Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Pętla - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
5 września 2026
19,00
1900 pkt
punktów Virtualo

Pętla - ebook

Czasem wszystko zaczyna się od jednego spojrzenia. Jola ma za sobą lata małżeństwa, w którym dawno wygasło wszystko, co kiedyś ich połączyło. Jest jeszcze dom, codzienne obowiązki i przyzwyczajenie — ale czy można nazwać życiem coś, co od dawna przypomina jedynie oczekiwanie? Andrzej pojawia się w jej świecie niemal przypadkiem. Ale w tej historii nic nie jest tak proste, jak mogłoby się wydawać. Bo kiedy w grę wchodzą miłość, lojalność, rodzinne więzy i dawne tajemnice, każdy gest może mieć swoje konsekwencje. A granica między przypadkiem a przeznaczeniem bywa zaskakująco cienka. „Pętla” to opowieść o miłości, która pojawia się w najmniej odpowiednim momencie, o ludziach próbujących wyrwać się z własnych ograniczeń i o tym, jak łatwo stracić kontrolę nad historią, którą samemu się rozpoczęło. Czy można naprawdę zacząć wszystko od nowa? I czy od przeszłości da się uciec?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 11 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

5

01 - ANDRZEJ - imieniny

11

02 - ANDRZEJ - SMS

25

03 - ANDRZEJ - Ojciec

38

04 - ANDRZEJ - Jola

50

05 - ANDRZEJ - granica

59

06 - ANDRZEJ - dom

70

07 - ANDRZEJ - romans

80

08 - ANDRZEJ - gdzie jest Jola?

93

09 - GRZEGORZ - zmiana

100

10 - GRZEGORZ - rozmowa

115

11 - GRZEGORZ - niepokój

138

12 - GRZEGORZ - gdzie jest Jola?

157

13 - MONIKA - dzień jak codzień

166

14 - MONIKA - obserwacja

182

15 - MONIKA - rozdwojenie

191

16 - MONIKA - zdrada!

205

17 - MONIKA - panika!

223

18 - JOLA - przebudzenie

231

19 - JOLA - przemiana

243

20 - JOLA - plan

254

21 - JOLA - miłość

267

22 - JOLA - panika

280

23 - JOLA - improwizacja

290

24 - JOLA - podstęp

300

25 - JOLA - romans

311

26 - JOLA - ciąża

321

27 - JOLA - nowy plan

334

28 - JOLA - poślizg

348

29 - JOLA - ostatnia prosta

363

4PROLOG

„ Przeszłość jest dziś, tylko cokolwiek dalej ” - Cyprian

Kamil Norwid.

Gdzieś z oddali, spod ciemnej ściany lasu, niosło się zajadłe

szczekanie psów. Był już wieczór, a nad polami okalającymi

zabudowania zaczęła podnosić się mgła, spowijając świat

miękkim, niemal magicznym woalem. Wtem dalekie odgłosy

strzałów zakłóciły ten sielankowy obraz.

Przed chałupę wyskoczył starszy mężczyzna, a zaraz za nim

wyrostek w wieku około dwunastu lat, ubrany w znoszone

spodnie na szelkach. Oboje nasłuchiwali odległej kanonady,

pochylając głowy niczym zwierzęta próbujące dosłyszeć

nadchodzące zagrożenie. Po chwili jednak stary machnął ręką i

zawrócił do wnętrza, gdzie trwała właśnie kolacja. Malec

pozostał nadal na dworze, starając się za pomocą samych tylko

dźwięków namalować w wyobraźni zdarzenia, które zapewne

rozgrywały się wiele kilometrów od ich gospodarstwa.

5„Skoro ojciec wrócił do chałupy, to znaczy, że nie grozi nam

żadne bezpośrednie niebezpieczeństwo” — myślał. Zwłaszcza

że nikt go nie wołał do środka.

Kiedy Niemcy pojawili się w wiosce w zeszłym tygodniu,

rodzice zamknęli go pod podłogą w piwnicy, skąd przez szparę

mógł jedynie dosłyszeć urywane zdania, jakie wypowiadał do

mieszkańców ich osady oficer ubrany w elegancki i zarazem

straszny, czarny mundur. Nie widział wtedy wszystkiego zbyt

dokładnie, lecz zdołał się zorientować, że zabrano kilku

mężczyzn z okolicznych gospodarstw, przy wstrząsającym

akompaniamencie zawodzenia kobiet. Nigdy ich już zresztą nie

zobaczył.

Teraz jednak nieszczęście dotykało innych, a on był chwilowo

bezpieczny. Z perspektywy dziecka to było zupełnie

wystarczające.

Trochę zmęczony staniem, usiadł sobie na dębowej ławie

stojącej tuż przy drzwiach do chałupy. Strzelanina stopniowo

cichła. Jeszcze jakiś mocniejszy grzmot — pewnie jakieś

działo — pomyślał, i w zasadzie skończyło się definitywnie.

6Koniec przedstawienia!

Już miał się zbierać do domu, chcąc wyprzedzić reprymendę

ojca, kiedy coś przykuło jego uwagę. Na tle ciemniejącego

nieba pojawił się bowiem jakiś tajemniczy błysk — czerwony,

a w zasadzie nawet biały — i wszystko wskazywało na to, że

zbliża się w jego stronę.

Najwyraźniej coś nadlatywało!

Czy to był pocisk wystrzelony gdzieś wiele kilometrów stąd,

który miał przypadkowo pozbawić ich wszystkich życia?

Przerażony zeskoczył z ławki i schował się pod jej siedziskiem,

nie zważając na błoto, które z mlaśnięciem oblepiło jego nogi.

Zamknął oczy, oczekując najgorszego, i trwał tak całe wieki.

Wreszcie poczuł jakby falę gorąca, a zaraz potem huk i

uderzenie gdzieś niedaleko niego. Teraz — pomyślał, nauczony

dotychczasowym doświadczeniem wojennego dziecka —

powinna nastąpić eksplozja.

Nic takiego jednak się nie wydarzyło.

7Powoli, z wielką obawą, podniósł wzrok i dostrzegł, że tak

naprawdę nic wokół niego się nie zmieniło. Zabudowania stały

jak stały, chałupa również, a tylko zdenerwowany ojciec

pojawił się w drzwiach, a za jego plecami widać było

przerażoną twarz matki.

Wstał niepewnie z klęczek, wygrzebując się ze swojej

tymczasowej kryjówki, i ostrożnie poszedł w głąb podwórka,

szukając, co też takiego mogło spaść z nieba.

Niewypał? Jeśli tak, należało być nadzwyczaj ostrożnym.

Doskonale pamiętał, jak w zeszłym roku jego najlepszy kolega

stracił obie ręce i jedno oko.

Niemniej wszystko wskazywało na to, że to nie był żaden

pocisk.

Błądził po zabłoconym podwórku, a wraz z nim milczący

ojciec, odgarniając nogami ziemię w poszukiwaniu sprawcy

całego zamieszania. W końcu znalazł!

8Początkowo nie mógł uwierzyć, lecz wszystko wskazywało na

to, że z nieba spadł… kawałek skały. Zwykły kamień. Nawet

ładny — trochę zielonkawy, jakby przyprószony mchem.

Kiedy chciał go dotknąć, ojciec zatrzymał jego rękę, wskazując

na bulgoczącą wokół wodę. Kamień musiał być naprawdę

gorący.

Odczekali więc chwilę, a kiedy już naprawdę zapadła noc,

zabrali znalezisko do domu.

Tam, po krótkich oględzinach, ojciec uznał kawałek skały za

zupełnie bezwartościowy i stwierdził, że rano wyrzuci go za

stodołę.

Niedoczekanie! — pomyślał malec, czując, że od tej pory

będzie strzegł jak oka w głowie tego kawałka innego świata,

który na jego oczach zawitał do ich gospodarstwa.

1001 - ANDRZEJ - IMIENINY

Życie można zrozumieć, patrząc wstecz, lecz trzeba je

przeżywać, patrząc naprzód.” - Søren Kierkegaard,

Dziennik

Telewizor, swoim niezrozumiałym szumem, nadawał wnętrzu

swoisty charakter chaosu, potęgując tylko bezładną paplaninę

zebranego przy stole towarzystwa. Czteroletni chłopiec siedział

jednak przed tym wielkim ekranem, sprawiając wrażenie, że

wszystko rozumie. W rączce dzierżył małego czarnego pilota,

niczym symbol władzy, który dodawał mu powagi.

Dorośli zaś, próbując przekrzyczeć nieznośne urządzenie,

mówili coraz głośniej, lecz alkohol, sowicie serwowany przez

gospodarza, sprawiał, że treść ich wypowiedzi stawała się

coraz bardziej mętna.

— Andrzej! Zaproponuj gościom coś do picia! — powiedziała

niska brunetka z lekką nadwagą do mężczyzny siedzącego przy

11stole. Odgarnęła długie czarne włosy i spojrzała na męża

przenikliwym wzrokiem swoich brązowych oczu.

— Już, już, ale przecież wszyscy coś mają! — odpowiedział z

miną ucznia wezwanego do tablicy, rozglądając się czujnie po

kieliszkach i szklankach rozmieszczonych wokół niego.

— Aaa, ja bym się jeszcze chętnie napiła! — rzuciła

roześmiana blondynka w zwiewnej sukience w różowe kwiaty,

siedząca obok starszego mężczyzny w okularach.

— Już ci polewam, Jolu. Na co byś miała ochotę? — zapytał

jak zawsze grzecznie i usłużnie Andrzej. Bardzo mu nie

pasowały te wszystkie spotkania i imprezy, których z kolei

ogromną wielbicielką była jego żona. Robił jednak, jak zawsze,

dobrą minę do złej gry, chcąc zaskarbić sobie choć cień jej

przychylności.

— Trochę jeszcze likieru, może? — rzuciła kobieta z zalotnym

uśmiechem, bezwiednie dotykając ust palcami.

— Oczywiście, już przynoszę. — Andrzej wstał ciężko od stołu

i powędrował na drugi koniec salonu do otwartego barku, gdzie

swoje szklane ciała dumnie prężyły niezliczone butelki z

kolorową zawartością.

