­niu ostat­niej dziew­czyny o przy­ja­znych sza­ro­nie­bie­skich oczach i opa­da­ją­cych brwiach, z bu­rzą mięk­kich brą­zo­wych wło­sów.

– A to panna Kau­fler – przed­sta­wiła ją – która przy­je­chała aż z Wied­nia, by zro­bić dy­plom z hi­sto­rii, rów­nież na po­li­tech­nice.

Nie wie­dzia­łam, co po­wie­dzieć. Stu­dentki ze wschod­nich pro­win­cji Au­stro­Wę­gier? Ta­kie jak ja? Za­wsze my­śla­łam, że będę wy­jąt­kowa. W Za­grze­biu co druga dziew­czyna zbli­ża­jąca się do dwu­dziestki była już mę­żatką lub przy­go­to­wy­wała się do mał­żeń­stwa, po­zna­jąc od­po­wied­niego kan­dy­data i ćwi­cząc pro­wa­dze­nie domu u swo­ich ro­dzi­ców. Ich edu­ka­cja koń­czyła się wiele lat wcze­śniej, je­śli w ogóle cho­dziły kie­dyś do szkoły. My­śla­łam, że za­wsze będę je­dyną stu­dentką ze wschod­niej Eu­ropy w świe­cie peł­nym męż­czyzn z Za­chodu. Być może w ogóle je­dyną ko­bietą.

Pani En­gel­brecht po­pa­trzyła na każdą z dziew­czyn z osobna i po­wie­działa:

– Te­raz was zo­sta­wimy z wa­szym wi­stem i pój­dziemy za­koń­czyć roz­mowę. Mam na­dzieję, że ju­tro opro­wa­dzi­cie pannę Ma­rić po Zu­ry­chu?

– Oczy­wi­ście, pani En­gel­brecht – od­po­wie­działa panna Kau­fler z cie­płym uśmie­chem. – Może na­wet panna Ma­rić do­łą­czy ju­tro wie­czo­rem do wi­sta? Przy­da­łaby nam się czwarta osoba.

Uprzej­mość panny Kau­fler wy­da­wała się szczera, a to­wa­rzy­stwo dziew­cząt mnie przy­cią­gało. In­stynk­tow­nie od­wza­jem­ni­łam uśmiech, ale za­raz się opa­no­wa­łam. „Uwa­żaj – ostrze­głam się w my­ślach. – Pa­mię­taj o okru­cień­stwie in­nych mło­dych dam, o ich drwi­nach, prze­zy­wa­niu, kop­nia­kach na placu za­baw. Przy­je­cha­łaś tu, żeby stu­dio­wać ma­te­ma­tykę i fi­zykę na po­li­tech­nice i speł­nić swoje ma­rze­nie o sta­niu się jedną z nie­wielu ko­biet pro­fe­so­rów fi­zyki w Eu­ro­pie. Nie po­ko­na­łaś tylu ki­lo­me­trów tylko po to, żeby po­znać kilka ko­le­ża­nek, na­wet je­śli te dziew­częta na­prawdę są ta­kie, ja­kie się wy­dają”.

Gdy wra­ca­li­śmy do sa­lonu, papa wziął mnie pod ra­mię i wy­szep­tał:

– Mitzo, te dziew­częta wy­dają się bar­dzo miłe. Praw­do­po­dob­nie są też mą­dre, skoro przy­je­chały tu na stu­dia. Może na­de­szła już pora, byś się z kimś za­przy­jaź­niła, skoro po­zna­łaś wresz­cie kilka pa­nie­nek, które do­rów­nują ci in­te­lek­tu­al­nie. Ja­kaś szczę­śliwa pa­nienka po­winna mieć szansę po­znać twoje bły­sko­tliwe żarty, które za­zwy­czaj za­cho­wu­jesz dla mnie.

Jego głos był pe­łen na­dziei, jakby bar­dzo chciał, że­bym za­przy­jaź­niła się z dziew­czę­tami, które wła­śnie po­zna­li­śmy. Co chciał przez to po­wie­dzieć? Mia­łam mę­tlik w gło­wie. Czy po wielu la­tach prze­ko­ny­wa­nia mnie, że przy­ja­ciele nie mają zna­cze­nia, mąż się nie li­czy, a je­dy­nymi waż­nymi rze­czami są na­uka i na­sza ro­dzina, po­sta­no­wił wy­sta­wić mnie te­raz na próbę? Chcia­łam po­ka­zać mu, że wciąż obce mi są ty­powe pra­gnie­nia mło­dej ko­biety – przy­ja­ciółki, mąż, dzieci. Chcia­łam zdać ten dziwny eg­za­min z wy­róż­nie­niem, tak jak zda­wa­łam wszyst­kie po­zo­stałe.

– Papo, przy­się­gam, że przy­je­cha­łam tu się uczyć, a nie za­przy­jaź­niać – po­wie­dzia­łam, ki­wa­jąc z po­wagą głową. Mia­łam na­dzieję, że to go prze­kona, że los, który mi prze­po­wie­dział, a któ­rego dla mnie pra­gnął, stał się moim wła­snym, wy­ma­rzo­nym prze­zna­cze­niem.

