Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Paszporty do raju - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
13 lutego 2026
37,99
3799 pkt
punktów Virtualo

Paszporty do raju - ebook

Dom można stracić w jednej chwili. Trudniej zbudować go na nowo.

Początek lat 80. Do austriackiego obozu dla uchodźców – miejsca, gdzie mieszają się kultury, języki i dramaty setek ludzi – trafia dwójka Polaków, Wanda z trzyletnią córeczką i Roman. Nie znają się, dzieli ich przeszłość i bolesne doświadczenia, a jednak, by przetrwać, postanawiają udawać rodzinę. Chcą bowiem uciec od ludzi i systemu, które odebrały im poczucie bezpieczeństwa.

Ich krucha więź, pełna nieufności i lęku, wystawiana jest na próbę każdego dnia. Życie na emigracji w obozie oznacza ciągłą kontrolę i niepewność, kiedy nadejdzie decyzja o wyjeździe do wymarzonego kraju. A sny o lepszym świecie wciąż pozostają odległe…

Czy w takich warunkach można zbudować coś trwałego – czy raczej wszystko, co tworzą, okaże się tylko chwilową ucieczką od trudnej rzeczywistości?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-259-0
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PRZEDMOWA

W 1981 roku wyemigrowałem wraz z żoną i naszą dwuletnią córeczką. Pierwszym przystankiem w tej podróży ku nowemu życiu był obóz dla uchodźców w austriackim miasteczku Traiskirchen. To właśnie tam przez rok stawialiśmy czoła niepewności, nadziei i lękowi przed nieznanym. Te doświadczenia utworzyły fundament dla mojej powieści.

Bohaterowie książki są fikcyjnymi postaciami, jednak ich losy odzwierciedlają autentyczne historie wielu ludzi, którzy znaleźli się w podobnej emigracyjnej sytuacji. Są to ludzie uwikłani w skomplikowaną sieć emocji, targani sprzecznymi uczuciami, zmuszeni do podejmowania dramatycznych decyzji.

Emigracja to nie tylko proces zmiany miejsca zamieszkania, ale także możliwość głębokiej przemiany wewnętrznej , która dotyka każdego, kto decyduje się na taki krok. To jest opowieść o odwadze, nadziei i determinacji w dążeniu do nowego początku mimo ciężarów przeszłości.

_Lech Foremski_WPROWADZENIE

Siedział przed ekranem i oglądał stary polski film. Był to propagandowy, komunistyczny gniot, ale mimo wszystko poruszył go głęboko. Wstydząc się samego siebie, dyskretnie otarł łzę spływającą po policzku.

– Cholera jasna! – zaklął pod nosem. – Co się ze mną dzieje? Dlaczego oglądam to komunistyczne gówno i do tego wzruszam się jak małe dziecko?

Upokorzony swoimi irracjonalnymi emocjami zerwał się z wersalki. W pośpiechu narzucił kurtkę, jakby chciał uciec przed sobą, i wybiegł z domu. Wciągnął głęboko w płuca rześkie, jesienne powietrze, doznając chwilowej ulgi od niezrozumiałych emocji. Rozejrzał się wokół, ciesząc się słonecznymi promieniami malującymi późnojesienne kolory. Nagle podmuch wiatru porwał gromadkę różnobarwnych liści, wirując nimi nad ziemią, które opadły u jego stóp z cichym szelestem.

Jest cisza. Jak daleko sięgnąć wzrokiem, widzi pustą ulicę. Ogarnęło go uczucie samotności i bezsensu. Niespodziewanie, jakby na przekór melancholii, z krzaków wybiegły dwie wiewiórki. Goniąc się, zręcznie wskoczyły na pobliskie drzewo. Czając się wśród gałęzi, w napięciu obserwowały każdy jego ruch.

Boją się mnie – pomyślał. – W końcu to ja jestem dla nich intruzem, potencjalnym zagrożeniem.

Uśmiechnął się do swoich myśli i odszedł, pozostawiając je w spokoju. Spojrzał przed siebie. Prosta linia chodnika ponownie wzbudziła w nim uczucie samotności. Gdyby nie miarowy szum samochodów, dochodzący z pobliskiej autostrady, mógłby sądzić, że jest jedynym człowiekiem żyjącym na tej planecie.

W oddali dostrzegł sylwetkę mężczyzny prowadzącego psa na smyczy. Poczuł ulgę i ekscytację. Westchnął głęboko, widząc w tej pustej scenerii drugiego człowieka; jego obecność stała się prawdziwym kuriozum. Z każdym krokiem, który ich do siebie zbliżał, czuł rosnącą radość na myśl o wymianie kilku banalnych, grzecznościowych zdań. W jego głowie przerzucały się stereotypowe frazy odpowiednie do tej sytuacji: _The weather is nice today_; _These tree colors are delicious_; _Today is a beautiful day._

Czas na dobór właściwego pozdrowienia skończył się, gdyż przechodzień zbliżył się na odległość uśmiechu. Wymienili uprzejme spojrzenia. Nawet pies przyjaźnie pomerdał ogonem, a jego pan powiedział łagodnym tonem:

– Hi! How are you?

_– Thank you, very well. How are you? _– odpowiedział instynktownie.

Przechodzień, patrząc nieco ponad jego głową, dodał:

– Beautiful day today.

Nie oczekując na odpowiedź, szybko oddalił się w pustą, wielobarwną przestrzeń jego ulicy.

Nie! To nie jest moja ulica! To nie jest moje miasto! To nie jest mój kraj! – pomyślał dramatycznie. – Gdzie one są, jeśli nie tutaj? Czy w ogóle mam coś tutaj własnego?

Natychmiast odpowiedział sobie w myślach: Tak, mam. Moje dzieci i wnuki. To dla nich, dla ich lepszego życia tutaj przyjechałem. Więc dlaczego zadaję sobie takie głupie pytania? W końcu to oczywiste, że mam obowiązek być szczęśliwy. Wszystko, czego pragnąłem, otrzymałem – nawet więcej. Powinienem być szczęśliwy.

Ale dlaczego tak bardzo boli, gdy dźwięki mowy wokół są inne? Dlaczego wciąż oczekuje, że idąc ulicą, poczuje się jak w swoim kraju?

Tutaj żaden przechodzień nie odpowie na jego „Dzień dobry!” w rodzimym języku. Nikt nie usiądzie z nim w pubie, by zapytać:

– Pamiętasz tamte dni…?

A on, dyskretnie się uśmiechając, mając w pamięci ten sam obraz, odpowiedziałby:

– Oczywiście, że pamiętam, mój przyjacielu. To były dobre czasy…

I choć są obcy, obaj odlecieliby myślami jak ptaki w przeszłość, którą tylko oni znają i pamiętają.

Jego życie toczy się w czasie przeszłym. Zrezygnował ze wszystkiego i stał się chodzącym muzeum – wspomnieniem, którego nikt już nie chce. To absurdalne życie emigranta.

Oto stoi przed wami kolejny człowiek spośród wielu, którzy dawno temu opuścili swoje rodzinne domy. Wszystkie obrazy ich życia i doświadczeń zamroziły się w czasie i stały się bezużyteczne. By wkroczyć w przyszłość, muszą nauczyć się stawiać pierwsze kroki na nieznanym lądzie i wymawiać pierwsze niezdarne słowa, które w słuchaczach wzbudzają żałosny uśmiech. Będąc dorosłymi, czują się jak małe, nieporadne dziecko. To upokarzające doświadczenie.

Emigrant nie jest turystą, któremu wybacza się językowe potknięcia. Emigrant tutaj mieszka, a kiedy próbuje mówić w nowym języku, czuje się jak mentalnie upośledzony – i tak też jest przez wielu traktowany.

Nieustannie, niemal obsesyjnie, przebiega myślami przez sekundy, minuty, godziny i dni swojej przeszłości. Oczami wyobraźni widzi ludzi i miejsca, które już nie istnieją, lecz dla niego pozostają wieczne, zawieszone w czasie i nie podlegają przemijaniu. To jest dusza emigranta.

Jeśli ktokolwiek zajrzy do jego rzeczywistości, zobaczy świat, którego się uczy. Tak, od wielu lat, emigrant studiuje swój nowy świat, ale nigdy nie jest w stanie zaakceptować go jako własny. Nauczył się rozumieć język, którym mówią wokół niego, ale pomimo upływu lat dźwięki wciąż brzmią obco. Kiedy był dzieckiem, nawet przez myśl mu nie przeszło, że te obce nuty zostaną kiedyś wpisane w partyturę jego życia. To jest zabawne, ale nauka nowego języka okazuje się procesem niezwykle bolesnym. Zmieniając język, ma uczucie, że traci cząstkę siebie.

Dlatego kurczowo trzyma się swojego ojczystego języka, jakby chciał sobie udowodnić, że nadal jest tym samym człowiekiem, jakim się urodził. Stał się dla siebie samego ojczyzną – mobilnym gniazdem rodzinnym, które jedynie ociera się o krawędzie nowego świata. Dlatego często jest bierny na wszelkie zewnętrzne wpływy.

Dzieci i wnuki z szacunku i miłości przemawiają do niego w jego ojczystym języku, choć robią to z trudem i fałszywymi nutami. Za te nieczyste brzmienia odpłaca im uśmiechem wdzięczności. Gdy oddalają się od niego, ich mowa staje się swobodna – niczym śpiew ptaków wypuszczonych z klatki. Śpiewają prawdziwymi partyturami swojego lasu i pola. On wie, że go kochają, ale podchodzą do niego niepewnie z poczuciem obcości. Rozmawiają z nim niepewnymi głosami, oddzieleni egzotycznością pojęć i znaczeń. Prowadzą rozmowy powierzchowne, podobne do obrazów zawieszonych w salach muzealnych, są dla wszystkich, ale do nikogo nie należą.

Wędrując ulicami swojego nowego świata, jest pełen ciekawości i podekscytowania. Gdy pragnie dołączyć do jego rytmu, natrafia jednak na grubą, zimną, szklaną taflę, oddzielającą go od pulsującej materii życia. Traci grunt pod nogami i wpada w otchłań wyobcowania oraz samotności.

Wtedy dzwoni do starego kraju. Rozmawia godzinami z rodziną i przyjaciółmi – jedyną prawdziwą ojczyzną, która mu pozostała. Tylko oni znają eksponaty w jego pamięci. Dla nich to czasy minione, podczas gdy on trzyma je w teraźniejszości. Chętnie połyka słodkie wspomnienia, przekraczając granicę czasu i przestrzeni.

Odkłada słuchawkę telefonu.

Poruszony wspomnieniami w wyobraźni przeobraża się w małego chłopca i biegnie ulicami swego miasta. Regularny rytm końskich kopyt stuka o bruk. To czas targu na pobliskim rynku. Biegnie, przeciska się bojaźliwie między wozami. Wokoło pachnie sianem, końskim łajnem i kwaśnym serem. Pomimo gwaru przekupniów panuje tu ciepły, miodowy spokój, szumi tak, jakby roje pszczół tworzyły kokon nowego królestwa.

Jakie to dziwne, że uciekając ze starego świata, nie wiedział, że te banalne obrazy staną się tak ważne, a przywoływanie ich przysporzy mu tyle absurdalnego bólu. Teraz jego zmysły są odrętwiałe, jakby wykastrowane, pozbawione pewnych pytań i uczuć. Dziś, w ciszy tykającego zegara, przeszłość zamieniła się w teraźniejszość.

Widzi siebie stojącego przed ambasadą w tłumie takich samych petentów do raju jak on. Ludzie są spoceni, a smród ich niemytych ciał drażni powonienie. Jest jednym z nich. Zaglądają w otwierające się drzwi, które powoli, majestatycznie pochłaniają kolejnych, pragnących pieczątki w paszporcie – tej przepustki do krainy wiecznej szczęśliwości. Tłum bacznie obserwuje każdego, kto wychodzi z biura ambasady. Niektórzy przesyłają im wzrokiem cichą pogardę, inni rzucają fałszywy, pełen zazdrości uśmiech.

W końcu i on wychodzi z upragnionym stemplem w paszporcie. Trzyma w dłoni wizę – przepustkę do nowego świata za żelazną kurtyną. Zaniemówił ze szczęścia, szczęścia, którego jeszcze nie rozumie. Nie wie nic o życiu po drugiej stronie. Niczego nie jest w stanie sobie wyobrazić, oprócz jednego: że raj to raj.

Ale raj nie jest jego ojczyzną.

Trzymając w ręku przepustkę do lepszego świata, wyniośle przygląda się tłumowi. Otaczają go ludzie szarzy, zwyczajni, wycofani i pełni zawiedzionych, niespełnionych marzeń. Patrzy na nich z pogardą i żalem, mówiąc do siebie:

– Nigdy już nie będę jednym z was. Nie chcę waszego kraju. Znajdę sobie nowy – miły i opiekuńczy, taki, który będzie jak dobra matka, gdyż ta, która nazywa siebie moją matką, nigdy nią nie była. Zawsze pijana, wulgarna, nieprzewidywalna. Wyrzekam się ciebie, tak jak ty wyrzekasz się mnie.

Dałaś mi tylko swoje śmierdzące wymiociny, które muszę sprzątać, by nie udusić się ich smrodem. Wiesz, że cię porzucam, a jednak śmiejesz się i kpisz ze mnie, ciesząc się, że będziesz miała o jeden brzuch mniej do wykarmienia. Więc zostań tu, pijana i bełkocząca w rynsztoku swojej głupiej bezmyślnej rozpusty. Niech świat przygląda się twemu zepsuciu, niech cieszy się widokiem twojego wstydu. Ty, która wylewasz własne dzieci jak śmierdzące pomyje na ulice świata.

Powstaję z tego bagna i odchodzę z nadzieją, że zapomnę o twojej brutalnej nieprawości. Podnoszę głowę wysoko, aby nie patrzeć w oczy tych, których porzucam. Przeklinam was jeszcze raz:

– Motłoch! Nigdy za wami nie zatęsknię!

Następnie idzie, by spakować walizkę.

***

Miarowy, rytmiczny werbel kół toczących się po szynach, wtapia się w tętno przerażonego serca i chaotycznych wyobrażeń zmagających się ze sobą, osnutych tysiącem pytań: Co znajduje się za żelazną kurtyną? Pędzący pociąg przecina grubą warstwę ciemności. Tylko od czasu do czasu, jak iskierki nadziei, migocą słabe światła przydrożnych domów.

Podróżni rozmawiają cicho, tajemniczo, jakby chcieli ukryć swoje zamiary. W przedziałach jest pełno ludzi, a tak jakby nikogo nie było, cisza… i nagle przestrzeń rozdziera wybuch radości:

– Jesteśmy w Edenie! Przebiliśmy żelazną kurtynę! Wjechaliśmy do nowego świata! – wołają niektórzy w uniesieniu.

Za oknami pędzącego pociągu jest ciemno, stłoczeni przy szybach wpatrują się w atramentową czerń, spodziewając się dostrzec wyśnione rajskie drzewa, które będą ich karmić. Powoli wschodzące słońce maluje szaro-różową poświatę na horyzoncie, odsłaniając sylwetki domów, drzew i ulic, po których poruszają się samochody i ciężarówki – tak różne od tych, które znają ze swojej strony świata. Zauroczeni przyglądają się tej normalności. Jasne światło budzącego się dnia oślepia ich, odkrywając nieznane piękno, harmonię i spokój. Przechodnie, obserwowani przez okno pociągu, stają się dla nich symbolami wszelkiego szczęścia – szczęścia, które, być może, również w najbliższej przyszłości będzie ich…ROZDZIAŁ PIERWSZY

Roman

– _ACHTUNG! ACHTUNG! Internationaler Expresszug CHOPIN von Warschau über Kattowitz, Hohenau, kommt in den Bahnsteig vier, Gleis… ein._

Oszołomiony, zdezorientowany wyszedłem na peron. W którą stronę pójść? Jak postawić następny krok? Przez moją głowę przebiegało tysiące pomysłów i obaw przed popełnieniem najmniejszej pomyłki. Czułem wszechogarniający paraliż strachu. Rozglądając się po upragnionym raju wiedeńskiego dworca nie miałem pojęcia, co teraz zrobić. Nagle jakiś obcy człowiek chwycił moją walizkę.

– _Nein! Nein!_ – wykrzyknąłem przerażony, używając jedynego znanego mi niemieckiego słowa.

– Co, nie?! – odpowiedział arogancko mężczyzna, mówiąc zaskakująco płynnie po polsku.

– Zawiozę cię do obozu dla uchodźców – dodał, wyrywając mi walizkę z ręki.

– Czy jesteś Polakiem? – zapytałem naiwnie.

Prychnął mi pogardliwie prosto w twarz.

– A co, spodziewałeś się, że Austriacy przywitają cię kwiatami? No jak? Decyduj się… Chcesz do obozu dla uchodźców, czy nie? Decyduj się, koleś… Zbieramy takich jak ty i podrzucamy pod obóz.

– Skąd wiesz, że chcę się tam dostać?

– A stąd, że pospieszny Chopin z Warszawy do Wiednia to lagier transport. Żaden Polak nie jedzie dalej. To ślepy tor, dla Polaków stacja docelowa. Masz to koleś napisane na twarzy, że potrzebujesz transportu do _Flüchtlingslage_r.

Zaniemówiłem, słysząc płynność niemieckiego słowa wypowiedzianego przez mojego rodaka. Mężczyzna, nie zwracając uwagi na moje zaskoczenie, zaprowadził mnie do starej skody stojącej na parkingu. Postawił obok grupki innych przerażonych ludzi, równie zagubionych jak ja. Ładował walizki do bagażnika, niektóre przyczepiał do dachu starego, zardzewiałego samochodu. Upychał nas jak śledzie do beczki, ignorując wszelkie zasady i ograniczenia. Poddaliśmy się biernie, milcząco akceptując los, który narzucał nam usłużny rodak.

Za szybami samochodu przesuwał się pejzaż nowego świata. Wszystko było barwne, czyste i bogate – nigdy przez nas wcześniej nieznane, a jednak od tej chwili na zawsze należące do naszych oczu.

Czas zadumy i fascynacji przerwał szorstki głos kierowcy:

– _Traiskirchen_! Wysiadamy!

Naciskam klamkę, chcąc wydostać się z zatłoczonego samochodu, ale drzwi się nie otwierają.

– Gdzie to, panowie?! Najpierw płacić, potem wolność! – wykrzyknął mężczyzna za kierownicą z ironicznym uśmiechem.

– Ile? – pytamy niemal jednym głosem.

– Pięćdziesiąt od łebka.

– Pięćdziesiąt czego? – pytamy skonsternowani.

– A gdzie przyjechaliście? Na wschód czy na zachód? Jakby co się komu popieprzyło w głowie, to oświadczam: kasa ruskich rubli nie przyjmuje. Szylingów austriackich też nie lubię. Mile widziane są tylko amerykańskie zielone – powiedział, po czym zaniósł się śmiechem, jakby właśnie opowiedział najlepszy dowcip na świecie.

– W takim razie otwórz drzwi, bo nie mam, jak wyjąć portfela – poprosił jeden z pasażerów.

– Żadnych sztuczek, panowie. Poproś kolegę, żeby ci pożyczył. Nie ma głupich. Ty odejdziesz, a ja zostanę z tym twoim gównem, które ze sobą przywlokłeś.

W samochodzie zapanowała konsternacja. Nerwowo przeliczaliśmy dolary. Ktoś protestował, inni naciskali, a kierowca zniecierpliwiony wystukiwał palcami rytm na kierownicy. W końcu odwrócił się i krzyknął:

– Panowie, przestańcie się kłócić! Zapłaćcie za transport i spływajcie, bo bramę w obozie już otwierają!

Wściekli, bezsilni i upokorzeni wkładamy w brudne łapy ciężko zdobyte dolary. Każde wyrzeczenie, każdy trud, który włożyliśmy w zdobycie tej waluty, przewija się przed oczami.

Kierowca skrupulatnie przelicza dwieście pięćdziesiąt dolarów, po czym otwiera drzwi do „wolności”. Wysypujemy się z samochodu, a na naszych twarzach można wyczytać straszną myśl: chęć zamordowania tego bandyty. On jednak ze stoickim spokojem wyrzuca nasze bagaże na chodnik i szybko znika, jakby bał się, że ktoś go przyłapie na tej brudnej robocie.

Nie mamy problemu z ustaleniem, gdzie znajduje się obóz uchodźców. Tłum takich jak my wypełnia ulicę, czekając na otwarcie bramy. Podchodzimy niepewnie, powoli, udając niezdecydowanie. Zadajemy lakoniczne pytania, jakby chcąc jeszcze odwlec ostateczną decyzję. Wciąż istnieje opcja, że możemy się wycofać.

Na niemal wszystkich twarzach czekających maluje się niepokój i przerażenie – emocje ludzi, którzy sięgają po zakazany owoc. Są też tacy, którzy obiecują sobie, że będą tylko biernymi obserwatorami i ewentualnie zdecydują się wejść później. Jednak falujący tłum pod bramą nie jest pewien, czy w ogóle zostanie wpuszczony do środka. Szeptane plotki zastraszają, że obóz jest przepełniony i dziś nikogo nie przyjmą.

Nagle tłum się rozdziela. Jedna grupa obmyśla strategię wejścia poza kolejką – ktoś proponuje przekupienie strażnika w budce przy bramie; inni opowiadają o przerażających wydarzeniach, które rzekomo miały miejsce wcześniej, doprowadzając co wrażliwsze osoby do ataków histerii lub paniki.

Tłum faluje i pomrukuje od kilku godzin, ale brama, jak zaczarowana, pozostaje zamknięta.

Wreszcie strażnik wychodzi i łamaną polszczyzną wykrzykuje:

– Dać paszporty!

W jednej chwili co silniejsi mężczyźni, przepychając się łokciami, dopadają strażnika, stając przed nim z poddańczymi uśmiechami. Wpychają mu do rąk plik paszportów. Ci mniej sprytni, widząc, że kombinatorzy zyskują przewagę, desperacko szturmują, wykrzykując w nieznanym Austriakowi języku:

– Szanowny panie! Weź mój paszport. Proszę, błagam cię.

Skomlą, wciskając mu w ręce dokumenty, popychają go i ciągną za rękawy. Ktoś bardziej przedsiębiorczy wkłada do paszportu dolary, wskazując błagalnym gestem na siebie, wierząc, że zostanie zauważony i prześcignie swoich rodaków.

Strażnik czerwienieje na twarzy, widząc jawne próby przekupstwa. Z obrzydzeniem i pogardą spogląda na tłum jęczących, wijących się jak robactwo ludzi. Unosi nad głowę trzymane dokumenty i z premedytacją wyrzuca je w górę. Paszporty szybują chwilę w powietrzu, po czym spadają na chodnik, tuż pod stopy polskich emigrantów i samozwańczych bohaterów politycznych. Tłum rzuca się na oślep, czołgając się po ziemi w poszukiwaniu swoich dokumentów i porozrzucanych banknotów.

Strażnik odwraca się z kamiennym wyrazem twarzy, majestatycznie wchodzi do dyżurki i zatrzaskuje drzwi. Sytuacja powtarza się kilkakrotnie, zawsze z takim samym skutkiem. Tłum, choć zdesperowany i upokorzony, uparcie wymyśla kolejne sposoby, by przekupić służbistę. Ktoś próbuje wytłumaczyć oszalałym z niepewności ludziom, że w Austrii nie bierze się łapówek tak jak u nas. Ludzie reagują szyderczym śmiechem. Jakiś cwaniak zaczyna przekonywać, by zebrać pieniądze i przekupić wszystkich strażników naraz, ale nikt mu nie ufa. Zniechęcony odchodzi.

Obserwuję te absurdalne, prymitywne wysiłki z rosnącą odrazą, a jednocześnie czuję, że jestem z nimi nierozerwalnie związany. To nic, że buntuję się wobec bezsensownych działań tłumu – wciąż jestem jednym z nich, dokładnie takim samym. jak oni i nikim więcej. Nienawidzę siebie i tych biednych, upokorzonych w swej prymitywnej głupocie rodaków.

Boleśnie odczuwam przynależność do tej masy i chciałbym się odciąć od tego upokarzającego polipa. Czuję narastający wstręt zarówno do siebie, jak i do nich. Powoli odsuwam się od oszalałego tłumu, zawstydzony własnymi myślami. Obserwuję ten chaos – ludzi, których kocham, a jednocześnie nienawidzę.

Nie ufam rodakom, nie ufam swojej rodzinie, nie ufam krajowi, w którym się urodziłem. Stoję zagubiony w tłumie ludzi mówiących moim językiem i nie potrafię im zawierzyć.

Analizując wszystko, co złożyło się na moją historię, powiedziałem do siebie: Ziemia jest wielka i okrągła, mogę wybrać dowolny kierunek.

Przypomniałem sobie moją pierwszą dziecięcą podróż. Miałem chyba cztery lata. Zaciekawiony tym, co kryło się za płotem, opuściłem podwórko, trzymając w rękach kijek, który w mojej wyobraźni był kierownicą samochodu. Wyjechałem „w daleki świat”. Mocno schwyciłem kierownicę i wyruszyłem w nieznane… Na początku czułem ekscytację, ale gdy dotarłem na koniec ulicy i zobaczyłem nieznany krajobraz, ogarnęła mnie panika. Odrzuciłem kijek, usiadłem przerażony na ziemi i głośno się rozpłakałem.

Łagodny głos kobiety wyrwał mnie z rozpaczy.

– Dlaczego płaczesz? – zapytała delikatnie.

– Bo… nie wiem, gdzie jest mój dom – wyjąkałem, wciąż szlochając.

Kobieta uśmiechnęła się łagodnie, wytarła moje łzy i wzięła mnie za rękę.

– Z której strony przyszedłeś?

– Z tamtej. – Wskazałem kierunek.

– No to pójdziemy tą drogą i zobaczymy, czy znajdziesz swój dom.

Uspokoiłem się. Wkrótce zobaczyłem znajome podwórko. Wyrwałem się z jej rąk i pobiegłem z okrzykiem radości.

– Dziękuję pani! Tam jest mój dom!

Dziś, jako dorosły, stoję przed tym samym pytaniem: Gdzie jest mój dom? Ale teraz nikt nie weźmie mnie za rękę. Muszę sam odnaleźć drogę.

Wybrałem bezdomność, bezpaństwowość i wieczne pytanie, na które wciąż nie znalazłem odpowiedzi.

Pod bramą obozu w _Traiskirchen_, zagubiony i pełen wątpliwości, usiadłem na walizce, bezradnie wpatrując się w nową rzeczywistość. Tu właśnie muszę nauczyć się żyć.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij