Pejzaż śmierci. Cykl z detektyw Lottie Parker - ebook
Pejzaż śmierci. Cykl z detektyw Lottie Parker - ebook
Morderca czai się w pobliżu, a miasto jest pełne sekretów
Pewnego upalnego wieczoru po meczu z przyjaciółmi jedenastoletni Mikey Driscoll rusza do domu. Dwa dni później grupa nastolatków znajduje jego ciało nieopodal boiska. Głowę dziecka otacza aureola z polnych kwiatów. Wkrótce na brzegu malowniczego jeziora Ladystown zostają odnalezione zwłoki innego chłopca, również obsypane kwiatami.
W poszukiwaniu sprawcy, który zostawia tę przerażającą wizytówkę, Lottie musi rozplątać pajęczynę tajemnic spowijającą krąg przyjaciół Mikeya. Wszyscy coś ukrywają, ale kogo chronią? Parker jest zdeterminowana, by złapać mordercę, ponieważ tym razem jej synowi też grozi niebezpieczeństwo…
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8074-849-1 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Prolog
Zapach dymu z kominów na osiedlu komunalnym oblepiał jej gardło. Szła szybko, próbując liczyć mijające sekundy i minuty, lecz gdy kolejna fala bólu rozdarła jej ciało, zupełnie straciła rachubę. Opadła na kolana, przyciskając ręce do brzucha.
Światło latarni ulicznych wiodło ją po opustoszałej alejce za rzędem szeregówek. Mokre dżinsy lepiły się do jej nóg – nie była pewna, czy zmoczyła ją woda, czy krew. Miała nadzieję, że nie krew… Znów przeszył ją ból i przygryzła wargę, żeby stłumić krzyk, który chciał się wyrwać i wzlecieć w gęste od dymu powietrze.
Krople deszczu kłuły jej skórę niczym śrut z wiatrówki. Zdziwiło ją to, bo zanim zaczęło padać, czuła wyłącznie ostre skurcze w dole brzucha. Lało jak z cebra, a ona nie miała kurtki. Cienka koszulka całkowicie przemokła, tak jak dżinsy i buty.
Skręciła w lewo i ruszyła w stronę boiska, ale przed jasno oświetlonym budynkiem klubowym stał tłum ludzi. Pewnie jakaś impreza, pomyślała. Gdy skierowała się z powrotem tam, skąd przyszła, kolejny skurcz przygiął ją do ziemi.
– Jeszcze nie. Proszę! – krzyknęła w stronę ołowianego nieba.
Deszcz powoli ustawał, a ona po pięciu minutach dotarła do tunelu pod kanałem. Nie, nie pójdzie do miasta. Ktoś mógłby ją zobaczyć, a nie chciała, żeby widziano ją w takim stanie. Ludzie już i tak gadali. Wspięła się na śliski nasyp i puściła się biegiem wzdłuż brzegu kanału po zaśmieconej żwirowej ścieżce porośniętej chwastami. Wydawało jej się, że słyszy kroki za plecami, ale nie miała siły się obejrzeć. Nikogo tu nie ma, powtarzała sobie. Tylko szczury w wodzie.
Nagle poczuła inny ból. I wszystko się zmieniło.NIEDZIELA
Niedziela
– Gol!
Mikey Driscoll triumfalnie uniósł pięść do góry, gdy piłka wylądowała w siatce. Chłopca natychmiast otoczyła cała drużyna. Tak! Był bohaterem. Nareszcie. Szeroki uśmiech nie schodził mu z twarzy przez ostatnie pięć minut meczu młodzików.
Sędzia zagwizdał, a wokół rozległ się chór wiwatów. Na murawę wylał się tłum, złożony głównie z rodziców i rodzin zwycięskiej drużyny. Ktoś posadził sobie Mikeya na ramionach. Chłopiec już nie czuł się najmniejszy w zespole. Teraz był olbrzymem. Hurra!
Dostrzegł swojego przyjaciela, Toby’ego, który uśmiechał się do niego, i odpowiedział mu uśmiechem. Po drodze do budynku klubowego rozglądał się za mamą. Odrobinę posmutniał. Oczywiście, że jej tu nie ma. Nigdy nie bywała na jego meczach, to dlaczego miałaby przyjść teraz? Ale to był finał, więc trochę liczył na to, że… Przełknął rozczarowanie.
Zsunął się na ziemię z ramion nieznajomego, rozglądając się za członkami swojej drużyny. On zdobył zwycięskiego gola, ale to Toby jako kapitan miał odebrać puchar. Mikey podbiegł do przyjaciela, który był od niego wyższy o dobrą głowę. Spojrzał w górę, osłaniając oczy przed światłem zachodzącego słońca.
– Piękny gol – pochwalił go Toby.
– Dzięki – odrzekł Mikey. – Mogę u ciebie dzisiaj nocować? – Zacisnął kciuki. Powiedział już mamie, że zostanie na noc u kumpla. Proszę, zgódź się, modlił się w duchu.
Przyjaciel się zawahał.
– Muszę spytać mamę.
– Jasne, nie ma sprawy.
– A dlaczego chcesz u mnie nocować?
Zanim chłopiec zdążył odpowiedzieć, trener Rory Butler zagarnął ich ramionami i postawił przed drużyną.
– Chodźcie, chłopcy. Teraz wręczenie medali i pucharu, a potem zapraszam wszystkich do McDonalda!
Rozległy się radosne okrzyki i Mikeya porwał tłum, oddzielając go od Toby’ego. Po intensywnej grze w wieczornym upale był mokry od potu. Czy powinien przedtem pobiec do domu i wziąć prysznic? Nie. Powiedział mamie, że nocuje u Toby’ego, więc lepiej nie zaskakiwać jej swoim powrotem. No cóż, pomyślał, wszystkie chłopaki będą cuchnęły, nie tylko ja.
Przyjął medal od Rory’ego Butlera, a Toby wysoko uniósł puchar. Zgromadzeni zaczęli się rozchodzić. Część rodziców wsiadła do samochodów, by zawieźć dzieci do McDonalda. Resztę miał zabrać wynajmowany przez drużynę bus. Mikey ruszył za kolegami do obskurnej szatni.
– To był najlepszy mecz sezonu – stwierdził Rory, poklepując po plecach wszystkich mijających go graczy.
Mikey lubił trenera, który był mniej więcej w tym samym wieku co mama. Czyli trzydzieści parę lat, jak odpowiadała, gdy ktoś pytał.
– Jestem z was bardzo dumny, chłopcy. Ale dość gadania, teraz czas na świętowanie. Łapcie swoje rzeczy i spotykamy się wszyscy w McDonaldzie. Stawiam nuggetsy i frytki!
Młodzi piłkarze znów zaczęli wiwatować, a potem wzięli torby i, nadal w dresach i koszulkach, z medalami na zielonych wstążkach zawieszonymi na szyjach, wyszli, pokrzykując radośnie.
* * *
Toby czuł się kiepsko. Owszem, wygrali finał, jedli nuggetsy z frytkami i mieli najfajniejszego trenera w kraju, ale…
Mikey przyglądał mu się zza stołu swoimi wielkimi, smutnymi brązowymi oczami. Cholera, pomyślał Toby. Może mógłby go dziś do siebie zabrać. W końcu przyjaciel dość często u niego nocował. Ale wolał go dziś nie zapraszać. Jego starszy brat Max będzie w domu, a Toby nie lubił atmosfery, która wtedy panowała. Nikt z jego rodziny nie przyszedł na mecz, co wcale go nie martwiło. Lepiej mu było bez nich.
Odgarnął jasne włosy z oczu. Miał specjalną fryzurę, wygoloną dookoła, z mopem na czubku głowy, jak mówiła mama. Mikey próbował go naśladować, więc namówił mamę, żeby zrobiła mu jasne pasemka. Efekt był szokujący. Wyglądało to po prostu okropnie. Ale Toby oczywiście nigdy mu tego nie powiedział.
Włożył do ust nuggetsa i zaczął zawzięcie przeżuwać. Znał Mikeya od przedszkola. Chodzili do tej samej klasy w podstawówce. Teraz dorastali. Czekała ich zmiana szkoły. Czy w liceum nadal będą się przyjaźnili? Miał nadzieję. Posmutniał, patrząc, jak kumpel z medalem dumnie zawieszonym na szyi zbiera opakowania i idzie wyrzucić je do śmieci.
Pośród śmiechu i rozmów słyszał tylko ciszę między sobą a Mikeyem. Cały czas go obserwował. Przyjaciel przez chwilę rozmawiał z Paulem Duffym, fizjoterapeutą drużyny. Cóż, właściwie nie fizjoterapeutą, tylko lekarzem, ale to prawie to samo. Wszyscy tu byli. Barry, syn doktora, który ciągle się przy nich kręcił i rządził. Ma tylko piętnaście lat, pomyślał Toby, nie może mną rządzić! Żona Paula, Julia, która czasami zabierała ich stroje sportowe do prania. Obleśny Wes, kierowca autobusu, który woził ich na mecze wyjazdowe. Bertie Harris, który uważał się za trenera, ale był tylko dozorcą w klubie. I oczywiście Rory Butler. Prawdziwy trener. Toby go lubił, więc uśmiechnął się szeroko, gdy trener na niego spojrzał.
Walić to, pomyślał. Zaprosi Mikeya na noc. Niech Max się pierdoli. Cała jego rodzina może się pierdolić. Wziął puste pudełko po nuggetsach i resztkę frytek, ruszając do śmietnika, gdy poczuł, że ktoś łapie go za ramię. Okręcił się na pięcie.
– Toby, fantastycznie dziś grałeś.
Chłopiec wyrwał się z uścisku Bertiego, uśmiechając się nerwowo.
– Tak, dzięki. To był dobry mecz. Super zabawa.
– Byłeś gwiazdą.
– To Mikey zdobył bramkę.
– Świetny gol, to prawda. Młody Driscoll rzadko wbija gole, ale ten był ważny. Nie zapomnij o przyjęciu z okazji wygranej w następną sobotę.
– Dobrze.
Toby wziął torbę i rozejrzał się za Mikeyem. W knajpie panował tłok i hałas, ale on był na tyle wysoki, że widział wszystko nad głowami siedzących. Rozejrzał się uważnie, lecz nigdzie nie dostrzegł przyjaciela.
– Kurde – mruknął. Akurat gdy zdecydował, że kumpel może u niego przenocować… No cóż, jego strata.
* * *
Mikey przypomniał sobie, że mama miała pójść na bingo, poza tym i tak się nie spodziewała jego powrotu. Na szczęście miał własny klucz. A Toby zachował się jak dupek.
Zarzucił torbę na ramię i jedną ręką trzymając medal, ruszył do domu. Postanowił, że najpierw weźmie prysznic, potem zaktualizuje _FIFĘ_ na PlayStation, a w tym czasie zobaczy, co jest na Netfliksie. Jeden z kolegów wspomniał o serialu _Stranger Things_. Zapowiadał się naprawdę fajnie. Wiedział, że mama w życiu nie pozwoliłaby mu go oglądać, ale przecież jej nie będzie, prawda? Tak! Radośnie uniósł zaciśniętą pięść i puścił się biegiem. Poczuł się znacznie lepiej, mając plany na resztę wieczoru.
Przeszedł na światłach i skierował się do tunelu, by pójść do domu skrótem. Nienawidził tego tunelu pod kanałem. Fuj. Zawsze się bał, że ściany pękną, a on utonie w mętnej wodzie.
Kopnął pustą puszkę, a gdy potoczyła się z grzechotem, usłyszał, że podjeżdża do niego samochód. Szedł dalej, a auto jechało obok. Odwrócił się i zajrzał przez boczne okno. Kiedy rozpoznał osobę za kierownicą, uśmiechnął się do niej i przywitał:
– Cześć.
– Wskakuj. Podwiozę cię do domu.
– Nie trzeba, to niedaleko.
– Na pewno jesteś zmęczony, a ja jadę w tamtą stronę.
– No dobra.
Mikey obszedł samochód i otworzył drzwi. Usiadł na miejscu pasażera, po czym zapiął pas. Usłyszał kliknięcie automatycznej blokady drzwi.
– Dobry Boże, Mikey, cuchniesz.
– Co nie? – Chłopiec parsknął nerwowym śmiechem.
– Mogę coś na to zaradzić.
– Nie trzeba, zaraz będę w domu. Mam tam mnóstwo gorącej wody – odrzekł, choć wiedział, że będzie musiał odczekać pół godziny, zanim bojler się nagrzeje.
Kiedy włączyło się zielone, samochód skręcił w lewo na most Dubliński.
Zdziwiony Mikey wyjrzał przez okno.
– Hej, do mnie się jedzie tamtędy. To nie ten skręt.
W samochodzie panowała cisza.
– Jedziesz w złą stronę. – Chłopca ogarnął popłoch.
– Och, to dobra strona. Nie przejmuj się. Zaufaj mi.
Mikey osunął się na siedzeniu, opierając stopy na torbie. Po chwili odważył się zerknąć kątem oka w bok. Zaufać? Nie, na pewno nie. Niestety, droga odwrotu została już zamknięta.