Oj­ciec nie ucie­szył się jed­nak z tej od­po­wie­dzi. Jego twarz spo­chmur­niała, nie wie­dzia­łam z po­czątku, czy to ze zło­ści, czy z żalu. Czyż­bym go nie zro­zu­miała? Czy jego po­dej­ście na­prawdę się zmie­niło, kiedy zo­ba­czył dziew­częta tak od­mienne od wszyst­kich, które zna­łam do tej pory?

Przez chwilę był dziw­nie mil­czący. Wresz­cie z przy­gnę­bie­niem w gło­sie po­wie­dział:

– Mia­łem na­dzieję, że bę­dziesz mo­gła ro­bić jedno i dru­gie.

Przez kilka ty­go­dni po wy­jeź­dzie papy uni­ka­łam dziew­czyn, za­my­ka­łam się w po­koju i czy­ta­łam książki. Plan dnia En­gel­brech­tów zmu­szał mnie jed­nak do co­dzien­nych wspól­nych po­sił­ków, a uprzej­mość wy­ma­gała kon­wer­sa­cji pod­czas śnia­dań i ko­la­cji. Dziew­częta nie­ustan­nie za­chę­cały mnie, bym do­łą­czyła do nich pod­czas spa­ce­rów, wy­kła­dów, wi­zyt w ka­wiar­niach, wy­praw do te­atrów i na kon­certy. Do­bro­dusz­nie żar­to­wały so­bie, że je­stem za po­ważna, za ci­cha i zbyt sku­piona na na­uce, i nie prze­sta­wały mnie za­pra­szać, choć cią­gle od­ma­wia­łam. Miały w so­bie upór, o jaki do tej pory po­dej­rze­wa­łam tylko sie­bie.

Pew­nego let­niego wie­czoru zgod­nie ze swoim zwy­cza­jem uczy­łam się w po­koju, przy­go­to­wu­jąc się do kur­sów roz­po­czy­na­ją­cych się w paź­dzier­niku. Ra­miona owi­nę­łam swoim ulu­bio­nym sza­lem, by uchro­nić się przed zim­nem, które pa­no­wało w sy­pial­niach pen­sjo­natu nie­za­leż­nie od po­gody. Ro­bi­łam wła­śnie ana­lizę skła­dniową tek­stu, kiedy usły­sza­łam, że dziew­czyny na dole grają su­itę Are­zjanka Bi­zeta – dość słabo, ale z uczu­ciem. Do­brze zna­łam ten utwór, gra­łam go ra­zem z ro­dziną. Ta zna­joma mu­zyka spra­wiła, że po­czu­łam się me­lan­cho­lij­nie: nie tylko sama, ale i sa­motna. Zer­k­nę­łam na sto­jącą w ką­cie za­ku­rzoną tam­bu­ricę, chwy­ci­łam ją i ze­szłam na dół. Sto­jąc w wej­ściu do sa­lonu, pa­trzy­łam, jak dziew­częta wal­czą z utwo­rem. Opar­łam się o ścianę z tam­bu­ricą w dłoni i na­gle zro­biło mi się głu­pio. Czemu mia­łyby za­ak­cep­to­wać moje to­wa­rzy­stwo, skoro tyle razy od­rzu­ca­łam ich za­pro­sze­nia? Chcia­łam uciec z po­wro­tem na górę, ale He­lene za­uwa­żyła mnie i prze­stała grać.

Peł­nym cie­pła gło­sem za­py­tała:

– Do­łą­czysz do nas, panno Ma­rić? – Zer­k­nęła na Ru­žicę i Mi­lanę, do­da­jąc z żar­to­bliwą roz­pa­czą: – Sły­chać chyba, że przy­da­łaby nam się po­moc.

Zgo­dzi­łam się. W ciągu kilku ko­lej­nych dni dziew­częta ka­ta­pul­to­wały mnie do świata, ja­kiego ni­gdy do­tąd nie do­świad­czy­łam. Świata, w któ­rym mia­łam po­dobne do sie­bie przy­ja­ciółki. Papa się my­lił. Ja też. Przy­ja­ciółki są ważne. W każ­dym ra­zie ta­kie przy­ja­ciółki: bły­sko­tli­wie in­te­li­gentne, am­bitne i ma­jące po­dobne do mo­ich do­świad­cze­nia po­gardy i kry­tyki, które prze­trwały z uśmie­chem na ustach.

Wbrew moim oba­wom przy­ja­ciółki nie osła­biły mo­jego za­pału do pracy. Prze­ciw­nie: uczy­niły mnie sil­niej­szą.

Te­raz, wiele mie­sięcy póź­niej, opa­dłam na pu­ste krze­sło, a Ru­žica na­lała mi her­baty. Po­czu­łam cy­try­nowy za­pach: Mi­lana z uśmie­chem pod­su­nęła mi ta­le­rzyk z moim ulu­bio­nym cia­stem z me­lisą. Przy­ja­ciółki mu­siały spe­cjal­nie za­mó­wić je dla mnie u pani En­gel­brecht. Wy­jąt­kowy gest w wy­jąt­ko­wym dniu.

– Dzię­kuję.

Pi­ły­śmy her­batę i sku­ba­ły­śmy cia­sto. Dziew­czyny były wy­jąt­kowo mil­czące, cho­ciaż po ich mi­nach i ukrad­ko­wych zer­k­nię­ciach po­zna­łam, że le­dwo się po­wstrzy­mują. Cze­kały, aż ode­zwę się pierw­sza, aż za­ofe­ruję im coś wię­cej niż tylko po­dzię­ko­wa­nia za przy­smaki. Wresz­cie jed­nak Ru­žica, naj­bar­dziej en­tu­zja­styczna z nich wszyst­kich, nie wy­trzy­mała. Była naj­bar­dziej uparta i naj­mniej cier­pliwa, więc po pro­stu wy­bu­chła.

– I jaki jest ten słynny pro­fe­sor We­ber? – spy­tała, uno­sząc brwi w żar­to­bli­wym ak­tor­skim na­śla­do­wa­niu na­uczy­ciela, zna­nego z onie­śmie­la­ją­cego stylu by­cia i rów­nie onie­śmie­la­ją­cej in­te­li­gen­cji.

– Taki, jak go przed­sta­wiają – wes­tchnę­łam, bio­rąc do ust ko­lejny kęs cia­sta, które miało cu­downy, jed­no­cze­śnie słodki i wy­trawny smak. Wy­tar­łam okru­szek z ką­cika ust i wy­ja­śni­łam:

– Spraw­dził li­stę, za­nim po­zwo­lił mi usiąść. Jakby nie wie­dział, że za­pi­sa­łam się na jego za­ję­cia. Sam mnie na nie przy­jął!

Dziew­czyny za­chi­cho­tały.

– Po­tem zro­bił zło­śliwą uwagę na te­mat mo­jego serb­skiego po­cho­dze­nia.

Śmiech ustał. Ru­žica i Mi­lana, które rów­nież przy­je­chały z od­le­głych ru­bieży Au­stro­Wę­gier, do­świad­czyły po­dob­nych upo­ko­rzeń. Na­wet He­lene, która przy­była z naj­bar­dziej po­wa­ża­nego re­gionu Au­strii, także do­stą­piła przy­kro­ści ze strony pro­fe­so­rów po­li­tech­niki ze względu na swoje ży­dow­skie po­cho­dze­nie.

– Tak samo wy­glą­dał mój pierw­szy dzień na kur­sie pro­fe­sora He­rzoga – po­wie­działa He­lene.

Po­ki­wa­ły­śmy gło­wami. Gdy pro­fe­sor He­rzog za­uwa­żył, że jej na­zwi­sko ma ży­dow­skie brzmie­nie, po­łowę swo­jego pierw­szego wy­kładu o hi­sto­rii Włoch po­świę­cił we­nec­kim get­tom, w któ­rych Ży­dzi żyli za­mknięci od szes­na­stego do osiem­na­stego wieku. Nie są­dzi­ły­śmy, by pod­ję­cie tego te­matu było czy­stym zbie­giem oko­licz­no­ści.

– Jakby nie wy­star­czało, że je­ste­śmy le­d­wie kil­koma ko­bie­tami w oce­anie męż­czyzn, wy­kła­dowcy mu­szą zna­leźć jesz­cze inne po­wody, by pod­kre­ślić na­szą od­mien­ność – za­uwa­żyła Ru­žica.

– A co po­wiesz o ko­le­gach z grupy? – Mi­lana wy­raź­nie chciała zmie­nić te­mat.

– Są tacy jak zwy­kle – od­par­łam.

Dziew­częta jęk­nęły, pełne zro­zu­mie­nia.

– Za­ro­zu­miali? – spy­tała Mi­lana.

– Tak – od­par­łam.

– Wą­saci? – za­su­ge­ro­wała z uśmie­chem Ru­žica.

– Tak.

– Prze­sad­nie pewni sie­bie?

– Tak, tak.

– Czy ktoś był otwar­cie nie­przy­jemny? – Głos He­lene był te­raz po­waż­niej­szy.

Była bar­dzo opie­kuń­cza, jakby chciała mat­ko­wać gru­pie. A zwłasz­cza mnie. Od­kąd po­wie­dzia­łam im, co przy­da­rzyło mi się pierw­szego dnia w szkole w Obe­rgym­na­sium w Za­grze­biu – a była to hi­sto­ria, którą do­tąd trzy­ma­łam tylko dla sie­bie – He­lene za­cho­wy­wała się wo­bec mnie szcze­gól­nie ostroż­nie. Cho­ciaż żadna z dziew­cząt nie spo­tkała się z rów­nie otwartą prze­mocą, wszyst­kie wy­czu­wały cza­jące się za­gro­że­nie.

– Nie. Przy­naj­mniej na ra­zie.

– To do­brze. – Ru­žica jak zwy­kle pa­trzyła na świat z opty­mi­zmem.

Oskar­ża­ły­śmy ją o no­sze­nie ró­żo­wych oku­la­rów na­wet pod­czas naj­ciem­niej­szych burz. Upie­rała się, że to je­dyne roz­wią­za­nie, i za­chę­cała, by­śmy pod­cho­dziły do ży­cia po­dob­nie.

– A za­uwa­ży­łaś ja­kichś po­ten­cjal­nych so­jusz­ni­ków? – Mi­lana wkro­czyła na bar­dziej stra­te­giczne te­ry­to­rium.

Pro­gram za­jęć z fi­zyki za­kła­dał współ­pracę mię­dzy stu­den­tami nad czę­ścią pro­jek­tów, więc za­sta­na­wia­ły­śmy się nad stra­te­gią dzia­ła­nia. Co mia­ła­bym zro­bić, gdyby nikt nie chciał być ze mną w gru­pie?

– Nie – od­par­łam in­stynk­tow­nie, prze­rwa­łam jed­nak, chcąc po­dą­żyć za radą Ru­žicy i spoj­rzeć na sprawę bar­dziej opty­mi­stycz­nie. – Być może. Je­den ze stu­den­tów uśmie­chał się do mnie. Może nieco zbyt długo, ale szcze­rze. Bez drwiny. Chyba na­zywa się Ein­stein.

He­lene z nie­po­ko­jem unio­sła swoje gę­ste brwi. Była wy­jąt­kowo wy­czu­lona na nie­po­żą­dane mi­ło­sne ge­sty. Uwa­żała, że są rów­nie nie­bez­pieczne jak prze­moc. Się­gnęła po moją dłoń i ostrze­gła:

– Uwa­żaj.

Od­wza­jem­ni­łam uścisk.

– Nie martw się, He­lene. Je­stem bar­dzo ostrożna.

Kiedy jej twarz się nie roz­po­go­dziła, do­da­łam:

– No pro­szę. Wciąż oskar­ża­cie mnie, że je­stem za ostrożna. Zbyt nie­śmiała. O to, że swoje praw­dziwe ja po­ka­zuję tylko wam. Czy na­prawdę uwa­żasz, że nie za­cho­wam ostroż­no­ści, ob­cu­jąc z pa­nem Ein­ste­inem?

Uśmiech za­stą­pił za­nie­po­ko­jone spoj­rze­nie He­lene.

Moje to­wa­rzyszki wciąż mnie za­ska­ki­wały. Za­ska­ki­wało mnie to, że po­tra­fię opo­wie­dzieć im dawno za­po­mniane hi­sto­rie. Że umiem im po­ka­zać, kim je­stem na­prawdę. I że ak­cep­tują mnie mimo wszystko.Roz­dział 5

4 maja 1897

Zu­rych, Szwaj­ca­ria

Pa­no­wie, pa­no­wie. Czyżby ża­den z was nie znał od­po­wie­dzi na moje py­ta­nie?

Pro­fe­sor We­ber prze­cha­dzał się wzdłuż sali, roz­ko­szu­jąc się na­szą igno­ran­cją. Nie by­łam w sta­nie po­jąć, czemu na­uczy­ciel czer­pał taką przy­jem­ność z po­ra­żek swo­ich stu­den­tów. Na­zy­wa­nie mnie „pa­nem” nie spra­wiało mi przy­kro­ści. Już parę mie­sięcy wcze­śniej przy­zwy­cza­iłam się do znie­wag We­bera, czy to do żar­tów z mo­jego wschod­niego po­cho­dze­nia, czy do mó­wie­nia do mnie per „pan”. Chcia­łam tylko, żeby jego wy­kłady przy­po­mi­nały wy­kłady in­nych pro­fe­so­rów, żeby były jak ostrygi, w któ­rych po otwar­ciu uka­zy­wały się lśniące perły.

Zna­łam od­po­wiedź na py­ta­nie We­bera, ale wa­ha­łam się jak za­wsze. Ro­zej­rza­łam się wo­kół w na­dziei, że ktoś inny pod­nie­sie rękę, lecz wszy­scy moi ko­le­dzy – łącz­nie z pa­nem Ein­ste­inem – wbi­jali wzrok w biurko. Dla­czego nikt nie pod­no­sił ręki? Może nie­ty­powy o tej po­rze roku upał po­wo­do­wał ich ospa­łość. Jak na wio­snę było strasz­li­wie go­rąco, tak że na­wet otwar­cie okien nie po­ma­gało. Pan Eh­rat i pan Kol­l­ros sta­rali się po­ru­szać po­wie­trze im­pro­wi­zo­wa­nymi wa­chla­rzami. Moje czoło po­kry­wały kro­pelki potu i do­strze­ga­łam plamy na ma­ry­nar­kach ko­le­gów.

Dla­czego tak trudno było mi pod­nieść rękę? Kilka razy już tak zro­bi­łam, ale nie przy­cho­dziło mi to ła­two. Lekko po­trzą­snę­łam głową, po­grą­ża­jąc się we wspo­mnie­niach. Mia­łam sie­dem­na­ście lat i wy­szłam wła­śnie z pierw­szej lek­cji fi­zyki w mę­skim Obe­rgym­na­sium w Za­grze­biu. Wy­stę­pu­jąc prze­ciwko prawu, które nie po­zwa­lało dziew­czyn­kom z Au­stro­Wę­gier cho­dzić do gim­na­zjów, tata po­pro­sił wła­dze o zro­bie­nie wy­jątku i zdo­łał mnie tam za­pi­sać po kilku la­tach na­uki w No­wym Sa­dzie. Pełna ulgi i ra­do­ści po moim pierw­szym dniu w szkole – od­wa­ży­łam się od­po­wie­dzieć na py­ta­nie na­uczy­ciela – wy­bie­głam z sali. Od­cze­ka­łam, żeby wszy­scy wy­szli i ko­ry­tarz opu­sto­szał. Na­gle ja­kiś chło­pak po­pchnął mnie od tyłu w stronę dru­giego, ciem­niej­szego holu. Czy spie­szył się tak bar­dzo, że mnie nie za­uwa­żył?

– Pro­szę pana! Pro­szę pana! – wo­ła­łam przez ra­mię, ale on nie prze­sta­wał po­py­chać mnie w ciem­ność. Wo­kół nie było ni­kogo, kto mógłby mnie usły­szeć. „Co się dzieje?”, my­śla­łam.

Pró­bo­wa­łam się od­wró­cić, ale nie da­łam rady – był ode mnie o stopę wyż­szy. Rzu­cił mną o ścianę – moja twarz była te­raz do niej przy­kle­jona, tak że nie mo­głam na niego spoj­rzeć. Mocno trzy­mał mnie za ra­miona, które za­czy­nały mnie pa­lić.

– Wy­daje ci się, że je­steś taka mą­dra, żeby wy­ry­wać się z od­po­wie­dzią? – wy­ce­dził przez zęby. Na mój po­li­czek try­snęła jego ślina. – Nie po­win­naś w ogóle cho­dzić z nami do szkoły. Prawo tego za­bra­nia. – To rze­kł­szy, po­pchnął mnie raz jesz­cze i uciekł.

Sta­łam nie­ru­chomo, wciąż wbi­ja­jąc wzrok w ścianę, póki dźwięk jego kro­ków nie umilkł. Do­piero wtedy od­wró­ci­łam się, trzę­sąc się na ca­łym ciele. Nie spo­dzie­wa­łam się od ko­le­gów z klasy szcze­gól­nie cie­płego przy­ję­cia, ale cze­goś ta­kiego też nie. Za­czę­łam pła­kać, cho­ciaż obie­cy­wa­łam so­bie, że ni­gdy nie zro­bię tego w szkole. Wy­cie­ra­jąc łzy i ślinę na­past­nika z twa­rzy, zro­zu­mia­łam, że będę od­tąd mu­siała za­cho­wy­wać swoją in­te­li­gen­cję dla sie­bie. Ry­zyko było zbyt wiel­kie.

We­ber ła­ja­niem wy­rwał mnie z za­my­śle­nia.

– Cóż, je­stem bar­dzo roz­cza­ro­wany, że nikt z was nie uniósł ręki. Cały kurs pro­wa­dził wła­śnie do tego py­ta­nia. Na­prawdę nikt nie zna na nie od­po­wie­dzi?

Przy­po­mnia­łam so­bie roz­mowę z He­lene sprzed mie­siąca. Uzna­łam, że nie mogę dłu­żej po­zwa­lać na to, by prze­szłość mnie pa­ra­li­żo­wała. Wzię­łam głę­boki od­dech i pod­nio­słam rękę do góry. We­ber zszedł z po­dium i ru­szył ku mo­jemu krze­słu. Ja­kie upo­ko­rze­nie szy­ko­wał dla mnie na wy­pa­dek nie­wła­ści­wej od­po­wie­dzi? Co zro­bią moi ko­le­dzy, je­śli okaże się, że mam ra­cję?

– Ach, to panna Ma­rić. – Udał za­sko­czo­nego. Jakby nie wie­dział, do­kąd zmie­rza. Jak­bym nie po­ka­zała mu już wie­lo­krot­nie swo­ich in­te­lek­tu­al­nych moż­li­wo­ści. Sztuczne zdzi­wie­nie było ko­lej­nym spo­so­bem na to, by mnie ob­ra­zić. I spraw­dzić.

– Od­po­wiedź na pana py­ta­nie to je­den pro­cent – po­wie­dzia­łam. Po­liczki mi pło­nęły i od razu po­ża­ło­wa­łam, że w ogóle się ode­zwa­łam.

– Prze­pra­szam, czy mo­głaby pani po­wtó­rzyć tro­chę gło­śniej, tak że­by­śmy wszy­scy mo­gli na­cie­szyć się pani mą­dro­ścią?

Mą­drość. We­ber so­bie ze mnie żar­to­wał. Czyż­bym się po­my­liła? Czy cie­szył się moją po­rażką? Od­kaszl­nę­łam i naj­bar­dziej zde­cy­do­wa­nym to­nem, na jaki by­łam się w sta­nie zdo­być, po­wie­dzia­łam:

– Bio­rąc pod uwagę kon­tekst, naj­ści­ślej­sza od­po­wiedź, ja­kiej mo­żemy udzie­lić na py­ta­nie o czas schła­dza­nia ziemi, to je­den pro­cent.

– Po­prawna od­po­wiedź – przy­znał We­ber, wy­raź­nie za­sko­czony i roz­cza­ro­wany. – Jakby ktoś nie usły­szał, in­for­muję, że panna Ma­rić po­dała wła­ściwą od­po­wiedź. Je­den pro­cent. Pro­szę to za­pi­sać.

Wo­kół mnie roz­legł się szmer. Z po­czątku nie sły­sza­łam wy­raź­nie żad­nego ko­men­ta­rza, ale po­tem do­tarło do mnie kilka urwa­nych zdań. „Udało jej się” i „do­bra ro­bota”, mó­wili. Pierw­szy raz do­tarły do mnie kom­ple­menty, wcze­śniej od­po­wie­dzia­łam już na kilka py­tań We­bera, ale nie do­cze­ka­łam się re­ak­cji. Praw­do­po­dob­nie dzi­siaj moi ko­le­dzy cie­szyli się po pro­stu, że ktoś po­ko­nał pro­fe­sora.

Kiedy lek­cja do­bie­gła końca, wsta­łam i za­czę­łam się pa­ko­wać. Pan Ein­stein pod­szedł do mo­jego biurka.

– Im­po­nu­jące, panno Ma­rić.

– Dzię­kuję, pa­nie Ein­stein – od­po­wie­dzia­łam ci­cho. – Je­stem pewna, że każdy z na­szych ko­le­gów do­szedłby do tej sa­mej od­po­wie­dzi.

– Nie do­ce­nia pani swo­ich moż­li­wo­ści, panno Ma­rić. Za­pew­niam, że nikt z nas jej nie znał. – Ści­szył głos. – Ina­czej nie po­zwo­li­li­by­śmy We­be­rowi tak nie­moż­li­wie długo nas drę­czyć.

Bez­czel­ność pana Ein­ste­ina, który kry­ty­ko­wał We­bera, kiedy ten stał na po­dium kilka me­trów od nas, spra­wiła, że na mo­jej twa­rzy po­ja­wił się uśmiech.

– Oto i on, panno Ma­rić. Nie­uchwytny uśmiech. Do­tąd wi­dzia­łem go chyba le­d­wie dwa razy.

– Do­prawdy? – Unio­słam wzrok.

Nie chcia­łam ośmie­lać go do głu­piego prze­ko­ma­rza­nia, zwłasz­cza w to­wa­rzy­stwie na­szych ko­le­gów i We­bera, który miał mnie trak­to­wać po­waż­nie, ale jed­no­cze­śnie nie chcia­łam być nie­grzeczna. Na­po­tkał mój wzrok.

– O tak, spo­rzą­dzam do­kładne i na­ukowe no­tatki na te­mat pani uśmie­chów. Kilka wie­czo­rów temu, gdy by­łaś na tyle ła­skawa, by po­zwo­lić mi za­grać ze swo­imi przy­ja­ciół­kami, udało mi się je­den za­uwa­żyć. Ale to nie był pierw­szy, nie, pierw­szy wi­dzia­łem na schod­kach pen­sjo­natu. Kiedy od­pro­wa­dzi­łem cię do domu w desz­czu.

Nie wie­dzia­łam, co od­po­wie­dzieć. Wy­da­wało mi się, że mówi po­waż­nie, a nie żar­tuje jak za­zwy­czaj. To wzbu­dziło moją po­dejrz­li­wość. Czy to moż­liwe, by się do mnie za­le­cał? Nie mia­łam do­świad­cze­nia w po­dob­nych spra­wach. Mia­łam w pa­mięci ostrze­że­nia He­lene, ale nie po­tra­fi­łam oce­nić jego słów.

Zde­ner­wo­wana i za­wsty­dzona ru­szy­łam ku drzwiom sali. Sze­lest pa­pieru i szyb­kie kroki, które usły­sza­łam za sobą, pod­po­wie­działy mi, że za mną idzie.

– Czy bę­dzie­cie znów grały tego wie­czoru? – za­py­tał, gdy mnie do­go­nił.

Może po pro­stu szu­kał to­wa­rzy­stwa do wspól­nego gra­nia? Może w jego sło­wach nie było cie­nia flirtu? Po­czu­łam dziwną mie­sza­ninę roz­cza­ro­wa­nia i ulgi. To mnie za­sko­czyło, czyżby ja­kaś część mnie cie­szyła się z jego za­in­te­re­so­wa­nia?

– Mamy w zwy­czaju grać przed ko­la­cją – od­par­łam.

– Wy­bra­ły­ście ja­kiś utwór?

– Wy­daje mi się, że panna Kau­fler wy­brała Kon­cert skrzyp­cowy amoll Ba­cha.

– To piękny utwór. – Za­nu­cił mały frag­ment. – Czy mógł­bym znów do was do­łą­czyć?

– Wy­da­wało mi się, że nie czeka pan na za­pro­sze­nie. – Za­sko­czy­łam samą sie­bie tą za­lotną ri­po­stą.

Choć by­łam pełna sprzecz­nych uczuć i pró­bo­wa­łam spro­wa­dzić roz­mowę z po­wro­tem na bez­pieczne tory, nie po­tra­fi­łam po­wstrzy­mać ukłu­cia w sercu na myśl o tym, jak pan Ein­stein zlek­ce­wa­żył ty­dzień wcze­śniej wszel­kie za­sady, kiedy nie­za­pro­szony przy­szedł do pen­sjo­natu w dniu na­szej wy­cieczki do Sihl­wald.

Kiedy cze­kał w sa­lo­nie, aż skoń­czymy ko­la­cję, Mi­lana i Ru­žica za­rzu­ciły mnie py­ta­niami na jego te­mat, wy­ra­ża­jąc obu­rze­nie jego bez­czel­no­ścią, He­lene zaś tylko słu­chała, pa­trząc na mnie zmę­czo­nymi oczami. Po­zwo­li­ły­śmy mu do­łą­czyć do na­szego kon­certu, ale w trak­cie ca­łej so­naty Mo­zarta to­wa­rzy­szyła nam nie­uf­ność. Nie wy­da­wało mi się, by wie­czór za­koń­czył się suk­ce­sem, tym bar­dziej więc zdzi­wi­łam się, gdy za­czął py­tać o ko­lejne spo­tka­nie.

Chrząk­nął, za­sko­czony, i za­chi­cho­tał.

– Za­słu­ży­łem na te słowa, panno Ma­rić. Ale ostrze­ga­łem już prze­cież, że lu­bię ła­mać za­sady.

Pan Ein­stein szedł za mną ko­ry­ta­rzem pro­wa­dzą­cym do tyl­nego wyj­ścia ze szkoły. Jako że już by­łam zde­ner­wo­wana, chcia­łam unik­nąć ha­łasu na Rämi­strasse. Otwo­rzył cięż­kie drzwi i wy­do­sta­li­śmy się z ciem­nego po­miesz­cze­nia na na­sło­necz­niony ta­ras na ty­łach bu­dynku. Zmru­ży­łam po­wieki w świe­tle, a na­szym oczom uka­zały się oka­la­jące Zu­rych góry, na­kra­piane w rów­nej mie­rze sta­rymi ko­ścio­łami i no­wo­cze­snymi bu­dyn­kami.

Gdy szli­śmy ta­ra­sem, z przy­zwy­cza­je­nia li­czy­łam kąty pro­ste i po­dzi­wia­łam sy­me­tryczny układ. Ry­tuał ten był spo­so­bem na od­wró­ce­nie uwagi od lek­ce­wa­żą­cych szep­tów, ja­kie sły­sza­łam cza­sem z ust stu­den­tów i na­uczy­cieli, a cza­sem na­wet ich sióstr, ma­tek czy na­rze­czo­nych. Kry­ty­ko­wano obec­ność ko­biety stu­dentki jako nie­od­po­wied­nią, śmiano się z mo­jego ka­lec­twa, ko­men­to­wano zło­śli­wie moją ciemną kar­na­cję i po­ważną minę. Nie chcia­łam, żeby te słowa za­gro­ziły mo­jej pew­no­ści sie­bie w sali wy­kła­do­wej.

– Nic pani nie mówi, panno Ma­rić.

– Czę­sto sły­szę ten za­rzut, pa­nie Ein­stein. Nie­stety, w od­róż­nie­niu od więk­szo­ści dam nie po­tra­fię pro­wa­dzić to­wa­rzy­skiej kon­wer­sa­cji.

– Ale jest pani wy­jąt­kowo ci­cha. Jakby w pani gło­wie ro­dziła się ja­kaś ważna teo­ria. Ja­kie my­śli za­przą­tają pani wspa­niały umysł?

– Szcze­rze?

– Pro­szę za­wsze mó­wić szcze­rze.

– Oglą­da­łam ko­lum­nady i geo­me­tryczny wzór na ta­ra­sie. Zda­łam so­bie sprawę, że ich obu­stronne osiowe od­bi­cie jest nie­mal do­sko­nale sy­me­tryczne.

– Czy to wszystko? – za­py­tał z uśmie­chem.

– Nie – od­par­łam. Skoro pan Ein­stein nie po­stę­po­wał zgod­nie z to­wa­rzy­skimi za­sa­dami, czemu ja mia­ła­bym to ro­bić? Mó­wie­nie o tym, co na­prawdę my­ślę, przy­no­siło mi ulgę. – Przez kilka ostat­nich mie­sięcy do­strze­głam po­do­bień­stwa mię­dzy sy­me­trią w sztuce a kon­cep­cją sy­me­trii, jaką do­strze­gamy w fi­zyce.

– Do ja­kich do­szła pani wnio­sków?

– Uzna­łam, że wiel­bi­ciel Pla­tona po­wie­działby, że piękno kwa­dratu jest wy­łącz­nie funk­cją jego sy­me­trii. – Nie do­da­łam, jak bar­dzo za­smu­cił mnie ten wnio­sek: teo­ria ma­te­ma­tyki i fi­zyki, dzie­dzin, które ko­cha­łam naj­bar­dziej, była ide­ałem sy­me­trii, wzo­rem, do któ­rego ja, z mo­imi nie­rów­nymi no­gami, ni­gdy nie mo­gła­bym aspi­ro­wać.

Za­trzy­mał się.

– To bar­dzo cie­kawe. Co jesz­cze wi­dzi pani w tym kwa­dra­cie, który ja co­dzien­nie bez­myśl­nie mi­jam?

Wska­za­łam na liczne iglice do­koła.

– Cóż, za­uwa­ży­łam, że w Zu­ry­chu ko­ścielne wieże ro­sną gę­ściej niż drzewa. Ten plac ota­czają Frau­mün­ster, Gros­smün­ster i Święty Piotr.

Przy­glą­dał mi się z za­cie­ka­wie­niem.

– Panno Ma­rić, mia­łaś ra­cję, mó­wiąc, że nie je­steś ty­pową damą. Prze­ciw­nie, je­steś do­prawdy wy­jąt­kową młodą ko­bietą.

Po tej prze­chadzce okrężną drogą pan Ein­stein skrę­cił w stronę Rämi­strasse. Za­trzy­ma­łam się, nie chcąc tam iść. Wo­la­łam spo­kojny spa­cer przez ci­che dziel­nice miesz­kalne. Za­sta­na­wia­łam się, czy pój­dzie za mną, nie­pewna, czy w ogóle ży­czę so­bie jego to­wa­rzy­stwa. Lu­bi­łam roz­ma­wiać z pa­nem Ein­ste­inem, ale oba­wia­łam się, że bę­dzie mi to­wa­rzy­szył aż do pen­sjo­natu, co znów mo­głoby wzbu­dzić nie­chęć dziew­cząt.

– Pa­nie Ein­stein! Pa­nie Ein­stein! – za­wo­łał ktoś z ka­wiarni na Rämi­strasse. – Jak zwy­kle spóź­nia się pan na spo­tka­nie!

Głos do­bie­gał z usta­wio­nych na ulicy ka­wiar­nia­nych sto­li­ków. Zer­k­nę­łam w jego stronę – ciem­no­włosy męż­czy­zna o oliw­ko­wej skó­rze ma­chał do nas rę­kami. Nie zna­łam go z po­li­tech­niki.

Pan Ein­stein od­po­wie­dział ge­stem ko­le­dze, po czym zwró­cił się w moją stronę.

– Panno Ma­rić, czy na­pije się pani z nami kawy?

– Mam dużo pracy. Mu­szę iść.

– Ależ na­le­gam. Chciał­bym, by po­znała pani pana Mi­chele’a Besso. Cho­ciaż ukoń­czył stu­dia in­ży­nie­ryjne, nie fi­zykę, dzięki niemu po­zna­łem wielu teo­re­ty­ków, na przy­kład Ern­sta Ma­cha. Jest bar­dzo miły i ma za­in­te­re­so­wa­nia po­dobne do na­szych.

Po­chle­biało mi jego za­pro­sze­nie. Naj­wy­raź­niej pan Ein­stein uwa­żał, że mo­gła­bym pod­jąć na­ukową dys­ku­sję z jego przy­ja­cie­lem. Nie­wielu męż­czyzn w Zu­ry­chu zło­ży­łoby mi po­dobną pro­po­zy­cję. Coś we mnie chciało się zgo­dzić, przy­jąć jego za­pro­sze­nie, usiąść z ko­legą z za­jęć przy sto­liku i roz­ma­wiać o trud­nych py­ta­niach, ja­kie za­daje fi­zyka. W głębi du­cha ma­rzy­łam o udziale w go­rą­cych spo­rach to­czą­cych się na uli­cach i w ka­wiar­niach Zu­ry­chu. Nie chcia­łam tylko pa­trzeć.

A jed­nak czu­łam też strach. Ba­łam się nie­zro­zu­mia­łego za­in­te­re­so­wa­nia ze strony pana Ein­ste­ina, ba­łam się, że prze­kro­czę nie­wi­dzialną gra­nicę, i oba­wia­łam się ry­zyka, ja­kie nio­sło ze sobą by­cie kimś, kim chcia­łam się stać.

– Dzię­kuję, ale nie mogę z pa­nem pójść. Bar­dzo prze­pra­szam.

– Może na­stęp­nym ra­zem?

– Może.

Od­wró­ci­łam się i ru­szy­łam w stronę pen­sjo­natu En­gel­brech­tów.

Usły­sza­łam za sobą jego głos.

– Do tego czasu bę­dziemy mieć mu­zykę!

Czu­jąc się na­gle pewna sie­bie – bar­dziej jak równy mu na­uko­wiec niż jak dama – za­wo­ła­łam przez ra­mię:

– Nie pa­mię­tam, bym pana za­pra­szała!

Wy­buch­nął śmie­chem.

– Jak sama pani za­uwa­żyła, rzadko cze­kam na za­pro­sze­nie!
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij