Pętla - ebook
Czasem wszystko zaczyna się od jednego spojrzenia. Jola ma za sobą lata małżeństwa, w którym dawno wygasło wszystko, co kiedyś ich połączyło. Jest jeszcze dom, codzienne obowiązki i przyzwyczajenie — ale czy można nazwać życiem coś, co od dawna przypomina jedynie oczekiwanie? Andrzej pojawia się w jej świecie niemal przypadkiem. Ale w tej historii nic nie jest tak proste, jak mogłoby się wydawać. Bo kiedy w grę wchodzą miłość, lojalność, rodzinne więzy i dawne tajemnice, każdy gest może mieć swoje konsekwencje. A granica między przypadkiem a przeznaczeniem bywa zaskakująco cienka. „Pętla” to opowieść o miłości, która pojawia się w najmniej odpowiednim momencie, o ludziach próbujących wyrwać się z własnych ograniczeń i o tym, jak łatwo stracić kontrolę nad historią, którą samemu się rozpoczęło. Czy można naprawdę zacząć wszystko od nowa? I czy od przeszłości da się uciec?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 11 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
5
01 - ANDRZEJ - imieniny
11
02 - ANDRZEJ - SMS
25
03 - ANDRZEJ - Ojciec
38
04 - ANDRZEJ - Jola
50
05 - ANDRZEJ - granica
59
06 - ANDRZEJ - dom
70
07 - ANDRZEJ - romans
80
08 - ANDRZEJ - gdzie jest Jola?
93
09 - GRZEGORZ - zmiana
100
10 - GRZEGORZ - rozmowa
115
11 - GRZEGORZ - niepokój
138
12 - GRZEGORZ - gdzie jest Jola?
157
13 - MONIKA - dzień jak codzień
166
14 - MONIKA - obserwacja
182
15 - MONIKA - rozdwojenie
191
16 - MONIKA - zdrada!
205
17 - MONIKA - panika!
223
18 - JOLA - przebudzenie
231
19 - JOLA - przemiana
243
20 - JOLA - plan
254
21 - JOLA - miłość
267
22 - JOLA - panika
280
23 - JOLA - improwizacja
290
24 - JOLA - podstęp
300
25 - JOLA - romans
311
26 - JOLA - ciąża
321
27 - JOLA - nowy plan
334
28 - JOLA - poślizg
348
29 - JOLA - ostatnia prosta
363
4PROLOG
„ Przeszłość jest dziś, tylko cokolwiek dalej ” - Cyprian
Kamil Norwid.
Gdzieś z oddali, spod ciemnej ściany lasu, niosło się zajadłe
szczekanie psów. Był już wieczór, a nad polami okalającymi
zabudowania zaczęła podnosić się mgła, spowijając świat
miękkim, niemal magicznym woalem. Wtem dalekie odgłosy
strzałów zakłóciły ten sielankowy obraz.
Przed chałupę wyskoczył starszy mężczyzna, a zaraz za nim
wyrostek w wieku około dwunastu lat, ubrany w znoszone
spodnie na szelkach. Oboje nasłuchiwali odległej kanonady,
pochylając głowy niczym zwierzęta próbujące dosłyszeć
nadchodzące zagrożenie. Po chwili jednak stary machnął ręką i
zawrócił do wnętrza, gdzie trwała właśnie kolacja. Malec
pozostał nadal na dworze, starając się za pomocą samych tylko
dźwięków namalować w wyobraźni zdarzenia, które zapewne
rozgrywały się wiele kilometrów od ich gospodarstwa.
5„Skoro ojciec wrócił do chałupy, to znaczy, że nie grozi nam
żadne bezpośrednie niebezpieczeństwo” — myślał. Zwłaszcza
że nikt go nie wołał do środka.
Kiedy Niemcy pojawili się w wiosce w zeszłym tygodniu,
rodzice zamknęli go pod podłogą w piwnicy, skąd przez szparę
mógł jedynie dosłyszeć urywane zdania, jakie wypowiadał do
mieszkańców ich osady oficer ubrany w elegancki i zarazem
straszny, czarny mundur. Nie widział wtedy wszystkiego zbyt
dokładnie, lecz zdołał się zorientować, że zabrano kilku
mężczyzn z okolicznych gospodarstw, przy wstrząsającym
akompaniamencie zawodzenia kobiet. Nigdy ich już zresztą nie
zobaczył.
Teraz jednak nieszczęście dotykało innych, a on był chwilowo
bezpieczny. Z perspektywy dziecka to było zupełnie
wystarczające.
Trochę zmęczony staniem, usiadł sobie na dębowej ławie
stojącej tuż przy drzwiach do chałupy. Strzelanina stopniowo
cichła. Jeszcze jakiś mocniejszy grzmot — pewnie jakieś
działo — pomyślał, i w zasadzie skończyło się definitywnie.
6Koniec przedstawienia!
Już miał się zbierać do domu, chcąc wyprzedzić reprymendę
ojca, kiedy coś przykuło jego uwagę. Na tle ciemniejącego
nieba pojawił się bowiem jakiś tajemniczy błysk — czerwony,
a w zasadzie nawet biały — i wszystko wskazywało na to, że
zbliża się w jego stronę.
Najwyraźniej coś nadlatywało!
Czy to był pocisk wystrzelony gdzieś wiele kilometrów stąd,
który miał przypadkowo pozbawić ich wszystkich życia?
Przerażony zeskoczył z ławki i schował się pod jej siedziskiem,
nie zważając na błoto, które z mlaśnięciem oblepiło jego nogi.
Zamknął oczy, oczekując najgorszego, i trwał tak całe wieki.
Wreszcie poczuł jakby falę gorąca, a zaraz potem huk i
uderzenie gdzieś niedaleko niego. Teraz — pomyślał, nauczony
dotychczasowym doświadczeniem wojennego dziecka —
powinna nastąpić eksplozja.
Nic takiego jednak się nie wydarzyło.
7Powoli, z wielką obawą, podniósł wzrok i dostrzegł, że tak
naprawdę nic wokół niego się nie zmieniło. Zabudowania stały
jak stały, chałupa również, a tylko zdenerwowany ojciec
pojawił się w drzwiach, a za jego plecami widać było
przerażoną twarz matki.
Wstał niepewnie z klęczek, wygrzebując się ze swojej
tymczasowej kryjówki, i ostrożnie poszedł w głąb podwórka,
szukając, co też takiego mogło spaść z nieba.
Niewypał? Jeśli tak, należało być nadzwyczaj ostrożnym.
Doskonale pamiętał, jak w zeszłym roku jego najlepszy kolega
stracił obie ręce i jedno oko.
Niemniej wszystko wskazywało na to, że to nie był żaden
pocisk.
Błądził po zabłoconym podwórku, a wraz z nim milczący
ojciec, odgarniając nogami ziemię w poszukiwaniu sprawcy
całego zamieszania. W końcu znalazł!
8Początkowo nie mógł uwierzyć, lecz wszystko wskazywało na
to, że z nieba spadł… kawałek skały. Zwykły kamień. Nawet
ładny — trochę zielonkawy, jakby przyprószony mchem.
Kiedy chciał go dotknąć, ojciec zatrzymał jego rękę, wskazując
na bulgoczącą wokół wodę. Kamień musiał być naprawdę
gorący.
Odczekali więc chwilę, a kiedy już naprawdę zapadła noc,
zabrali znalezisko do domu.
Tam, po krótkich oględzinach, ojciec uznał kawałek skały za
zupełnie bezwartościowy i stwierdził, że rano wyrzuci go za
stodołę.
Niedoczekanie! — pomyślał malec, czując, że od tej pory
będzie strzegł jak oka w głowie tego kawałka innego świata,
który na jego oczach zawitał do ich gospodarstwa.
1001 - ANDRZEJ - IMIENINY
Życie można zrozumieć, patrząc wstecz, lecz trzeba je
przeżywać, patrząc naprzód.” - Søren Kierkegaard,
Dziennik
Telewizor, swoim niezrozumiałym szumem, nadawał wnętrzu
swoisty charakter chaosu, potęgując tylko bezładną paplaninę
zebranego przy stole towarzystwa. Czteroletni chłopiec siedział
jednak przed tym wielkim ekranem, sprawiając wrażenie, że
wszystko rozumie. W rączce dzierżył małego czarnego pilota,
niczym symbol władzy, który dodawał mu powagi.
Dorośli zaś, próbując przekrzyczeć nieznośne urządzenie,
mówili coraz głośniej, lecz alkohol, sowicie serwowany przez
gospodarza, sprawiał, że treść ich wypowiedzi stawała się
coraz bardziej mętna.
— Andrzej! Zaproponuj gościom coś do picia! — powiedziała
niska brunetka z lekką nadwagą do mężczyzny siedzącego przy
11stole. Odgarnęła długie czarne włosy i spojrzała na męża
przenikliwym wzrokiem swoich brązowych oczu.
— Już, już, ale przecież wszyscy coś mają! — odpowiedział z
miną ucznia wezwanego do tablicy, rozglądając się czujnie po
kieliszkach i szklankach rozmieszczonych wokół niego.
— Aaa, ja bym się jeszcze chętnie napiła! — rzuciła
roześmiana blondynka w zwiewnej sukience w różowe kwiaty,
siedząca obok starszego mężczyzny w okularach.
— Już ci polewam, Jolu. Na co byś miała ochotę? — zapytał
jak zawsze grzecznie i usłużnie Andrzej. Bardzo mu nie
pasowały te wszystkie spotkania i imprezy, których z kolei
ogromną wielbicielką była jego żona. Robił jednak, jak zawsze,
dobrą minę do złej gry, chcąc zaskarbić sobie choć cień jej
przychylności.
— Trochę jeszcze likieru, może? — rzuciła kobieta z zalotnym
uśmiechem, bezwiednie dotykając ust palcami.
— Oczywiście, już przynoszę. — Andrzej wstał ciężko od stołu
i powędrował na drugi koniec salonu do otwartego barku, gdzie
swoje szklane ciała dumnie prężyły niezliczone butelki z
kolorową zawartością.
