Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Perfectly Lost - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
10 sierpnia 2026
40,99
4099 pkt
punktów Virtualo

Perfectly Lost - ebook

Minęły dwa lata, odkąd Jason Monroe zniknął bez słowa. Dwa lata ciszy i serca składanego na nowo kawałek po kawałku. Emma nauczyła się żyć bez niego. Wszystko zaczyna wyglądać normalnie... aż do nocy, gdy Jason wraca. Problem w tym, że nie jest już tym samym chłopakiem, którego kiedyś kochała. Ostatnie dwa lata zmieniły go bardziej, niż mogłaby sobie wyobrazić. Ścigany przez własną przeszłość i uwikłany w brutalny świat swojego ojca, wraca dokładnie wtedy, gdy Emma zaczyna wierzyć, że najgorsze ma już za sobą. Bo niektórych historii nie da się zamknąć.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788398198103
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1. Ułożone życie

Emma

Dźwięk moich obcasów odbija się echem od marmurowej podłogi w holu. Zerkam na zegarek i przyspieszam kroku. Spotkanie zaczęło się pięć minut temu. Cudem dotarłam do kancelarii na czas. Staję pod drzwiami sali konferencyjnej i łapię oddech. Poprawiam białą koszulę i marynarkę jedną ręką, w drugiej trzymam dwa kubki z parującą kawą. Wchodzę bez pukania, modląc się w duchu, by Benson miał dziś dobry humor i tak już za mną nie przepada. Gdy tylko przekraczam próg, czuję na sobie dwa spojrzenia i już mam ochotę stąd zniknąć.

– Panno Wilson, miło mi, że postanowiła nas Pani dziś zaszczycić swoją obecnością – ponury głos Bensona całkowicie burzy moją pewność siebie. Ten facet jest nie do zniesienia. Zbliża się do pięćdziesiątki i jest wiecznie niezadowolonym gburem. Ale muszę być dla niego miła to od niego zależy, czy zaliczę staż, a do końca zostały mi tylko dwa miesiące. Jeszcze chwila i będę wolna.

– Przepraszam Pana – mówię, siląc się na uśmiech. Stawiam przed nim kawę, drugą biorę dla siebie i siadam z boku.

Benson ma dziś spotkanie z klientką, a ja wyjątkowo muszę mu towarzyszyć przez cały dzień – jego asystentka się rozchorowała, więc wyznaczono mnie na zastępstwo. Nie skaczę z radości. Już i tak wystarczająco dużo czasu spędzam z nim w kancelarii, a rola jego asystentki oznacza tylko więcej interakcji z tym naburmuszonym burakiem.

– A więc, jeśli dobrze zrozumiałem, zanim nam przerwano, rozmawialiśmy o opiece nad dziećmi. Czy chce pani, by ojciec widywał się z nimi regularnie, czy walczymy o pełne prawa dla pani?

Jestem na trzecim roku prawa, a sprawy rozwodowe nadal mnie przytłaczają. Tu trafiają ludzie, którym się nie udało. Ślub, dzieci i codzienna rutyna zabiły ich miłość, a oni nie potrafili o nią zawalczyć. Nigdy tego nie zrozumiem. Jeśli się kogoś kocha, nie można po prostu odpuścić. Naprawia się relację, nie wyrzuca jej jak zużytą zabawkę.

Moje myśli błądzą ku chłopakowi o ciemnych oczach i tatuażach. Przez moment był moim całym światem, a potem zniknął. Bez słowa. Dwa lata temu moje życie się zawaliło – do dziś próbuję się pozbierać. Serce wciąż jest popękane, mimo że tyle razy próbowałam je poskładać.

– Willson, notujesz to? – głos Bensona przerywa moją zadumę. Patrzy na mnie ze złością.

Spuszczam wzrok na notatki, które są prawie puste.

Cholera.

Benson obserwuje mnie przez chwilę, po czym wraca do rozmowy. Muszę się ogarnąć, to zamknięty rozdział, nie ma do czego wracać.

Po ośmiu godzinach, sześciu spotkaniach i trzech spacerach do kawiarni wreszcie kończę dzień pracy. Jestem wykończona. Nogi bolą mnie od szpilek, a stanik uwiera w plecy. Ale i tak się uśmiecham, mam dwa dni wolne od Bensona, który dziś po południu wyleciał do Wiednia na szkolenie. Jeśli dotrwam do końca stażu i go nie uduszę, uznam to za sukces i wpiszę do CV.

Pracuje tu już siedem miesięcy. Każdy student prawa musi odbyć obowiązkowy staż w wybranej kancelarii. Było mi obojętne, gdzie trafię, więc aplikowałam do pierwszej z brzegu. Do dziś żałuję. Benson prześladuje mnie nawet w snach. A raczej w koszmarach. Jest szefem, właścicielem kancelarii Benson & Benson, założonej przez jego ojca. To właśnie z nim miałam rozmowę rekrutacyjną. Zupełne przeciwieństwo syna.

Żegnam się z Megan, recepcjonistką, macham jej na do widzenia i wychodzę przez ogromne, szklane drzwi. Przebiegam przez ulicę i wsiadam do samochodu, na szczęście kancelaria ma prywatny parking w Nowym Jorku o miejsce w godzinach szczytu trzeba się bić. Siadam za kierownicą i opieram głowę o zagłówek. Nagle słyszę dźwięk wiadomości.

DEVON
_O której będziesz? Czekam z kolacją._

JA
_Dziesięć minut, już jadę._

Odkładam telefon i przekręcam kluczyk w stacyjce. Zanim ruszam, zmieniam szpilki na wygodne trampki. Nikt mi nie wmówi, że da się prowadzić w obcasach. Zakładam okulary przeciwsłoneczne i włączam się do ruchu. Dojazd zajmuje więcej niż sądziłam, korki są tu codziennością. Dlatego zwykle poruszam się komunikacją miejską, ale dziś zaspałam. Co ostatnio zdarza mi się dość często, egzaminy na trzecim roku to horror.

Rok temu wyprowadziłam się z akademika. Staż był płatny, więc mogłam wynająć dom. Nie dałabym rady utrzymać się sama, ale nie musiałam długo szukać współlokatorów. To oni właściwie znaleźli mnie.

Wjeżdżam na podjazd. Przed garażem stoi czarny Dodge i już wiem, że zaraz zacznie się przedstawienie, a ja mam miejsce w pierwszym rzędzie. Wysiadam z auta i zanim zdążę sięgnąć po torebkę, czuję czyjeś ramiona obejmujące mnie od tyłu. Wdycham znajomy, sosnowy zapach i uśmiecham się.

– Cześć, Wiewióreczko – mówi Tyler.

Odwracam się, staję na palcach i całuję go w policzek. Jest moim przyjacielem i współlokatorem. Dzięki niemu przeszłam przez piekło i nie spłonęłam. Choć czasem mam ochotę zakopać go w ogródku. Głęboko. Wzdycham ciężko.

– Dobra, zacznijmy już teraz, jestem zmęczona i chcę to mieć za sobą – mówię, ruszając w stronę drzwi. Tyler zagradza mi drogę.

– Co ta gangrena tu robi? – pyta opryskliwie.

– Ta „gangrena" to mój chłopak. Prosiłam cię, żebyś był dla niego miły. Ile razy mamy to jeszcze przerabiać, Tyler?

– A ja ci mówiłem, że nie polubię tego wypłosza.

Łapię się za nasadę nosa i liczę do dziesięciu.

– I niech przestanie panoszyć się w mojej kuchni. Zachowuje się, jakby był twoim facetem – prycha.

– Bo jest moim facetem.

– E, nie? Żeby nim być, najpierw trzeba mieć jaja. I jeszcze ta jego księgowość, zasypiam, jak tylko wchodzi do pokoju.

Odwracam się i wchodzę do środka.

– Czekaj, nie skończyłem!

Wiem, ale nie mam siły tego znów słuchać.

Wbiegam na górę do swojego pokoju. Zabieram z szafy ubrania na zmianę i idę prosto do łazienki. Po szybkiej kąpieli wycieram się i wsmarowuję balsam w skórę. Zakładam moje ukochane, wygodne dresy i za dużą koszulkę z logo Arctic Monkeys, którą kiedyś ukradłam Tylerowi. Wychodząc z łazienki i zderzam się z Devonem.

– Hej, kochanie – szepcze, całując mnie w czoło. Wtulam się w niego.

– Jak minął dzień?

–Zbyt wolno. Umieram z głodu – odpowiadam, odsuwając się. Devon łapie mnie za rękę i prowadzi schodami na dół, do kuchni.

Na stole stoją świece, róże, a w powietrzu unosi się zapach spaghetti. Uśmiecham się.

– Jesteś kochany, nie musiałeś.

– Chciałem sprawić ci przyjemność – całuje mnie w rękę. I właśnie za to go lubię. Jest szarmancki. Wiem, że przyszedł po pracy, by ugotować dla mnie kolację. Doceniam to.

Siadam do stołu, uśmiechając się do niego, a on odwzajemnia uśmiech. Devon jest całkowitym przeciwieństwem Jasona. Niski, szczupły, bez tatuaży. Ma krótko ostrzyżone blond włosy i ciemnoniebieskie oczy. Czasem łapię się na porównywaniu ich, a potem karcę się za to.

– Mam nadzieję, że będzie ci smakować – mówi Devon.

Otwieram usta, by odpowiedzieć, ale ktoś mnie uprzedza.

– Jest chujowe, stary – odzywa się Tyler, który właśnie dosiada się do nas z paczką chipsów. – Nie przeszkadzajcie sobie, gołąbeczki – dodaje, chrupiąc.

– Tyler, idź zobacz, czy cię nie ma w ogrodzie – mówię słodko.

– Nie dam się na to nabrać drugi raz, Wiewióreczko – odpowiada z bezczelnym uśmiechem.

– Jesteś jakiś psychiczny – warczy mój chłopak.

– Psycholog się kurwa znalazł.

– Tyler!

– No co?

– Wyjdź.

– To wspólna przestrzeń. Płacę czynsz. Mogę tu być.

– Dobrze, w takim razie idziemy do mojego pokoju. Tam nie masz wstępu – mówię, zabierając talerz i ruszając na górę. Devon idzie za mną. Kiedy jestem w połowie schodów drzwi wejściowe otwierają się z hukiem.

– Przywiozłam pizzę!

Violet wpada do domu, a zaraz za nią Rosaline, która znika w kuchni. Mieszkam z nimi i z Tylerem już od roku, nuda i prywatność tu nie istnieją.

– Devon właśnie zrobił spaghetti.

– Spaghetti? Przecież on nie potrafi gotować – rzuca Violet z pełną świadomością, że mój chłopak stoi tuż obok.– O, Dev, nie zauważyłam cię. Wybacz.

Kłamczucha.

– Smacznego – mówię, ciągnąc go za rękę. Gdy docieramy do mojego pokoju, z dołu dobiega krzyk Rosaline.

– Kto robił to spaghetti?! Tego się nie da jeść!

Trzaskam drzwiami.

– Przepraszam cię za nich – szepczę skruszona.

– Nic się nie stało. Wiem, że mnie nie lubią.

Opowiedziałam mu o Jasonie. Nie wszystko, tylko tyle, że bardzo mnie zranił i długo dochodziłam do siebie.

Uśmiecham się słabo.

– Chodź, zjemy i obejrzymy jakiś film.

Kilka godzin później odprowadzam Devona do drzwi. Jest już po północy. W domu panuje cisza – moi współlokatorzy dali nam spokój na resztę wieczoru, ale wiem, że będę musiała z nimi porozmawiać. Może nawet użyć siły. W końcu ktoś musi przemówić im do rozsądku.

Wychodzimy na ganek, trzymając się za ręce.

– Dziękuję za kolację – mówię.

– Drobiazg – uśmiecha się, zakładając mi kosmyk włosów za ucho. A potem wyciąga zza pleców różę. Musiał ją ukraść z wazonu. Uśmiecham się i całuję go w kącik ust.

Światło z ganku miękko pada na jego twarz, podkreślając zmęczenie pod oczami. Devon przesuwa dłonią po moim policzku, wolno, ostrożnie, jakby bał się, że zrobi coś nie tak. Jego usta muskają moje lekko, prawie nieśmiało. To nie jest pocałunek, od którego miękną kolana ani taki, który wywraca świat do góry nogami. Nie ma w nim szaleństwa ani iskier, które spalają człowieka od środka. Jest spokojny. Ciepły. Znajomy.

Całuję go powoli, wsuwając dłoń pod materiał jego kurtki. Pachnie wodą kolońską i chłodnym wieczornym powietrzem. Uśmiecha się w moje usta, jakby sam fakt, że odwzajemniam pocałunek, był dla niego wystarczający.

I może właśnie dlatego tak bardzo różni się od Jasona. On całował tak, jakby chciał zabrać mi całe powietrze z płuc. Jakby każdy pocałunek był walką, pożarem i katastrofą jednocześnie. Devon całuje mnie tak, jakby próbował mnie posklejać.

Odsuwa się powoli i opiera czoło o moje.

– Dobranoc, kochanie – mruczy cicho.

– Dobranoc.

Jeszcze przez chwilę trzyma moją dłoń, ale w końcu schodzi z ganku i kieruje się do samochodu. Stoję w miejscu, dopóki nie odpala silnika. Unosi rękę na pożegnanie, a ja odwzajemniam gest z lekkim uśmiechem. Dopiero kiedy jego światła znikają za zakrętem, opuszczam ramiona. Patrzę na różę, którą wciąż trzymam w dłoni. Czerwone płatki są miękkie i pachną słodko. Zbliżam kwiat do nosa i zamykam oczy.

Devon jest dobry. Troskliwy, cierpliwy, stabilny. Przy nim nie muszę zastanawiać się, czy jutro zniknie. Nie muszę analizować każdego słowa ani doszukiwać się drugiego dna. Przyjeżdża, gotuje mi kolację, pamięta o kwiatach i patrzy na mnie tak, jakby była we mnie jakaś wartość, nawet kiedy sama jej w sobie nie widzę.

To powinno wystarczyć. Może właśnie tak wygląda dorosła miłość. Bez chaosu, bólu, bez tej obezwładniającej obsesji, która nie pozwala oddychać

A jednak, stojąc samotnie na ganku pośród chłodnego nowojorskiego wieczoru, z różą w dłoni i ciszą dudniącą mi w uszach, nie potrafię przestać zastanawiać się, dlaczego moje serce nigdy nie bije przy nim szybciej. Kiedy już mam wejść do środka ktoś mnie powstrzymuje.

–Zawsze wolałaś stokrotki.

2. Nic już nie będzie takie samo

Jason

Dwa lata wcześniej

Zapach krwi wżera mi się do gardła. Siedzę przy metalowym stole i nie potrafię przestać patrzeć na własne dłonie. Całe drżą. Mam ją pod paznokciami, na nadgarstkach, na rękawach bluzy.

W pomieszczeniu jest zimno tak bardzo, że mimo adrenaliny czuję dreszcze przechodzące po plecach. Jarzeniówka nad moją głową mruga co kilka sekund, doprowadzając mnie do szału. Wszystko doprowadza mnie do szału. Ten pokój. Cisza. Facet siedzący naprzeciwko mnie. Fakt, że zabrali mi telefon. Fakt, że Emma leży teraz w szpitalu, a ja nawet nie wiem, czy się obudziła.

Oddycham ciężko, zaciskając pięści.

– Powiedziałem już wszystko, co wiem – warczę po raz kolejny. – Więc albo mnie stąd wypuścicie, albo sam wyważę te pieprzone drzwi.

Agent siedzący naprzeciwko nawet nie drga. Wygląda, jakby widział już takich jak ja tysiące razy. Jest po czterdziestce, ma krótko ostrzyżone ciemne włosy i zmęczone oczy. Na stole obok jego dłoni stoi kubek zimnej kawy i gruby segregator z dokumentami.

– Uspokój się, Jason.

–Nie mów mi, żebym się uspokoił! – wybucham, gwałtownie odsuwając krzesło. Metal z piskiem szura po podłodze. – Mój brat walczy o życie, moja dziewczyna jest w szpitalu, a wy trzymacie mnie tutaj od dwóch godzin!

– Trzydziestu siedmiu minut – poprawia mnie chłodno.

Patrzę na niego z niedowierzaniem. Mam ochotę rozwalić mu twarz.

– Chcę iść do Emmy.

To brzmi żałośnie nawet w mojej własnej głowie. Jeszcze kilka dni temu siedziała obok mnie. Śmiała się. Kłóciła z Tylerem o to, kto zjadł ostatni kawałek pizzy.

A teraz?

Teraz widzę tylko jej przerażoną twarz i krew na podłodze. Zaciskam powieki.

Kurwa.

– Jason.

Podnoszę wzrok na agenta.

– Harrison Monroe nie zniknął.

Na dźwięk tego imienia całe moje ciało sztywnieje.

– Nie nazywaj go tak – syczę.

Nie zasługuje na nasze nazwisko.

Agent wzdycha ciężko i otwiera leżący przed nim segregator. Widzę zdjęcia. Dokumenty. Jakieś adresy. Raporty. Wszystko zaczyna mieszać mi się przed oczami. Jestem zmęczony. Tak kurewsko zmęczony.

– Twój ojciec przez lata działał poza naszym zasięgiem – mówi dalej spokojnym tonem. – Wszystko doskonale zaplanował, nawet swoją ucieczkę.

Śmieję się gorzko.

– To złapcie go. Od tego chyba jesteście.

– Gdyby to było takie proste, już dawno siedziałby w więzieniu.

W pokoju zapada cisza.

Oddycham ciężko, próbując nie myśleć o Loganie. O tym, jak osuwał się na ziemię. O Tylerze wrzeszczącym jego imię. O Emmie płaczącej mi w ramiona.

– Czego ode mnie chcecie? – pytam w końcu zachrypniętym głosem.

– Pomocy.

Parskam śmiechem.

– Ode mnie? Jestem studentem, nie pierdolonym agentem specjalnym.

– Jesteś jego synem.

Te trzy słowa uderzają mocniej niż pięść. Odwracam wzrok.

– Harrison wróci – kontynuuje agent. – Ludzie tacy jak on zawsze wracają. A kiedy wróci, przyjdzie dokończyć to co zaczął.

Czuję mdłości.

– Jeśli spróbujesz żyć tak, jakby nic się nie wydarzyło, oni nigdy nie będą bezpieczni – mówi dalej. – Ani twoja dziewczyna. Ani twoi bracia.

Mam wrażenie, że moje serce przestaje bić.

Emma.

Widziałem strach w jej oczach, kiedy Harrison wyciągnął broń. Widziałem jej dłonie całe we krwi Logana. Słyszałem jej krzyk.

Zakrywam twarz dłońmi i pochylam się nad stołem.

– Co mam zrobić? – pytam cicho.

– Pomóc nam go znaleźć.

Podnoszę powoli głowę.

– Powiedzmy, że się na to zgodzę. Co się wtedy wydarzy?

– Wtedy znikniesz.

Marszczę brwi.

– Co?

–Oficjalnie nie możesz być częścią tego śledztwa. Harrison obserwuje wszystko. Jeśli dowie się, że współpracujesz z nami, zniknie znowu. Potrzebujemy, żeby myślał, że jesteś sam. Zdesperowany. Wkurwiony. Gotowy zrobić coś głupiego.

– I co, mam być waszą przynętą?

– Masz być jedyną osobą, dla której wyjdzie z ukrycia.

– A co z moimi bliskimi?

– Będą pod naszą ochroną.

Zamykam oczy.

Jeszcze wczoraj moim największym problemem był trening i to, że Tyler znowu wpierdalał moje płatki. Teraz siedzę w pokoju przesłuchań, umazany krwią własnego brata i dziewczyny, a federalni próbują przekonać mnie, żebym pomógł im dopaść własnego ojca.

Nic już nigdy nie będzie takie samo.3. Duch

Emma

Serce zatrzymuje mi się w połowie uderzenia.

Nie. To niemożliwe.

Powoli odwracam głowę w stronę podjazdu, a świat wokół nagle dziwnie cichnie. Jakby ktoś wyssał całe powietrze z tej chwili, zostawiając tylko mnie i sylwetkę stojącą kilka metrów dalej, częściowo ukrytą w cieniu drzew. Kaptur zsuwa się z jego głowy i wtedy wszystko we mnie rozpada się po raz drugi. Mam wrażenie, że ziemia usuwa mi się spod nóg, a żołądek boleśnie zaciska w ciasny supeł. Przez krótką, absurdalną chwilę naprawdę zaczynam myśleć, że zwariowałam. Że to kolejna halucynacja. Sen. Chora projekcja mojego własnego mózgu, który najwyraźniej postanowił urządzić mi okrutny żart.

Bo Jason Monroe stoi przede mną żywy. Oddycha. Patrzy na mnie. Po dwóch pieprzonych latach.

Róża wysuwa mi się z dłoni i bezgłośnie upada na drewniane deski ganku, ale nawet tego nie rejestruję. Nie potrafię oderwać od niego wzroku. Od jego twarzy. Ciemnych włosów. Mocno zarysowanej szczęki pokrytej kilkudniowym zarostem. Od oczu, które kiedyś znałam lepiej niż własne odbicie w lustrze.

– Emma.

Mój oddech urywa się gwałtownie.

Boże. Ten głos.

I nagle wszystkie miesiące, które spędziłam, próbując o nim zapomnieć, rozpadają się jak domek z kart. Każda noc, podczas której wmawiałam sobie, że już mnie to nie boli. Każdy poranek, kiedy próbowałam wmówić sobie, że Devon wystarcza. Każda chwila, kiedy uczyłam się żyć bez niego

Na marne. Wszystko na marne!

Cofam się o krok.

– Nie… – wyduszam z siebie słabo.

On robi krok do przodu, ale zatrzymuje się niemal natychmiast, jakby bał się, że jeśli podejdzie bliżej, po prostu zatrzasnę mu drzwi przed nosem. I może powinnam. Naprawdę powinnam. Tylko że moje ciało najwyraźniej kompletnie ignoruje polecenia mózgu, bo zamiast uciekać, stoję jak sparaliżowana i wpatruję się w chłopaka, który dwa lata temu zniszczył mnie bardziej niż ktokolwiek wcześniej.

– Babeczko…

–Nie nazywaj mnie tak. – Mój głos jest ostrzejszy, niż się spodziewałam. Drży lekko, ale i tak brzmi jak policzek wymierzony prosto w twarz.

Jason zaciska szczękę.

– Co ty tutaj robisz? – pytam cicho.

Tak naprawdę chcę zapytać o tysiąc innych rzeczy.

Dlaczego zniknąłeś? Dlaczego mnie zostawiłeś? Dlaczego wróciłeś dopiero teraz? Dlaczego nadal patrzysz na mnie tak, jakbyś nigdy nie przestał mnie kochać?

Jason przez milczy, a ja czuję, jak wewnątrz mnie zaczyna narastać panika. Bo to wszystko jest złe. Tak bardzo złe. Devon jeszcze kilka minut temu stał dokładnie tutaj. Całował mnie. Trzymał za rękę. A teraz przede mną stoi chłopak, którego próbowałam pochować we własnej głowie setki razy.

– Chciałem cię zobaczyć – odpowiada w końcu ochrypłym głosem.

Parskam krótkim, niedowierzającym śmiechem.

– Po dwóch latach? Naprawdę?

Widzę błysk bólu w jego oczach, ale tym razem nie robi to na mnie żadnego wrażenia. A przynajmniej desperacko próbuję wmówić to samej sobie.

– Myślałam, że nie żyjesz – mówię cicho, czując, jak coś boleśnie zaciska mi się w klatce piersiowej.

Jason nieruchomieje tak nagle, jakby ktoś właśnie wylał mu na głowę kubeł lodowatej wody. I dobrze. Niech chociaż przez chwilę poczuje choć ułamek tego, co ja czułam przez ostatnie dwa lata.

– Każdego pieprzonego dnia próbowałam wmówić sobie, że jesteś dokładnie taki sam jak wszyscy inni – mówię dalej, a mój głos zaczyna drżeć coraz mocniej, mimo że desperacko próbuję nad nim panować. – Że po prostu uciekłeś, kiedy zrobiło się trudno. Że miałeś mnie gdzieś. Że to wszystko między nami było jedną wielką pomyłką, a ja byłam idiotką, która uwierzyła w każde twoje słowo.

Chłopak opuszcza głowę, jakby nie był w stanie wytrzymać mojego spojrzenia. Jeszcze rok temu taki widok złamałby mi serce. Podbiegłabym do niego bez zastanowienia, próbując naprawić każdy jego ból. Ale teraz? Teraz czuję tylko gniew mieszający się z czymś znacznie gorszym. Z tęsknotą. I nienawidzę samej siebie za to, że ona nadal istnieje.

– Emma… – zaczyna, ale natychmiast mu przerywam.

– Nie – Kręcę gwałtownie głową, cofając się jeszcze o krok. – Nie masz prawa wymawiać teraz mojego imienia tak, jakby nic się nie stało.

Chłodne nocne powietrze owiewa moją skórę, poruszając luźne kosmyki włosów, ale prawie tego nie czuję. Całe moje ciało jest napięte do granic możliwości. Serce wali mi tak mocno, że aż boli, a pod powiekami zaczyna niebezpiecznie piec. Nie mogę się rozpłakać. Nie przy nim. Nie dam mu tej satysfakcji.

Jason robi ostrożny krok w moją stronę, ale zatrzymuje się niemal natychmiast, jakby sam nie był pewien, czy w ogóle ma prawo podejść bliżej.

– Musiałem zniknąć – mówi w końcu cicho.

Parskam krótkim, gorzkim śmiechem, który bardziej przypomina zduszony szloch.

– Och, naprawdę? – pytam z niedowierzaniem. – Dzięki. Wszystko nagle stało się takie jasne.

Widzę, jak zaciska szczękę mocniej. Jak jego gardło porusza się nerwowo, kiedy przełyka ślinę.

– Babeczko, proszę…

– Przestań! – wybucham tak gwałtownie, że echo mojego głosu odbija się od cichej ulicy. – Nie masz już prawa mnie tak nazywać!

W domu za moimi plecami nagle zapala się światło w salonie, ale ledwo to rejestruję. Jestem zbyt skupiona na chłopaku stojącym przede mną. Na duchu mojej przeszłości, który wrócił dokładnie wtedy, kiedy w końcu zaczynałam wierzyć, że moje życie da się jeszcze posklejać.

Jason przeczesuje dłonią włosy i odwraca na wzrok, jakby próbował zapanować nad własnymi emocjami.

– Myślisz, że było mi łatwo? – pyta w końcu ochryple.

Patrzę na niego z niedowierzaniem tak ogromnym, że aż przez moment brakuje mi słów.

– Łatwo? – powtarzam cicho. – Naprawdę chcesz teraz rozmawiać ze mną o tym, czy było ci łatwo?

Powoli schodzę z ganku, zatrzymując się dopiero kilka kroków przed nim. Teraz widzę go jeszcze wyraźniej. Cienie pod oczami. Zmęczenie wypisane na twarzy. Bliznę przecinającą skórę tuż przy żuchwie, której wcześniej tam nie było.

Boże, co się z tobą stało?

– To ty zniknąłeś, Jason – mówię już dużo ciszej, ale każde słowo boli bardziej niż krzyk. – Po prostu kurwa zniknąłeś. Bez telefonu. Bez żadnej wiadomości. Bez chociaż jednego pieprzonego „żyję”.

Oddycha ciężko, ale nie przerywa mi ani razu.

– Wiesz, ile razy siedziałam po nocach jak idiotka, patrząc w telefon i mając nadzieję, że zadzwonisz? Wiesz, ile razy Tyler wracał do domu pijany, bo nie potrafił sobie z tym poradzić? Wiesz, jak wyglądały te dwa lata?

Jason zamyka oczy, a ja mam ochotę nim potrząsnąć.

– Emma, gdybyś wiedziała…

–Ale nie wiem! – przerywam mu natychmiast, czując, jak łzy zaczynają rozmazywać mi obraz. – Bo mnie tam nie było! Nie pozwoliłeś mi tam być!

Między nami zapada ciężka, duszna cisza. Słyszę jedynie własny przyspieszony oddech i szum krwi dudniący mi w uszach. Jason patrzy na mnie tak, jakby chciał powiedzieć tysiąc rzeczy jednocześnie, ale żadna z nich nie potrafi przejść mu przez gardło. I może to dobrze. Bo nie jestem pewna, czy chcę ich słuchać.

– Mam chłopaka – mówię nagle.

To działa dokładnie tak, jak chciałam. Jason momentalnie sztywnieje, a coś mrocznego przemyka przez jego twarz tak szybko, że prawie tego nie zauważam. Jego spojrzenie staje się chłodniejsze, cięższe, bardziej niebezpieczne.

– Widziałem – odpowiada w końcu cicho.

Mój żołądek zaciska się boleśnie. Oczywiście, że widział. Stał gdzieś w ciemności i patrzył, jak całuję innego faceta.

– Nie powinieneś tu być – mówię zmęczonym głosem.

– Wiem.

– Więc po co przyszedłeś?

Milczy przez dłuższą chwilę, a kiedy w końcu podnosi na mnie wzrok, coś w jego oczach niemal wybija mi powietrze z płuc.

– Bo nie mogę bez ciebie żyć.

Nienawidzę tego, że moje serce reaguje na te słowa. Czuję łzy piekące pod powiekami, więc zanim zdąży je zobaczyć, odwracam się gwałtownie wbiegam na ganek i łapię za klamkę.

– Emma…

– Idź do diabła.

Wchodzę do środka i zatrzaskuję drzwi z taką siłą, że aż drżą szyby w oknach. Opieram się plecami o ścianę w korytarzu i powoli osuwam na podłogę, czując, jak całe moje ciało zaczyna drżeć. Łzy spływają po policzkach, a w gardle rośnie ogromna gula, przez którą ledwo mogę oddychać.

Kurwa.

Kurwa, kurwa, kurwa.

– Em?

Podnoszę głowę. Tyler stoi kilka metrów dalej w szarych dresach i rozciągniętej koszulce, marszcząc brwi. W jednej dłoni trzyma paczkę chipsów, ale kiedy widzi mnie siedzącą na podłodze i trzęsącą się od płaczu od razu poważnieje.

– Co się stało? – pyta natychmiast, rzucając chipsy na blat.

Próbuję odpowiedzieć, ale głos więźnie mi w gardle.

– On tu jest – wyduszam w końcu drżąco. – Tyler… on wrócił.

Przez sekundę wygląda, jakby kompletnie mnie nie rozumiał.

A potem cała krew odpływa mu z twarzy.

– Co?

– Jason.

– Co ty pierdolisz?

Nie odpowiadam. Patrzę na niego tylko zapłakanymi oczami, a to najwyraźniej wystarcza, bo Tyler otwiera drzwi tak gwałtownie, że uderzają o ścianę, po czym wypada na ganek. Tyle że na zewnątrz nikogo już nie ma. Ulica jest pusta i cicha, a chłodne nocne powietrze porusza jedynie samotną czerwoną różę leżącą na drewnianych deskach.4. Fałszywe tropy

Jason

Rok wcześniej

Deszcz uderza o przednią szybę z taką siłą, jakby chciał przebić się do środka samochodu. Krople rozmazywały światła miasta, zamieniając je w kolorowe smugi odbijające się na mokrym asfalcie. Od ponad godziny siedzę w zaparkowanym aucie po drugiej stronie ulicy, obserwując obskurny motel, który bardziej przypominał melinę dla ćpunów niż miejsce, w którym mógł ukrywać się człowiek pokroju Harrisona. A jednak właśnie tutaj prowadził nas ostatni trop.

Zaciskam mocniej palce na papierowym kubku zimnej kawy i odchylam głowę do tyłu, opierając ją o zagłówek. Jest trzecia nad ranem, a ja nie spałem od prawie dwóch dni. Powoli przestaje nawet odczuwać zmęczenie. Organizm chyba w pewnym momencie po prostu się poddaje.

Mój telefon wibruje na siedzeniu obok.

„Pokój 12.”

Krótka wiadomość od agenta Millsa sprawia, że się prostuje. Wzrok automatycznie wędruje ku drzwiom na piętrze motelu.

Pokój numer dwanaście.

To tam według informatora miał zatrzymać się facet, który ostatnio widział Harrisona.

Przez ostatnie miesiące nauczyłem się, że ludzie pokroju mojego ojca nigdy nie brudzą sobie rąk osobiście. Zawsze mają innych ludzi. Posłańców. Pionki. Idiotów gotowych sprzedać własną matkę za odpowiednią sumę pieniędzy. Kiedyś naiwnie wierzyłem, że Harrison po prostu był potworem. Teraz wiedziałem, że potwory tworzą całe armie.

Wzdycham ciężko i przecieram dłonią twarz. Zarost drażni moją skórę pod palcami. Pewnie wyglądam jak trup. Emma wyśmiałaby mnie za ten stan. Powiedziałaby pewnie, że wyglądam jak bezdomny motocyklista, który od tygodnia żywi się wyłącznie energetykami i papierosami. Kącik moich ust drgnął mimowolnie.

Kurwa.

Nawet po tylu miesiącach wszystko mi ją przypomina. Jakaś rudowłosa dziewczyna mijana na ulicy. Pieprzone babeczki w kawiarni. Czy nawet głupia księgarnia, którą mijałem. Najgorzej jest nocami. Bo właśnie wtedy najmocniej wracają do mnie wszystkie wspomnienia z nią związane.

Zaciskam mocno szczękę i spoglądam z powrotem na motel. Nie mogę o tym myśleć. Nie teraz. Drzwi pokoju numer dwanaście w końcu się otwierają. Z pomieszczenia wychodzi niski mężczyzna w skórzanej kurtce. Rozgląda się nerwowo dookoła, po czym rusza szybkim krokiem w stronę parkingu. Mój telefon wibruje ponownie.

„To on.”

Krew zaczyna szybciej pulsować mi w żyłach. Odkładam kubek i przekręcam kluczyk w stacyjce. Silnik mruczy cicho. Mężczyzna wsiada do ciemnego sedana stojącego pod motelem.

No dalej.

No dalej, skurwielu.

Samochód w końcu rusza, czekam dokładnie minutę nim jadę za nim. Deszcz nadal leje, utrudniając widoczność. Trzymam bezpieczny dystans, starając się nie rzucać w oczy. Facet jedzie przez opustoszałe ulice, nawet z tej odległości widzę jak ciągle się obraca się za siebie.

Boi się. Dobrze. Powinien.

Mijamy centrum miasta i po około dwudziestu minutach wjeżdżamy w przemysłową część dzielnicy. Magazyny, kontenery, stare hale i ani jednego człowieka w zasięgu wzroku. Idealne miejsce na interesy ludzi takich jak Harrison. Sedan w końcu zwalnia i zatrzymuje się przed jedną z opuszczonych hal. Serce zaczyna walić mi mocniej. To może być ten moment. Po tylu miesiącach. Po tylu fałszywych tropach.

Mężczyzna wysiada z auta i szybko wchodzi do budynku.

Chwytam telefon w dłonie i wybieram numer.

– Wszedł do środka – mówię cicho. – Możliwe, że tam jest.

Po drugiej stronie zapada krótka cisza.

– Nie wchodź tam – odzywa się Mills. – Jednostki są trzy minuty od ciebie.

Parskam gorzkim śmiechem.

– Trzy minuty to wystarczająco dużo czasu, żeby zniknął.

– Jason.

Ale już się rozłączam. Bo jeśli ostatnie miesiące czegoś mnie nauczyły, to tego, że Harrison zawsze był o krok przed wszystkimi. I mam już cholernie dosyć patrzenia, jak wymyka nam się z rąk.5. Cisza przed burzą

Emma

Budzi mnie zapach przypalonych naleśników, głośne przeklinanie dochodzące z dołu i ból głowy tak upierdliwy, jakby ktoś przez całą noc walił mnie młotkiem prosto w skronie. Przez kilka długich sekund leże nieruchomo pod kołdrą, wpatrując się tępo w biały sufit mojego pokoju i próbując przypomnieć sobie, dlaczego właściwie czuję się tak fatalnie. A potem wszystko do mnie wraca. Podrywam się do siadu tak gwałtownie, że aż robi mi się niedobrze. Serce zaczyna walić jak oszalałe, a oddech więźnie gdzieś w połowie drogi do płuc. Przyciskam dłoń do klatki piersiowej, próbując się uspokoić, ale to kompletnie niemożliwe.

Jason wrócił. Naprawdę wrócił. To nie był sen.

Siedzę bez ruchu pośród pogniecionej pościeli, próbując poukładać własne myśli, ale w mojej głowie panuje kompletny chaos. Złość miesza się z ulgą. Ulga z bólem. Ból z tęsknotą. A tęsknota z czymś znacznie gorszym, czego nawet nie chcę nazywać. Bo jeśli nazwę to na głos, wszystko znowu zacznie być realne. A nie jestem gotowa, żeby znowu przez to przechodzić.

Z dołu dobiega krzyk.

– Tyler, coś się pali!

– Nic się nie pali! Tak miało być.

Parskam krótkim śmiechem, ale ten śmiech gaśnie równie szybko, jak się pojawił. Pukanie do drzwi wyrywa mnie z zamyślenia.

– Żyjesz? – pyta cicho Tyler, stłumionym głosem.

Wzdycham ciężko i przecieram twarz dłońmi.

– Niestety.

Drzwi uchylają się powoli, a do pokoju wsuwa się Tyler z kubkiem kawy w dłoni. Ma na sobie szare dresy, czarną koszulkę i wygląda dokładnie tak samo źle jak ja. Włosy sterczą mu w każdą stronę, pod oczami ma ciemne kręgi a jego twarz jest dziwnie napięta. I nagle dociera do mnie, że on też praktycznie nie spał. Wczoraj po tym, jak wybiegł na ganek i nikogo tam nie znalazł, przez ponad godzinę chodził po domu jak opętany. Co chwilę wyglądał przez okna, sprawdzał podjazd, wychodził na zewnątrz, jakby liczył, że Jason nagle zmaterializuje się z powrotem. Jakby sam do końca nie wierzył w to, co usłyszał. Ja chyba też nadal nie do końca w to wierzę.

– Masz – Podaje mi kubek kawy. – Wyglądasz jak gówno.

– Ty też nie prezentujesz się jak materiał na okładkę magazynu.

– Dzięki, Wiewióreczko. Zawsze mogę liczyć na twoje wsparcie emocjonalne.

Uśmiecham się blado, obejmując kubek dłońmi. Ciepło porcelany przyjemnie ogrzewa mi palce, ale nie potrafi uspokoić drżenia, które od wczoraj nie chce mnie opuścić. Tyler opiera się ramieniem o framugę drzwi i po prostu mnie obserwuje. Widzę po nim, że nie wie, od czego zacząć. Ja zresztą też nie wiem. Bo jak właściwie powinno się rozmawiać o kimś, kto zniknął dwa lata temu, rozwalił wszystkim życie, a potem nagle wrócił i stanął pod domem w środku nocy?

– To naprawdę był on? – pyta w końcu.

Pytanie zawisa między nami ciężkie i absurdalne jednocześnie, nawet teraz brzmi to nierealnie. Jakby świat po prostu postanowił zrobić nam wszystkim wyjątkowo okrutny żart. Zaciskam mocniej dłonie na kubku.

– Tak.

Tyler spuszcza wzrok i przeczesuje dłonią włosy dokładnie w ten sam sposób, w jaki zawsze robił to Jason, kiedy był zestresowany. Nigdy wcześniej aż tak bardzo nie zwracałam uwagi na to, jak podobni potrafią być. Przez ostatnie dwa lata chyba specjalnie starałam się tego nie dostrzegać. Bo każde podobieństwo bolało za bardzo.

– Jak się czujesz? – pyta po chwili.

Parskam krótkim, gorzkim śmiechem.

– Dokładnie tak jak wyglądam.

Kącik jego ust drga lekko, ale humor znika z jego twarzy niemal natychmiast. Widzę napięcie w jego szczęce. Widzę, jak bardzo próbuje zachować spokój. Tylko że Jason nie był wyłącznie moim problemem. Był jego bratem. Jedną z jego najbliższych osób.

– Myślisz, że wróci?

To pytanie ściska mnie za gardło boleśniej, niż powinno. Bo najgorsze jest to, że znam odpowiedź. Jason Monroe nigdy nie robił niczego na pół gwizdka. Jeśli wrócił po dwóch latach milczenia, to nie po to, żeby znowu zniknąć po jednej rozmowie.

– Nie wiem – kłamię.

Tyler patrzy na mnie uważnie, jakby doskonale wiedział, że, nie mówię prawdy, ale na szczęście nie komentuje. Z dołu nagle rozlega się kolejny wrzask Violet.

– Jeśli znowu spaliłeś patelnię, przysięgam, że zadzwonię po straż pożarną!

– To Rosaline!

– Zdrajca! – odkrzykuje Rose.

Mimowolnie przewracam oczami.

– Nie mówmy im – rzuca nagle półgłosem.

Marszczę brwi.

– Co?

– O Jasonie. Jeszcze nie teraz.

Patrzę na niego zaskoczona.

– Ale…

– Em, błagam. – Jego głos staje się poważniejszy. – Najpierw sami musimy zrozumieć, co, do cholery, się właściwie wydarzyło.

Milknę, ma rację. Bo jeśli Violet dowie się o Jasonie, urządzi prywatne śledztwo szybciej niż FBI. A Rosaline prawdopodobnie zacznie płakać, dzwonić do wszystkich znajomych albo próbować go odnaleźć przez media społecznościowe. A ja…Ja nawet nie wiem, co czuję. Czy jestem bardziej wściekła, że wrócił, czy bardziej przerażona tym, że się z tego poniekąd cieszę.

Schodzimy na dół kilka minut później, próbując zachowywać się tak, jakby wszystko było normalnie. Jakby poprzedniej nocy duch mojej przeszłości nie pojawił się pod naszym domem. Jakby Jason Monroe znowu nie wywrócił mojego świata do góry nogami samą swoją obecnością.

Kuchnia pachnie kawą, syropem klonowym i czymś lekko przypalonym, co prawdopodobnie miało być naleśnikami, zanim Rose postanowiła zostać szefem kuchni. Poranne słońce wpada przez ogromne okna, rozświetlając blat zawalony talerzami i kubkami. Rosaline siedzi na blacie kuchennym w starej bluzie Logana i przegląda coś w telefonie, machając przy tym nogami w rytm muzyki lecącej cicho z głośnika. Violet krząta się przy ekspresie do kawy z miną kobiety, która od rana jest o krok od popełnienia przestępstwa. Czyli standardowy poranek w tym domu.

– O, proszę bardzo – mówi Vee teatralnie, kiedy tylko mnie zauważa. – Śpiąca Królewna jednak postanowiła zaszczycić nas swoją obecnością.

– Zamknij się – mruczę pod nosem, siadając przy stole.

Tyler stawia przede mną talerz naleśników.

– Jedz.

Patrzę podejrzliwie na lekko przypalone brzegi.

– Chcesz mnie otruć?

– Gdybym chciał cię otruć, nie robiłbym tego publicznie.

– To miało mnie uspokoić?

Rosaline parska śmiechem.

– Boże, tęskniłam za naszymi porannymi kłótniami. Ostatnio tylko siedzicie i wyglądacie, jakby życie was przejechało.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij