Facebook - konwersja
Parabellum 1. Prędkość ucieczki - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Parabellum 1. Prędkość ucieczki - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
ISBN:
9788366381179
Seria:
Język:
Polski
Data wydania:
17 lipca 2019
Rozmiar pliku:
867 KB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
29,90
Cena w punktach Virtualo:
2990 pkt.

Parabellum 1. Prędkość ucieczki - opis ebooka

Pierwszy tom kultowej sagi historycznej Remigiusza Mroza!
Misternie skonstruowana fabuła, której wątki łączą się ze sobą w najmniej oczekiwanych momentach.

Jest sierpień 1939 roku, nad Polskę nieuchronnie zbliża się widmo wojny. Życie dwóch braci zmienia się z dnia na dzień, kiedy staje się jasne, że świat, jaki dotychczas znali, chyli się ku upadkowi.
Starszy sierżant Bronek Zaniewski będzie musiał zmierzyć się z wrogiem na linii frontu, podczas gdy Staszek, młodszy z braci, zrobi wszystko, by zapewnić bezpieczeństwo Żydówce, której oświadczył się tuż przed niemiecką inwazją…
Seria Parabellum to nie tylko pełna napięcia opowieść o polskiej historii, ale także okazja do spojrzenia na konflikt oczami oficera Wehrmachtu, Christiana Leitnera – jednej z ciekawszych postaci na firmamencie współczesnej polskiej literatury.

FRAGMENT KSIĄŻKI

STOPNIE W WEHRMACHCIE I SS W LATACH 1934-1940

Wehrmacht

SS

Polski odpowiednik

Szeregowi

Schütze

SS-Anwärter, SS-Mann

szeregowy, strzelec

Gefreiter

SS-Sturmmann

starszy szeregowy

Obergefreiter

SS-Rottenführer

kapral

Podoficerowie

Unteroffizier

SS-Unterscharführer

plutonowy

Unterfeldwebel

SS-Scharführer

sierżant

Feldwebel

SS-Oberscharführer

starszy sierżant

Oberfeldwebel

SS-Hauptscharführer

(SS-Stabsscharführer)

sierżant sztabowy

Oficerowie młodsi

Leutnant

SS-Untersturmführer

podporucznik

Oberleutnant

SS-Obersturmführer

porucznik

Hauptmann

SS-Hauptsturmführer

kapitan

Oficerowie starsi

Major

SS-Sturmbannführer

major

Oberstleutnant

SS-Obersturmbannführer

podpułkownik

Oberst

SS-Standartenführer

pułkownik

(brak odpowiednika)

SS-Oberführer

pułkownik liniowy/brygadier

Generałowie

Generalmajor

SS-Brigadeführer

generał brygady

Generalleutnant

SS-Gruppenführer

generał dywizji

General

SS-Obergruppenführer

generał broni

Generalfeldmarschall

SS-Reichsführer

(Heinrich Himmler)

marszałekPRZEDMOWA DO WYDANIA DRUGIEGO

Od tej książki wszystko się zaczęło. Pracę nad Parabellum zacząłem w 2011 roku i była to pierwsza powieść, którą napisałem – i ta, przy której uświadomiłem sobie, że nie chcę w życiu zajmować się niczym innym niż pisaniem.

Przepadłem w tej historii tak bardzo, że na dobre zapomniałem o realnym świecie i przez długie miesiące żyłem z bohaterami, których za chwilę poznasz. Staszek i Maria, Christian Leitner, Bronek i reszta niemal od razu stali się dla mnie tak rzeczywiści, że do dziś wspominam ich nie jako postacie z powieści, ale jako starych, dobrych znajomych, za którymi skoczyłbym w ogień.

Wracałem do ich przygód z przyjemnością, kiedy zabierałem się do redakcji tego wydania. Spodziewałem się, że czeka mnie typowo mechaniczna praca, sprowadzająca się do wygładzania języka, poprawiania scen i szlifowania tych elementów, które powodowały literacką szorstkość. W efekcie jednak powrót do Parabellum okazał się dla mnie fascynującym przeżyciem, a śledzenie losów bohaterów po raz kolejny przyniosło mi tyle samo radości, ile tworzenie ich lata temu.

Mam nadzieję, że bracia Zaniewscy, Leitner i pozostali dostarczą Ci tyle samo wrażeń, ile mnie – i że zostaną z Tobą tak długo, jak postanowili zostać ze mną.

Przed nami wyjątkowa przygoda, która prędko się nie skończy. Będziemy przyglądać się wybuchowi wojny we wrześniu 1939 roku, trafimy w miejsca, które stały się prawdziwym piekłem na ziemi, a oprócz tego zwiedzimy najdalsze krańce świata, podróżując ramię w ramię z naszymi wiernymi towarzyszami.

Ludzie, których będziemy spotykać na swojej drodze, częstokroć okażą się wcieleniem zła. Trafimy jednak też na takich, którzy gotowi będą poświęcić się dla dobra innych. Nieraz zabraknie nam pewności co do tego, kto jest sojusznikiem, a kto wrogiem. Kto w istocie spieszy nam z ratunkiem, a kto niesie za sobą zagrożenie.

Będzie niebezpiecznie, bo nasi bohaterowie walczyć będą nie tylko o własne życie i zdrowie, ale także o miłość i namiastkę poczucia bezpieczeństwa w świecie ogarniętym pożogą. Wszystkie najważniejsze elementy świata przedstawionego z kart tej trylogii powstały nie tylko za sprawą mojej wyobraźni, ale także dzięki wspomnieniom ludzi, którzy przetrwali wojenną zawieruchę. I być może właśnie to sprawia, że postacie z Parabellum tak naprawdę nigdy mnie nie opuściły.

Przygotowując to wydanie, zastanawiałem się, czy nie skrócić przydługiego wstępu, w którym poznajemy braci Zaniewskich i Marię. Ostatecznie doszedłem jednak do wniosku, że upływ lat i rozwój warsztatu to sprawy drugorzędne – najważniejsze jest dla mnie to, by udało Ci się poznać tych bohaterów w taki sam sposób, w jaki ja się z nimi zaprzyjaźniałem. I w takich samych okolicznościach, kiedy żyli swoim życiem, nie do końca świadomi tego, że za moment świat, który znali, bezpowrotnie przeminie.

Usiądź wygodnie, zapnij pasy. Przed nami długa i ekscytująca podróż, prosto do otchłani…I

Ego mitto vos sicut oves in medio luporum.

– Ja was posyłam jak owce między wilki.

EWANGELIA ŚW. MATEUSZA

OKOLICE BURKUTU, POŁUDNIOWA POLSKA, NIEDALEKO GRANICY Z RUMUNIĄ, 1939 ROK

Kanonada przekleństw odbijała się echem w głowie młodego sierżanta. Słowa reprymendy z ust dowódcy huczały obezwładniająco, ale jeszcze nieprzyjemniejszy był deszcz kropelek śliny tryskającej z ust wściekłego kapitana.

Podoficer z trudem uniósł wzrok. Starał się przeczekać nawałnicę i liczył na to, że w końcu uda mu się dojść do słowa. Wiedział, że dowódca ma rację, ale jednocześnie zdawał sobie sprawę, że nawet gdyby mógł cofnąć czas, postąpiłby tak samo.

– Sierżancie Zaniewski, jesteście nie tylko kompletnym idiotą, ale także pierdolonym psychopatą!

– Panie kapitanie, melduję, że wszelkie uszkodzenia ciała chorążego Chwieduszki są wynikiem…

– W dupie mam usprawiedliwienia. Staniesz przed sądem polowym szybciej, niż zdążysz pierdnąć po następnej grochówce.

Cała ta parszywa sytuacja związana z pobiciem przełożonego nie była pierwszym problemem, jaki kapitan Obelt, dowódca Piątej Kompanii Batalionu „Delatyn”, miał z Bronisławem Zaniewskim. Owszem, chłopak był materiałem na porządnego żołnierza, ale ujarzmienie jego wybuchowego temperamentu okazało się ponad siły przeciętnego człowieka. Zaniewski z pewnością mógł uchodzić za najlepszego strzelca w całym batalionie, jednak zupełny brak oleju w głowie skutecznie przekreślał jego szanse na dochrapanie się choćby stopnia chorążego.

Dowódca wiedział, że Zaniewski musiał zostać sprowokowany, zresztą od pewnego czasu miał na pieńku z Chwieduszką. W normalnych okolicznościach kapitan wezwałby obu i rozwiązał sytuację w ten sposób, że kazałby im ramię w ramię szalować okopy przez dwie noce z rzędu. Brak snu i ciężka wspólna praca zrobiłyby swoje. Poza tym nic nie cementowało żołnierskich relacji bardziej niż solidarne utyskiwanie na przełożonego, a oni mieliby ku temu całkiem niezły powód.

Bójka miała jednak miejsce na oczach całej kompanii, a banda debili kibicowała walczącym z nieskrywanym entuzjazmem. Obelt musiał w duchu przyznać, że w tym amatorskim starciu bokserskim było na co popatrzeć, ale przez to sprawa stała się zbyt głośna, by zamieść ją pod dywan.

Nie miał wątpliwości, że jeśli pominąć Zaniewskiego i kilkunastu innych, dostał dowództwo nad wyjątkowo nieudolnymi żołnierzami. Formalnie ich zadaniem było pilnowanie granicy z Rumunią i sprawianie wrażenia, że także tu obecne są polskie siły zbrojne. Prawda była jednak taka, że przejęli obowiązki Straży Granicznej. Jeśli doszłoby do prawdziwej walki, połowa miałaby pod siedzeniem pokaźne kałuże.

Mimo to Obelt starał się zrobić ze swoich żołnierzy ludzi. Był dla nich twardy, ale potrafił wyciągnąć pomocną dłoń, czasem może aż za daleko. Jego polityka otwartych drzwi była krytykowana przez przełożonego, dowódcę pułku, a zbyt łagodne podejście zaowocowało tym, że banda żółtodziobów za jego plecami tytułowała go „kapitanem Bełtem”.

W wyniku bójki Zaniewski miał złamany nos i podbite prawe oko, a Chwieduszko, oprócz licznych zauważalnych uszkodzeń ciała, także wstrząśnienie mózgu. Tak przynajmniej zawyrokował jeden z kompanijnych sanitariuszy. Cała masa kłopotów przez cholernego młodziaka, któremu nie wystarczyło sprawienie łomotu chorążemu – musiał mu jeszcze zasadzić kolanem w głowę, kiedy ten już słaniał się na nogach.

Teraz Bronek tkwił przed Obeltem w postawie zasadniczej, starając się wyjaśnić, co sprowokowało całe zajście.

– Panie kapitanie, chciałem tylko powiedzieć, że…

Urwał, kiedy Obelt uniósł rękę.

– Nie interesuje mnie to.

– Ale…

– Wypierdalać mi sprzed oczu, sierżancie! – rzucił. – Ale już.

Zaniewski znał dowódcę na tyle, by wiedzieć, że choćby stanął w poprzek, nic nie wskóra.

– Tak jest – odparł.

Obelt wezwał dwóch żołnierzy stojących przed jego kwaterą, którzy w blokach startowych oczekiwali decyzji dowódcy.

– Zaprowadzić do namiotu i pilnować, żeby nigdzie nie wychodził, dopóki nie wydam nowych rozkazów.

Dwóch szeregowych bez ceregieli złapało młodego sierżanta i spełniło polecenie. Bronek zaś, nie chcąc pogarszać swojej sytuacji, po chwili przestał formułować wobec nich obraźliwe uwagi i poddał się.

Kapitan usiadł na tyle wygodnie, na ile pozwalało wojskowe siedzisko, i skonstatował, że ten cholerny chłopak z pewnością zna wagę takich wartości jak honor i odwaga, ale rodzice powinni byli dać mu na pierwsze imię „bezmyślność”, a na drugie „wybuchowość”. Osobliwy człowiek.

W podoficerskim namiocie na Zaniewskiego niecierpliwie czekał inny sierżant, z którym Bronek utrzymywał właściwie braterskie stosunki. Wacław Maniura był nierozgarniętym, średnio kompetentnym, acz zawsze wesołym żołnierzem – choćby musiał robić pompki w błocie, z Obeltem na plecach.

– I co? Już mu rzeczy spakowałem – powiedział Maniura w charakterystyczny dla siebie sposób, który z początku wszystkich drażnił, ale po pewnym czasie stał się niemal folklorystycznym akcentem w kompanii.

– W łóżku też taki szybki jesteś?

– Nie wylatuje? – spytał z niedowierzaniem Maniura.

– Może nie. Bełt był wściekły, ale chyba odpuści. Wszystko zależy od tego, czy sukinsyn Chwieduszko wniesie oskarżenie… a zresztą nie wiem, psiajucha, nie znam się na tych procedurach.

– No tak, jest jak prawdziwy, wzorowy polski żołnierz. Od obijania mordy, a nie od myślenia – rzucił Maniura i zerwał się, by sparodiować salut. – Ale było nie traktować chorążego z kolana w czerep na dobranoc.

– Gdyby nie kazał jakiemuś idiocie szeregowemu naszczać mi w nocy do butów, toby nie oberwał.

– A tam, mnie też nieraz ktoś naszczał. Takie życie, czasem buty suche, czasem nie. Nigdy nie zarobi pojedynczego paska na naramienniku, jak będzie lał po mordach innych podoficerów.

– Maniura, daj mi spokój. Jedyne, czego mi teraz trzeba, to okład na łeb i sen przez bite osiem godzin. A nie dość, że jedno i drugie zobaczę jak świnia niebo, to jeszcze ty mi dupę zawracasz.

– To niech śpi, Bełt zrobi pewnie, co będzie mógł, żeby mu tę dupę uratować.

Zaniewski długo leżał na pryczy i nie mógł zmrużyć oka. Nie był osamotniony – mało kto w kompanii spał tej nocy. Różnica między nim a resztą sprowadzała się do tego, że on był uziemiony, a pozostali prowadzili wzmożone ćwiczenia bojowe. W szeregach panowała wyjątkowo napięta atmosfera, wszyscy byli nerwowi jak nigdy – i być może właśnie to stało się zarzewiem całego zajścia z Chwieduszką. Od dawna między nim a Bronkiem trwał permanentny konflikt, a do eskalacji doszło, kiedy chorąży kazał Zaniewskiemu raz za razem szorować latryny, sklecać prowizoryczne sławojki lub wykonywać inne zadania, które urągały ułańskiej duszy młodego żołnierza. Bronek odwdzięczał się, wymyślając coraz to nowe kompromitujące i obsceniczne żarty na temat przełożonego i rozpuszczając plotki o jego nocnych schadzkach z podkomendnymi. Do tego dochodziły zaczepki przy wykorzystaniu towarzyszy broni – jak ta z mokrymi butami Bronka dzisiejszego ranka.

Wszystko to z pewnością wynikało z niechęci między dwoma żołnierzami, ale prawdziwym katalizatorem scysji była atmosfera niepokoju wywołana sytuacją na granicy z Niemcami. Wszyscy w Piątej Kompanii zdawali sobie sprawę z tego, że wojna może wybuchnąć w każdej chwili.

I że świat, który znają, w okamgnieniu zmieni się bezpowrotnie.

WARSZAWA, STYCZEŃ – SIERPIEŃ 1939 ROKU

Zimowe słońce niespiesznie gasło za pokrytymi białym puchem koronami drzew, gdy dwoje młodych ludzi beztrosko przechadzało się alejkami Łazienek Królewskich. Błogą ciszę przerywały jedynie przyjemny dźwięk trzaskania śniegu pod butami oraz głosy zakochanych, którzy snuli plany na przyszłość.

Młodzieniec trzymał pod rękę swą wybrankę i cieszył się świadomością tego, że po raz pierwszy w życiu do szczęścia nie brakuje mu niczego.

Niedawno ukończył studia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego, a ponieważ osiągnął dobre rezultaty w swoich zmaganiach naukowych, malowała się przed nim wizja stałej pracy w jednym z najstarszych szpitali w mieście, u Świętego Łazarza. Do tego w życiu osobistym wszystko układało się jak najlepiej. Odbywał nawet z Marią niezobowiązujące rozmowy na temat uroku małych dzieci obrzucających się śnieżkami, co mogło stanowić preludium do podjęcia tematu małżeństwa.

Od dłuższego czasu zastanawiał się, czy nie nadeszła najwyższa pora, by zostać klientem któregoś ze znanych zakładów jubilerskich. Pochodził z dobrej rodziny o szlacheckich korzeniach, a ojciec prowadził prywatną działalność – w efekcie rodzice nie narzekali na brak pieniędzy. Gdyby zastosował umiejętną strategię, pomogliby mu sfinansować planowany zakup.

Dręczyły go jednak pewne, jakkolwiek nikłe, wątpliwości co do ślubu – wszak skończył zaledwie dwadzieścia cztery lata, a dzięki nienagannej prezencji i ujmującej osobowości nie miał kłopotów ze zdobywaniem kobiet. W jego życiu było ich nawet zbyt wiele, przez co nie bez obaw myślał o tym, że resztę życia będzie musiał spędzić wyłącznie z jedną. Owszem, kochał Marię, a ich związek trwał już cztery lata, jednak na drodze do szczęścia było kilka wybojów. Ona, absolwentka architektury, była żywiołowa i energiczna, a nawet wybuchowa, co w zderzeniu z jego stoicyzmem często owocowało krótkimi spięciami. Uważał jednak, że właśnie to czyni ich relację tak wyjątkową.

Pewien problem stanowił też jego ojciec, Władysław, który nie akceptował w pełni Marii Herensztad z powodu jej żydowskiego pochodzenia. Prawdopodobnie będzie protestował w kwestii ślubu, ale młodzieniec był pewien, że z pomocą Róży, swej matki, zdoła przeforsować własną wolę.

– Staszek – rzuciła nerwowo Maria.

– Tak?

– Słuchasz mnie, do cholery?

Był to jeden z częstych momentów, kiedy w samym środku dyskusji odpływał myślami gdzieś daleko. Nie znosiła tej jego maniery, choć była świadoma, że bez niej straciłby część swojego uroku. Sama, gdy już zainicjowała dysputę, dawała się jej całkowicie pochłonąć, tymczasem on przejawiał tendencję do obracania spraw konkretnych w abstrakcyjne i snucia myśli, które pozostawały zrozumiałe wyłącznie dla niego.

– Tak, tak, przepraszam. O czym mówiłaś?

– O wizycie Becka w Niemczech.

Zobaczywszy jej pytający wzrok, stwierdził, że szykuje się dyskusja polityczna, w którą wypadałoby choć trochę się zaangażować.

– Będzie dobrze – odezwał się. – Podobno jutro ma się spotkać z Hitlerem i Ribbentropem. Moim zdaniem będzie trochę kurtuazji, potem twardych negocjacji, a w efekcie dojdą do jakiegoś porozumienia.

– Ty i te twoje „porozumienia”. Bądźże choć raz realistą.

– Jestem.

– Niemieccy krwiopijcy tylko czekają, żeby wgryźć się nam w szyję. Nie dalej jak za parę lat będzie wojna.

– Wątpię. Są zajęci sytuacją we własnym kraju, a poza tym wiesz, że Francja i Wielka Brytania gwarantują nam pokój.

– I myślisz, że ruszą zadki, kiedy ktoś będzie okładał nasz?

Nie podzielali poglądów tych, którzy już od początku lat trzydziestych wieszczyli kolejny światowy konflikt. Jeszcze niedawno Staszek i Maria zgadzali się w przypuszczeniu, że w tej chwili narody Europy są zbyt zajęte radzeniem sobie z trudną sytuacją gospodarczą, by chwytać za broń. Jednak większość ludzi bardziej doświadczonych, z którymi rozmawiali, kiwało z politowaniem głową, słuchając tych pełnych młodzieńczego optymizmu słów. Być może dlatego Maria w ostatnim czasie zaczęła powoli zmieniać swoje stanowisko, co zaowocowało nazywaniem jej przez Staszka „naczelną polską katastrofistką”. Zwykle szybko ucinała jego komentarze, w odwecie tytułując go baranim łbem i przeprowadzając pełen czułości atak na jego starannie ułożoną grzywkę.

Cenił sobie fakt, że mógł podyskutować z nią zarówno o najnowszych spektaklach teatralnych, jak i o kwestiach związanych z polityką. W tym drugim temacie była uparta i nieustępliwa, a od pewnego czasu nie można jej było przekonać, że sytuacja w Europie się ustabilizuje. W Niemcach upatrywała źródło wszelkiego zła. Staszek jej się nie dziwił, gdyż jako osoba śledząca doniesienia ze świata doskonale zdawała sobie sprawę z sytuacji Żydów za zachodnią granicą.

Objął ją i ucinając dalszą dyskusję o wybuchu kolejnej wojny, zaproponował, że odprowadzi ją do domu.

Po drodze nadal snuła rozważania, a on, obserwując jej energiczną gestykulację, przekonanie o pełnej zasadności własnych argumentów i niepowtarzalny błysk w oku, podjął decyzję.

Miesiąc później zakończył wreszcie skomplikowany proces przekonywania ojca. Nie obyło się bez kilku ostrzejszych słów i trzaskania drzwiami.

– Synu, popamiętasz moje słowa! Ta Żydówka sprawi ci tyle problemów, że będziesz wolał mieszkać w oborze niż z nią pod jednym dachem – skwitował ojciec w swoim stylu.

W głębi serca Władysława z pewnością kryła się radość z powodu planowanych oświadczyn syna, Staszek nie był jednak pewien, czy ojciec kiedykolwiek zapomni się na tyle, by ją okazać.

Jeśli jednak chodziło o zasilenie budżetu syna, Władysław stanął na wysokości zadania. Do oszczędności zgromadzonych dzięki podejmowaniu różnych doraźnych robót Staszek mógł dodać wcale niemałą pożyczkę od ojca, którą jednak miał zwrócić w ciągu roku od podjęcia stałej pracy. Zawsze doceniał fakt, że rodzice nie rozpuszczali go dużymi zastrzykami gotówki i dawkowali wsparcie rozsądnie. Od kiedy zaś osiągnął pełnoletność, każdą kwotę traktował jako pożyczkę i przynajmniej w części zwracał.

Wydając prawie całość zgromadzonych funduszy, nabył pierścionek zaręczynowy, który wręczył Marii nad Wisłą w ciepły marcowy wieczór, kiedy drzewa i krzewy budziły się powoli do życia, a wspomnienie siarczystych mrozów wydawało się coraz bardziej odległe. Mimo że nigdy wcześniej nie widział, by uroniła choć jedną łzę, tym razem rozpłakała się i rzuciła mu się na szyję. Poczuł się przyjemnie zdezorientowany i utwierdził w przekonaniu, że podjął najlepszą decyzję w swoim życiu.

Datę ślubu wyznaczono na niedzielę, dziesiątego września 1939 roku.

W kolejnych miesiącach życie Staszka i Marii biegło spokojnie, choć oboje byli świadomi pogarszającej się sytuacji Polski. Nie zaniechali prowadzenia pełnych emocji dysput politycznych, coraz więcej czasu przeznaczali jednak na rozmowy o ślubie i wspólnej przyszłości. Prowadzili je w kawiarniach, gdzie wdychali aromaty kawy, otoczeni dymem z ich ulubionych papierosów marki Silesia. Niejednokrotnie Maria wyłamywała się, kupując drogie, perfumowane egipskie, które działały narzeczonemu na nerwy, ale była to niewielka cena, jaką płacił za delektowanie się jej obecnością.

Jeśli któryś ze znajomych chciał w ciągu dnia odnaleźć dwójkę zakochanych, mógł w ciemno udać się do „Café Adria”, gdzie przebywali najczęściej, popijając kawę Pluton. Tuż po zmroku rozpoczynały się tam dansingi, a bywalcom zawsze przygrywały zespoły składające się ze skrzypka, akordeonisty i paru trębaczy. Dwaj pierwsi grali na zmianę na podeście stanowiącym część okrągłego, obrotowego parkietu, na którym jednocześnie mogło tańczyć kilka par.

Narzeczeni zwalniali stolik, nim zaczynały się tańce, gdyż w „Adrii” robiło się dla nich zbyt tłoczno i głośno. Maria już dawno zrezygnowała z prób nauczenia Staszka fokstrota czy tak modnego tanga, bo wprawdzie był skłonny do nauki i miał szczerą ochotę nabyć parkietowych umiejętności, ale okazał się największym beztalenciem tanecznym, jakie widział świat.

W porze wieczornej, jeśli mieli ochotę napić się czegoś mocniejszego, przenosili się do „Pod Wróblem” na Mazowieckiej. Zazwyczaj było tam dość gęsto, więc gdy woleli spędzić czas w spokoju i niemal rodzinnej atmosferze, wędrowali do „Pod Dzwonnicą” na Krakowskim Przedmieściu.

Nie samymi kawiarniami jednak pary żyją, toteż pewnego dnia musiało dojść do nieuniknionej konfrontacji ojca Staszka z Marią. Władysław Zaniewski był oddanym patriotą, może nawet zbyt oddanym, gdyż miłość do Ojczyzny często przysłaniała mu trzeźwe spojrzenie na życie.

– Zapraszam Prusaków do Polski – orzekł. – O ile chcą osierocić dzieci, a swoje żony uczynić wdowami.

Była to właściwie jedna z jego bardziej umiarkowanych wypowiedzi, jednak w zderzeniu z pragmatyzmem Marii roznieciła płomień, w którym doszczętnie spłonęła nadzieja na miły przebieg kolacji w domu Zaniewskich.

– Pan oszalał? – spytała Maria, nieświadoma, że nikt w tym domu nie pozwala sobie na takie odpowiedzi wobec głowy rodziny. – Jeśli Niemcy wejdą na nasze ziemie, Sowiety nie będą długo czekać, żeby zapukać z drugiej strony. A my jak zawsze znajdziemy się między młotem a kowadłem.

– Moskale nic nie zrobią. Prędzej by się z Hitlerem pozabijali, niż poszli ramię w ramię.

– Tak się panu wydaje.

– Mnie i innym cokolwiek światłym mężom w sejmie.

Maria prychnęła z niedowierzaniem, nie dostrzegając, że matka Staszka przez cały wieczór przygląda się z uwagą zarówno jej, jak i synowi. Róża z nostalgią rozważała, jak bardzo młodszy z braci zmienił się w ciągu ostatnich kilku lat. Burza czarnych włosów na jego głowie zamieniła się w starannie ułożoną, krótko przystrzyżoną fryzurę. Wesoła twarz biegającego całymi dniami za piłką chłopca przybrała wciąż zamyślony i może nieco zbyt poważny wyraz. Obserwując te zmiany, równocześnie była zadowolona, że syn dba o siebie zarówno pod względem fizycznym, jak i umysłowym. Zaszczepili mu z Władysławem dobre nawyki. Od dzieciństwa brakowało mu jednak wytrwałości i konsekwencji we wszystkim, co robił. Próbował sił w kolarstwie i skoku wzwyż, a najlepiej radził sobie w biegach. Nie mógł wszakże skupić się na jednej dyscyplinie wystarczająco długo, by wyróżniać się spośród rówieśników. Wprawdzie parę lat temu zainteresował się nim Polski Związek Lekkiej Atletyki, ale po rodzinnej dyskusji podjęli decyzję, że kariera sportowca nie jest dla syna właściwą drogą.

Była z tego zadowolona, bo bardziej od sukcesów Staszka na bieżni radował ją fakt, że noce często spędzał na lekturze Gombrowicza, Żeromskiego czy Zapolskiej. Próbowała przekonać go też do dzieł Reymonta, jednak skończyło się na tym, że co prawda wziął do ręki Chłopów, lecz po godzinie przyszedł i oznajmił, że jeśli mama każe, to jest nawet w stanie tę książkę zjeść, przerzuć i przetrawić, ale na pewno nie przeczytać.

Przez większą część wieczoru Róża największą uwagę skupiała oczywiście na Marii, sama rzadko zabierając głos. Od dawna była zadowolona, że Staszek wreszcie znalazł dziewczynę, z którą łączy go coś trwalszego niż przelotne amory. Wiedziała, że Władysław ma obiekcje co do pochodzenia wybranki syna, i niełatwo było jej przekonać męża, że decyzja o ślubie należy wyłącznie do młodych.

Róża widziała się z Marią już kilka razy, ale jak dotąd nie miała okazji przyjrzeć się jej dokładniej ani poznać jej z tej strony, która tak urzekła Staszka. Z pewnością była kobietą piękną, choć Władysław nie omieszkał podczas rozmów z żoną stwierdzić, że „ma zbyt duży nos, właściwy niepolskiej nacji”. Róża zwykle przyjmowała taktykę przemilczania takich komentarzy, choć w duchu kwitowała je odpowiednio.

Sama z niemalże podziwem patrzyła na duże, piwne oczy Marii i jej ciemnobrązowe, kręcone włosy, jednocześnie nie mogąc się nadziwić, dlaczego przyszła synowa przycina je tak krótko. Na jej miejscu nosiłaby dłuższe loki.

Dopiero tego wieczoru miała okazję poznać jej charakter. I natychmiast zrozumiała, co przyciągało jej syna do tej kobiety: żywiołowość i pozytywna energia, która oddziaływała na wszystkich wokół.

Róża wiedziała, że te cechy Marii były niemal całkowicie nieuchwytne dla Władysława, który odnotował przede wszystkim twarde fakty: to, że ukończyła architekturę i jest inteligentną osobą, a jej rodzice brali udział w odparciu bolszewików podczas wojny roku dwudziestego. Były to właściwie jedyne argumenty, które do niego trafiały, w dodatku wciąż kręcił nosem na to, że Maria jest starsza od narzeczonego o cztery lata.

– Popamiętacie moje słowa – zagrzmiał Władysław, wyrywając Różę z zamyślenia. – Niemcy będą z zapałem gryźć polski piach! A pierwszym, który wjedzie do Berlina, będzie Bronek. Siedzący na lufie czołgu i wesoło strzepujący popiół z papierosa na schody Reichstagu!

– Niech się ojciec zastanowi, toć Reichstag spłonął – wtrącił Staszek.

Róża wróciła do swych myśli. W wychowaniu Bronisława, starszego o pięć lat brata Staszka, decydujący głos miał ojciec. Właśnie z tego względu za bezcelowe uznawała zachęcanie Bronka do czytania dzieł Reymonta czy jakiegokolwiek innego autora. Dla tego chłopaka książki były złem koniecznym, a od kiedy skończył osiemnaście lat, służyły mu przede wszystkim jako podstawki pod różnego rodzaju trunki. Czas spędzał, uganiając się za dziewczynami, wdając się w kolejne bójki oraz obrażając szkolnych nauczycieli. Ileż nerwów kosztowało ją przetrwanie w zdrowiu młodzieńczych lat starszego syna. Właśnie wtedy nazwisko „Zaniewski” dla wielu ludzi zaczęło oznaczać: „Uwaga, kłopoty”.

Jedyną rzeczą, która prócz uciech cielesnych choć trochę zajmowała jego uwagę, była nauka języków obcych. W tej sferze bił na głowę młodszego brata i w krótkim czasie opanował angielski, niemiecki i francuski. Róża nigdy nie mogła pojąć tego fenomenu.

Ojciec zawsze odnosił się do Bronka mniej stanowczo niż do drugiego syna i przymykał oko na wszystkie jego przewinienia. Staszka zaś karcił wszelkimi dostępnymi środkami, kiedy tylko ten coś zbroił.

Władysław wpajał starszemu z braci patriotyczne idee, ale tylko w znaczeniu, które sam uznawał za jedyne słuszne. Poskutkowało to kategorycznym stwierdzeniem osiemnastoletniego syna, iż zamierza zaciągnąć się do wojska. Dlatego teraz, zamiast zasiadać dziś z nimi przy rodzinnym stole, Bronek stacjonował wraz ze swym oddziałem Korpusu Ochrony Pogranicza gdzieś na granicy z Rumunią. Róża wiedziała wprawdzie, że służył w Pułku Piechoty „Karpaty”, ale niewiele jej to mówiło. Musiała jednak przyznać, że nazwa z jakiegoś powodu brzmiała dumnie.

Nie znała innych dwóch braci, którzy różniliby się między sobą tak, jak jej synowie, przynajmniej jeśli chodziło o psychikę. A jednak odmienność ta nigdy nie rzutowała na ich bezgraniczną i bezwarunkową, choć osobliwą, braterską miłość. Często dochodziło między nimi do scysji, a raz na jakiś czas nawet do rękoczynów, zazwyczaj z winy Bronka. Za każdym razem jednak po godzinie lub dwóch zachowywali się już jakby nigdy nic.

Najtrudniej było jej zaakceptować słowne utarczki na tematy polityczne. Starszy syn z uwielbieniem odnosił się do Piłsudskiego, nie śmiał zakwestionować choćby jednego słowa Marszałka. Staszek natomiast z pasją czytał Kościół, naród i państwo Dmowskiego, choć z właściwą sobie inteligencją zauważał, że pewne aspekty świata w rzeczywistości prezentują się inaczej niż w wizji przywódcy narodowców.

Róża nie pojmowała, jakim cudem pod jednym dachem wychowali i piłsudczyka, i półendeka. Pewne było jednak, że ta rodzina nie była do końca normalna.

– Panie Władysławie – podjęła Maria pojednawczym, rzadkim dla niej tonem. – Nie trawię nazistowskiej gadziny z pewnością bardziej niż pan, ale jeśli Rzesza zaatakuje, żaden polski żołnierz nie zdoła nawet przekroczyć niemieckiej granicy.

– Panno… Jeszcze panno Herensztad – odparł ojciec Staszka, kładąc nacisk na nazwisko – mamy poparcie oraz gwarancje Francji i Wielkiej Brytanii. Każdy wie, że Hitler jest nietuzinkowym tłumokiem, ale chyba nie aż takim idiotą, żeby ściągać na siebie takie siły, nieprawdaż? Jesteśmy bezpieczni.

Róża znów się wyłączyła. Zastanawiała się, co robi starszy syn. Na granicy z Rumunią jest i powinno być spokojnie, byle tylko wojsko o niego dbało. Miała nadzieję, że jego służba w Korpusie szybko dobiegnie końca i Bronek zostanie przeniesiony do Warszawy. Od kiedy opuścił dom, widziała, że Staszkowi brakuje jakby części własnej duszy. Wyjazd starszego brata okazał się dla niego utratą czegoś więcej niż okazji do sprzeczek – podczas pierwszych lat nieobecności Bronka wycofał się w głąb siebie, stracił niegdyś nieopuszczającą go chęć osiągnięcia niezależności. Przy starszym bracie Staszek starał się prezentować jako ten dojrzalszy i niepotrzebujący przewodnika, potem utracił motywację.

Sytuacja zmieniła się dopiero, gdy związał się z Marią. Obserwując teraz syna, doszła do wniosku, że czuje się przy narzeczonej tak naturalnie i swobodnie, że jest na powrót sobą.

– Kobieto, czy ty choć raz mogłabyś zabrać głos w poważnej dyskusji, zamiast pogrążać się w swoich fantasmagoriach? – Władysław zwrócił się do żony w charakterystyczny dla siebie sposób. – Oczywiście, że nie! Ale ze swoimi kumami godzinami potrafisz świergotać o tym, czy Frania z Janem wezmą ślub albo czy dywan w domu Karkowskich jest turecki czy perski!

Maria już wcześniej zauważyła, jak szybko Róża potrafi odpłynąć myślami, zupełnie jak Staszek. Ucieszyło ją to, gdyż wyczytała kiedyś, że jeśli syn przejmuje cechy osobowości matki, traktuje kobiety z szacunkiem i nie jest zdolny wyrządzić im krzywdy. Nie wiedziała, na ile te poglądy są zgodne z rzeczywistością, ale gdyby inna dziewczyna przeszła w rodzinnym domu tyle, co ona we własnym, też chwytałaby się nawet najmniej racjonalnego argumentu świadczącego o spokojnym usposobieniu kandydata na męża.

Jej ojciec wiele razy podnosił na matkę nie tylko głos, ale także rękę i wszelkie przedmioty, jakie znalazły się w zasięgu. Awantury zdarzały się kilka razy w miesiącu, co już jako dziecko uważała za rzecz nienormalną, gdy porównywała własną sytuację rodzinną z tym, co działo się w domach koleżanek i kolegów.

Swój obecny stan, który w rozmowach ze Staszkiem określała jako „brak objawów chorobowych psychiki”, zawdzięczała tylko temu, że od początku do końca rodzinnej gehenny ważyła się nazywać rzeczy po imieniu. Jeśli ojciec uderzył matkę, nie starała się go usprawiedliwiać. Przeciwnie, mimo że kochała ojca, wiedziała, że jego zachowanie to bestialstwo, przejaw ohydnego zwierzęcego zewu, niepasującego nie tylko do człowieka, ale nawet do dawno wymarłych pitekantropów.

Podczas kolacji Maria zauważyła, że wprawdzie ojciec Staszka odnosił się do żony karcąco, ale jego uwagi były raczej czułostkowymi zaczepkami niż wyrazem wrogości. Ich relacje bardziej przypominały przekomarzanie się dwójki uczniów szkoły podstawowej niż kłótnie małżeńskie.

Znajdowała w tym analogię do sytuacji między Staszkiem a nią. Była pewna, że mimo kąśliwych uwag, których jej nie szczędził, nigdy nie podniósłby na nią ręki, co więcej, prędzej dałby się powiesić, niż pozwoliłby ją skrzywdzić.

Zawsze starała się patrzeć pragmatycznie na otaczający ją świat, a naturalne odruchy wynikające z emocji traktować jako drogowskazy dla własnego działania. Tego wieczoru, obserwując małżeństwo Zaniewskich, nie mogła odegnać od siebie myśli o swojej tajemnicy. Tajemnicy, którą znali ona, jej matka, dwójka rodzeństwa… oraz pewien człowiek, dzięki któremu nie poniosła konsekwencji swojego czynu.

Nawet Staszkowi nigdy nie zwierzyła się z tego, że z zimną krwią zamordowała własnego ojca.

Człowiek dopuszczony do rodzinnej tajemnicy nazywał się Holzer. Nie wiedziała, czy to jego imię, pseudonim czy nazwisko – a jeśli nawet nazwisko, to czy prawdziwe. Był znajomym brata jej matki, wujka Emanuela. Nie trzeba było znać Holzera, by wiedzieć, że to typ podejrzany, prowadzący mętne interesy. Miał ostre rysy twarzy, nieustannie podkrążone oczy, wzrok psychopaty i potężne mięśnie, a do tego poruszał się jak polujący tygrys. Chodząc po ulicy, budził w ludziach uzasadnioną obawę, że zaraz może zaatakować każdego, kto krzywo na niego spojrzy.

Wujek Emanuel często gościł w ich domu, dwa czy trzy razy przyprowadził Holzera i kilkakrotnie prosił rodziców o pieniądze. Ojciec w obecności powinowatego i jego kuma zachowywał się chłodno, ale spokojnie. Uprzejmie odmawiał takim prośbom, zresztą nigdy nie był blisko z rodziną matki Marii. Awantury zaczynały się wraz z zamknięciem drzwi przez gości. Ojciec zmieniał się nie do poznania i po którejś z takich wizyt mocno popchnął matkę na framugę drzwi. Miała rozcięty łuk brwiowy, jej twarz niemal od razu zalała się krwią. Widząc to, mała Maria rzuciła się na ojca i okładała go piąstkami tak długo, aż zabrakło jej sił.

Za plecami ojca matka kilka razy pożyczyła pieniądze Emanuelowi i Holzerowi, dzięki czemu oprócz coraz głębszej braterskiej miłości zyskała także przychylność Holzera. Wiedziała więc, do kogo zwrócić się o pomoc w ukryciu morderstwa – bo właśnie morderstwem był czyn, którego Maria dopuściła się wiele lat później. Zawsze nazywała rzeczy po imieniu.

Rzadko wracała myślami do dramatu, który rozegrał się tamtej nocy, a już z całą pewnością nie miała zamiaru komukolwiek o nim mówić. Wszystko wydarzyło się wówczas tak szybko, że nie miała chwili na zastanowienie – podjęła decyzję, by ratować matkę. Decyzję czysto pragmatyczną, choć podyktowaną przypływem burzliwych emocji.

Początkowe wyrzuty sumienia były tak duże, że wiele nocy nie spała i pogrążała się w coraz większej apatii. Po pewnym czasie z pomocą matki i sióstr zaczęła wracać do siebie, choć ostatecznie odbudowała się dopiero przy Staszku.

To, co zrobiła, upchnęła w najdalsze zakamarki umysłu. I była przekonana, że nikt nigdy nie dotrze do prawdy.

Ciąg dalszy w wersji pełnej
mniej..

BESTSELLERY