12Wracając z pełnym kieliszkiem, zatrzymał się po drodze przy
starszym mężczyźnie towarzyszącym Joli i nachylił się do
niego, mówiąc szeptem:
— A Ty, tato, masz na coś ochotę?
Mężczyzna jakby nie usłyszał pytania. Patrzył w zamyśleniu
gdzieś przed siebie. Niezrażony Andrzej czekał cierpliwie,
znając już dobrze zwyczaje swojego rodzica. W końcu starszy
pan nieznacznie drgnął i odwrócił się do niego z poważną
miną.
— Nie, dziękuję, synu, jeszcze mam odrobinę koniaku —
odparł, trącając palcem pękaty kieliszek ze śladową ilością
złocistego płynu.
— Jasne, rozumiem. W takim razie, Jolu, oto twój trunek —
powiedział Andrzej, stawiając przed kobietą szkło wypełnione
niemal w trzech czwartych jej ulubionym alkoholem.
Wtedy właśnie uświadomił sobie, że nigdy jeszcze nie widział
jej tak elegancko ubranej.
Jola zazwyczaj dopasowywała się strojami i ogólnym
wyglądem do swojego wiekowego już męża. Dziś jednak było
13inaczej. Biła od niej jakaś tajemnicza aura szczęścia, wręcz
promieniała, a uśmiech nie schodził jej z twarzy.
Dziwne, pomyślał Andrzej. Wszystko, co kojarzyło mu się z
ojcem, było raczej smutne, stonowane i dalekie od
spontanicznej radości, łącznie z jego żoną. Dotychczas Jola nie
wydawała mu się nawet atrakcyjną kobietą — zawsze
zapakowana w „emeryckie” stroje, schowana głęboko w cieniu
rozbujanego ego despotycznego Grzegorza.
To było trochę jakby zobaczył ją po raz pierwszy.
Otrząsnął się jednak wewnętrznie z tych myśli i podszedł do
Rafałka, sprawdzić, czy czegoś nie potrzebuje. Po chwili
dołączył do nich teść — niski mężczyzna ze srebrzystym
wąsem — dosiadając się do wnuka i zagadując go o jakieś
nieistotne drobiazgi.
Andrzej machnął ręką i wrócił do stołu, gdzie Monika, jego
małżonka, toczyła zażarty spór o kolor zasłon ze swoją matką.
14Prócz malca, pozostali w szóstkę — był to już właściwie
koniec przyjęcia, a większość gości zebrała się do domów
mniej więcej godzinę wcześniej. Słuchając jednym uchem
toczących się rozmów, Andrzej odliczał w myślach upływające
minuty do zakończenia imprezy, czekając z utęsknieniem, aż
wreszcie zostaną sami — we trójkę.
Nieustannie przez ich dom przewijały się strumienie gości,
więc wizja kilku chwil spokoju wydawała mu się niczym
marzenie.
Jego wzrok przyciągnął jakiś gest wykonany przez ojca.
Andrzej podniósł się z krzesła i podszedł do niego, zamieniając
w znak zapytania.
— Już bym pojechał do domu, synu — oznajmił starszy pan,
wpatrując się w niego zza grubych szkieł okularów. —
Odwieziesz nas?
— Dobrze, ale to już teraz, czy jeszcze chwilę poczekacie? —
próbował odroczyć początek przymusowej wycieczki
samochodem przez całe miasto.
15— Już bym chciał jechać! — odparł stanowczo ojciec,
zaciskając ręce na poręczach fotela, który zajmował honorowe
miejsce na szczycie stołu.
— Dobrze, to ja się ubieram i jedziemy.
— Grzesiu, a może byśmy zostali jeszcze chwilkę? — zapytała
Jola, rzucając znaczące spojrzenie w stronę Andrzeja.
— Absolutnie! Powiedziałem, że chcę jechać, więc jedźmy! —
przeciął rozmowę Grzegorz tonem nieznoszącym sprzeciwu, z
wysiłkiem podnosząc się do pozycji półstojącej.
— Co, już jedziecie? — zapytała teściowa, przerywając
zawziętą dyskusję z córką.
— Tak, niestety. Grzesio jest najwyraźniej zmęczony —
odparła Jola z pewną, jak się Andrzejowi wydało, nutą
przekąsu w głosie. To też było pewną odmianą, bo do tej pory
posłusznie wykonywała wszelkie dyspozycje dużo starszego od
siebie męża, nie okazując najmniejszego nawet
niezadowolenia.
Wszyscy wstali od stołu i zaczęli się żegnać z przesadną
kurtuazją. Chwilę później Andrzej z ojcem i macochą znaleźli
się przed domem, zmierzając w stronę jego dużego SUV-a.
Grzegorz bez wahania zajął miejsce obok syna, pozostawiając
16Joli do dyspozycji tylną kanapę. Dyszał przy tym i sapał jak
parowóz, co nie uszło uwadze Andrzeja. Najwyraźniej czas
odcisnął na nim swoje piętno — przyszło mu na myśl. Było to
dla niego pewne odkrycie, bo w jego wyobrażeniach ojciec
wciąż jawił się jako wysportowany, dbający o zdrowie
mężczyzna. Tymczasem obok siedział starzejący się człowiek,
który zmachał się samym wejściem do samochodu, choć był on
przecież wyjątkowo komfortowy.
Z uczuciem, że coś mu najwyraźniej umknęło, przekręcił
kluczyk w stacyjce i powołał do życia dieslowski silnik.
Wycofując auto z posesji, mimo kamery cofania, instynktownie
spojrzał w lusterko. Spotkał tam wzrok Joli — patrzyła na
niego tak, jakby chciała mu coś powiedzieć. W jej spojrzeniu
dostrzegł coś na kształt zrozumienia, podziwu, a może i
sympatii… a może tylko mu się wydawało?
Chwilę później powoli ruszył żwirową drogą w kierunku
asfaltowej ulicy. Przez większość drogi jechali w milczeniu —
ojciec nigdy nie należał do rozmownych, hołdując zasadzie, że
mężczyźni raczej milczą niż paplają bez sensu. On sam także
milczał, myślami błądząc już przy planach na kolejny dzień
17pracy. Przyzwyczaił się do takich milczących eskapad, kiedy
nawet Jola, dawniej próbująca podtrzymywać rozmowę, już od
dawna skapitulowała.
Coś jednak było inaczej. Czuł to bardziej niż dostrzegał. Kilka
chwil zajęło mu zorientowanie się, że to wzrok siedzącej z tyłu
Joli, śledzącej go badawczo przez wsteczne lusterko. Na jej
twarzy błąkał się tajemniczy uśmiech. Czy tak było zawsze?
Tyle rzeczy dziś dostrzegł na nowo — być może to też nie była
nowość, tylko coś, czego wcześniej nie chciał lub nie umiał
zauważyć?
Z rozmyślań wyrwał go widok znajomego budynku, w którym
ojciec z macochą mieli luksusowe mieszkanie na ostatniej
kondygnacji. Zaparkował na wygodnym parkingu nieopodal
wejścia i wysiadł, żeby pomóc ojcu wydostać się z samochodu.
Jola opuściła auto samodzielnie i już stała, trzymając małą
torebkę obiema rękami w pozie wyczekującej gotowości.
Ojciec poklepał go po plecach podczas krótkiego pożegnalnego
uścisku, po czym odwrócił się w stronę żony.
18Jola tylko spojrzała na Andrzeja i uśmiechnęła się lekko, zanim
podała rękę mężowi i razem, w żółwim tempie, ruszyli w
stronę domu.
Andrzej wsiadł do samochodu i ruszył w drogę powrotną.
Jechał powoli, delektując się chwilą spokojnej samotności i
widokami wieczornego miasta. Była niedziela, ruch prawie
zamarł, tylko gdzieniegdzie przemykały kolorowe bryły
taksówek. Lubił te momenty, zwłaszcza kiedy udawało mu się
wyrwać z jakiegoś nudnego rodzinnego przyjęcia. Miał
nadzieję, że gdy wróci do domu, teściów już nie będzie.
Jaka szkoda, że Monika nie podzielała jego zapatrywań, nie
wykazując najmniejszej potrzeby przebywania z nim sam na
sam. Odkąd zaszła w ciążę, całkowicie wycofała się z ich życia
intymnego. Był to jego osobisty dramat, który jednak niósł z
pokorą jak przysłowiowy krzyż.
Seks zawsze był dla niego jedną z najważniejszych sfer życia i
wydawało mu się, że Monika podzielała te zapatrywania — aż
do dnia, kiedy oznajmiła mu, że spodziewają się dziecka.
Początkowo przyjął nową sytuację ze zrozumieniem,
19usprawiedliwiając zmiany w ich relacji burzą hormonalną,
która z pewnością szalała w ciele żony. Było mu ciężko, ale
pocieszał się myślą, że gdy tylko Monika urodzi i dojdzie do
siebie, wszystko wróci do normy. Kochał ją i był w stanie
naprawdę wiele znieść.
Z czasem jednak, poza oziębłością, pojawiło się coś jeszcze
bardziej niepokojącego. Coraz częściej czuł, że jest przez nią
traktowany przedmiotowo. Z początku nie brał tego do siebie,
znów tłumacząc wszystko jej stanem, ale kiedy minął przeszło
rok od narodzin Rafałka, a sytuacja wciąż się nie poprawiała,
zaczął się poważnie niepokoić. Próbował delikatnie rozmawiać
z Moniką, lecz ta zbywała go obietnicami, że „kiedy nabierze
sił”, może postarają się o kolejne dziecko — i wtedy „wszystko
się zmieni”.
Ta wizja nie przynosiła mu jednak ukojenia. Przestał czuć się
dla niej kimś bliskim, a myśl o kolejnym dziecku — zamiast
radości — wywoływała w nim niechęć. Z czasem zauważył, że
jego dawna witalność ulatuje niczym powietrze z
nieszczelnego balonu. Przybrał na wadze; zamiast kaloryfera
na brzuchu pojawiła się średniej wielkości oponka. Nie
20uprawiał żadnych sportów poza codziennym wdrapywaniem
się na piąte piętro w biurze, a energia uchodziła z niego z
każdym kolejnym dniem. Coraz bardziej czuł, że traci coś
cennego — coś, czego nie sposób odzyskać.
Pewnego dnia zdobył się na odwagę i powiedział Monice, że
nie chce już więcej dzieci. Ona wzruszyła tylko ramionami i
wróciła do swoich zajęć. O bliskości zaś nie było już mowy.
Spali wprawdzie w jednym łóżku, bo dla Moniki pozory były
niemal świętością — w końcu co by powiedziała rodzina,
gdyby się dowiedziała, że mają osobne sypialnie? Dla niego
była to tortura: każdej nocy czuł bliskość jej ciała, kiedyś tak
znajomego i kochanego, a teraz odległego jak niedostępna
twierdza.
Zamykał się więc w swojej łazience, godzinami czytając
książki i nieraz zasypiając w wannie. Kiedy w końcu wracał do
sypialni, padał nieprzytomny w pościel. Był sfrustrowany — to
było dobre słowo i trafnie oddawało jego stan.
Tymczasem doszedł do wniosku, że dzisiejszy dzień był
przełomowy. Tyle dostrzegł, tyle nazwał wreszcie po imieniu!
21A oto, w świetle reflektorów jego samochodu, ukazał się wjazd
na posesję. Ku swojemu zadowoleniu zauważył, że na
podjeździe nie ma auta teściów. Z jakąś nieśmiałą nadzieją
poczuł przypływ energii. Czyżby tego wieczoru miało wreszcie
wydarzyć się coś przełomowego?
Zaparkował, wysiadł w ciepłą letnią noc i dziarskim krokiem
ruszył do domu. W środku było ciemno. Po omacku odnalazł
włącznik i w jednej chwili salon zalało miękkie światło
dziesiątek lampek ukrytych pod sufitem. Po imprezie nie było
śladu — wnętrze lśniło jakby dopiero co wyszła z niego
profesjonalna ekipa sprzątająca.
Na palcach przeszedł przez pokój, nie chcąc obudzić
prawdopodobnie już śpiącej żony i synka. Nagle jego wzrok
przykuł pewien szczegół: na dużym stole leżała złożona na pół
kartka papieru. Sięgnął po nią i odwrócił, wpatrując się w
równo nakreślone niebieskim tuszem literki:
„Jedziemy z Rafałem do rodziców, będziemy jutro po pracy.
Mały pobawi się z dziadkami, nic się nie stanie, jeśli opuści
jeden dzień w przedszkolu. Monika.”
2202 - ANDRZEJ - SMS
Najłatwiej pomylić się wtedy, gdy wszystko wydaje się
jasne.
Bezkresna układanka z unieruchomionych w korku
samochodów ograniczała go z każdej strony. Andrzej siedział
wygodnie w swoim komfortowym SUV-ie i bezmyślnie słuchał
wiadomości w radiu. Tak wyglądał każdy jego poranek i każdy
wieczór — codziennie, niezmiennie, a on nie mógł nic na to
poradzić. Dwie godziny z życia, które równie dobrze mógłby
spożytkować na coś o wiele bardziej sensownego,
produktywnego, choćby nawet przyziemnego.
Co prawda próbował ten czas jakoś zagospodarować —
dzwonił, załatwiał ważne sprawy, odhaczał punkty z listy
zadań. Mimo to, każda minuta spędzona w tym zatłoczonym
labiryncie asfaltu i blachy wydawała mu się stracona. Kiedyś
doszedł do wniosku, że skoro już musi tyle przesiadywać w
samochodzie, który właściwie nigdy nie jedzie szybciej niż
żółw na spacerze, to powinien przynajmniej być to pojazd
25odpowiednio wygodny, najlepiej luksusowy. W końcu stanowił
jego drugi dom — miejsce pracy, wyciszenia, ucieczki.
Wcześniej jeździł sportowym Mercedesem — samochody były
jego wielką pasją. Jednak za namową żony porzucił tę maszynę
marzeń na rzecz zwykłego, nudnego kombi od Forda. Rok
później przesiadł się w końcu do tego ogromnego czołgu na
kołach, napakowanego elektroniką tak bardzo, że chwilami
wydawało się, iż auto jeździ za niego. Wstyd się przyznać, ale
parę razy zdarzyło mu się zdrzemnąć za kierownicą, gdy silnik
mruczał na biegu jałowym w wiecznie zakorkowanej arterii
miasta. Ktoś wtedy trąbił z tyłu, on się budził,
zdezorientowany, i znów uświadamiał sobie, że siedzi w tym
skórzanym, przytulnym wnętrzu.
Monotonny głos speakera recytował kursy walut, a on właśnie
pokonał dystans dnia — rekordowe dziesięć metrów. No cóż,
jeszcze tylko pół godziny i będzie w domu. Pobawi się z
synkiem, może pójdą razem na plac zabaw?
Sięgnął bezwiednie po telefon. Sprawdzanie wiadomości i e-
maili pozwalało mu zabić nudę i stworzyć choćby iluzję, że
26robi coś bardziej pożytecznego niż naciskanie hamulca i gazu.
Sprawnie przewinął kilka ekranów, skasował reklamy, po czym
przeszedł do skrzynki odbiorczej. Wydawało mu się, że
pojawiła się tam mała cyferka — znak, że czeka na niego coś
nowego.
Rzeczywiście. Kilka nic nieznaczących powiadomień —
operator, bank, jakaś lista zakupów od Moniki. I wiadomość od
Joli.
Serce lekko mu zadrżało, po plecach przeszedł zimny dreszcz.
Ostatnim razem, kiedy do niego pisała, jego ojciec trafił do
szpitala z zawałem. Od tamtej pory ich kontakt był dość
sporadyczny, ograniczony głównie do spraw zdrowotnych i
kilku pobocznych tematów. Sporadycznie pozwalali sobie na
drobne narzekania — na swoich partnerów, na codzienność.
Nic więcej. A przynajmniej tak chciał o tym myśleć. Jednak od
tej pamiętnej wiadomości każde kolejne powiadomienie z jej
imieniem budziło w nim lęk. Lęk, że znów wydarzyło się coś
złego.
27Rozgorączkowany dotknął ikonki. Wiadomość rozwinęła się
niemal natychmiast.
W pierwszej chwili nie chciał wierzyć własnym oczom. Tekst
bardziej przypominał kiepski scenariusz serialu albo żart niż
rzeczywistość. Włączył kierunkowskaz i niemal odruchowo
wyłamał się z kolumny aut, zjeżdżając na pobliską stację
benzynową. Zaparkował na jednym z miejsc wyznaczonych
białą farbą, wrzucił selektor w pozycję parkingową i nabrał
głęboko powietrza. Potem wypuścił je powoli, długim,
świszczącym sykiem.
Jeszcze raz uniósł telefon, jakby chciał się upewnić, że to nie
przywidzenie. Ale nie. Treść wiadomości pozostawała
niezmienna:
„ANDRZEJ, KOCHAM CIĘ. NIE POTRAFIĘ BEZ CIEBIE
ŻYĆ. PROSZĘ, NIE ODRZUCAJ MNIE. JESTEM CAŁA
TWOJA.”
28W jego głowie wybuchła burza. Czy to żart? Prowokacja?
Może jakaś głupia gra Moniki i jej braci? Ale nie — numer
należał bez wątpienia do Joli.
Ojciec i jego żona byli ludźmi poważnymi. Nawet przez myśl
mu nie przeszło, by podejrzewać ich o takie “poczucie
humoru”. Chociaż… jej ostatnie zachowanie? Może coś w tym
było?
Cała sytuacja wydawała mu się jednak absurdalna. Aż za
bardzo. Owszem, słyszał o podobnych przypadkach, ale zawsze
wydawały się odległe, marginalne, bardziej pasujące do tanich
romansów niż do jego nudnego, uporządkowanego życia.
Jedna myśl wciąż krążyła mu po głowie — jak się z tego
wyplątać, nie niszcząc przy tym relacji z ojcem? Poczuł
narastającą złość. Jak mogła wciągnąć go w coś takiego?
Przerzucić na niego ciężar rozwiązania problemu, którego sam
nie stworzył?
Czy powinien powiedzieć o tym ojcu? A może… Monice? Nie.
Monice — nie! Znał ją na tyle dobrze, by być pewnym, że
29zrobiłaby z tego potężną aferę. A ta zapewne skończyłaby się
zerwaniem kontaktów z ojcem. Tego nie chciał. Na to nie mógł
sobie pozwolić.
Wziął głęboki oddech i z namysłem odłożył telefon na
półeczkę pod radiem.
Przełączył tryb jazdy i pozwolił autu powoli wyślizgnąć się z
parkingu stacji. Znów wtopił się w strumień samochodów i
kontynuował podróż do domu, ale jego myśli wciąż krążyły
wokół jednego — tej jednej, niepozornej, elektronicznej
wiadomości, która właśnie otworzyła zupełnie nowy rozdział
jego codzienności.
Po drodze zajechał jeszcze do sklepu, by kupić kilka
drobiazgów, o które poprosiła go Monika. Chwilę później
parkował już na podjeździe pod domem. Samochód żony stał
jak zwykle niedbale zaparkowany przed zamkniętymi wrotami
garażu — czyli byli w domu. Choć, znając życie, zawsze
należało się liczyć z każdą możliwością.
30Od progu powitał go synek. Chłopiec przebiegł przez całą
długość salonu z głośnym okrzykiem „Tato!” i zarzucił mu ręce
na szyję. To był bezapelacyjnie najpiękniejszy moment
każdego dnia — codziennie ten sam, a za każdym razem tak
samo wzruszający. Przytulił Rafałka, pocałował go w czoło i
uniósł w ramionach, by razem wejść do kuchni, gdzie Monika
krzątała się nad garnkami, podgrzewając przywiezione od
swojej matki potrawy.
Postawił na blacie papierową torbę z zakupami, a tuż obok niej
postawił chłopca, który od razu zanurkował w niej z
ekscytacją, szukając czegoś dla siebie. Po chwili ściskał w
rączkach popularny smakołyk z niespodzianką — kolejną
losowo dobraną zabawką.
Monika podniosła wzrok znad kuchni. Uśmiechnęła się
delikatnie, prawie mechanicznie, ale w jej oczach czaiło się coś
zupełnie innego. Spojrzenie pełne obojętności, cichej pretensji i
niewypowiedzianego żalu. W tym momencie pomyślał o
wiadomości, która wciąż tkwiła w jego telefonie, jak ukryty
ładunek wybuchowy. Przypomniał sobie jej treść i spróbował
31wyobrazić sobie reakcję Moniki, gdyby kiedykolwiek się o niej
dowiedziała.
Musi coś z tym zrobić. Natychmiast. Skasować wiadomość.
Ale przecież to dopiero początek — nie wystarczy jeden klik.
Monika nie może się o tym dowiedzieć. W żadnym wypadku.
Pamiętał doskonale, jak niecałe pół roku temu zrobiła mu
awanturę z powodu rzekomego romansu. Wtedy chodziło tylko
o kilka dłuższych dni w pracy, a i tak wywołało to burzę. Tamta
scena wciąż była świeża, bolesna. A przecież — pomyślał z
goryczą — skoro i tak nie miała zamiaru z nim sypiać, to
dlaczego trzymała go pod taką kontrolą? Po co ta czujność, te
podejrzenia? Może po prostu traktowała go jak swoją
własność? Ta myśl zabolała bardziej, niż był gotów przyznać.
Gdy znalazł się sam w łazience, wyjął telefon, skasował
wiadomość od Joli i napisał krótki SMS do ojca, prosząc o
spotkanie. Nie podał żadnego powodu — chciał wybadać jego
nastrój, podejść do sprawy ostrożnie. Nie dzwonił, bo rozmowa
z Grzegorzem nigdy nie należała do łatwych. To zresztą był ich
32pierwszy SMS w historii — milowy krok w relacji, której
nigdy nie udało się zbudować na prostych słowach.
Uspokojony choć trochę, wrócił do pokoju dziennego. Ukląkł
przy synku, który siedział pośród kolorowego morza klocków.
Budowali razem szalone konstrukcje — wieże, pojazdy,
nierealne domy z nierealnymi dachami. Śmiali się, tworzyli, aż
nadszedł wieczór i pora kąpieli.
Kiedy Rafałek zasnął już spokojnie w swoim pokoju, a Monika
zamknęła się w łazience, Andrzej zszedł do kuchni. Otworzył
lodówkę i wyjął z niej butelkę schłodzonego piwa. Kapsel
zadźwięczał, odbijając się od kamiennego blatu, a złocisty płyn
z charakterystycznym bulgotem wypełnił wysoką szklankę.
Usiadł wygodnie na tarasie, z napojem w ręce, i zawiesił wzrok
na ogrodzie. Zieleń przed nim była bujna, pełna życia —
starannie zaprojektowana przed laty przez Monikę, która dziś
już prawie się nią nie interesowała. Większość czasu spędzała u
swoich rodziców, na działce pod miastem. Wyraźnie coraz
mniej identyfikowała się z tym domem. Z nim.
33Jakby na potwierdzenie jego myśli, usłyszał, jak wychodzi z
łazienki i bez słowa kieruje się do sypialni.
Zastanowił się przez chwilę.
Czy dziś zamienili ze sobą choć jedno słowo?
Nie przypominał sobie.
Odstawił pustą szklankę do zmywarki i ruszył w kierunku
łazienki. Kiedy gorąca woda spływała po jego ciele, coś w nim
się poruszyło. Obudziła się tęsknota, jakaś cicha chęć bliskości
i nikła, lecz uparcie żywa nadzieja. Wyobrażał sobie, że po
wyjściu spod prysznica po cichu wślizgnie się do ich dużego,
małżeńskiego łoża. Że delikatnie dotknie pleców Moniki, a ona
odwróci się ku niemu z uśmiechem. Spojrzą sobie w oczy,
zbliżą twarze i zaczną się całować — powoli, bez słów, jak
kiedyś. Przytulą się, pozwalając emocjom znów rozkwitnąć.
W tamtej chwili był nawet gotów pomyśleć o kolejnym
dziecku. Byle tylko odzyskać to, co zdawało się już dawno
utracone — czułość, więź, bliskość.
34Wytarł się szorstkim ręcznikiem, założył wygodne bokserki, w
których zwykle spał, i pomknął na skrzydłach wyobraźni do
sypialni. Monika jednak już spała. Leżała odwrócona do niego
plecami.
Położył się więc ostrożnie obok niej. Zawsze miała pretensje,
że gdy kładł się zbyt energicznie, całe łóżko drgało, zakłócając
jej sen. Leżał przez chwilę nieruchomo, wyrównując oddech, a
potem ostrożnie wyciągnął rękę w jej stronę. Musnął palcami
jedwabistą skórę jej pleców, a gdy nie poczuł żadnej reakcji,
pogładził przestrzeń między jej łopatkami. Zrobiło mu się
cieplej, oddech nieznacznie przyspieszył. W oczach wyobraźni
widział, jak Monika odwraca się do niego z uśmiechem…
Ale ona, być może coś przez sen czując, jedynie odsunęła się
bez słowa, coś niewyraźnie bełkocząc pod nosem. Nie
zrozumiał słów, ale z tonu wywnioskował, że raczej nie była
zadowolona.
Całe napięcie z niego opadło. Poczuł się nagle obcy, zbędny —
tak bardzo nie na miejscu, że gdyby mógł, wstałby, ubrał się i
3503 - ANDRZEJ - OJCIEC
Milczenie bywa odpowiedzią, której najbardzej się
boimy.
Wiadomość od ojca przyszła dwa dni później. Pojawiła się
nagle, znienacka, gdy siedział na jednej z tych koszmarnie
nudnych narad, podczas których czas zdawał się zupełnie
zatrzymywać. Była, jak to zwykle u ojca, sucha i lakoniczna.
Kilka słów, żadnego komentarza:
„DOBRZE, WPADNIJ W PIĄTEK ZA TYDZIEŃ.”
Sięgnął odruchowo po telefon i zajrzał do kalendarza. Na
szczęście nic nie widniało na ten dzień. Wysłał więc szybko
wiadomość do Moniki, że w piątek wróci później — musi
odwiedzić ojca. Tak już miał. Zawsze załatwiał takie sprawy od
razu, bo wiedział, że w natłoku obowiązków łatwo coś zgubić,
a potem wszystko robi się trudniejsze.
Od chwili, gdy otrzymał wiadomość od Joli, minęło już kilka
dni. Zdążył nieco ochłonąć, choć temat nadal wracał do niego z
38uporczywą regularnością. A teraz, gdy perspektywa rozmowy z
ojcem stawała się coraz bardziej realna, napięcie powróciło.
Zaczął analizować wszystko na nowo.
Może najpierw powinien porozmawiać z Jolą?
Tak, to byłby dobry pomysł. Najwyżej rozmowa z ojcem
zejdzie na zupełnie inny temat.
Sięgnął znów po telefon. Ekranowa klawiatura, jak zwykle,
żyła własnym życiem, podpowiadając jakieś absurdalne słowa,
jakby była zaprogramowana przez sabotażystę. Czasami
naprawdę zastanawiał się, czy ten cały słownik T4 nie miał
przypadkiem ukrytego celu — może testował cierpliwość
użytkowników, albo próbował wywołać reakcje społeczne,
których sens umykał jego rozumieniu.
Po kilku minutach walki z automatycznymi podpowiedziami
wreszcie ułożył wiadomość. Miała być neutralna, ani zbyt
chłodna, ani zbyt czuła, niepozostawiająca miejsca na
dwuznaczności.
39„ZWAŻYWSZY NA WYJĄTKOWĄ RELACJĘ, JAKA NAS
ŁĄCZY, ORAZ WIĘZY RODZINNE, NIE ZMIENIAJMY
TEGO I ZOSTAWMY, JAK JEST. PROSZĘ I
POZDRAWIAM, ANDRZEJ.”
Przeczytał tekst kilka razy. Palec błądził w okolicach ikonki
wysyłania. Wahał się. Przez moment jeszcze rozważał
alternatywy, lecz w końcu bezwiednie dotknął ekranu. Poszło.
Stało się.
No cóż — trudno. Grunt, że mam to z głowy.
Od razu wykasował całą rozmowę. Nie chciał, by coś zostało,
by kusiło los. Trochę już tego było — ich korespondencja, choć
niewinna, trwała od jakiegoś czasu. Zaczęło się od Joli — to
ona wyszła z inicjatywą, niby w trosce o ojca. Później przeszło
to w swobodną wymianę informacji, czasem banalnych,
czasem bardziej znaczących.
Nie uważał tego za nic złego. Przeciwnie — lubił te pisane
rozmowy. I właśnie dlatego ta cała sytuacja tak go uwierała. To
była osobliwa relacja — wirtualna bliskość, w rzeczywistości
chłodny dystans. Rozmawiali przez komunikator, jakby byli
40starymi znajomymi, a spotykając się twarzą w twarz,
zamieniali się w nieznajomych z różnych światów.
Tymczasem ktoś kilka krzeseł dalej mówił coś nieznośnie
rozwlekłego. Spotkanie trwało. Te narady były tylko
formalnością, wymuszoną przez klienta fanaberią, z której
rzadko wynikało coś konkretnego. Musiał być — i tyle. Ale
myśli nie dawały mu spokoju. Wciąż zerkał na ekran telefonu,
czekając na jakąkolwiek reakcję Joli. Nic.
Już od jakiegoś czasu podejrzewał, że jest uzależniony od tego
przeklętego urządzenia. Smartfon — niepozorny przedmiot,
który przejął kontrolę nad jego uwagą, myślami, emocjami.
Zwłaszcza odkąd jego życie małżeńskie całkiem się wypaliło.
Stał się pożeraczem informacji: portale finansowe,
wiadomości, kursy walut, pogoda, media społecznościowe…
wszystko. Nawet zainstalował sobie tę słynną aplikację
randkową — tę z czerwonym płomykiem. Tyle że jeszcze ani
razu jej nie uruchomił.
41