12Wracając z pełnym kieliszkiem, zatrzymał się po drodze przy

starszym mężczyźnie towarzyszącym Joli i nachylił się do

niego, mówiąc szeptem:

— A Ty, tato, masz na coś ochotę?

Mężczyzna jakby nie usłyszał pytania. Patrzył w zamyśleniu

gdzieś przed siebie. Niezrażony Andrzej czekał cierpliwie,

znając już dobrze zwyczaje swojego rodzica. W końcu starszy

pan nieznacznie drgnął i odwrócił się do niego z poważną

miną.

— Nie, dziękuję, synu, jeszcze mam odrobinę koniaku —

odparł, trącając palcem pękaty kieliszek ze śladową ilością

złocistego płynu.

— Jasne, rozumiem. W takim razie, Jolu, oto twój trunek —

powiedział Andrzej, stawiając przed kobietą szkło wypełnione

niemal w trzech czwartych jej ulubionym alkoholem.

Wtedy właśnie uświadomił sobie, że nigdy jeszcze nie widział

jej tak elegancko ubranej.

Jola zazwyczaj dopasowywała się strojami i ogólnym

wyglądem do swojego wiekowego już męża. Dziś jednak było

13inaczej. Biła od niej jakaś tajemnicza aura szczęścia, wręcz

promieniała, a uśmiech nie schodził jej z twarzy.

Dziwne, pomyślał Andrzej. Wszystko, co kojarzyło mu się z

ojcem, było raczej smutne, stonowane i dalekie od

spontanicznej radości, łącznie z jego żoną. Dotychczas Jola nie

wydawała mu się nawet atrakcyjną kobietą — zawsze

zapakowana w „emeryckie” stroje, schowana głęboko w cieniu

rozbujanego ego despotycznego Grzegorza.

To było trochę jakby zobaczył ją po raz pierwszy.

Otrząsnął się jednak wewnętrznie z tych myśli i podszedł do

Rafałka, sprawdzić, czy czegoś nie potrzebuje. Po chwili

dołączył do nich teść — niski mężczyzna ze srebrzystym

wąsem — dosiadając się do wnuka i zagadując go o jakieś

nieistotne drobiazgi.

Andrzej machnął ręką i wrócił do stołu, gdzie Monika, jego

małżonka, toczyła zażarty spór o kolor zasłon ze swoją matką.

14Prócz malca, pozostali w szóstkę — był to już właściwie

koniec przyjęcia, a większość gości zebrała się do domów

mniej więcej godzinę wcześniej. Słuchając jednym uchem

toczących się rozmów, Andrzej odliczał w myślach upływające

minuty do zakończenia imprezy, czekając z utęsknieniem, aż

wreszcie zostaną sami — we trójkę.

Nieustannie przez ich dom przewijały się strumienie gości,

więc wizja kilku chwil spokoju wydawała mu się niczym

marzenie.

Jego wzrok przyciągnął jakiś gest wykonany przez ojca.

Andrzej podniósł się z krzesła i podszedł do niego, zamieniając

w znak zapytania.

— Już bym pojechał do domu, synu — oznajmił starszy pan,

wpatrując się w niego zza grubych szkieł okularów. —

Odwieziesz nas?

— Dobrze, ale to już teraz, czy jeszcze chwilę poczekacie? —

próbował odroczyć początek przymusowej wycieczki

samochodem przez całe miasto.

15— Już bym chciał jechać! — odparł stanowczo ojciec,

zaciskając ręce na poręczach fotela, który zajmował honorowe

miejsce na szczycie stołu.

— Dobrze, to ja się ubieram i jedziemy.

— Grzesiu, a może byśmy zostali jeszcze chwilkę? — zapytała

Jola, rzucając znaczące spojrzenie w stronę Andrzeja.

— Absolutnie! Powiedziałem, że chcę jechać, więc jedźmy! —

przeciął rozmowę Grzegorz tonem nieznoszącym sprzeciwu, z

wysiłkiem podnosząc się do pozycji półstojącej.

— Co, już jedziecie? — zapytała teściowa, przerywając

zawziętą dyskusję z córką.

— Tak, niestety. Grzesio jest najwyraźniej zmęczony —

odparła Jola z pewną, jak się Andrzejowi wydało, nutą

przekąsu w głosie. To też było pewną odmianą, bo do tej pory

posłusznie wykonywała wszelkie dyspozycje dużo starszego od

siebie męża, nie okazując najmniejszego nawet

niezadowolenia.

Wszyscy wstali od stołu i zaczęli się żegnać z przesadną

kurtuazją. Chwilę później Andrzej z ojcem i macochą znaleźli

się przed domem, zmierzając w stronę jego dużego SUV-a.

Grzegorz bez wahania zajął miejsce obok syna, pozostawiając

16Joli do dyspozycji tylną kanapę. Dyszał przy tym i sapał jak

parowóz, co nie uszło uwadze Andrzeja. Najwyraźniej czas

odcisnął na nim swoje piętno — przyszło mu na myśl. Było to

dla niego pewne odkrycie, bo w jego wyobrażeniach ojciec

wciąż jawił się jako wysportowany, dbający o zdrowie

mężczyzna. Tymczasem obok siedział starzejący się człowiek,

który zmachał się samym wejściem do samochodu, choć był on

przecież wyjątkowo komfortowy.

Z uczuciem, że coś mu najwyraźniej umknęło, przekręcił

kluczyk w stacyjce i powołał do życia dieslowski silnik.

Wycofując auto z posesji, mimo kamery cofania, instynktownie

spojrzał w lusterko. Spotkał tam wzrok Joli — patrzyła na

niego tak, jakby chciała mu coś powiedzieć. W jej spojrzeniu

dostrzegł coś na kształt zrozumienia, podziwu, a może i

sympatii… a może tylko mu się wydawało?

Chwilę później powoli ruszył żwirową drogą w kierunku

asfaltowej ulicy. Przez większość drogi jechali w milczeniu —

ojciec nigdy nie należał do rozmownych, hołdując zasadzie, że

mężczyźni raczej milczą niż paplają bez sensu. On sam także

milczał, myślami błądząc już przy planach na kolejny dzień

17pracy. Przyzwyczaił się do takich milczących eskapad, kiedy

nawet Jola, dawniej próbująca podtrzymywać rozmowę, już od

dawna skapitulowała.

Coś jednak było inaczej. Czuł to bardziej niż dostrzegał. Kilka

chwil zajęło mu zorientowanie się, że to wzrok siedzącej z tyłu

Joli, śledzącej go badawczo przez wsteczne lusterko. Na jej

twarzy błąkał się tajemniczy uśmiech. Czy tak było zawsze?

Tyle rzeczy dziś dostrzegł na nowo — być może to też nie była

nowość, tylko coś, czego wcześniej nie chciał lub nie umiał

zauważyć?

Z rozmyślań wyrwał go widok znajomego budynku, w którym

ojciec z macochą mieli luksusowe mieszkanie na ostatniej

kondygnacji. Zaparkował na wygodnym parkingu nieopodal

wejścia i wysiadł, żeby pomóc ojcu wydostać się z samochodu.

Jola opuściła auto samodzielnie i już stała, trzymając małą

torebkę obiema rękami w pozie wyczekującej gotowości.

Ojciec poklepał go po plecach podczas krótkiego pożegnalnego

uścisku, po czym odwrócił się w stronę żony.

18Jola tylko spojrzała na Andrzeja i uśmiechnęła się lekko, zanim

podała rękę mężowi i razem, w żółwim tempie, ruszyli w

stronę domu.

Andrzej wsiadł do samochodu i ruszył w drogę powrotną.

Jechał powoli, delektując się chwilą spokojnej samotności i

widokami wieczornego miasta. Była niedziela, ruch prawie

zamarł, tylko gdzieniegdzie przemykały kolorowe bryły

taksówek. Lubił te momenty, zwłaszcza kiedy udawało mu się

wyrwać z jakiegoś nudnego rodzinnego przyjęcia. Miał

nadzieję, że gdy wróci do domu, teściów już nie będzie.

Jaka szkoda, że Monika nie podzielała jego zapatrywań, nie

wykazując najmniejszej potrzeby przebywania z nim sam na

sam. Odkąd zaszła w ciążę, całkowicie wycofała się z ich życia

intymnego. Był to jego osobisty dramat, który jednak niósł z

pokorą jak przysłowiowy krzyż.

Seks zawsze był dla niego jedną z najważniejszych sfer życia i

wydawało mu się, że Monika podzielała te zapatrywania — aż

do dnia, kiedy oznajmiła mu, że spodziewają się dziecka.

Początkowo przyjął nową sytuację ze zrozumieniem,

19usprawiedliwiając zmiany w ich relacji burzą hormonalną,

która z pewnością szalała w ciele żony. Było mu ciężko, ale

pocieszał się myślą, że gdy tylko Monika urodzi i dojdzie do

siebie, wszystko wróci do normy. Kochał ją i był w stanie

naprawdę wiele znieść.

Z czasem jednak, poza oziębłością, pojawiło się coś jeszcze

bardziej niepokojącego. Coraz częściej czuł, że jest przez nią

traktowany przedmiotowo. Z początku nie brał tego do siebie,

znów tłumacząc wszystko jej stanem, ale kiedy minął przeszło

rok od narodzin Rafałka, a sytuacja wciąż się nie poprawiała,

zaczął się poważnie niepokoić. Próbował delikatnie rozmawiać

z Moniką, lecz ta zbywała go obietnicami, że „kiedy nabierze

sił”, może postarają się o kolejne dziecko — i wtedy „wszystko

się zmieni”.

Ta wizja nie przynosiła mu jednak ukojenia. Przestał czuć się

dla niej kimś bliskim, a myśl o kolejnym dziecku — zamiast

radości — wywoływała w nim niechęć. Z czasem zauważył, że

jego dawna witalność ulatuje niczym powietrze z

nieszczelnego balonu. Przybrał na wadze; zamiast kaloryfera

na brzuchu pojawiła się średniej wielkości oponka. Nie

20uprawiał żadnych sportów poza codziennym wdrapywaniem

się na piąte piętro w biurze, a energia uchodziła z niego z

każdym kolejnym dniem. Coraz bardziej czuł, że traci coś

cennego — coś, czego nie sposób odzyskać.

Pewnego dnia zdobył się na odwagę i powiedział Monice, że

nie chce już więcej dzieci. Ona wzruszyła tylko ramionami i

wróciła do swoich zajęć. O bliskości zaś nie było już mowy.

Spali wprawdzie w jednym łóżku, bo dla Moniki pozory były

niemal świętością — w końcu co by powiedziała rodzina,

gdyby się dowiedziała, że mają osobne sypialnie? Dla niego

była to tortura: każdej nocy czuł bliskość jej ciała, kiedyś tak

znajomego i kochanego, a teraz odległego jak niedostępna

twierdza.

Zamykał się więc w swojej łazience, godzinami czytając

książki i nieraz zasypiając w wannie. Kiedy w końcu wracał do

sypialni, padał nieprzytomny w pościel. Był sfrustrowany — to

było dobre słowo i trafnie oddawało jego stan.

Tymczasem doszedł do wniosku, że dzisiejszy dzień był

przełomowy. Tyle dostrzegł, tyle nazwał wreszcie po imieniu!

21A oto, w świetle reflektorów jego samochodu, ukazał się wjazd

na posesję. Ku swojemu zadowoleniu zauważył, że na

podjeździe nie ma auta teściów. Z jakąś nieśmiałą nadzieją

poczuł przypływ energii. Czyżby tego wieczoru miało wreszcie

wydarzyć się coś przełomowego?

Zaparkował, wysiadł w ciepłą letnią noc i dziarskim krokiem

ruszył do domu. W środku było ciemno. Po omacku odnalazł

włącznik i w jednej chwili salon zalało miękkie światło

dziesiątek lampek ukrytych pod sufitem. Po imprezie nie było

śladu — wnętrze lśniło jakby dopiero co wyszła z niego

profesjonalna ekipa sprzątająca.

Na palcach przeszedł przez pokój, nie chcąc obudzić

prawdopodobnie już śpiącej żony i synka. Nagle jego wzrok

przykuł pewien szczegół: na dużym stole leżała złożona na pół

kartka papieru. Sięgnął po nią i odwrócił, wpatrując się w

równo nakreślone niebieskim tuszem literki:

„Jedziemy z Rafałem do rodziców, będziemy jutro po pracy.

Mały pobawi się z dziadkami, nic się nie stanie, jeśli opuści

jeden dzień w przedszkolu. Monika.”

2202 - ANDRZEJ - SMS

Najłatwiej pomylić się wtedy, gdy wszystko wydaje się

jasne.

Bezkresna układanka z unieruchomionych w korku

samochodów ograniczała go z każdej strony. Andrzej siedział

wygodnie w swoim komfortowym SUV-ie i bezmyślnie słuchał

wiadomości w radiu. Tak wyglądał każdy jego poranek i każdy

wieczór — codziennie, niezmiennie, a on nie mógł nic na to

poradzić. Dwie godziny z życia, które równie dobrze mógłby

spożytkować na coś o wiele bardziej sensownego,

produktywnego, choćby nawet przyziemnego.

Co prawda próbował ten czas jakoś zagospodarować —

dzwonił, załatwiał ważne sprawy, odhaczał punkty z listy

zadań. Mimo to, każda minuta spędzona w tym zatłoczonym

labiryncie asfaltu i blachy wydawała mu się stracona. Kiedyś

doszedł do wniosku, że skoro już musi tyle przesiadywać w

samochodzie, który właściwie nigdy nie jedzie szybciej niż

żółw na spacerze, to powinien przynajmniej być to pojazd

25odpowiednio wygodny, najlepiej luksusowy. W końcu stanowił

jego drugi dom — miejsce pracy, wyciszenia, ucieczki.

Wcześniej jeździł sportowym Mercedesem — samochody były

jego wielką pasją. Jednak za namową żony porzucił tę maszynę

marzeń na rzecz zwykłego, nudnego kombi od Forda. Rok

później przesiadł się w końcu do tego ogromnego czołgu na

kołach, napakowanego elektroniką tak bardzo, że chwilami

wydawało się, iż auto jeździ za niego. Wstyd się przyznać, ale

parę razy zdarzyło mu się zdrzemnąć za kierownicą, gdy silnik

mruczał na biegu jałowym w wiecznie zakorkowanej arterii

miasta. Ktoś wtedy trąbił z tyłu, on się budził,

zdezorientowany, i znów uświadamiał sobie, że siedzi w tym

skórzanym, przytulnym wnętrzu.

Monotonny głos speakera recytował kursy walut, a on właśnie

pokonał dystans dnia — rekordowe dziesięć metrów. No cóż,

jeszcze tylko pół godziny i będzie w domu. Pobawi się z

synkiem, może pójdą razem na plac zabaw?

Sięgnął bezwiednie po telefon. Sprawdzanie wiadomości i e-

maili pozwalało mu zabić nudę i stworzyć choćby iluzję, że

26robi coś bardziej pożytecznego niż naciskanie hamulca i gazu.

Sprawnie przewinął kilka ekranów, skasował reklamy, po czym

przeszedł do skrzynki odbiorczej. Wydawało mu się, że

pojawiła się tam mała cyferka — znak, że czeka na niego coś

nowego.

Rzeczywiście. Kilka nic nieznaczących powiadomień —

operator, bank, jakaś lista zakupów od Moniki. I wiadomość od

Joli.

Serce lekko mu zadrżało, po plecach przeszedł zimny dreszcz.

Ostatnim razem, kiedy do niego pisała, jego ojciec trafił do

szpitala z zawałem. Od tamtej pory ich kontakt był dość

sporadyczny, ograniczony głównie do spraw zdrowotnych i

kilku pobocznych tematów. Sporadycznie pozwalali sobie na

drobne narzekania — na swoich partnerów, na codzienność.

Nic więcej. A przynajmniej tak chciał o tym myśleć. Jednak od

tej pamiętnej wiadomości każde kolejne powiadomienie z jej

imieniem budziło w nim lęk. Lęk, że znów wydarzyło się coś

złego.

27Rozgorączkowany dotknął ikonki. Wiadomość rozwinęła się

niemal natychmiast.

W pierwszej chwili nie chciał wierzyć własnym oczom. Tekst

bardziej przypominał kiepski scenariusz serialu albo żart niż

rzeczywistość. Włączył kierunkowskaz i niemal odruchowo

wyłamał się z kolumny aut, zjeżdżając na pobliską stację

benzynową. Zaparkował na jednym z miejsc wyznaczonych

białą farbą, wrzucił selektor w pozycję parkingową i nabrał

głęboko powietrza. Potem wypuścił je powoli, długim,

świszczącym sykiem.

Jeszcze raz uniósł telefon, jakby chciał się upewnić, że to nie

przywidzenie. Ale nie. Treść wiadomości pozostawała

niezmienna:

„ANDRZEJ, KOCHAM CIĘ. NIE POTRAFIĘ BEZ CIEBIE

ŻYĆ. PROSZĘ, NIE ODRZUCAJ MNIE. JESTEM CAŁA

TWOJA.”

28W jego głowie wybuchła burza. Czy to żart? Prowokacja?

Może jakaś głupia gra Moniki i jej braci? Ale nie — numer

należał bez wątpienia do Joli.

Ojciec i jego żona byli ludźmi poważnymi. Nawet przez myśl

mu nie przeszło, by podejrzewać ich o takie “poczucie

humoru”. Chociaż… jej ostatnie zachowanie? Może coś w tym

było?

Cała sytuacja wydawała mu się jednak absurdalna. Aż za

bardzo. Owszem, słyszał o podobnych przypadkach, ale zawsze

wydawały się odległe, marginalne, bardziej pasujące do tanich

romansów niż do jego nudnego, uporządkowanego życia.

Jedna myśl wciąż krążyła mu po głowie — jak się z tego

wyplątać, nie niszcząc przy tym relacji z ojcem? Poczuł

narastającą złość. Jak mogła wciągnąć go w coś takiego?

Przerzucić na niego ciężar rozwiązania problemu, którego sam

nie stworzył?

Czy powinien powiedzieć o tym ojcu? A może… Monice? Nie.

Monice — nie! Znał ją na tyle dobrze, by być pewnym, że

29zrobiłaby z tego potężną aferę. A ta zapewne skończyłaby się

zerwaniem kontaktów z ojcem. Tego nie chciał. Na to nie mógł

sobie pozwolić.

Wziął głęboki oddech i z namysłem odłożył telefon na

półeczkę pod radiem.

Przełączył tryb jazdy i pozwolił autu powoli wyślizgnąć się z

parkingu stacji. Znów wtopił się w strumień samochodów i

kontynuował podróż do domu, ale jego myśli wciąż krążyły

wokół jednego — tej jednej, niepozornej, elektronicznej

wiadomości, która właśnie otworzyła zupełnie nowy rozdział

jego codzienności.

Po drodze zajechał jeszcze do sklepu, by kupić kilka

drobiazgów, o które poprosiła go Monika. Chwilę później

parkował już na podjeździe pod domem. Samochód żony stał

jak zwykle niedbale zaparkowany przed zamkniętymi wrotami

garażu — czyli byli w domu. Choć, znając życie, zawsze

należało się liczyć z każdą możliwością.

30Od progu powitał go synek. Chłopiec przebiegł przez całą

długość salonu z głośnym okrzykiem „Tato!” i zarzucił mu ręce

na szyję. To był bezapelacyjnie najpiękniejszy moment

każdego dnia — codziennie ten sam, a za każdym razem tak

samo wzruszający. Przytulił Rafałka, pocałował go w czoło i

uniósł w ramionach, by razem wejść do kuchni, gdzie Monika

krzątała się nad garnkami, podgrzewając przywiezione od

swojej matki potrawy.

Postawił na blacie papierową torbę z zakupami, a tuż obok niej

postawił chłopca, który od razu zanurkował w niej z

ekscytacją, szukając czegoś dla siebie. Po chwili ściskał w

rączkach popularny smakołyk z niespodzianką — kolejną

losowo dobraną zabawką.

Monika podniosła wzrok znad kuchni. Uśmiechnęła się

delikatnie, prawie mechanicznie, ale w jej oczach czaiło się coś

zupełnie innego. Spojrzenie pełne obojętności, cichej pretensji i

niewypowiedzianego żalu. W tym momencie pomyślał o

wiadomości, która wciąż tkwiła w jego telefonie, jak ukryty

ładunek wybuchowy. Przypomniał sobie jej treść i spróbował

31wyobrazić sobie reakcję Moniki, gdyby kiedykolwiek się o niej

dowiedziała.

Musi coś z tym zrobić. Natychmiast. Skasować wiadomość.

Ale przecież to dopiero początek — nie wystarczy jeden klik.

Monika nie może się o tym dowiedzieć. W żadnym wypadku.

Pamiętał doskonale, jak niecałe pół roku temu zrobiła mu

awanturę z powodu rzekomego romansu. Wtedy chodziło tylko

o kilka dłuższych dni w pracy, a i tak wywołało to burzę. Tamta

scena wciąż była świeża, bolesna. A przecież — pomyślał z

goryczą — skoro i tak nie miała zamiaru z nim sypiać, to

dlaczego trzymała go pod taką kontrolą? Po co ta czujność, te

podejrzenia? Może po prostu traktowała go jak swoją

własność? Ta myśl zabolała bardziej, niż był gotów przyznać.

Gdy znalazł się sam w łazience, wyjął telefon, skasował

wiadomość od Joli i napisał krótki SMS do ojca, prosząc o

spotkanie. Nie podał żadnego powodu — chciał wybadać jego

nastrój, podejść do sprawy ostrożnie. Nie dzwonił, bo rozmowa

z Grzegorzem nigdy nie należała do łatwych. To zresztą był ich

32pierwszy SMS w historii — milowy krok w relacji, której

nigdy nie udało się zbudować na prostych słowach.

Uspokojony choć trochę, wrócił do pokoju dziennego. Ukląkł

przy synku, który siedział pośród kolorowego morza klocków.

Budowali razem szalone konstrukcje — wieże, pojazdy,

nierealne domy z nierealnymi dachami. Śmiali się, tworzyli, aż

nadszedł wieczór i pora kąpieli.

Kiedy Rafałek zasnął już spokojnie w swoim pokoju, a Monika

zamknęła się w łazience, Andrzej zszedł do kuchni. Otworzył

lodówkę i wyjął z niej butelkę schłodzonego piwa. Kapsel

zadźwięczał, odbijając się od kamiennego blatu, a złocisty płyn

z charakterystycznym bulgotem wypełnił wysoką szklankę.

Usiadł wygodnie na tarasie, z napojem w ręce, i zawiesił wzrok

na ogrodzie. Zieleń przed nim była bujna, pełna życia —

starannie zaprojektowana przed laty przez Monikę, która dziś

już prawie się nią nie interesowała. Większość czasu spędzała u

swoich rodziców, na działce pod miastem. Wyraźnie coraz

mniej identyfikowała się z tym domem. Z nim.

33Jakby na potwierdzenie jego myśli, usłyszał, jak wychodzi z

łazienki i bez słowa kieruje się do sypialni.

Zastanowił się przez chwilę.

Czy dziś zamienili ze sobą choć jedno słowo?

Nie przypominał sobie.

Odstawił pustą szklankę do zmywarki i ruszył w kierunku

łazienki. Kiedy gorąca woda spływała po jego ciele, coś w nim

się poruszyło. Obudziła się tęsknota, jakaś cicha chęć bliskości

i nikła, lecz uparcie żywa nadzieja. Wyobrażał sobie, że po

wyjściu spod prysznica po cichu wślizgnie się do ich dużego,

małżeńskiego łoża. Że delikatnie dotknie pleców Moniki, a ona

odwróci się ku niemu z uśmiechem. Spojrzą sobie w oczy,

zbliżą twarze i zaczną się całować — powoli, bez słów, jak

kiedyś. Przytulą się, pozwalając emocjom znów rozkwitnąć.

W tamtej chwili był nawet gotów pomyśleć o kolejnym

dziecku. Byle tylko odzyskać to, co zdawało się już dawno

utracone — czułość, więź, bliskość.

34Wytarł się szorstkim ręcznikiem, założył wygodne bokserki, w

których zwykle spał, i pomknął na skrzydłach wyobraźni do

sypialni. Monika jednak już spała. Leżała odwrócona do niego

plecami.

Położył się więc ostrożnie obok niej. Zawsze miała pretensje,

że gdy kładł się zbyt energicznie, całe łóżko drgało, zakłócając

jej sen. Leżał przez chwilę nieruchomo, wyrównując oddech, a

potem ostrożnie wyciągnął rękę w jej stronę. Musnął palcami

jedwabistą skórę jej pleców, a gdy nie poczuł żadnej reakcji,

pogładził przestrzeń między jej łopatkami. Zrobiło mu się

cieplej, oddech nieznacznie przyspieszył. W oczach wyobraźni

widział, jak Monika odwraca się do niego z uśmiechem…

Ale ona, być może coś przez sen czując, jedynie odsunęła się

bez słowa, coś niewyraźnie bełkocząc pod nosem. Nie

zrozumiał słów, ale z tonu wywnioskował, że raczej nie była

zadowolona.

Całe napięcie z niego opadło. Poczuł się nagle obcy, zbędny —

tak bardzo nie na miejscu, że gdyby mógł, wstałby, ubrał się i

3503 - ANDRZEJ - OJCIEC

Milczenie bywa odpowiedzią, której najbardzej się

boimy.

Wiadomość od ojca przyszła dwa dni później. Pojawiła się

nagle, znienacka, gdy siedział na jednej z tych koszmarnie

nudnych narad, podczas których czas zdawał się zupełnie

zatrzymywać. Była, jak to zwykle u ojca, sucha i lakoniczna.

Kilka słów, żadnego komentarza:

„DOBRZE, WPADNIJ W PIĄTEK ZA TYDZIEŃ.”

Sięgnął odruchowo po telefon i zajrzał do kalendarza. Na

szczęście nic nie widniało na ten dzień. Wysłał więc szybko

wiadomość do Moniki, że w piątek wróci później — musi

odwiedzić ojca. Tak już miał. Zawsze załatwiał takie sprawy od

razu, bo wiedział, że w natłoku obowiązków łatwo coś zgubić,

a potem wszystko robi się trudniejsze.

Od chwili, gdy otrzymał wiadomość od Joli, minęło już kilka

dni. Zdążył nieco ochłonąć, choć temat nadal wracał do niego z

38uporczywą regularnością. A teraz, gdy perspektywa rozmowy z

ojcem stawała się coraz bardziej realna, napięcie powróciło.

Zaczął analizować wszystko na nowo.

Może najpierw powinien porozmawiać z Jolą?

Tak, to byłby dobry pomysł. Najwyżej rozmowa z ojcem

zejdzie na zupełnie inny temat.

Sięgnął znów po telefon. Ekranowa klawiatura, jak zwykle,

żyła własnym życiem, podpowiadając jakieś absurdalne słowa,

jakby była zaprogramowana przez sabotażystę. Czasami

naprawdę zastanawiał się, czy ten cały słownik T4 nie miał

przypadkiem ukrytego celu — może testował cierpliwość

użytkowników, albo próbował wywołać reakcje społeczne,

których sens umykał jego rozumieniu.

Po kilku minutach walki z automatycznymi podpowiedziami

wreszcie ułożył wiadomość. Miała być neutralna, ani zbyt

chłodna, ani zbyt czuła, niepozostawiająca miejsca na

dwuznaczności.

39„ZWAŻYWSZY NA WYJĄTKOWĄ RELACJĘ, JAKA NAS

ŁĄCZY, ORAZ WIĘZY RODZINNE, NIE ZMIENIAJMY

TEGO I ZOSTAWMY, JAK JEST. PROSZĘ I

POZDRAWIAM, ANDRZEJ.”

Przeczytał tekst kilka razy. Palec błądził w okolicach ikonki

wysyłania. Wahał się. Przez moment jeszcze rozważał

alternatywy, lecz w końcu bezwiednie dotknął ekranu. Poszło.

Stało się.

No cóż — trudno. Grunt, że mam to z głowy.

Od razu wykasował całą rozmowę. Nie chciał, by coś zostało,

by kusiło los. Trochę już tego było — ich korespondencja, choć

niewinna, trwała od jakiegoś czasu. Zaczęło się od Joli — to

ona wyszła z inicjatywą, niby w trosce o ojca. Później przeszło

to w swobodną wymianę informacji, czasem banalnych,

czasem bardziej znaczących.

Nie uważał tego za nic złego. Przeciwnie — lubił te pisane

rozmowy. I właśnie dlatego ta cała sytuacja tak go uwierała. To

była osobliwa relacja — wirtualna bliskość, w rzeczywistości

chłodny dystans. Rozmawiali przez komunikator, jakby byli

40starymi znajomymi, a spotykając się twarzą w twarz,

zamieniali się w nieznajomych z różnych światów.

Tymczasem ktoś kilka krzeseł dalej mówił coś nieznośnie

rozwlekłego. Spotkanie trwało. Te narady były tylko

formalnością, wymuszoną przez klienta fanaberią, z której

rzadko wynikało coś konkretnego. Musiał być — i tyle. Ale

myśli nie dawały mu spokoju. Wciąż zerkał na ekran telefonu,

czekając na jakąkolwiek reakcję Joli. Nic.

Już od jakiegoś czasu podejrzewał, że jest uzależniony od tego

przeklętego urządzenia. Smartfon — niepozorny przedmiot,

który przejął kontrolę nad jego uwagą, myślami, emocjami.

Zwłaszcza odkąd jego życie małżeńskie całkiem się wypaliło.

Stał się pożeraczem informacji: portale finansowe,

wiadomości, kursy walut, pogoda, media społecznościowe…

wszystko. Nawet zainstalował sobie tę słynną aplikację

randkową — tę z czerwonym płomykiem. Tyle że jeszcze ani

razu jej nie uruchomił.

41
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij