Paul Gascoigne. Szalona ósemka. Autobiografia - ebook
Paul Gascoigne. Szalona ósemka. Autobiografia - ebook
Łzy na włoskim mundialu, magia na Wembley i demony codzienności. Oto prawdziwy Gazza.
Pamiętasz mistrzostwa świata w 1990 roku? Jego płacz pod koniec półfinału poruszył cały piłkarski świat. Pamiętasz genialne uderzenie z woleja w meczu ze Szkocji na Euro 1996 i cieszynkę w „fotelu dentystycznym”? Paul Gascoigne – magik z piłką przy nodze i najbardziej utalentowany angielski gracz swojego pokolenia – to piłkarz, który uosabiał czystą radość czerpaną z futbolu. Jest żywą legendą, która rozkochała w sobie tłumy w Newcastle, Londynie, Rzymie i Glasgow.
Ale za szerokim uśmiechem krył się czasem ogromny ból. Życie Gazzy to nie tylko blask fleszy, lecz również brutalny zjazd w przepaść. W tej książce Gascoigne przestaje się wreszcie kryć za maską wiecznego żartownisia. Boleśnie i szczerze pisze o demonach, które zepchnęły go na samo dno: wyniszczającym alkoholizmie, samotności, paranoi i lękach. A także o tym, jak najpierw stracił zaufanie najbliższych, a później nieomal życie.
Szalona ósemka to podróż przez osiem skrajnych emocji, które ukształtowały życie Paula Gascoigne’a, od niepohamowanej radości po obezwładniający strach. To opowieść surowa, wzruszająca, a ostatecznie – bardzo inspirująca. Wejdź do głowy piłkarskiego geniusza. Poznaj człowieka, który oddał futbolowi całe swoje serce.
Zobacz go takim, jakim nikt go jeszcze nie widział.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Sport i zabawa |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8406-527-3 |
| Rozmiar pliku: | 11 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
NUMER OSIEM
David Beckham, Kenny Dalglish i Cristiano Ronaldo kochali numer siedem, a Diego Maradona, Pelé i Michel Platini hołubili dziesiątkę. A ja? Ja miałem obsesję na punkcie numeru osiem.
Gdy w 1992 roku przeszedłem do Lazio, Dino Zoff, trener tego zespołu, powiedział mi:
– Dam ci numer dziesięć.
– Mowy nie ma – odparłem. – Chcę ósemkę.
Zoff nie ustępował:
– Numer dziesięć to we Włoszech wielkie wyróżnienie. Z tym numerem grali Maradona i Pelé. Noś go z dumą.
Uznałem, że nie mam wyjścia, muszę ustąpić.
Chuj z tym, niech będzie, pomyślałem i już dwa tygodnie później miałem złamaną piszczel i kość strzałkową. Ktoś może uznać, że jestem przesądny, ktoś inny powie, że mam nierówno pod sufitem, ja jednak o tę kontuzję obwiniałem numer dziesięć.
Tak naprawdę to nie wiem, dlaczego aż tak zależało mi na tej ósemce, ale podejrzewam, że właśnie dlatego, że inne numery były obciążone tak wielkim dziedzictwem.
Oprócz piłkarzy, których już wspomniałem, siódemkę kojarzy się z takimi graczami jak Kevin Keegan, George Best czy Éric Cantona, natomiast koszulkę z numerem dziesięć nosili najróżniejsi wybitni zawodnicy – Eusébio, Ferenc Puskás i Zico, żeby nie wymieniać ich tu zbyt wielu.
A numer osiem? Oprócz mnie nikt tak naprawdę nigdy tego numeru nie uczynił sławnym.
Grałem z nim prawie przez całą karierę: w Newcastle United, Tottenhamie Hotspur, Rangersach, Middlesbrough i reprezentacji Anglii.
Uwielbiałem wchodzić do szatni i rozglądać się za numerem osiem. O tak, to mój wieszak, myślałem sobie, gdy go znajdowałem.
