Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Pejzaż śmierci. Cykl z detektyw Lottie Parker - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
3 września 2025
3321 pkt
punktów Virtualo

Pejzaż śmierci. Cykl z detektyw Lottie Parker - ebook

Morderca czai się w pobliżu, a miasto jest pełne sekretów

Pewnego upalnego wieczoru po meczu z przyjaciółmi jedenastoletni Mikey Driscoll rusza do domu. Dwa dni później grupa nastolatków znajduje jego ciało nieopodal boiska. Głowę dziecka otacza aureola z polnych kwiatów. Wkrótce na brzegu malowniczego jeziora Ladystown zostają odnalezione zwłoki innego chłopca, również obsypane kwiatami.

W poszukiwaniu sprawcy, który zostawia tę przerażającą wizytówkę, Lottie musi rozplątać pajęczynę tajemnic spowijającą krąg przyjaciół Mikeya. Wszyscy coś ukrywają, ale kogo chronią? Parker jest zdeterminowana, by złapać mordercę, ponieważ tym razem jej synowi też grozi niebezpieczeństwo…

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8074-849-1
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Pro­log

Zapach dymu z komi­nów na osie­dlu komu­nal­nym oble­piał jej gar­dło. Szła szybko, pró­bu­jąc liczyć mija­jące sekundy i minuty, lecz gdy kolejna fala bólu roz­darła jej ciało, zupeł­nie stra­ciła rachubę. Opa­dła na kolana, przy­ci­ska­jąc ręce do brzu­cha.

Świa­tło latarni ulicz­nych wio­dło ją po opu­sto­sza­łej alejce za rzę­dem sze­re­gó­wek. Mokre dżinsy lepiły się do jej nóg – nie była pewna, czy zmo­czyła ją woda, czy krew. Miała nadzieję, że nie krew… Znów prze­szył ją ból i przy­gry­zła wargę, żeby stłu­mić krzyk, który chciał się wyrwać i wzle­cieć w gęste od dymu powie­trze.

Kro­ple desz­czu kłuły jej skórę niczym śrut z wia­trówki. Zdzi­wiło ją to, bo zanim zaczęło padać, czuła wyłącz­nie ostre skur­cze w dole brzu­cha. Lało jak z cebra, a ona nie miała kurtki. Cienka koszulka cał­ko­wi­cie prze­mo­kła, tak jak dżinsy i buty.

Skrę­ciła w lewo i ruszyła w stronę boiska, ale przed jasno oświe­tlo­nym budyn­kiem klu­bo­wym stał tłum ludzi. Pew­nie jakaś impreza, pomy­ślała. Gdy skie­ro­wała się z powro­tem tam, skąd przy­szła, kolejny skurcz przy­giął ją do ziemi.

– Jesz­cze nie. Pro­szę! – krzyk­nęła w stronę oło­wia­nego nieba.

Deszcz powoli usta­wał, a ona po pię­ciu minu­tach dotarła do tunelu pod kana­łem. Nie, nie pój­dzie do mia­sta. Ktoś mógłby ją zoba­czyć, a nie chciała, żeby widziano ją w takim sta­nie. Ludzie już i tak gadali. Wspięła się na śli­ski nasyp i puściła się bie­giem wzdłuż brzegu kanału po zaśmie­co­nej żwi­ro­wej ścieżce poro­śnię­tej chwa­stami. Wyda­wało jej się, że sły­szy kroki za ple­cami, ale nie miała siły się obej­rzeć. Nikogo tu nie ma, powta­rzała sobie. Tylko szczury w wodzie.

Nagle poczuła inny ból. I wszystko się zmie­niło.NIEDZIELA

Nie­dziela

– Gol!

Mikey Dri­scoll trium­fal­nie uniósł pięść do góry, gdy piłka wylą­do­wała w siatce. Chłopca natych­miast oto­czyła cała dru­żyna. Tak! Był boha­te­rem. Naresz­cie. Sze­roki uśmiech nie scho­dził mu z twa­rzy przez ostat­nie pięć minut meczu mło­dzi­ków.

Sędzia zagwiz­dał, a wokół roz­legł się chór wiwa­tów. Na murawę wylał się tłum, zło­żony głów­nie z rodzi­ców i rodzin zwy­cię­skiej dru­żyny. Ktoś posa­dził sobie Mikeya na ramio­nach. Chło­piec już nie czuł się naj­mniej­szy w zespole. Teraz był olbrzy­mem. Hurra!

Dostrzegł swo­jego przy­ja­ciela, Toby’ego, który uśmie­chał się do niego, i odpo­wie­dział mu uśmie­chem. Po dro­dze do budynku klu­bo­wego roz­glą­dał się za mamą. Odro­binę posmut­niał. Oczy­wi­ście, że jej tu nie ma. Ni­gdy nie bywała na jego meczach, to dla­czego mia­łaby przyjść teraz? Ale to był finał, więc tro­chę liczył na to, że… Prze­łknął roz­cza­ro­wa­nie.

Zsu­nął się na zie­mię z ramion nie­zna­jo­mego, roz­glą­da­jąc się za człon­kami swo­jej dru­żyny. On zdo­był zwy­cię­skiego gola, ale to Toby jako kapi­tan miał ode­brać puchar. Mikey pod­biegł do przy­ja­ciela, który był od niego wyż­szy o dobrą głowę. Spoj­rzał w górę, osła­nia­jąc oczy przed świa­tłem zacho­dzą­cego słońca.

– Piękny gol – pochwa­lił go Toby.

– Dzięki – odrzekł Mikey. – Mogę u cie­bie dzi­siaj noco­wać? – Zaci­snął kciuki. Powie­dział już mamie, że zosta­nie na noc u kum­pla. Pro­szę, zgódź się, modlił się w duchu.

Przy­ja­ciel się zawa­hał.

– Muszę spy­tać mamę.

– Jasne, nie ma sprawy.

– A dla­czego chcesz u mnie noco­wać?

Zanim chło­piec zdą­żył odpo­wie­dzieć, tre­ner Rory Butler zagar­nął ich ramio­nami i posta­wił przed dru­żyną.

– Chodź­cie, chłopcy. Teraz wrę­cze­nie medali i pucharu, a potem zapra­szam wszyst­kich do McDo­nalda!

Roz­le­gły się rado­sne okrzyki i Mikeya porwał tłum, oddzie­la­jąc go od Toby’ego. Po inten­syw­nej grze w wie­czor­nym upale był mokry od potu. Czy powi­nien przed­tem pobiec do domu i wziąć prysz­nic? Nie. Powie­dział mamie, że nocuje u Toby’ego, więc lepiej nie zaska­ki­wać jej swoim powro­tem. No cóż, pomy­ślał, wszyst­kie chło­paki będą cuch­nęły, nie tylko ja.

Przy­jął medal od Rory’ego Butlera, a Toby wysoko uniósł puchar. Zgro­ma­dzeni zaczęli się roz­cho­dzić. Część rodzi­ców wsia­dła do samo­cho­dów, by zawieźć dzieci do McDo­nalda. Resztę miał zabrać wynaj­mo­wany przez dru­żynę bus. Mikey ruszył za kole­gami do obskur­nej szatni.

– To był naj­lep­szy mecz sezonu – stwier­dził Rory, pokle­pu­jąc po ple­cach wszyst­kich mija­ją­cych go gra­czy.

Mikey lubił tre­nera, który był mniej wię­cej w tym samym wieku co mama. Czyli trzy­dzie­ści parę lat, jak odpo­wia­dała, gdy ktoś pytał.

– Jestem z was bar­dzo dumny, chłopcy. Ale dość gada­nia, teraz czas na świę­to­wa­nie. Łap­cie swoje rze­czy i spo­ty­kamy się wszy­scy w McDo­nal­dzie. Sta­wiam nug­getsy i frytki!

Mło­dzi pił­ka­rze znów zaczęli wiwa­to­wać, a potem wzięli torby i, na­dal w dre­sach i koszul­kach, z meda­lami na zie­lo­nych wstąż­kach zawie­szo­nymi na szy­jach, wyszli, pokrzy­ku­jąc rado­śnie.

* * *

Toby czuł się kiep­sko. Ow­szem, wygrali finał, jedli nug­getsy z fryt­kami i mieli naj­faj­niej­szego tre­nera w kraju, ale…

Mikey przy­glą­dał mu się zza stołu swo­imi wiel­kimi, smut­nymi brą­zo­wymi oczami. Cho­lera, pomy­ślał Toby. Może mógłby go dziś do sie­bie zabrać. W końcu przy­ja­ciel dość czę­sto u niego noco­wał. Ale wolał go dziś nie zapra­szać. Jego star­szy brat Max będzie w domu, a Toby nie lubił atmos­fery, która wtedy pano­wała. Nikt z jego rodziny nie przy­szedł na mecz, co wcale go nie mar­twiło. Lepiej mu było bez nich.

Odgar­nął jasne włosy z oczu. Miał spe­cjalną fry­zurę, wygo­loną dookoła, z mopem na czubku głowy, jak mówiła mama. Mikey pró­bo­wał go naśla­do­wać, więc namó­wił mamę, żeby zro­biła mu jasne pasemka. Efekt był szo­ku­jący. Wyglą­dało to po pro­stu okrop­nie. Ale Toby oczy­wi­ście ni­gdy mu tego nie powie­dział.

Wło­żył do ust nug­getsa i zaczął zawzię­cie prze­żu­wać. Znał Mikeya od przed­szkola. Cho­dzili do tej samej klasy w pod­sta­wówce. Teraz dora­stali. Cze­kała ich zmiana szkoły. Czy w liceum na­dal będą się przy­jaź­nili? Miał nadzieję. Posmut­niał, patrząc, jak kum­pel z meda­lem dum­nie zawie­szo­nym na szyi zbiera opa­ko­wa­nia i idzie wyrzu­cić je do śmieci.

Pośród śmie­chu i roz­mów sły­szał tylko ciszę mię­dzy sobą a Mikeyem. Cały czas go obser­wo­wał. Przy­ja­ciel przez chwilę roz­ma­wiał z Pau­lem Duf­fym, fizjo­te­ra­peutą dru­żyny. Cóż, wła­ści­wie nie fizjo­te­ra­peutą, tylko leka­rzem, ale to pra­wie to samo. Wszy­scy tu byli. Barry, syn dok­tora, który cią­gle się przy nich krę­cił i rzą­dził. Ma tylko pięt­na­ście lat, pomy­ślał Toby, nie może mną rzą­dzić! Żona Paula, Julia, która cza­sami zabie­rała ich stroje spor­towe do pra­nia. Oble­śny Wes, kie­rowca auto­busu, który woził ich na mecze wyjaz­dowe. Ber­tie Har­ris, który uwa­żał się za tre­nera, ale był tylko dozorcą w klu­bie. I oczy­wi­ście Rory Butler. Praw­dziwy tre­ner. Toby go lubił, więc uśmiech­nął się sze­roko, gdy tre­ner na niego spoj­rzał.

Walić to, pomy­ślał. Zaprosi Mikeya na noc. Niech Max się pier­doli. Cała jego rodzina może się pier­dolić. Wziął puste pudełko po nug­get­sach i resztkę fry­tek, rusza­jąc do śmiet­nika, gdy poczuł, że ktoś łapie go za ramię. Okrę­cił się na pię­cie.

– Toby, fan­ta­stycz­nie dziś gra­łeś.

Chło­piec wyrwał się z uści­sku Ber­tiego, uśmie­cha­jąc się ner­wowo.

– Tak, dzięki. To był dobry mecz. Super zabawa.

– Byłeś gwiazdą.

– To Mikey zdo­był bramkę.

– Świetny gol, to prawda. Młody Dri­scoll rzadko wbija gole, ale ten był ważny. Nie zapo­mnij o przy­ję­ciu z oka­zji wygra­nej w następną sobotę.

– Dobrze.

Toby wziął torbę i rozej­rzał się za Mikeyem. W knaj­pie pano­wał tłok i hałas, ale on był na tyle wysoki, że widział wszystko nad gło­wami sie­dzą­cych. Rozej­rzał się uważ­nie, lecz ni­gdzie nie dostrzegł przy­ja­ciela.

– Kurde – mruk­nął. Aku­rat gdy zde­cy­do­wał, że kum­pel może u niego prze­no­co­wać… No cóż, jego strata.

* * *

Mikey przy­po­mniał sobie, że mama miała pójść na bingo, poza tym i tak się nie spo­dzie­wała jego powrotu. Na szczę­ście miał wła­sny klucz. A Toby zacho­wał się jak dupek.

Zarzu­cił torbę na ramię i jedną ręką trzy­ma­jąc medal, ruszył do domu. Posta­no­wił, że naj­pierw weź­mie prysz­nic, potem zak­tu­ali­zuje _FIFĘ_ na Play­Sta­tion, a w tym cza­sie zoba­czy, co jest na Net­flik­sie. Jeden z kole­gów wspo­mniał o serialu _Stran­ger Things_. Zapo­wia­dał się naprawdę faj­nie. Wie­dział, że mama w życiu nie pozwo­li­łaby mu go oglą­dać, ale prze­cież jej nie będzie, prawda? Tak! Rado­śnie uniósł zaci­śniętą pięść i puścił się bie­giem. Poczuł się znacz­nie lepiej, mając plany na resztę wie­czoru.

Prze­szedł na świa­tłach i skie­ro­wał się do tunelu, by pójść do domu skró­tem. Nie­na­wi­dził tego tunelu pod kana­łem. Fuj. Zawsze się bał, że ściany pękną, a on uto­nie w męt­nej wodzie.

Kop­nął pustą puszkę, a gdy poto­czyła się z grze­cho­tem, usły­szał, że pod­jeż­dża do niego samo­chód. Szedł dalej, a auto jechało obok. Odwró­cił się i zaj­rzał przez boczne okno. Kiedy roz­po­znał osobę za kie­row­nicą, uśmiech­nął się do niej i przy­wi­tał:

– Cześć.

– Wska­kuj. Pod­wiozę cię do domu.

– Nie trzeba, to nie­da­leko.

– Na pewno jesteś zmę­czony, a ja jadę w tamtą stronę.

– No dobra.

Mikey obszedł samo­chód i otwo­rzył drzwi. Usiadł na miej­scu pasa­żera, po czym zapiął pas. Usły­szał klik­nię­cie auto­ma­tycz­nej blo­kady drzwi.

– Dobry Boże, Mikey, cuch­niesz.

– Co nie? – Chło­piec par­sk­nął ner­wo­wym śmie­chem.

– Mogę coś na to zara­dzić.

– Nie trzeba, zaraz będę w domu. Mam tam mnó­stwo gorą­cej wody – odrzekł, choć wie­dział, że będzie musiał odcze­kać pół godziny, zanim boj­ler się nagrzeje.

Kiedy włą­czyło się zie­lone, samo­chód skrę­cił w lewo na most Dubliń­ski.

Zdzi­wiony Mikey wyj­rzał przez okno.

– Hej, do mnie się jedzie tam­tędy. To nie ten skręt.

W samo­cho­dzie pano­wała cisza.

– Jedziesz w złą stronę. – Chłopca ogar­nął popłoch.

– Och, to dobra strona. Nie przej­muj się. Zaufaj mi.

Mikey osu­nął się na sie­dze­niu, opie­ra­jąc stopy na tor­bie. Po chwili odwa­żył się zer­k­nąć kątem oka w bok. Zaufać? Nie, na pewno nie. Nie­stety, droga odwrotu została już zamknięta.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij