Pełzający Cień - ebook
Po klęsce armii księcia Almurica z całej wyprawy zostało dwoje ocalałych: Conan i młoda Brytunka Natala. Pustynia na południu nie wybacza, a jednak to nie ona okaże się najgroźniejsza. Na horyzoncie majaczy Xuthal, miasto z zielonego kamienia, o którym milczą kupieckie szlaki i stare kroniki. Za jego murami czas płynie inaczej. Mieszkańcy śpią, odurzeni czarnym lotosem, i wcale nie chcą się budzić. Może dlatego, że na jawie czeka na nich to samo, co od wieków poluje w ciemnych korytarzach. Jedno z najbardziej dusznych i klaustrofobicznych opowiadań Howarda o Conanie. Tutaj barbarzyńca nie zdobywa tronów. Tutaj próbuje po prostu przeżyć noc.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368914665 |
| Rozmiar pliku: | 537 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Pustynia drgała w falach żaru. Conan Cymmeryjczyk wpatrywał się w bezkresne pustkowie i mimowolnie przesunął grzbietem potężnej dłoni po wysuszonych wargach. Stał w piasku niczym spiżowy posąg, na pozór obojętny na morderczy skwar słońca, choć całą jego odzież stanowiła jedwabna przepaska biodrowa, ujęta szerokim pasem o złotej klamrze, u którego wisiały szabla i puginał o szerokiej głowni. Na kształtnych członkach znaczyły się ślady ledwo zabliźnionych ran.
U jego stóp spoczywała dziewczyna; jednym białym ramieniem obejmowała jego kolano, o które wspierała się jej jasnowłosa głowa. Biel jej skóry odbijała od jego spalonego słońcem ciała; krótka jedwabna tunika, bez rękawów, głęboko wycięta i przepasana w stanie, raczej podkreślała, niźli kryła jej gibką postać.
Conan potrząsnął głową, mrugając. Blask słońca na wpół go oślepiał. Odczepił od pasa małą manierkę i potrząsnął nią, krzywiąc się na słaby plusk w środku.
Dziewczyna poruszyła się zmęczona i jęknęła żałośnie.
– Och, Conanie, zginiemy tutaj! Tak strasznie chce mi się pić!
Cymmeryjczyk warknął bez słów, spoglądając wojowniczo na otaczające pustkowie; szczękę miał wysuniętą, a niebieskie oczy tliły mu się spod czarnej, zmierzwionej grzywy, jak gdyby pustynia była wrogiem z krwi i kości.
Schylił się i przytknął manierkę do warg dziewczyny.
– Pij, póki ci nie każę przestać, Natalo – rozkazał.
Piła łapczywie, z cichym, urywanym dyszeniem, a on jej nie powstrzymywał. Dopiero gdy manierka była pusta, pojęła, że umyślnie pozwolił jej wypić cały ich zapas wody – i tak niewielki.
Łzy trysnęły jej z oczu.
– Och, Conanie – załkała, załamując ręce – czemuż pozwoliłeś mi wypić wszystko? Nie wiedziałam... teraz nie zostało nic dla ciebie!
– Cicho – burknął. – Nie trwoń sił na płacz.
Wyprostowawszy się, odrzucił manierkę precz.
– Czemu to uczyniłeś? – wyszeptała.
Nie odrzekł nic; stał nieruchomy i niewzruszony, a palce jego z wolna zaciskały się na rękojeści szabli. Nie patrzył na dziewczynę; wzrokiem zdawał się sięgać w tajemniczą, purpurową mgłę na krańcu widnokręgu.
Obdarzony całym barbarzyńskim umiłowaniem życia i instynktem przetrwania, Conan Cymmeryjczyk wiedział wszelako, że doszedł do kresu swego szlaku. Nie dotarł jeszcze do granic wytrzymałości, lecz wiedział, że jeszcze jeden dzień pod bezlitosnym słońcem, na tym bezwodnym pustkowiu, powali i jego. Dziewczyna zaś wycierpiała już dosyć. Lepsze szybkie, bezbolesne cięcie miecza niźli przewlekła agonia, jaka go czekała. Jej pragnienie było na chwilę ugaszone; fałszywym miłosierdziem byłoby pozwolić, by cierpiała, aż ulgę przyniosą jej majaczenie i śmierć. Z wolna wysunął szablę z pochwy.
Nagle zamarł i zesztywniał. Daleko na pustyni, ku południu, coś zamigotało poprzez fale żaru.
Zrazu pomyślał, że to złuda, jeden z mirażów, które szydziły zeń i doprowadzały go do szaleństwa na tej przeklętej pustyni. Osłoniwszy oślepione słońcem oczy, rozróżnił iglice, minarety i lśniące mury. Patrzył na nie posępnie, czekając, aż zbledną i znikną. Natala przestała szlochać; dźwignęła się na kolana i podążyła za jego spojrzeniem.
– Czy to miasto, Conanie? – wyszeptała, zbyt wylękła, by śmieć mieć nadzieję. – Czy to jeno cień?
Cymmeryjczyk czas jakiś nie odpowiadał. Kilkakroć zamknął i otworzył oczy; odwrócił wzrok, po czym spojrzał znowu. Miasto trwało tam, gdzie ujrzał je po raz pierwszy.
– Diabli wiedzą – mruknął. – Ale spróbować warto.
Wsunął szablę z powrotem do pochwy. Schyliwszy się, uniósł Natalę w potężnych ramionach, jakby była niemowlęciem. Opierała się słabo.
– Nie trwoń sił na dźwiganie mnie, Conanie – prosiła. – Mogę iść sama.
– Grunt robi się tu coraz bardziej kamienisty – odparł, zerkając na jej miękkie, zielone obuwie. – Wnet zdarłabyś sandały na strzępy. Zresztą, jeśli w ogóle mamy dojść do tego miasta, musimy iść szybko, a tak pójdzie mi sporzej.
Szansa ocalenia wlała świeży wigor i sprężystość w stalowe mięśnie Cymmeryjczyka. Ruszył przez piaszczyste pustkowie, jak gdyby dopiero co wyruszył w drogę. Barbarzyńca nad barbarzyńcami, miał w sobie żywotność i wytrzymałość dziczy, dającą mu przetrwanie tam, gdzie człowiek cywilizowany by zginął.
On i dziewczyna byli, o ile wiedział, jedynymi ocalałymi z armii księcia Almurica – owej szalonej, pstrej hordy, która, idąc za pokonanym zbuntowanym księciem Kothu, przetoczyła się przez ziemie Szemu niczym niszczycielska burza piaskowa i zbroczyła krwią pogranicza Stygii. Ze stygijskim wojskiem depczącym jej po piętach przerąbała sobie drogę przez czarne królestwo Kuszu, by w końcu ulec zagładzie na skraju południowej pustyni. Conan przyrównywał ją w myślach do wielkiego potoku, który malał stopniowo, tocząc się na południe, by na koniec wyschnąć w piaskach nagiej pustyni. Kości jej członków – najemników, banitów, ludzi złamanych, wyjętych spod prawa – leżały rozsiane od wyżyn kothyjskich po wydmy pustkowia.
Z owej ostatniej rzezi, gdy Stygijczycy i Kuszyci zwarli pierścień wokół osaczonych niedobitków, Conan wyrąbał sobie drogę i umknął na wielbłądzie wraz z dziewczyną. Za nimi kraj roił się od wrogów; jedyną otwartą drogą była pustynia na południu. W te groźne głębie się zapuścili.
Dziewczyna była Brytunką; Conan znalazł ją na targu niewolników w zdobytym szemickim mieście i wziął ją sobie. Nie miała w tej sprawie nic do powiedzenia, lecz nowa jej dola tak dalece przewyższała los, jaki czekał hyboryjską kobietę w szemickim seraju, że przyjęła ją z wdzięcznością. Tak więc dzieliła przygody przeklętej hordy Almurica.
Przez wiele dni uciekali w głąb pustyni, ścigani przez stygijskich jeźdźców tak daleko, że gdy wreszcie zgubili pogoń, nie śmieli już zawracać. Parli naprzód w poszukiwaniu wody, aż wielbłąd padł. Potem szli pieszo. Przez ostatnich kilka dni cierpienia ich były straszliwe. Conan osłaniał Natalę, jak umiał, a surowe obozowe życie dało jej więcej hartu i sił, niż posiada przeciętna kobieta; lecz mimo to bliska była kresu.
Słońce prażyło okrutnie czarną, zmierzwioną grzywę Conana. Zawroty głowy i mdłości wzbierały w nim, ale zacisnąwszy zęby szedł niezachwianie. Był przekonany, że miasto jest rzeczywistością, nie mirażem. Nie miał pojęcia co mogą tam znaleźć. Mieszkańcy mogli okazać się wrodzy. Wszelako była to jakaś szansa, jeśli przyjdzie walczyć – a o więcej nigdy nie prosił
Słońce chyliło się już ku zachodowi, gdy przystanęli przed masywną bramą, wdzięczni za rzucany przez nią cień. Conan postawił Natalę na ziemi i rozprostował obolałe ramiona. Mury wznosiły się nad nimi na jakieś trzydzieści stóp, wzniesione z gładkiego, zielonkawego materiału, lśniącego niemal jak szkło. Conan przepatrywał blanki, spodziewając się okrzyku straży, lecz nie ujrzał nikogo. Zniecierpliwiony krzyknął i załomotał w bramę rękojeścią szabli, ale odpowiedziało mu jeno głuche echo. Natala przywarła do niego, przestraszona ciszą. Conan pchnął wrota – i cofnął się, dobywając szabli, gdy bezgłośnie ustąpiły do wewnątrz. Natala stłumiła okrzyk.