Kiedy trafiłem na informację, że wyróżniamy osiem podstawowych emocji – smutek, radość, strach, wstręt, gniew, zaskoczenie, zaufanie i przeczuwanie – uznałem, że ten numer będzie znakomitym tytułem książki.
Psycholog Robert Plutchik opracował ten model w 1980 roku, tym samym, w którym zostałem wypatrzony przez skautów Newcastle United. To, co uderzyło mi wówczas do głowy, należałoby nazwać zapewne mieszaniną strachu i radości.
Osiem emocji wskazanych przez pana mądralę stanowi swoje przeciwieństwa – zaskoczenie i wyczekiwanie, gniew i strach, wstręt i zaufanie oraz radość i smutek – jedna strona kontra druga strona, trochę jak w meczu piłkarskim.
Koncepcja ta zasadza się na przekonaniu, że jest to osiem emocji podstawowych, a wszystkie inne to mniej lub bardziej intensywne wersje tych pierwowzorów.
Nie znam lepszego pomysłu na opowiedzenie historii mojego życia. Mam nadzieję, że lektura tej książki sprawi ci taką samą radość jak mi jej pisanie.SŁOWO OD AUTORA
Spójrzmy prawdzie w oczy, zasłynąłem popisami na boisku, a nie talentem literackim, więc pewnie dla niektórych wstrząsem może być informacja, że kocham poezję. Zdarzy mi się nawet pomyśleć, że sam bywam niezłym poetą. Poeta Gazza – wiem, jak to brzmi, ale przecież ja byłem na detoksie więcej razy, niż potrafię spamiętać. Detoks to przede wszystkim czas refleksji, dlatego wielokrotnie zachęcano mnie tam do spisywania moich myśli, żebym mógł je skuteczniej przepracować. Pisałem wiersze na najróżniejsze tematy, przede wszystkim jednak o tym, co się dzieje w mojej głowie. Mam w niej nieustanny mętlik, gonitwa myśli nigdy nie ustaje, zatem spisywanie tego ułatwia mi poszukiwanie w tym sensu. Zapewniam, że jest w czym szukać.
Wiedziałem, że pisanie tej książki będzie dla mnie doświadczeniem terapeutycznym i oczyszczającym, znalazłem się bowiem w punkcie, w którym nie mam już nic do ukrycia, zwłaszcza że tak wiele na mój temat zostało już powiedziane. Prawda jest taka, że nie zawsze byłem przedstawiany w najlepszy sposób. Nazywano mnie damskim bokserem, narkomanem, alkoholikiem; trochę się tego nazbierało. Nie sądzę, bym mógł napisać cokolwiek, co postawiłoby mnie w gorszym świetle, niż już nie raz, nie dwa się zdarzało.
Ludzie wydają majątek na terapeutów, żeby tydzień w tydzień rozmawiać z nimi o swoich problemach. Ja pomyślałem natomiast, że wyłożę wszystko tutaj, po prostu. Opowiem, jak się czuję, przez co przechodzę, w co wciągnąłem innych. Opowiem innym, jak trudno było mi momentami w życiu, może jakoś mi to pomoże.
Nie ma co owijać w bawełnę, zafundowałem sobie prawdziwe piekło. Nikt mi tego nie zrobił, zrobiłem to sobie sam. Zachowywałem się autodestrukcyjnie, choć bywało i tak, że źle traktowali mnie inni ludzie – nie tylko dziennikarze, ale też przyjaciele, którzy zawiedli moje zaufanie. Chciałbym opowiedzieć wszystkim, jak sobie z tym radziłem. Tak się dzisiaj zastanawiam nad moim życiem… niech to szlag, przydarzyło mi się wiele szalonych rzeczy, czasem złych, często jednak dobrych, bardzo dobrych.
Zostałem zaliczony do grona najwybitniejszych piłkarzy mojego pokolenia i już zawsze będę z tego dumny. Mój występ w finałach mistrzostw świata w 1990 roku, dekada gry w drużynie narodowej, w której 57 razy reprezentowałem mój kraj, udział w Pucharze Anglii wzniesionym przez Tottenham Hotspur w 1991 roku, hat trick w Rangersach w meczu o triumf w Scottish Premier Division w 1996 roku – nikt nigdy nie odbierze mi tych wspomnień.
Obecnie wiodę znacznie spokojniejsze życie. Pracuję zwykle po kilka dni w miesiącu, a przez pozostały czas robię to, co kocham. Polega to na spędzaniu czasu z Katie, moją menedżerką i przyjaciółką, oraz jej dziećmi. Są dla mnie jak rodzina. Idziemy pograć w piłkę albo coś zjeść. Uwielbiam też przebywać na świeżym powietrzu, wędkować, a gdy jestem w dość dobrej formie, to również jeździć na rowerze. Wtedy odczuwam największy spokój, jestem w stanie zastanowić się nad moim szalonym życiem, zarówno tym na boisku, jak i tym poza nim. Tak to przynajmniej wyglądało dotąd. Mam dopiero 58 lat, liczę więc, że jeszcze trochę pociągnę.
Po raz pierwszy czuję się gotowy, by opowiedzieć o moim życiu. Chciałbym, aby ludzie poznali prawdziwego mnie, a nie tego Gazzę z gazet. Może czeka mnie nowa ścieżka kariery, może tym razem zostanę pisarzem albo poetą? Wiem, że to szalona myśl, ale czemu nie? Robiłem w życiu znacznie, ale to znacznie bardziej odjechane rzeczy.
Paul Gascoigne
wrzesień 2025ALAN SHEARER
PRZEDMOWA
To nie tak, że Gazza grał w piłkę – on nią żył, czuł ją, oddychał nią jak mało który piłkarz. Posiadał tę rzadko spotykaną umiejętność, że w jednej chwili wywoływał u nas śmiech, a w następnej wyciskał z nas łzy, przy czym w jednym i drugim przypadku mieliśmy dla niego wyłącznie podziw. Na boisku potrafił jednym dotknięciem piłki odmienić losy meczu. Poza boiskiem wprawiał w poruszenie wszystkich w danym pomieszczeniu już tylko dlatego, że tam wszedł. Czasem działo się tak z lepszych, czasem z gorszych powodów, on jednak zawsze był w tym prawdziwy.
Ludzie często nie dostrzegali jednak, że pod wszystkimi nagłówkami, pod całym poczuciem humoru i chaosem krył się człowiek dobry i wrażliwy. Paul stawiał czoła wyzwaniom, które większość innych ludzi by złamały, a mimo to on ciągle jest wśród nas, ciągle się trzyma, ciągle cieszy się uwielbieniem fanów, którzy pamiętają jego boiskowy geniusz.
Ta książka opowiada jego historię, szczerze i bez upiększania. Przypomina o radości, którą nam dawał, bólu, który musiał znosić, a także o legendzie, którą się stał.
Dla mnie i dla wielu innych przywilejem jest nazywać go przyjacielem.PROLOG
Gdy prowadziłem starą, zniszczoną skórzaną piłkę ulicami dzielnicy Saltwell w Gateshead i ktoś zapytałby mnie o zaufanie, zapewne odpowiedziałbym mu: „Że co?”.
Kiedy byłem chłopcem, pewnie nie znałem znaczenia tego słowa, ponieważ nie było mi ono potrzebne. Carl, mój młodszy brat, walił mnie przez łeb, gdy dla draki kradłem mu jedzenie z talerza, poza tym nieustannie darłem koty z moimi siostrami, Lindsay i Anną. Któregoś dnia mama, Carol, trafiła mnie w tył głowy butelką octu, ponieważ próbowałem zwędzić trochę czekolady – zaręczam, że to nie jest najgorsze, co mi zrobiła.
Tak naprawdę jednak wszyscy się kochaliśmy. Owszem, wychowywałem się w trudnych warunkach, ale o żadnym zaufaniu nie było tam mowy – zupełnie naturalne było przekonanie, że mama zawsze mi pomoże, cokolwiek by się działo, że zabierze mnie do Redheugh Boys’ Club i będzie patrzeć, jak po szkole gram tam w piłkę. Byłem absolutnie przekonany, że dzień w dzień mój tata, John, będzie harował jak wół, żebyśmy mieli co jeść. Gwoli ścisłości powinienem napisać, że mama też harowała, być może ciężej niż tata – w pewnym momencie pracowała w czterech miejscach naraz, żebyśmy nie chodzili obdarci i głodni.
Na boisku ufałem każdemu partnerowi z drużyny – albo im ufasz, albo nic nie osiągniesz. Jasne, że czasem się na siebie wkurzaliśmy, robiliśmy sobie jaja z siebie nawzajem, ale to normalna sprawa, codzienność. Nigdy poważnie nie poprztykałem się nawet z rywalem. W 1988 roku, przed meczem Wimbledonu z Newcastle, Vinnie Jones splunął na mnie w tunelu i wyzwał od „grubych gnojków” (tak, to ten sam mecz, w którym Vinnie złapał mnie za jaja). Ogólnie jednak również tamtą sytuację należy uznać za zwykłe docinanie sobie, nic takiego, żadna poważna sprawa.
Później, przez lata, moje zaufanie zostało całkowicie zdeptane – odbierano mi je stopniowo, aż nie zostało z niego zupełnie nic. Wtedy stałem się cieniem człowieka, cieniem tego, kim byłem dawniej. Ufałem wielu ludziom, ale potem ktoś włamał się do mojego telefonu, a moi przyjaciele zaczęli sprzedawać historie na mój temat. Podążyłem wtedy mroczną ścieżką, do miejsca, w którym nie ufałem już nikomu, nawet samemu sobie i moim najbliższym. Moimi najlepszymi przyjaciółmi zostały wóda i prochy. Dodatkowo książkę o mnie napisała moja była żona, Sheryl – takie rzeczy naprawdę ryją czachę.
Paul Merson, z którym grałem w Middlesbrough, powiedział kiedyś: „Wykręcisz Gazzie jakiś brzydki numer i po sprawie, już nigdy nie dostaniesz drugiej szansy”. Miał rację, taki właśnie jestem. Gdy ktoś próbuje sobie ze mną pogrywać, dla mnie to koniec. Już nigdy nie będę z taką osobą gadać.
Do dziś pamiętam jedno Boże Narodzenie, które spędzałem samotnie w pokoju hotelowym. Gdy tylko odstawiłem torby, podszedłem prosto do lampki na stoliku nocnym, wykręciłem żarówkę i zajrzałem do środka oprawy. Następnie uważnie przyglądałem się włącznikowi alarmu pożarowego, bo byłem przekonany, że znajdę tam pluskwę, urządzenie podsłuchowe, które nagrywało każde moje słowo i śledziło każdy mój ruch. Jasne, że nic tam nie było, ale ja uważałem inaczej. Tego rodzaju przeszukania stały się moim rytuałem, który trwał przez długie lata.
Choć zakrawa to na paradoks, to właśnie w hotelowych pokojach czułem się najbezpieczniej. Służba sprzątająca dbała o nieskazitelność tych pomieszczeń, nie znajdowałem tam zatem niczego, co mogłoby uruchomić we mnie moje OCD. Nikt nie wiedział, gdzie mnie szukać, ja jednak na wszelki wypadek nie korzystałem nawet z room service. Można powiedzieć, że byłem więźniem samego siebie – wszystko przez to, że nie umiałem się zdobyć na okazanie zaufania innym. Miałem sześć telefonów komórkowych, ale i tak wymykałem się pod osłoną nocy – byle tylko ktoś mnie nie zobaczył – żeby skorzystać z budki telefonicznej. Rzecz tak prosta jak zamówienie jedzenia lub napoju w restauracji stała się dla mnie koszmarem, ponieważ bałem się, że ktoś dosypie mi czegoś do szklanki albo doda truciznę do pizzy. Paranoja? To mało powiedziane. Wydawało mi się, że każdy na mnie czyha.
Pamiętam, jak jednego dnia chodziłem po Metrocentre, centrum handlowym w Gateshead, w towarzystwie taty. Czułem, że każdy mi się przygląda, słyszałem skrywane szepty, widziałem krzywe miny.
– Dlaczego wszyscy się na mnie gapią? – zapytałem tatę, coraz bardziej pobudzony. – Czego ci wszyscy ludzie ode mnie chcą? Dlaczego nie dają mi spokoju?
Tata odpowiedział krótko:
– Synu, patrzą na ciebie, ponieważ jesteś jebanym Paulem Gascoigne’em.
Miał rację, wtedy jednak widziałem to inaczej. Sądziłem, że w tamtym centrum handlowym dzieje się coś złego.
Do dzisiaj, gdy ktoś jest dla mnie miły i uprzejmy, nie umiem przestać się zastanawiać: „Czego on ode mnie chce?”.
Kiedy zrobiło się o mnie głośno, czyli jak skończyłem dwa lata (no dobra, żartuję, ale mimo wszystko byłem wtedy jeszcze nastolatkiem, stało się to bardzo wcześnie), niektórzy najchętniej nie odstępowaliby mnie na krok. Później, gdy popadłem w kłopoty, nagle zniknęli i nigdy więcej się nie odezwali. Od tamtej pory trudno jest mi uwierzyć, że ktoś może lubić mnie po prostu za to, kim jestem i jaki jestem, a nie za to, co może wyciągnąć z mojego portfela albo za ile może sprzedać gazetom historie o mnie.
Te codzienne drobne akty zaufania, które większość ludzi przyjmuje jako coś oczywistego, dla mnie stały się polem minowym. Nie ufam zresztą samemu sobie choćby na tyle, by mieć prawo jazdy. Obawiam się, że mógłbym wrócić do domu wstawiony i wpaść na genialny pomysł, by pojeździć samochodem albo motocyklem. Parę dni temu wezwałem taksówkę i kazałem się zawieźć z Poole do Newcastle, jedyne 600 kilometrów w jedną stronę. Trzeba było widzieć minę tamtego kierowcy. Ostatecznie wyszedł na tym całkiem nieźle, raczej nie co dzień inkasuje 900 funtów. Problem w tym, że w pociągu ludzie nie dają mi żyć. Co pięć minut: „Gazza, Gazza, strzelimy selfika?”. Tata wiecznie mi powtarzał: „Synu, nie zapominaj, skąd się wywodzisz”, dlatego nigdy nie odmawiam takim prośbom, nawet w chwilach dla mnie najtrudniejszych, gdy najbardziej na świecie chciałbym być sam.
Do dzisiaj kasuję wszystkie wiadomości i odebrane połączenia, od razu. Nigdy nie odbieram, gdy dzwoni nieznany numer. Jeżeli kiedyś postanowi do mnie zadzwonić król Anglii, to się nie połączy. To uruchamia moje OCD. Szczerze powiem, że to jakiś pieprzony koszmar. Naprawdę staram się nie wariować, ale czasem wystarczy drobiazg, by mnie odpalić. Poza tym jestem alkoholikiem i wiem, że będę nim już zawsze. Obecnie częściej nie piję, niż piję, ale na pewno nie powiem, że już nigdy więcej się nie napiję. Mogę tylko próbować ograniczać szkody, gdy to już się stanie.
Komuś trzeba jednak zaufać, w przeciwnym razie nie ma sensu żyć. Obecnie największe zaufanie mam do mojej menedżerki i najbliższej przyjaciółki, Katie Davies. Ona i jej dzieci są dla mnie jak rodzina. Po raz pierwszy w życiu nie muszę się martwić, że zostanę oszukany. Proszę wręcz Katie, aby brała większą część pieniędzy z umów, które mi załatwia, mimo że z poprzednimi menedżerami musiałem się szarpać, by to dla mnie zostawało więcej. Zawsze mogę na nią liczyć, więc ona zdecydowanie na to zasługuje. Ludzie, którzy byli ze mną od początku, czyli mama i rodzeństwo, również nadal są przy mnie. Im po prostu ufam, naturalnie, i już zawsze będę za to wdzięczny.