-
nowość
Parada śmierci - ebook
Parada śmierci - ebook
W przeddzień Parady Pary w Wolsztynie ktoś znajduje ciało znanego blogera kolejowego w kabinie zabytkowej lokomotywy. Policja chce szybkiego rozwiązania, partnerzy chcą ciszy, a Marta Kasperska, fotografka i koordynatorka promocji stacji parowej, widzi od razu, że śmierć nie była wypadkiem. Im głębiej wchodzi w sprawę, tym wyraźniej dostrzega, że za miłością do kolei stoją nie tylko pasja i pamięć, ale też prywatne kolekcje, znikające dokumenty i stare sekrety, których ktoś pilnuje do dziś. Parada Śmierci to kryminał regionalny osadzony w świecie parowozów, archiwów i małego miasta, które za dobrze zna własne przemilczenia.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 1,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
© Marek Wolski, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Niniejsza powieść jest dziełem fikcji. Postaci, miejsca, instytucje i wydarzenia zostały literacko przetworzone. Wszelkie podobieństwo do rzeczywistych osób, podmiotów lub zdarzeń nie oznacza ich bezpośredniego odwzorowania.
Wydanie elektroniczne przygotowane do dystrybucji w Empik Selfpublishing.
Gatunek: kryminał regionalny / powieść detektywistyczna
Język wydania: polski
Seria: Miasto pod parą
------------------------------------------------------------------------ROZDZIAŁ 2 — TEREN ZAMKNIĘTY
Pierwszy radiowóz wjechał na teren stacji parowej po sześciu minutach, drugi po dziewięciu, a wrażenie, że noc rozpadła się na kawałki, pojawiło się od razu.
Światła niebieskie nie miały tu sensu. Odbijały się od czarnego metalu lokomotyw i od szyb w sposób teatralny, jakby ktoś źle ustawił scenę do spektaklu, który nigdy nie powinien się zacząć. Ludzie, którzy jeszcze przed chwilą kończyli zwykłą robotę, teraz stali w grupkach i mówili za cicho albo za szybko. Ktoś wyłączył muzykę ze strefy technicznej. Ktoś inny zaczął przesuwać barierki bez żadnego polecenia, bo ręce musiały coś robić.
Marta stała przy bocznym filarze z ramionami skrzyżowanymi ciaśniej, niż było jej wygodnie. Aparat wisiał bez sensu u boku. Statyw nadal miała przewieszony przez ramię, jakby nie zdążyła odłączyć się od poprzedniego wieczoru i wejść w ten nowy.
Dwa razy podeszła do niej ta sama policjantka z pytaniem, czy już składała wstępne zeznanie. Za drugim razem Marta odpowiedziała tylko, że tak. Nie brzmiała nieuprzejmie. Była po prostu zbyt skupiona na tym, co działo się kilka metrów dalej, przy lokomotywie numer pięć.
Kabina była już odcięta taśmą. Technik w rękawiczkach schodził po stopniach ostrożnie, niemal z przesadą, jakby każdy ruch mógł coś zetrzeć, przesunąć, skompromitować. Dwóch funkcjonariuszy rozmawiało z Januszem Binerem. Janusz trzymał ręce w kieszeniach i miał twarz kogoś, kto nienawidzi sytuacji, w których musi odpowiadać na pytania ludziom młodszym od własnych narzędzi.
– Marta.
Odwróciła się.
Damian Rybak szedł do niej szybkim, ekonomicznym krokiem, z notatnikiem w dłoni i miną człowieka, który nie lubi dostawać spraw w środku nocy, ale lubi jeszcze mniej udawać, że go to zaskakuje. Miał na sobie ciemną kurtkę policyjną rozpiętą pod szyją i włosy przyklepane tak, jakby przejechał dłonią po głowie raz, w radiowozie, i uznał temat za załatwiony.
Widzieli się wcześniej przy różnych incydentach związanych z Paradą, drobnych kradzieżach, zgubionych dzieciach, dwóch pijanych mężczyznach, którzy rok temu próbowali wejść na parowóz od złej strony i jeden rozwalił sobie kolano. Znali się na tyle, by nie tracić czasu na uprzejmości.
– Ty znalazłaś ciało? – zapytał.
– Tak.
– Dotykałaś go?
– Nie.
– Kto był z tobą?
– Nikt. Wróciłam po statyw.
Pokiwał głową i zanotował to, choć Marta miała wrażenie, że i bez zapisu zapamiętałby każde słowo. Damian Rybak miał tę odmianę twarzy, przy której ludzie od razu mówili więcej, niż planowali, bo wyglądał, jakby i tak zaraz sam doszedł do reszty.
– O której ostatni raz widziałaś go żywego?
– Nie widziałam go dzisiaj bezpośrednio. Około dwudziestej trzeciej dostałam od niego wiadomość. Eryk pytał chwilę później, czy go nie widziałam.
– Wiadomość zachowaj. Nie kasuj nic.
– Nie zamierzałam.
Spojrzał na nią uważniej.
– Co?
– Masz tę minę.
– Jaką?
– Tę, przy której za chwilę powiesz, że to nie wygląda ci na wypadek.
Przez chwilę milczała. Nie dlatego, że nie chciała odpowiedzieć. Raczej dlatego, że chciała sformułować to dokładnie.
– Nie wygląda – powiedziała w końcu. – Jest za równo.
Jedna brew drgnęła mu prawie niezauważalnie.
– To znaczy?
– Ręce. Ułożenie. I stopnie pod kabiną. Ślady nie pasują do kogoś, kto źle stanął i spadł.
Rybak nie skomentował tego od razu. Zanotował kolejne dwa słowa.
– Dobrze. Opowiesz to jeszcze technikowi.
– Już powiedziałam pierwszemu policjantowi.
– To powiesz drugi raz.
Z terenu za jego plecami dobiegł czyjś podniesiony głos. Eryk Milewski próbował wejść pod taśmę, tłumacząc, że odpowiada za partnerów, za rano, za kryzys, za wszystko. Funkcjonariusz z patrolu zatrzymał go ręką w sposób uprzejmy, ale ostateczny. Eryk odskoczył, spojrzał w stronę Marty, jakby to ona miała potwierdzić, że jest tu potrzebny bardziej niż policja.
– Nie teraz – powiedziała, zanim zdążył do niej podejść.
– Ale ja muszę wiedzieć, co mamy mówić o ósmej rano – syknął. – Tomasz już dzwonił dwa razy. Urząd też. Jeśli to wypłynie przed komunikatem…
– Eryk.
Damian nie podniósł głosu, ale wystarczyło. Milewski przeniósł na niego wzrok z mieszaniną urazy i wyrachowania.
– Panie podkomisarzu, my jutro mamy tu tysiące ludzi.
– A dzisiaj ma pan zamknięty teren.
– Ja rozumiem, tylko…
– To dobrze. Proszę stać po tamtej stronie taśmy.
Eryk otworzył usta, po czym je zamknął. Odszedł o kilka kroków, ale nie dalej. Stał w świetle lampy roboczej z telefonem przy piersi, jak człowiek, który chciałby jednocześnie zarządzać kryzysem i nie być z nim kojarzony.
Chwilę później już do kogoś szeptał. Marta nie słyszała słów, tylko rytm: uspokajanie, odsuwanie, obietnica porannej wersji. Z daleka wyglądało to prawie komicznie. Trup w kabinie, technicy przy stopniach, policja na hali, a Eryk nadal próbował utrzymać nad wszystkim cienką warstwę języka, w której nic nie brzmi ostatecznie.
Marta odprowadziła go wzrokiem.
– On zaraz zacznie mówić ludziom, że to nieszczęśliwy wypadek – powiedziała.
– A ty zaraz zaczniesz mi mówić, co mam robić z własną sprawą?
Popatrzyła na niego chłodno.
– Jeśli chcesz wersję wizerunkową, to nie.
Na moment coś przypominającego cień uśmiechu przeszło mu po twarzy. Zniknęło od razu.
– Wizerunkową wersję i tak już ktoś właśnie pisze – dodała ciszej. – Słyszysz, jak oni mówią?
Rybak zerknął w stronę grupki technicznych i wolontariuszy przy wejściu.
– Słyszę, że próbują ustalić, jak bardzo mają się bać.
– Nie. Próbują ustalić, jak o tym opowiadać rano.
To była różnica, którą małe miasta rozumieją szybciej niż policja. Strach przychodzi po człowieka falami. Opowieść przychodzi od razu.
– Telefon ofiary widziałaś?
– Nie.
– Przy nim go nie było.
To zatrzymało ją bardziej niż cokolwiek od chwili, gdy zobaczyła ciało.
– Może wypadł.
– Może – powiedział. – Ale na razie go nie mamy. A człowiek taki jak Radecki nie wchodzi nocą na teren bez telefonu w kieszeni, jeśli liczy na rozmowę, przewagę albo dowód.
Spojrzała odruchowo w stronę kabiny. Wspomnienie otwartych drzwi i tych dwóch śladów na stopniu wróciło z nieprzyjemną ostrością.
– Ktoś mógł go zabrać po tym, jak go znalazłam?
– Każdy mógł wiele rzeczy, zanim zamknęliśmy miejsce. Dlatego pytam.
– Ja go nie ruszałam.
– Wiem.
Nie wiedziała, czy naprawdę jej wierzy, czy tylko odkłada ten temat na później. W policyjnych rozmowach "wiem" często znaczyło tylko "zanotowałem".
Technik kryminalistyki zbliżył się do nich, poprawiając maseczkę pod brodą.
– To pani znalazła? – zapytał Martę.
Skinęła głową.
– Pokaże mi pani dokładnie, skąd weszła i co pani widziała?
Zaprowadziła go do lokomotywy, zatrzymując się tuż przed taśmą.
– Tędy. Statyw stał przy filarze. Drzwi były uchylone. Zawołałam, nikt nie odpowiedział. Weszłam na stopień, odsunęłam drzwi i zobaczyłam go w środku.
– Dotykała pani czegoś?
– Uchwytu i drzwi.
– Tylko?
– Tylko.
Wskazała miejsce na stopniu.
– Tu były ślady. Jeden cięższy, drugi płytszy. Jakby ktoś schodził ostrożnie.
Technik przykucnął, przyjrzał się powierzchni, po czym zerknął na nią bez wyraźnej reakcji. Marta znała ten wzrok. Fachowcy nie lubili, kiedy cywile mieli własne obserwacje, nawet jeśli te obserwacje okazywały się trafne.
– Zobaczymy – mruknął.
Zobaczymy. Najbardziej neutralne słowo świata i jedno z najbardziej irytujących.
Kiedy wróciła pod filar, Maro już zniknął. Został po nim tylko zwinięty przewód i pusty kubek po kawie na skrzyni transportowej. Janusz nadal rozmawiał z policją. Eryk nadal krążył po granicy taśmy. Dwóch wolontariuszy siedziało na ławce przy wejściu i patrzyło przed siebie z twarzami ludzi, którzy pierwszy raz zobaczyli, że wydarzenie może się rozpaść.
Telefon Marty zawibrował znowu. Matka.
Nie odebrała od razu. Patrzyła jeszcze sekundę na kabinę, na czerwony metal, na taśmę policyjną, która w tym miejscu wyglądała absurdalnie jaskrawo.
W końcu przesunęła palcem po ekranie.
– Mamo, nie teraz.
– Co się stało?
Ton matki był za szybki. Ktoś już zadzwonił. Oczywiście.
– Skąd wiesz, że coś się stało?
– Bo dzwoniła Irena od Binerów. Powiedziała tylko, że na terenie są radiowozy i żebyś oddzwoniła, kiedy będziesz mogła.
Marta zamknęła oczy na jedną sekundę.
W małym mieście informacja poruszała się zawsze szybciej niż sens. Najpierw szedł ruch. Znaczenie pojawiało się dopiero później, sklejone z pół zdań, gestów i czyjegoś tonu głosu.
– Zginął człowiek – powiedziała. – Jestem jeszcze na miejscu.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Kto?
– Paweł Radecki.
– Ten z internetu?
– Tak.
Matka wypuściła powietrze cicho, jakby sama stała pod tą halą.
– Wracasz dziś?
– Nie wiem. Pewnie późno.
– Masz coś zjeść?
– Mamo.
– Pytam normalnie.
– Tak, mam. Zadzwonię później.
Rozłączyła się, zanim pytania zdążyłyby się rozrosnąć. Przez moment po prostu stała i patrzyła na własne odbicie w ciemnym ekranie telefonu. Wyglądała na nim starzej niż godzinę wcześniej.
Rybak wrócił po kilku minutach.
– Będziemy jeszcze zabezpieczać część terenu do rana. Ty na dziś skończ.
– To nie jest pytanie?
– Nie.
– A jeśli chcę zostać?
– To chcesz źle.
Zmrużyła oczy.
– Nie wchodź mi pod nogi, Marta. I niczego nie publikuj.
– Serio?
– Serio. Do czasu oględzin i formalnego komunikatu.
– Nawet że wydarzył się incydent?
– Nic, czego nie uzgodni urząd i dyżurny.
Prawie parsknęła.
– Czyli najpierw partnerzy, potem prawda.
– Czyli najpierw zabezpieczenie sprawy.
Patrzyli na siebie przez moment z dobrze znaną sobie irytacją dwóch ludzi, którzy częściej mają rację częściowo niż całkowicie.
– Dobrze – powiedziała w końcu. – Ale to nie był wypadek.
– Możliwe.
To było więcej, niż dał jej wcześniej.
– Możliwe? – powtórzyła.
– Możliwe – powiedział. – I właśnie dlatego lepiej, żebyś poszła do domu.
Skinęła głową, choć wcale nie miała zamiaru po prostu pójść do domu i przestać myśleć.
Ruszyła powoli w stronę wyjścia głównego. Po drodze minęła strefę partnera, nadal niedopiętą, z jedną tablicą odchyloną pod złym kątem. W świetle policyjnych lamp logo partnera wyglądało jak reklama przyczepiona do cudzego nieszczęścia.
Przy bramie obejrzała się jeszcze raz.
Lokomotywa numer pięć stała nieruchomo, jak stała przez cały wieczór. Taśma odgradzała ją od reszty hali cienką, absurdalną linią, jakby dało się odciąć śmierć od miejsca, które już ją przyjęło.
I wtedy uświadomiła sobie coś jeszcze.
Paweł pisał do niej o dwudziestej trzeciej. Eryk szukał go kilka minut później.
To było za blisko siebie, żeby uznać to za zwykłe mijanie w tłumie.
Jeśli Eryk naprawdę szukał Pawła, to albo wiedział, że ten powinien już dawno wyjść, albo wiedział, z kim Paweł miał się widzieć. W obu wersjach było coś, o czym nikt jeszcze nie mówił głośno.
I właśnie dlatego noc nie chciała się dla niej skończyć. Bo śmierć Pawła nie wyglądała już jak jeden zły moment. Wyglądała jak punkt, do którego kilka osób dochodziło z różnych stron, każda z własnym interesem, własnym językiem i własnym powodem, żeby potem udawać, że znalazła się tam przypadkiem. Kabina była uchylona dopiero, kiedy wróciła po statyw.
To oznaczało, że między wiadomością, pytaniem Eryka i jej powrotem wydarzyło się bardzo niewiele czasu.
Wystarczająco mało, żeby ktoś działał szybko.
Wystarczająco dużo, żeby zabrać telefon.ROZDZIAŁ 3 — RANO PO ŚMIERCI
Rano przyszło za szybko i bez żadnej łaski.
Marta obudziła się po trzech godzinach płytkiego, poszatkowanego snu. Najpierw widziała uchylone drzwi kabiny. Potem ręce Pawła. Potem stopień z dwoma śladami, coraz wyraźniejszy za każdym razem, choć przecież nocą widziała go tylko przez kilka sekund. O piątej trzydzieści pięć przestała udawać przed sobą, że jeszcze zaśnie.
W kuchni matowe światło wlewało się przez firankę, a ekspres wydawał ten znajomy, szorstki dźwięk, który zwykle ustawiał jej dzień na właściwe tory. Dzisiaj tylko potwierdzał, że dzień już ruszył, niezależnie od tego, czy była gotowa.
Na telefonie miała dziewięć nieodebranych połączeń i dwadzieścia trzy wiadomości.
Trzy od matki. Dwie od Maro. Jedna od Doroty Biner bez treści, tylko: „Jesteś?”
Reszta od Eryka.
– A kiedy niby miało nie żyć – mruknęła do kubka.
Włączyła dane. Telefon zapulsował natychmiast. Powiadomienia z lokalnych grup, dwa screeny od Leny Kubiak, link do pierwszej wzmianki na portalu z Zielonej Góry, gdzie nie znano jeszcze nawet nazwiska zmarłego, ale już pisano o "tajemniczej śmierci na terenie stacji parowej". Ktoś wrzucił zdjęcie radiowozów zza bramy i podpisał je: „Coś grubego przed Paradą”. Komentarze rosły jak pleśń.
Nie otwierała ich.
Kawa była zbyt gorzka. Wypiła pół i włożyła tę samą kurtkę co wczoraj. Aparat zostawiła. To był pierwszy odruch, który przyszło jej stłumić. Dzisiaj wszystko, co zrobi obiektywem, będzie już wyglądało inaczej, choćby technicznie było bez zarzutu.
W samochodzie zadzwoniła do matki, zanim matka zdążyła zadzwonić do niej.
– Jedziesz? – zapytała Elżbieta Kasperska bez powitania.
– Jadę.
– Jadłaś coś?
– Kawę.
– To nie jest jedzenie.
– Mamo.
– Pytam, bo z twojej miny wczoraj przez telefon było wiadomo, że i tak nic nie zjesz.
Marta wycofała z parkingu, zerkając w lusterko.
– Nie mam dziś siły się z tobą kłócić.
– To się nie kłóć, tylko przyjedź wieczorem. Zrobię zupę.
– Mówisz jakby to miał być zwykły dzień po zwykłej zmianie.
– Bo jak człowiek zacznie wszystko traktować jak koniec świata, to potem nie umie już wrócić do stołu.
Na to nie miała odpowiedzi. Matka czasem mówiła rzeczy, które brzmiały jak banał dopiero do chwili, kiedy człowiek zostawał z nimi sam.
– Zadzwonię – powiedziała tylko.
Gdy dojechała pod stację parową, miasto było już na nogach. Nie dlatego, że była sobota. Dlatego, że miało na co patrzeć.
Przy ogrodzeniu stali ludzie z kubkami kawy na wynos, jakby przyszli sprawdzić, czy cudze nieszczęście potwierdzi to, co usłyszeli przez telefon. Dwóch mężczyzn opierało się o rowery. Kobieta w jasnej kurtce mówiła coś do kogoś z telefonem przy uchu i co chwilę spoglądała przez bramę. Policja zdjęła już część taśm, ale główne wejście nadal było kontrolowane. Ruch techniczny mieszał się z tym specyficznym rodzajem ciekawości, który małe miasto uważa za formę uczestnictwa.
Przy budce z kawą po drugiej stronie ulicy właścicielka ustawiła już dodatkowy termos, jakby wyczuła, że z nieszczęścia też robi się dziś poranny ruch. Dwóch nastolatków próbowało nagrać coś ponad ogrodzeniem telefonem wyciągniętym nad głową. Jeden z policjantów machnął w ich stronę krótko i bez przekonania. Tu nikt nie łudził się, że da się całkowicie zamknąć widok. Można było tylko opóźniać jego obieg.
Rybak stał przy radiowozie z papierowym kubkiem i rozmawiał z technikiem. Skinął jej głową, ale nie podszedł. To było wystarczająco czytelne: jeszcze nie teraz.
Za to Eryk dopadł ją po dziesięciu krokach.
– Nareszcie. – Miał przekrwione oczy i świeżą koszulę, co razem dawało efekt człowieka, który spał może godzinę, ale zdążył się przepakować w wersję kryzysową. – Urząd chce komunikat do dziewiątej. Partner główny naciska, żeby podkreślić, że wydarzenie odbywa się zgodnie z planem, o ile policja nie zdecyduje inaczej. Ja wiem, że to brzmi źle, ale partner…
– Eryk.
– Nie, posłuchaj. Mamy trzy tysiące wejść tylko z przedsprzedaży, autokary są w drodze, noclegi są opłacone, ludzie jadą z Poznania, z Wrocławia, z Niemiec…
– Eryk.
Zamilkł na sekundę.
– Co.
– Nie będę ci pisać komunikatu, w którym człowiek staje się incydentem logistycznym.
Przesunął językiem po wewnętrznej stronie policzka.
– To nie jest fair.
– To jest dokładnie fair.
– Marta, ja próbuję uratować wydarzenie.
– A ja próbuję nie zgubić resztek przyzwoitości o ósmej rano.
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu, a potem Eryk opuścił wzrok i przejechał dłonią po karku.
– Dobrze. To napisz chociaż wersję roboczą bez taniej empatii. Coś neutralnego. Że doszło do śmierci jednej osoby, że służby pracują, że program może ulec zmianie. Nic więcej.
Na słowie „śmierć” zawahał się prawie niedostrzegalnie, ale jednak. I właśnie to było w tym wszystkim najbardziej męczące: nawet ludzie, którzy próbowali mówić uczciwie, wchodzili najpierw naokoło, jakby proste nazwanie faktu już samo w sobie było przesadą.
To już brzmiało bardziej jak prośba niż rozkaz.
– Wyślę ci trzy zdania – powiedziała. – Bez obietnic i bez pudru.
– Dobrze.
– I nie użyjesz słowa "incydent".
– Dobrze.
Wyciągnął do niej telefon z gotową notatką, ale nie wzięła go. Weszła do biura organizacyjnego, usiadła przy najbliższym stole i napisała komunikat od zera:
Wysłała to Erykowi, zanim zdążyła znienawidzić każde z tych zdań.
Telefon zadzwonił niemal natychmiast. Lena Kubiak.
Odebrała.
– Powiedz mi, że nie zginął ktoś od partnerów, bo wtedy to już jest powieść – wypaliła Lena zamiast powitania.
– Miło, że zaczynasz od literatury.
– Marta, pytam serio.
– Nie powiem ci nic przez telefon.
– To chociaż powiedz mi, czy policja wyklucza udział osób trzecich.
– Nie.
Po drugiej stronie zapadła sekundowa cisza. Lena nie była głupia. Umiała wyczuć wagę jednego słowa.
– Czyli nie wyklucza.
– Powiedziałam "nie".
– To wystarczy. Dzięki.
– Lena…
Ale już się rozłączyła.
Marta odłożyła telefon na stół i przez moment patrzyła na ścianę z planem wydarzenia. Strzałki, kolory, nazwy stref. Ruch ludzi rozpisany tak, jakby ruch ludzi kiedykolwiek naprawdę dało się rozpisać. W prawym dolnym rogu ktoś dopisał markerem „WC VIP”, bo przez trzy dni nikt nie zauważył, że partnerzy też mają pęcherze.
Wzięła głęboki oddech i otworzyła laptop.
Zanim dopuści do siebie kolejną cudzą wersję zdarzeń, chciała sprawdzić własną.
Zdjęcia.