Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Paradoks Zuzanny - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
31 marca 2026
1690 pkt
punktów Virtualo

Paradoks Zuzanny - ebook

W tajemniczych okolicznościach znika siostrzenica wiceministra sprawiedliwości. Nazajutrz po zaginięciu na jedną z warszawskich komend zgłasza się mężczyzna, który twierdzi, że stoi za porwaniem dziewczynki. Oświadcza, że zdradzi miejsce jej przetrzymywania wyłącznie młodej psycholog Zuzannie Soleckiej pod warunkiem, że ta rozwiąże pewną zagadkę. Rozpoczyna się wyścig z czasem: uwięzionej dziewczynce go brakuje, a Zuzanna musi stoczyć psychologiczny pojedynek z porywaczem o życie dziecka.

Sebastian Konowoł od wielu lat interesuje się historią, głównie dziejami starożytnego Rzymu i I Rzeczypospolitej, a także starożytnej Grecji, Egiptu i dawnych cywilizacji Bliskiego Wschodu. Zwiedził wiele krajów, gdzie można było odnaleźć ślady rzymskiej cywilizacji, między innymi Turcję, Tunezję, Egipt, Włochy i Macedonię. Odwiedził także wiele miejsc i zamków w Polsce, gdzie nadarzyła się sposobność, by na własne oczy ujrzeć historię dawnej Rzeczypospolitej. Od najmłodszych lat kocha kino i filmy historyczne, które sprawiły, że zapragnął pisać powieści i tworzyć własnych bohaterów osadzonych w dawnych, niezwykłych czasach.
Profil na Instagramie: historia_literacko

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8308-893-8
Rozmiar pliku: 739 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

W poniedziałkowy poranek krajowe media z prędkością światła obiegła wiadomość, że ubiegłej nocy doszło do porwania siostrzenicy wiceministra sprawiedliwości, ośmioletniej Justyny Strzępień. Zdjęcia polityka pojawiały się w telewizji równie często, a nawet częściej niż jego chrześnicy – wszak to ona była teraz poszukiwana przez policję w Warszawie. O tym, iż było to porwanie, a nie zaginięcie, świadczyły ślady znalezione w pokoju dziewczynki: wyraźnie wskazywały na działanie osób trzecich. Nie było jednak punktu zaczepienia, ślady bowiem się urywały, nie znaleziono także listu z żądaniami i do tej pory nikt nie skontaktował się z rodziną w sprawie okupu. Gdy do wiceministra sprawiedliwości, Janusza Jaszona, dotarła wiadomość o porwaniu, natychmiast zwołał konferencję prasową i wystąpił z apelem do porywaczy.

– Podnieśliście rękę na moją rodzinę. Dotychczas, gdy sprawa tyczyła moich bliskich, nie wybaczałem i nie odpuszczałem. Jednak teraz najważniejsze jest bezpieczeństwo mojej siostrzenicy. Proszę wypuśćcie ją całą i zdrową. Zapewniam, że nie będę utrudniał poszukiwań i jako człowiek mogę wybaczyć. Jeśli jednak ją skrzywdzicie, nie odpuszczę. Jeżeli macie żądania, przekażcie je jak najszybciej, by nie przedłużać niepotrzebnie stresu Justynce.

Wiceminister początkowo planował dosadniejsze i bardziej emocjonalne przemówienie. Zamierzał zapowiedzieć zdecydowane kroki wobec sprawców, lecz poproszono go, by ostudził emocje i zaproponował taki układ, by nie drażnić dodatkowo porywaczy i nie narazić siostrzenicy na utratę zdrowia lub życia. Zdjęcia chrześnicy polityka rozesłano do wszystkich gazet i opublikowano je w internecie z prośbą o natychmiastowy kontakt, jeśli ktoś rozpozna dziewczynkę. Policja, choć każde zgłoszenie traktuje równo, z oczywistych powodów wdrożyła przyspieszone procedury i zwiększyła patrole w mieście. Na miejsce zdarzenia wezwano śledczych – Aldonę Ściubiak i jej partnera Tomasza Somocha – specjalistów od spraw porwań i zaginięć dzieci. To oni potwierdzili, że za zniknięciem małej Justyny stoją osoby trzecie, a nie samoistne oddalenie się dziecka od miejsca zamieszkania. Śledcza Aldona Ściubiak była pewną siebie, twardą kobietą o atrakcyjnej aparycji – rysy twarzy miała ostre, ale przyciągające męski wzrok, włosy jasne, zwykle spięte w kucyk, ubierała się prosto – jeansy i bluza albo sweter – i nosiła skromny makijaż, czasem przychodziła do pracy bez niego, rano ograniczając się tylko do obmycia twarzy. Śledczy Tomasz Somocha był blondynem z kilkudniowym zarostem, raczej o twardym, bezpośrednim usposobieniu.

– Musimy teraz czekać na krok porywaczy – oznajmiła Aldona Sylwii, matce dziewczynki, podczas czynności policyjnych w domu uprowadzonej.

– Czekać? Nic więc nie zamierzacie zrobić? Tylko czekać? – odpowiedziała zapłakana kobieta.

– Oczywiście, że będziemy działać. Miałam na myśli, że tutaj, w domu, muszą państwo czekać na krok ze strony porywaczy. Zapewne skontaktują się z państwem, aby zażądać czegoś w zamian za wypuszczenie Justyny – wyjaśniła Aldona.

– Czego oni mogą od nas chcieć? – zapytała Sylwia, wciąż płacząc.

– Jest pani siostrą wiceministra. To może być wiele rzeczy: pieniądze, polityczna przysługa, wymuszenie.

– Albo kara – stwierdziła kobieta.

– Słucham? Czemu pani tak uważa?

– Być może ktoś chce nas ukarać za jakąś decyzję polityczną mojego brata. Może w kogoś uderzył i teraz się mszczą – odparła Sylwia, wycierając łzy chusteczką.

– Proszę się uspokoić i nie zadręczać złymi myślami. Wiem, że to trudne, ale musi nam pani zaufać.

– A mam inny wybór? – odrzekła ze zgryzotą w głosie kobieta.

Aldona i Tomasz odeszli na bok, by porozmawiać na osobności.

– Najgorsze, że ta kobieta może mieć rację i wówczas może być po małej – zwrócił się Tomasz do koleżanki.

– Teraz ty rozsiewasz czarne wizje. Nic jeszcze nie wiemy.

– Jeżeli rzeczywiście chcą w ten sposób ukarać wiceministra Jaszona, to dziewczynkę możemy znaleźć w jeziorze albo powieszoną gdzieś w lesie, z kartką, na której będzie napisane, za co ta kara.

– Widzę, że już całą sprawę rozwikłałeś. Może szukajmy tylko ciała, nie zaś żywego dziecka – rzuciła zniesmaczona śledcza.

– Wiesz, że nie chciałbym tego. Tylko myślę na głos.

– Nie twierdzę, że twoje przypuszczenia są niemożliwe, ale nie chcę teraz dopuszczać najgorszego scenariusza.

– A jaki jest najlepszy?

– Że wypuszczą małą, że się zorientują, że porwali się z motyką na słońce i dziewczynka wróci bezpiecznie do matki. Najbardziej prawdopodobne wydaje się żądanie okupu. Wszak wiceminister do biednych nie należy. To jego siostrzenica i chrześnica, więc raczej sypnie groszem.

– Jest łatwiejszy sposób na porwania dzieci bogatych rodziców niż uprowadzenie siostrzenicy wiceministra sprawiedliwości. Porywacze chyba liczą się z tym, że wiceminister postawi na nogi wszystkie służby, nie tylko policję.

– Nie wiem, co im przyświeca. Być może wcale nie chodzi o pieniądze. Może to manifest polityczny. Roześlij patrole do osób skazanych za porwania dzieci, do tych, których już wypuszczono, a także do skazanych za znęcanie się nad dziećmi i do pedofilów, niech ich przetrzepią.

– Sądzisz, że ktoś, kto znęcał się nad swoimi dziećmi czy pociechami sąsiadów, dałby radę porwać siostrzenicę wiceministra?

– Niech sprawdzą wszystkich, którzy mieli coś wspólnego z małymi dziećmi.

– Większość przypadków dotyczy porwań w rodzinie. Ojciec uprowadził własne dziecko byłej żonie, żona uciekła za granicę z dzieckiem bez zgody męża. Ich też mamy sprawdzić?

– Wszystkich – odparła stanowczo Aldona.ROZDZIAŁ 2

Minęła doba od zaginięcia małej Justyny, a policja nie miała żadnego tropu. Funkcjonariusze skrupulatnie sprawdzali byłych osadzonych za porwania nieletnich, znęcanie się nad dziećmi lub pedofilię, lecz jak dotąd na nic nie trafili. Całe miasto już wiedziało, że Justynka Strzępień została uprowadzona, a wszystkie służby postawiono na nogi.

– Uważam, że nic nie znajdziemy u tych skazanych – powiedział Somocha do Ściubiak, gdy z samego rana spotkali się w komendzie. – To w większości patologia. Nie daliby rady zorganizować takiego porwania, nie odważyliby się nawet podnieść ręki na rodzinę wiceministra.

– Może ktoś nie wiedział, że to siostrzenica Jaszona. Może jakiś pedofil ją sobie upatrzył i nie miało dla niego znaczenia, kim jest ta, której pragnął.

– Teraz to ty spekulujesz – odparł Tomasz, lekko się uśmiechając.

Tymczasem do komendy wszedł niepozorny mężczyzna o spokojnej prezencji. Był dobrze ostrzyżony i ogolony. Ani brzydki, ani nazbyt przystojny – można by rzec, zwyczajny. Jednak zadbany wygląd sprawiał, że mógł się podobać kobietom. Ubrany był w czarną koszulę i czarne spodnie. Początkowo nikt nie zwrócił na niego uwagi. Przystanął przy okienku dyżurnego, przy którym meldowali się interesanci.

– Ja do śledczej Aldony Ściubiak – odezwał się mężczyzna.

– Oczekuje pana? – zapytał leniwie policjant.

– Tak, choć jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy.

Dyżurny spojrzał na niego podejrzliwie. Nieznajomy dodał po chwili:

– Mam informacje o porwanej Justynie Strzępień. Tylko do uszu pani Aldony.

Policjant sięgnął po telefon. Kobieta odebrała po chwili.

– Co jest?

– Jest tutaj ktoś, kto twierdzi, że ma wiadomości o zaginionej Justynie Strzępień.

– Nie powiedziałem zaginionej, tylko porwanej – poprawił go przybysz.

– Niech go przesłuchają, zaraz tam przyjdę – odparła Aldona.

– Twierdzi, że go oczekujesz.

Aldona zatrzymała się na korytarzu i przez chwilę milczała. Wtedy mężczyzna stojący przed okienkiem zawołał tak głośno, że usłyszała go w słuchawce bardzo wyraźnie, jakby stał tuż obok.

– Śledcza Ściubiak! – A po chwili już spokojniejszym głosem dodał: – Mam informacje o porwanej Justynie Strzępień.

Po kilku minutach mężczyznę wpuszczono do środka. Wreszcie stanął twarzą w twarz z kobietą.

– Śledcza Aldona Ściubiak. Jakie ma pan informacje o zaginionej?

– O porwanej, pani Aldono – poprawił ją ponownie mężczyzna.

– Owszem, o porwanej. Jakie ma pan informacje? – powtórzyła spokojnie Ściubiak.

– Wszystkie i bardzo dokładne – odrzekł nieznajomy.

Kobieta spojrzała na niego z wyraźnym zaskoczeniem.

– Co ma pan na myśli?

– To ja porwałem Justynę Strzępień.

Aldona i Tomasz spojrzeli po sobie. Zapadła cisza.

– Robi pan sobie z nas żarty czy mówi poważnie? – zapytała w końcu kobieta.

– Czy te zdjęcia będą wystarczającym dowodem? – odpowiedział mężczyzna i wyciągnąwszy kopertę z kieszeni, wyjął z niej kilka fotografii, na których siedział tuż obok małej Justyny, trzymając w ręce aktualną gazetę.

Śledczy spojrzeli na zdjęcia, a po chwili Tomasz Somocha wyciągnął pistolet i krzyknął:

– Na ziemię! Twarzą do dołu! Ręce na plecy!

Mężczyzna posłusznie wykonał polecenie.

– Co się tutaj dzieje? – powiedziała do siebie Aldona, niedowierzając całej tej sytuacji. Nigdy wcześniej w swojej karierze nie była świadkiem niczego podobnego. Wiedziała, że czeka ją seria pilnych telefonów i prawdopodobna wizyta wiceministra w komendzie. Zrobi się gorąco i trudno będzie opanować emocje. Nim jednak do budynku policji zleci się cała chmara agentów, specjalistów i ludzi wiceministra, Aldona i Tomasz mieli chwilę, by porozmawiać z podejrzanym w pokoju przesłuchań, zanim zaroi się tam od służb specjalnych.

– Więc porwałeś Justynę Strzępień – stwierdził Somocha.

– Owszem. Tak jak mówiłem – odpowiedział spokojnie mężczyzna.

– Jak mamy się do ciebie zwracać? Nie masz przy sobie żadnych dokumentów, nie widniejesz też w bazie danych – zapytał śledczy.

– Mówcie do mnie Janus.

– Rzymski bóg o dwóch obliczach – skwitowała szybko kobieta.

– Owszem, pani Aldono. Widzę, że zna się pani na historii.

– Co nieco, Janusie. Skoro już się przyznałeś do porwania siostrzenicy wiceministra, to może wyjawisz nam, gdzie ją przetrzymujesz?

– Wszyscy tylko powtarzają, że to siostrzenica wiceministra, jakby jej własne personalia nie były wystarczające, by martwić się o jej życie. Ponoć każde porwanie dziecka jest równie ważne.

– Owszem, tak jest – odpowiedziała Aldona.

– To czemu wszędzie wciąż się podkreśla, że jest siostrzenicą wiceministra, a nie Justyną Strzępień, córką Sylwii Strzępień, uwielbiającą rysować i mającą wielkie plany na życie? Czy wiecie, że chce być weterynarzem?

– Dobra, dosyć tego, czubie! Gadaj, gdzie jest dziewczynka, bo to się robi chore! – wtrącił agresywnie Tomasz.

– Mówienie o tym, czego pragnie, co lubi lub o czym marzy dziecko, jest chore? – zapytał Janus.

– Nie, porywanie małych dziewczynek jest chore, zjebie! – rzucał agresywnymi wyzwiskami policjant.

– Somocha! – skarciła kolegę Aldona. – Proszę wybaczyć mojemu partnerowi. Przejmuje się losem tego dziecka.

– Jak my wszyscy. Chyba każdy powinien się przejmować losem dzieci, nieprawdaż?

Ściubiak spojrzała na Janusa, nie wiedząc, co sądzić o jego postawie.

– Widzę, że nie jest ci obojętny los tej małej. Dlaczego więc ją porwałeś?

– To jest kluczowe pytanie, pani Aldono. Bardzo trafne, lecz odpowiem na nie tylko pani psycholog Zuzannie Soleckiej.

– Komu? – zapytał Tomasz.

Janus spojrzał na niego nieco pogardliwie i powtórzył:

– Pani Zuzannie Soleckiej.

– Czemu akurat jej? – zapytała tym razem Aldona.

– Gdy się dowiecie, dlaczego właśnie jej, będziecie w połowie rozwiązania zagadki.

– Jakiej zagadki? – dopytywała Ściubiak.

– Zagadki, którą będzie musiała rozwikłać pani Zuzanna. Tylko ona. Nikomu innemu nie zdradzę miejsca pobytu Justyny Strzępień. A musicie się śpieszyć. Dziewczynka ma zapasy wody i jedzenia, lecz tylko na kilka dni. Dokładnie do piątku. W sobotę rano zabraknie jej wszystkiego, co niezbędne do przeżycia. Zgaduję, że szybciej umrze z pragnienia niż z głodu.

– Ty zboku! Gadaj, gdzie jest mała?! – Tomasz złapał Janusa za koszulę, a Aldona musiała go odciągnąć.

Po chwili do pomieszczenia wszedł dowódca, nakazując wyjście śledczym.

– Przyjechał wiceminister, a z nim cała chmara ludzi i agentów. To już będzie ich sprawa – zwrócił się do Aldony jej przełożony, Władysław Kopielczyk.

– Podejrzany wystosował warunki – rzuciła szybko kobieta.

– Jakie warunki?

– Chce rozmawiać z psychologiem.

– Co? Chce powołać się na niepoczytalność czy o co mu chodzi?

– Nie. Ma dla niej jakąś zagadkę do rozwikłania i tylko Zuzannie Soleckiej zdradzi, gdzie przetrzymuje Justynę.

– To już nie do mnie będzie należała decyzja. Wiceminister jest już na miejscu i to on zdecyduje, co dalej.

– Sądziłam, że to policja jest od rozwiązywania przestępstw, a nie wiceminister – odburknęła Aldona.

– To wiceminister sprawiedliwości, Ściubiak. Licz się ze słowami, bo teraz ściany będą miały uszy – pouczył ją Władysław.

Po chwili do rozmawiających podeszło kilku mężczyzn, a za nimi, niczym złowrogi cień, zjawił się wiceminister Janusz Jaszon.

– Kto tutaj dowodzi? – zapytał polityk.

– Ja, Władysław Kopielczyk, panie wiceministrze – przedstawił się i podał Jaszonowi rękę.

– Czy ktoś rozmawiał z zatrzymanym?

– Ja i mój partner.

– Czemu nie czekaliście na nas? – dopytywał wiceminister.

– Przyszedł do nas osobiście. Właściwie to do mnie. Powiedział, że ma coś ważnego do przekazania Aldonie Ściubiak.

– A kim jest ta Aldona?

– To ja – odpowiedziała kobieta. Jaszon oraz jego ludzie zmierzyli ją od stóp do głów, a ona poczuła ich spojrzenia na sobie. Po chwili dodała: – Przyznał się, że porwał Justynę Strzępień, a na dowód pokazał zdjęcia.

– O czym rozmawialiście? – Ton głosu wiceministra był pewny, stanowczy i nieco pretensjonalny, co irytowało Ściubiak, lecz starała się zachowywać profesjonalnie i odpowiadać spokojnie.

– Próbowałam się dowiedzieć, gdzie przetrzymuje dziewczynkę.

– Z jakim rezultatem?

– Stwierdził, że to wyjawi tylko psycholog Zuzannie Soleckiej, po uprzednim rozwiązaniu przez nią pewnej zagadki.

– Kim jest ta psycholog? – zapytał wiceminister.

– Jeszcze nie wiemy. Dopiero co wyjawił nam jej imię i nazwisko.

– Sprawdźcie to. Może to jego wspólniczka. Tymczasem moi ludzie go przesłuchają.

– Za przeproszeniem, panie wiceministrze, ale podejrzany wyraził się jasno, iż miejsce pobytu dziewczynki poda tylko jednej osobie – odrzekła Aldona, a Władysław spojrzał na nią karcąco.

– To nie on tutaj dyktuje warunki, pani Aldono, tylko ja – odpowiedział stanowczo Jaszon i po chwili on i jego ludzie weszli do pokoju przesłuchań.

– Będą go przesłuchiwać metodą gestapowską? – zapytała żartobliwie Aldona Kopielczyka.

* * *

Tymczasem w pokoju atmosfera stawała się napięta i nerwowa.

– Wiesz, kim jestem? – zapytał Jaszon siedzącego naprzeciwko Janusa.

Ten odpowiedział ze spokojem malującym się na twarzy.

– Jest pan wiceministrem sprawiedliwości.

– Wiesz, kogo porwałeś?

– Justynę Strzępień. Córkę Sylwii Strzępień, pańskiej siostry.

– No to sobie przejebałeś, kolego – odparł wulgarnie Jaszon.

– To zależy, jak na to spojrzeć. Zależy wam na dziewczynce?

– Oczywiście – odrzekł jeden z ludzi wiceministra.

– A więc musi wam również zależeć na mnie, ponieważ jeżeli mnie coś się stanie, nie odnajdziecie Justyny.

– I dlatego nam to zaraz wyśpiewasz, kolego – wtrącił stanowczo wiceminister.

Janus zaśmiał się pod nosem.

– Wciąż określa mnie pan mianem „kolegi”. Przecież mnie pan nie zna, a śmiem twierdzić, że nawet nie darzy mnie pan sympatią, więc czemu się tak pan do mnie zwraca?

– Zaraz przestanie ci być do śmiechu – odparł Jaszon i skinął głową jednemu ze swoich ludzi. Ten podszedł do zatrzymanego i uderzył go w brzuch.

* * *

– Co oni tam robią? – odezwała się Aldona, stojąca za lustrem weneckim, w kierunku Władysława i Tomasza, również obecnych w pomieszczeniu.

– Aldona, nie mieszaj się do tego – skwitował dowódca.

– Miałam rację, że będą chcieli użyć metod gestapowskich.

– Żałujesz go? – zapytał z lekką pogardą Tomasz Somocha. – On sam pochwalał podobne metody i gdyby mógł, większość podejrzanych przesłuchiwałby właśnie w ten sposób.

Kobieta nie skomentowała słów partnera.

* * *

– A więc tak wiceminister sprawiedliwości przesłuchuje podejrzanych? Bijąc ich w komendzie policji, gdzie powinni czuć się bezpieczni? – rzucił nieco zdyszany porywacz.

Po chwili kolejny cios w brzuch sprawił, że Janus musiał przez moment dojść do siebie, by zabrać głos.

– Gdzie jest Justyna? – wysyczał Jaszon.

– Już powiedziałem śledczej Aldonie Ściubiak, że wyjawię miejsce pobytu Justyny.

– Więc gadaj! – krzyknął wiceminister.

– Uczynię to, lecz tylko pani psycholog Zuzannie Soleckiej i tylko pod warunkiem, że rozwiąże zagadkę.

– Powiesz nam i to zaraz – odparł stanowczo wiceminister i skinieniem głowy dał znak, by jego człowiek zajął się podejrzanym.

Kolejny cios w brzuch spadł na zatrzymanego.

– Tak nie będzie! – odparła Aldona, po czym wyszła gwałtownie z pomieszczenia, a następnie próbowała dostać się do pokoju przesłuchań, lecz zatrzymali ją agenci wiceministra.

– Protestuję! To budynek policji, tu nie może dochodzić do łamania prawa!

– Wszystko jest w porządku. Tylko rozmawiamy – odparł jeden z mężczyzn i znowu zamknął drzwi.

A Janus wybuchnął śmiechem.

– Wciąż nie rozumiecie, że nie wyjawię wam miejsca pobytu dziecka, choćbyście mieli mnie zabić. Podałem już swoje warunki. Powinniście jak najszybciej skontaktować się z Zuzanną Solecką. To wasza jedyna szansa. Justynie zostało niewiele czasu. Mamy wtorek, a zapasów wody pitnej i jedzenia wystarczy jej do piątku. Od soboty zacznie przymierać głodem, a pragnienie da jej się we znaki. Szacuję, że przeżyje może do poniedziałku albo wtorku, potem umrze z pragnienia. Chyba że będzie racjonować wodę, wtedy być może wystarczy jej nawet do niedzieli, a umrze w środę lub czwartek.

Po tych słowach sam wiceminister rzucił się na Janusa i począł go szarpać za koszulę.

– Na nic pańska pozycja, panie wiceministrze, na nic pańska władza. Nie zmusi mnie pan do mówienia, chyba że sprowadzi pan do mnie Zuzannę Solecką.

Wiceminister spoglądał jeszcze chwilę na Janusa z gniewem wypisanym na twarzy, po czym opuścił pokój przesłuchań i udał się do Aldony, Tomasza i Władysława.

– Znajdźcie tę Zuzannę Solecką i sprowadźcie ją do tego gnoja. Niech z nim pomówi. Oby to coś dało – oznajmił Jaszon, a pozostali spojrzeli po sobie. Wszyscy mimowolnie zaczęli grać w grę porywacza.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij