Pani na wrzosowisku. Tom 4. Walc pożegnalny - ebook
Finałowy tom bestsellerowego cyklu „Pani na wrzosowisku”.
Pod troskliwą opieką Elizy jej mąż powoli wraca do zdrowia, lecz nie jest już tym samym człowiekiem co dawniej. Pod wpływem nałogu coraz bardziej oddala się od żony – do tego stopnia, że pewnego dnia składa jej zaskakującą i niemoralną propozycję.
Urażona Eliza ucieka do Londynu, gdzie postanawia założyć szkołę muzyczną dla utalentowanych ubogich dziewcząt. Nie tylko gęsta atmosfera w Winter Abbey sprawia, że małżonka Richarda coraz mniej czasu spędza w Yorkshire. Także w miasteczku Blackwood dochodzi do niepokojących zdarzeń.
Niektórzy mieszkańcy winią za to siły nieczyste, inni zaś obcych, w tym nową panią Winter Abbey.
Na drugim krańcu świata, zesłany w kajdanach na wyspę zwaną Ziemią Van Diemena, Stanisław musi wreszcie zapłacić za swoje błędy. Lecz kiedy już się wydaje, że trafił do samego piekła, fortuna nieoczekiwanie zaczyna mu sprzyjać.
W tym samym czasie w Londynie zdarza się coś, co sprawi, że Richardowi Winterowi przyjdzie gorzko pożałować nieopatrznie rzuconej Elizie propozycji.
Czy ich małżeństwo przetrwa kolejną burzę?
Lucyna Olejniczak urodziła się i mieszka w Krakowie. Z zawodu laborantka medyczna, były pracownik Katedry Farmakologii UJ. Dużo podróżuje, lubi poznawać nowych ludzi, łatwo się zaprzyjaźnia. Wielbicielka kotów i wnuczki. Autorka między innymi bestsellerowych cykli „Kobiety z ulicy Grodzkiej” i „Lilie królowej”.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Esej |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8444-636-2 |
| Rozmiar pliku: | 652 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
MIASTECZKO BLACKWOOD, YORKSHIRE, WRZESIEŃ 1840
Mamy ją!
– Nie uciekniesz, złodziejko!
– Odetnijcie jej drogę!
– Szybciej!
Sześcioletnia Alice Carson wpadła na podwórko karczmy i zdyszana zatrzymała się tuż przed olbrzymią kałużą, która wydawała jej się rozległa jak staw. Dziewczynka zawahała się, nie wiedząc, czy ma teraz przebiec po mulistej wodzie, czy może raczej ją okrążyć, a tych kilka sekund zwłoki wystarczyło, by zgraja goniących ją dzieciaków odcięła jej wszystkie drogi ucieczki.
Prześladowcom towarzyszył rozszczekany pies o imieniu Tim.
Wyglądało to jak polowanie z nagonką.
– Tim, bierz ją – nakazał psu Ralph, starszy o rok od Alice, gruby i piegowaty chłopak w za dużym kaszkiecie i surducie po starszym bracie. – Zagryź!
Na szczęście zwierzak był młody i nie miał w sobie ani krzty agresji, bawiła go sama gonitwa, więc tylko dalej poszczekiwał, machając ogonem.
– Głupi kundel – skwitował jego zachowanie Ralph. – Ojciec powinien cię zastrzelić.
Tymczasem w kierunku Alice ruszył inny chłopak, Patrick O’Rourke. Był dużo starszy od pozostałych dzieci.
I najokrutniejszy z nich.
Miał na sobie workowate spodnie na szelkach, nosił wyświechtany kapelusz, a w przebarwionych zębach trzymał fajkę.
– I dokąd teraz uciekniesz, córko czarownicy? – zapytał, ostentacyjnie włożywszy ręce do kieszeni.
– Mamusia ci tu nie pomoże – dodała dziewczynka w wiejskim czepku, a potem spojrzała rozbawiona na chłopców, szukając na ich twarzach uznania dla swej błyskotliwej kwestii.
– Oddawaj, co ukradłaś – powiedział Ralph.
– Nic nie ukradłam – warknęła Alice, przyciskając do piersi lalkę.
Rozejrzała się: wszędzie stały jakieś szopy, kuźnie, stolarnie, pomiędzy nimi urządzono ogródki warzywne, za nimi zaś szarzała schnąca na sznurach i płotach bielizna – w tym labiryncie łatwo byłoby zgubić dręczycieli. Tylko że oni doskonale zdawali sobie z tego sprawę, znali te tereny na pamięć, dlatego powoli zacieśniali krąg wokół Alice, pozbawiając ją nawet cienia szansy na ucieczkę.
Chcieli odebrać dziewczynce piękną Hiacyntę.
***
Zdążyła nazwać tak lalkę, mimo że miała ją zaledwie od dzisiejszego ranka.
To był prezent na jej szóste urodziny. Wprawdzie wypadały kilka dni wcześniej, lecz komiwojażer Harry przybył do Blackwood dopiero dzisiaj.
A już miesiąc wcześniej obiecał jej prezent.
– Zobaczysz, mała – powiedział z kozła swojej dwukółki z zakurzoną budą. – Na urodziny przywiozę ci z miasta lalkę. Najdroższą.
– Naprawdę? – Jej oczy zrobiły się wielkie jak spodki.
– Naprawdę.
– Jeśli chcesz jej sprawić prezent, łachudro – odezwała się matka Alice, stojąca obok, z rękami skrzyżowanymi na piersiach – to kup dziecku jakąś kieckę na zimę.
– Mamo…
– Cicho, smarkulo. Nie potrzebujemy żadnych drogich zabawek. Ledwie tu wiążemy koniec z końcem.
Na szczęście dla dziewczynki Harry nie posłuchał twardych jak zawsze słów mamy.
Chyba rzadko w ogóle się z nią zgadzał, ponieważ każda wizyta w Blackwood kończyła się tym, że matka wyrzucała go z domu przy akompaniamencie krzyków i brzydkich słów, których nie pochwaliłby pastor.
Alice nie bardzo wiedziała, co w ogóle łączy tego wesołego, płowowłosego mężczyznę w kraciastym surducie z jej zawsze smutną mamą. Podejrzewała niejasno, że są znajomymi, ale nie wchodziła w to głębiej.
Alice lubiła komiwojażera, a on lubił ją. Zawsze mierzwił jej jasne włosy, dawał jakiegoś karmelka, no i nieodmiennie dziwił się, jak bardzo urosła od czasu jego ostatniej wizyty. Mówił, że dziewczynka niedługo przerośnie zarówno mamę, jak i jego.
Fakt, nie był zbyt wysoki.
Zwykle przywoził do miasteczka same nudne, dorosłe rzeczy: mydła, maści, płyny do nacierania koni, igły i obcęgi, a także wodę lawendową oraz kolońską. Nic, co mogłoby zaciekawić sześcioletnią dziewczynkę. Lecz tego ranka, gdy tylko usłyszała stukot kół bryczki na brukowanej głównej ulicy, natychmiast wybiegła z domu. Oczekiwała tego odgłosu od dnia urodzin.
Zanim jednak podbiegła do pojazdu, zwolniła kroku i rozmyślnie przybrała znudzony wyraz twarzy. A bardziej nawet nieufny. Bo co, jeśli Harry tylko żartował z tą lalką? I wcale jej nie kupił? Albo posłuchał mamy?
Wtedy mógłby ją wyśmiać, widząc, jak bardzo czekała na prezent, a potem się rozczarowała.
Lecz dziś od razu, kiedy tylko na nią spojrzał, wiedziała, że ma dla niej Hiacyntę, bo takie imię zdążyła już nadać lalce. Jego mina nie potrafiła tego ukryć, ponieważ zawsze miał wypisane wszystko na twarzy: radość, zmartwienie albo złość na mamę.
– Jak Harry coś obieca – krzyknął z daleka, zsunąwszy filcowy kapelusz na tył głowy – to jest jak zapisane w księdze.
Odebrało jej mowę i nawet zapomniała mu podziękować choć słowem, odbierając wielkie pudło. Szybko pobiegła do domu, by je rozpakować. Na ten widok matka tylko głęboko westchnęła, wycierając obsypane mąką dłonie w fartuch.
Lecz gdy Alice wreszcie wydobyła lalkę z szeleszczącej bibułki oraz wstążek, kobieta przyjrzała się ciekawie prezentowi. W końcu nie tak dawno temu sama jeszcze była małą dziewczynką, beznadziejnie marzącą o podobnym cudzie.
– Ładna – skwitowała cicho.
Ładna?
Mało powiedziane! Lalka była tak wspaniała, że nawet mamie chyba byłoby żal jej nie przyjąć. Jeszcze nigdy żadna z nich nie widziała czegoś tak doskonałego i pięknego.
Hiacynta wyglądała jak prawdziwa księżniczka w tej swojej różowej koronkowej sukni i z burzą jasnych, prawdziwych włosów okalających porcelanową twarzyczkę. Jej rękami i nogami można było poruszać. A co najbardziej niezwykłe, miała piękne niebieskie oczy, okolone gęstymi rzęsami. I te oczy się zamykały, kiedy Alice przechylała lalkę do tyłu.
– Mogę ją zachować, mamo? – spytała.
– Możesz, skarbie. Lecz raczej nie wychodź z nią na zewnątrz.
***
To była całkiem dobra rada, tyle że chęć pochwalenia się skarbem przed innymi dziećmi wygrała u Alice ze wszystkimi najlepszymi radami na świecie.
Przez godzinę bawiła się więc Hiacyntą w domu, po czym – ostrożnie, aby mama jej nie zobaczyła – wyszła z lalką na spacer po miasteczku. By ta poznała swój nowy dom. Całkiem przecież rozsądne, prawda? Ich droga dziwnie prowadziła poprzez rejony, w których najbardziej lubiły się bawić inne dzieci.
Zwłaszcza dziewczynki.
No i Hiacynta błyskawicznie została przez nie dostrzeżona.
***
Teraz Alice Carson znalazła się w potrzasku i mogła tylko wyrzucać sobie, że nie posłuchała matki.
– Oddawaj ją, dziwko! – wrzeszczała czerwona ze złości córka rzeźnika. – Ona nie jest twoja, ukradłaś ją!
– Akurat! Może twoja? – Alice przycisnęła mocniej zabawkę do piersi. – To ja ją dosta… – nie dokończyła, bo nagle jeden z chłopców podskoczył do niej, wyszarpnął jej lalkę i triumfalnie uniósł zdobycz nad głową.
– Chcesz powiedzieć, dziadówko, że ta lalka należy do ciebie? – krzyknął pogardliwie. – Twojej matki, tej puszczalskiej, nigdy nie byłoby na nią stać!
– Harry mi dał! – zapiszczała dziewczynka.
– Akurat.
– Musiałabyś go zadowolić tak. – Jedna z dziewczynek podkasała spódnicę, ukazując blade, a przy tym brudne pośladki.
Znów rozległy się śmiechy.
Alice pisnęła jeszcze głośniej i zaczęła podskakiwać, usiłując wyrwać chłopakowi z ręki swoją własność, ale tamten rzucił Hiacyntę między rozochocone dzieci. Pośród okrzyków i gwizdów krążyła teraz z rąk do rąk, gubiąc po drodze kolejne wstążki z sukienki, buciki, aż na koniec ktoś naderwał jej ruchomą rękę. Kiedy, okaleczona, trafiła znów do chłopaka, ten zaczął potrząsać nią szyderczo przed nosem Alice.
– Proszę, weź ją sobie.
– Oddaj.
– No co, nie chcesz?
Alice wyciągnęła ręce, ale pchnął ją tak mocno, aż wylądowała pupą w kałuży.
To wzbudziło kolejne głośne śmiechy dzieciarni.
Przez chwilę siedziała oszołomiona, przyglądając się, jak wracają na główną ulicę – z jej lalką.
Chciało jej się płakać z żalu i ze złości, aż wreszcie wojowniczy nastrój zwyciężył, zerwała się na równe nogi i pobiegła za nimi.
Odwrócili głowy, wciąż się śmiejąc, bo teraz na dodatek była utytłana w błocie. Na ulicy znajdowało się kilkoro dorosłych, którzy albo również wydawali się rozbawieni całą sceną, albo patrzyli na to wszystko całkowicie obojętnie.
– Ukradli mi lalkę. – Alice zwróciła się z rozpaczą do pana Grahama Kirka, właściciela pubu, a zarazem ojca grubego Ralpha.
Mężczyzna rozładowywał teraz bryczkę, staczając po rampie beczkę z piwem. Wzruszył ramionami, ledwo spojrzawszy na dziewczynkę swoimi przekrwionymi od picia oczami.
– Nic mnie to nie obchodzi – syknął. – A ty się przebierz w coś czystego, flejtuchu, kiedy idziesz między ludzi. Matka nie pierze ci tych łachów?
– A pański Ralph chodzi w obsikanych spodniach.
– Zjeżdżaj stąd, bo psami poszczuję.
– Timem? – prychnęła pogardliwie. – Proszę bardzo.
– Ty gnido!
Dzieci, dostrzegłszy, że mają cichą zgodę dorosłych na dalsze dręczenie córki nielubianej w miasteczku zielarki, zatrzymały się przed karczmą.
– A teraz rzucimy lalkę pieskowi, jak u starożytnych Rzymian, za czasów Nerona. Gotuj się, Tim.
Spotkało się to z wielkim entuzjazmem całej gromady oraz chrapliwym śmiechem starego Isaaca, miejscowego włóczęgi i grajka o ramionach pokrytych bliznami po oparzeniach.
– Te szczyle to dopiero mają pomysły. – Pokręcił głową z uznaniem, ukazując w uśmiechu pieńki zębów. – Neron, słowo daję, Neron…
Chwilkę później jednak uśmiech znikł z jego twarzy, bo Alice znalazła się wreszcie przy Ralphie.
Chłopak myślał może, że dziewczynka znów będzie się starała dosięgnąć lalki, więc uniósł rękę z nią tak wysoko, jak tylko dał radę.
To był błąd, bo tym samym całkowicie odsłonił twarz.
Zanim ktokolwiek zdążył się zorientować, co się dzieje, piąstka dziewczynki z całej siły uderzyła w nos grubasa.
– Auuuu! – zawył bardziej zaskoczony niż z bólu. – Złamałaś mi nos! Ratunku!
O ile jeszcze przed chwilą prawie nikt nie interesował się dziecięcym zbiegowiskiem, a jeśli nawet już ktoś je zauważał, to ze śmiechem przyglądał się awanturze, o tyle teraz nagle wszyscy aż zatrzęśli się z oburzenia.
– Chryste Panie! – westchnęła siwowłosa pani Pugh.
– Co za diabelskie nasienie! – krzyknął mężczyzna w roboczym kombinezonie.
– Widzieliście? – Właściciel pubu popatrzył po twarzach zebranych. – Ta przybłęda zaatakowała mojego Ralpha.
– Trzeba by brudasa nauczyć rozumu.
– Skoro matka sama nie potrafi wychować…
– Kilka kijów na gołą dupę by jej nie zaszkodziło.
Graham Kirk ruszył w kierunku dziewczynki niczym szarżujący byk.
***
Właśnie w chwili, gdy już chwycił Alice za ramiona, na głównej ulicy, tuż przed karczmą, znalazła się Eliza Winter.
Tego przedpołudnia wybrała się do apteki Owenów, ubrana w paryski płaszcz z ciemnogranatowego atłasu – z luźnym przodem i wciętym tyłem – i w kapeluszu z woalką, przybranym sztucznymi kwiatami.
Jednym słowem, wyglądała na zapadłej ulicy Blackwood jak istota z zupełnie innego świata.
Nie zabrała z sobą ani Abigail, ani Margaret, bo tego dnia nie zamierzała robić większych zakupów, chciała jedynie porozmawiać z siostrą miejscowego lekarza, Naomi.
I teraz pożałowała trochę, że wyruszyła sama.
Już z daleka słyszała krzyki dzieci i podniecone szczekanie psa, ale z początku ignorowała te odgłosy, nawet dosyć długo i skutecznie, póki nie zorientowała się, że chyba chodzi o jakąś awanturę z udziałem dorosłych.
Ich głosy zaczęły już dominować nad piskami dzieci.
Jakaś bójka przed wejściem do pubu?
Jeśli tak, powinna dumnie odwrócić głowę i obejść to miejsce szerokim łukiem, jak na damę przystało.
Lecz gdy podeszła bliżej, dostrzegła coś, co ją z początku zaniepokoiło, a później oburzyło.
Zobaczyła potężnie zbudowanego mężczyznę z sumiastymi wąsami, który brutalnie potrząsał jasnowłosą dziewczynką w niemiłosiernie ubłoconej sukience, podczas gdy gapie, zarówno dzieci, jak i dorośli, zagrzewali go do jeszcze większej agresji. Pewnie złapali małą złodziejkę, pomyślała Eliza, i teraz się nad nią pastwią. Choć mała wyglądała na śmiertelnie przerażoną, nie mogła ukraść przecież nic cenniejszego niż jakiś byle owoc ze straganu, uznała.
Nieopodal w błocie leżało coś różowego, coś, na co dziewczynka wciąż spoglądała.
Lalka?
I to droga, elegancka, a nie jakaś zrobiona z gałganów, jakiej można by się spodziewać u dziewczynek z tak biednej miejscowości, które same chodziły w szarych i burych łachmanach.
Komu lub skąd ją ukradła?
– Proszę pana! – powiedziała do właściciela pubu podniesionym głosem.
Nikt jednak nie zwrócił na nią uwagi, toteż odchrząknęła i powtórzyła głośniej:
– Proszę pana!
Kilka głów odwróciło się w jej stronę. Mieszkańcy popatrzyli na żonę właściciela Winter Abbey z niechęcią, spode łba. Jeśli miała nadzieję, że po zeszłorocznym święcie urządzonym dla nich na terenie posiadłości stanie się dla miejscowych kimś bliższym, to najwyraźniej przesadziła z optymizmem. Wciąż traktowali Polkę nieufnie, jako obcą. I nic nie wskazywało na to, aby kiedykolwiek sytuacja miała się zmienić.
– Proszę zostawić to dziecko – rzekła, przybierając władczą pozę. – Zrobi jej pan krzywdę.
– Uderzyła mojego syna.
– Tego chłopaka za panem? – Wskazała na Ralpha trzymającego się za nos.
– Tak. A bo co?
– Bo wygląda mi na o głowę wyższego niż ona, w dodatku dość… silnego. Zastanawiam się, jak dała mu radę.
– To diablica. Czort w ludzkiej skórze.
Eliza postanowiła nie ciągnąć tego tematu. Jej mina wyraźnie mówiła, co o tym sądzi.
– Co to za lalka? – spytała, rozglądając się po zgromadzonych. – Czyja ona jest?
– Ukradła! – krzyknęła jakaś dziewuszka w chustce.
– Komu?
Nikt nie odpowiedział, kilka osób odwróciło wzrok.
– Droga pani Winter – rzekł Graham Kirk, wciąż trzymając Alice za ramiona. W jego głosie pobrzmiewał ironiczny szacunek. – To doprawdy nie pani sprawa. Sami potrafimy ją załatwić.
– O nie, Grahamie Kirk – rozległ się nagle znany wszystkim aż za dobrze stanowczy głos pastora Thomasa Skiptona.
Rozstąpili się przed nim pokornie, nie to, co w przypadku Elizy. Cieszył się w Blackwood olbrzymim autorytetem, choć niektórzy po cichu narzekali na jego ekstrawagancje, takie jak jazda konna, szermierka czy szukanie skarbów w starożytnych grobach. Miał na sobie ciemny płaszcz, spodnie z szarej angielskiej flaneli i swój nieodłączny duszpasterski kapelusz, który teraz uchylił przed Elizą.
– Pani Winter – ukłonił jej się. – Pozwoli pani, że to ja porozmawiam z panem Kirkiem.
Przytaknęła, szczęśliwa, że zdjął z niej ten przykry obowiązek.
– Grahamie – duchowny zwrócił się do karczmarza tonem jak na kazaniu – zostaw, z łaski swojej, to biedne dziecię. Przecież nie chcesz wyrządzić mu krzywdy, prawda?
– Jak najbardziej chcę – mruknął mężczyzna. – Proszę tylko spojrzeć, ojcze, co zrobiła mojemu Ralphowi.
Wskazał na zapłakanego syna, który, coraz bardziej rozżalony, rozcierał po twarzy smarki z krwią z rozbitego nosa.
Pastor przechylił głowę, przyglądając się chłopakowi zmrużonymi oczami.
– Widziałem z okna, że Ralph wraz z innymi długo się starał, by do tego ciosu doprowadzić – powiedział. – Gonili Alice po całym rynku. A potem odebrali i zniszczyli jej lalkę. Tak było, Ralphie?
Tamten nie odpowiedział.
– Chce wielebny powiedzieć, że to mój syn zaczął? – Graham Kirk się skrzywił.
– Coś takiego mogłoby komuś przyjść do głowy – przyznał duchowny. – Nie wnikajmy zatem, bo nikt nie jest tu bez grzechu. Tymczasem proponuję oddać dziewczynce lalkę i rozejść się.
– Ale ona ukradła…
– Zostawcie ją, niczego nie ukradła!
Na placyk, jak burza, wpadła Fiona, matka Alice. Ktoś zdążył już jej donieść o całym wydarzeniu.
– To jej lalka!
Roztrąciła gapiów i uklękła przed córką, obrzucając ją uważnym spojrzeniem.
– Nic ci się nie stało? – Niespokojnie dotykała śladów krwi na rękach i twarzy dziewczynki, sprawdzała kości. – Jesteś cała zakrwawiona.
Na szczęście okazało się, że to tylko smugi z rozmazywanych zakrwawioną dłonią łez i potu.
– A niby skąd u niej taka droga zabawka, hę? – Jedna z kobiet podparła się pod boki i rzuciła porozumiewawcze spojrzenie na sąsiadów. – No skąd?
Wszyscy wiedzieli albo przynajmniej podejrzewali, że był to prezent od komiwojażera, domniemanego ojca małej, chociaż matka dziewczynki nigdy nie potwierdziła, że mała jest córką Harry’ego, a pytana o to wprost, odpowiadała z dumnie podniesioną głową, że Alice jest jej i tylko jej.
– Nie wasza rzecz – fuknęła teraz, podnosząc z ziemi nieszczęsną Hiacyntę, i zabrała córkę z placu. – Pilnujcie lepiej własnych spraw.
***
Kiedy odeszły w swoją stronę, ludzie niechętnie zaczęli się rozchodzić, plotkując z ożywieniem.
Eliza starała się tego wszystkiego nie słuchać. Była tu wciąż nowa i nie wiedziała, co się dzieje w innych rodzinach, a tym bardziej nie rozumiała, dlaczego młoda kobieta z dzieckiem jest tak źle traktowana przez mieszkańców miasteczka.
Wyjaśnił jej to dopiero pastor Skipton, który, jak się okazało, podobnie jak Eliza udawał się właśnie do apteki Owenów.
– Fiona jest samotną matką – odezwał się, jakby odgadując jej nieme pytanie. – A takim nigdy nie jest łatwo w małych społecznościach.
– Tak…
Ruszyli powoli w kierunku domu Owenów.
– Myślę jednak – kontynuował Skipton – że gdyby jej się nie bali, miałaby tu o wiele cięższe życie niż do tej pory. Bo Fiona, choć dobra z niej niewiasta, niespecjalnie dba o popularność.
– Och, ale dlaczego mieliby jej się bać? Przecież to młoda i piękna kobieta. Nie wygląda groźnie.
– Zajmuje się ziołami i leczeniem, a tutejsi ludzie są prości i zabobonni. W dodatku to uczennica Ruth Palister, nazywanej przez miejscowych czarownicą. Tej, której dom mija pani w drodze do miasteczka – dodał gwoli wyjaśnienia. – A wiadomo, że z kimś, kto zna się na ziołach i utrzymuje kontakty z czarownicą, lepiej nie zadzierać. Ludzie nie myślą wtedy o tych przypadkach, kiedy im pomogła, a nawet uratowała życie, tylko o tym, co ze swoją wiedzą mogłaby zrobić złego.
– A co temu winna mała Alice?
Pastor wzruszył ramionami.
– Dzieci biorą przykład z dorosłych. Niestety, prawie zawsze tylko ten zły.
– Zachowywali się przed tą karczmą, jakby chcieli dokonać samosądu. I czerpali z tego przyjemność.
– Nie wiem, co w tych ludzi ostatnio wstąpiło – odparł pastor. – Nigdy wcześniej nie byli tacy rozdrażnieni i skłonni do przemocy. Zupełnie jakby każdego roku coś uwalniało się z tej ziemi. Może to wpływ księżyca?
Eliza spojrzała na niego badawczo, niepewna, czy pastor mówi poważnie, czy żartuje.
– Przecież sam wielebny w to nie wierzy.
Uśmiechnął się w zadumie.
– Sam już nie wiem, w co wierzę. Jeśli chodzi, rzecz jasna, o to miejsce i tutejszych ludzi. Czasami myślę, że działają tu diabelskie wpływy. Zbyt wiele przypadków szaleństwa, chorób umysłowych…
Nagle pastor zorientował się, że nietaktownie poruszył przy Elizie drażliwy temat.
– Proszę o wybaczenie…
– Nic się nie stało – uspokoiła go, bardziej zaciekawiona niż dotknięta. – Czy oprócz tych przypadków w Winter Abbey były też inne?
– Kilka.
– Dawno temu?
Zeszli na bok drogi, by przepuścić stadko brudnych owiec i poganiającego je chłopaka w ceratowej czapce.
– Od kiedy tu przyjechałem, ale wtedy nie zwracałem tak na to uwagi – odpowiedział wielebny. – Teraz czasami wręcz mam wrażenie…
– Tak?
– Nie, to głupie. – Z uśmiechem pokręcił głową. – Będzie się pani ze mnie śmiała.
– Teraz to już wielebny nie ma wyjścia.
– No dobrze. Wydaje mi się, że złe rzeczy zaczęły się tu dziać od momentu, kiedy odkryliśmy ten kurhan.
– Celtycki grób?
– Nie wiem, czy celtycki. W każdym razie pogański.
– Czyli duchy?
– Jednak się pani śmieje.
– Wcale nie. Za dużo duchów mam w swoim własnym domu.
Przez chwilę szli w milczeniu.
– Niepotrzebnie zacząłem kopać w tym miejscu – odezwał się wreszcie pastor. – Zaraz przyjdzie jesień i zima, trzeba będzie wstrzymać prace. No i zostanie to tak rozgrzebane na długie miesiące.
– Może trzeba skropić to miejsce święconą wodą? Odprawić jakieś egzorcyzmy?
– Myślałem o tym, droga pani Winter, nie raz i nie dwa razy. Jeśli są tam jednak, jak podejrzewam, a nawet jestem przekonany, ludzkie szczątki, trzeba by pomodlić się bezpośrednio nad nimi, no i zapewnić im ponowny pochówek.
– Myśli wielebny, że zadowoli tym pogańskie duchy? Obawiam się, że nasze modlitwy czy też pochówek w wierze chrześcijańskiej mogą je tylko bardziej rozjuszyć.
– Jeśli jednak nic nie zrobimy, będziemy na łasce demonów – odparł z szerokim, chłopięcym uśmiechem, jak niegrzeczny uczniak. Jego przystojna twarz rozjaśniła się nagle.
– Pokrzepiająca wizja, pastorze, nie ma co.
– A jak się czuje pani mąż? – Wielebny zmienił temat, poważniejąc.
Odkąd Richard wrócił do domu, Eliza przestała urządzać spotkania w Winter Abbey, ponieważ męża denerwował hałas, a większe towarzystwo męczyło. Ze znajomymi mogła się teraz spotykać i rozmawiać tylko przy okazji swoich wypraw do miasteczka. Głównie do apteki, po lekarstwa dla Richarda.
Westchnęła ciężko. Długo zbierała myśli, nie dlatego, że nie chciała odpowiedzieć, tylko nie wiedziała, od czego zacząć.
– Jeśli to trudne, proszę nie mówić.
Thomas Skipton spojrzał na nią ze współczuciem. Zwykle promienna i uśmiechnięta młoda kobieta miała teraz bladą, ściągniętą twarz i oczy podkrążone z niewyspania. Richard źle sypiał, ona także.
– Nie – zaprotestowała słabo – to nie to. Wprawdzie łatwo nie jest, to prawda, ale po prostu nie wiem, jak opisać to, co czuję.
– A co pani czuje?
– Smutek. Smutek i strach przed tym, co może się jeszcze wydarzyć.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI