Parasomnia - ebook
W Nowym Jorku dokonano brutalnego morderstwa na wpływowym biznesmenie. Z nieznanych nikomu przyczyn do sprawy zostaje przydzielony pochodzący z Los Angeles detektyw Ross Keys. Partneruje mu Emma Wilson, bezkompromisowa śledcza, która wie, że zło potrafi założyć ludzką twarz. Chłodne przywitanie i burzliwa przeszłość coraz bardziej wypala w Rossie swoje piętno. Kolejne morderstwa wstrząsają miastem, presja rośnie, media szaleją, tworząc w społeczności głęboką spiralę lęku, a policja często traci kontrolę. Gdy w toku dochodzenia pojawia się chłopiec cierpiący na niespotykaną chorobę, zawiłe śledztwo nabiera kształtu, lecz niektóre koszmary przeszłości czekają wytrwale w uśpieniu, żeby obudzić się ze zdwojoną siłą.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788394289171 |
| Rozmiar pliku: | 2,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Przynajmniej raz w życiu każdego człowieka nawiedza to dziwne, przenikliwe uczucie, że coś się wydarzy, tylko nie wiemy gdzie i kiedy.
Ta noc była wyjątkowo gorąca. Kilka tygodni bez kropli deszczu mocno niepokoiło. Lato tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego szóstego roku głęboko zapadło w pamięci mieszkańcom Nowego Jorku. Zlany potem Adam Walker powoli podniósł zmęczone, zaspane powieki. Czuł, jak pot spływa po jego skroniach, a suche powietrze wgryza się mu w gardło. Powoli przesunął dłonią po czarnych, lekko siwiejących włosach i przeciągnął się, czując napięte mięśnie. Dźwięk telefonu stojącego na drewnianej komodzie przy łóżku coraz bardziej go irytował. Leżąca obok w półśnie żona, nie otwierając sklejonych nocą powiek, wymamrotała:
– Odbierz, do cholery, ten telefon, bo jak dzieci się obudzą, to ty będziesz je usypiał.
Adam włączył nocną lampkę. Odruchowo spojrzał zmrużonymi powiekami na zegarek, który wskazywał drugą. Nie było nic gorszego niż pobudka w środku nocy. Niemniej taki urok pracy strażaka. Chwycił za słuchawkę, przystawił ją do ucha i, ziewając, zapytał:
– Słucham?
Po drugiej stronie odezwał się donośny głos Liama, kolegi z pracy.
– Szefie, przepraszam, że dzwonię, ale mamy zgłoszenie. Potrzebni są wszyscy, płonie sierociniec w Queens Farm Park na skrzyżowaniu Little Neck i Siedemdziesiątej Czwartej.
Zaspany Adam poczuł uderzenie adrenaliny. W ułamku sekundy rozbudził się, zdając sobie sprawę, że ów sierociniec znajduje się niedaleko jego domu. Zaniedbany, drewniany, obskurny bidul, który samym wyglądem gnębił i straszył. Powodował współczucie niemal od razu na myśl o młodych, pozbawionych rodzicielskiej miłości i czułości, podopiecznych. Współczucie. To słowo najbardziej pasowało, gdy ktokolwiek spojrzał na to okropne miejsce.
– Jezu… Spotkamy się na miejscu, pospieszcie się – rzucił i szybkim ruchem odłożył słuchawkę.
Energicznie przeskoczył nad żoną, lądując na drewnianej podłodze. Włączył światło. Szybko otworzył drzwi, przebiegł przez korytarz i wbiegł wprost do pokoju dzieci, w którym okno wychodziło w tamtą stronę. Walker dostrzegł czerwono-żółtą poświatę, która unosiła się nad osiedlowymi domami jednorodzinnymi.
– Co się dzieje? – krzyknęła wystraszona Kira z sypialni.
Ośmio- i siedmioletni synowie obudzili się i, widząc zdenerwowanego ojca przy oknie, zawołali:
– Tata! Tata! Co się stało?
– Nic, śpijcie. Tata musi iść do pożaru – odpowiedział, próbując opanować głos.
Pocałował chłopców w czoło. Zawsze tak robił, gdy szedł na służbę, po czym pobiegł z powrotem do sypialni.
– Co się dzieje, kochanie? – zapytała ponownie wystraszona żona siedząca na łóżku.
– Cholera, płonie sierociniec, ten niedaleko nas – odpowiedział, ubierając się w pośpiechu.
– O Boże… – wyszeptała przerażona, odruchowo zasłaniając dłonią usta.
Chłopcy wbiegli do sypialni, wskoczyli na łóżko i przytulili się do matki, zerkając jednocześnie na ojca, który wciskał się w koszulę i spodnie. Adam ponownie pocałował dzieci oraz żonę w czoło.
– Kocham was – wyszeptał, posyłając kobiecie przerażone spojrzenie.
Wyszedł na korytarz i zbiegł po schodach. Zakładając buty, usłyszał za sobą zatroskany głos Kiry:
– Proszę, uważaj na siebie, też cię kocham!
Po drodze złapał swoją strażacką siekierę, która wisiała na ścianie w wiatrołapie i wybiegł z domu. Mocno trzasnął drzwiami, jednak tym się nie przejmował.
Pędził wzdłuż ulicy, znikając w ciemności nocy, by pojawić się w świetle ulicznych latarni, tak jak między klatkami w szpulowym filmie. W głębi duszy przeczuwał, że ta noc wryje mu się w pamięć do końca życia. Było to jedno z najgorętszych lat, jakie pamiętał. Od kilku tygodni nie spadła ani jedna kropla deszczu, a słońce bezlitośnie chłostało swymi promieniami wypaloną ziemię. Pożar był tylko kwestią czasu. Wystarczył źle rzucony niedopałek lub zwarcie elektryczne, by chwilę później rozpętało się piekło, tak jak tej nocy, dwudziestego czerwca.
Na twarzy Adama momentalnie pojawił się pot, koszula przykleiła się mu do ciała, a oddech przyspieszył. Biegł, ściskając z całej siły siekierę w prawej dłoni. Mimo czterdziestu lat był bardzo wysportowany i starał się dbać o formę, gdy tylko miał wolną chwilę. Po około pięciuset metrach dotarł do ostatniego osiedlowego domu z wysokim zaniedbanym żywopłotem. Za nim rozciągał się zniszczony czasem i brakiem finansów park z drogą, która prowadziła na skróty do sierocińca, nazywanego przez miejscowych pogardliwie drewutnią. Między drzewami dostrzegł szalejący ogień i iskry unoszące się nad koronami. Walker biegł dalej; przebijał się przez zadymione miejsca, prosząc w myślach samego Boga, żeby przeżyło jak najwięcej dzieci. Gdy znalazł się na miejscu, sierociniec był w jednej trzeciej zawalony, jedynie jego lewa strona z częścią poddasza jeszcze w miarę się trzymała, skwiercząc i strzelając od ognia. Adam, słysząc w oddali dźwięk syren wozów strażackich, rozejrzał się wokoło w poszukiwaniu ocalałych, lecz nikogo nie dostrzegł. W tej samej chwili zaczęły targać nim różne uczucia, od strachu po zwątpienie i przerażenie. Gdzie są dzieci? Przecież to niemożliwe, że wszystkie spłonęły! Do cholery, ktoś musiał przeżyć! Na twarzy poczuł gorący podmuch rozgrzanego powietrza. Cofnął się prędko. Jego serce przyspieszyło, a na plecach poczuł zimny pot. Starając się skupić, niepewnie ruszył przed siebie. Z niedowierzaniem zerknął w górę. Dostrzegł postać chłopca znajdującego się w pokoju na drugim piętrze w niezawalonej jeszcze części. Nie zastanawiając się, krzyknął:
– Skacz przez okno! Złapię cię!
Wiedział z doświadczenia, że to jedyne wyjście. Wszystkie wejścia od frontu były zablokowane płonącymi zgliszczami, a ogień nie pozwalał się zbliżyć, więc ta droga, mimo iż ryzykowna, była jedynym rozwiązaniem. Nagle postać cofnęła się w głąb pokoju, gdzie chwilę później znikła w kłębach ognia przeplatanych dymem. Walker sam już nie wiedział, czy widział tego chłopca, czy może jego umysł walczy z przerażającą rzeczywistością, przesyłając mu sprzeczne obrazy. Po chwili cały pokój stał w ogniu. Strażak porzucił myśl, że ktokolwiek tam był i ruszył szybko wzdłuż budynku. Obiegł sierociniec z drugiej strony i dojrzał leżącego na wysuszonej trawie mężczyznę w średnim wieku, który nie miał butów. Był ubrany w kremową, porwaną koszulę, a jego spodnie dżinsowe lekko dymiły. Jednak ktoś przeżył to piekło. Szybko doskoczył do niego, a w tym samym momencie wozy strażackie zaczęły wjeżdżać na teren sierocińca. Jeden przez park od frontu budynku i dwa drogami przeciwpożarowymi od tyłu. Adam przekręcił nieprzytomną osobę na plecy, po czym sprawdził tętno na szyi. Nie wyczuł go. Odchylił głowę do tyłu i zaczął reanimować mężczyznę, wykonując masaż serca. Trzydzieści ucisków na klatkę piersiową i dwa oddechy ratownicze. Wokoło strażacy zaczęli spryskiwać ogień wodą. Żywioł, wspierany wzmagającym wiatrem, skierował swe płonące języki w kierunku parku. Wóz strażacki, który stał przed frontem obiektu, musiał się wycofać, inaczej ogień by go nie oszczędził. Do reanimującego Adama, dobiegł jego kolega.
– Szefie, potrzebujemy pomocy! Pożar się rozprzestrzenia, karetki już jadą.
Spocony Walker wykonywał już trzeci masaż serca, krzycząc:
– Kurwa, obudź się, na litość boską!
W tym samym momencie nieznajomy otworzył zakrwawione i załzawione oczy, wciągając z całych sił powietrze, by chwilę później gardłowo zakasłać, dusząc się jednocześnie. Strażak usiadł z boku, niedowierzając, że udało mu się ocalić życie w momencie, gdy już prawie tracił nadzieję.
– Dobra robota, szefie, ale teraz pomóż nam. Musimy ugasić ten pieprzony ogień. Karetka już jest na miejscu, teraz oni się nim zajmą – poinformował go młody mężczyzna.
Walker przytaknął. Gdy wstawał, nieznajomy mężczyzna wypluł przed siebie ciągnącą się ślinę i, chwytając Walkera za przedramię, zapytał zachrypniętym głosem:
– Kogo jeszcze znaleźliście? Jestem zarządcą tego sierocińca. Odpowiedz mi, kto jeszcze przeżył?
Adam spojrzał na swego kolegę, który wzruszył ramionami i z braku nadziei pokręcił głową, a następnie powrócił wzrokiem na ocalałego.
– Przykro mi, na tę chwilę chyba tylko pan, lecz postaramy się, żeby odnaleźć jak najwięcej żywych osób. Mam nadzieję, że ktoś uciekł z tego piekła.
W tym samym momencie dwóch mężczyzn z karetki dobiegło do nich z noszami, krzycząc:
– Zajmiemy się nim!
Walker ruszył w kierunku wozu strażackiego, by założyć ochronne ubranie. Na chwilę jeszcze obejrzał się za siebie, ale nie dostrzegł na twarzy ocalałego prawie żadnych emocji, tylko ledwie zauważalny w kącikach ust grymas zadowolenia w momencie, gdy sanitariusze podnieśli go na noszach i pospiesznie popędzili do karetki.
– Wszystko w porządku, szefie? – zapytał Liam.
– Tak, chyba tak, sam już nie wiem – odpowiedział niepewnym głosem Walker. – Ruszajmy.
Walka z pożarem trwała resztę nocy i część poranka, powoli wabiąc gapiów z sąsiedztwa.Rozdział 2
Ross Keys, trzydziestosiedmioletni detektyw, stał nago w łazience, przecierając twarz ręcznikiem. Zarzucił go na szyję, wpatrując się w swoje odbicie w lustrze. Krótko przystrzyżone ciemnoblond włosy, szczupła twarz, błękitne oczy i lekki, ale wyrazisty ciemny zarost, który właśnie przyciął. Wsłuchiwał się w głos płynący z radia.
– Dzień dobry, Los Angeles. Jest godzina ósma rano, a dziś mamy dwudziestego września dwa tysiące szesnastego roku. W naszym mieście wciąż jest piękna pogoda i przejrzyste niebo. Ładujcie swoje bateryjki, a energię wykorzystajcie do miłych i ambitnych celów, by stworzyć sobie lepszą drogę w przyszłość.
– Hmm… – westchnął z grymasem na ustach Ross, nakładając pastę do zębów na szczoteczkę. – Wykorzystają… Kartele na dilerów, dilerzy na alfonsów, alfonsi na dziwki, a dziwki wciągną przez nos lub wstrzykną sobie w żyłę całą tą brudną rzeczywistość, próbując zapomnieć, jak zniszczyły sobie życie przez spieprzone dzieciństwo, zwyrodniałych rodziców i złe decyzje.
Szorując zęby, zaczął rozmyślać nad sprawą, którą właśnie zakończył, a którą zajmował się przez ostatni rok. Nie wiedział, co dalej go czeka w tym medialnie krystalicznym i wspaniałym mieście. Żałował, że w realu ten świat był niedoskonały i brudny… Przepłukał usta, wytarł twarz i przeszedł przez salon. Wyłączył radio i uruchomił stereo ze swoją ulubioną płytą Ludovico Einaudiego z kawałkiem Novole Blanche, który lubił czasem słuchać, by się uspokoić, wewnętrznie wyciszyć i uporządkować myśli. Wszedł do sypialni, ubrał się w ciemne, lekko wytarte dżinsy i czarną koszulkę. Założył pas z pistoletem Glock kaliber dziewięć milimetrów, włożył portfel z odznaką do prawej kieszeni, a do lewej telefon komórkowy.
Gdy wszedł do kuchni, sięgnął ze stołu po kawałek wczorajszej pizzy, zjadł szybko i popił zimną wodą. Wyłączył muzykę i wyszedł, zamykając za sobą drzwi mieszkania, które znajdowało się na trzecim piętrze. Zjechał windą na parking podziemny i wsiadł do swojego służbowego czarnego Forda Mondeo rocznik dwa tysiące dwunasty.
Gdy tylko wyjechał na zewnątrz, ktoś wyskoczył wprost na maskę samochodu. Ross gwałtownie zahamował, krzycząc:
– Na litość boską, oszalałeś, człowieku? Chcesz zginąć?
Czuł, jak jego serce w ułamku sekundy rozprowadza po całym organizmie dużą dawkę adrenaliny, a dłonie na kierownicy natychmiast zrobiły się wilgotne. Niedoszłym samobójcą okazał się bezdomny, starszy, zarośnięty, czarnoskóry mężczyzna w porwanej i brudnej ciemnozielonej bluzie oraz zniszczonych spodniach dresowych, tułający się od lat po okolicy.
– Oszalałeś? Do cholery, prawie cię rozjechałem! – krzyknął ponownie Ross.
Uśmiechnięty bezdomny, ze znacznym niedoborem uzębienia, lekko uniósł ręce do góry. Podszedł do samochodu od strony kierowcy i zapukał w szybę, a następnie odezwał się zachrypniętym głosem:
– Dzięki, szefie, że ich złapaliście. Widziałem cię w telewizji na wystawie sklepowej, dobra robota. Dziś z chłopakami napijemy się za wasze zdrowie. Wsadźcie ich na dożywocie, niech zdechną w pierdlu jeden po drugim!
Ross machnął ręką, skinął głową i odjechał, szepcząc pod nosem:
– Nie ma za co.
Ruszył przed siebie prosto do pracy. Dzień zapowiadał się słonecznie. Ludzie ubrani na sportowo biegali po chodnikach, inni wychodzili na spacer z psami. Podczas jazdy Ross rozmyślał nad ostatnią sprawą. Analizował, gdzie popełnił błędy, co mógłby poprawić, zrobić lepiej i efektywniej, by powstrzymać szaleńców, bawiących się ludzkim życiem jak bezwartościową zabawką.
Po około czterdziestu minutach przeciskania się przez miejskie korki, dojechał na posterunek policji numer siedemnaście. Przed głównym wejściem czekał na niego trzydziestotrzyletni partner Ian Flor, o latynoskiej urodzie, z kruczoczarnymi włosami zaczesanymi do tyłu. Stał w białej koszulce i czarnych spodniach i lekko się uśmiechał.
– Witaj, Keys – przywitał się i podał mu rękę.
– Cześć, Ian. Długo tak czekasz? – zapytał Ross, kierując się w stronę wejścia.
– Nie, kilka minut. Wiedziałem, że zaraz się zjawisz. Jestem ciekaw, jak kapitan zareaguje na nasz wywiad w telewizji – powiedział Flor z lekkim, a zarazem dumnym, uśmiechem na twarzy.
– To się zaraz okaże – wyszeptał Keys.
Skierowali się ku przejściu przez środek sali, gdzie przy biurkach siedzieli detektywi, zajmujący się swymi nierozwiązanymi jeszcze sprawami i kątem oka zerkali na nich, jak podchodzą i pukają do gabinetu kapitana.
– Dzień dobry, szefie.
Pięćdziesięciopięcioletni Tony Byrn, z lekką nadwagą, siwiejącymi krótkimi włosami oraz okrągłą twarzą podkreśloną licznymi zmarszczkami na czole, siedział w czarnym skórzanym fotelu. Wyraźnie rozproszony i zaniepokojony, falowo popukiwał palcami lewej dłoni o leżącą przed nim na biurku złamaną wpół kartkę. Obaj detektywi od razu wyczuli, że coś jest nie tak. Po zakończeniu każdej sprawy, szef wzywał ich do siebie i podawał rękę, serdecznie gratulował, ale tym razem miało być inaczej.
– Wszystko w porządku, szefie? – zapytał zaniepokojony Ross.
– Tak… prawie… zaraz wam wytłumaczę, o co chodzi. Ale najpierw chciałem wam pogratulować zakończenia śledztwa i całej tej cholernej sprawy z tymi bezdomnymi. Kto by pomyślał, że tak bogaci ludzie będą urządzać sobie safari na bezdomnych, na obrzeżach miasta, a następnie ćwiartować ich ciała, by karmić nimi świnie na swoich farmach. To, po prostu, kurwa, czyste szaleństwo. Niektórzy nie powinni mieć tyle pieniędzy, bo im odpieprza. W tym świecie rządzi kasa, a na człowieczeństwo nie ma miejsca. – Pokręcił głową. – No, ale poza tym, dobry daliście wczoraj wywiad – powiedział nerwowym głosem kapitan i przetarł chusteczką spocone czoło.
– Masz dla nas kolejną sprawę? – zapytał zaniepokojony tym widokiem Keys.
– Mam i to nie byle jaką – odparł kapitan, wpatrując się w niego.
– I to lubię – ucieszył się Ian. – To czym teraz mamy się zająć? Co to za nowa sprawa, która spędza panu sen z powiek, bo wygląda szef jakby nie spał całą noc? – dopowiedział Ian z lekkim uśmiechem, próbując rozładować nieznaną, napiętą sytuację.
Kapitan spojrzał na niego bez wyrazu i kiwnął głową na dwa krzesła. Ross zerknął na partnera i obaj usiedli.
– O co chodzi? – zapytał znów Ian.
– Po pierwsze… – zaczął zdenerwowany Tony, odchylając się do tyłu na krześle – nie żyje troje nastolatków, dwóch chłopaków i dziewczyna. Sekcja wykazała, że cała trójka miała we krwi trutkę na szczury. Prawdopodobnie ktoś sprzedał im truciznę zamiast dragów, choć dla mnie to jest to samo gówno, tylko to z Ameryki Południowej działa wolniej…
– I to ta sprawa tak szefa zdenerwowała? – zapytał Flor. – Mało to ćpunów ginie każdego dnia? Najprawdopodobniej w takich przypadkach motywem morderstwa jest likwidacja konkurencji. Szybko zajmiemy się sprawą.
– Zajmiesz – poprawił go kapitan, a następnie wciągnął gwałtownie powietrze.
Obaj detektywi spojrzeli na siebie z niezrozumieniem. W gabinecie zapanowała cisza i wydawało się, że czas stanął w miejscu. Ross wpatrywał się z niedowierzaniem w kapitana.
– Szefie, nie rozumiem… Chcesz nas rozdzielić? Przecież tworzymy naprawdę dobry zespół, dajemy z siebie wszystko, często rozumiejąc się bez słów.
– Wiem, ale nie o to chodzi – przerwał mu Tony.
Podniósł nerwowo kubek z kawą do ust, a dłoń delikatnie mu drżała. Rzucił wzrokiem na zgiętą kartkę leżącą na biurku. Obaj detektywi czuli się zdezorientowani.
– To co się stało, do cholery, że nas rozdzielasz? – wtrącił Flor.
– Zważaj na słowa, chłopcze – odpowiedział stanowczo Byrn, wskazując palcem na drzwi. – A teraz wyjdź z mojego biura i idź się przewietrzyć.
– Szefie… – odezwał się Ian bardziej pokornym głosem.
– Teraz, do cholery! – wrzasnął kapitan i uderzył pięścią w stół, robiąc się cały czerwony.
Mężczyzna zerwał się z krzesła i wyszedł, głośno zamykając za sobą drzwi. W biurze zapadła grobowa cisza. Ross coraz bardziej odczuwał dziwny niepokój przeplatany z przyspieszonym tętnem. Byrn znowu przetarł spocone czoło chusteczką i westchnął.
– Klimatyzacja od rana nie działa, dziś ma ją ktoś naprawić – powiedział spokojnym głosem, próbując lekko rozładować atmosferę. – Słuchaj, nie będę owijał w bawełnę. Zostałeś przeniesiony i przydzielony do innej sprawy. To nie zależało ode mnie, ja nic nie mogę zrobić, próbowałem, ale jestem zupełnie bezradny.
– Jak to przeniesiony? Gdzie? Do jakiej sprawy? – zapytał zupełnie zdezorientowany Ross.
– Jutro lecisz do Nowego Jorku, samolot masz o ósmej rano.
Po tych słowach Keys zaniemówił. Czuł, że chwilowo coraz ciężej oddycha, powietrze wokół zgęstniało, a jego myśli zaczęły się ze sobą mieszać, tworząc chaos, na którego końcu było zdanie.
– Co się dzieje? Szefie, ale dlaczego Nowy Jork? Przecież ja tam nigdy nie byłem, to dla mnie zupełnie obce miejsce.
Czuł, jak frustracja w nim narasta.
– Uspokój się, chłopcze, mówiłem, że nic nie mogę w tej sprawie zrobić. Dowiedziałem się o wszystkim wczoraj wieczorem. Najpierw zadzwonili do mnie z departamentu policji w Los Angeles, a dziś dostałem list, który leży właśnie tu, na biurku. Jest w nim jasno napisane, że dwudziestego pierwszego września, czyli jutro, zostajesz niezwłocznie, bez prawa odmowy, przeniesiony do policji w Nowym Jorku. A wiesz, kto mi przysłał ten list? – Zdezorientowany Ross tylko pokręcił głową. – Gubernator stanu Kalifornia. Wiem tyle, co ty i nie jestem w stanie odpowiedzieć ci na żadne pytanie ani nic wskórać. A, i nie proś ojca, żeby coś zrobił w tej sprawie. To nic nie da, mimo że jest policyjnym weteranem, a wiem o tym, bo przed waszym przyjściem rozmawiałem z nim przez telefon. Resztę dnia masz wolną. Zabierz swoje rzeczy, spakuj się i przygotuj do jutrzejszej podróży.
Nastała chwila ciszy, którą przerywał uliczny dźwięk przejeżdżających samochodów, wdzierający się coraz bardziej do środka.
– Tak jest, szefie – odpowiedział bezsilnie Ross, wstał z krzesła i udał się do wyjścia.
Gdy otwierał drzwi, usłyszał za sobą głos Tony’ego, więc zwolnił kroku.
– Chłopcze, uważaj na siebie. Coś tu bardzo śmierdzi, tylko nie wiadomo, gdzie i co.
Drzwi się zamknęły.
Ross wyczyścił swoje biurko, wciskając wszystkie rzeczy w niewielki karton i wyszedł na zewnątrz, czując na plecach zdziwiony i niezrozumiały wzrok reszty policjantów. Czekający na parkingu Ian kończył nerwowo papierosa. Dostrzegł partnera, który szedł z kartonem w jego kierunku.
– No to, kurwa, zajebiście. Wyrzucili go? – wyszeptał pod nosem z niedowierzaniem. – Co tam się stało? Stary nas uwalił?
– Nie on – odpowiedział, wciąż błądząc myślami. – Zresztą, czy to teraz ważne?
Otworzył bagażnik samochodu, wrzucił pudło i z impetem zatrzasnął tylną klapę.
– Jak nie on, to kto? – zapytał zdziwiony i wciąż zdenerwowany Ian, wkładając do ust kolejnego papierosa.
– Nie wiem, Tony też nie wie, siła wyższej władzy. Jutro lecę do Nowego Jorku i tyle wszyscy wiemy – oznajmił i wsiadł za kierownicę.
– Gdzie, kurwa, lecisz? – zapytał zaskoczony Flor, aż mu papieros wypadł z ust.
– Dobrze słyszałeś. Do pieprzonego Nowego Jorku.
Zamknął drzwi i w pośpiechu opuścił policyjny parking, spoglądając w lusterko na byłego partnera, stojącego z bezradnie rozłożonymi rękoma.Rozdział 3
Droga powrotna wydawała się o wiele krótsza. Wyciszony telefon co jakiś czas wibrował w kieszeni, dając o sobie znać. Po dotarciu na parking Ross pospiesznie wysiadł z auta i ruszył w kierunku windy, zapominając o rozrzuconych rzeczach z pracy, które walały się po bagażniku. Gdy wszedł do mieszkania, sięgnął po piwo z lodówki, siadł na kanapie i głęboko westchnął. Był kwadrans po jedenastej, a mężczyzna czuł, jakby w ogóle nie spał i pracował co najmniej całą dobę. Boże, co tu się dzieje? O co tu chodzi? Nic z tego nie rozumiem. Telefon ponownie zaczął wibrować w jego kieszeni, więc wyjął go i spojrzał na ekran, który pokazywał imię dobijającego się partnera. Odrzucił połączenie i odłożył komórkę na bok. Przez całe to zamieszanie poczuł narastający ból w głowie, musiał chwilę odsapnąć, pozbierać rozdzierające go myśli. Odstawił piwo na stolik i zamknął oczy, a zmęczenie sytuacją zrobiło swoje, szybko zasnął. Dzwonek do drzwi wyrwał go ze snu, przez co uderzył nogą w stolik, przewracając piwo.
– Szlag by to trafił – wyszeptał przez zaciśnięte zęby.
Zerwał się z kanapy, podniósł butelkę i postawił ją na blacie w kuchni. Po drugiej stronie drzwi ktoś naciskał dzwonek bez opamiętania.
– Już idę, moment – krzyknął, a następnie spojrzał przez wizjer.
No tak. Wziął głęboki oddech i przekręcił klucz w zamku. Za drzwiami stała Lorena Segura, trzydziestoletnia kuzynka Iana. Miała kruczoczarne, lekko falowane włosy do ramion, delikatne meksykańskie rysy twarzy. Była średniego wzrostu, założyła jasną sukienkę za kolana podkreślającą biust oraz kobiecą figurę. Typowa meksykańska belleza1, za taką kobietą lubili się oglądać faceci. Lecz dla niej Ross Keys był kimś więcej niż znajomym. Weszła bez pytania, roznosząc po całym mieszkaniu zapach delikatnych różanych perfum. Zapaliła papierosa, rozglądając się wokół. Gospodarz zamknął drzwi.
– Skąd wiedziałaś, że jestem w domu? A no tak – odpowiedział od razu sam sobie.
Lorena oparła się pośladkami o blat stołu w kuchni. Nalała do szklanki wodę i zapytała z poważną miną:
– Kiedy chciałeś mi powiedzieć, że znikasz? Tuż przed wyjazdem? Po? Czy może w ogóle miałeś to w dupie?
Napiła się wody, wpatrując się w twarz Rossa, który podszedł do lodówki i wziął sobie kolejne piwo, a potem usiadł na kanapie.
– Czego ty ode mnie oczekujesz? Nie jesteśmy ze sobą już jakiś czas, więc nie muszę się przed tobą tłumaczyć.
– Nie rozstaliśmy się, tylko ty, nie wiedząc dlaczego, odszedłeś – poprawiła go ostrym głosem. – A ze względu na stare czasy mogłeś chociaż dać znać.
– Miałem do ciebie zadzwonić wieczorem – skłamał, przerywając jej.
Lorena nerwowo zmierzyła go wzrokiem.
– Nigdy nie potrafiłeś kłamać, ty zimny draniu bez uczuć. – Obelgi swojej byłej Keys przyjmował na klatę, nie lubił się awanturować. – Wystarczyłoby, żebyś zmienił tę pieprzoną pracę, ustatkował się, a zmieniłbyś całe swoje życie.
– Nie wracajmy do tego, nie dziś, proszę cię – przerwał jej ponownie.
Lorena spojrzała na zegarek i westchnęła, walcząc ze łzami. Nie mogła spóźnić się do pracy w szpitalu. Wiedziała, że nic go nie zatrzyma, proszenie tylko pogorszyłoby sytuację. Odstawiła szklankę i zbliżyła się do niego, badając go z pragnieniem w oczach. Położyła mu dłoń na policzek i namiętnie pocałowała go w usta. Zawsze uwielbiała go całować.
– Żegnaj Ross, dbaj o siebie, bo na tym świecie jest zbyt wielu pojebów – wyszeptała i wyszła z mieszkania, a następnie zamknęła drzwi z głośnym hukiem.
Detektyw wziął do siebie jej słowa, zwłaszcza te o pojebach, bo w tym przypadku się nie myliła. Co do jego życia, też nie. Wiedział o tym i nie umiał nic zmienić, a może nawet nie chciał, sam się w tym gubił. Napił się piwa, włączył płytę Ludovico Einaudiego, licząc, że może w ten sposób pozbiera swoje myśli, i wszedł do sypialni. Wyciągnął spod łóżka walizkę i powoli zaczął się pakować. Czas mijał, a bagaż się napełniał. Płyta przestała grać, a telefon ponownie zaczął wibrować. Ross spojrzał na wyświetlacz, na którym pojawiło się imię. Paul. Chwycił telefon w nadziei, że zaraz się rozłączy, lecz po kilkunastu wibracjach odebrał.
– Cześć, co u ciebie? – zapytał obojętnym głosem.
– Witaj, u mnie wszystko w porządku. Mama wyszła po zakupy, a nie chciałem przy niej o tym gadać, więc skorzystałem z okazji i dzwonię. – Keys słyszał przez telefon głęboki oddech ojca i zrozumiał, o co chodzi. – Dzwonił dziś do mnie Tony, zapewne już wiesz w jakiej sprawie. Próbowałem się czegoś dowiedzieć, wykonałem kilka telefonów i, mimo że mam wiele znajomości, nic z tego. W departamencie też wszyscy nabierają wody w usta. Ta sprawa… coś z nią jest nie tak – westchnął Paul. Nastała krótka cisza, w którą syn starszego mężczyzny wsłuchiwał się bez słowa. – Dzwoniła do mnie także Lorena. Wiem, że za bardzo jej nie znam, ale w jej głosie wyczułem, że się o ciebie martwi. Prosiła, żebym cię przekonał, byś został i znalazł inną pracę…
– Rozumiem, co chcesz mi przekazać, ale nie zmienię zdania – przerwał mu chłodnym głosem Ross i ponownie nastała krótka cisza.
– Kiedyś byłeś innym człowiekiem, byłeś szczęśliwy. Wiem, że to ja wszystko spieprzyłem, synu. Gdybym wiedział… nigdy nie posłałbym cię do tego pieprzonego zgłoszenia…
Po tych słowach Paul się rozkleił. W słuchawce słychać było lekki szloch.
– Wszystko w porządku, tłumaczyłem ci, to nie twoja wina, taka praca. Muszę kończyć, pozdrów mamę.
Młodszy Keys się rozłączył, odłożył telefon i przeciągnął obiema dłońmi po twarzy, splatając je na szyi. Stał tak chwilę nieruchomo. Grzebiąc myślami w przeszłości, wpatrywał się w jeden punkt na suficie. Odniósł wrażenie, że przez chwilę czas stanął w miejscu.
– Walić to – wyszeptał.
Napił się piwa i spojrzał na prawie spakowaną walizkę. Energicznie złapał za klucze i wyszedł z mieszkania. Musiał ochłonąć. Przebiegł przez ulicę i udał się prosto do pobliskiego pubu o nietypowej nazwie Pod Krwawym Bykiem, którego właścicielem był Meksykanin. Mężczyzna w przeszłości zajmował się corridą. Zważywszy na porę dnia w środku było zaledwie kilku klientów. Ross usiadł przy blacie barowym.
– Coronę poproszę! – zawołał do barmana.
Meksykanin miał około pięćdziesiąt lat, bujne, ale siwiejące włosy. Podszedł i uśmiechnął się szeroko do klienta.
– Witaj, detektywie, nie było cię tu kilka dni – powiedział, nalewając piwo. – Widziałem cię w telewizji, dobrze, że złapaliście tych popaprańców. – Postawił piwo przed Rossem. – Na koszt firmy – dodał barman, a detektyw kiwnął głową w podziękowaniu. – A gdzie twój partner? – zapytał, opierając się o blat po przeciwnej stronie, zarzucając ręcznik na lewe ramię.
– Musiał zostać w pracy, ja mam dziś wolne – odpowiedział Keys, wpatrując się w blat.
Barman wyczuł, że jego stały klient nie ma dnia na rozmowy i poszedł powycierać stoliki.
– Jak będziesz czegoś potrzebować, detektywie, wołaj.
Keys rozmyślał nad wyjazdem i zupełnie nielogicznym przeniesieniem oraz przydzieleniem go do nieznanej sprawy. Kilka tysięcy kilometrów od domu, w miejscu, w którym nigdy nie był. Zero spójności, w głowie tworzył się mu chaos, pojawiało się coraz więcej pytań, a odpowiedzi wciąż było brak.
Dopił drugie piwo i, kiedy wychodził, podziękował barmanowi skinieniem głowy. Wrócił do domu, usiadł na kanapie i wziął telefon do ręki. Sprawdził esemesy – ostatni z nich był od Iana.
IAN: Dziś po pracy do ciebie wpadnę.
Detektyw odłożył telefon i położył się na kanapie. Dookoła panowała zupełna cisza. Wpatrując się w sufit, zaczął rozmyślać nad Nowym Jorkiem. Pukanie do drzwi przywróciło gospodarza do rzeczywistości.
– Już idę – odpowiedział, wiedząc, kto stoi za drzwiami. – Która godzina? – wymamrotał pod nosem Keys, otwierając drzwi.
Czas spędzony na kanapie minął piorunująco szybko. Były partner wszedł do środka, wnosząc ze sobą zapach świeżej pizzy.
– Wziąłem dużą pepperoni, przeczuwam, że nic nie jadłeś i rozmyślasz nad tym całym gównem, w jakie cię wcisnęli – powiedział, kładąc pudełko na kuchennym blacie.
– I się nie myliłeś – odpowiedział Keys, zamykając drzwi. – Jak chcesz piwa, jest w lodówce.
Flor od razu sięgnął po dwa i otworzył je, podając jedno byłemu partnerowi, który wgryzał się już w kawałek pizzy.
– Mam znajomego w departamencie i próbowałem się czegoś dowiedzieć o tym przeniesieniu. I wiesz co? – zapytał, robiąc lekko zdziwioną minę.
– Niczego się nie dowiedziałeś – uprzedził go Ross, siadając na kanapie. – Rozmawiałem z ojcem, w sumie to on do mnie zadzwonił. Też nic nie wie o tym przeniesieniu, same pytania bez odpowiedzi. Byłeś u kapitana po tym, jak cię wyprosił? – zapytał zaciekawiony.
Ian wlał w siebie trochę piwa i uśmiechnął się delikatnie.
– Tak, wezwał mnie parę minut później, gdy wróciłem do swojego biurka. Powiedział, żebym nad sobą panował i nigdy więcej nie podniósł na niego głosu. A poza tym, jeszcze raz podziękował za rozwiązanie tej sprawy z bezdomnymi i dodał, że niedługo dostanę nowego partnera. Ale wiesz co, jedno mnie zdziwiło. – Ian ponownie wziął łyk piwa. – Kapitan zawsze mówił bez emocji, wiesz, czy to chodziło o nas, czy o kogoś innego, a dziś rano pocił się i szwendał wzrokiem po różnych częściach swojego biura. To nie było do niego podobne. Mam jakieś dziwne przeczucie co do tego przeniesienia. – Pokręcił lekko głową. – Sam, kurwa, nie wiem. Czuję jakiś wewnętrzny lęk i nie umiem tego wytłumaczyć.
Zapadła chwila ciszy. Podczas wielu akcji Ross często ufał intuicji Iana, wiele razy pomagało im to w rozwiązaniu sprawy.
– Aaa, dzwoniła do mnie Lorena. – Keys wziął głęboki wdech i chwilę później napił się piwa. – Stary, nie wiem, co z tobą jest nie tak, niczego jej nie brakuje. Nie ma faceta, który by na nią nie spojrzał. Ładna, inteligentna i lgnie do ciebie jak przysłowiowa mucha do gówna, a ty, kurwa, nic. Czasem się z nią prześpisz, narobisz jej nadziei, a chwilę później: na razie, do zobaczenia za tydzień albo miesiąc. Co jest z tobą nie tak? – zapytał.
Ross napił się piwa i przetarł dłonią po twarzy.
– Tłumaczyłem ci, że nie chcę być w związku. Takie życie mi odpowiada, stać ją na kogoś lepszego niż ja.
W kieszeni kolegi zadzwonił telefon, spojrzał na wyświetlający się numer z uśmiechem.
– No witam – powiedział. Ross słyszał niewyraźny kobiecy głos, twarz byłego partnera zalała się promienistym uśmiechem. Ian przełknął ślinę, skończył rozmowę i schował telefon do kieszeni. – Stary, muszę lecieć.
Ross uśmiechnął się i odezwał:
– Widzę, że twoja dziewczyna potrafi przekonać cię do szybkiego powrotu do domu.
Flor dokończył piwo i postawił butelkę na blacie.
– To nie Amanda. Mam na boku taką jedną, jadam w domu i na mieście, jak to się mówi.
– A dopiero co prawiłeś mi kazanie o związku z twoją kuzynką – zaśmiał się Ross.
– Kurwa, stary, doradzić to ja ci zawsze mogę, ale nikt nie jest idealny, co zrobić. Trzymaj się, partnerze, i jakby co, dzwoń o każdej porze.
Podali sobie ręce i poklepali się po plecach, po czym Ian wręcz wybiegł z mieszkania, zatrzaskując za sobą drzwi. Ponownie zapanowała cisza, Ross dokończył pizzę, włączył radio i poszedł pod prysznic. Stojąc pod strugami gorącej wody, czuł, jak schodzi z niego napięcie. Wreszcie trochę ulgi i orzeźwienia w tym pełnym zagadek dniu. Ustawił budzik na szóstą rano, łyknął dwie tabletki na sen, swoje najlepsze wieczorne przyjaciółki, i położył się spać.
------------------------------------------------------------------------
1.
1 belleza (hiszp.) – piękność