Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Parasomnia - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
2 listopada 2026
29,99 zł
2999 pkt
punktów Virtualo

Parasomnia - ebook

W Nowym Jorku dokonano brutalnego morderstwa na wpływowym biznesmenie. Z nieznanych nikomu przyczyn do sprawy zostaje przydzielony pochodzący z Los Angeles detektyw Ross Keys. Partneruje mu Emma Wilson, bezkompromisowa śledcza, która wie, że zło potrafi założyć ludzką twarz. Chłodne przywitanie i burzliwa przeszłość coraz bardziej wypala w Rossie swoje piętno. Kolejne morderstwa wstrząsają miastem, presja rośnie, media szaleją, tworząc w społeczności głęboką spiralę lęku, a policja często traci kontrolę. Gdy w toku dochodzenia pojawia się chłopiec cierpiący na niespotykaną chorobę, zawiłe śledztwo nabiera kształtu, lecz niektóre koszmary przeszłości czekają wytrwale w uśpieniu, żeby obudzić się ze zdwojoną siłą.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788394289171
Rozmiar pliku: 2,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Roz­dział 1

Przy­naj­mniej raz w ży­ciu każ­de­go czło­wie­ka na­wie­dza to dziw­ne, prze­ni­kli­we uczu­cie, że coś się wy­da­rzy, tyl­ko nie wie­my gdzie i kie­dy.

Ta noc by­ła wy­jąt­ko­wo go­rą­ca. Kil­ka ty­go­dni bez kro­pli desz­czu moc­no nie­po­ko­iło. La­to ty­siąc dzie­więć­set osiem­dzie­sią­te­go szó­ste­go ro­ku głę­bo­ko za­pa­dło w pa­mię­ci miesz­kań­com No­we­go Jor­ku. Zla­ny po­tem Adam Wal­ker po­wo­li pod­niósł zmę­czo­ne, za­spa­ne po­wie­ki. Czuł, jak pot spły­wa po je­go skro­niach, a su­che po­wie­trze wgry­za się mu w gar­dło. Po­wo­li prze­su­nął dło­nią po czar­nych, lek­ko si­wie­ją­cych wło­sach i prze­cią­gnął się, czu­jąc na­pię­te mię­śnie. Dźwięk te­le­fo­nu sto­ją­ce­go na drew­nia­nej ko­mo­dzie przy łóż­ku co­raz bar­dziej go iry­to­wał. Le­żą­ca obok w pół­śnie żo­na, nie otwie­ra­jąc skle­jo­nych no­cą po­wiek, wy­mam­ro­ta­ła:

– Od­bierz, do cho­le­ry, ten te­le­fon, bo jak dzie­ci się obu­dzą, to ty bę­dziesz je usy­piał.

Adam włą­czył noc­ną lamp­kę. Od­ru­cho­wo spoj­rzał zmru­żo­ny­mi po­wie­ka­mi na ze­ga­rek, któ­ry wska­zy­wał dru­gą. Nie by­ło nic gor­sze­go niż po­bud­ka w środ­ku no­cy. Nie­mniej ta­ki urok pra­cy stra­ża­ka. Chwy­cił za słu­chaw­kę, przy­sta­wił ją do ucha i, zie­wa­jąc, za­py­tał:

– Słu­cham?

Po dru­giej stro­nie ode­zwał się do­no­śny głos Lia­ma, ko­le­gi z pra­cy.

– Sze­fie, prze­pra­szam, że dzwo­nię, ale ma­my zgło­sze­nie. Po­trzeb­ni są wszy­scy, pło­nie sie­ro­ci­niec w Qu­eens Farm Park na skrzy­żo­wa­niu Lit­tle Neck i Sie­dem­dzie­sią­tej Czwar­tej.

Za­spa­ny Adam po­czuł ude­rze­nie ad­re­na­li­ny. W ułam­ku se­kun­dy roz­bu­dził się, zda­jąc so­bie spra­wę, że ów sie­ro­ci­niec znaj­du­je się nie­da­le­ko je­go do­mu. Za­nie­dba­ny, drew­nia­ny, ob­skur­ny bi­dul, któ­ry sa­mym wy­glą­dem gnę­bił i stra­szył. Po­wo­do­wał współ­czu­cie nie­mal od ra­zu na myśl o mło­dych, po­zba­wio­nych ro­dzi­ciel­skiej mi­ło­ści i czu­ło­ści, pod­opiecz­nych. Współ­czu­cie. To sło­wo naj­bar­dziej pa­so­wa­ło, gdy kto­kol­wiek spoj­rzał na to okrop­ne miej­sce.

– Je­zu… Spo­tka­my się na miej­scu, po­spiesz­cie się – rzu­cił i szyb­kim ru­chem odło­żył słu­chaw­kę.

Ener­gicz­nie prze­sko­czył nad żo­ną, lą­du­jąc na drew­nia­nej pod­ło­dze. Włą­czył świa­tło. Szyb­ko otwo­rzył drzwi, prze­biegł przez ko­ry­tarz i wbiegł wprost do po­ko­ju dzie­ci, w któ­rym okno wy­cho­dzi­ło w tam­tą stro­nę. Wal­ker do­strzegł czer­wo­no-żół­tą po­świa­tę, któ­ra uno­si­ła się nad osie­dlo­wy­mi do­ma­mi jed­no­ro­dzin­ny­mi.

– Co się dzie­je? – krzyk­nę­ła wy­stra­szo­na Ki­ra z sy­pial­ni.

Ośmio- i sied­mio­let­ni sy­no­wie obu­dzi­li się i, wi­dząc zde­ner­wo­wa­ne­go oj­ca przy oknie, za­wo­ła­li:

– Ta­ta! Ta­ta! Co się sta­ło?

– Nic, śpij­cie. Ta­ta mu­si iść do po­ża­ru – od­po­wie­dział, pró­bu­jąc opa­no­wać głos.

Po­ca­ło­wał chłop­ców w czo­ło. Za­wsze tak ro­bił, gdy szedł na służ­bę, po czym po­biegł z po­wro­tem do sy­pial­ni.

– Co się dzie­je, ko­cha­nie? – za­py­ta­ła po­now­nie wy­stra­szo­na żo­na sie­dzą­ca na łóż­ku.

– Cho­le­ra, pło­nie sie­ro­ci­niec, ten nie­da­le­ko nas – od­po­wie­dział, ubie­ra­jąc się w po­śpie­chu.

– O Bo­że… – wy­szep­ta­ła prze­ra­żo­na, od­ru­cho­wo za­sła­nia­jąc dło­nią usta.

Chłop­cy wbie­gli do sy­pial­ni, wsko­czy­li na łóż­ko i przy­tu­li­li się do mat­ki, zer­ka­jąc jed­no­cze­śnie na oj­ca, któ­ry wci­skał się w ko­szu­lę i spodnie. Adam po­now­nie po­ca­ło­wał dzie­ci oraz żo­nę w czo­ło.

– Ko­cham was – wy­szep­tał, po­sy­ła­jąc ko­bie­cie prze­ra­żo­ne spoj­rze­nie.

Wy­szedł na ko­ry­tarz i zbiegł po scho­dach. Za­kła­da­jąc bu­ty, usły­szał za so­bą za­tro­ska­ny głos Ki­ry:

– Pro­szę, uwa­żaj na sie­bie, też cię ko­cham!

Po dro­dze zła­pał swo­ją stra­żac­ką sie­kie­rę, któ­ra wi­sia­ła na ścia­nie w wia­tro­ła­pie i wy­biegł z do­mu. Moc­no trza­snął drzwia­mi, jed­nak tym się nie przej­mo­wał.

Pę­dził wzdłuż uli­cy, zni­ka­jąc w ciem­no­ści no­cy, by po­ja­wić się w świe­tle ulicz­nych la­tar­ni, tak jak mię­dzy klat­ka­mi w szpu­lo­wym fil­mie. W głę­bi du­szy prze­czu­wał, że ta noc wry­je mu się w pa­mięć do koń­ca ży­cia. By­ło to jed­no z naj­go­ręt­szych lat, ja­kie pa­mię­tał. Od kil­ku ty­go­dni nie spa­dła ani jed­na kro­pla desz­czu, a słoń­ce bez­li­to­śnie chło­sta­ło swy­mi pro­mie­nia­mi wy­pa­lo­ną zie­mię. Po­żar był tyl­ko kwe­stią cza­su. Wy­star­czył źle rzu­co­ny nie­do­pa­łek lub zwar­cie elek­trycz­ne, by chwi­lę póź­niej roz­pę­ta­ło się pie­kło, tak jak tej no­cy, dwu­dzie­ste­go czerw­ca.

Na twa­rzy Ada­ma mo­men­tal­nie po­ja­wił się pot, ko­szu­la przy­kle­iła się mu do cia­ła, a od­dech przy­spie­szył. Biegł, ści­ska­jąc z ca­łej si­ły sie­kie­rę w pra­wej dło­ni. Mi­mo czter­dzie­stu lat był bar­dzo wy­spor­to­wa­ny i sta­rał się dbać o for­mę, gdy tyl­ko miał wol­ną chwi­lę. Po oko­ło pię­ciu­set me­trach do­tarł do ostat­nie­go osie­dlo­we­go do­mu z wy­so­kim za­nie­dba­nym ży­wo­pło­tem. Za nim roz­cią­gał się znisz­czo­ny cza­sem i bra­kiem fi­nan­sów park z dro­gą, któ­ra pro­wa­dzi­ła na skró­ty do sie­ro­ciń­ca, na­zy­wa­ne­go przez miej­sco­wych po­gar­dli­wie dre­wut­nią. Mię­dzy drze­wa­mi do­strzegł sza­le­ją­cy ogień i iskry uno­szą­ce się nad ko­ro­na­mi. Wal­ker biegł da­lej; prze­bi­jał się przez za­dy­mio­ne miej­sca, pro­sząc w my­ślach sa­me­go Bo­ga, że­by prze­ży­ło jak naj­wię­cej dzie­ci. Gdy zna­lazł się na miej­scu, sie­ro­ci­niec był w jed­nej trze­ciej za­wa­lo­ny, je­dy­nie je­go le­wa stro­na z czę­ścią pod­da­sza jesz­cze w mia­rę się trzy­ma­ła, skwier­cząc i strze­la­jąc od ognia. Adam, sły­sząc w od­da­li dźwięk sy­ren wo­zów stra­żac­kich, ro­zej­rzał się wo­ko­ło w po­szu­ki­wa­niu oca­la­łych, lecz ni­ko­go nie do­strzegł. W tej sa­mej chwi­li za­czę­ły tar­gać nim róż­ne uczu­cia, od stra­chu po zwąt­pie­nie i prze­ra­że­nie. Gdzie są dzie­ci? Prze­cież to nie­moż­li­we, że wszyst­kie spło­nę­ły! Do cho­le­ry, ktoś mu­siał prze­żyć! Na twa­rzy po­czuł go­rą­cy po­dmuch roz­grza­ne­go po­wie­trza. Cof­nął się pręd­ko. Je­go ser­ce przy­spie­szy­ło, a na ple­cach po­czuł zim­ny pot. Sta­ra­jąc się sku­pić, nie­pew­nie ru­szył przed sie­bie. Z nie­do­wie­rza­niem zer­k­nął w gó­rę. Do­strzegł po­stać chłop­ca znaj­du­ją­ce­go się w po­ko­ju na dru­gim pię­trze w nie­za­wa­lo­nej jesz­cze czę­ści. Nie za­sta­na­wia­jąc się, krzyk­nął:

– Skacz przez okno! Zła­pię cię!

Wie­dział z do­świad­cze­nia, że to je­dy­ne wyj­ście. Wszyst­kie wej­ścia od fron­tu by­ły za­blo­ko­wa­ne pło­ną­cy­mi zglisz­cza­mi, a ogień nie po­zwa­lał się zbli­żyć, więc ta dro­ga, mi­mo iż ry­zy­kow­na, by­ła je­dy­nym roz­wią­za­niem. Na­gle po­stać cof­nę­ła się w głąb po­ko­ju, gdzie chwi­lę póź­niej zni­kła w kłę­bach ognia prze­pla­ta­nych dy­mem. Wal­ker sam już nie wie­dział, czy wi­dział te­go chłop­ca, czy mo­że je­go umysł wal­czy z prze­ra­ża­ją­cą rze­czy­wi­sto­ścią, prze­sy­ła­jąc mu sprzecz­ne ob­ra­zy. Po chwi­li ca­ły po­kój stał w ogniu. Stra­żak po­rzu­cił myśl, że kto­kol­wiek tam był i ru­szył szyb­ko wzdłuż bu­dyn­ku. Obiegł sie­ro­ci­niec z dru­giej stro­ny i doj­rzał le­żą­ce­go na wy­su­szo­nej tra­wie męż­czy­znę w śred­nim wie­ku, któ­ry nie miał bu­tów. Był ubra­ny w kre­mo­wą, po­rwa­ną ko­szu­lę, a je­go spodnie dżin­so­we lek­ko dy­mi­ły. Jed­nak ktoś prze­żył to pie­kło. Szyb­ko do­sko­czył do nie­go, a w tym sa­mym mo­men­cie wo­zy stra­żac­kie za­czę­ły wjeż­dżać na te­ren sie­ro­ciń­ca. Je­den przez park od fron­tu bu­dyn­ku i dwa dro­ga­mi prze­ciw­po­ża­ro­wy­mi od ty­łu. Adam prze­krę­cił nie­przy­tom­ną oso­bę na ple­cy, po czym spraw­dził tęt­no na szyi. Nie wy­czuł go. Od­chy­lił gło­wę do ty­łu i za­czął re­ani­mo­wać męż­czy­znę, wy­ko­nu­jąc ma­saż ser­ca. Trzy­dzie­ści uci­sków na klat­kę pier­sio­wą i dwa od­de­chy ra­tow­ni­cze. Wo­ko­ło stra­ża­cy za­czę­li spry­ski­wać ogień wo­dą. Ży­wioł, wspie­ra­ny wzma­ga­ją­cym wia­trem, skie­ro­wał swe pło­ną­ce ję­zy­ki w kie­run­ku par­ku. Wóz stra­żac­ki, któ­ry stał przed fron­tem obiek­tu, mu­siał się wy­co­fać, ina­czej ogień by go nie oszczę­dził. Do re­ani­mu­ją­ce­go Ada­ma, do­biegł je­go ko­le­ga.

– Sze­fie, po­trze­bu­je­my po­mo­cy! Po­żar się roz­prze­strze­nia, ka­ret­ki już ja­dą.

Spo­co­ny Wal­ker wy­ko­ny­wał już trze­ci ma­saż ser­ca, krzy­cząc:

– Kur­wa, obudź się, na li­tość bo­ską!

W tym sa­mym mo­men­cie nie­zna­jo­my otwo­rzył za­krwa­wio­ne i za­łza­wio­ne oczy, wcią­ga­jąc z ca­łych sił po­wie­trze, by chwi­lę póź­niej gar­dło­wo za­ka­słać, du­sząc się jed­no­cze­śnie. Stra­żak usiadł z bo­ku, nie­do­wie­rza­jąc, że uda­ło mu się oca­lić ży­cie w mo­men­cie, gdy już pra­wie tra­cił na­dzie­ję.

– Do­bra ro­bo­ta, sze­fie, ale te­raz po­móż nam. Mu­si­my uga­sić ten pie­przo­ny ogień. Ka­ret­ka już jest na miej­scu, te­raz oni się nim zaj­mą – po­in­for­mo­wał go mło­dy męż­czy­zna.

Wal­ker przy­tak­nął. Gdy wsta­wał, nie­zna­jo­my męż­czy­zna wy­pluł przed sie­bie cią­gną­cą się śli­nę i, chwy­ta­jąc Wal­ke­ra za przed­ra­mię, za­py­tał za­chryp­nię­tym gło­sem:

– Ko­go jesz­cze zna­leź­li­ście? Je­stem za­rząd­cą te­go sie­ro­ciń­ca. Od­po­wiedz mi, kto jesz­cze prze­żył?

Adam spoj­rzał na swe­go ko­le­gę, któ­ry wzru­szył ra­mio­na­mi i z bra­ku na­dziei po­krę­cił gło­wą, a na­stęp­nie po­wró­cił wzro­kiem na oca­la­łe­go.

– Przy­kro mi, na tę chwi­lę chy­ba tyl­ko pan, lecz po­sta­ra­my się, że­by od­na­leźć jak naj­wię­cej ży­wych osób. Mam na­dzie­ję, że ktoś uciekł z te­go pie­kła.

W tym sa­mym mo­men­cie dwóch męż­czyzn z ka­ret­ki do­bie­gło do nich z no­sza­mi, krzy­cząc:

– Zaj­mie­my się nim!

Wal­ker ru­szył w kie­run­ku wo­zu stra­żac­kie­go, by za­ło­żyć ochron­ne ubra­nie. Na chwi­lę jesz­cze obej­rzał się za sie­bie, ale nie do­strzegł na twa­rzy oca­la­łe­go pra­wie żad­nych emo­cji, tyl­ko le­d­wie za­uwa­żal­ny w ką­ci­kach ust gry­mas za­do­wo­le­nia w mo­men­cie, gdy sa­ni­ta­riu­sze pod­nie­śli go na no­szach i po­spiesz­nie po­pę­dzi­li do ka­ret­ki.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku, sze­fie? – za­py­tał Liam.

– Tak, chy­ba tak, sam już nie wiem – od­po­wie­dział nie­pew­nym gło­sem Wal­ker. – Ru­szaj­my.

Wal­ka z po­ża­rem trwa­ła resz­tę no­cy i część po­ran­ka, po­wo­li wa­biąc ga­piów z są­siedz­twa.Roz­dział 2

Ross Keys, trzy­dzie­sto­sied­mio­let­ni de­tek­tyw, stał na­go w ła­zien­ce, prze­cie­ra­jąc twarz ręcz­ni­kiem. Za­rzu­cił go na szy­ję, wpa­tru­jąc się w swo­je od­bi­cie w lu­strze. Krót­ko przy­strzy­żo­ne ciem­no­blond wło­sy, szczu­pła twarz, błę­kit­ne oczy i lek­ki, ale wy­ra­zi­sty ciem­ny za­rost, któ­ry wła­śnie przy­ciął. Wsłu­chi­wał się w głos pły­ną­cy z ra­dia.

– Dzień do­bry, Los An­ge­les. Jest go­dzi­na ósma ra­no, a dziś ma­my dwu­dzie­ste­go wrze­śnia dwa ty­sią­ce szes­na­ste­go ro­ku. W na­szym mie­ście wciąż jest pięk­na po­go­da i przej­rzy­ste nie­bo. Ła­duj­cie swo­je ba­te­ryj­ki, a ener­gię wy­ko­rzy­staj­cie do mi­łych i am­bit­nych ce­lów, by stwo­rzyć so­bie lep­szą dro­gę w przy­szłość.

– Hmm… – wes­tchnął z gry­ma­sem na ustach Ross, na­kła­da­jąc pa­stę do zę­bów na szczo­tecz­kę. – Wy­ko­rzy­sta­ją… Kar­te­le na di­le­rów, di­le­rzy na al­fon­sów, al­fon­si na dziw­ki, a dziw­ki wcią­gną przez nos lub wstrzyk­ną so­bie w ży­łę ca­łą tą brud­ną rze­czy­wi­stość, pró­bu­jąc za­po­mnieć, jak znisz­czy­ły so­bie ży­cie przez spie­przo­ne dzie­ciń­stwo, zwy­rod­nia­łych ro­dzi­ców i złe de­cy­zje.

Szo­ru­jąc zę­by, za­czął roz­my­ślać nad spra­wą, któ­rą wła­śnie za­koń­czył, a któ­rą zaj­mo­wał się przez ostat­ni rok. Nie wie­dział, co da­lej go cze­ka w tym me­dial­nie kry­sta­licz­nym i wspa­nia­łym mie­ście. Ża­ło­wał, że w re­alu ten świat był nie­do­sko­na­ły i brud­ny… Prze­płu­kał usta, wy­tarł twarz i prze­szedł przez sa­lon. Wy­łą­czył ra­dio i uru­cho­mił ste­reo ze swo­ją ulu­bio­ną pły­tą Lu­do­vi­co Einau­die­go z ka­wał­kiem No­vo­le Blan­che, któ­ry lu­bił cza­sem słu­chać, by się uspo­ko­ić, we­wnętrz­nie wy­ci­szyć i upo­rząd­ko­wać my­śli. Wszedł do sy­pial­ni, ubrał się w ciem­ne, lek­ko wy­tar­te dżin­sy i czar­ną ko­szul­kę. Za­ło­żył pas z pi­sto­le­tem Glock ka­li­ber dzie­więć mi­li­me­trów, wło­żył port­fel z od­zna­ką do pra­wej kie­sze­ni, a do le­wej te­le­fon ko­mór­ko­wy.

Gdy wszedł do kuch­ni, się­gnął ze sto­łu po ka­wa­łek wczo­raj­szej piz­zy, zjadł szyb­ko i po­pił zim­ną wo­dą. Wy­łą­czył mu­zy­kę i wy­szedł, za­my­ka­jąc za so­bą drzwi miesz­ka­nia, któ­re znaj­do­wa­ło się na trze­cim pię­trze. Zje­chał win­dą na par­king pod­ziem­ny i wsiadł do swo­je­go służ­bo­we­go czar­ne­go For­da Mon­deo rocz­nik dwa ty­sią­ce dwu­na­sty.

Gdy tyl­ko wy­je­chał na ze­wnątrz, ktoś wy­sko­czył wprost na ma­skę sa­mo­cho­du. Ross gwał­tow­nie za­ha­mo­wał, krzy­cząc:

– Na li­tość bo­ską, osza­la­łeś, czło­wie­ku? Chcesz zgi­nąć?

Czuł, jak je­go ser­ce w ułam­ku se­kun­dy roz­pro­wa­dza po ca­łym or­ga­ni­zmie du­żą daw­kę ad­re­na­li­ny, a dło­nie na kie­row­ni­cy na­tych­miast zro­bi­ły się wil­got­ne. Nie­do­szłym sa­mo­bój­cą oka­zał się bez­dom­ny, star­szy, za­ro­śnię­ty, czar­no­skó­ry męż­czy­zna w po­rwa­nej i brud­nej ciem­no­zie­lo­nej blu­zie oraz znisz­czo­nych spodniach dre­so­wych, tu­ła­ją­cy się od lat po oko­li­cy.

– Osza­la­łeś? Do cho­le­ry, pra­wie cię roz­je­cha­łem! – krzyk­nął po­now­nie Ross.

Uśmiech­nię­ty bez­dom­ny, ze znacz­nym nie­do­bo­rem uzę­bie­nia, lek­ko uniósł rę­ce do gó­ry. Pod­szedł do sa­mo­cho­du od stro­ny kie­row­cy i za­pu­kał w szy­bę, a na­stęp­nie ode­zwał się za­chryp­nię­tym gło­sem:

– Dzię­ki, sze­fie, że ich zła­pa­li­ście. Wi­dzia­łem cię w te­le­wi­zji na wy­sta­wie skle­po­wej, do­bra ro­bo­ta. Dziś z chło­pa­ka­mi na­pi­je­my się za wa­sze zdro­wie. Wsadź­cie ich na do­ży­wo­cie, niech zdech­ną w pier­dlu je­den po dru­gim!

Ross mach­nął rę­ką, ski­nął gło­wą i od­je­chał, szep­cząc pod no­sem:

– Nie ma za co.

Ru­szył przed sie­bie pro­sto do pra­cy. Dzień za­po­wia­dał się sło­necz­nie. Lu­dzie ubra­ni na spor­to­wo bie­ga­li po chod­ni­kach, in­ni wy­cho­dzi­li na spa­cer z psa­mi. Pod­czas jaz­dy Ross roz­my­ślał nad ostat­nią spra­wą. Ana­li­zo­wał, gdzie po­peł­nił błę­dy, co mógł­by po­pra­wić, zro­bić le­piej i efek­tyw­niej, by po­wstrzy­mać sza­leń­ców, ba­wią­cych się ludz­kim ży­ciem jak bez­war­to­ścio­wą za­baw­ką.

Po oko­ło czter­dzie­stu mi­nu­tach prze­ci­ska­nia się przez miej­skie kor­ki, do­je­chał na po­ste­ru­nek po­li­cji nu­mer sie­dem­na­ście. Przed głów­nym wej­ściem cze­kał na nie­go trzy­dzie­sto­trzy­let­ni part­ner Ian Flor, o la­ty­no­skiej uro­dzie, z kru­czo­czar­ny­mi wło­sa­mi za­cze­sa­ny­mi do ty­łu. Stał w bia­łej ko­szul­ce i czar­nych spodniach i lek­ko się uśmie­chał.

– Wi­taj, Keys – przy­wi­tał się i po­dał mu rę­kę.

– Cześć, Ian. Dłu­go tak cze­kasz? – za­py­tał Ross, kie­ru­jąc się w stro­nę wej­ścia.

– Nie, kil­ka mi­nut. Wie­dzia­łem, że za­raz się zja­wisz. Je­stem cie­kaw, jak ka­pi­tan za­re­agu­je na nasz wy­wiad w te­le­wi­zji – po­wie­dział Flor z lek­kim, a za­ra­zem dum­nym, uśmie­chem na twa­rzy.

– To się za­raz oka­że – wy­szep­tał Keys.

Skie­ro­wa­li się ku przej­ściu przez śro­dek sa­li, gdzie przy biur­kach sie­dzie­li de­tek­ty­wi, zaj­mu­ją­cy się swy­mi nie­roz­wią­za­ny­mi jesz­cze spra­wa­mi i ką­tem oka zer­ka­li na nich, jak pod­cho­dzą i pu­ka­ją do ga­bi­ne­tu ka­pi­ta­na.

– Dzień do­bry, sze­fie.

Pięć­dzie­się­cio­pię­cio­let­ni To­ny Byrn, z lek­ką nad­wa­gą, si­wie­ją­cy­mi krót­ki­mi wło­sa­mi oraz okrą­głą twa­rzą pod­kre­ślo­ną licz­ny­mi zmarszcz­ka­mi na czo­le, sie­dział w czar­nym skó­rza­nym fo­te­lu. Wy­raź­nie roz­pro­szo­ny i za­nie­po­ko­jo­ny, fa­lo­wo po­pu­ki­wał pal­ca­mi le­wej dło­ni o le­żą­cą przed nim na biur­ku zła­ma­ną wpół kart­kę. Obaj de­tek­ty­wi od ra­zu wy­czu­li, że coś jest nie tak. Po za­koń­cze­niu każ­dej spra­wy, szef wzy­wał ich do sie­bie i po­da­wał rę­kę, ser­decz­nie gra­tu­lo­wał, ale tym ra­zem mia­ło być ina­czej.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku, sze­fie? – za­py­tał za­nie­po­ko­jo­ny Ross.

– Tak… pra­wie… za­raz wam wy­tłu­ma­czę, o co cho­dzi. Ale naj­pierw chcia­łem wam po­gra­tu­lo­wać za­koń­cze­nia śledz­twa i ca­łej tej cho­ler­nej spra­wy z ty­mi bez­dom­ny­mi. Kto by po­my­ślał, że tak bo­ga­ci lu­dzie bę­dą urzą­dzać so­bie sa­fa­ri na bez­dom­nych, na obrze­żach mia­sta, a na­stęp­nie ćwiar­to­wać ich cia­ła, by kar­mić ni­mi świ­nie na swo­ich far­mach. To, po pro­stu, kur­wa, czy­ste sza­leń­stwo. Nie­któ­rzy nie po­win­ni mieć ty­le pie­nię­dzy, bo im od­pie­prza. W tym świe­cie rzą­dzi ka­sa, a na czło­wie­czeń­stwo nie ma miej­sca. – Po­krę­cił gło­wą. – No, ale po­za tym, do­bry da­li­ście wczo­raj wy­wiad – po­wie­dział ner­wo­wym gło­sem ka­pi­tan i prze­tarł chu­s­tecz­ką spo­co­ne czo­ło.

– Masz dla nas ko­lej­ną spra­wę? – za­py­tał za­nie­po­ko­jo­ny tym wi­do­kiem Keys.

– Mam i to nie by­le ja­ką – od­parł ka­pi­tan, wpa­tru­jąc się w nie­go.

– I to lu­bię – ucie­szył się Ian. – To czym te­raz ma­my się za­jąć? Co to za no­wa spra­wa, któ­ra spę­dza pa­nu sen z po­wiek, bo wy­glą­da szef jak­by nie spał ca­łą noc? – do­po­wie­dział Ian z lek­kim uśmie­chem, pró­bu­jąc roz­ła­do­wać nie­zna­ną, na­pię­tą sy­tu­ację.

Ka­pi­tan spoj­rzał na nie­go bez wy­ra­zu i kiw­nął gło­wą na dwa krze­sła. Ross zer­k­nął na part­ne­ra i obaj usie­dli.

– O co cho­dzi? – za­py­tał znów Ian.

– Po pierw­sze… – za­czął zde­ner­wo­wa­ny To­ny, od­chy­la­jąc się do ty­łu na krze­śle – nie ży­je tro­je na­sto­lat­ków, dwóch chło­pa­ków i dziew­czy­na. Sek­cja wy­ka­za­ła, że ca­ła trój­ka mia­ła we krwi trut­kę na szczu­ry. Praw­do­po­dob­nie ktoś sprze­dał im tru­ci­znę za­miast dra­gów, choć dla mnie to jest to sa­mo gów­no, tyl­ko to z Ame­ry­ki Po­łu­dnio­wej dzia­ła wol­niej…

– I to ta spra­wa tak sze­fa zde­ner­wo­wa­ła? – za­py­tał Flor. – Ma­ło to ćpu­nów gi­nie każ­de­go dnia? Naj­praw­do­po­dob­niej w ta­kich przy­pad­kach mo­ty­wem mor­der­stwa jest li­kwi­da­cja kon­ku­ren­cji. Szyb­ko zaj­mie­my się spra­wą.

– Zaj­miesz – po­pra­wił go ka­pi­tan, a na­stęp­nie wcią­gnął gwał­tow­nie po­wie­trze.

Obaj de­tek­ty­wi spoj­rze­li na sie­bie z nie­zro­zu­mie­niem. W ga­bi­ne­cie za­pa­no­wa­ła ci­sza i wy­da­wa­ło się, że czas sta­nął w miej­scu. Ross wpa­try­wał się z nie­do­wie­rza­niem w ka­pi­ta­na.

– Sze­fie, nie ro­zu­miem… Chcesz nas roz­dzie­lić? Prze­cież two­rzy­my na­praw­dę do­bry ze­spół, da­je­my z sie­bie wszyst­ko, czę­sto ro­zu­mie­jąc się bez słów.

– Wiem, ale nie o to cho­dzi – prze­rwał mu To­ny.

Pod­niósł ner­wo­wo ku­bek z ka­wą do ust, a dłoń de­li­kat­nie mu drża­ła. Rzu­cił wzro­kiem na zgię­tą kart­kę le­żą­cą na biur­ku. Obaj de­tek­ty­wi czu­li się zdez­o­rien­to­wa­ni.

– To co się sta­ło, do cho­le­ry, że nas roz­dzie­lasz? – wtrą­cił Flor.

– Zwa­żaj na sło­wa, chłop­cze – od­po­wie­dział sta­now­czo Byrn, wska­zu­jąc pal­cem na drzwi. – A te­raz wyjdź z mo­je­go biu­ra i idź się prze­wie­trzyć.

– Sze­fie… – ode­zwał się Ian bar­dziej po­kor­nym gło­sem.

– Te­raz, do cho­le­ry! – wrza­snął ka­pi­tan i ude­rzył pię­ścią w stół, ro­biąc się ca­ły czer­wo­ny.

Męż­czy­zna ze­rwał się z krze­sła i wy­szedł, gło­śno za­my­ka­jąc za so­bą drzwi. W biu­rze za­pa­dła gro­bo­wa ci­sza. Ross co­raz bar­dziej od­czu­wał dziw­ny nie­po­kój prze­pla­ta­ny z przy­spie­szo­nym tęt­nem. Byrn zno­wu prze­tarł spo­co­ne czo­ło chu­s­tecz­ką i wes­tchnął.

– Kli­ma­ty­za­cja od ra­na nie dzia­ła, dziś ma ją ktoś na­pra­wić – po­wie­dział spo­koj­nym gło­sem, pró­bu­jąc lek­ko roz­ła­do­wać at­mos­fe­rę. – Słu­chaj, nie bę­dę owi­jał w ba­weł­nę. Zo­sta­łeś prze­nie­sio­ny i przy­dzie­lo­ny do in­nej spra­wy. To nie za­le­ża­ło ode mnie, ja nic nie mo­gę zro­bić, pró­bo­wa­łem, ale je­stem zu­peł­nie bez­rad­ny.

– Jak to prze­nie­sio­ny? Gdzie? Do ja­kiej spra­wy? – za­py­tał zu­peł­nie zdez­o­rien­to­wa­ny Ross.

– Ju­tro le­cisz do No­we­go Jor­ku, sa­mo­lot masz o ósmej ra­no.

Po tych sło­wach Keys za­nie­mó­wił. Czuł, że chwi­lo­wo co­raz cię­żej od­dy­cha, po­wie­trze wo­kół zgęst­nia­ło, a je­go my­śli za­czę­ły się ze so­bą mie­szać, two­rząc cha­os, na któ­re­go koń­cu by­ło zda­nie.

– Co się dzie­je? Sze­fie, ale dla­cze­go No­wy Jork? Prze­cież ja tam ni­g­dy nie by­łem, to dla mnie zu­peł­nie ob­ce miej­sce.

Czuł, jak fru­stra­cja w nim na­ra­sta.

– Uspo­kój się, chłop­cze, mó­wi­łem, że nic nie mo­gę w tej spra­wie zro­bić. Do­wie­dzia­łem się o wszyst­kim wczo­raj wie­czo­rem. Naj­pierw za­dzwo­ni­li do mnie z de­par­ta­men­tu po­li­cji w Los An­ge­les, a dziś do­sta­łem list, któ­ry le­ży wła­śnie tu, na biur­ku. Jest w nim ja­sno na­pi­sa­ne, że dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go wrze­śnia, czy­li ju­tro, zo­sta­jesz nie­zwłocz­nie, bez pra­wa od­mo­wy, prze­nie­sio­ny do po­li­cji w No­wym Jor­ku. A wiesz, kto mi przy­słał ten list? – Zdez­o­rien­to­wa­ny Ross tyl­ko po­krę­cił gło­wą. – Gu­ber­na­tor sta­nu Ka­li­for­nia. Wiem ty­le, co ty i nie je­stem w sta­nie od­po­wie­dzieć ci na żad­ne py­ta­nie ani nic wskó­rać. A, i nie proś oj­ca, że­by coś zro­bił w tej spra­wie. To nic nie da, mi­mo że jest po­li­cyj­nym we­te­ra­nem, a wiem o tym, bo przed wa­szym przyj­ściem roz­ma­wia­łem z nim przez te­le­fon. Resz­tę dnia masz wol­ną. Za­bierz swo­je rze­czy, spa­kuj się i przy­go­tuj do ju­trzej­szej po­dró­ży.

Na­sta­ła chwi­la ci­szy, któ­rą prze­ry­wał ulicz­ny dźwięk prze­jeż­dża­ją­cych sa­mo­cho­dów, wdzie­ra­ją­cy się co­raz bar­dziej do środ­ka.

– Tak jest, sze­fie – od­po­wie­dział bez­sil­nie Ross, wstał z krze­sła i udał się do wyj­ścia.

Gdy otwie­rał drzwi, usły­szał za so­bą głos To­ny’ego, więc zwol­nił kro­ku.

– Chłop­cze, uwa­żaj na sie­bie. Coś tu bar­dzo śmier­dzi, tyl­ko nie wia­do­mo, gdzie i co.

Drzwi się za­mknę­ły.

Ross wy­czy­ścił swo­je biur­ko, wci­ska­jąc wszyst­kie rze­czy w nie­wiel­ki kar­ton i wy­szedł na ze­wnątrz, czu­jąc na ple­cach zdzi­wio­ny i nie­zro­zu­mia­ły wzrok resz­ty po­li­cjan­tów. Cze­ka­ją­cy na par­kin­gu Ian koń­czył ner­wo­wo pa­pie­ro­sa. Do­strzegł part­ne­ra, któ­ry szedł z kar­to­nem w je­go kie­run­ku.

– No to, kur­wa, za­je­bi­ście. Wy­rzu­ci­li go? – wy­szep­tał pod no­sem z nie­do­wie­rza­niem. – Co tam się sta­ło? Sta­ry nas uwa­lił?

– Nie on – od­po­wie­dział, wciąż błą­dząc my­śla­mi. – Zresz­tą, czy to te­raz waż­ne?

Otwo­rzył ba­gaż­nik sa­mo­cho­du, wrzu­cił pu­dło i z im­pe­tem za­trza­snął tyl­ną kla­pę.

– Jak nie on, to kto? – za­py­tał zdzi­wio­ny i wciąż zde­ner­wo­wa­ny Ian, wkła­da­jąc do ust ko­lej­ne­go pa­pie­ro­sa.

– Nie wiem, To­ny też nie wie, si­ła wyż­szej wła­dzy. Ju­tro le­cę do No­we­go Jor­ku i ty­le wszy­scy wie­my – oznaj­mił i wsiadł za kie­row­ni­cę.

– Gdzie, kur­wa, le­cisz? – za­py­tał za­sko­czo­ny Flor, aż mu pa­pie­ros wy­padł z ust.

– Do­brze sły­sza­łeś. Do pie­przo­ne­go No­we­go Jor­ku.

Za­mknął drzwi i w po­śpie­chu opu­ścił po­li­cyj­ny par­king, spo­glą­da­jąc w lu­ster­ko na by­łe­go part­ne­ra, sto­ją­ce­go z bez­rad­nie roz­ło­żo­ny­mi rę­ko­ma.Roz­dział 3

Dro­ga po­wrot­na wy­da­wa­ła się o wie­le krót­sza. Wy­ci­szo­ny te­le­fon co ja­kiś czas wi­bro­wał w kie­sze­ni, da­jąc o so­bie znać. Po do­tar­ciu na par­king Ross po­spiesz­nie wy­siadł z au­ta i ru­szył w kie­run­ku win­dy, za­po­mi­na­jąc o roz­rzu­co­nych rze­czach z pra­cy, któ­re wa­la­ły się po ba­gaż­ni­ku. Gdy wszedł do miesz­ka­nia, się­gnął po pi­wo z lo­dów­ki, siadł na ka­na­pie i głę­bo­ko wes­tchnął. Był kwa­drans po je­de­na­stej, a męż­czy­zna czuł, jak­by w ogó­le nie spał i pra­co­wał co naj­mniej ca­łą do­bę. Bo­że, co tu się dzie­je? O co tu cho­dzi? Nic z te­go nie ro­zu­miem. Te­le­fon po­now­nie za­czął wi­bro­wać w je­go kie­sze­ni, więc wy­jął go i spoj­rzał na ekran, któ­ry po­ka­zy­wał imię do­bi­ja­ją­ce­go się part­ne­ra. Od­rzu­cił po­łą­cze­nie i odło­żył ko­mór­kę na bok. Przez ca­łe to za­mie­sza­nie po­czuł na­ra­sta­ją­cy ból w gło­wie, mu­siał chwi­lę od­sap­nąć, po­zbie­rać roz­dzie­ra­ją­ce go my­śli. Od­sta­wił pi­wo na sto­lik i za­mknął oczy, a zmę­cze­nie sy­tu­acją zro­bi­ło swo­je, szyb­ko za­snął. Dzwo­nek do drzwi wy­rwał go ze snu, przez co ude­rzył no­gą w sto­lik, prze­wra­ca­jąc pi­wo.

– Szlag by to tra­fił – wy­szep­tał przez za­ci­śnię­te zę­by.

Ze­rwał się z ka­na­py, pod­niósł bu­tel­kę i po­sta­wił ją na bla­cie w kuch­ni. Po dru­giej stro­nie drzwi ktoś na­ci­skał dzwo­nek bez opa­mię­ta­nia.

– Już idę, mo­ment – krzyk­nął, a na­stęp­nie spoj­rzał przez wi­zjer.

No tak. Wziął głę­bo­ki od­dech i prze­krę­cił klucz w zam­ku. Za drzwia­mi sta­ła Lo­re­na Se­gu­ra, trzy­dzie­sto­let­nia ku­zyn­ka Ia­na. Mia­ła kru­czo­czar­ne, lek­ko fa­lo­wa­ne wło­sy do ra­mion, de­li­kat­ne mek­sy­kań­skie ry­sy twa­rzy. By­ła śred­nie­go wzro­stu, za­ło­ży­ła ja­sną su­kien­kę za ko­la­na pod­kre­śla­ją­cą biust oraz ko­bie­cą fi­gu­rę. Ty­po­wa mek­sy­kań­ska bel­le­za1, za ta­ką ko­bie­tą lu­bi­li się oglą­dać fa­ce­ci. Lecz dla niej Ross Keys był kimś wię­cej niż zna­jo­mym. We­szła bez py­ta­nia, roz­no­sząc po ca­łym miesz­ka­niu za­pach de­li­kat­nych ró­ża­nych per­fum. Za­pa­li­ła pa­pie­ro­sa, roz­glą­da­jąc się wo­kół. Go­spo­darz za­mknął drzwi.

– Skąd wie­dzia­łaś, że je­stem w do­mu? A no tak – od­po­wie­dział od ra­zu sam so­bie.

Lo­re­na opar­ła się po­ślad­ka­mi o blat sto­łu w kuch­ni. Na­la­ła do szklan­ki wo­dę i za­py­ta­ła z po­waż­ną mi­ną:

– Kie­dy chcia­łeś mi po­wie­dzieć, że zni­kasz? Tuż przed wy­jaz­dem? Po? Czy mo­że w ogó­le mia­łeś to w du­pie?

Na­pi­ła się wo­dy, wpa­tru­jąc się w twarz Ros­sa, któ­ry pod­szedł do lo­dów­ki i wziął so­bie ko­lej­ne pi­wo, a po­tem usiadł na ka­na­pie.

– Cze­go ty ode mnie ocze­ku­jesz? Nie je­ste­śmy ze so­bą już ja­kiś czas, więc nie mu­szę się przed to­bą tłu­ma­czyć.

– Nie roz­sta­li­śmy się, tyl­ko ty, nie wie­dząc dla­cze­go, od­sze­dłeś – po­pra­wi­ła go ostrym gło­sem. – A ze wzglę­du na sta­re cza­sy mo­głeś cho­ciaż dać znać.

– Mia­łem do cie­bie za­dzwo­nić wie­czo­rem – skła­mał, prze­ry­wa­jąc jej.

Lo­re­na ner­wo­wo zmie­rzy­ła go wzro­kiem.

– Ni­g­dy nie po­tra­fi­łeś kła­mać, ty zim­ny dra­niu bez uczuć. – Obe­lgi swo­jej by­łej Keys przyj­mo­wał na kla­tę, nie lu­bił się awan­tu­ro­wać. – Wy­star­czy­ło­by, że­byś zmie­nił tę pie­przo­ną pra­cę, ustat­ko­wał się, a zmie­nił­byś ca­łe swo­je ży­cie.

– Nie wra­caj­my do te­go, nie dziś, pro­szę cię – prze­rwał jej po­now­nie.

Lo­re­na spoj­rza­ła na ze­ga­rek i wes­tchnę­ła, wal­cząc ze łza­mi. Nie mo­gła spóź­nić się do pra­cy w szpi­ta­lu. Wie­dzia­ła, że nic go nie za­trzy­ma, pro­sze­nie tyl­ko po­gor­szy­ło­by sy­tu­ację. Od­sta­wi­ła szklan­kę i zbli­ży­ła się do nie­go, ba­da­jąc go z pra­gnie­niem w oczach. Po­ło­ży­ła mu dłoń na po­li­czek i na­mięt­nie po­ca­ło­wa­ła go w usta. Za­wsze uwiel­bia­ła go ca­ło­wać.

– Że­gnaj Ross, dbaj o sie­bie, bo na tym świe­cie jest zbyt wie­lu po­je­bów – wy­szep­ta­ła i wy­szła z miesz­ka­nia, a na­stęp­nie za­mknę­ła drzwi z gło­śnym hu­kiem.

De­tek­tyw wziął do sie­bie jej sło­wa, zwłasz­cza te o po­je­bach, bo w tym przy­pad­ku się nie my­li­ła. Co do je­go ży­cia, też nie. Wie­dział o tym i nie umiał nic zmie­nić, a mo­że na­wet nie chciał, sam się w tym gu­bił. Na­pił się pi­wa, włą­czył pły­tę Lu­do­vi­co Einau­die­go, li­cząc, że mo­że w ten spo­sób po­zbie­ra swo­je my­śli, i wszedł do sy­pial­ni. Wy­cią­gnął spod łóż­ka wa­liz­kę i po­wo­li za­czął się pa­ko­wać. Czas mi­jał, a ba­gaż się na­peł­niał. Pły­ta prze­sta­ła grać, a te­le­fon po­now­nie za­czął wi­bro­wać. Ross spoj­rzał na wy­świe­tlacz, na któ­rym po­ja­wi­ło się imię. Paul. Chwy­cił te­le­fon w na­dziei, że za­raz się roz­łą­czy, lecz po kil­ku­na­stu wi­bra­cjach ode­brał.

– Cześć, co u cie­bie? – za­py­tał obo­jęt­nym gło­sem.

– Wi­taj, u mnie wszyst­ko w po­rząd­ku. Ma­ma wy­szła po za­ku­py, a nie chcia­łem przy niej o tym ga­dać, więc sko­rzy­sta­łem z oka­zji i dzwo­nię. – Keys sły­szał przez te­le­fon głę­bo­ki od­dech oj­ca i zro­zu­miał, o co cho­dzi. – Dzwo­nił dziś do mnie To­ny, za­pew­ne już wiesz w ja­kiej spra­wie. Pró­bo­wa­łem się cze­goś do­wie­dzieć, wy­ko­na­łem kil­ka te­le­fo­nów i, mi­mo że mam wie­le zna­jo­mo­ści, nic z te­go. W de­par­ta­men­cie też wszy­scy na­bie­ra­ją wo­dy w usta. Ta spra­wa… coś z nią jest nie tak – wes­tchnął Paul. Na­sta­ła krót­ka ci­sza, w któ­rą syn star­sze­go męż­czy­zny wsłu­chi­wał się bez sło­wa. – Dzwo­ni­ła do mnie tak­że Lo­re­na. Wiem, że za bar­dzo jej nie znam, ale w jej gło­sie wy­czu­łem, że się o cie­bie mar­twi. Pro­si­ła, że­bym cię prze­ko­nał, byś zo­stał i zna­lazł in­ną pra­cę…

– Ro­zu­miem, co chcesz mi prze­ka­zać, ale nie zmie­nię zda­nia – prze­rwał mu chłod­nym gło­sem Ross i po­now­nie na­sta­ła krót­ka ci­sza.

– Kie­dyś by­łeś in­nym czło­wie­kiem, by­łeś szczę­śli­wy. Wiem, że to ja wszyst­ko spie­przy­łem, sy­nu. Gdy­bym wie­dział… ni­g­dy nie po­słał­bym cię do te­go pie­przo­ne­go zgło­sze­nia…

Po tych sło­wach Paul się roz­kle­ił. W słu­chaw­ce sły­chać by­ło lek­ki szloch.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku, tłu­ma­czy­łem ci, to nie two­ja wi­na, ta­ka pra­ca. Mu­szę koń­czyć, po­zdrów ma­mę.

Młod­szy Keys się roz­łą­czył, odło­żył te­le­fon i prze­cią­gnął obie­ma dłoń­mi po twa­rzy, spla­ta­jąc je na szyi. Stał tak chwi­lę nie­ru­cho­mo. Grze­biąc my­śla­mi w prze­szło­ści, wpa­try­wał się w je­den punkt na su­fi­cie. Od­niósł wra­że­nie, że przez chwi­lę czas sta­nął w miej­scu.

– Wa­lić to – wy­szep­tał.

Na­pił się pi­wa i spoj­rzał na pra­wie spa­ko­wa­ną wa­liz­kę. Ener­gicz­nie zła­pał za klu­cze i wy­szedł z miesz­ka­nia. Mu­siał ochło­nąć. Prze­biegł przez uli­cę i udał się pro­sto do po­bli­skie­go pu­bu o nie­ty­po­wej na­zwie Pod Krwa­wym By­kiem, któ­re­go wła­ści­cie­lem był Mek­sy­ka­nin. Męż­czy­zna w prze­szło­ści zaj­mo­wał się cor­ri­dą. Zwa­żyw­szy na po­rę dnia w środ­ku by­ło za­le­d­wie kil­ku klien­tów. Ross usiadł przy bla­cie ba­ro­wym.

– Co­ro­nę po­pro­szę! – za­wo­łał do bar­ma­na.

Mek­sy­ka­nin miał oko­ło pięć­dzie­siąt lat, buj­ne, ale si­wie­ją­ce wło­sy. Pod­szedł i uśmiech­nął się sze­ro­ko do klien­ta.

– Wi­taj, de­tek­ty­wie, nie by­ło cię tu kil­ka dni – po­wie­dział, na­le­wa­jąc pi­wo. – Wi­dzia­łem cię w te­le­wi­zji, do­brze, że zła­pa­li­ście tych po­pa­prań­ców. – Po­sta­wił pi­wo przed Ros­sem. – Na koszt fir­my – do­dał bar­man, a de­tek­tyw kiw­nął gło­wą w po­dzię­ko­wa­niu. – A gdzie twój part­ner? – za­py­tał, opie­ra­jąc się o blat po prze­ciw­nej stro­nie, za­rzu­ca­jąc ręcz­nik na le­we ra­mię.

– Mu­siał zo­stać w pra­cy, ja mam dziś wol­ne – od­po­wie­dział Keys, wpa­tru­jąc się w blat.

Bar­man wy­czuł, że je­go sta­ły klient nie ma dnia na roz­mo­wy i po­szedł po­wy­cie­rać sto­li­ki.

– Jak bę­dziesz cze­goś po­trze­bo­wać, de­tek­ty­wie, wo­łaj.

Keys roz­my­ślał nad wy­jaz­dem i zu­peł­nie nie­lo­gicz­nym prze­nie­sie­niem oraz przy­dzie­le­niem go do nie­zna­nej spra­wy. Kil­ka ty­się­cy ki­lo­me­trów od do­mu, w miej­scu, w któ­rym ni­g­dy nie był. Ze­ro spój­no­ści, w gło­wie two­rzył się mu cha­os, po­ja­wia­ło się co­raz wię­cej py­tań, a od­po­wie­dzi wciąż by­ło brak.

Do­pił dru­gie pi­wo i, kie­dy wy­cho­dził, po­dzię­ko­wał bar­ma­no­wi ski­nie­niem gło­wy. Wró­cił do do­mu, usiadł na ka­na­pie i wziął te­le­fon do rę­ki. Spraw­dził ese­me­sy – ostat­ni z nich był od Ia­na.

IAN: Dziś po pra­cy do cie­bie wpad­nę.

De­tek­tyw odło­żył te­le­fon i po­ło­żył się na ka­na­pie. Do­oko­ła pa­no­wa­ła zu­peł­na ci­sza. Wpa­tru­jąc się w su­fit, za­czął roz­my­ślać nad No­wym Jor­kiem. Pu­ka­nie do drzwi przy­wró­ci­ło go­spo­da­rza do rze­czy­wi­sto­ści.

– Już idę – od­po­wie­dział, wie­dząc, kto stoi za drzwia­mi. – Któ­ra go­dzi­na? – wy­mam­ro­tał pod no­sem Keys, otwie­ra­jąc drzwi.

Czas spę­dzo­ny na ka­na­pie mi­nął pio­ru­nu­ją­co szyb­ko. By­ły part­ner wszedł do środ­ka, wno­sząc ze so­bą za­pach świe­żej piz­zy.

– Wzią­łem du­żą pep­pe­ro­ni, prze­czu­wam, że nic nie ja­dłeś i roz­my­ślasz nad tym ca­łym gów­nem, w ja­kie cię wci­snę­li – po­wie­dział, kła­dąc pu­deł­ko na ku­chen­nym bla­cie.

– I się nie my­li­łeś – od­po­wie­dział Keys, za­my­ka­jąc drzwi. – Jak chcesz pi­wa, jest w lo­dów­ce.

Flor od ra­zu się­gnął po dwa i otwo­rzył je, po­da­jąc jed­no by­łe­mu part­ne­ro­wi, któ­ry wgry­zał się już w ka­wa­łek piz­zy.

– Mam zna­jo­me­go w de­par­ta­men­cie i pró­bo­wa­łem się cze­goś do­wie­dzieć o tym prze­nie­sie­niu. I wiesz co? – za­py­tał, ro­biąc lek­ko zdzi­wio­ną mi­nę.

– Ni­cze­go się nie do­wie­dzia­łeś – uprze­dził go Ross, sia­da­jąc na ka­na­pie. – Roz­ma­wia­łem z oj­cem, w su­mie to on do mnie za­dzwo­nił. Też nic nie wie o tym prze­nie­sie­niu, sa­me py­ta­nia bez od­po­wie­dzi. By­łeś u ka­pi­ta­na po tym, jak cię wy­pro­sił? – za­py­tał za­cie­ka­wio­ny.

Ian wlał w sie­bie tro­chę pi­wa i uśmiech­nął się de­li­kat­nie.

– Tak, we­zwał mnie pa­rę mi­nut póź­niej, gdy wró­ci­łem do swo­je­go biur­ka. Po­wie­dział, że­bym nad so­bą pa­no­wał i ni­g­dy wię­cej nie pod­niósł na nie­go gło­su. A po­za tym, jesz­cze raz po­dzię­ko­wał za roz­wią­za­nie tej spra­wy z bez­dom­ny­mi i do­dał, że nie­dłu­go do­sta­nę no­we­go part­ne­ra. Ale wiesz co, jed­no mnie zdzi­wi­ło. – Ian po­now­nie wziął łyk pi­wa. – Ka­pi­tan za­wsze mó­wił bez emo­cji, wiesz, czy to cho­dzi­ło o nas, czy o ko­goś in­ne­go, a dziś ra­no po­cił się i szwen­dał wzro­kiem po róż­nych czę­ściach swo­je­go biu­ra. To nie by­ło do nie­go po­dob­ne. Mam ja­kieś dziw­ne prze­czu­cie co do te­go prze­nie­sie­nia. – Po­krę­cił lek­ko gło­wą. – Sam, kur­wa, nie wiem. Czu­ję ja­kiś we­wnętrz­ny lęk i nie umiem te­go wy­tłu­ma­czyć.

Za­pa­dła chwi­la ci­szy. Pod­czas wie­lu ak­cji Ross czę­sto ufał in­tu­icji Ia­na, wie­le ra­zy po­ma­ga­ło im to w roz­wią­za­niu spra­wy.

– Aaa, dzwo­ni­ła do mnie Lo­re­na. – Keys wziął głę­bo­ki wdech i chwi­lę póź­niej na­pił się pi­wa. – Sta­ry, nie wiem, co z to­bą jest nie tak, ni­cze­go jej nie bra­ku­je. Nie ma fa­ce­ta, któ­ry by na nią nie spoj­rzał. Ład­na, in­te­li­gent­na i lgnie do cie­bie jak przy­sło­wio­wa mu­cha do gów­na, a ty, kur­wa, nic. Cza­sem się z nią prze­śpisz, na­ro­bisz jej na­dziei, a chwi­lę póź­niej: na ra­zie, do zo­ba­cze­nia za ty­dzień al­bo mie­siąc. Co jest z to­bą nie tak? – za­py­tał.

Ross na­pił się pi­wa i prze­tarł dło­nią po twa­rzy.

– Tłu­ma­czy­łem ci, że nie chcę być w związ­ku. Ta­kie ży­cie mi od­po­wia­da, stać ją na ko­goś lep­sze­go niż ja.

W kie­sze­ni ko­le­gi za­dzwo­nił te­le­fon, spoj­rzał na wy­świe­tla­ją­cy się nu­mer z uśmie­chem.

– No wi­tam – po­wie­dział. Ross sły­szał nie­wy­raź­ny ko­bie­cy głos, twarz by­łe­go part­ne­ra za­la­ła się pro­mie­ni­stym uśmie­chem. Ian prze­łknął śli­nę, skoń­czył roz­mo­wę i scho­wał te­le­fon do kie­sze­ni. – Sta­ry, mu­szę le­cieć.

Ross uśmiech­nął się i ode­zwał:

– Wi­dzę, że two­ja dziew­czy­na po­tra­fi prze­ko­nać cię do szyb­kie­go po­wro­tu do do­mu.

Flor do­koń­czył pi­wo i po­sta­wił bu­tel­kę na bla­cie.

– To nie Aman­da. Mam na bo­ku ta­ką jed­ną, ja­dam w do­mu i na mie­ście, jak to się mó­wi.

– A do­pie­ro co pra­wi­łeś mi ka­za­nie o związ­ku z two­ją ku­zyn­ką – za­śmiał się Ross.

– Kur­wa, sta­ry, do­ra­dzić to ja ci za­wsze mo­gę, ale nikt nie jest ide­al­ny, co zro­bić. Trzy­maj się, part­ne­rze, i jak­by co, dzwoń o każ­dej po­rze.

Po­da­li so­bie rę­ce i po­kle­pa­li się po ple­cach, po czym Ian wręcz wy­biegł z miesz­ka­nia, za­trza­sku­jąc za so­bą drzwi. Po­now­nie za­pa­no­wa­ła ci­sza, Ross do­koń­czył piz­zę, włą­czył ra­dio i po­szedł pod prysz­nic. Sto­jąc pod stru­ga­mi go­rą­cej wo­dy, czuł, jak scho­dzi z nie­go na­pię­cie. Wresz­cie tro­chę ulgi i orzeź­wie­nia w tym peł­nym za­ga­dek dniu. Usta­wił bu­dzik na szó­stą ra­no, łyk­nął dwie ta­blet­ki na sen, swo­je naj­lep­sze wie­czor­ne przy­ja­ciół­ki, i po­ło­żył się spać.

------------------------------------------------------------------------

1.

1 be­lle­za (hiszp.) – pięk­ność
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij