Pechowe wakacje - ebook
To miały być wakacje ich życia – ciepły klimat, turkusowe morze połyskujące w słońcu, piękne piaszczyste plaże i zapierające dech widoki. Gdy Denis i Amanda decydują się na spontaniczny wyjazd na drugi koniec świata, nie spodziewają się, co ich czeka. Zabierają ze sobą Tobiasza, który świetnie zna angielski, oraz jego żonę Dianę. Do ich grona dołączają także nieproszeni Gerard i Bianka – para z krótkim stażem związku, za to z dużą różnicą wieku.
Niemal od początku nad ich wyprawą wisi fatum. Różnica charakterów oraz koszmarna podróż stworzą mieszankę wybuchową, która doprowadzi do szeregu niespodziewanych sytuacji. Jedno jest pewne, po powrocie nic nie będzie już takie samo.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68923-18-6 |
| Rozmiar pliku: | 1,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Fatum?
Wciąż od nowa analizując tamte wydarzenia, rozbierając na czynniki pierwsze każdą, pozornie niemającą znaczenia, sytuację, zadaję sobie pytanie, czy naprawdę wisiało nad nami fatum, czy raczej zwyczajny zbieg okoliczności popchnął nas w tym feralnym kierunku. Lecz czy zbiegi okoliczności istnieją?
Czy może parszywy – bo nieprzewidywalny i nieodwracalny – los, ciążył nad nami i dążył do zgubnego finału? Czy mogliśmy się przed nim uchronić? Czy incydenty, które zdarzyły się wcześniej, powinny były wzbudzić naszą uwagę? Dziś wiele pytań kłębi mi się w głowie, było wiele wskazówek, które zignorowałam. Być może za bardzo skupiłam się na bieżących problemach i na ucieczce od nich. Po prostu chciałam na chwilę zapomnieć, oderwać się od codzienności i poczuć się wolna. Zupełnie nie wiem, dlaczego? Z perspektywy czasu uważam, że miałam dobre życie, choć wtedy nazywałam je banalnym. Dobry mąż (śmieję się, że z wiekiem jest z nim jak ze słuchem: pogarsza się), udany syn, brak finansowych problemów… Jakże mogło być inaczej? Cierpiałam z powodu zawodowych – dziś myślę, że chorych – ambicji. Brakowało mi spektakularnego sukcesu, rozpoznawalnego nazwiska i płynących nieprzerwanym potokiem profitów finansowych. Byłam artystką, a przynajmniej tak o sobie myślałam. Malowałam obrazy, których żadna galeria nie chciała wystawiać. Podobno nie wpasowywałam się w obowiązujące trendy. Rozczarowanie zdominowało całe moje jestestwo. Funkcjonowałam, a jednak nie cieszyłam się życiem. Gdy Denis wyskoczył z Filipinami, nie byłam zadowolona, ale szybko zmieniłam zdanie. Wmówiłam sobie, że lekarstwem na całe zło może być tak zwane odcięcie. Na przykład wylot na koniec świata. Nasza wielka ucieczka.
I my po prostu to zrobiliśmy…
Kiedyś byłam u wróżki. Postawiła mi tarota. Nie wszystko mi się podobało. Ba, nawet wzbudziło lęki. Powiedziała, że każdy człowiek może odwrócić swój los, że zawsze ma wybór, przynajmniej dwie albo i więcej dróg, i może zadecydować, w którą stronę podąży. Dany krok generuje kolejne wybory, i tak wciąż i wciąż – do końca życia. Jeśli mamy fart, wzlotów jest więcej niż upadków. Jeśli nie, dramat goni tragedię. Czasem wystarczy po prostu posłuchać własnej intuicji albo zwrócić uwagę na ostrzeżenia. Sytuacje i zdarzenia, dają nam sygnał, wówczas trzeba być czujnym i we właściwy sposób odczytać znaki. Tylko skąd wiadomo, że to właśnie TA chwila? Niezbędny jest szósty zmysł, który podpowie, co robić. Niestety nie każdy go posiada. Jeśli ktoś uparcie dąży do celu, za wszelką cenę chce go osiągnąć, zignoruje wszelkie sygnały, nie zdając sobie sprawy, że w ten sposób dopełni przeznaczenia.
Pechowcom zaś nic nie pomoże. Oni w kartach zawsze wybiorą Czarnego Piotrusia.
Tak musiało być – powtarzam sobie w myślach i ze wszystkich sił próbuję w to uwierzyć. Już po wszystkim…Amanda
Polacy w raju
Dziś pracowałam krócej, ponieważ miałam zaplanowaną wizytę w salonie fryzjerskim. Ostatni dzwonek, by zrobić się na bóstwo przed świętami Bożego Narodzenia. Siedzę na tyłku ponad trzy godziny i jestem chyba jedyną klientką, która co chwilę patrzy na zegarek i przebiera nogami, jakby czynność ta miała cokolwiek przyśpieszyć. Pani Anetka uwija się jak w ukropie, ale i tak nie nadąża ze wszystkim. Zwykle bowiem mycie głowy czy nakładanie farby ogarnia jej pracownica. Ta niestety nie raczyła pojawić się w salonie. Rzekomo zachorowała. Podobno to już trzecia, która będąc na stażu, jeszcze się starała, ale wystarczyło, że dostała umowę o pracę, zaraz zaniemogła, biedaczka. Śmieję się, że chyba panuje wirus, swoista alergia na pracę, po czym wtykam nos w jedną z kolorowych gazet leżących na stoliku. Gadające jedna przez drugą kobiety, szum suszarek i radio grające w tle, wykańczają mnie. Potrzebuję ciszy i spokoju. Oczywiście nie zawsze. Tylko chwilowo. Po prostu dziś. Nie mam powodu do radości, ponieważ kolejna galeria odrzuciła moją ofertę. Dotychczas tylko dom kultury zaproponował mi zorganizowanie wystawy, a przecież nie będę eksponować moich obrazów niczym byle amator. Mam znacznie większe aspiracje.
Z ulgą wychodzę z salonu. W głowie układam sobie, co zrobię, gdy wrócę do domu. A więc najpierw jakaś obiadokolacja, a później zalegnę na kanapie z Netflixem w roli głównej. Chyba… Jak na zawołanie odzywa się moja komórka. Dzwoni syn. Wzdycham ciężko, wpatrując się w wyświetlacz i zastanawiam się, czy odebrać. Kocham go bardzo, całe życie niańczę, ale ostatnio zrobiłam rewolucję. Postanowiłam nieco go od siebie odsunąć, sprawić, by wydoroślał. Pierwszy sukces mam za sobą – nie przyjeżdża już tak często, lecz non stop dzwoni.
Moje wahanie co do odebrania telefonu nie jest więc bezpodstawne. Po prostu nie jestem w stanie rozwiązywać jego problemów, ponieważ mam sporo własnych, z którymi nie do końca sobie radzę – malarstwo niedocenione przez znawców czy kryzys w małżeństwie. Po ciężkim dniu potrzebuję nabrać dystansu do świata. Tymczasem istnieje prawdopodobieństwo, że za sprawą Karola moje plany wezmą w łeb. Staremu koniowi wydaje się (wiem, moja wina), że mamusia będzie wycierać mu smarki aż do jego własnej emerytury. Na przykład będzie miał dla mnie jakieś bojowe zadanie do wykonania na już. Może też po prostu zaserwować mi zwyczajową porcję narzekań. Nie rozumiem, dlaczego Karol jest człowiekiem bardzo niezadowolonym z życia. Nie mam siły wysłuchiwać kolejny raz, jaki to on jest biedny i nieszczęśliwy. Wyrobiłam sobie inne zdanie na ten temat. Mianowicie uważam, że jest prawdziwym farciarzem, bo życie nieprzerwanie układa się pod niego.
Jako nastolatek przez swoją niefrasobliwość przysporzył mi wielu siwych włosów na głowie. Mianowicie – zrobił dziecko równie smarkatej dziewczynie. Gdy już przyzwyczaiłam się do myśli, że będę mieć wnuka oraz że to właśnie na mnie spadnie większość obowiązków związanych z opieką nad nim, moja przyszła-niedoszła synowa poroniła. Karolowi kamień spadł z serca, ja wpadłam w czarną rozpacz. Długo nie mogłam dojść do siebie. Można powiedzieć, że pogrążyłam się w żałobie za tą maleńką istotką, której nie było dane pojawić się na świecie.
Mniej więcej od roku Karol znowu jest niczym wrzód na dupie. Ma dwadzieścia trzy lata. Z Aliną ożenił się z kolejnej wielkiej miłości, po czym bardzo szybko zakochał się w jej kuzynce. Niestety w międzyczasie zdążył zmajstrować dzieciaka swojej żonie. W tej sytuacji kuzynka Aliny poszła w odstawkę, a małżonkowie usiłowali posklejać to, co rozwalili. Urodził się Zdzisiu – rozkoszny dzieciaczek, któremu niestety trafili się nieodpowiedzialni rodzice, ciągle powtarzający, że nie potrafią się nim zajmować. Oszalałam na punkcie wnuka. Denis zresztą też. Ale jesteśmy rozsądni, a konkretnie mój mąż przetłumaczył mi, że nie mogę wychowywać dziecka za rodziców, co oczywiście chciałam zrobić. Na szczęście dotarło to do mnie. Teraz zgodnie twierdzimy, że jesteśmy od rozpieszczania. Doraźnego, niepermanentnego. Denis czuwa, bym nie była nadgorliwa, a ja powtarzam sobie, że Karol i Alina muszą sami rozwiązywać swoje sprawy. Na razie żrą się między sobą bez opamiętania. Bez przerwy robią sobie na złość, co się odbija na małym, który nagle zaczął się moczyć w nocy. Najgorsze, że wciąż ze sobą mieszkają. Właściwym wyjściem z sytuacji byłoby, gdyby Karol się wyprowadził. Niechętnie, ale nie zamierzam niczego sugerować mojemu synowi. Co innego wychowywanie wnuka, ale jak ognia unikam wtrącania się w ich małżeństwo. Nie chcę być dla Aliny teściową z kawałów, wystarczy, że jestem nadopiekuńczą mamusią dla syna. Ten, kilka dni temu, jakby czytając mi w myślach, wreszcie podjął decyzję. Postanowił wynieść się od żony i poszukać sobie mieszkania do wynajęcia. Tym razem jednak zaskoczył mnie Denis, bo próbował go namówić, żeby wprowadził się do nas. Prawie zasłabłam! Już raz to przeżywałam. Karol się wyniósł, a miałam syndrom pustego gniazda. Strasznie rozpaczałam. W końcu pogodziłam się z sytuacją, ale drugi raz tego nie zniosę. Nie ma mowy!
Wiem, że w obecnych czasach panują trendy, że dzieci w ogóle nie opuszczają gniazda. Mieszkają z rodzicami do czterdziestki albo i przez całe życie. Wygodnie i bez problemów. A potem jest dramat, gdy seniorzy umierają. Finansowe źródełko wysycha. Dlatego powiedziałam mojemu mężowi, że to zupełnie niedorzeczny pomysł. Kocham mojego syna, ale uświadomiłam sobie, że jeśli to zrobi, już nigdy nie dorośnie. Wskoczy w dawne kapcie, jakby był w liceum i zacznie żyć jak uczniak: imprezy, panienki, wikt i opierunek na garnuszku u mamusi i tatusia. Znam go. Wiem, jaki ma charakter i jak potrafi owinąć sobie innych wokół palca na zasadzie: dajcie mi ludzi, a zrobię wszystko. Ja wciąż się na to łapię. Co innego zająć się wnukiem, gdy rodzice są niewydolni wychowawczo, a co innego niańczyć starego konia.
Po namyśle oddzwaniam, bo wiem, że i tak nie odpuści. Będzie wykonywał telefon za telefonem, aż osiągnie cel. Na szczęście Karol ma dobre wieści. Komunikuje mi, iż znalazł niewielki apartament za przyzwoitą cenę, już umeblowany. Mój syn pracuje jako programista i dobrze zarabia. Ma dochód większy niż ja z Denisem razem wzięci. Choć mógłby wynająć dom, jestem z niego dumna, że nie szasta pieniędzmi.
Oddycham z ulgą, gdy wreszcie wyciągam kluczyk ze stacyjki auta na podjeździe naszego segmentu w zabudowie szeregowej. Wchodzę do środka i wciągam do płuc dobrze mi znany zapach. Podobno każdy dom pachnie inaczej. Nasz mieszaniną gotowanych potraw, zwietrzałych perfum Denisa i kwiatów, które stoją w wazonie na stole. Zdejmuję płaszcz, a potem buty, robiąc przy tym mnóstwo hałasu. Jeśli spodziewałam się reakcji Denisa, to się przeliczyłam. Złodzieje mogliby go w tym momencie wynieść razem z kanapą, na której siedzi. Mój mąż wygląda jak mały chłopczyk. Z otwartymi ustami i wypiekami na policzkach wgapia się w ekran telewizora.
– Hej! Co słychać? – pytam banalnie. Nie chodzi mi o to, żeby go przepytywać z każdej minuty minionego dnia. Nie zamierzam też mówić mu o odmowie ze strony galerii. Mój mąż zawsze bagatelizuje moje problemy. Powtarza same frazesy, wyświechtane jak stare dżinsy na tyłku. Uważa, że nie powinnam dramatyzować, bo przecież kiedyś przyjdzie czas, że stanę się sławna. Za każdym razem żałuję, że język mnie świerzbił i wypłakiwałam mu się w mankiet. Dziś więc trzymam go za zębami. Chcę zapomnieć o porażce, w przeciwnym razie czeka mnie bezsenna noc. Tak się nakręcę, że rano wstanę pogrążona w depresji i niezdolna do jakiegokolwiek działania. Nie mogę sobie pozwolić na marazm, zwłaszcza że kariera zawodowa jest moim niejedynym niepowodzeniem. Kolejnym jest małżeństwo. Kiedyś idealne, będące zwieńczeniem szalonej młodzieńczej miłości i namiętności, dziś obumiera. Z mojej winy. Na stare lata zachciało mi się brykać. W romans z poznanym w Castoramie kierownikiem działu budowlanego wlazłam jak nóż w masło. Facet był zawodowcem, ja świeżynką. Serduszko mi zapikało, on tymczasem odhaczył mnie w grafiku na tamten miesiąc. Nie przyznałabym się. Wyrzuty sumienia brałam na klatę. Niestety mój mąż szybko się zorientował. Awantury przeplatały się z cichymi dniami. Słowo „rozwód” padało cyklicznie. Z trudem przetrwaliśmy, a właściwie wciąż dryfujemy. Modlę się, byśmy nie osiedli na mieliźnie. Do tego momentu przyjmowałam za pewnik, że nasze małżeństwo jest zgodne, szczęśliwe i trwałe w myśl cywilnej przysięgi klepanej każdorazowo w urzędzie stanu cywilnego przez rozanielone pary. Tymczasem, jak się okazuje, po dwudziestu paru latach małżeństwa nietrudno o jego rozpad, jeśli się nie pielęgnuje związku. Rutyna potrafi zabić wszystko. A jeszcze jak do niej dołożyć zdradę…
Dlatego ze wszystkich sił każdego dnia walczę. Próbuję stworzyć przyjemną atmosferę i pogadać o pierdołach. Staram się wciągać Denisa w rozmowy, których tematy niekoniecznie dotyczą prozaicznych spraw. Może pytanie o to, co słychać, nie jest oryginalne, ale od czegoś trzeba zacząć.
– Co? – odpowiada nieprzytomnie. Siedzi pochylony w stronę telewizora i nawet nie odwraca głowy w moją stronę. Gdzie te czasy, kiedy zrywał się i namiętnie mnie całował albo kiedy czekał pod drzwiami i otwierał mi je, zanim zdążyłam zapukać. Porywał na ręce i okręcał, a moje wzorzyste sukienki falowały w powietrzu.
– Co oglądasz? – pytam i rozciągam usta w uśmiechu.
– Aaa, taki program o Polakach, którzy mieszkają w raju…
– Wierzę w życie po śmierci, ale nie sądzę, by jakiś umarlak mógł udzielić wywiadu w tej sprawie – żartuję.
Denis wywraca oczami i spogląda na mnie z politowaniem.
– Nie o to mi chodziło. Ty jak zwykle musisz urządzać sobie kpiny – złości się, a ja już wiem, że spieprzyłam sprawę. – Program nazywa się Polacy w raju i opowiada o ludziach, którzy wyjechali za granicę w poszukiwaniu szczęścia. Ale nie do Niemiec czy Norwegii, żeby być wyrobnikami, tylko na jakąś rajską wyspę, by żyć pełną piersią.
– No i co tam robią?
– Prowadzą biznesy. Bohater dzisiejszego odcinka nazywa się Mateusz Pawik i mieszka na jednej z filipińskich wysp. Zajmuje się szeroko pojętą turystyką i nurkowym safari.
– Czym?
– Ma resort hotelowy i bazę nurkową. Organizuje też pływanie z rekinami wielorybimi.
– Skąd wziął na to pieniądze?
– Spadły mu z nieba. No prawie… Wygrał w lotto wielką sumę. Pamiętasz? Parę lat temu było głośno na temat gigantycznej wygranej, która padła w Warszawie. To właśnie on był tym farciarzem. Niestety nie we wszystkich dziedzinach życia mu się ułożyło. Żona mu zmarła. Biedaczka nie doczekała fortuny.
– Może ją ukatrupił, gdy się dowiedział, że rozbił bank? Na co mu stara żona? Teraz mógł mieć każdą, nawet jeśli wypadł sroce spod ogona.
– Ty to też! Zupełnie nie potrafisz okazać empatii – sapie mój mąż.
– Wrażliwiec się znalazł. Idę szykować kolację. Też coś chcesz? – Postanawiam ewakuować się z zasięgu jego wzroku i słuchu, gdyż potyczki słowne i uszczypliwości zaprowadzą nas wyłącznie do kłótni. Tchórzliwie korzystam z bocznej furtki zamiast usiąść, wziąć go za rękę i porozmawiać o problemach w naszym małżeństwie. Zwyczajnie nie jestem gotowa. Boję się, że mnie odrzuci i zbagatelizuje, jak moje malarstwo.
– Zrób mi jajecznicę ze szczypiorkiem i pomidorami. Na maśle – podkreśla dobitnie. – Ostatnio zrobiłaś na smalcu, w dodatku zjełczałym. Nie dało się tego jeść.
I we mnie jest dużo złości. Irytuję się jego krytyką i tym, że wymyśla dania z kosmosu, że nie może poprzestać na zwykłej kromce z masłem i szynką. Zapytałam kurtuazyjnie, żeby zmienić temat, no to teraz mam. Po tylu godzinach „płaszczenia” tyłka u fryzjera jestem wykończona. Oczywiście mój mąż nawet nie zauważył designerskiej fryzury ani nawet tego, że zmieniłam kolor włosów. Nic nowego. Takie rzeczy widział jak byliśmy rok po ślubie, później padło mu na wzrok.
Zaszywam się w kuchni i robię tę cholerną jajecznicę. Naturalnie na maśle! Stawiam patelnię na stoliku. Tymczasem on wciąż wpatruje się w telewizor.
– Nie jesz? Za chwilę będziesz narzekał, że zimna – marudzę.
– Już! Już! – Denis sięga po widelec i zaczyna jeść. Siedzimy tak w ciszy, którą zakłóca jego mlaskanie, gdy nagle oświadcza: – Mam pomysł! – Odsuwa talerz i gapi się na mnie, jakby odkrył Amerykę.
– Jaki?
– Lećmy tam!
– Gdzie?!
– No na Filipiny… A konkretnie na wyspę Panglao.
– Chcesz wykupić wycieczkę? Pójdziemy z torbami. To naprawdę nie jest dobry moment na niezaplanowane wydatki. Teraz wszystko podrożało diametralnie. Nie stać nas na fanaberie.
– Nie myślałem o all inclusive, tylko o wyjeździe we własnym zakresie. Wiesz, taki lekki survival. Strzelanie z bazuki i picie z kałuży – żartuje. Tym razem ja nie doceniam jego błyskotliwości. Krzywię się, jakbym zjadła plaster cytryny. – Poszukamy tanich biletów lotniczych. Może będzie jakaś promocja.
– No teraz to żeś wyskoczył jak ten filip z konopi.
– Czy ty zawsze musisz torpedować moje pomysły? – złości się. – Tym razem jednak będzie inaczej. Nie pozwolę na to.
– Bo zwykle dotyczą one szastania pieniędzmi. Ty nigdy nie pytasz, czy nas stać, tylko od razu hop na krowę i cielę. Masz fantazję, dziadku, ale za grosz rozsądku.
– Tylko nie dziadku! Jeszcze nie jestem taki stary. A kasę się skombinuje. To co? Lecimy! – Denis nie odpuszcza.
Co to znaczy, że się skombinuje? Ukradniemy ją, napadając na bank? Jakieś zaskórniaki mamy na koncie, ale jeśli polecimy na Filipiny, nie zostanie nam dosłownie nic. Muszę go delikatnie zniechęcić. Wcale mi się te wakacje nie uśmiechają. Nie nagle! Nie bez planu. Po prostu nie! Nic nie poradzę, że nie jestem spontaniczna. A raczej nierozsądna. Nigdy zresztą nie byłam.
– Nie znamy języka – wysuwam argument, który z pewnością nie przekona mojego męża. – Potrafisz mówić: Kali jeść, Kali zabić, a to trochę za mało, by zrozumieć, co do nas mówią choćby na lotnisku.
– Ty wcale nie jesteś lepsza – odgryza się.
– Ja nie mówię, że jestem lepsza. Realnie oceniam nasze szanse, jeśli chodzi o dogadanie się.
– W takim razie zaproponujmy jakiemuś poliglocie, żeby z nami poleciał…
– Masz na myśli trójkącik? – kpię, dobrze wiedząc, co ma na myśli.
– Jaki, kurwa, trójkącik? Amando, nie mam do ciebie siły! – irytuje się znowu mój mąż. – Jak nie przestaniesz, to polecę z kochanką – wypala nagle.
– Ty nie masz kochanki!
– Myślisz, że tylko tobie wolno mieć skok w bok? Chyba najwyższy czas, żebyś poczuła to, co ja!
Zimny dreszcz przebiega mi po kręgosłupie. Denis powiedział to tak, jakby naprawdę miał kogoś na boku. Za cholerę nie potrafię odczytać czy blefuje, czy nie. Milczę więc, niezdecydowana czy podjąć wyzwanie. Po tym, co przeszliśmy, nie jest to najlepszy pomysł.
– Co, rura ci zmiękła?
– Żeby tobie coś nie zmiękło!
– Już ty się o to nie lękaj. – Obrusza się. I znowu niepokoi mnie jego ton. Jest pewny siebie, jakby zdobył niedawno jakieś trofeum. Ja wiem, że przeskrobałam i powinnam liczyć się z odwetem. Na moją niekorzyść świadczy fakt, że facetom po czterdziestce odbija. Żywię jednak nadzieję, iż mnie ominie wątpliwa przyjemność bujania się z jego andropauzą. – Pytam poważnie: lecisz ze mną, czy mam sobie kogoś znaleźć na twoje miejsce?
– Przed chwilą mówiłeś, że chcesz komuś zaproponować wspólne wakacje.
– To swoją drogą.
– Kiedy niby miałaby się odbyć ta przygoda życia? – dopytuję zrezygnowana, wiedząc, że mój uparty mąż, jak już sobie coś wbił do głowy, to nie odpuści.
– Jest końcówka listopada. Może w lutym? Ewentualnie w marcu? Wtedy jest dobra, słoneczna pogoda.
– Skoro tak twierdzisz.
– Ten Mateusz wspominał w programie o klimacie.
– Trzeba do niego napisać… Czy ma wolne pokoje? No i w ogóle, jak się za to wszystko zabrać, skoro organizujemy wyjazd we własnym zakresie? – Głośno myślę, licząc, że Denis się zajmie całokształtem działań, skoro zaproponował eskapadę na koniec świata.
– Więc zrób to!
– Mam dużo zleceń…
– W przerwie na kawę. Albo teraz. – Mój mąż uważa rozmowę za zakończoną. Odwraca się w stronę telewizora i nie spuszcza z niego oczu.
Dowcipniś! Jego przerwa jest święta. A moja? No cóż… Według niego mogę ją przeznaczyć na korespondencję z jakimś obieżyświatem. Nie zamierzam jednak się sprzeciwiać. Postanawiam zrobić to po kąpieli. Odpalam laptopa i wklepuję jego nazwisko w sieci. Wyskakuje mi na samej górze listy. Domyślam się, że gość pewnie zapłacił za reklamę. Klikam w ikonkę strony internetowej hotelu Dumaluan Sea Resort i od razu przechodzę do galerii. No i jestem w szoku. Zatyka mnie z wrażenia. Jakiś zdolny fotograf odwalił kawał dobrej roboty. Na pierwszym zdjęciu turkusowe morze połyskuje w słońcu. W niektórych miejscach ten turkus przechodzi w kolor szmaragdowy, a piasek kłuje po oczach bielą. Palmy kokosowe rzucają cień na rozpięte między nimi hamaki. Wyobrażam sobie siebie samą, jak leżę zrelaksowana i opalona na ciemny brąz, a potem… leci mi na głowę wielki kokos.
Czytałam kiedyś, że co roku spadające kokosy zabijają piętnaście razy więcej ludzi niż rekiny. Jaka piękna śmierć – dostać w łeb gigantycznym owocem ważącym przeszło dwa kilogramy.
Wracam do oglądania zdjęć. Sam resort to kilka nowoczesnych bungalowów z basenem pośrodku i terenem obsadzonym bananowcami. Przed wejściem do każdego budynku znajduje się mały taras z ustawionym pośrodku ratanowym kompletem wypoczynkowym i białymi zasłonami. Domyślam się, że materiał ma chronić przed komarami i zapewnić intymność. Drewniane altanki rozmieszczone blisko basenu są pokryte czymś w rodzaju strzechy. Przerzucam kolejne zdjęcia. Jadalnia pod chmurką. Leżaki nad basenem. Bar z drinkami i uśmiechniętym barmanem. Brama wjazdowa ze złotym napisem: Dumaluan Sea Resort. No i na koniec ta słynna wisienka na torcie: widok z tarasu willi na morze. W duchu zacieram ręce. Może uda nam się wynająć ten właśnie apartament.
A potem piszę krótki e-mail do tego Pawika:
Dzień dobry Panie Michale,
mój mąż obejrzał program telewizyjny Polacy w raju, którego jest Pan głównym bohaterem. W związku z powyższym chciałabym zapytać, czy istnieje możliwość wynajęcia u Pana w resorcie apartamentu. Jeśli tak, to jakie byłyby koszty i ogólne warunki pobytu? Ilość osób podam w następnym e-mailu.
Pozdrawiam
Amanda
Poszło. Teraz pozostaje mi czekać na odpowiedź. Dla pewności sprawdzam jeszcze raz adres e-mailowy na stronie i klnę pod nosem. Jak zwykle zrobiłam wszystko za szybko. Pomyliłam imię. Facet ma na imię Mateusz, a nie Michał. Ale obciach. Już nie będę tego odkręcać. Pomyśli jeszcze, że mam zaniki pamięci albo że jestem niezrównoważona.
***
Następnego dnia odpuszczam sobie mniej ważne zlecenia. Nawet wyciszam telefon. Muszę mieć spokój, bo projektuję okładkę dla najpopularniejszej pisarki książek obyczajowych w Polsce. Kobieta nie jest specjalnie wymagająca, lecz to mnie zależy, żeby obwoluta rzucała się w oczy i była łatwo zapamiętywalna. Oczywiście najpierw przeczytałam powieść. Nie lubię ślęczeć nad okładką książki, nie znając jej treści. Przekaz wizualny tego, co autor miał na myśli, jest dla mnie niezwykle ważny.
Kończę około czternastej. W sam raz, żeby oddzwonić do wszystkich, którzy próbowali się do mnie dobijać, a później zrobić obiad.
Denis wraca do domu po kolejnych dwóch godzinach. Jestem zdumiona, ponieważ całuje mnie w czoło, a potem ściska, jakbyśmy rok się nie widzieli. Po tylu latach małżeństwa i trwającym kryzysie czułe gesty z jego strony to rzadkość. Ewidentnie tryska dobrym humorem, co sprawia, że nie grymasi przy jedzeniu. Mój mąż po prostu czasami zachowuje się jak dziecko. Dziś jednak wcina pierogi, aż mu się uszy trzęsą. Siadam obok niego, nakładam kilka sztuk na talerz, grzebię w nim bez przekonania i czekam, aż mi powie, z czego jest taki zadowolony. Zwykle Denis irytuje się, gdy na niego naciskam, toteż staram się powściągnąć ciekawość. Najpierw więc jemy, a dopiero później będziemy rozmawiać.
– Znalazłem chętnych. Chcą z nami lecieć na Filipiny – mówi podekscytowany, odkładając sztućce na talerz.
Podnoszę głowę i patrzę mu w oczy. Jestem zaskoczona. Niemile zaskoczona. Tak szybko? Nie spodziewałam się. Sądziłam, że nabór przeciągnie się przynajmniej do Bożego Narodzenia ze względu na duże koszty wyjazdu. Wręcz liczyłam, że Denis nikogo nie znajdzie.
– Kto to taki?
– Mój kontrahent. Tobiasz Kijanek z żoną, Dianą – oznajmia dumnie. – Ludzie mają kupę hajsu. Nie muszą liczyć się z pieniędzmi.
– Nigdy mi o nich nie mówiłeś… – stwierdzam spokojnie, choć w środku gotuję się ze złości. Jak on mógł złożyć tę propozycję obcym ludziom bez konsultacji ze mną?! A jeśli okaże się, że wolimy inaczej spędzać czas na wakacjach? Albo, że oni są z tych, co to się obrażają, gdy ktoś nie postępuje zgodnie z ich sugestią? To będzie koszmar, nie wakacje.
– No nie, bo to świeża sprawa. Facet jest wydawcą książek. Będzie je u mnie drukował. Zapowiada się spory zysk. Nareszcie, bo ostatnio ledwo wychodzę na swoje. Cena papieru ciągle rośnie. Wydawnictwa tną koszty. Drukują w mniejszym nakładzie.
– To może powinniśmy zrezygnować z wyjazdu i zainwestować w firmę?
– No coś ty?! Już im powiedziałem. Spaliłbym się ze wstydu. Interes z Kijankiem to wielka sprawa. Będzie dobrze. – Mąż klepie mnie po dłoni uspokajającym gestem. Próbuję się uśmiechnąć.
– Nie dziel skóry na niedźwiedziu – ostrzegam Denisa i ugodowym tonem dodaję: – w takim razie powiedz coś o tych ludziach.
– Są w naszym wieku. On bardzo przystojny. Ona nadrabia oprawą. Wiesz, drogie ciuchy, perfekcyjny makijaż. Może trochę pańcia, ale polubisz ją. Jest wyjątkowo miła.
Skąd on u licha może wiedzieć, czy ją polubię? Czasem wystarczy jedna sekunda podczas poznania, by stwierdzić, że za żadne skarby nie będzie porozumienia. Ja poza tym nie jestem taka prędka do zawierania przyjaźni. Staram się jednak nie robić min. Znowu nie chcę psuć nastroju. Idę na kompromis.
– Wypadałoby się spotkać przed wyjazdem. Ustalić szczegóły…
– Miałem ci właśnie powiedzieć. Jesteśmy umówieni na jutro. U nich. Zapraszają nas.
Patrzę na męża podejrzliwie. On czasem mówi, że ktoś nas zaprosił, a później okazuje się, że sam się wrył delikwentowi na chatę. No może tym razem się mylę.
– Nie lepiej by było na neutralnym gruncie, na przykład w restauracji?
– Diana to zaproponowała.
– Nie musiałeś się zgadzać.
– Nie, ale chciałem. Nie mogłem sprawić jej zawodu – ucina krótko Denis. Wygląda na to, że rzeczywiście ona nalegała.
Wznoszę oczy do nieba. Wystarczy, że jakaś atrakcyjna kobieta poprosi, to Denis mięknie niczym plastelina. Dobrze, że mu galotów nie kazała ściągać, bo pewnie by to zrobił.
– Idę sprawdzić, czy przyszła wiadomość od gościa z Filipin – mówię i podnoszę się z krzesła. Zbieram brudne talerze i wkładam do zlewu. Zmywarka może poczekać, aż ją załaduję, a korespondencja z Pawikiem nie.
W skrzynce czeka e-mail:
Pani Amando,
mam wolne pokoje do końca marca włącznie. Proszę napisać, jaki termin by Państwa interesował, to go zarezerwuję. No i w ile osób chcielibyście przyjechać?
Pozdrawiam
Mateusz
***
Pierwsze spotkanie u obcych ludzi sprawia, że nie wiem, co na siebie włożyć. Ubrać się elegancko czy sportowo? Zwyczajnie czy ekstrawagancko? Złoszczę się sama na siebie, że tak bardzo się przejmuję. Jeszcze chwila, a założę dżinsy i kolorowy T-shirt.
– Długo jeszcze? – Denis wkłada głowę do sypialni. Sam już jest gotowy i przebiera nogami, obawiając się spóźnienia.
– Chwila.
– Czemu jeszcze nie jesteś ubrana?
– No mówię, że zaraz.
Pośpiesznie sięgam po dzianinową sukienkę w esy-floresy o fasonie tuby. Będzie neutralnie. Niestety na miejscu przekonuję się, że popełniłam błąd. Ta cała Diana jest ubrana dokładnie tak, jak na początku sama planowałam. Jej figurę opina wściekle zielona koszulka oraz dżinsy w kolorze blue. Ja tymczasem wyglądam jak własna babka. Nie pomaga mi, że ona w rzeczy samej nie otrzymała od losu filmowej urody, ani to, że jej mąż jest rzeczywiście zabójczo przystojny – wysoki blondyn o piwnych oczach (takich lubię). W dodatku nie spuszcza ze mnie wzroku. Podobam mu się w tak przeciętnym wydaniu, czy mam coś na policzku? Może tusz mi się rozmazał? Włos mi sterczy niczym maszt? Doprawdy nie mam bladego pojęcia.
Udaję, że nie dostrzegam jego wzroku i dla niepoznaki rozglądam się z ciekawością po domu Kijanków. Nie ma w nim tego „czegoś”. Pazura. Jest do bólu zwyczajnie. Banalnie. Nijako. Szaro, buro i ponuro.
Diana rzuca się na mnie, jakbyśmy się znały sto lat, po czym prowadzi nas do pokoju.
– Siadajcie. – Zapraszającym gestem wskazuje kanapę.
Ledwo siadam, odzywa się moja komórka. Oczywiście dzwoni Karol – jakże by inaczej. Nie wiem, czy odkąd wyniósł się z rodzinnego domu, zdarzył mu się dzień bez telefonu do mamusi. Odbieram, pytam, jaką ma sprawę. Okazuje, że mu się nudzi. Nudzi! No cóż, tym razem nie pogadamy. Zawiedziony synek rozłącza się szybko, a ja wracam do rzeczywistości.
Najwyraźniej niewiele straciłam. Rozmowa się nie klei. Mój mąż i Kijankowie wymieniają zdawkowe uwagi. Ja się nie włączam. Nie chce mi się. Mam w nosie dobrą atmosferę i dbanie o komfort psychiczny gospodarzy. Pierwszy budzi się mąż Diany. Proponuje swój termin wyprawy różniący się od naszego o dziesięć dni. Uważa też, że ktoś jeszcze mógłby z nami lecieć. Na pierwszą opcję Denis się zgadza, na drugą nie. Jestem tego samego zdania, że trzy pary to już tłok.
Ciąg dalszy w wersji pełnej