-
nowość
Pani Lasu - ebook
Pani Lasu - ebook
Drugi tom mrocznego cyklu romantasy „Wiedźmi krąg”. Można czytać bez znajomości pierwszej części. Nala całe życie uczyła się przetrwać: chronić młodszego brata, nie ufać obcym i nie słuchać zbyt uważnie lasu, który mówi do niej coraz głośniej. Kiedy pod jej chatą pojawia się chory wilk, dziewczyna robi coś, czego nie potrafi wyjaśnić — wyrywa go z objęć Głodu, mrocznej siły pełzającej przez Czarny Bór i zarażającej wszystko, co żywe. Ronan, alfa watahy ukrytej za lasem, nie ufa wiedźmom ani cudom, które przychodzą za późno. Potrzebuje jednak Nali, bo jego ludzie umierają, a Głód zbliża się do warowni. Ona szuka bezpieczeństwa dla brata. Między nimi rodzi się niełatwy układ pełen gniewu, napięcia i przyciągania. To historia Nali, Ronana i lasu, który upomina się o swoją Panią. W książce pojawiają się bohaterowie z pierwszego tomu, ale jako postacie poboczne.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398162722 |
| Rozmiar pliku: | 1,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Za Czarnym Borem
Za Czarnym Borem coś poruszyło się pod ziemią. Bez huku, bez błysku, bez krzyku, który wyciąga ludzi przed chaty i zrywa psy z łańcuchów. Najpierw dotknęło korzeni, pustych jam pod wykrotami i gardeł zwierząt śpiących za płytko. Stary basior z rozerwanym uchem podniósł łeb z mchu. Ślepe oko zaszło mu mleczną mgłą. Potem zawył cicho, boleśnie, z napięciem, które nie należało do niego.
Obcy głód siedział mu w brzuchu i ciążył razem z kośćmi. Lisy ruszyły w norach, sarny zerwały się z legowisk, a ptaki wcisnęły głowy pod skrzydła i trwały tak z otwartymi oczami. Nawet owady ucichły. Bór zatrzymał powietrze w liściach. Czarny Bór pamiętał więcej niż ludzie: krew na śniegu, ogień w deszczu, kobiety biegnące z dziećmi przy piersi i zaklęcia rwące się na ustach. Pamiętał srebro, krzyk i mokre uderzenia łopat o ziemię. A potem milczenie tak długie, że ludzie zdążyli nazwać je spokojem.
Las nigdy nie pomylił ciszy ze śmiercią. Pod jego korzeniami trwały linie krwi — w kobietach, którym nie powiedziano, po kim dziedziczą sny, w dzieciach wyczuwających burzę przed wiatrem, w zielarkach dosypujących do naparu jedną gałązkę więcej. Kiedy Mira z Wilczej Doliny stanęła w Kręgu, a król uklęknął przed pamięcią spalonych, ziemia usłyszała prawdę po dwóch stuleciach milczenia. Odpowiedziały wiedźmy. Odpowiedział Krąg. Odpowiedział też Głód. Nie pragnął mięsa, krwi ani ciepła. Był czarną, cierpliwą dziurą, której nie nasycało nic żywego.
Przez lata leżał pod światem, zwinięty w martwym drewnie, i czekał, aż ziemia znów zacznie pamiętać. A ziemia właśnie sobie przypomniała. Daleko za Borem, tam, gdzie mapy robiły się puste, stała mała wieś przy skraju lasu. Dla ludzi, którzy w niej żyli, była domem: kilkoma chatami, studnią z zimną wodą, kozą gryzącą wszystkich poza jednym dzieckiem i starym dębem przy drodze. Mieszkała tam dziewczyna, która od pewnego czasu słyszała za dużo.
* * *
Nala siedziała na progu chaty, z kolanami pod brodą i starym szalem na ramionach. Powinna spać. Jutro czekała ją woda, drewno, chleb, koza, brat i świat do utrzymania w jednym kawałku. Jak każdego dnia, odkąd pamiętała. Ale las nie pozwalał jej zasnąć. Od kilku nocy mówił. Najpierw myślała, że to wiatr, potem zwierzęta, później że może naprawdę zaczyna wariować. Nie przeraziło jej to tak bardzo, jak powinno. Człowiek, który zbyt długo żyje w strachu, w końcu słyszy różne rzeczy. Tak mówiła matka, zanim umarła. Tak mówił ojciec, zanim zniknął, choć on akurat wszystko potrafił zmienić w cudzą winę. Nala zacisnęła palce na brzegu szala. Nie myśl o nim. Las zaszeleścił ostrzegawczo.
Pamięć nie słuchała. Wracał ojciec, jego ciężki krok od progu wypełniał izbę ciszą gorszą niż krzyk, a dłonie uderzały bez pośpiechu, z okrutną dokładnością człowieka przekonanego, że ma prawo zostawiać siniaki tam, gdzie inni zostawiają słowa. Wracała też komórka za piecem: ciemna, ciasna, śmierdząca myszami i wilgocią. To tam Nala nauczyła się oddychać płytko, żeby panika nie rozerwała jej gardła. Nie myśl. Tylko, że pamięć nie słuchała. Nala potarła nadgarstek, choć dawne ślady dawno zniknęły. Ciało i tak je pamiętało. Ciało pamięta rzeczy, które skóra przestała nosić.
— Cicho — szepnęła.
Mówiła do drzew, do siebie i do tego czegoś, co od trzech dni budziło się pod mostkiem, ilekroć podchodziła zbyt blisko skraju lasu. W chacie za jej plecami Mik spał niespokojnie. Słyszała jego oddech — krótki, urywany, jeszcze dziecinny, choć od dawna próbował udawać, że jest większy, niż był naprawdę. Miał dopiero jedenaście lat, a już umiał chodzić cicho, nie trzaskać drzwiami, rozpoznawać kroki po ciężarze i wiedzieć, kiedy lepiej nie oddychać zbyt głośno. Nala nienawidziła najbardziej nie biedy, zimna ani chleba tak twardego, że trzeba było moczyć go w wodzie, lecz tego, że dom nauczył dziecko takich rzeczy. Z lasu dobiegł szmer wielu łap, nie gałęzi poruszanych wiatrem. Nala uniosła głowę. Na granicy drzew stała sarna: chuda ponad miarę, z zapadniętymi bokami i oczami tak ciemnymi, że dziewczynie zrobiło się zimno.
Za sarną poruszyły się kolejne cienie: lis, dwa zające, ptaki siedzące zbyt nisko na gałęziach, a dalej, głębiej, wilk. Nala powinna wejść do środka, zasunąć skobel, obudzić Mika i trzymać go przy sobie do świtu. Rozsądni ludzie żyli dłużej, o ile mieli szczęście, a ona nigdy nie ufała szczęściu. Zamiast tego wstała. Każdy ruch wykonywała wolno, jakby las i zwierzęta mogły uznać nagły gest za zgodę na atak. Nie z odwagi; odważni ludzie mieli wybór. Nala miała obowiązki i konsekwencje. Zrobiła krok w stronę drzew. Sarna nie uciekła, wilk również został, a wszystkie zwierzęta patrzyły na nią, czekając, aż wreszcie usłyszy to, co słyszały one. Nala przełknęła ślinę.
— Czego chcecie?
Las odpowiedział nie słowami, lecz obrazem wbitym nagle pod skórę: czarna jama pod korzeniami, wilki z pianą przy pysku, krew na mchu i coś pełzającego przez Bór bez ciała, za to z tysiącem ust. Coś, co nie jadło, żeby żyć, lecz żyło po to, by jeść. Głód. Nala cofnęła się gwałtownie. Sarna drgnęła, wilk został. Wyszedł spomiędzy drzew ogromny, szary, wychudzony, z jedną łapą uniesioną nad ziemią. Z pyska zwisała mu ciemna ślina. Tam, gdzie spadała na trawę, źdźbła czerniały i zwijały się jak przypalone włosy. Nala powinna bać się zębów. Bała się oczu, bo nie było w nich wściekłości, tylko prośba.
— Nie umiem — wyszeptała.
Wilk zachwiał się i zrobił jeszcze jeden krok. Ból wszedł w Nalę nagle, brutalnie, choć nie należał do jej ciała. Głód skręcił jej żołądek tak mocno, że w ustach poczuła metaliczny smak, pod skórą rozlała się gorączka, a w kościach osiadło zimno. Coś obcego próbowało wejść głębiej, przegryźć się przez ciało, krew i wolę, aż zostanie z niej pusta jama i zęby. Nala jęknęła i upadła na kolana. Ziemia pod jej dłońmi była zimna, cicha i nagle prawdziwsza niż wszystko wokół. Las zaszumiał. Nie usłyszała słów. Zrozumiała tylko nacisk pod palcami: zostań. Cienkie, blade korzenie wysunęły się z ziemi i oplotły jej dłonie. Nie więziły jej, tylko trzymały. Nala chciała je strząsnąć, ale wilk upadł przed nią, a jego ślina wsiąkała w ziemię. Trawa czerniała coraz szerzej; noc rozlewała się po niej od środka.
— Nie umiem — powtórzyła Nala, ciszej. — Ja naprawdę nie umiem.
Korzenie zacisnęły się lekko wokół jej palców. Była w tym cierpliwość czegoś, co czekało długo i nie zamierzało odejść tylko dlatego, że dziewczyna się bała. Nala zamknęła oczy i posłuchała. Najpierw usłyszała wilka: jego ból, głód i strach przed chwilą, w której rzuci się na pierwsze żywe stworzenie, choć przyszedł prosić o pomoc. Potem przyszła sarna, jej serce bijące szybko, szybko, szybko; później ptaki przyciśnięte do gałęzi, aż wreszcie sam las. Nie jeden głos, lecz tysiące: stare korzenie, młode pędy, grzybnia pod ściółką, ślepe robaki w ziemi, mech pijący noc, dąb pamiętający twarz jej matki sprzed lat, kiedy jeszcze potrafiła się śmiać bez oglądania przez ramię. Pod tym wszystkim tkwiła ciemna, chora nuta. Głód.
Nala otworzyła oczy. Ręka sama opadła na łeb wilka, jakby ciało wykonało gest wcześniej, niż strach zdążył go zakazać. Futro było mokre od potu i gorące jak rozpalony kamień. Wilk zadrżał. Mógłby odgryźć jej rękę jednym szarpnięciem szczęk, ale tego nie zrobił. Nala pochyliła się nad nim, czując, jak korzenie pod jej palcami wchodzą głębiej w ziemię, a przez nią przepływa coś powolnego, niezgrabnego i bolesnego. Nie znała słów ani zaklęć, nie miała nauczycielki, księgi, pierścienia ani księcia w czarnym płaszczu, który patrzyłby na nią jak na kobietę zdolną zmienić historię. Został jej las i zwierzę, które cierpiało.
— Oddaj — powiedziała.
Mówiła do wilka, do choroby i do Głodu, który wszedł w Bór i uznał, że wszystko żywe może stać się jego mięsem.
— Oddaj go.
Ziemia odpowiedziała prawie szeptem. Czarna ślina pod pyskiem wilka zaczęła dymić chłodem, a trawa wokół nich pokryła się szronem, chociaż noc była ciepła. Wilk zawył krótko i szarpnął się pod jej dłonią. Nala prawie cofnęła rękę, lecz korzenie przytrzymały jej palce. Nie przemocą; raczej prośbą, której nie umiała zignorować. Zacisnęła zęby.
— Oddaj — powtórzyła.
Tym razem coś oderwało się od wilka. Nie ciało, nie krew, tylko cień: cienki, czarny, wijący się pod skórą zwierzęcia jak robak zrobiony z pustki. Przeszedł przez jej dłoń i Nala krzyknęła, bo przez jedną straszną chwilę zapragnęła jeść czegokolwiek — mięsa, krwi, żywego ciepła. W chacie poruszył się Mik. Deska pod jego stopą jęknęła cicho. To wystarczyło. Myśl o bracie przecięła głód jak nóż. Nala chwyciła cień nie dłonią ani magią, której nie rozumiała, lecz czymś starszym od strachu i bardziej upartym od przerażenia. Wtedy korzenie wystrzeliły z ziemi, obwiązały czarny cień i zaczęły ściągać go w dół. Cień szarpnął się, próbując wejść w nią przez skórę, oczy i usta. Przez jedno mgnienie zobaczyła siebie pochyloną nad Mikiem, jego nadgarstek, ciepło jego krwi i usłyszała własny głos: tylko trochę. Wrzasnęła. Nie ze strachu. Z wściekłości.
— Nie jego!
Ziemia pękła. Korzenie wciągnęły cień pod mech, glinę, stare kości zwierząt i kamienie, tak głęboko, że krzyk, który nie był krzykiem, urwał się nagle. Wilk opadł bezwładnie, a wokół Nali zostały tylko dwa oddechy — jej i jego — oraz las, który przestał szumieć. Sarna zrobiła krok bliżej. Lis usiadł na skraju ścieżki, ptaki zaczęły powoli poruszać skrzydłami. Wilk otworzył jasne, zmęczone oczy, w których nie było już głodu. Nala dotknęła jego łba, tym razem lżej.
— Idź — wyszeptała.
Wilk z trudem podniósł się na łapy. Zachwiał się, przeniósł wzrok na nią jeszcze raz, a potem odszedł między drzewa. Zwierzęta rozproszyły się powoli. Nie w panice, raczej jak po zakończonym czuwaniu. Nala została na ziemi przed chatą, z dłońmi brudnymi od czarnej ziemi i paznokciami wbitymi w mech. Serce waliło jej tak mocno, że na moment nie słyszała nic poza nim. Potem usłyszała Mika. Stał w drzwiach. Bosonogi, w za dużej koszuli, z włosami sterczącymi we wszystkie strony i oczami szerokimi ze strachu.
— Nala?
Odwróciła się do niego. Kłamstwa podeszły jej do gardła odruchowo: wszystko w porządku, to tylko sen, wracaj do łóżka, mały, nic się nie stało. Nawet one jednak miały swoje granice, także wtedy, kiedy mówiło się je z miłości. Mik patrzył na korzenie oplatające jej dłonie, potem na las i znowu na nią.
— Co ty zrobiłaś?
Nala zerknęła na swoje palce. Korzenie powoli cofały się w ziemię, zostawiając na skórze ciemne ślady jak cienkie bransoletki z błota.
— Nie rozumiem jeszcze — powiedziała.
I po raz pierwszy od dawna nie było w tym wstydu. Las zaszumiał. Daleko, bardzo daleko, po drugiej stronie Czarnego Boru, coś odpowiedziało głodem. Nala podniosła głowę. Teraz już naprawdę słyszała — nie wiatr, nie zwierzęta ani własny strach, lecz las i to, co w nim rosło. Mik podszedł powoli i przytulił się do jej boku. Nala objęła go ramieniem, choć sama nadal klęczała w ziemi.
— Boję się — szepnął.
Nala oparła policzek o włosy Mika.
Przyciągnęła go mocniej. Mik dostał odpowiedź, zanim padły słowa.
— To co zrobimy?
Nala patrzyła w ciemność między drzewami. Ciemność patrzyła na nią z powrotem. Milczała długo, potem wstała, trzymając brata za rękę.
— Będziemy słuchać.
Las zaszumiał znowu, bliżej, jakby przyjął odpowiedź. Nala odwróciła się, żeby wprowadzić Mika do chaty, i wtedy zobaczyła coś przy starym dębie: cień większy od człowieka ze wsi, nieruchomy, szeroki w ramionach, z oczami odbijającymi noc bladym, drapieżnym światłem. Wilkołak. Mik zesztywniał przy jej boku; jego palce zacisnęły się na jej dłoni. Postać zrobiła krok naprzód. Jeszcze nie zaatakowała, ale las ucichł tak gwałtownie, że nawet drzewa zdawały się trzymać oddech.
— Wiedźma — powiedział mężczyzna niskim, chropawym głosem. Nie zostawił miejsca na wątpliwość. Nala cofnęła Mika za siebie. Korzenie pod jej stopami poruszyły się znowu, tym razem szybciej i odważniej, gotowe złapać jej strach. Mężczyzna uśmiechnął się bez ciepła.
— Alfa będzie chciał cię zobaczyć.
— Nie pójdę z tobą — powiedziała.
Wilkołak przechylił głowę. W jego uśmiechu pojawiły się zęby.
— Nie pytałem.
Nala nie znała jeszcze alfy ani watah żyjących za Czarnym Borem, walczących z Głodem i przegrywających coraz bardziej krwawo. Nie wiedziała, że chore wilki były dopiero początkiem, a jej imię zostanie wkrótce wypowiedziane w miejscu, gdzie obcych najpierw mierzono jak zagrożenie, a wiedźmy jak moc, za którą zawsze przychodzi cena. Wiedziała tylko, że wzrok tego mężczyzny przypomniał jej ojca stojącego przed zamkniętymi drzwiami komórki. Nala wyprostowała się. Dłoń Mika ścisnęła jej palce.
Przez kilka uderzeń serca nikt się nie poruszył. Słowa wilkołaka zostały między nimi jak ostrze wbite w próg chaty. Nala czuła za plecami Mika, jego palce zaciśnięte na jej dłoni i ten szybki, urywany oddech dziecka, które uczyło się ucieczki, zanim powinno nauczyć się świata. Las poruszył się pierwszy. Korzenie pod stopami Nali przesunęły się w ziemi cicho, ale już bez tamtej nieśmiałości sprzed chwili. Były bliżej, gotowe. Wilkołak to zobaczył. Jego uśmiech zgasł powoli.
— Nala, kto to jest? — wyszeptał Mik.
— Nie wiem — odparła Nala, nie zdejmując dłoni z ręki Mika. — Ale stoi za blisko.
Goran odsunął stopę o pół kroku.
— Goran — powiedział. — Z warowni po drugiej stronie Boru. Nie przyszedłem po was. Przyszedłem za wilkiem.
— Ludzie z warowni zawsze chodzą nocą po lesie i tropią chore wilki?
— Nie ludzie.
— To kim jesteście? — Mik wychylił się zza Nali, mimo że trzymała go za rękaw.
Goran zerknął na chłopca.
— Wilkołaki.
Nala nie cofnęła się. Nie z Mikiem za plecami.
— To miało mnie uspokoić?
— Nie, ale taka jest prawda. I prawdą jest też to, że nie porywamy dzieci z chat, nie zjadamy ludzi dlatego, że księżyc jest wysoko, i nie stoję tu po to, żeby straszyć was bajką opowiadaną przy piecu. To, co przyszło pod wasz próg, jest gorsze ode mnie.
— Czego chcesz? — spytała Nala.
— Powinienem wrócić i powiedzieć, że ślad się urwał. Byłoby łatwiej. Tylko że ten wilk nie był pierwszy. U nas takie kończą zwykle z toporem w karku albo w ogniu. Ty zostawiłaś go żywego.
Nala spojrzała na własne dłonie. Nie wiedziała, co zrobiła. I właśnie to przeraziło ją bardziej niż wilk.
— Widziałem wystarczająco. Ronan powinien cię zobaczyć.
Imię zabrzmiało obco. Twardo, jak kamień wrzucony do pustego wiadra.
— Następny wilkołak?
— Alfa. Ten, który prowadzi watahę.
W jego głosie nie było przechwałki. Było zmęczenie człowieka, który od dawna spał za mało, widział za dużo i przyszedł tutaj nie z własnej woli, tylko dlatego, że coś po drodze odebrało mu wybór.
— Mam przed nim klękać? — spytała Nala.
— Ronan nie lubi klękania — odparł Goran. — Zwykle oznacza, że ktoś coś ukrywa albo próbuje przeżyć za pomocą pochlebstwa.
Mik wychylił się zza jej ramienia.
— W tej warowni jest więcej takich jak ty?
— Jest wataha. Duża dość, żebyś nie czuł się sam, i mała dość, żeby każdy zauważył, że jesteście obcy.
— To też nie brzmi dobrze — mruknął Mik.
— Nie miało. Miało nie być kłamstwem.
Nala przeniosła wzrok na Gorana uważniej. Nie ufała mu, ale zaczynała rozumieć, że nie próbuje sprzedać jej cudzej łagodności. Niewygodne. Łatwiej odmawiało się ludziom, którzy kłamali pięknie.
— A jeśli pójdziemy? — spytała. — Nie mówię, że pójdziemy. Pytam.
— Weźmiecie tyle, ile udźwigniecie. Najważniejsze nie będzie to, co zabierzecie, tylko to, co zostawicie.
— Uważaj.
— Uważam od chwili, kiedy zobaczyłem, co zrobiłaś z wilkiem.
Powiedział jej wtedy to, czego nie chciała słyszeć: że Głód wróci, że wieś prędzej czy później zauważy zwierzęta pod jej chatą, czarną trawę i las poruszający się pod jej rękami. Że ludzie, kiedy boją się zbyt długo, szukają twarzy, którą można obwinić przy studni. Nala znała wieś. Znała kobiety, które udawały, że nie widzą siniaków, dopóki nie mogły użyć ich jako przyprawy do szeptu. Znała mężczyzn odwracających głowy od cudzego krzyku, a potem bardzo chętnych do stania po stronie większości.
— Powiedzą, że to ja — odezwała się cicho.
Goran milczał. To była jego pierwsza mądra decyzja tej nocy.
— A jeśli ojciec wróci?
To pytanie zabrało Nali powietrze. Goran nie zapytał, kim był ojciec. Wystarczyło mu to, jak chłopiec wypowiedział słowo „wróci”.
— Jeśli wróci tutaj — powiedział — znajdzie chatę na skraju lasu, wieś, która udaje, że nie widzi cudzej krzywdy, i was dwoje bez nikogo między nim a progiem.
— Nie znasz nas.
— Nie muszę znać wszystkiego, żeby widzieć, że chłopiec boi się mężczyzny, którego nie ma przy drzwiach. A ty słyszysz go w każdym cięższym kroku.
Miała ochotę uderzyć go za to zdanie. Dlatego, że nie było kłamstwem.
— W twojej warowni mam uwierzyć, że będzie inaczej? Bo wilkołaki są szlachetne i karmią sieroty?
— Nie jesteśmy łagodni. Ale dziecko, które siada przy naszym stole, je. Ranny nie leży sam, jeśli można przy nim siedzieć. A jeśli ktoś podniesie rękę na kogoś, kto jest pod ochroną watahy, odpowiada przed całą watahą.
— A ja byłabym pod ochroną watahy?
— Jeszcze nie wiem, kim dla niej będziesz. Wygodniej byłoby powiedzieć, że wszystko będzie proste, ale nie jestem aż takim kłamcą.
Mik długo patrzył w ciemną izbę za ich plecami.
— Możemy chociaż zobaczyć tę warownię? — spytał Mik. — Jak będzie źle, wrócimy, prawda?
Nala nie odpowiedziała od razu. Spojrzała na Gorana dopiero wtedy, gdy cisza zaczęła ciążyć bardziej niż jego obietnica.
— Powtórzę to przy Ronanie — powiedział Goran. — Nie przyprowadziłem więźniów.
Nala popatrzyła na las, potem na chatę. Na próg, przy którym pilnowała, czy ojciec wróci. Na komórkę za piecem. Na drogę do wsi, gdzie rano ktoś mógł zobaczyć rozoraną ziemię i czarną trawę. I wreszcie na Mika: chudego, bosego, zbyt dorosłego w oczach. Mogła zostać i udawać, że jedna noc niczego nie zmieniła. Całe życie już tak robiła. Niczego to nie ocaliło.
— Porozmawiam z Ronanem — powiedziała. — Tylko porozmawiam. Jeśli uznam, że chcę wrócić, wracam z Mikiem. Jeśli ktokolwiek spróbuje mnie zatrzymać, pożałuje.
Goran przeniósł wzrok na korzenie przy jej stopach.
— Zaczynam w to wierzyć.
— Zaoszczędzimy czas.
Pakowali się szybko, prawie złodziejsko, jak ludzie okradający własne życie przed ucieczką. Trochę chleba, twardy ser, nóż, krzesiwo, dwie koszule, kilka ziół owiniętych w płótno, matczyna chusta ukryta pod deską. Mik wsunął do worka drewnianego jelenia, którego udawał, że nie bierze, a Nala udawała, że tego nie widzi. Na końcu Nala odwiązała kozę, wsypała do żłobu resztę owsa i otworzyła boczną furtkę na łąkę. Nie mogła ciągnąć zwierzęcia przez Bór, ale nie mogła też zostawić go przywiązanego przy chacie. Przy palenisku zatrzymała się jeszcze na moment. Pasek ojca wisiał na gwoździu, jakby miał więcej prawa do tego domu niż oni. Nala zdjęła go i wrzuciła w żar. Mik stał za nią bez słowa.
— Teraz możemy iść — powiedziała.
Goran czekał pod dębem. Nie wszedł za nimi, nie zajrzał przez próg, nie próbował przyspieszać. Nala zapisała to sobie w pamięci ostrożnie, bez wdzięczności, ale też bez pogardy.
— Pójdziesz z boku — powiedziała. — Tak, żebym cię widziała.
Goran skinął krótko.
— Jeśli znikniesz mi z oczu, uznam, że chcesz nas podejść.
Goran został tam, gdzie mogła go widzieć.
Ścieżka między leszczyną a krzywą sosną rozsunęła się, choć Nala mogłaby przysiąc, że wcześniej jej tam nie było. Przy korzeniu dębu wyrósł drobny biały kwiat, niemożliwy o tej porze roku. Mik zerknął na niego, potem na Nalę.
— To ty?
— Chyba nie. Ale las wie więcej ode mnie.
Ruszyli: najpierw ona, z Mikiem przy boku, Goran kilka kroków dalej. Bór przyjął ich bez szelestu. Gałęzie odsuwały się minimalnie, zanim dotknęły jej twarzy, a mech jaśniał tam, gdzie miała postawić kolejny krok. Za nimi chata zniknęła między pniami. Najpierw dach, potem komin, potem blady prostokąt otwartych drzwi. W progu nie stał ojciec. Nikt nie krzyczał. Nikt nie kazał jej wracać. Mimo to na moment miała wrażenie, że z ciemności komórki za piecem patrzy za nią stare posłuszeństwo, stary strach, ta część Nali, która nauczyła się przepraszać, zanim jeszcze wiedziała za co. Ścieżka skręciła i chata zniknęła. Mik wypuścił powietrze tak głęboko, że Nala dopiero wtedy zrozumiała, iż oboje wstrzymywali oddech. Goran szedł obok nich prawie bezgłośnie, ale co jakiś czas nadeptywał gałązkę albo potrącał liść płaszczem. Robił hałas dla niej. Tyle, by wiedziała, gdzie jest. Nie podziękowała. Nie była jeszcze gotowa. A przed nimi, po drugiej stronie Boru, był ktoś, kto jeszcze nie znał jej imienia. Ronan.
Ronan — ten, który dopiero miał usłyszeć, że w lesie obudziła się dziewczyna potrafiąca odebrać Głodowi jego ofiarę.ROZDZIAŁ 3
Przed wilczą bramą
Warownia była większa, niż Nala sobie wyobrażała. Z lasu wyglądała najpierw jak ciemna ściana wbita w skałę. Dopiero kiedy podeszli bliżej, zaczęła dostrzegać szczegóły: wysokie mury z nierównego kamienia, czarne od deszczu belki wbudowane między wieże, żelazne okucia na bramie, ślady starych napraw i nowszych uderzeń, których nikt nie próbował ukrywać. To miejsce nie było ładne. Nie miało być ładne. Było zbudowane tak, żeby przetrwać zimę, głód, oblężenie i każdego głupca, który uznałby, że wilkołaki da się łatwo wyciągnąć zza murów. Pod nogami mieli błoto wymieszane z igliwiem i drobnymi kamieniami. Woda ściekała z kaptura Nali na szyję, lodowata i uporczywa. Mik szedł tuż obok niej, coraz ciszej, z dłonią zaciśniętą na jej palcach. Przestał już udawać, że nie jest zmęczony. To znaczy — nadal próbował, ale robił to gorzej. Co kilka kroków ocierał nos rękawem, a potem prostował plecy, jakby samo wyprostowanie mogło zastąpić sen, jedzenie i suche buty.
Dym z mokrego drewna. Gotowane mięso. Skóry suszące się przy ogniu mieszały się tam z potem, wilczym futrem i żelazem. Coś ostrego i gorzkiego, jak zioła trzymane za długo nad płomieniem. Pod tym wszystkim była jeszcze krew — stara, wdeptana w kamień, i świeższa, której nie dało się pomylić z niczym innym. Nala wyczuła, jak żołądek zaciska jej się boleśnie. Nie musiała na niego patrzeć, żeby wiedzieć, że poczuł jedzenie. Wystarczyło to jedno ciche przełknięcie śliny, w następnej sekundzie schowane pod zaciśniętymi ustami. Dzieci, które za szybko nauczyły się braku, nie prosiły zaraz. Najpierw próbowały wyglądać jakby niczego nie potrzebowały.
— Trzymaj się blisko mnie — powiedziała cicho. — Nie za Goranem, nie przy strażnikach. Przy mnie.
Mik zerknął na nią spod mokrych włosów.
— Przecież się trzymam. Jakbym stał bliżej, musiałabyś mnie nieść.
— Wolałabym nie sprawdzać, czy mam jeszcze siłę.
— To dobrze, bo ja też wolałbym nie sprawdzać, czy umiesz mnie nie upuścić.
Powiedział to z tak poważną miną, że Nala prawie się uśmiechnęła. Prawie. Nie miała na to siły, ale samo „prawie” też było czymś. Goran szedł pierwszy. Przy bramie zatrzymał się bez wahania. Wracał do miejsca brutalnego, ale własnego. Podniósł głowę ku blankom.
— Goran — powiedział. — Z lasu.
Na murze poruszył się cień.
— Kto z tobą?
Nie: dlaczego o tej porze. W tej warowni najwyraźniej nie marnowano słów, kiedy człowiek wracał nocą z Boru, mokry, brudny i z twarzą kogoś, kto widział coś złego. Goran obejrzał się krótko na Nalę.
— Dziewczyna i dziecko. Do Ronana.
Strażnik patrzył krótko z góry. Nala czuła na sobie jego wzrok, choć nie widziała dokładnie twarzy. Widziała tylko ciemny kształt, mokry kaptur i kuszę opartą o kamień.
— Czekać.
Goran zrobił krok bliżej bramy.
— Otwieraj. Jeśli Ronan uzna, że zmarnowałem mu czas, sam mnie za to rozliczy.
Na murze zapadła krótka cisza. Potem rozległ się metaliczny zgrzyt zasuwy. Brama nie otworzyła się szeroko. Tylko boczne skrzydło, ciężkie, okute żelazem, przesunęło się z jękiem na tyle, żeby mogli wejść pojedynczo. Ze środka uderzyło ich ciepło, światło i hałas. Nala spodziewała się ciemnego dziedzińca. Zamiast tego weszła w miejsce pełne ruchu. Na kamieniach stały kałuże, w których odbijały się pochodnie. Pod ścianami suszyły się skóry i mokre płaszcze. Ktoś niósł wiadra z wodą. Ktoś inny ciągnął worek z drewnem. Przy zadaszeniu kuchennym para buchała z wielkich kotłów, a kobiecy głos kazał komuś „nie stać jak kołek, tylko podać sól, zanim zupa zdąży się popsuć”. Dalej, przy kuźni, żar świecił czerwono, a kowal o ramionach grubych jak belki odkładał młot na kowadło.
Ani spokojnie, ani ciepło. Żyło tak, jak żyją miejsca, w których wszyscy są zmęczeni, ale nikt nie może sobie pozwolić na bezruch. W powietrzu było napięcie. Ludzie rozmawiali ciszej, niż powinni przy tylu zajęciach. Wilki leżące przy schodach podniosły łby, kiedy Goran przeprowadził Nalę i Mika przez bramę. Mik zatrzymał się na pół kroku.
— Nala — szepnął.
— Co? — spytała Nala.