Patyki, badyle - ebook
Nowe, poszerzone wydanie kultowej już książki, która zyskała szerokie uznanie:
• Nagroda Literacka Gdynia
• Nagroda Złota Róża
• Nominacja do Paszportu „Polityki”
• Nominacja do Nagrody Literackiej im. Witolda Gombrowicza
Relacja badaczki samotnie podążającej ścieżkami natury. To pogranicze fizyki Newtona i poetyki, to matematyka i filozofia, a przede wszystkim szczera czułość dla żyjących zielonych istot.
Czym są ekspresje roślinnego życia?
Jak je wyrazić w granicach języka?
Jak poruszają się pędy mięty i dyni?
Czy wpływa na nie Księżyc?
Co robi wiatr koronom drzew?
W jaki sposób goją się rany i co sprawia, że rośliny się deformują?
Skąd w nich ten pęd do przeżycia w każdych warunkach?
Czy bywa im za gorąco?
Kiedy i jak umierają? I czy wymierają?
Kim są naukowcy i czy to dobrze, że są przezroczyści?
W ludzkim rozumieniu rośliny są tłem. Ozdobą lub pokarmem. Nie myśli się o nich jak o bogatym świecie niezależnych istot, które odznaczają się niezwykłą wrażliwością, zdolnością do przekształcania własnych ciał i które istniały na długo przed tym, zanim pojawił się na ziemi jakikolwiek ssak.
Patyki, badyle to spotkanie człowieka z wnętrzem ciał roślin, z ich językiem widocznym w budowie liści, łodygach i korzeniach. Takiej opowieści jeszcze nie było.
+++
Powrót po latach do Patyków, badyli (poszerzonych tutaj o nowe teksty) to dla mnie przypomnienie o kilku sprawach: wszystko wokół nas (i my sami) tańczy zanurzone w świecie; nasze życia, toczące się obok innych bytów, są konsekwencją wielu pięknych i – jakże często! – strasznych przypadków; świat istnieje w różnych prędkościach i czułościach (nie zapominać o tym!); warto zadawać niewygodne pytania, kwestionować, uparcie patrzeć (nie odwracać wzroku) i pamiętać o dotykaniu pokrzyw. Pisanie Zajączkowskiej sprowadza mnie – bardzo dosłownie – na ziemię, ku glebie, ale też prowokuje, żeby podnieść wzrok i zamieszkać myślą w kosmosie. To szalenie orzeźwiające, inspirujące i, wierzę głęboko, potrzebne nam, ludziom żyjącym w Wielkim Przyspieszeniu, doświadczenie.
Małgorzata Lebda
Nowe wydanie książki tak bardzo obrosło w nową treść, że właściwie powinno dostać nowy tytuł: Patyki, badyle, gałęzie. Bo jest to rzecz o relacjach, wymianie, zależnościach – o pajęczynie powiązań, w której człowiek tkwi po uszy. W szkole omijaliśmy opisy przyrody, dlatego teraz potrzebujemy książek takich jak ta, żeby się w tym wszystkim połapać. Pisanie Zajączkowskiej kipi od wiedzy i emocji – to rozciągnięty w czasie i przestrzeni wykład z anatomii roślin, który zostaje z czytelnikiem na zawsze.
Adam Robiński
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura faktu |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68753-71-4 |
| Rozmiar pliku: | 12 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
PATYKI, BADYLE
Patykiem narysuję na ziemi jakieś coś. Badylem odgonię naszpikowaną zębami paszczę psa, kijaszkiem pomacham w powietrzu, by posłuchać dowodu na nieprzezroczystość przestrzeni, dla sprawdzenia, czy nadal tam w niej wiszą atomy. A skoro wiszą, to przecież zasyczą, gdy je w powietrzu rozdzielę. Na konarze będę siedzieć godzinami, moszcząc się w dłoniastych jego rozwidleniach jak w gnieździe, na jutro. Pohuśtam się na gałęzi lipy, dobrze wiedząc, że nie zrzuci mnie naprawdę nigdy, bo związana jest włóknami silniejszymi niż ja. I że wszystko to też mi wybaczy, będę pamiętać zawsze.
Patyki, badyle, drągi, pędy, gałązki – długie palce, rusztowania dla liści, kwiatów i owoców, pokryte twardą korą, zasłonięte od świata, eksponują jednak swoje intymne priorytety, obnażając kształtem, ukrytym językiem anatomii całą historię swojego życia, którą można czytać jak powieść o nieprzewidywalnej fabule. W rozdziałach przyrostów drewna albo w geometriach komórek – kapsułek ukrytych w liściu – kryje się zapis o życiu, po ludzku: każde drzewo ma inny charakter, bo przecież każde z nich jest inne. Jedne są zachłanne, więc umrą szybko, a drugie ślimaczyć się będą kilka tysięcy lat, przyrostami cienkimi jak bibułka. Będą żyły na minimum, na nic, jak w spękaniach suchych Gór Skalistych od wieków stwarzają się sosny ościste, jak szwedzki świerk Old Tjikko związany będzie z antykiem, z Arystotelesem, cienką granicą roku, w którym on się narodził, a drzewo miało już kilka tysięcy lat.
W gałęzi i ułożonych komórkach – literach drewna – zakodowana jest też wybrzmiała pogoda, słońce i wiatry, z wypadkami jak majowe mrozy, i to, czy gleba, w której całe drzewo się zrodziło, była dla drzewa hojna czy raczej jałowa, czy brakowało kiedyś deszczów i w którym roku zdarzyły się tak rzęsiste, że brakowało powietrza na oddech? W ciałach drzew wypalone są też wszystkie ich traumatyczne historie, na przykład gwóźdź, pożar, pocisk z ludzkich wojen, inwazja owadów czy zgryzanie zębami łosia – to też się da w nich odczytać. Kształty konarów opowiedzą o przebiegu wielu lat, chociażby o tym, czy w ich bliskości żyły jakieś inne drzewa oraz kiedy one umarły. Czy czasem któregoś dnia nie ścięto gałęzi wyżej albo niżej nich? A może wichura rozłupała ją zamaszyście, otwierając niebywały kawał nieba dla nowych pędów, jeszcze niewyrośniętych, z ukrytych pod korą pąków, które człowiek nazwał śpiącymi? Z której strony zwykle wieje wiatr, mimo że nigdy nie wiadomo, kędy on gna? Wszystko to pisze drzewo jak patyk w powietrzu, jak ja teraz na piachu, bo konar i gałęzie, cała ta gęstwina, to ciągła ich rozmowa ze sobą, przestrzenią i tego ciała rysunki.
W gałęzi jest też wrysowany pewien odwieczny plan, tchnienie życia wykształcone ewolucją, oszlifowane licznymi porażkami, które się przez miliony lat koryguje, dzięki czemu dziś także my – w ułamku sekundy – odchylamy przecież dłoń znad płomienia. Współcześni wokół nas to zatem wybrańcy losu, szczęśliwcy pośród niekończącej się sterty zwłok i ich chybionych decyzji, więc rosną tu, żyją najlepiej jak w tym momencie można.
W konarze i cienkim patyczku widzę też działania czystej chemii i widzę klarowną fizykę, ich odczytane prawa i poszukiwania odpowiedzi, przekazywane jako dziedzictwo, zdanie nadrzędne szeptane do liścia, do włókna, zdobyte przez śmierć przodków. Tej tajemnicy wciąż nie znam.
Tak jak pewność tego, że istnieje grawitacja. I że w drzewach widać powidoki aktów grawitacji. W nich jest jej rysunek, jak echo. To niewidzialne przyciąganie kuli ziemskiej u roślin dostrzec można już w samym ułożeniu pnia, geometrii źdźbła turzycy i witce wierzby, w nerwacji liścia, w jego kształcie, formach szyszek, strukturze pylników, wszędzie ją widać.
Wydaje mi się też, że to przezroczyste powietrze, które przed miliardami lat było potworem hamującym emigracje roślin z mórz na lądy, dziś jest składnikiem przestrzeni, przez który żadna roślina nie musi już umierać. Bo dostosowała się, by z tym powietrzem i w powietrzu współistnieć. Od samego początku ono jest wokół gałęzi, porusza się, ma zmienne stężenia wilgoci, będzie osuszało liść, więc wywlekało z niego wodę, rankiem moczyło kondensacją, ale i wiatrem biło, tworząc naprężenia, wygięcia i drgania masztu-konaru i całego pnia. Będzie tłukło podmuchami, a drzewo odpowie jękami i szumem na każdy strumień dzikich atomów zaplatający się wokół gałęzi.
I tak rok w rok, patyki, gdy żyją, to rosną, tyją, potem już są jako gałęzie i zaraz konary, wciąż notując w swoich ciałach z niezwykłą pilnością całość tę, która się w nich i dookoła dzieje, zachowują jej opisy na zawsze, dopóki coś ich nie rozłoży, nie spali lub nie rozedrze.
Bo w konarze jest schowany badyl, w badylu jest gałąź, ta sprzed roku, i kijek sprzed kilku lat, a jeszcze głębiej siedzi cicha gałązka. W samym środku zaś jest już zupełnie nieme wspomnienie cienkiej wiosennej witki, zielonego patyczka wielkości zapałki, teraz widać go tylko jako jasny punkt, rdzeń, a przecież kiedyś witał cię migotaniem żółtozielonego liścia. Bo był on w odpowiednim czasie szczęśliwie na drzewie umieszczony, skoro wtedy przeżył, przezimował, odzimował i stał się podstawą, którą oblazły nowe przyrosty, nowe i nowe kolejne okręgi budującego czasu, jak fale po wrzuconym do wody kamieniu.
Geometria okręgów drewna to coś, co się w patykach dzieje, bo myślę, że można tak mówić – że geometria w roślinach właśnie dzieje się, samostanowi w naturze i tę naturę przez siebie stwarza. Jest na nią odpowiedzią, refleksem odziaływania, zdradza ją poprzez to, pokazując, czego ona nie znosi, a na co pozwala, jest zatem plątaniną gałęzi na murze, nerwacją liści, dorzeczem Amazonki, zmarszczkami na twarzy, spękaniem ziemi, naczyniem serca, żyłkami skrzydeł pasikonika – wszystko jest do siebie podobne, bo wszystko jest zbudowane z jednych molekuł i tkwi w jednej, wspólnej przestrzeni, w której rosną żaby, zimorodki i turzyce.
W czułych pędach, badylach i konarach utrwalona jest więc droga tworzenia całego drzewa, jego wzrostu, jako pieśni wiwatującej życiu, oratorium światła i ziemi, przemian otoczenia i własnego wnętrza. Wszystko to wyryte jest hieroglifami anatomii. Mimo że mogę rozszyfrować z nich tylko pojedyncze słowa, zdania proste z kilkoma tylko przymiotnikami, i tak wiem, że warto to czytać bez ustanku, dokładnie tak samo, jak czytamy zapisy i źródła odkrywane przez archeologów, etnografów, u pisarzy sprzed lat, opisujących historie człowieka na świecie, jak i sam złożony świat. Urywki słów Safony, księżycowy kamień, szelesty kosmosu, piski fal grawitacji i anatomia roślin – rysunki roślin – języki roślin, niezrozumiałe, wystarczają, by z premedytacją zgubić się w nich, zakopać się w ich zaszumionym i niewyraźnym dowodzie istnienia, zaplątać się tam, zmęczyć i się skończyć, bez poznanej odpowiedzi.
Patyki, badyle, powietrze i jeszcze my.
------------------------------------------------------------------------
ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI
------------------------------------------------------------------------