Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Pestki - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
13 marca 2019
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Pestki - ebook

Intymne zapiski o uwikłaniu w powinności i konieczności, o tym, co trzeba i co należy. Opowiadania układają się w historię o dziewczynie, która wtłoczona w świat utkany ze słów matki, babci, koleżanek, nauczycielek, chłopaków, kochanków, partnerów, pełen konwenansów i zasad zaczyna kawałek po kawałku tracić swoje życie. To ślady jej próby odnalezienia się w rzeczywistości, której sztywne ramy nie znoszą sprzeciwu, inności i wrażliwości.

Codzienność składa się z gestów i słów. Czasem zostawiają one w nas mikrourazy, drobne skaleczenia, które nie chcą się goić i układają się w kolejne warstwy smutku. Czy poczucie osamotnienia jest ceną za nadwrażliwość na świat?

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-7515-589-1
Rozmiar pliku: 690 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

– Jesteś dziewczynką urodzoną na granicy północy – powiedziała mama, która urodziła mnie w środku nocy i nie wiedziała, czy to już, czy jeszcze nie. Nikt tego nie wiedział i nikogo to nie obchodziło. Wpisali dzień, chociaż była noc. Mówiła, że nic z tej nocy nie pamięta.

Nikt nie zna swojego początku, bo pierwsze wspomnienie zostaje na zawsze w matce, która może jeszcze długo rodzić opowieści o skurczach i płaczu, o tajemnicy przemienienia krwi w krew, oddechu w pierwszy krzyk. Nie dowiedziałam się, że dla matki to była najgorsza ze wszystkich nocy. Noc jak ciemny kąt, który rozwierał się czasem w matczynych snach, otwierał się w jej krzyk, przerwany biciem zegara i głosem położnej, której nie widziała, bo ta siedziała gdzieś nisko, niżej niż nogi mamy, niż białe prześcieradło, wypatrywany godzinami sufit, niż brzuch, a może nawet niżej niż podłoga ułożona w niebieskie romby.

– O, już północ.

Rozległ się płacz dziecka.– Urodziłam dzikie dziecko – powiedziała mama, głaszcząc mnie po głowie. – Było zupełnie dzikie, miało ptasi puch zamiast włosów i patrzyło na mnie jak schwytane w zasadzkę zwierzę. Zbyt słabe na samotność. Musiało dać się oswoić.

To było dzikie dziecko, które musiałam wyprowadzać na ludzi. Kazałam mu skakać przez przeszkody, chodzić na czworakach, podnosić wysoko głowę, stawać na dwóch łapach.

Uczyłam je komend i znaczenia słów, oczekiwań i gestów, kolejności liter i cyfr. Uczyłam je, jak być człowiekiem, jak się ukryć w tłumie, jak iść gęsiego za babcią i matką, za koleżankami i nauczycielkami, jak prowadzić potem córki i wnuczki. Jedna za drugą.

Uczyłam je, jak trzymać się ścieżki, jak nie dać po sobie poznać, jak pazury chować pod paznokciami.

Wszystkie dzikie dzieci trzeba oswoić i oddać światu. Na zawsze trzeba o nich zapomnieć, aż one same zapomną, że kiedyś były dzikie.– Jesteś na to za duża. Za duża na to, żeby cię karmić i tak się z tobą cackać. – Mama położyła przede mną łyżeczkę z plastikową rączką. Przeczytała ostatnio, że dziecko nie może tak po prostu umrzeć z głodu, a przynajmniej nie jej dziecko, nie w tej kuchni, nie przy parującym z talerza obiedzie. W książce radzili, żeby nie zwracać uwagi i nie rozmawiać, dopóki dziecko nie zje. Żadnych pertraktacji. Więc matka nic nie mówiąc, wyszła z kuchni, a ja zaczęłam płakać na słono do rosołu.

Słowa, którymi kiedyś karmiła mnie mama, były białe i miały smak owocowej kaszki. Podawała mi je na łyżeczce, _jeszcze za mamusię, jeszcze za tatusia_, _jesteś najpiękniejsza, najmądrzejsza, najsłodsza_. Mama karmiła mnie manną, łyżeczką, utuleniami, ramionami, słodkim słowem. Karmiła mnie, a ja karmiłam się nią i byłam wówczas przyjemnie mleczna i lekka. Gdybym tylko chciała, mogłabym odepchnąć się rączką od ziemi i polecieć w górę jak biały obłok przyczepiony do wstążki matczynego głosu.

Ale ja nie odleciałam dalej i wyżej, tylko zostałam tutaj, sama przy kuchennym stole, bo jestem już za duża, chociaż czuję się wciąż tak samo mała.– Jak będziesz duża, to zrozumiesz – odpowiedziała babcia, kiedy zapytałam o dziadka. Nic o nim nie wiedziałam. One czasem rozmawiały o nim półsłówkami w kuchni, a mama zamykała wówczas drzwi.

– To są sprawy dorosłych. Idź się bawić.

Kładłam się na szorstkim dywanie w pokoju, patrzyłam na brzozową okleinę drzwi kuchennych i bawiłam się w dom dziadka. Dziadek cały był ze skrawków opowieści, ze słów wpadających mi do ucha przez dziurkę od klucza, przez mleczną szybę i szparę pod drzwiami, którą przeciskały się dwa kobiece głosy. Miał twarz aktora, który grał dziadka w telenoweli, i ubrany był w mundur ze zdjęcia znalezionego w rodzinnym albumie. Może to był babciny brat albo stryjek, albo może w ogóle jakiś obcy mężczyzna, który wkradł się do naszego drzewa genealogicznego i nie będąc niczyim ojcem ani synem, został moim dziadkiem.

Dziadek mieszkający za kuchennymi drzwiami był _świnia, cham i prostak_, chociaż w to nie wierzyłam, bo mama mówiła_, że już bez przesady_. Miał też wnuczkę albo córkę, albo może jakąś drugą babcię, co to _akurat na starość się nim zajmie, niedoczekanie_, a poza tym to _co to jest za baba_. Biedny dziadek myślał, że _jak młodsza_, tu nie dosłyszałam, a teraz _płacze, że ma jak ma_. Nie wydawało mi się, żeby dziadek w mundurze i z wąsikiem mógł kiedykolwiek płakać. Był przecież pilotem wojskowym, bo _nic, tylko lata_, a babcia mu _walizki nieraz wystawiła za drzwi_, a jak _na wojnę pójdzie_, to _po moim trupie_.

Leżałam na dywanie i myślałam, że bardzo chciałabym być już dorosła i zrozumieć. Gdybym była dorosła, weszłabym tam i zapytała, kim jest ten dziadek i ta pani, i czy on rzeczywiście umie latać. A przede wszystkim, czy mógłby mnie kiedyś zabrać na tę wojnę.– Jesteś jeszcze dzieckiem – powiedziała do mnie prababcia, a ja nie rozumiałam, o co jej chodzi, bo nie wiedziałam jeszcze, jak to jest być lub nie być czymkolwiek.

Nie rozumiałam, bo prababcia żuła głoski, jakby były skórkami chleba pływającymi wokół jej łóżka – wielkiej, rzeźbionej łodzi. Na dnie, wśród falujących kołder i poduszek, leżała maluteńka twarz. Ja, uczepiona burty łóżka, zaglądałam na pokład i patrzyłam, jak pienią się te pierzyny i prześcieradła, koce, chusteczki, pilot do telewizora, woreczek z suszonym geranium, foliowa torebka z lekarstwami, termofor i ta malutka, maluteńka twarz jak orzech włoski unoszący się na powierzchni morza.

Prababcia nie wstawała od wielu lat i codziennie na mnie czekała, co ja zrozumiałam dużo później. Czekała, aż przyjdę i przyniosę jej trochę życia z lądu, od którego ona odpływała coraz dalej i dalej. Kiedy przychodziłam, prababcia kołysała się lekko i podnosiła, żeby mnie lepiej obejrzeć, żeby mnie dotknąć suchą ręką, żeby zobaczyć, że świat się razem z nią nie skończy.– Podziękuj ładnie! – Pewnego dnia drzwi do prababcinego pokoju były otwarte, a łóżko przykryto plandeką grubej, kwiecistej kapy. Zniknęła prababcia i zagłębienie w pościeli po prababci. Zapadła całkowita cisza, nie było słychać skrzypienia jej oddechu, westchnień i pomruków. – Odeszła – powiedziała babcia, a że nie widziałam nigdy, żeby chodziła, pomyślałam, że jak siwa pliszka po prostu uleciała uchylonym lufcikiem.

A potem zleciało się do nas stado ciotek. Wszystkie czarno-siwe, prawdziwe wrony, które wrzeszczały, zawodziły i szczypały mnie w policzki. Wszystkie mówiły do mnie: _dziecko_, bo nie pamiętały, jak mam na imię. Pytały, ile mam lat, a potem czy się dobrze uczę, chociaż nie chodziłam jeszcze do szkoły. Ciągle coś do siebie mówiły i co chwilę któraś nagle podrywała się do lotu, do kuchni, po herbatę, po ciasto, po ciasteczka, a reszta kołysała się dalej na krawędzi kanapy.

– Zjedz, dziecko – mówi jedna i mruga niebieskimi błonami powiek. – No, zjedz.

– No, podziękuj cioci i zjedz – ponagla babcia.

– Kiedy mi nie smakuje – mówię, a babcia różowi się, a potem czerwieni. Patrzy na mnie z wyrzutem. Na mnie i na nadgryzione ciastko czekoladowe, pokryte białą warstewką kurzu. Czułam, jak czekolada pomału się rozpuszcza, i czekałam, aż babcia się odwróci, żebym mogła wytrzeć palce w obrus.

– Już ci nigdy nic nie przyniosę – mówi ta, która chwilę temu wyciągnęła ciastka z foliówki. – Nieładnie, bardzo nieładnie. – I urażona odwraca się w stronę babci, której teraz kracze na ucho to i owo o _niedobrych dziewczynkach, niejadkach_ i że _kto to widział takie grymaszenie_. A babcia słucha i kiwa swoją gołębią głową, potakując i zaprzeczając jednocześnie, grucha jakieś niezrozumiałe sylaby, że _tak, no tak, nie, nie_. I patrzy na mnie z takim wyrzutem, że żałuję, że nie połknęłam tego ciastka w całości.

– Ale ty mi wstyd przynosisz – mówi babcia wieczorem, kiedy wszystkie ciotki odleciały, trzepocząc jeszcze chwilę słowami i uściskami nad moją głową.

– Jak następnym razem przyjdą, to wezmę i zjem.

– Następnym razem to już mnie nie będzie obchodziło. Bo to do mnie przyjdą.– Wszyscy umrzemy – westchnęła babcia i omiotła nagrobek z liści i małych, czerwonych robaków. Siedziałam obok i patrzyłam, jak wylewa na szmatkę mleczny płyn i energicznie trze płytę. Potem przyszła koleżanka babci, która miała obok nas męża i syna. My miałyśmy prababcię z lastryko i wyobrażałam sobie, że nasza staruszka była świętą z egzotycznej wyspy, do której dopłynęło w końcu jej łóżko. I wygrywałyśmy z tą panią na daty, bo nasza prababcia sięgała początków zeszłego stulecia.

– Ładnego wieku mama doczekała – powiedziała do babci pani, omiatając męża z synem.

Jaka mama?, myślę sobie, bo przecież mama jest w pracy. I wtedy właśnie, w samo południe, przyszła do mnie śmierć. Zimny powiew nie wzbił w powietrze nagrzanego

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij