-
nowość
Panie ze Stokowego Dworu - ebook
Panie ze Stokowego Dworu - ebook
Sekrety podlaskich rodów zamknięte w zakurzonych szufladach.
W jednym z podlaskich domów, po śmierci właścicielki, zostaje odkryta stara komoda – niezwykły mebel, będący prezentem od samej Aleksandry Piłsudskiej. Jej zawartość skrywa sekrety splatające losy mieszkających w okolicy rodzin…
Celina Mioduszewska zabiera czytelników w podróż po szlacheckich posiadłościach Podlasia – od Kamiennego Dworu, przez Mazury, Ruś Starą, Zawrocie-Nowiny, Wandzin, aż po Rzębiki. Jej nostalgiczna, wielowątkowa opowieść odsłania burzliwe przeżycia kilku pokoleń kobiet, uparcie poszukujących własnego sposobu na szczęście.
Jaki wpływ na teraźniejszość będą miały echa dawnych historii, zaklęte w ruinach niegdyś tętniących życiem dworów?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8373-817-8 |
| Rozmiar pliku: | 1,9 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
powierzam Ci książkę o ludzkim życiu. Pragnę Cię przekonać o tej, niestety, smutnej prawdzie, że jest w nim zdecydowanie więcej smutku niż radości. Wcale nie trzeba wojny, żeby człowiek doświadczał zła.
W powieści teraźniejszość przeplata się z przeszłością. Zabiorę Cię do kilku domów szlacheckich wpisanych w topografię Podlasia: posiadłości Aleksandry Piłsudskiej w Kamiennym Dworze, Kiełczewskich w Zawrociu-Nowinach, Zawistowskich w Rzębikach, Jelińskich w Mazurach.
Wraz z bohaterami powędrujesz ulicami Krakowa i Warszawy, a także alejami parkowymi w Łańcucie, pochylisz się przed kapliczką w Komańczy czy powędrujesz nad Jeziorka Duszatyńskie.
Zapraszam Cię do świata szlachetnych ludzi. Możesz liczyć na niezmierzone pokłady emocji.
AutorkaBył szósty dzień grudnia. Pięćdziesięcioletnia kobieta uprzątała pozostałości po spożytym w samotności obiedzie, krzątając się po kuchni. Wszystkie media zdominowane mikołajowymi czapkami i wszystkim, co się z mikołajem wiąże, zaczęły już ją drażnić. Radość przejawiająca się barwami i dźwiękami kontrastowała ze stanem jej duszy i ubiorem. Nacisnęła na przycisk pilota i wyłączyła telewizor. Wyjrzała przez okno. Szarość podwórza dodatkowo ją przygnębiła. Poczuła się wyjątkowo osamotniona. A że nie należała do osób, które roztkliwiają się nad sobą, zeszła po stopniach solidnych dębowych schodów, założyła płaszcz i półbuty, przewiesiła torebkę przez ramię, chwyciła jeszcze w dłoń kluczyki od auta i wyszła na zewnątrz. Uruchomiła silnik samochodu, a uświadomiwszy sobie, że nie zamknęła domu, wróciła, w zamku drzwi przekręciła kluczyk, wrzuciła go – jak to wszyscy domownicy od lat mieli w zwyczaju – na wgłębienie w rynnie nad daszkiem i ponownie wsiadła do auta.
Nawierzchnia drogi uniemożliwiała przyspieszenie. Pierwsze w tym sezonie pośniegowe błoto sposobiło do poślizgu. Wystarczyła chwila nieuwagi, by błotna masa poprowadziła na stracenie auto, a jak dobrze się postara – również kierowcę. Kobieta musiała się więc koncentrować, szczególnie na łukach drogi, by nie znaleźć się na fragmencie któregoś z solidnych ogrodowych przęseł czy słupków. Przyspieszyć mogła dopiero po zjechaniu z wiejskiej drogi w powiatową, gdzie asfalt za sprawą piaskarki i soli był już zupełnie czarny.
Minęła budynek szkoły podstawowej i kościoła, po czym się zatrzymała. Parking był zupełnie pusty. Poobiednia pora gromadziła rodziny w domach. Rodziny. Ona była sama. Niezupełnie. Ale sama. Doskwierało jej to bardzo. W dzień powszedni miała zwykle obowiązki. Nazbierało się spraw urzędowych niecierpiących zwłoki, a i sprawy gospodarcze związane chociażby z zabezpieczeniem wszystkiego wokół przed zimą. Niedziela była zarezerwowana dla bliskich. Nagle stało się inaczej.
W jodłowej alei prowadzącej do cmentarnej bramy poczuła nieprzyjemną wilgoć dodatkowo wzmagającą uczucie chłodu, który zdążył dotrzeć do wszystkich członków jej ciała. Wtulona w upięty pod samą szyję kołnierz płaszcza skierowała swe kroki w prawo. Już z oddali ujrzała patrzącą w jej stronę parę oczu wyglądających zza donic chryzantem zachowanych jeszcze ze Wszystkich Świętych. Patrzyły na nią takie przenikliwe i dobre, że poczuła się lepiej. Poczucie osamotnienia, które doskwierało jej przed niespełna godziną, rozpłynęło się, przepadło, unicestwiło się.
Przystanęła. Nie modliła się. Nie potrafiła już rozmawiać z tym, którego nie widzi ani nie słyszy. Stała nieruchoma, co jakiś czas zerkając na medalion znajdujący się na nagrobku. Na małą twarzyczkę. Na obleczone w białą sukienkę ciałko, które tak często tuliła od chwili przyjścia na świat.
Pewnie poszli na spacer niebiańską aleją – pomyślała o tych dwojgu złożonych tak niedawno w osobnych sąsiadujących ze sobą mogiłach. Dobrze, że są razem. Jest przecież niedziela – podsumowała rozważania.
Dotknęła prawą dłonią fotograficzne odbicia jednej i drugiej twarzy.
– Kocham was – wyrzekła, nie do końca wierząc w to, że oni ją słyszą.
Złożywszy wyznanie, udała się do wyjścia. Czas niedzielnej gościny dobiegł końca.
•
Śmierć. Ona jej nie lubi.
•
Pokrzepiona na duchu wracała do domu. Opodal wsi wznosiła się parterowa bryła z zagospodarowanym poddaszem. Znad zwartego szpaleru wieloletnich tui z drogi widać było tylko okiennice dwóch kukułek i czerwoną blachodachówkę. Wysiadła z auta. Ciszę podwórka przerwał dźwięk telefonu komórkowego, który jak zwykle tak się zakamuflował w torebce, że nim go wygrzebała spod mniejszej i większej wagi drobiazgów, przestał dzwonić.
Zerknęła na wyświetlacz. Dzwoniła Małgosia. Natychmiast postanowiła oddzwonić. Nacisnęła znak zielonej słuchawki i po chwili usłyszała zdradzający zaniepokojenie głos córki.
– Mamo, dobrze, że cię słyszę. Nie dzwonisz, nie odebrałaś…
I nim córka skończyła wypowiedź, Emilia zareagowała.
– Nie zdążyłam. Zawieruszył mi się telefon w torebce. Ale już mam. Co u ciebie?
– Co u ciebie, mamo? Jak spędzasz dzień? Nie przyjechałaś. Czekałam.
– Ojej, Małgosiu, nie miałam siły. I ta pogoda. Rano padał deszcz. Marzło. Bałam się. Ślizgawica.
– Po obiadku?
– Tak.
– Co teraz robisz?
– Wróciłam od taty… – odpowiedziała i zamilkła.
Rozmówczyni też nie wydobywała z siebie żadnych słów. Emilia słyszała dźwięk, ale był on podobny do pochlipywania, co oznaczało rozrzewnienie córki na wspomnienie ojca. Żal jej się zrobiło dziecka, toteż udając emocjonalnie silną, zapytała:
– Małgosiu, kiedy przyjedziesz?
– Mamuś, w tygodniu nie dam rady. Jak już, to w niedzielę.
– Będę czekać.
– Uważaj na siebie. Buziaki.
Zmierzchało. Jeszcze miesiąc temu kobieta zmieniała niedzielne szaty na strój roboczy – dresy i adidasy – i szła do obory, żeby wspomóc gospodarzy w codziennym obrządku. Jej zadanie polegało na pomocy w mechanicznym udoju krów. Za namową córki wyzbyła się stada, co oznaczało koniec obowiązków tego typu. Tak więc teraz, o tej porze roku, nie miała już żadnych, nawet tych ogrodowo-gospodarczych zajęć, a że przywykła do aktywności fizycznej, czas jej się niewyobrażalnie dłużył.
Telewizja nie emitowała niczego, co mogłoby ją zainteresować, a nie chciała widzieć ani słyszeć drażniących ją mikołajkowo-świątecznych reklam.
Pomyślała o kawie i w jej głowie zrodził się pomysł na ten późnojesienny wieczór.
•
Emilia Stokowska należała do grupy kobiet o postawnej sylwetce. Nie otyła, nie przesadnie szczupła, po prostu w sam raz. Krótkie dobrze ostrzyżone blond włosy wraz z regularnymi rysami twarzy sprawiały, że odbierało się ją jako ciepłą i pozytywnie nastawioną do otaczającego świata osobę. Wszystko przemawiało za tym, by mówić o niej i zwracać się, używając zdrobnienia, a nawet spieszczenia – Emilka czy Mila.
Teraz była ubrana w dżinsy i czarny sweter, który sprezentowała jej na czas żałoby Małgosia. Po wnętrzu kuchni rozchodziło się przyjemne ciepło od kaloryferów.
Wzięła z szafki swój ulubiony kubek, podeszła do ekspresu, nacisnęła guzik wskazujący na latte, a gdy dźwięk urządzenia przerwał ciszę, kobieta na nowo uświadomiła sobie swoją samotność. Zerknęła na cyferblat stojącego w hollu zegara. Wskazywał godzinę szesnastą. Zagospodarować czas. Zwykle go jej brakowało. Teraz raptem nie wie, co z nim zrobić. Ten, za którym ciągle przez całe swoje dorosłe życie tęskniła, nagle jak za sprawą czarodziejskiej różdżki stał się wystarczająco długi. Czy było to miłe uczucie?
Wzięła kubek z aromatycznym napojem pokrytym białą pianą i udała się do sypialni. Tej, którą dzieliła z Adamem dokładnie przez trzydzieści lat.
Po przeprowadzonym w ostatnie letnie miesiące generalnym remoncie domu nie zdążyła uporządkować zawartości jednej z zabytkowych komódek. Nie pasowała w żaden sposób do sypialnianych mebli, które stolarz Tomasz robił i montował na zamówienie. Wcześniej wynieśli starą szafę, stół, krzesła, a komódki Adam nie pozwolił unicestwić. Była wyjątkowo cenna dla jego matki i szacunek do rodzicielki zdecydował o losie starego mebla.
Cecylia Stokowska wniosła ją do domu męża w latach sześćdziesiątych minionego stulecia w ramach posagu. Emilia widziała wielokrotnie, jak teściowa wyjmowała z szuflad komody chustki i korale do letnich sukienek. Na pewno zawsze wkładała do niej po zdjęciu z palca swój złoty pierścionek z rubinowym oczkiem. To Emilia wiedziała. I aż sama się dziwiła, że nie przyszło jej do głowy przez tyle lat, odkąd tu jest, wysunąć którąś z szuflad i zajrzeć, co kryje. Nie czuła takiej potrzeby. Za życia teściowej nie widziała konieczności ingerowania w jej intymność. Po jej śmierci maksymalnie zagospodarowane godziny, minuty i sekundy niweczyły wszelką ciekawość.
Teraz przystąpiła do komody z zamysłem praktycznym. Chciała w końcu zaprowadzić w niej porządek. Wyrzucić wszystko, co stare i nieużyteczne, a umieścić swoje drobiazgi, które leżały na parapecie, bo w szafkach nie było na nie miejsca. Skoro wolą Adama było zatrzymanie komódki, ona nie miała zamiaru się przeciwstawiać, mimo że ani Adama, ani jego matki nie było wśród żywych.
Cecylia znana była ze szczególnej troski o porządek w każdej dziedzinie życia. Pościel, obrusy, kożuchy, łaszki, fatałaszki miały swoje miejsce, toteż gdy Emilia otworzyła pierwszą szufladę mebla – który zawsze miała w zasięgu wzroku i po wielekroć wycierała kurz z jego blatu, przecierała ścianki i okucia – nie mogła spodziewać się niczego innego niż nienagannego ładu.
Nie myliła się. Pierwsza szuflada od góry wypełniona była różnobarwnymi chustami i chustkami oraz cieńszymi i grubszymi szalikami. Cecylia w przeciwieństwie do Emilii uwielbiała ten rodzaj kobiecej galanterii. Nosiła ją do bluzek, sukienek, garsonek i płaszczy. Wszystko było poukładane w kostkę i posegregowane w zależności od faktury i grubości tkaniny – można było przypuszczać, że stosownie do pory roku. Emilia pomyślała, że mogłaby śmiało wybrać coś dla siebie. I pewnie jeszcze jakiś czas temu by tak zrobiła, ale teraz było jej obojętne, co na siebie włoży.
Chwyciła za kolejny uchwyt mosiężnej szuflady i nim jej wzrok zdążył objąć jej zawartość, słuch, jakby biorąc się z tym pierwszym na wyścigi, wytropił dźwięk dzwonka u drzwi.
Emilia z pozycji klęczącej poderwała się na nogi i zbiegła na dół. Wyjrzała przez wizjer i otworzyła drzwi.
– Dobry wieczór, Emilko!
– Dobry wieczór! – powitała sąsiadkę.
– Zauważyłam, że nikt cię nie odwiedzał przy niedzieli, więc przyszłam zobaczyć, co u ciebie słychać, Emilko – wyznała kobieta.
– Miło z pani strony, pani Elu, zapraszam do środka.
Weszły do dużej kuchni. Elżbieta przysiadła na krześle stojącym przy stole, a Emilia zaczęła się krzątać między kuchenną szafką a zlewem. Po chwili przed sąsiadką pojawiły się pierniki w czekoladzie, sklepowe oczywiście, mandarynki i suszone śliwki.
Jadły, popijały herbatę i rozmawiały o tym, co słychać we wsi, o zbliżających się powoli świętach. Elżbieta dzieliła się informacjami o swoich dzieciach, chwaliła poczynaniami wnucząt. Więcej lat przeżyła na tym świecie niż Emilka i wiedziała, że nie powinna kierować rozmowy na sprawy ostatnio zmarłych z domu, do którego przyszła z wizytą. Nie i koniec. Nie można rozdrapywać ran. Niech się wolno goją. Każda bakteria może wywołać zakażenie. Elżbieta należała do tej grupy ludzi, którzy nie chcą zadawać innym niepotrzebnego bólu. Sformułowała bezpieczne pytanie:
– Małgosia przyjedzie w Wigilię czy w Boże Narodzenie?
– Nie wiem, pani Elu. Zasugerowała, żebym na święta pojechała do niej, do Warszawy. Ale ja się nigdzie stąd nie ruszam.
– A, skoro tak, to Małgosia przyjedzie, jestem tego pewna, Emilko! – I już wyjaśniała sąsiadce, co myśli o sposobie spędzania grudniowych świąt.
Szybko się zorientowała, że drążąc ten wątek, popełnia gafę, więc natychmiast zaczęła poruszać sprawę wypieków:
– Będziesz coś piekła?
– Może… Jeszcze nie myślałam o tym.
– Widzisz, Emilko, wszędzie mówią o tych piernikach, ale nasza podlaska tradycja nic nie ma z nimi wspólnego. U nas musi być makowiec. Mak utarty w makutrze, doprawiony i zawinięty w zagniecione własną ręką ciasto.
– Taki jak piekła świętej pamięci teściowa?
– Tak. Takich strucli, jakie piekła Cecylia, nie potrafiła żadna ze wsi.
– Mnie angażowała do krojenia skórki z pomarańczy i rodzynek. Kroiłam i poprawiałam, bo co rusz zaglądała przez ramię i orzekała, że za grubo – wspominała Emilia.
– Precyzyjna kobieta i dokładna. Nie taki tarach, jak większość.
– Makowca nie upiekę, bo to zbyt trudne dla mnie, ale sernik?
– Twoja „złota rosa” bije wszystkie serniki na głowę! Niebo w gębie! W ustach się rozpuszcza.
– Dziękuję, dziękuję, pani Elu. Może nie aż tak?
– Wiem, co mówię.
– Jak upiekę, to poczęstuję. Obiecuję.
– W zamian przyniosę ci pieroga z mojego pieca. Edzik już drewka przygotował. Napali. Pieróg będzie wychodził z pieca…
– I przyjdzie do mnie? – zażartowała.
I przy tym zdarzyło się to, co niezmiernie ucieszyło Elżbietę. Na twarzy Emilki pojawił się uśmiech, którego nie widziała od chwili śmierci małej.
A jeszcze Adam… Też nie miał kiedy, tylko teraz zabrać się z tego świata. Biedna Emilka… – pomyślała i poczuła, że musi natychmiast zawalczyć ze swoimi emocjami, by się przed Emilką nie roztkliwić. Udzielając więc odpowiedzi, patrzyła przez okno.
– Przybiegnie, Emilko, zobaczysz.
– Czas pokaże.
– A wiesz, że ta niedziela za tydzień jest handlowa? A może pojedziemy do Bielska?
– Po co?
– Połazimy po sklepach. Może coś upatrzymy? Będziemy tak siedzieć w tych chałupach? – zasugerowała na wspomnienie czasu bardziej przyjaznego dla rodziny Stokowskich, lat, które nie zdołały wpuścić do domu okrutnej śmierci.
Emilka, choć nie była do końca rada tej propozycji, nie chcąc odmawiać sąsiadce, która była dla niej tak życzliwa, potwierdziła.
– To ja wiozę – zadeklarowała jeszcze.
– Dobrze, Emilko. Jesteśmy umówione.
Wypowiadając te słowa, zerkała na zegar. Wskazywał godzinę dwudziestą piętnaście.
– To co, Emilko, już sobie pójdę. Tam Edzik już chodzi od okna do okna i zagląda, co mnie tak długo nie ma.
– Dziękuję za odwiedziny, pani Elu.
– Ty też możesz wpaść do nas. Ta sama droga – starała się zachęcić sąsiadka do przyjścia w swoje progi.
Wyszła. Wsiowe psy swoim zwyczajem zaczęły szczekać. Wiadomo było, że Elżbieta znalazła się na drodze biegnącej przez wieś. Pomimo swych siedemdziesięciu kilku lat dziarsko przemierzała odcinek dzielący te dwie rodziny Stokowskich. Oddalała się od domu, który tak nagle opustoszał i zgasł. To Cecylia pozabierała ich ze sobą – oskarżająco pomyślała o starej, jak się powszechnie na wsi mówiło, Stokowskiej. Najpierw tę małą kruszynę Małgosi, dokładnie po upływie roku Adama. Odejście Adama ostatecznie unicestwiło w nim życie.
Dom statysta.
•
Jakby w opozycji do niego ożyła nietykana od śmierci Cecylii komoda. Stylowy mebel na misternie rzeźbionych nogach. I do tego właśnie mebla miała powrócić Emilia po odejściu Elżbiety. Udała się więc na górę. Ale już w sypialni stwierdziła, że się na chwilę położy. Ułożyła się wygodnie na małżeńskim łożu. Jej wzrok skierowany w szybę śledził spadające z nieba płatki grudniowego śniegu. W świetle latarni śnieżynki były bardzo widoczne, takie lekkie i niewinne. Ich przezroczysta biel przywołała w jej pamięci wnuczkę. Westchnęła i… Znużona płaczem zasnęła.
We śnie klęczała nad szufladą komody. Wtem skrzypnęły drzwi. Stanęła w nich Cecylia. Widząc ją pochyloną nad zawartością swego mebla, do którego nikt nigdy oprócz niej nie zaglądał, bo nie było takiej potrzeby, zmierzyła ją takim przenikliwym wzrokiem, że winowajczyni omal nie zapadła się pod ziemię i ze stanowczością w głosie wyrzekła:
– Emilko, nie życzę sobie, żebyś tu zaglądała… Nie masz jeszcze mojej zgody. Kiedy zdecyduję… – nie dokończyła.
Emilka się rozbudziła. Usiadła na łóżku. Rozejrzała się wokół. Nikogo nie było. Drzwi na korytarz były zamknięte.
•
Kiedy jechały do Bielska na umówione przedświąteczne zakupy, Emilka zagadnęła Elżbietę na temat owego snu, którego za nic nie mogła wyrzucić ze swego umysłu.
– Pani Elu, przyśniła mi się teściowa.
– To musisz się pomodlić za jej duszę.
– Modlitwa za zmarłych… tak, wiem… ale…
– Co takiego?
– Postanowiłam wreszcie zrobić porządek w komódce teściowej i…
– To po co w niej grzebiesz?!
Elżbieta wypowiedziała to z takim oburzeniem, że Emilka poczuła się niezręcznie. Zaskoczona reakcją sąsiadki postanowiła, że nic więcej na ten temat nie powie. Usprawiedliwiła się tylko:
– Chciałam znaleźć w niej trochę miejsca dla swoich rzeczy. Stoją na parapecie. Chyba nic w tym złego?
– Może i nic, ale…
– No tak, zawsze jest jakieś „ale”.
To „ale” miało w sobie coś takiego, że intrygowało. I to samo „ale” wywołane chęcią zdania relacji ze snu sprawiło, że atmosfera przedświątecznych zakupów stała się oschła, a nawet niemiła. Między kobietami zrodził się dystans.
•
Elżbieta Stokowska w maju skończyła siedemdziesiąt dwa lata. Odkąd dorosłe dzieci założyły swoje rodziny i zamieszkały w mieście, egzystowała w Stokowie tylko z mężem. Edward Stokowski był od niej starszy o sześć lat i nie poruszał się tak dziarsko jak małżonka. Kobieta wiosną i latem uprawiała przydomowy ogródek, a jesienią zbierała plony z działki i owoce z sadu. Wymieniała się z sąsiadkami przepisami, by napełnić słoiki niepowtarzalnym i zupełnie nowym dla swych dzieci biologicznych i tych przybranych smakiem i aromatem ogórkowo-paprykowych sałatek czy urozmaicanych wymyślnymi przyprawami powideł.
Jej kury potrafiły wydalić tyle ekologicznych jajek, że śmiało starczyło ich dzieciom, a tymi, które zbywały, częstowała przede wszystkim Emilkę, a jak starczało to i inne sąsiadki.
Niemiła konwersacja niedzielna i wynikła z tego kiepska atmosfera towarzysząca podróży z jednej strony powstrzymywały Elżbietę przed wizytą u Emilii, a z drugiej strony prowokowały do zbadania, czy ta nie grzebie w komodzie. Cecylia wszystko spisywała… W tej chwili zrodził się w Elżbiecie paniczny strach, że Emilka mogłaby o wszystkim się dowiedzieć. Aż zakłuło ją coś w dołku w okolicy serca i tak kaszlnęła, że Edward siedzący w kuchni przed telewizorem poderwał się na równe nogi i zajrzał do spiżarni. Ujrzawszy małżonkę trzymającą się za serce, spytał zaniepokojony:
– Co ci jest? Źle się czujesz? Zadzwonię do Basi.
– Nie, nie, wszystko dobrze. Już dobrze…
Wzięła się za wkładanie jaj w kolejne wgłębienia wytłaczanki.
Edward powrócił na swoje miejsce, ale coś go zaniepokoiło w zachowaniu żony. Znał ją jak własną kieszeń i od razu wyczuł, że coś ją nurtuje. Z tych zakupów z Bielska wróciła taka milcząco nieswoja, a teraz to… W związku z tym jednak, że należał do ludzi potrafiących racjonalnie spoglądać na sytuacje, ludzi i życie, doszedł do wniosku, że wszystko się powoli wyjaśni, a zanim nadejdą święta, Elżbieta wyjawi przyczynę swej zgryzoty.
•
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji