-
nowość
-
promocja
Perwersja - ebook
Wydawnictwo:
Tłumacz:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
3 lipca 2026
E-book:
EPUB,
MOBI
Perwersja - ebook
W mieście, w którym przemoc jest codziennością, a lojalność bywa śmiertelnie niebezpieczna, rodzi się uczucie skazane na porażkę. Tristan „Ponury” Paine to bezwzględny zabójca Bractwa Bedlam, człowiek zmagający się z demonami przeszłości. Pewnego dnia poznaje Emmę Jean Parish i od tego momentu nie potrafi o niej zapomnieć…
Choć stoją po przeciwnych stronach krwawego konfliktu, los nieustannie splata ich drogi. Nigdy nie powinni się pokochać – a jednak nie potrafią bez siebie żyć.
„Perwersja” to pierwsza część trylogii o pierwszej miłości, zemście i moralnych granicach, jakie trzeba przekroczyć, aby nie stracić ukochanej osoby.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Erotyka |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9789181534139 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Miłość powinna być jak bajka.
Nasza miłość jest jak życzenie śmierci.
Jestem zabójcą Bractwa Bedlam.
Ona jest naciągaczką pracującą na zlecenie mojego największego wroga.
Ja ją wykorzystuję. Ona mną manipuluje.
Stoimy po dwóch stronach krwawej wojny.
Serce i głowa podpowiadają mi,
że powinienem się od niej trzymać z daleka.
Żądza podpowiada mi, że chuj z tym.
W miłości i wojnie gangów wszystkie chwyty są dozwolone.
Dla tych, którzy myślą, że są na świecie sami.
Nie jesteście sami.
Jesteście kochani.
Jesteście jedyni w swoim rodzaju.
Jesteście ważni.
Jesteście WSZYSTKIM.
Dla małego chłopca, Jamesa, znanego też jako Uczniak,
który właśnie dostał nowe serduszko.
Cała moja miłość i znacznie więcej.
A także dla L&C.
ZAWSZE.PROLOG
Ponury
OD WIELU LAT ulice Lacking spływają krwią. Przemoc eskaluje z każdym mijającym dniem. Ciała podziurawione kulami gniją na ulicach i chodnikach. Jako ostrzeżenie. Jako oznaka władzy.
Jako przypomnienie o tym, kto tu decyduje o śmierci i życiu. Trzy największe gangi nieustannie konkurują o ten zaszczyt.
Ludzie w tym pokrytym graffiti mieście żyją w lęku przed ciągłym rozlewem krwi, kuląc się na dźwięki nieustających kanonad broni palnej; przed znalezieniem się w złym miejscu w złym czasie, założeniem ubrań niewłaściwego koloru lub powiedzeniem czegoś nie tak. Przed opowiedzeniem się po niewłaściwej stronie w obliczu typa trzymającego pierdoloną spluwę w ich ustach. Ludzie nie wychodzą z domu po zmroku. Niektórzy w ogóle nie wychodzą już z domu.
Jedynym prawem jest tu prawo gangów. Sprawiedliwość wymierza się nożem lub spluwą. Coś jak skrzyżowanie miasteczka rodem z westernu ze światem po jebanej apokalipsie.
To także mój dom.
Jestem jednym z powodów, dla których ludzie tak bardzo boją się wychodzić z domów.
W moich żyłach płynie krew moich ofiar.
Nie da się robić czegoś naprawdę dobrze, jeśli nie ma się do tego smykałki. Gdybym był dobry w czym innym, jak sztuka czy biznes, ludzie powiedzieliby, że mam talent. Pasję. Nie jestem jednak żadnym kurewskim księgowym. Ani artystą. Specjalizuję się w zemście. Żyję tym. Odbieram życie osobom, które zagrażają członkom mojego Bractwa. Żeby pokazać innym, na co nas stać. I kto tu rządzi.
A także dla czystej, pierdolonej przyjemności. Jestem urodzonym zabójcą.
Gdybym żył w średniowieczu, byłbym typem w kapturze ścinającym ludziom głowy na rozkaz króla. Nie mam wyrzutów sumienia. I nigdy się nie waham.
Ba, pragnę tego.
Mówią na mnie Ponury.
Jestem zabójcą w Bractwie Bedlam.
Jeśli kiedyś mnie zobaczysz, zmów paciorek. Żarcik.
Nie zobaczysz mnie.
Rozejm został zawarty wkrótce po tym, jak gubernator zagroził sprowadzeniem Gwardii Narodowej. Od tamtego czasu panuje spokój.
Aż za bardzo.
Gdy się dobrze wsłuchać, można niemal usłyszeć odgłos przeładowywanych spluw.
Klik, klik, klak.
Klik, klik, klak.
Rozejm miał trwać rok. Minęło dziesięć miesięcy. Klik.
Klik.
KLAK.ROZDZIAŁ 1
Tristan
WIEK: SZESNAŚCIE LAT
EMMA JEAN PARISH miała dzikie kręcone włosy i pasujący do nich charakter.
Poznaliśmy się, kiedy wmusiła mi swoją pusię. Mówię o kocie. Parszywym małym gnojku z problemami dorównującymi moim.
To był dzień przeprowadzki.
Właśnie pakowałem worek na śmieci zawierający wszystkie moje doczesne dobra do samochodu obcej babki imieniem Marci. Wzięła się znikąd, jak jakiś duch przeszłych pokoleń niechcianych dzieci, i powiedziała mi, że mnie zabiera.
Ot tak.
Z jej opowieści o tej miejscówce wywnioskowałem, że to placówka przejściowa dla takich jak ja. Za starych na adopcję i zbyt problematycznych, żeby ktokolwiek ich chciał. Nie pytałem o nic więcej, nie tylko dlatego, że nie miałem wyboru, ale też dlatego, że po prostu nie mówiłem. Nie żebym był niemy. Po prostu nie mówiłem, i tyle.
Słowa nic nie znaczą. Kiedy już zdamy sobie z tego sprawę, mówienie staje się gównianym ciężarem zamiast narzędziem komunikacji.
Poza tym byłem dzieckiem systemu. Szedłem tam, gdzie mnie zabierali, a po jakimś czasie zabierali mnie gdzie indziej.
Czasem tego nienawidziłem.
Czasem poważnie tego nienawidziłem.
Tym razem było inaczej. W wielu aspektach. Zwykle podrzucała mnie moja opiekunka socjalna, a ludzie, którzy mnie przyjmowali, cieszyli się z tego mniej więcej tak samo jak z ulotek w skrzynce pocztowej.
Nigdy wcześniej nikt nie przyjechał po mnie osobiście. Zwisało mi to kompletnie, o ile nie planowała zrobić ubrania z mojej skóry. Nie mogłem się doczekać wyjścia z domu opieki dla chłopców. Zwłaszcza że nie byłem już chłopcem. Zresztą nigdy nie czułem się dzieckiem, nawet gdy nim byłem.
Już miałem wrócić do środka, gdzie Marci rozmawiała właśnie z moją opiekunką o przeniesieniu i zapewne o moich problemach z zachowaniem: aktach policyjnych, problemach z uznawaniem autorytetów, napadach wściekłości, braku zdolności komunikacyjnych i tak dalej. I wtedy ją zobaczyłem.
Dziewczyna wyglądała na kilka lat młodszą ode mnie. Stała po drugiej stronie ulicy, kilkukrotnie się rozejrzała w obie strony, powoli i uważnie. Nagle ruszyła pędem przez drogę, jakby to była co najmniej autostrada, a nie wąska, pozbawiona nawierzchni uliczka, którą rzadko ktokolwiek przejeżdżał.
Szalone miodowoblond włosy sterczały jej na wszystkie strony. Wyglądały jak skrzyżowanie mopa z Meduzą. Te włosy pasowały bardziej do lalki niż żywej, oddychającej istoty ludzkiej.
W ramionach trzymała małego pręgowanego kociaka. Po jej spuchniętej, zaczerwienionej buzi spływały łzy. Na dolnej wardze miała ślady zębów – zagryzała ją widocznie, żeby stłumić szloch. Miała na sobie długie, podarte dżinsowe szorty sięgające jej do kolan i za dużą koszulkę z krótkim rękawem zawiązaną na supeł na biodrze. Logo na koszulce było tak sprane, że niemal niewidoczne.
– Proszę pana! – zawołała i zatrzymała się na chodniku przede mną.
Spojrzałem w lewo, prawo i za siebie. Byliśmy sami. Miałem szesnaście lat. Niemożliwe, żeby mówiła do mnie. A jednak stała przede mną, dysząc i sapiąc. Jej wielkie oczy były za duże w stosunku do jej twarzy. Miały niebieskozielony odcień i były zamglone łzami.
Zawiązałem mój worek na śmieci na supeł, patrząc na nią wzrokiem, który mówił: „Czego chcesz?”.
Mała trzymała kota w duszącym uścisku za szyję, nogi dyndały mu w powietrzu, ale jakoś dziwnie go to nie ruszało. Mały gnój przyjrzał mi się uważnie i zasyczał. Dziewczynka głośno zachichotała. Przestąpiłem zakłopotany z nogi na nogę. Nie byłem nawykły do śmiechu. Przestała się śmiać równie szybko, jak zaczęła. Zrobiła poważną minę, jakby coś jej się przypomniało.
– Moja przybrana mama, ciotka Ruby, powiedziała, że nie mogę zatrzymać Pana Pusia. – Pociągnęła nosem. – Powiedziała… Powiedziała, że mam go oddać… – Wzięła drżący oddech i przycisnęła futrzaka mocniej do siebie. Ramiona zaczęły się jej trząść od płaczu.
Skrzyżowałem ręce na piersi. Pomimo jej chichotów i łez wywołanych sprawą z Panem Pusiem wyczułem w niej podobny smutek do mojego.
Dziewczyna spojrzała na dom za moimi plecami.
– Też jesteś dzieciakiem z przybranej rodziny, nie? Skinąłem głową.
– Umiesz mówić? – zapytała niewinnie.
Nie mogłem pokręcić ani pokiwać głową. Na to pytanie nie było odpowiedzi „tak” lub „nie”. Owszem, umiałem mówić. Ale nie mówiłem.
Nigdy.
Przyjrzała mi się uważnie, zatrzymując wzrok na kiepskich tatuażach pokrywających moje ramiona. Wszystkie zostały wykonane przez bandziorów i nibyartystów w poprawczakach w całym stanie. Były to zaledwie surowe szkice, zadrapania zrobione spinaczami lub zaostrzonymi ołówkami, w które następnie wcierało się tusz z długopisu. Miałem plan, by kiedyś je zakryć czymś przykuwającym uwagę, imponującym i wymownym.
Gdy tylko coś takiego znajdę.
Dziewczyna spojrzała na kota i znów na mnie. Rzęsy miała mokre od łez. Czego ona ode mnie, kurwa, chciała? Chociaż na dworze było ze trzydzieści stopni, zarzuciłem na głowę kaptur.
– Dobrze się pan czuje? – Mała wytarła nos wierzchem dłoni.
Co z nią, kurwa, nie tak? To przecież ona płakała, a pyta mnie, czy dobrze się czuję.
Gówno wiedziałem o dzieciakach, choć formalnie rzecz biorąc, sam jeszcze byłem dzieckiem.
Zatrzasnąłem bagażnik wozu Marci. Tablica rejestracyjna ozdobiona krwawiącą czerwoną różą zadrżała. Odwróciłem się plecami do dziewczynki i ruszyłem podjazdem ku domowi.
– Proszę, zaczekaj! Nie przedstawiliśmy się sobie. – Dziewczynka wyminęła mnie biegiem i rzuciła się przede mnie, zagradzając mi wejście do domu. Umieściła kota w zgięciu jednej ręki, a drugą wyciągnęła do mnie. – Nazywam się Emma Jean Parish. Dopiero co skończyłam dwanaście lat, lubię magię i czytanie. Lubię też bajki, choć ciocia Ruby mówi, że jestem już na nie za stara. Nie lubię za to strasznych filmów i krzyków – nawijała jak najęta. – A ty?
Uśmiechnęła się smutno i pociągnęła nosem. Jej mała rączka wisiała w powietrzu przede mną.
Westchnąłem ciężko. W jej oczach widziałem wyraz determinacji, nie miała zamiaru mi odpuścić, dopóki jej nie odpowiem. Spojrzałem na jej dłoń i uniosłem brew.
– Nie musisz nic mówić, jeśli nie chcesz. Umiesz migać? – zapytała, a ja zdałem sobie sprawę, że patrzy prosto na mnie, abym mógł czytać z ruchu jej warg. – Nauczyłam się alfabetu migowego ze starej encyklopedii. Umiem już literować wyrazy, ale niewiele więcej.
A więc myślała, że jestem głuchy. Wielu ludzi tak myślało.
Kiedy pierwszy raz trafiłem pod opiekę systemu, zostałem skierowany na zajęcia z języka migowego, gdyż wszyscy myśleli, że nie potrafię się komunikować. Nauczyłem się tam tego i owego. Mała zaczęła migać to samo, co przed chwilą powiedziała. Używała do tego rączki, którą nie dusiła akurat kota. Wysunęła język, zawzięcie się koncentrując na tym, by każdą literę pokazać idealnie. Jak tak dalej pójdzie, nigdy nie zostawi mnie w spokoju.
W przypływie frustracji wyrzuciłem z siebie:
– Mam na imię Tristan. Nie jestem głuchy.
Dźwięk mojego głosu, niesłyszanego od wielu lat, zaskoczył mnie tak samo jak ją.
– Tristan? – Uśmiechnęła się, przekrzywiając głowę na bok. – Nie jesteś głuchy?
Pokręciłem głową.
– Tristan… – powtórzyła. Wyciągnęła rękę i chwyciła delikatnie moją dłoń. Uścisnęła ją mocniej niż niejeden dorosły mężczyzna, nie to jednak zszokowało mnie najbardziej.
Coś przeskoczyło między naszymi dłońmi. Coś pękło na drobne kawałki. Byłem zbyt młody na zawał serca, co, do kurwy nędzy, się działo?
Spojrzałem zdziwiony na nasze złączone dłonie. Nie odezwałem się do nikogo od dawna, nikt także od dawna mnie nie dotknął. To na pewno to. Otrząsnąłem się, by pozbyć się tego wrażenia, napięcie między nami jednak nadal aż buczało.
– To zabawne, nie wyglądasz mi na Tristana.
Fakt. Wyglądałem na kryminalistę. Bandziora. Nie mogłem się z nią nie zgodzić – nigdy nie pasowało mi moje imię. Tristan było imieniem dla kogoś, kto chodzi do wymyślnej prywatnej szkółki i odrabia grzecznie lekcje przed treningiem lacrosse. Nie kogoś, kto spędził więcej życia w celi niż w szkolnej sali, a ołówka używał tylko jako broni.
– Podoba mi się. – Zamyśliła się, głaszcząc kociaka. – To znaczy ładne imię. Ale nie dla ciebie. Powinieneś coś z tym zrobić. – Przycisnęła usta do głowy kota.
Zapaliłem papierosa. Ponad głową Emmy Jean dostrzegłem moją opiekunkę rozmawiającą przy stole z Marci. Uśmiechała się uprzejmie i kiwała głową. Miałem nadzieję, że się pospieszą i będę mógł stąd wreszcie spierdalać. Oparłem się o czarnego firebirda i głęboko zaciągnąłem, żałując, że dziś rano sprzedałem resztkę mojego zielska panu Arnoldowi, osiemdziesięciolatkowi, który mieszkał w domu obok bidula.
– Nawet nie zapytasz, czemu jestem taka zdenerwowana?
Pokręciłem głową, ale Emma ciągnęła niezrażona:
– Widzisz, to z powodu Pana Pusia. Przy okazji, nie znasz kogoś, kto chciałby kociaka? Bo ciotka Ruby mówi, że albo pozbędę się go dziś sama, albo zabierze go do… do schroniska.
Ścisnęła kota, który zaczął się wyrywać. Mała trzymała mocno, nie zważając na to, że niemal miażdży zwierzaka.
– I… I…
Znów zaczęła łkać. Twarz jej poczerwieniała, otworzyła szeroko usta i zacisnęła powieki, becząc w głos. Podrapałem się w nadgarstek. Kurwa, nigdy nie wiedziałem, co mam zrobić, gdy dzieciaki zaczynały wyć. Jak to się, kurwa, wyłączało? Rozejrzałem się w nadziei, że ktoś zaraz ją zabierze, ale nikogo nie dostrzegłem.
– No więc? Znasz kogoś, kto zaopiekuje się Panem Pusiem? To słodki kociak.
Pan Pusio zaprzeczył prychnięciem.
Ponownie pokręciłem głową.
Oczy Emmy Jean, już i tak wielkie, zrobiły się jeszcze większe z przerażenia. Rozpłakała się jeszcze głośniej. Wolną ręką ponownie złapała mnie za ramię. Znowu poczułem przepływ prądu, tym razem nawet mocniejszy, jakbym wsadził widelec do kontaktu.
Czemu ona mnie musi, kurwa, dotykać?
Miałem ochotę oderwać jej dłoń, ale zaciskała ją jak pitbull szczęki. Musiałbym jej połamać palce.
Zrobienie krzywdy małej dziewczynce spowodowałoby powrót do poprawczaka, a dopiero co stamtąd wyszedłem. Absolutnie nie miałem ochoty tam wracać, zwłaszcza że sędzia zapewnił, iż następnym razem będę sądzony jako dorosły.
Nie chciałem wracać do poprawczaka, a poprawczak to pestka w porównaniu do pierdla. NAPRAWDĘ nie chciałem wylądować w pierdlu.
– Nic nie rozumiesz, Tristanie! Jeśli Pana Pusia nikt nie adoptuje w schronisku, zostanie uśpiony! – Wzięła drżący oddech. – Niby nie brzmi to tak źle, bo wiesz, kto nie lubi sobie pospać… Ciocia Ruby ciągle podsypia, jak tylko nie siedzi w kasynie w Lacking. Ale nauczycielka mojej najlepszej przyjaciółki, Gabby Vegi, jest wolontariuszką w schronisku i powiedziała, że to tylko kłamstwo, które się wciska dzieciakom. – Głośno siąknęła i pochyliła się ku mnie. Z każdym słowem mocniej zaciskała dłoń na moim ramieniu. Zniżyła głos do szeptu. – Uśpienie wcale nie oznacza spania. Oznacza… – Puściła moją rękę, by zakryć obiema dłońmi uszy Pana Pusia. Potarłem ramię dłonią. – Oznacza śmierć zwierzęcia. – Z jej ust wyrwał się stłumiony szloch. Zakryła buzię dłonią i odsunęła się o krok, spoglądając na mnie błagalnie tymi wielkimi szklistymi oczami.
Byłem w stanie myśleć tylko o tym, jak spławić małą, nie zdążyłem jednak nic wymyślić, zanim zaczęła znów beczeć. Jej płacz odbijał się echem między budynkami.
Zwykle nie okazuję emocji, głównie dlatego, że nie mam ich za wiele, ale ta gówniara spowodowała, że zacząłem zaciskać i prostować palce u rąk. Musiałem jakoś sprawić, żeby się zamknęła.
Wszystko będzie dobrze – rzekłem w myślach, wzruszając przy tym nonszalancko ramionami.
– Jak? Jak ma być dobrze, skoro Pan Pusio pójdzie na karmę dla robaków? – zawyła.
Kurwa. Kurwa. Kurwaaaaa.
Ponownie zaciągnąłem się papierosem i zatrzymałem dym w płucach. Może uda mi się udusić i skrócić swoje męczarnie.
Spojrzałem na okno kuchni i napotkałem spojrzenie Marci. Kurwa, nie ma opcji, żebym został w bidulu przez tę jebaną dzieciarę.
– Zamknij się – rozkazałem. Ale mówiłem za cicho, nie usłyszała mnie. Sam siebie ledwo słyszałem.
– Nikt go nie chce! – wyła młoda. Odchyliła głowę ku niebu i rozwarła szeroko usta. Ramiona opadły jej tak nisko, że bałem się, że zaraz dotkną ziemi.
Ponownie spojrzałem w kierunku domu. Moja opiekunka socjalna stała teraz przy oknie, celując palcem w naszym kierunku.
Ja pierdolę.
Skinąłem na małą ręką, dając jej sygnał, by poszła za mną za ścianę domu. Gdy już znaleźliśmy się poza zasięgiem widoku z okna, odebrałem z jej ramion syczącego Pana Pusia.
Mała natychmiast promiennie się uśmiechnęła i entuzjastycznie pokiwała główką. Płacz ustał jak ucięty nożem. W końcu udało mi się ją wyłączyć.
– Weźmiesz Pana Pusia? – zapytała, ukazując w uśmiechu zęby, za duże w stosunku do jej głowy. Nie zaczekała na odpowiedź, której i tak bym nie udzielił. – Tak, tak, tak! Dziękuję ci, dziękuję! – wykrzyknęła, stając na palcach, by móc mnie uścisnąć.
Próbowała mnie pocałować w policzek, a ja w tym samym momencie odwróciłem głowę…Pocałunek wylądował na moich ustach. Zamarłem zszokowany. Mała również się nie odsunęła.
Sekunda. Dwie. Trzy.
Pusio, ściśnięty między nami, głośno zamiauczał. Drzwi bidula otworzyły się i zamknęły. Emma Jean oderwała się ode mnie, marszcząc brwi ze zmieszania.
Dobiegły nas głosy Marci i opiekunki.
– Gdzie on się podział? – zapytała Marci. W jej głosie pobrzmiewało zmartwienie.
– Może uciekł – rzuciła obojętnym tonem opiekunka. – Moglibyśmy go zawołać, ale i tak nie odpowie. Jest pani pewna, że go pani chce? Ci specjalni, no wie pani, „niepełnosprawni umysłowo”, sprawiają najwięcej problemów. A on zdążył już nieźle nabroić. Nie dość, że jest duży i niemy, to jeszcze potrafi być niebezpieczny.
Zaśmiałem się cicho. Ta durna suka nie miała pojęcia, do czego byłem zdolny.
Spuściłem wzrok na Emmę Jean, która przysłuchiwała się ich rozmowie z zainteresowaniem. Jej twarz poczerwieniała, a dłonie zacisnęły się w piąstki.
Marci zaczęła coś mówić, ale Emma Jean jej przerwała, wyskakując zza rogu budynku.
– Jak pani śmie! – wydarła się, celując oskarżającym palcem w opiekunkę. – Tristan nie jest niemy! Pani jest głupia i gówno wie!
Fakt, że dziewczynka, która znała mnie od jakichś dziesięciu minut, staje w mojej obronie, jakbyśmy się znali całe życie, rozbawił mnie i jednocześnie skonsternował.
– A ty kim jesteś? – zapytała opiekunka wystudiowanym, sztucznie zatroskanym głosem. Pochyliła się i oparła dłonie na kolanach, by zrównać się z Emmą Jean. – A tak w ogóle to przykro mi, ale się mylisz. Tristan nie umie mówić, kochanie. Mam go pod opieką od wielu lat. Nie odezwał się nigdy ani słowem – dokończyła i wyprostowała się.
– To tylko dowodzi, jak mało pani wie. – Emma oparła dłonie na kościstych biodrach. – Jak pani myśli, skąd wiem, jak on ma na imię? – Zrobiła efekciarską pauzę. – A tak, bo mi POWIEDZIAŁ.
– On… On mówi? – zapytała opiekunka, spoglądając na mnie ponad głową Emmy Jean.
– O boszsz… – Dziewczynka przewróciła oczami. – Nie pomyślała pani nigdy, że może on po prostu nie chce z panią rozmawiać? Albo że się nie odzywa, bo wszyscy wokół nic tylko kłapią jadaczkami i rzucają puste obietnice, a on nie chce już słyszeć ani jednego słowa więcej z pani durnych, kurewskich usteczek? – Emma mówiła tak, jakby broniła już nie tylko mnie, lecz także siebie. – To nie Tristan jest głupi, tylko PANI! – Mała aż fuknęła ze złości.
O. Ja. Pierdolę.
Marci stojąca za plecami opiekunki aż się trzęsła od ledwo powstrzymywanego śmiechu, zakrywając dłonią usta.
Emma pochyliła się, jakby chciała coś podnieść z ziemi, po czym wyprostowała się i pokazała opiekunce środkowy palec. Ta stała jak wmurowana, niezdolna nic odpowiedzieć. Emma Jean opuściła palec, ale nadal wpatrywała się w kobietę z nienawiścią w wytrzeszczonych wielkich oczach o kolorze klejnotu. To spojrzenie mogło zabić, jak laser. Jej łzy sprzed kilku chwil nabrały nowego znaczenia. Wiedziała, co to ból.
– Cytując nieśmiertelnego Boba Dylana… – Emma niemal wypluła z siebie: – „Nie krytykuj tego, czego nie potrafisz zrozumieć”.
Dziewczynka spojrzała na mnie. Opiekunka zebrała szczękę z ziemi. Mała uśmiechnęła się do mnie słodko. To była zupełnie inna Emma Jean niż ta, która płakała nad losem kota.
– Do zobaczonka, Tristan! – Ruszyła podjazdem ku ulicy, po chwili jednak się odwróciła i rzuciła pod adresem Marci: – A pani niech się nim dobrze zaopiekuje!
– Oczywiście, kochanie – odparła Marci, roześmiana.
Tym razem Emma Jean nie rozejrzała się na prawo i lewo przed przejściem na ulicę, lecz popędziła przed siebie i zniknęła między domami.
Kociak w moich ramionach zasyczał i wbił pazurki w rękaw mojej bluzy, przypominając mi o swoim istnieniu. Poprawiłem chwyt, ale dało mu to jedynie większe pole do popisu. Pazurki przebiły materiał i wbiły mi się w skórę.
Mały gnój.
Opiekunka, mamrocząc pod nosem, wsiadła do swojego buicka.
– Powodzenia – rzuciła i odjechała.
Nie spojrzałem za nią, nadal wpatrywałem się w miejsce, gdzie zniknęła Emma Jean.
Co tu się właśnie, kurwa, wydarzyło?
– Mała dziewczynka właśnie pocisnęła pani Erikson – powiedziała Marci, jakby usłyszała moje myśli. Odwróciłem się i odkryłem, że stoi obok mnie z dłonią opartą o błyszczący czarny pas, który zwisał jej na biodrze. Spojrzała na Pana Pusia. – A tobie wcisnęła kota, i to bez worka. – Uśmiechnęła się, zaciskając usta, jakby powstrzymywała śmiech. Nie rozumiałem, co ją tak cieszy. – Zakładam, że płakała i błagała cię, byś zaopiekował się tym sierściuchem.
Pusio znowu zasyczał, odpychając się ode mnie wszystkimi czterema łapami.
– Kurwa – zakląłem na głos, ponownie sam siebie zaskakując.
Marci nie skarciła mnie, tylko szerzej się uśmiechnęła.
– Ta mała dziewczynka – wskazała podbródkiem w kierunku, w którym oddaliła się Emma Jean – właśnie wykręciła ci numer stary jak świat. Znajdowanie domów bezdomnym zwierzętom… Wszystkie chwyty dozwolone. – Przycisnęła pięść do ust, a ramiona zatrzęsły jej się od tłumionego śmiechu.
Spojrzałem ponownie na parszywą kreaturę w swoich ramionach i przewróciłem oczami. Ależ byłem durny. Mała okazała się znacznie sprytniejsza, niż się wydawała.
Spojrzałem na Marci, a potem na domy po drugiej stronie na ulicy.
– Zupełnie jak ja w jej wieku – skomentowała. – Na takie trzeba uważać najbardziej: oszustki z wielkim sercem.
Emma Jean Parish. Odezwałem się do niej. Dotknęła mnie. Broniła mnie. Pocałowała mnie.
NABRAŁA MNIE.
Byłem skołowany i wkurzony.
Byłem także pod niemałym wrażeniem.
– A co to za śliczny kotek? – Marci podrapała kota po głowie. Podły gnojek zamruczał i potarł łebkiem o jej dłoń. Wyjęła mi Pana Pusia z rąk i przytuliła go do piersi. – Ta dziewczyna któregoś dnia albo podbije świat – zsunęła okulary przeciwsłoneczne z czubka głowy na oczy – albo go, kurwa, wysadzi w powietrze.
Nie wątpiłem w to. Ani przez chwilę.
Marci obeszła firebirda i otworzyła drzwi od strony kierowcy.
– Wsiadaj, pora jechać do domu.
Domu?
– A tak przy okazji, sprawdź portfel. – Marci wsiadła do samochodu i położyła sobie Pana Pusia na kolanach. Odpaliła silnik.
Wsadziłem ręce do kieszeni znoszonych dżinsów. Nic.
Ożeż kurwa mać!
Tak oto zostałem zrobiony w wała przez Emmę Jean Parish.
Po raz pierwszy, ale nie ostatni.ROZDZIAŁ 2
Emma Jean
WIEK: DWANAŚCIE LAT
TRISTAN.
Przefantastyczne imię.
Miał tatuaże. I to dużo.
No i był wysoki. I tajemniczy.
Palił papierosy. Wiem, że palenie szkodzi, ale i tak do niego pasowało.
Ta cipa w garsonce myliła się co do niego. Nie był ani niemy, ani głupi. Widziałam w jego złotych oczach błysk inteligencji.
Jest idealny.
Nigdy wcześniej nie pomyślałam o nikim, że jest idealny. Nigdy nawet nie podobał mi się żaden chłopak.
Aż do teraz.
Kiedy go dotknęłam, poczułam między nami przepływ energii, iskrzenie. Wiem, że on też to poczuł, bo wyglądał na poruszonego.
Zaiskrzyło. Na pewno czytałam o tym w jakiejś bajce. I to nie było takie zwykłe kopnięcie prądem, bo nigdzie w pobliżu nie było dywanu ani nie byłam boso.
Spojrzałam na podarty parciany portfel w dłoni i naszła mnie dziwna chęć, by go zwrócić.
Hmm… To jakaś nowość.
Nigdy wcześniej nie odczuwałam poczucia winy. I nie miałam zamiaru tego zmieniać. Odepchnęłam od siebie obce myśli, za bardzo pragnęłam zajrzeć do portfela. Dowiedzieć się więcej o tym Tristanie, tak innym od wszystkich ludzi, których kiedykolwiek poznałam.
Wydobyłam z portfela prawo jazdy. Tristan Paine. Nie miał drugiego imienia.
Ja też nie miałam. Miałam dwa pierwsze imiona. Moi rodzice umarli niedługo po tym, gdy się urodziłam, więc wymyśliłam sobie własną historię moich dwóch imion. Mama chciała mnie nazwać Emma, a tata Jean. Zawarli więc kompromis i tak zostałam Emmą Jean. Oczywiście stali wtedy nad moim łóżeczkiem, trzymając się za ręce i przypatrując mi się z miłością w oczach. Śpiewali mi też kołysanki, a ich głosy były idealnie zgrane. Zmyślałam niemal przez cały czas. To był mój sposób na ucieczkę.
Teraz na przykład zmyśliłam cichego, niegrzecznego księcia.
Tristan.
Kilkukrotnie wypowiedziałam w myślach jego imię.
Ciotka Ruby weszła do salonu z rozczochranymi włosami i petem zwisającym jej z ust. Na podbródku miała rozmazaną szminkę.
Szybko schowałam portfel za firanką.
– Co tam masz? – zapytała, sięgnęła za moje plecy i wyciągnęła go.
Spanikowana próbowałam jej go wyrwać.
– Nie! To moje!
– Cicho, dziecko. Obie dobrze wiemy, że to nieprawda.
Miałam DWA imiona. Ciotka Ruby nigdy nie używała żadnego z nich. „Dziecko” było najmilszym z jej określeń wobec mnie.
Nie zadała sobie trudu, żeby rzucić okiem na dowód osobisty ani prawko. Interesowała ją wyłącznie gotówka. Wyjęła z portfela złożony kawałek papieru i obrzuciła go wzrokiem, po czym upuściła na podłogę. Następnie policzyła banknoty. Trzydzieści cztery dolary. Rzuciła mi portfel pod nogi, a pieniądze wsadziła sobie za stanik.
– Twoje małe hobby wreszcie się na coś przydało – wymamrotała, nadal z petem w pomarszczonych ustach. Wzięła kluczyki do samochodu ze stolika w holu zawalonego szpargałami. Nie powiedziała, dokąd się wybiera. Nie musiała.
Kasyno w Lacking, dwa miasteczka od naszego. Nigdzie indziej nie bywała.
Zgasiła peta i zapaliła kolejnego papierosa. Podniosła z podłogi torebkę, otworzyła drzwi wejściowe i wzdrygnęła się, gdy słońce zaświeciło jej w oczy. Osłoniła je dłonią. Nie raczyła się nawet pożegnać, po prostu wyszła, nadal mając na twarzy resztki wczorajszego makijażu.
Usiadłam na podłodze i podniosłam kawałek papieru, który upuściła.
Ramiona opadły mi w wyrazie bezradności. Naprawdę musiałam mu oddać portfel.
Może…
Spojrzałam na świstek. Okazało się, że to zdjęcie. Był na nim mały Tristan i kobieta o takich samych oczach jak jego. Obejmował ją ramieniem, oboje się uśmiechali.
Serce zabiło mi żywiej.
– Emma Jean! – wykrzyknęła Gabby, wpadając przez otwarte drzwi wejściowe.
Jej starsza siostra, Mona, deptała jej po piętach. Mona zignorowała mnie i popędziła po schodach na piętro. Gabby wyglądała na spanikowaną. Długie ciemne włosy posklejały jej się na czole od potu. W oczach miała łzy.
– Co? – zapytałam. Wstałam i schowałam zdjęcie do kieszeni.
– Wyjeżdżam – wyszeptała. – Marco, mój brat, bierze mnie i Monę do siebie.
– Kiedy? – zapytałam przerażona. Gabby była całym moim światem.
– W przyszłym miesiącu – odparła i popłakała się.
Tej nocy, gdy leżałam w łóżku z moją przybraną siostrą i najlepszą przyjaciółką śpiącą obok mnie, ciotka Ruby wtoczyła się do kuchni z jakimś facetem. Oboje byli roześmiani. Próbowałam odciąć się od ich głosów, zaciskając powieki. Nie mogłam przestać myśleć o tym, że Gabby wkrótce wyjedzie. Wyjęłam spod poduszki zdjęcie, które przycisnęłam do piersi.
Chciałam zasnąć. Wyobrażałam sobie, że jestem księżniczką zamkniętą w wieży, czekającą, aż Tristan przybędzie, by mnie uratować. On także był jednak uwięziony i tylko ja mogłam mu pomóc. Widziałam, jak wyciąga ku mnie dłoń, ale choć próbowałam z całych sił, nie mogłam go dosięgnąć.
Ostatnie, co zobaczyłam przed zapadnięciem w sen, to złote oczy pierwszego chłopaka, którego pocałowałam.
Mojej pierwszej miłości.
Mojej zguby.Tristanie,
wybacz, że ukradłam twój portfel. Oto trzydzieści cztery dolary, które w nim były, plus pięć dolarów odsetek. Moja ciotka ukradła te pieniądze i wydała je na hazard, więc zarobiłam je, sprzedając lemoniadę z wódką za szkołą.
Nadal mam Twoje zdjęcie. Czy mogłabym je jeszcze trochę potrzymać? Jesteś na nim taki radosny. Uśmiecham się na jego widok, nawet gdy jest mi bardzo smutno.
Jeszcze raz przepraszam. Chyba po raz pierwszy w życiu szczerze. Chciałam Ci oddać portfel, ale w domu opieki powiedziano mi, że się wyprowadziłeś. Mam nadzieję, że podoba Ci się w nowym domu.
Muszę już lecieć. W telewizji puszczają nowy show z udziałem magików, uwielbiam go.
Emma Jean Parish
PS Mam nadzieję, że nie przeszkadza Ci, że do Ciebie piszę. W bidulu nie chcieli mi podać Twojego adresu, ale obiecali, że wyślą Ci ten list.
Wszelkie błędy są wybaczalne,
jeśli tylko ma się odwagę do nich przyznać.
BRUCE LEEEmmo Jean Sztuczko,
możesz zatrzymać sobie to zdjęcie, jak długo zechcesz, tylko proszę, pilnuj go i oddaj mi je kiedyś. Mój nowy dom jest zupełnie inny niż poprzednie, myślę, że mi się tu spodoba.
Magia? W sensie karciane sztuczki? To do Ciebie pasuje, biorąc pod uwagę, jaka z Ciebie kuglarka – w końcu nie dość, że wcisnęłaś mi kota, to jeszcze gwizdnęłaś mi portfel.
Od teraz będę do ciebie mówił Sztuczka!
Co cię tak smuci, że potrzebujesz mojego zdjęcia na rozweselenie?
T.Tristanie,
dziękuję, że mi odpisałeś! Dobrze wiesz, że życie dzieciaka w systemie opieki społecznej nie jest za wesołe. Zawrzyjmy układ. Nie będę pisać o gównianych rzeczach, jeśli ty także nie będziesz o nich pisał. Pisanie do Ciebie to jedna z dobrych rzeczy.
Sztuczka? Nigdy nie przepadałam za ksywkami. Pewnie dlatego, że zawsze odnoszą się do moich włosów. Loczek, Sierotka Marysia, Kołtun… Zero oryginalności. Poza tym lubię swoje włosy. Co drugi dzień...
Owszem, kocham magię. Zawsze kochałam. Oszukiwanie innych jest trochę jak magia, tyle że dostarcza więcej emocji.
Znam wszystkie karciane triki. Potrafię rozwiązać większość węzłów. A, no i uwielbiam cytaty. Przyklejam wycinki ze złotymi myślami taśmą do ścian pokoju.
Nigdy wcześniej nikomu tego nie mówiłam, ale uwielbiam też pisać opowiadania. Głównie bajki.
Zdradź mi jakiś swój sekret. Coś, czego nikomu wcześniej nie mówiłeś.
Sztuczka
PS Uwielbiam tę ksywę!
Wszyscy mamy w sobie magię.
J.K. ROWLINGSztuczko,
uważam, że powinnaś kochać swoje włosy każdego dnia. Są jedyne w swoim rodzaju, zupełnie jak Ty. Musisz mi kiedyś pokazać kilka karcianych sztuczek. Ja potrafię tylko przetasować talię, ale jeden z moich nowych braci uwielbia gry karciane i komputerowe, i… wszelkie inne.
Nie musisz mi opowiadać o smutnych rzeczach. Ja nie będę opowiadał o swoich. Zresztą, szczerze mówiąc, raczej nie bywam smutny. Mam to nawet w aktach.
Dziś pierwszy raz w życiu zrobiłem coś… Nie, nie mogę Ci o tym napisać. Ale poczułem się dobrze. Jakbym znalazł swoje miejsce na ziemi. Chciałbym, żebyś mogła poznać moją nową rodzinę. Są podobni do Ciebie, niezłe z nich sztuczki.
Mój sekret? W ten dzień, kiedy Cię poznałem, dotknęłaś mnie i byłaś pierwszą osobą od bardzo długiego czasu, która to zrobiła. Czułem się, jakbym żył w szklanej bańce, a Tobie udało się ją rozbić. Od tego dnia codziennie czuję się coraz lepiej. Można powiedzieć, że zadziałała na mnie Twoja magia.
T.
PS Obejrzałem dzisiaj show magiczny. Jeśli potrafisz sprawić, że zniknie Wieża Eiffla, obiecuję się tam pojawić!Tristanie,
Twój sekret… ŁAŁ. Ja też coś poczułam tego dnia. Winę. Po raz pierwszy w życiu czułam się winna, że kogoś okradłam.
Cieszę się, że Ci w czymś pomogłam. Ale nie sądzę, żebym miała jakieś supermoce. Chociaż byłoby świetnie. Po Twoim ostatnim liście przez dwie godziny próbowałam przesunąć książkę po stole za pomocą siły umysłu.
Niestety nic z tego.
Bardzo się cieszę, że znalazłeś swoje miejsce na ziemi.
Naprawdę. Mam nadzieję, że mi też kiedyś się to uda.
Wiem, że miałam nie pisać o smutnych rzeczach, ale moja najlepsza przyjaciółka, Gabby, wyprowadza się jutro do swojego brata. Jest dla mnie najważniejszą osobą na świecie, wszystkim, co mam. Nie wiem, co ja bez niej zrobię. Cioci Ruby ciągle nie ma w domu, a kiedy już jest, tylko na mnie krzyczy i mnie wyzywa albo sprowadza obcych facetów, którzy też mną pomiatają.
Napisz mi, proszę, że jesteś szczęśliwy. To mi bardzo pomoże. Może ja też kiedyś trafię w jakieś miejsce, gdzie zaznam szczęścia.
A może mógłbyś mnie kiedyś odwiedzić? Albo ja Ciebie?
Mam pieniądze na bilet autobusowy, jakby co.
To znaczy nie mam, ale da się załatwić. Tylko napisz mi, gdzie mieszkasz.
Emma Jean
Ci, którzy wiedzą, gdzie ich miejsce, mają odwagę być niedoskonałymi.
BRENÉ BROWNROZDZIAŁ 4
Emma Jean
BYŁO JUŻ PÓŹNO. Powinnyśmy były spać od wielu godzin, ale każde tyknięcie zegara zbliżało nas do odjazdu Gabby.
Leżałyśmy w ciemnościach na moim podwójnym łóżku, świecąc małą kieszonkową latareczką na cytaty, które poprzyklejałyśmy do ścian, wycięte z książek, gazet i magazynów w ciągu pięciu wspólnych lat w jednej rodzinie zastępczej.
– To wciąż mój ulubiony cytat – odezwała się Gabby, po czym chwyciła mnie za dłoń i skierowała światło latarki, którą trzymałam, na niewielki podarty kawałek papieru u dołu ściany, tuż nad moim łóżkiem.
Widniało na nim: „Jak pisze się miłość? Miłości się nie pisze, ją się czuje”² – anonim.
Gabby westchnęła dramatycznie i puściła moją dłoń. – Znalazłaś gdzieś, kto to napisał? – zapytałam, trącając ją ramieniem.
– Nie, ale kiedyś znajdę. – Czułam, że się uśmiecha.
– To z Kubusia Puchatka – jęknęła Mona, starsza o dziesięć miesięcy siostra Gabby, ze swojego łóżka po drugiej stronie pokoju. – A teraz: czy możecie się uciszyć, żebym się wyspała chociaż ostatniej nocy w tym domu?
Usłyszałam szelest pościeli i domyśliłam się, że przewróciła się na drugi bok i nakryła głowę poduszką.
Zamilkłam. Wiedziałam, że Gabby się domyśla, iż słowa Mony dobitnie mi uświadomiły, co przyniesie jutro.
– Chodź tu – wyszeptała głośno, przyciągając mnie do siebie.
Odsunęłam od siebie myśli o jutrze i postanowiłam być tu i teraz. Gabby i ja zaczęłyśmy chichotać, przytulając się jeszcze mocniej i splatając razem nogi.
– Ten jest mój ulubiony. – Skierowałam światło latarki na ścianę. – „Rzućcie mnie na pożarcie wilkom, a ja zostanę przywódcą stada”.
– Wow. Okej, zmieniłam zdanie. To także mój ulubiony – oświadczyła Gabby. – Ej, czekaj, a ten: „Jeśli potrzebujesz bohatera, zostań bohaterem”.
– To mój ulubiony – orzekłyśmy obie naraz.
Mona ponownie jęknęła. Tym razem zgasiłam latarkę, ale Gabby nie kwapiła się wrócić do własnego łóżka. Rzadko sypiałyśmy oddzielnie.
– Wiesz, Mona jest moją rodzoną siostrą, a ja i ty nie jesteśmy krewnymi, ale dla mnie jesteś jak siostra. Wybrałam cię i myślę, że w pewien sposób jest to nawet ważniejsze niż pokrewieństwo.
W jej głosie wyczułam, że zbiera jej się na płacz. Sama czułam pieczenie pod powiekami. Chwyciłam ją za dłoń i ścisnęłam mocno.
– Tak, jesteśmy siostrami, już na zawsze. – Pociągnęłam nosem. – Ja ciebie też wybrałam.
Gabby mnie objęła i leżałyśmy tak przytulone, popłakując cicho w ciemnościach.
– To niesamowite, prawda? Że wybrałyśmy siebie nawzajem – spytała Gabby, siąkając.
– Tak, to niesamowite – zapewniłam ją. Przycisnęłam policzek do jej policzka, nasze łzy się połączyły.
– Ale nie wystarczy, żebyśmy mogły zostać razem – wymamrotała Gabby. – Wolałabym mieszkać w domu zastępczym z tobą niż z bratem bez ciebie.
– Nie, nie możesz tak myśleć – odpowiedziałam. – Twój brat wyszedł z więzienia. Zabiera ciebie i Monę do domu. Powinnaś się cieszyć. Nie pozwalam ci się smucić z mojego powodu.
– A jednak jakoś nie mogę się cieszyć. – W jej głosie słyszałam ból. – Trafiłam do systemu opieki jako małe dziecko. Nie pamiętam miasta, w którym się urodziłam. Marca nie pamiętam zupełnie. Nic o nim nie wiem. A tunagle on chce, żebyśmy znów byli rodziną, chociaż przez tyle lat nawet ani razu nie zadzwonił, nie mówiąc już o wizycie.
– Ale to twój brat. Wracasz do domu. Masz szczęście – przypomniałam jej.
– Pewnie masz rację. – Westchnęła.
Włączyłam ponownie latarkę i skierowałam jej światło na ścianę.
– Patrz. – Trąciłam Gabby łokciem.
Uniosła wzrok i odczytała słowa, które podświetliłam:
– „Odległość znaczy tak niewiele, gdy ktoś znaczy tak wiele…”
Gabby chwyciła latarkę i skierowała ją na środek ściany, na najnowszy cytat. Przykleiłyśmy go tam w zeszłym miesiącu, kiedy dowiedziałyśmy się, że Gabby odchodzi.
Tym razem to ja odczytałam cytat na głos:
– „Jak wielkie mam szczęście, że coś sprawia, że tak trudno mi się pożegnać”.
Zdławiłam szloch i mocniej przytuliłam Gabby.
– Nie rozstajemy się na zawsze – powiedziałam przez łzy.
– Zmuszę Marca, żeby cię do nas sprowadził. Musi cię wziąć! – wykrzyknęła cicho Gabby.
Pokręciłam głową.
– To tak nie działa, doskonale o tym wiesz.
– Coś wymyślę, obiecuję – wyszeptała. – Jesteśmy drużyną, nie dam się zastąpić.
Zachichotałam.
– Ciebie nie da się zastąpić, jesteś najlepszą przyjaciółką na świecie.
Gabby w końcu zasnęła, nadal spleciona ze mną w uścisku. Leżałam, wpatrując się w sufit. W dłoni ściskałam niewielki wisiorek w kształcie serca, w którym umieściłam zdjęcie Tristana i jego mamy. Jutro, gdy Gabby odjedzie, będę potrzebowała pociechy, którą z niego czerpałam.
Światło poranka przesączyło się przez moje powieki. Poderwałam się gwałtownie i odkryłam, że Gabby nie leży już koło mnie. Zniknęła. Jej łóżko było puste, pościel zniknęła. Wszystkie jej rzeczy, zwykle porozwalane po całym pokoju, także zniknęły.
Poczułam ucisk w piersi, oczy mnie piekły.
Ciesz się jej szczęściem – napomniałam sama siebie.
Na stoliku obok mojego łóżka leżała kartka papieru. Podniosłam ją. Łzy, które próbowałam wstrzymać, popłynęły wartkim strumieniem.
„Nie jesteśmy siostrami jednej krwi, lecz serce moje było Twoje, gdy tylko stanęłaś u drzwi” – anonim.
Przycisnęłam karteczkę do serca i wzięłam głęboki oddech. Powtarzałam sobie, że Gabby wróciła do domu. Do swojej rodziny. Myśl o jej szczęściu pozwoliła mi zebrać się w sobie na tyle, by móc zejść na parter.
Ku wielkiemu zdziwieniu znalazłam tam Monę i Gabby. Obejmowały się, Mona płakała.
– Co ja złego zrobiłam? To nie fair! – łkała Mona.
– Co się stało? – zapytałam.
Moja opiekunka socjalna, pani Andrews, stała w drzwiach salonu z udręczoną miną.
Kurde, co tym razem zbroiłam?
– Eee… Co pani tu robi?
Kobieta westchnęła.
– W zeszłym tygodniu rozmawiałam z Ruby. Nastąpiła pomyłka. Marco nie zabiera Gabby i Mony.
Zmarszczyłam nos, kompletnie skołowana.
– To bez sensu. Nic nie rozumiem. One zostają? Ale myślałam, że…
Pani Andrews pokręciła głową.
– Ruby nie słuchała chyba uważnie, co mówię. – Fuknęła ze złości. Sięgnęła do swojej torby, wydobyła z niej teczkę i wręczyła mi ją.
Pierwsza strona wyglądała na jakiś oficjalny nakaz, ale nie mogłam zrozumieć, co było w nim napisane.
– Marco nie zabiera Gabby i Mony – wyjaśniła pani Andrews. – Zaznaczył, że ubiega się o opiekę nad Gabby i…
Nie słuchałam, co mówi, tylko patrzyłam na dokument. Obok nazwiska Gabby widniało MOJE nazwisko.
– To na pewno jakaś pomyłka. Nie znam Marca. Nie jestem jego rodziną. To Mona jest jego siostrą, nie ja.
Kobieta wzruszyła ramionami.
– To nietypowa sytuacja, ale wypełnił wszystkie właściwe dokumenty, załatwił sprawy z prawnikiem i uzyskał podpis sędziego. Ja jestem tylko posłańcem, wypełniam polecenia.
Mona odkleiła się od Gabby i zmierzyła mnie wściekłym spojrzeniem zaczerwienionych oczu. Pomimo różnicy wieku wyglądały jak bliźniaczki, tyle że Mona miała włosy ścięte na pazia, a Gabby sięgające pasa.
Serce mi się krajało na myśl o niej. W głowie miałam mętlik. Mona była nieco sztywna, ale nigdy nie zachowywała się wobec mnie wrogo. Była raczej kimś w rodzaju wkurzającej starszej siostry, która woli odrabiać lekcje niż obrabiać cudze kieszenie. Ale i tak mi na niej zależało. Jej typowa powaga przerodziła się w radość, gdy się dowiedziała, że zamieszka z Markiem.
Pani Andrews otworzyła drzwi frontowe.
– Zaczekam w samochodzie. Masz pięć minut na spakowanie się. – Spojrzała na Monę. – I pożegnanie.
– To jakaś pomyłka – stwierdziłam ponownie, nie mogąc uwierzyć w to, co się dzieje.
– To żadna pomyłka – odrzekła Mona. Pociągnęła nosem i wytarła go wierzchem dłoni. – Marco mnie nie chce. Chce Gabby i CIEBIE.
------------------------------------------------------------------------
1.
2 A.A. Milne, Kubuś Puchatekw przekładzie Ireny Tuwim.Sztuczko,
KTO KURWA ŚMIE CIĘ WYZYWAĆ?! Ciotka Ruby?
Bije cię? Bo jeśli tak… Albo jeśli ktokolwiek inny tknie Cię choćby palcem…
Rozmawiałem z Marci i Brzuchem, ludźmi, którzy mnie przygarnęli. Obiecali, że skontaktują się z opieką społeczną i Ciebie też przygarną. Nie pozwolę, żeby Twoja ciotka i jej fagasy tak Cię traktowali. Rzadko bywam szczęśliwy, a teraz jestem wręcz niemożliwie wkurwiony!
Na końcu listu napisałem Ci mój adres, nie musimy się już kontaktować przez opiekę. Ty też napisz mi swój. Mam też telefon komórkowy. Napiszę Ci numer. Dzwoń, gdy tylko będziesz czegoś potrzebować albo po prostu będziesz chciała pogadać. Rozmowa będzie jednostronna, ale cóż – przynajmniej wiesz, że umiem słuchać. Mogę nawet pożyczyć samochód Marci i sam po Ciebie przyjechać. Wyrwę Cię stamtąd, Sztuczko. Choćby nie wiem co.
P.
PS Moja rodzina nadała mi nowe imię – Ponury.Sztuczko,
nie odpowiedziałaś na mój ostatni list. Kiedy dostałem go z powrotem, zrozumiałem dlaczego. Nawet go nie otrzymałaś. Marci zadzwoniła do opieki, powiedzieli jej
tam, że Twoje akta zostały utajnione, a Ciebie samą dokądś przeniesiono i nie mogą ujawnić dokąd. Powiedzieli jej też, że nie mogą odbierać i przekazywać Twojej poczty. Sam nie wiem, po co piszę ten list.
Udało mi się namierzyć jebaną cioteczkę Ruby, ale była kompletnie napierdolona. Wspominała jedynie coś o Twoim bracie Marcu, ale nigdy nie mówiłaś o rodzeństwie, nie mam jak go namierzyć. Akta Gabby również zostały utajnione, więc jej też nie mam jak znaleźć. Mam nadzieję, że może jakimś cudem jesteście razem i że jesteś szczęśliwa, gdziekolwiek mieszkasz.
To wszystko nie ma sensu. Jakbyś się zapadła pod ziemię. Gdzie jesteś, Sztuczko?
P.
PS Marci porysowała samochód Ruby nożem. Ta szmata sobie na to zasłużyła. I na znacznie więcej.
Nasza miłość jest jak życzenie śmierci.
Jestem zabójcą Bractwa Bedlam.
Ona jest naciągaczką pracującą na zlecenie mojego największego wroga.
Ja ją wykorzystuję. Ona mną manipuluje.
Stoimy po dwóch stronach krwawej wojny.
Serce i głowa podpowiadają mi,
że powinienem się od niej trzymać z daleka.
Żądza podpowiada mi, że chuj z tym.
W miłości i wojnie gangów wszystkie chwyty są dozwolone.
Dla tych, którzy myślą, że są na świecie sami.
Nie jesteście sami.
Jesteście kochani.
Jesteście jedyni w swoim rodzaju.
Jesteście ważni.
Jesteście WSZYSTKIM.
Dla małego chłopca, Jamesa, znanego też jako Uczniak,
który właśnie dostał nowe serduszko.
Cała moja miłość i znacznie więcej.
A także dla L&C.
ZAWSZE.PROLOG
Ponury
OD WIELU LAT ulice Lacking spływają krwią. Przemoc eskaluje z każdym mijającym dniem. Ciała podziurawione kulami gniją na ulicach i chodnikach. Jako ostrzeżenie. Jako oznaka władzy.
Jako przypomnienie o tym, kto tu decyduje o śmierci i życiu. Trzy największe gangi nieustannie konkurują o ten zaszczyt.
Ludzie w tym pokrytym graffiti mieście żyją w lęku przed ciągłym rozlewem krwi, kuląc się na dźwięki nieustających kanonad broni palnej; przed znalezieniem się w złym miejscu w złym czasie, założeniem ubrań niewłaściwego koloru lub powiedzeniem czegoś nie tak. Przed opowiedzeniem się po niewłaściwej stronie w obliczu typa trzymającego pierdoloną spluwę w ich ustach. Ludzie nie wychodzą z domu po zmroku. Niektórzy w ogóle nie wychodzą już z domu.
Jedynym prawem jest tu prawo gangów. Sprawiedliwość wymierza się nożem lub spluwą. Coś jak skrzyżowanie miasteczka rodem z westernu ze światem po jebanej apokalipsie.
To także mój dom.
Jestem jednym z powodów, dla których ludzie tak bardzo boją się wychodzić z domów.
W moich żyłach płynie krew moich ofiar.
Nie da się robić czegoś naprawdę dobrze, jeśli nie ma się do tego smykałki. Gdybym był dobry w czym innym, jak sztuka czy biznes, ludzie powiedzieliby, że mam talent. Pasję. Nie jestem jednak żadnym kurewskim księgowym. Ani artystą. Specjalizuję się w zemście. Żyję tym. Odbieram życie osobom, które zagrażają członkom mojego Bractwa. Żeby pokazać innym, na co nas stać. I kto tu rządzi.
A także dla czystej, pierdolonej przyjemności. Jestem urodzonym zabójcą.
Gdybym żył w średniowieczu, byłbym typem w kapturze ścinającym ludziom głowy na rozkaz króla. Nie mam wyrzutów sumienia. I nigdy się nie waham.
Ba, pragnę tego.
Mówią na mnie Ponury.
Jestem zabójcą w Bractwie Bedlam.
Jeśli kiedyś mnie zobaczysz, zmów paciorek. Żarcik.
Nie zobaczysz mnie.
Rozejm został zawarty wkrótce po tym, jak gubernator zagroził sprowadzeniem Gwardii Narodowej. Od tamtego czasu panuje spokój.
Aż za bardzo.
Gdy się dobrze wsłuchać, można niemal usłyszeć odgłos przeładowywanych spluw.
Klik, klik, klak.
Klik, klik, klak.
Rozejm miał trwać rok. Minęło dziesięć miesięcy. Klik.
Klik.
KLAK.ROZDZIAŁ 1
Tristan
WIEK: SZESNAŚCIE LAT
EMMA JEAN PARISH miała dzikie kręcone włosy i pasujący do nich charakter.
Poznaliśmy się, kiedy wmusiła mi swoją pusię. Mówię o kocie. Parszywym małym gnojku z problemami dorównującymi moim.
To był dzień przeprowadzki.
Właśnie pakowałem worek na śmieci zawierający wszystkie moje doczesne dobra do samochodu obcej babki imieniem Marci. Wzięła się znikąd, jak jakiś duch przeszłych pokoleń niechcianych dzieci, i powiedziała mi, że mnie zabiera.
Ot tak.
Z jej opowieści o tej miejscówce wywnioskowałem, że to placówka przejściowa dla takich jak ja. Za starych na adopcję i zbyt problematycznych, żeby ktokolwiek ich chciał. Nie pytałem o nic więcej, nie tylko dlatego, że nie miałem wyboru, ale też dlatego, że po prostu nie mówiłem. Nie żebym był niemy. Po prostu nie mówiłem, i tyle.
Słowa nic nie znaczą. Kiedy już zdamy sobie z tego sprawę, mówienie staje się gównianym ciężarem zamiast narzędziem komunikacji.
Poza tym byłem dzieckiem systemu. Szedłem tam, gdzie mnie zabierali, a po jakimś czasie zabierali mnie gdzie indziej.
Czasem tego nienawidziłem.
Czasem poważnie tego nienawidziłem.
Tym razem było inaczej. W wielu aspektach. Zwykle podrzucała mnie moja opiekunka socjalna, a ludzie, którzy mnie przyjmowali, cieszyli się z tego mniej więcej tak samo jak z ulotek w skrzynce pocztowej.
Nigdy wcześniej nikt nie przyjechał po mnie osobiście. Zwisało mi to kompletnie, o ile nie planowała zrobić ubrania z mojej skóry. Nie mogłem się doczekać wyjścia z domu opieki dla chłopców. Zwłaszcza że nie byłem już chłopcem. Zresztą nigdy nie czułem się dzieckiem, nawet gdy nim byłem.
Już miałem wrócić do środka, gdzie Marci rozmawiała właśnie z moją opiekunką o przeniesieniu i zapewne o moich problemach z zachowaniem: aktach policyjnych, problemach z uznawaniem autorytetów, napadach wściekłości, braku zdolności komunikacyjnych i tak dalej. I wtedy ją zobaczyłem.
Dziewczyna wyglądała na kilka lat młodszą ode mnie. Stała po drugiej stronie ulicy, kilkukrotnie się rozejrzała w obie strony, powoli i uważnie. Nagle ruszyła pędem przez drogę, jakby to była co najmniej autostrada, a nie wąska, pozbawiona nawierzchni uliczka, którą rzadko ktokolwiek przejeżdżał.
Szalone miodowoblond włosy sterczały jej na wszystkie strony. Wyglądały jak skrzyżowanie mopa z Meduzą. Te włosy pasowały bardziej do lalki niż żywej, oddychającej istoty ludzkiej.
W ramionach trzymała małego pręgowanego kociaka. Po jej spuchniętej, zaczerwienionej buzi spływały łzy. Na dolnej wardze miała ślady zębów – zagryzała ją widocznie, żeby stłumić szloch. Miała na sobie długie, podarte dżinsowe szorty sięgające jej do kolan i za dużą koszulkę z krótkim rękawem zawiązaną na supeł na biodrze. Logo na koszulce było tak sprane, że niemal niewidoczne.
– Proszę pana! – zawołała i zatrzymała się na chodniku przede mną.
Spojrzałem w lewo, prawo i za siebie. Byliśmy sami. Miałem szesnaście lat. Niemożliwe, żeby mówiła do mnie. A jednak stała przede mną, dysząc i sapiąc. Jej wielkie oczy były za duże w stosunku do jej twarzy. Miały niebieskozielony odcień i były zamglone łzami.
Zawiązałem mój worek na śmieci na supeł, patrząc na nią wzrokiem, który mówił: „Czego chcesz?”.
Mała trzymała kota w duszącym uścisku za szyję, nogi dyndały mu w powietrzu, ale jakoś dziwnie go to nie ruszało. Mały gnój przyjrzał mi się uważnie i zasyczał. Dziewczynka głośno zachichotała. Przestąpiłem zakłopotany z nogi na nogę. Nie byłem nawykły do śmiechu. Przestała się śmiać równie szybko, jak zaczęła. Zrobiła poważną minę, jakby coś jej się przypomniało.
– Moja przybrana mama, ciotka Ruby, powiedziała, że nie mogę zatrzymać Pana Pusia. – Pociągnęła nosem. – Powiedziała… Powiedziała, że mam go oddać… – Wzięła drżący oddech i przycisnęła futrzaka mocniej do siebie. Ramiona zaczęły się jej trząść od płaczu.
Skrzyżowałem ręce na piersi. Pomimo jej chichotów i łez wywołanych sprawą z Panem Pusiem wyczułem w niej podobny smutek do mojego.
Dziewczyna spojrzała na dom za moimi plecami.
– Też jesteś dzieciakiem z przybranej rodziny, nie? Skinąłem głową.
– Umiesz mówić? – zapytała niewinnie.
Nie mogłem pokręcić ani pokiwać głową. Na to pytanie nie było odpowiedzi „tak” lub „nie”. Owszem, umiałem mówić. Ale nie mówiłem.
Nigdy.
Przyjrzała mi się uważnie, zatrzymując wzrok na kiepskich tatuażach pokrywających moje ramiona. Wszystkie zostały wykonane przez bandziorów i nibyartystów w poprawczakach w całym stanie. Były to zaledwie surowe szkice, zadrapania zrobione spinaczami lub zaostrzonymi ołówkami, w które następnie wcierało się tusz z długopisu. Miałem plan, by kiedyś je zakryć czymś przykuwającym uwagę, imponującym i wymownym.
Gdy tylko coś takiego znajdę.
Dziewczyna spojrzała na kota i znów na mnie. Rzęsy miała mokre od łez. Czego ona ode mnie, kurwa, chciała? Chociaż na dworze było ze trzydzieści stopni, zarzuciłem na głowę kaptur.
– Dobrze się pan czuje? – Mała wytarła nos wierzchem dłoni.
Co z nią, kurwa, nie tak? To przecież ona płakała, a pyta mnie, czy dobrze się czuję.
Gówno wiedziałem o dzieciakach, choć formalnie rzecz biorąc, sam jeszcze byłem dzieckiem.
Zatrzasnąłem bagażnik wozu Marci. Tablica rejestracyjna ozdobiona krwawiącą czerwoną różą zadrżała. Odwróciłem się plecami do dziewczynki i ruszyłem podjazdem ku domowi.
– Proszę, zaczekaj! Nie przedstawiliśmy się sobie. – Dziewczynka wyminęła mnie biegiem i rzuciła się przede mnie, zagradzając mi wejście do domu. Umieściła kota w zgięciu jednej ręki, a drugą wyciągnęła do mnie. – Nazywam się Emma Jean Parish. Dopiero co skończyłam dwanaście lat, lubię magię i czytanie. Lubię też bajki, choć ciocia Ruby mówi, że jestem już na nie za stara. Nie lubię za to strasznych filmów i krzyków – nawijała jak najęta. – A ty?
Uśmiechnęła się smutno i pociągnęła nosem. Jej mała rączka wisiała w powietrzu przede mną.
Westchnąłem ciężko. W jej oczach widziałem wyraz determinacji, nie miała zamiaru mi odpuścić, dopóki jej nie odpowiem. Spojrzałem na jej dłoń i uniosłem brew.
– Nie musisz nic mówić, jeśli nie chcesz. Umiesz migać? – zapytała, a ja zdałem sobie sprawę, że patrzy prosto na mnie, abym mógł czytać z ruchu jej warg. – Nauczyłam się alfabetu migowego ze starej encyklopedii. Umiem już literować wyrazy, ale niewiele więcej.
A więc myślała, że jestem głuchy. Wielu ludzi tak myślało.
Kiedy pierwszy raz trafiłem pod opiekę systemu, zostałem skierowany na zajęcia z języka migowego, gdyż wszyscy myśleli, że nie potrafię się komunikować. Nauczyłem się tam tego i owego. Mała zaczęła migać to samo, co przed chwilą powiedziała. Używała do tego rączki, którą nie dusiła akurat kota. Wysunęła język, zawzięcie się koncentrując na tym, by każdą literę pokazać idealnie. Jak tak dalej pójdzie, nigdy nie zostawi mnie w spokoju.
W przypływie frustracji wyrzuciłem z siebie:
– Mam na imię Tristan. Nie jestem głuchy.
Dźwięk mojego głosu, niesłyszanego od wielu lat, zaskoczył mnie tak samo jak ją.
– Tristan? – Uśmiechnęła się, przekrzywiając głowę na bok. – Nie jesteś głuchy?
Pokręciłem głową.
– Tristan… – powtórzyła. Wyciągnęła rękę i chwyciła delikatnie moją dłoń. Uścisnęła ją mocniej niż niejeden dorosły mężczyzna, nie to jednak zszokowało mnie najbardziej.
Coś przeskoczyło między naszymi dłońmi. Coś pękło na drobne kawałki. Byłem zbyt młody na zawał serca, co, do kurwy nędzy, się działo?
Spojrzałem zdziwiony na nasze złączone dłonie. Nie odezwałem się do nikogo od dawna, nikt także od dawna mnie nie dotknął. To na pewno to. Otrząsnąłem się, by pozbyć się tego wrażenia, napięcie między nami jednak nadal aż buczało.
– To zabawne, nie wyglądasz mi na Tristana.
Fakt. Wyglądałem na kryminalistę. Bandziora. Nie mogłem się z nią nie zgodzić – nigdy nie pasowało mi moje imię. Tristan było imieniem dla kogoś, kto chodzi do wymyślnej prywatnej szkółki i odrabia grzecznie lekcje przed treningiem lacrosse. Nie kogoś, kto spędził więcej życia w celi niż w szkolnej sali, a ołówka używał tylko jako broni.
– Podoba mi się. – Zamyśliła się, głaszcząc kociaka. – To znaczy ładne imię. Ale nie dla ciebie. Powinieneś coś z tym zrobić. – Przycisnęła usta do głowy kota.
Zapaliłem papierosa. Ponad głową Emmy Jean dostrzegłem moją opiekunkę rozmawiającą przy stole z Marci. Uśmiechała się uprzejmie i kiwała głową. Miałem nadzieję, że się pospieszą i będę mógł stąd wreszcie spierdalać. Oparłem się o czarnego firebirda i głęboko zaciągnąłem, żałując, że dziś rano sprzedałem resztkę mojego zielska panu Arnoldowi, osiemdziesięciolatkowi, który mieszkał w domu obok bidula.
– Nawet nie zapytasz, czemu jestem taka zdenerwowana?
Pokręciłem głową, ale Emma ciągnęła niezrażona:
– Widzisz, to z powodu Pana Pusia. Przy okazji, nie znasz kogoś, kto chciałby kociaka? Bo ciotka Ruby mówi, że albo pozbędę się go dziś sama, albo zabierze go do… do schroniska.
Ścisnęła kota, który zaczął się wyrywać. Mała trzymała mocno, nie zważając na to, że niemal miażdży zwierzaka.
– I… I…
Znów zaczęła łkać. Twarz jej poczerwieniała, otworzyła szeroko usta i zacisnęła powieki, becząc w głos. Podrapałem się w nadgarstek. Kurwa, nigdy nie wiedziałem, co mam zrobić, gdy dzieciaki zaczynały wyć. Jak to się, kurwa, wyłączało? Rozejrzałem się w nadziei, że ktoś zaraz ją zabierze, ale nikogo nie dostrzegłem.
– No więc? Znasz kogoś, kto zaopiekuje się Panem Pusiem? To słodki kociak.
Pan Pusio zaprzeczył prychnięciem.
Ponownie pokręciłem głową.
Oczy Emmy Jean, już i tak wielkie, zrobiły się jeszcze większe z przerażenia. Rozpłakała się jeszcze głośniej. Wolną ręką ponownie złapała mnie za ramię. Znowu poczułem przepływ prądu, tym razem nawet mocniejszy, jakbym wsadził widelec do kontaktu.
Czemu ona mnie musi, kurwa, dotykać?
Miałem ochotę oderwać jej dłoń, ale zaciskała ją jak pitbull szczęki. Musiałbym jej połamać palce.
Zrobienie krzywdy małej dziewczynce spowodowałoby powrót do poprawczaka, a dopiero co stamtąd wyszedłem. Absolutnie nie miałem ochoty tam wracać, zwłaszcza że sędzia zapewnił, iż następnym razem będę sądzony jako dorosły.
Nie chciałem wracać do poprawczaka, a poprawczak to pestka w porównaniu do pierdla. NAPRAWDĘ nie chciałem wylądować w pierdlu.
– Nic nie rozumiesz, Tristanie! Jeśli Pana Pusia nikt nie adoptuje w schronisku, zostanie uśpiony! – Wzięła drżący oddech. – Niby nie brzmi to tak źle, bo wiesz, kto nie lubi sobie pospać… Ciocia Ruby ciągle podsypia, jak tylko nie siedzi w kasynie w Lacking. Ale nauczycielka mojej najlepszej przyjaciółki, Gabby Vegi, jest wolontariuszką w schronisku i powiedziała, że to tylko kłamstwo, które się wciska dzieciakom. – Głośno siąknęła i pochyliła się ku mnie. Z każdym słowem mocniej zaciskała dłoń na moim ramieniu. Zniżyła głos do szeptu. – Uśpienie wcale nie oznacza spania. Oznacza… – Puściła moją rękę, by zakryć obiema dłońmi uszy Pana Pusia. Potarłem ramię dłonią. – Oznacza śmierć zwierzęcia. – Z jej ust wyrwał się stłumiony szloch. Zakryła buzię dłonią i odsunęła się o krok, spoglądając na mnie błagalnie tymi wielkimi szklistymi oczami.
Byłem w stanie myśleć tylko o tym, jak spławić małą, nie zdążyłem jednak nic wymyślić, zanim zaczęła znów beczeć. Jej płacz odbijał się echem między budynkami.
Zwykle nie okazuję emocji, głównie dlatego, że nie mam ich za wiele, ale ta gówniara spowodowała, że zacząłem zaciskać i prostować palce u rąk. Musiałem jakoś sprawić, żeby się zamknęła.
Wszystko będzie dobrze – rzekłem w myślach, wzruszając przy tym nonszalancko ramionami.
– Jak? Jak ma być dobrze, skoro Pan Pusio pójdzie na karmę dla robaków? – zawyła.
Kurwa. Kurwa. Kurwaaaaa.
Ponownie zaciągnąłem się papierosem i zatrzymałem dym w płucach. Może uda mi się udusić i skrócić swoje męczarnie.
Spojrzałem na okno kuchni i napotkałem spojrzenie Marci. Kurwa, nie ma opcji, żebym został w bidulu przez tę jebaną dzieciarę.
– Zamknij się – rozkazałem. Ale mówiłem za cicho, nie usłyszała mnie. Sam siebie ledwo słyszałem.
– Nikt go nie chce! – wyła młoda. Odchyliła głowę ku niebu i rozwarła szeroko usta. Ramiona opadły jej tak nisko, że bałem się, że zaraz dotkną ziemi.
Ponownie spojrzałem w kierunku domu. Moja opiekunka socjalna stała teraz przy oknie, celując palcem w naszym kierunku.
Ja pierdolę.
Skinąłem na małą ręką, dając jej sygnał, by poszła za mną za ścianę domu. Gdy już znaleźliśmy się poza zasięgiem widoku z okna, odebrałem z jej ramion syczącego Pana Pusia.
Mała natychmiast promiennie się uśmiechnęła i entuzjastycznie pokiwała główką. Płacz ustał jak ucięty nożem. W końcu udało mi się ją wyłączyć.
– Weźmiesz Pana Pusia? – zapytała, ukazując w uśmiechu zęby, za duże w stosunku do jej głowy. Nie zaczekała na odpowiedź, której i tak bym nie udzielił. – Tak, tak, tak! Dziękuję ci, dziękuję! – wykrzyknęła, stając na palcach, by móc mnie uścisnąć.
Próbowała mnie pocałować w policzek, a ja w tym samym momencie odwróciłem głowę…Pocałunek wylądował na moich ustach. Zamarłem zszokowany. Mała również się nie odsunęła.
Sekunda. Dwie. Trzy.
Pusio, ściśnięty między nami, głośno zamiauczał. Drzwi bidula otworzyły się i zamknęły. Emma Jean oderwała się ode mnie, marszcząc brwi ze zmieszania.
Dobiegły nas głosy Marci i opiekunki.
– Gdzie on się podział? – zapytała Marci. W jej głosie pobrzmiewało zmartwienie.
– Może uciekł – rzuciła obojętnym tonem opiekunka. – Moglibyśmy go zawołać, ale i tak nie odpowie. Jest pani pewna, że go pani chce? Ci specjalni, no wie pani, „niepełnosprawni umysłowo”, sprawiają najwięcej problemów. A on zdążył już nieźle nabroić. Nie dość, że jest duży i niemy, to jeszcze potrafi być niebezpieczny.
Zaśmiałem się cicho. Ta durna suka nie miała pojęcia, do czego byłem zdolny.
Spuściłem wzrok na Emmę Jean, która przysłuchiwała się ich rozmowie z zainteresowaniem. Jej twarz poczerwieniała, a dłonie zacisnęły się w piąstki.
Marci zaczęła coś mówić, ale Emma Jean jej przerwała, wyskakując zza rogu budynku.
– Jak pani śmie! – wydarła się, celując oskarżającym palcem w opiekunkę. – Tristan nie jest niemy! Pani jest głupia i gówno wie!
Fakt, że dziewczynka, która znała mnie od jakichś dziesięciu minut, staje w mojej obronie, jakbyśmy się znali całe życie, rozbawił mnie i jednocześnie skonsternował.
– A ty kim jesteś? – zapytała opiekunka wystudiowanym, sztucznie zatroskanym głosem. Pochyliła się i oparła dłonie na kolanach, by zrównać się z Emmą Jean. – A tak w ogóle to przykro mi, ale się mylisz. Tristan nie umie mówić, kochanie. Mam go pod opieką od wielu lat. Nie odezwał się nigdy ani słowem – dokończyła i wyprostowała się.
– To tylko dowodzi, jak mało pani wie. – Emma oparła dłonie na kościstych biodrach. – Jak pani myśli, skąd wiem, jak on ma na imię? – Zrobiła efekciarską pauzę. – A tak, bo mi POWIEDZIAŁ.
– On… On mówi? – zapytała opiekunka, spoglądając na mnie ponad głową Emmy Jean.
– O boszsz… – Dziewczynka przewróciła oczami. – Nie pomyślała pani nigdy, że może on po prostu nie chce z panią rozmawiać? Albo że się nie odzywa, bo wszyscy wokół nic tylko kłapią jadaczkami i rzucają puste obietnice, a on nie chce już słyszeć ani jednego słowa więcej z pani durnych, kurewskich usteczek? – Emma mówiła tak, jakby broniła już nie tylko mnie, lecz także siebie. – To nie Tristan jest głupi, tylko PANI! – Mała aż fuknęła ze złości.
O. Ja. Pierdolę.
Marci stojąca za plecami opiekunki aż się trzęsła od ledwo powstrzymywanego śmiechu, zakrywając dłonią usta.
Emma pochyliła się, jakby chciała coś podnieść z ziemi, po czym wyprostowała się i pokazała opiekunce środkowy palec. Ta stała jak wmurowana, niezdolna nic odpowiedzieć. Emma Jean opuściła palec, ale nadal wpatrywała się w kobietę z nienawiścią w wytrzeszczonych wielkich oczach o kolorze klejnotu. To spojrzenie mogło zabić, jak laser. Jej łzy sprzed kilku chwil nabrały nowego znaczenia. Wiedziała, co to ból.
– Cytując nieśmiertelnego Boba Dylana… – Emma niemal wypluła z siebie: – „Nie krytykuj tego, czego nie potrafisz zrozumieć”.
Dziewczynka spojrzała na mnie. Opiekunka zebrała szczękę z ziemi. Mała uśmiechnęła się do mnie słodko. To była zupełnie inna Emma Jean niż ta, która płakała nad losem kota.
– Do zobaczonka, Tristan! – Ruszyła podjazdem ku ulicy, po chwili jednak się odwróciła i rzuciła pod adresem Marci: – A pani niech się nim dobrze zaopiekuje!
– Oczywiście, kochanie – odparła Marci, roześmiana.
Tym razem Emma Jean nie rozejrzała się na prawo i lewo przed przejściem na ulicę, lecz popędziła przed siebie i zniknęła między domami.
Kociak w moich ramionach zasyczał i wbił pazurki w rękaw mojej bluzy, przypominając mi o swoim istnieniu. Poprawiłem chwyt, ale dało mu to jedynie większe pole do popisu. Pazurki przebiły materiał i wbiły mi się w skórę.
Mały gnój.
Opiekunka, mamrocząc pod nosem, wsiadła do swojego buicka.
– Powodzenia – rzuciła i odjechała.
Nie spojrzałem za nią, nadal wpatrywałem się w miejsce, gdzie zniknęła Emma Jean.
Co tu się właśnie, kurwa, wydarzyło?
– Mała dziewczynka właśnie pocisnęła pani Erikson – powiedziała Marci, jakby usłyszała moje myśli. Odwróciłem się i odkryłem, że stoi obok mnie z dłonią opartą o błyszczący czarny pas, który zwisał jej na biodrze. Spojrzała na Pana Pusia. – A tobie wcisnęła kota, i to bez worka. – Uśmiechnęła się, zaciskając usta, jakby powstrzymywała śmiech. Nie rozumiałem, co ją tak cieszy. – Zakładam, że płakała i błagała cię, byś zaopiekował się tym sierściuchem.
Pusio znowu zasyczał, odpychając się ode mnie wszystkimi czterema łapami.
– Kurwa – zakląłem na głos, ponownie sam siebie zaskakując.
Marci nie skarciła mnie, tylko szerzej się uśmiechnęła.
– Ta mała dziewczynka – wskazała podbródkiem w kierunku, w którym oddaliła się Emma Jean – właśnie wykręciła ci numer stary jak świat. Znajdowanie domów bezdomnym zwierzętom… Wszystkie chwyty dozwolone. – Przycisnęła pięść do ust, a ramiona zatrzęsły jej się od tłumionego śmiechu.
Spojrzałem ponownie na parszywą kreaturę w swoich ramionach i przewróciłem oczami. Ależ byłem durny. Mała okazała się znacznie sprytniejsza, niż się wydawała.
Spojrzałem na Marci, a potem na domy po drugiej stronie na ulicy.
– Zupełnie jak ja w jej wieku – skomentowała. – Na takie trzeba uważać najbardziej: oszustki z wielkim sercem.
Emma Jean Parish. Odezwałem się do niej. Dotknęła mnie. Broniła mnie. Pocałowała mnie.
NABRAŁA MNIE.
Byłem skołowany i wkurzony.
Byłem także pod niemałym wrażeniem.
– A co to za śliczny kotek? – Marci podrapała kota po głowie. Podły gnojek zamruczał i potarł łebkiem o jej dłoń. Wyjęła mi Pana Pusia z rąk i przytuliła go do piersi. – Ta dziewczyna któregoś dnia albo podbije świat – zsunęła okulary przeciwsłoneczne z czubka głowy na oczy – albo go, kurwa, wysadzi w powietrze.
Nie wątpiłem w to. Ani przez chwilę.
Marci obeszła firebirda i otworzyła drzwi od strony kierowcy.
– Wsiadaj, pora jechać do domu.
Domu?
– A tak przy okazji, sprawdź portfel. – Marci wsiadła do samochodu i położyła sobie Pana Pusia na kolanach. Odpaliła silnik.
Wsadziłem ręce do kieszeni znoszonych dżinsów. Nic.
Ożeż kurwa mać!
Tak oto zostałem zrobiony w wała przez Emmę Jean Parish.
Po raz pierwszy, ale nie ostatni.ROZDZIAŁ 2
Emma Jean
WIEK: DWANAŚCIE LAT
TRISTAN.
Przefantastyczne imię.
Miał tatuaże. I to dużo.
No i był wysoki. I tajemniczy.
Palił papierosy. Wiem, że palenie szkodzi, ale i tak do niego pasowało.
Ta cipa w garsonce myliła się co do niego. Nie był ani niemy, ani głupi. Widziałam w jego złotych oczach błysk inteligencji.
Jest idealny.
Nigdy wcześniej nie pomyślałam o nikim, że jest idealny. Nigdy nawet nie podobał mi się żaden chłopak.
Aż do teraz.
Kiedy go dotknęłam, poczułam między nami przepływ energii, iskrzenie. Wiem, że on też to poczuł, bo wyglądał na poruszonego.
Zaiskrzyło. Na pewno czytałam o tym w jakiejś bajce. I to nie było takie zwykłe kopnięcie prądem, bo nigdzie w pobliżu nie było dywanu ani nie byłam boso.
Spojrzałam na podarty parciany portfel w dłoni i naszła mnie dziwna chęć, by go zwrócić.
Hmm… To jakaś nowość.
Nigdy wcześniej nie odczuwałam poczucia winy. I nie miałam zamiaru tego zmieniać. Odepchnęłam od siebie obce myśli, za bardzo pragnęłam zajrzeć do portfela. Dowiedzieć się więcej o tym Tristanie, tak innym od wszystkich ludzi, których kiedykolwiek poznałam.
Wydobyłam z portfela prawo jazdy. Tristan Paine. Nie miał drugiego imienia.
Ja też nie miałam. Miałam dwa pierwsze imiona. Moi rodzice umarli niedługo po tym, gdy się urodziłam, więc wymyśliłam sobie własną historię moich dwóch imion. Mama chciała mnie nazwać Emma, a tata Jean. Zawarli więc kompromis i tak zostałam Emmą Jean. Oczywiście stali wtedy nad moim łóżeczkiem, trzymając się za ręce i przypatrując mi się z miłością w oczach. Śpiewali mi też kołysanki, a ich głosy były idealnie zgrane. Zmyślałam niemal przez cały czas. To był mój sposób na ucieczkę.
Teraz na przykład zmyśliłam cichego, niegrzecznego księcia.
Tristan.
Kilkukrotnie wypowiedziałam w myślach jego imię.
Ciotka Ruby weszła do salonu z rozczochranymi włosami i petem zwisającym jej z ust. Na podbródku miała rozmazaną szminkę.
Szybko schowałam portfel za firanką.
– Co tam masz? – zapytała, sięgnęła za moje plecy i wyciągnęła go.
Spanikowana próbowałam jej go wyrwać.
– Nie! To moje!
– Cicho, dziecko. Obie dobrze wiemy, że to nieprawda.
Miałam DWA imiona. Ciotka Ruby nigdy nie używała żadnego z nich. „Dziecko” było najmilszym z jej określeń wobec mnie.
Nie zadała sobie trudu, żeby rzucić okiem na dowód osobisty ani prawko. Interesowała ją wyłącznie gotówka. Wyjęła z portfela złożony kawałek papieru i obrzuciła go wzrokiem, po czym upuściła na podłogę. Następnie policzyła banknoty. Trzydzieści cztery dolary. Rzuciła mi portfel pod nogi, a pieniądze wsadziła sobie za stanik.
– Twoje małe hobby wreszcie się na coś przydało – wymamrotała, nadal z petem w pomarszczonych ustach. Wzięła kluczyki do samochodu ze stolika w holu zawalonego szpargałami. Nie powiedziała, dokąd się wybiera. Nie musiała.
Kasyno w Lacking, dwa miasteczka od naszego. Nigdzie indziej nie bywała.
Zgasiła peta i zapaliła kolejnego papierosa. Podniosła z podłogi torebkę, otworzyła drzwi wejściowe i wzdrygnęła się, gdy słońce zaświeciło jej w oczy. Osłoniła je dłonią. Nie raczyła się nawet pożegnać, po prostu wyszła, nadal mając na twarzy resztki wczorajszego makijażu.
Usiadłam na podłodze i podniosłam kawałek papieru, który upuściła.
Ramiona opadły mi w wyrazie bezradności. Naprawdę musiałam mu oddać portfel.
Może…
Spojrzałam na świstek. Okazało się, że to zdjęcie. Był na nim mały Tristan i kobieta o takich samych oczach jak jego. Obejmował ją ramieniem, oboje się uśmiechali.
Serce zabiło mi żywiej.
– Emma Jean! – wykrzyknęła Gabby, wpadając przez otwarte drzwi wejściowe.
Jej starsza siostra, Mona, deptała jej po piętach. Mona zignorowała mnie i popędziła po schodach na piętro. Gabby wyglądała na spanikowaną. Długie ciemne włosy posklejały jej się na czole od potu. W oczach miała łzy.
– Co? – zapytałam. Wstałam i schowałam zdjęcie do kieszeni.
– Wyjeżdżam – wyszeptała. – Marco, mój brat, bierze mnie i Monę do siebie.
– Kiedy? – zapytałam przerażona. Gabby była całym moim światem.
– W przyszłym miesiącu – odparła i popłakała się.
Tej nocy, gdy leżałam w łóżku z moją przybraną siostrą i najlepszą przyjaciółką śpiącą obok mnie, ciotka Ruby wtoczyła się do kuchni z jakimś facetem. Oboje byli roześmiani. Próbowałam odciąć się od ich głosów, zaciskając powieki. Nie mogłam przestać myśleć o tym, że Gabby wkrótce wyjedzie. Wyjęłam spod poduszki zdjęcie, które przycisnęłam do piersi.
Chciałam zasnąć. Wyobrażałam sobie, że jestem księżniczką zamkniętą w wieży, czekającą, aż Tristan przybędzie, by mnie uratować. On także był jednak uwięziony i tylko ja mogłam mu pomóc. Widziałam, jak wyciąga ku mnie dłoń, ale choć próbowałam z całych sił, nie mogłam go dosięgnąć.
Ostatnie, co zobaczyłam przed zapadnięciem w sen, to złote oczy pierwszego chłopaka, którego pocałowałam.
Mojej pierwszej miłości.
Mojej zguby.Tristanie,
wybacz, że ukradłam twój portfel. Oto trzydzieści cztery dolary, które w nim były, plus pięć dolarów odsetek. Moja ciotka ukradła te pieniądze i wydała je na hazard, więc zarobiłam je, sprzedając lemoniadę z wódką za szkołą.
Nadal mam Twoje zdjęcie. Czy mogłabym je jeszcze trochę potrzymać? Jesteś na nim taki radosny. Uśmiecham się na jego widok, nawet gdy jest mi bardzo smutno.
Jeszcze raz przepraszam. Chyba po raz pierwszy w życiu szczerze. Chciałam Ci oddać portfel, ale w domu opieki powiedziano mi, że się wyprowadziłeś. Mam nadzieję, że podoba Ci się w nowym domu.
Muszę już lecieć. W telewizji puszczają nowy show z udziałem magików, uwielbiam go.
Emma Jean Parish
PS Mam nadzieję, że nie przeszkadza Ci, że do Ciebie piszę. W bidulu nie chcieli mi podać Twojego adresu, ale obiecali, że wyślą Ci ten list.
Wszelkie błędy są wybaczalne,
jeśli tylko ma się odwagę do nich przyznać.
BRUCE LEEEmmo Jean Sztuczko,
możesz zatrzymać sobie to zdjęcie, jak długo zechcesz, tylko proszę, pilnuj go i oddaj mi je kiedyś. Mój nowy dom jest zupełnie inny niż poprzednie, myślę, że mi się tu spodoba.
Magia? W sensie karciane sztuczki? To do Ciebie pasuje, biorąc pod uwagę, jaka z Ciebie kuglarka – w końcu nie dość, że wcisnęłaś mi kota, to jeszcze gwizdnęłaś mi portfel.
Od teraz będę do ciebie mówił Sztuczka!
Co cię tak smuci, że potrzebujesz mojego zdjęcia na rozweselenie?
T.Tristanie,
dziękuję, że mi odpisałeś! Dobrze wiesz, że życie dzieciaka w systemie opieki społecznej nie jest za wesołe. Zawrzyjmy układ. Nie będę pisać o gównianych rzeczach, jeśli ty także nie będziesz o nich pisał. Pisanie do Ciebie to jedna z dobrych rzeczy.
Sztuczka? Nigdy nie przepadałam za ksywkami. Pewnie dlatego, że zawsze odnoszą się do moich włosów. Loczek, Sierotka Marysia, Kołtun… Zero oryginalności. Poza tym lubię swoje włosy. Co drugi dzień...
Owszem, kocham magię. Zawsze kochałam. Oszukiwanie innych jest trochę jak magia, tyle że dostarcza więcej emocji.
Znam wszystkie karciane triki. Potrafię rozwiązać większość węzłów. A, no i uwielbiam cytaty. Przyklejam wycinki ze złotymi myślami taśmą do ścian pokoju.
Nigdy wcześniej nikomu tego nie mówiłam, ale uwielbiam też pisać opowiadania. Głównie bajki.
Zdradź mi jakiś swój sekret. Coś, czego nikomu wcześniej nie mówiłeś.
Sztuczka
PS Uwielbiam tę ksywę!
Wszyscy mamy w sobie magię.
J.K. ROWLINGSztuczko,
uważam, że powinnaś kochać swoje włosy każdego dnia. Są jedyne w swoim rodzaju, zupełnie jak Ty. Musisz mi kiedyś pokazać kilka karcianych sztuczek. Ja potrafię tylko przetasować talię, ale jeden z moich nowych braci uwielbia gry karciane i komputerowe, i… wszelkie inne.
Nie musisz mi opowiadać o smutnych rzeczach. Ja nie będę opowiadał o swoich. Zresztą, szczerze mówiąc, raczej nie bywam smutny. Mam to nawet w aktach.
Dziś pierwszy raz w życiu zrobiłem coś… Nie, nie mogę Ci o tym napisać. Ale poczułem się dobrze. Jakbym znalazł swoje miejsce na ziemi. Chciałbym, żebyś mogła poznać moją nową rodzinę. Są podobni do Ciebie, niezłe z nich sztuczki.
Mój sekret? W ten dzień, kiedy Cię poznałem, dotknęłaś mnie i byłaś pierwszą osobą od bardzo długiego czasu, która to zrobiła. Czułem się, jakbym żył w szklanej bańce, a Tobie udało się ją rozbić. Od tego dnia codziennie czuję się coraz lepiej. Można powiedzieć, że zadziałała na mnie Twoja magia.
T.
PS Obejrzałem dzisiaj show magiczny. Jeśli potrafisz sprawić, że zniknie Wieża Eiffla, obiecuję się tam pojawić!Tristanie,
Twój sekret… ŁAŁ. Ja też coś poczułam tego dnia. Winę. Po raz pierwszy w życiu czułam się winna, że kogoś okradłam.
Cieszę się, że Ci w czymś pomogłam. Ale nie sądzę, żebym miała jakieś supermoce. Chociaż byłoby świetnie. Po Twoim ostatnim liście przez dwie godziny próbowałam przesunąć książkę po stole za pomocą siły umysłu.
Niestety nic z tego.
Bardzo się cieszę, że znalazłeś swoje miejsce na ziemi.
Naprawdę. Mam nadzieję, że mi też kiedyś się to uda.
Wiem, że miałam nie pisać o smutnych rzeczach, ale moja najlepsza przyjaciółka, Gabby, wyprowadza się jutro do swojego brata. Jest dla mnie najważniejszą osobą na świecie, wszystkim, co mam. Nie wiem, co ja bez niej zrobię. Cioci Ruby ciągle nie ma w domu, a kiedy już jest, tylko na mnie krzyczy i mnie wyzywa albo sprowadza obcych facetów, którzy też mną pomiatają.
Napisz mi, proszę, że jesteś szczęśliwy. To mi bardzo pomoże. Może ja też kiedyś trafię w jakieś miejsce, gdzie zaznam szczęścia.
A może mógłbyś mnie kiedyś odwiedzić? Albo ja Ciebie?
Mam pieniądze na bilet autobusowy, jakby co.
To znaczy nie mam, ale da się załatwić. Tylko napisz mi, gdzie mieszkasz.
Emma Jean
Ci, którzy wiedzą, gdzie ich miejsce, mają odwagę być niedoskonałymi.
BRENÉ BROWNROZDZIAŁ 4
Emma Jean
BYŁO JUŻ PÓŹNO. Powinnyśmy były spać od wielu godzin, ale każde tyknięcie zegara zbliżało nas do odjazdu Gabby.
Leżałyśmy w ciemnościach na moim podwójnym łóżku, świecąc małą kieszonkową latareczką na cytaty, które poprzyklejałyśmy do ścian, wycięte z książek, gazet i magazynów w ciągu pięciu wspólnych lat w jednej rodzinie zastępczej.
– To wciąż mój ulubiony cytat – odezwała się Gabby, po czym chwyciła mnie za dłoń i skierowała światło latarki, którą trzymałam, na niewielki podarty kawałek papieru u dołu ściany, tuż nad moim łóżkiem.
Widniało na nim: „Jak pisze się miłość? Miłości się nie pisze, ją się czuje”² – anonim.
Gabby westchnęła dramatycznie i puściła moją dłoń. – Znalazłaś gdzieś, kto to napisał? – zapytałam, trącając ją ramieniem.
– Nie, ale kiedyś znajdę. – Czułam, że się uśmiecha.
– To z Kubusia Puchatka – jęknęła Mona, starsza o dziesięć miesięcy siostra Gabby, ze swojego łóżka po drugiej stronie pokoju. – A teraz: czy możecie się uciszyć, żebym się wyspała chociaż ostatniej nocy w tym domu?
Usłyszałam szelest pościeli i domyśliłam się, że przewróciła się na drugi bok i nakryła głowę poduszką.
Zamilkłam. Wiedziałam, że Gabby się domyśla, iż słowa Mony dobitnie mi uświadomiły, co przyniesie jutro.
– Chodź tu – wyszeptała głośno, przyciągając mnie do siebie.
Odsunęłam od siebie myśli o jutrze i postanowiłam być tu i teraz. Gabby i ja zaczęłyśmy chichotać, przytulając się jeszcze mocniej i splatając razem nogi.
– Ten jest mój ulubiony. – Skierowałam światło latarki na ścianę. – „Rzućcie mnie na pożarcie wilkom, a ja zostanę przywódcą stada”.
– Wow. Okej, zmieniłam zdanie. To także mój ulubiony – oświadczyła Gabby. – Ej, czekaj, a ten: „Jeśli potrzebujesz bohatera, zostań bohaterem”.
– To mój ulubiony – orzekłyśmy obie naraz.
Mona ponownie jęknęła. Tym razem zgasiłam latarkę, ale Gabby nie kwapiła się wrócić do własnego łóżka. Rzadko sypiałyśmy oddzielnie.
– Wiesz, Mona jest moją rodzoną siostrą, a ja i ty nie jesteśmy krewnymi, ale dla mnie jesteś jak siostra. Wybrałam cię i myślę, że w pewien sposób jest to nawet ważniejsze niż pokrewieństwo.
W jej głosie wyczułam, że zbiera jej się na płacz. Sama czułam pieczenie pod powiekami. Chwyciłam ją za dłoń i ścisnęłam mocno.
– Tak, jesteśmy siostrami, już na zawsze. – Pociągnęłam nosem. – Ja ciebie też wybrałam.
Gabby mnie objęła i leżałyśmy tak przytulone, popłakując cicho w ciemnościach.
– To niesamowite, prawda? Że wybrałyśmy siebie nawzajem – spytała Gabby, siąkając.
– Tak, to niesamowite – zapewniłam ją. Przycisnęłam policzek do jej policzka, nasze łzy się połączyły.
– Ale nie wystarczy, żebyśmy mogły zostać razem – wymamrotała Gabby. – Wolałabym mieszkać w domu zastępczym z tobą niż z bratem bez ciebie.
– Nie, nie możesz tak myśleć – odpowiedziałam. – Twój brat wyszedł z więzienia. Zabiera ciebie i Monę do domu. Powinnaś się cieszyć. Nie pozwalam ci się smucić z mojego powodu.
– A jednak jakoś nie mogę się cieszyć. – W jej głosie słyszałam ból. – Trafiłam do systemu opieki jako małe dziecko. Nie pamiętam miasta, w którym się urodziłam. Marca nie pamiętam zupełnie. Nic o nim nie wiem. A tunagle on chce, żebyśmy znów byli rodziną, chociaż przez tyle lat nawet ani razu nie zadzwonił, nie mówiąc już o wizycie.
– Ale to twój brat. Wracasz do domu. Masz szczęście – przypomniałam jej.
– Pewnie masz rację. – Westchnęła.
Włączyłam ponownie latarkę i skierowałam jej światło na ścianę.
– Patrz. – Trąciłam Gabby łokciem.
Uniosła wzrok i odczytała słowa, które podświetliłam:
– „Odległość znaczy tak niewiele, gdy ktoś znaczy tak wiele…”
Gabby chwyciła latarkę i skierowała ją na środek ściany, na najnowszy cytat. Przykleiłyśmy go tam w zeszłym miesiącu, kiedy dowiedziałyśmy się, że Gabby odchodzi.
Tym razem to ja odczytałam cytat na głos:
– „Jak wielkie mam szczęście, że coś sprawia, że tak trudno mi się pożegnać”.
Zdławiłam szloch i mocniej przytuliłam Gabby.
– Nie rozstajemy się na zawsze – powiedziałam przez łzy.
– Zmuszę Marca, żeby cię do nas sprowadził. Musi cię wziąć! – wykrzyknęła cicho Gabby.
Pokręciłam głową.
– To tak nie działa, doskonale o tym wiesz.
– Coś wymyślę, obiecuję – wyszeptała. – Jesteśmy drużyną, nie dam się zastąpić.
Zachichotałam.
– Ciebie nie da się zastąpić, jesteś najlepszą przyjaciółką na świecie.
Gabby w końcu zasnęła, nadal spleciona ze mną w uścisku. Leżałam, wpatrując się w sufit. W dłoni ściskałam niewielki wisiorek w kształcie serca, w którym umieściłam zdjęcie Tristana i jego mamy. Jutro, gdy Gabby odjedzie, będę potrzebowała pociechy, którą z niego czerpałam.
Światło poranka przesączyło się przez moje powieki. Poderwałam się gwałtownie i odkryłam, że Gabby nie leży już koło mnie. Zniknęła. Jej łóżko było puste, pościel zniknęła. Wszystkie jej rzeczy, zwykle porozwalane po całym pokoju, także zniknęły.
Poczułam ucisk w piersi, oczy mnie piekły.
Ciesz się jej szczęściem – napomniałam sama siebie.
Na stoliku obok mojego łóżka leżała kartka papieru. Podniosłam ją. Łzy, które próbowałam wstrzymać, popłynęły wartkim strumieniem.
„Nie jesteśmy siostrami jednej krwi, lecz serce moje było Twoje, gdy tylko stanęłaś u drzwi” – anonim.
Przycisnęłam karteczkę do serca i wzięłam głęboki oddech. Powtarzałam sobie, że Gabby wróciła do domu. Do swojej rodziny. Myśl o jej szczęściu pozwoliła mi zebrać się w sobie na tyle, by móc zejść na parter.
Ku wielkiemu zdziwieniu znalazłam tam Monę i Gabby. Obejmowały się, Mona płakała.
– Co ja złego zrobiłam? To nie fair! – łkała Mona.
– Co się stało? – zapytałam.
Moja opiekunka socjalna, pani Andrews, stała w drzwiach salonu z udręczoną miną.
Kurde, co tym razem zbroiłam?
– Eee… Co pani tu robi?
Kobieta westchnęła.
– W zeszłym tygodniu rozmawiałam z Ruby. Nastąpiła pomyłka. Marco nie zabiera Gabby i Mony.
Zmarszczyłam nos, kompletnie skołowana.
– To bez sensu. Nic nie rozumiem. One zostają? Ale myślałam, że…
Pani Andrews pokręciła głową.
– Ruby nie słuchała chyba uważnie, co mówię. – Fuknęła ze złości. Sięgnęła do swojej torby, wydobyła z niej teczkę i wręczyła mi ją.
Pierwsza strona wyglądała na jakiś oficjalny nakaz, ale nie mogłam zrozumieć, co było w nim napisane.
– Marco nie zabiera Gabby i Mony – wyjaśniła pani Andrews. – Zaznaczył, że ubiega się o opiekę nad Gabby i…
Nie słuchałam, co mówi, tylko patrzyłam na dokument. Obok nazwiska Gabby widniało MOJE nazwisko.
– To na pewno jakaś pomyłka. Nie znam Marca. Nie jestem jego rodziną. To Mona jest jego siostrą, nie ja.
Kobieta wzruszyła ramionami.
– To nietypowa sytuacja, ale wypełnił wszystkie właściwe dokumenty, załatwił sprawy z prawnikiem i uzyskał podpis sędziego. Ja jestem tylko posłańcem, wypełniam polecenia.
Mona odkleiła się od Gabby i zmierzyła mnie wściekłym spojrzeniem zaczerwienionych oczu. Pomimo różnicy wieku wyglądały jak bliźniaczki, tyle że Mona miała włosy ścięte na pazia, a Gabby sięgające pasa.
Serce mi się krajało na myśl o niej. W głowie miałam mętlik. Mona była nieco sztywna, ale nigdy nie zachowywała się wobec mnie wrogo. Była raczej kimś w rodzaju wkurzającej starszej siostry, która woli odrabiać lekcje niż obrabiać cudze kieszenie. Ale i tak mi na niej zależało. Jej typowa powaga przerodziła się w radość, gdy się dowiedziała, że zamieszka z Markiem.
Pani Andrews otworzyła drzwi frontowe.
– Zaczekam w samochodzie. Masz pięć minut na spakowanie się. – Spojrzała na Monę. – I pożegnanie.
– To jakaś pomyłka – stwierdziłam ponownie, nie mogąc uwierzyć w to, co się dzieje.
– To żadna pomyłka – odrzekła Mona. Pociągnęła nosem i wytarła go wierzchem dłoni. – Marco mnie nie chce. Chce Gabby i CIEBIE.
------------------------------------------------------------------------
1.
2 A.A. Milne, Kubuś Puchatekw przekładzie Ireny Tuwim.Sztuczko,
KTO KURWA ŚMIE CIĘ WYZYWAĆ?! Ciotka Ruby?
Bije cię? Bo jeśli tak… Albo jeśli ktokolwiek inny tknie Cię choćby palcem…
Rozmawiałem z Marci i Brzuchem, ludźmi, którzy mnie przygarnęli. Obiecali, że skontaktują się z opieką społeczną i Ciebie też przygarną. Nie pozwolę, żeby Twoja ciotka i jej fagasy tak Cię traktowali. Rzadko bywam szczęśliwy, a teraz jestem wręcz niemożliwie wkurwiony!
Na końcu listu napisałem Ci mój adres, nie musimy się już kontaktować przez opiekę. Ty też napisz mi swój. Mam też telefon komórkowy. Napiszę Ci numer. Dzwoń, gdy tylko będziesz czegoś potrzebować albo po prostu będziesz chciała pogadać. Rozmowa będzie jednostronna, ale cóż – przynajmniej wiesz, że umiem słuchać. Mogę nawet pożyczyć samochód Marci i sam po Ciebie przyjechać. Wyrwę Cię stamtąd, Sztuczko. Choćby nie wiem co.
P.
PS Moja rodzina nadała mi nowe imię – Ponury.Sztuczko,
nie odpowiedziałaś na mój ostatni list. Kiedy dostałem go z powrotem, zrozumiałem dlaczego. Nawet go nie otrzymałaś. Marci zadzwoniła do opieki, powiedzieli jej
tam, że Twoje akta zostały utajnione, a Ciebie samą dokądś przeniesiono i nie mogą ujawnić dokąd. Powiedzieli jej też, że nie mogą odbierać i przekazywać Twojej poczty. Sam nie wiem, po co piszę ten list.
Udało mi się namierzyć jebaną cioteczkę Ruby, ale była kompletnie napierdolona. Wspominała jedynie coś o Twoim bracie Marcu, ale nigdy nie mówiłaś o rodzeństwie, nie mam jak go namierzyć. Akta Gabby również zostały utajnione, więc jej też nie mam jak znaleźć. Mam nadzieję, że może jakimś cudem jesteście razem i że jesteś szczęśliwa, gdziekolwiek mieszkasz.
To wszystko nie ma sensu. Jakbyś się zapadła pod ziemię. Gdzie jesteś, Sztuczko?
P.
PS Marci porysowała samochód Ruby nożem. Ta szmata sobie na to zasłużyła. I na znacznie więcej.
więcej..