Phantom - ebook
Mroczny, nowoczesny, romantyczny retelling klasyki musicalu Upiór w operze. Tym razem mężczyzna za maską nie spocznie, dopóki dziewczyna nie będzie należała do niego.
Ona jest moją muzą, a ja jestem jej demonem muzyki.
Rok temu byłem świadkiem, jak słodka Scarlett Day ukazała swoją mroczną stronę. Wtedy stała się moją obsesją.
Wystarczało mi, że byłem jej sekretem. Wystarczało mi, że strzegłem jej z oddali… dopóki wróg z mojej przeszłości nie wziął tej dziewczyny na cel.
Między naszymi rodzinami od pokoleń trwa nienawiść, a Scarlett została wciągnięta w sam środek konfliktu.
Tymczasem umysł płata jej figle. Kiedy atak paniki wymyka się spod kontroli, wyłaniam się z cienia, aby ją uratować.
Teraz gdy jest moja, nie mogę już jej wypuścić.
Jestem panem ciemności. Ona kusi mnie swoim światłem.
Lecz kiedy opadnie moja maska, czy dziewczyna zlęknie się potwora, który czai się pod spodem?
Phantom to pikantna historia osadzona we współczesnym Nowym Orleanie. Stanowi niezależną część serii „Tattered Curtain”. Gwarantowane szczęśliwe zakończenie.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68473-41-4 |
| Rozmiar pliku: | 2,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Rok wcześniej
Scarlett
Płynę w rytm zawieszonych w powietrzu nut. Każda z nich uderza głośno i donośnie, w czasie gdy ludzie wylewają się w tańcu przez otwarte drzwi barów przy Bourbon Street. Wirując, potrafię wychwycić te najwyższe i wyśpiewać je ile sił w płucach.
Ich tempo jest nieco wolniejsze od wersji, do których się przyzwyczaiłam, lecz… teraz wszystko jest takie wolne.
Nawet śmiech dookoła mnie wydaje się ospały, jakby zmagał się z radosnymi jazzowymi dźwiękami radia, które pobrzękują mi w głowie od tygodnia.
Słowa, rytmy i melodie zlewają się w jedno – te w mojej głowie ścierają się z tymi na ulicy. Nie jestem pewna, co słyszę w tej chwili najgłośniej, bo wszystko miesza się ze sobą, tworząc uciążliwą kakofonię.
Przestaję się obracać i wystawiam język, ciekawa, czy uda mi się posmakować słodkiego zapachu cukru pudru, który unosi się z odległej o kilka przecznic Café Beignet.
– Zabieraj ją stąd, Jaime! Już!
Natychmiast odwracam się twarzą w kierunku, z którego dobiega głos. Choć jest cichy, dociera do mnie pomimo panującego w moim umyśle – i wokół – chaosu. Sprawia, że włoski na karku stają mi dęba, a gdy zakładam długie czarne loki za uszy, drżę na całym ciele.
Nie napotykam jednak wzrokiem właściciela głębokiego basu, lecz swojego najlepszego przyjaciela Jaimego. Biedak przygryza nerwowo paznokcie i rozgląda się dookoła, a jego zazwyczaj żywe spojrzenie brązowych oczu zamglone jest zmęczeniem i porażką.
– Co się stało? – pytam, ale nie brzmię przy tym normalnie. Chwilę mi zajmuje zorientowanie się, że nadal wystawiam język na zewnątrz. Wciągam go do środka jak kameleon i chichoczę.
Jaime nie odpowiada, tylko klnie pod nosem po hiszpańsku i wygląda na bardziej pokonanego niż kiedykolwiek wcześniej.
– Jest chora. Widzę to w jej oczach, tak jak mówiłeś.
Z kim on rozmawia?
Dezorientacja próbuje się przedrzeć przez panującą w moim umyśle mgłę, ale odganiam ją ręką. Fizycznie.
– To nie jest zabawne.
– Musimy iść, Scarlett. – Jaime uśmiecha się niepewnie, usiłując odwrócić moją uwagę głupią miną, a jednocześnie macha do mnie butami na obcasach. – Włóż z powrotem te swoje podróbki Manolo…
Tupię w zakurzoną ziemię i jęczę:
– Ale od nich bolą mnie stopy.
– Trudno, dziewczyno. Mówiłem ci, żebyś nie wybierała ich do wyjścia na miasto, lecz ty wolałaś mnie nie słuchać, to teraz masz. Albo je włożysz, albo będę musiał cię nieść. Tylko się pospiesz, bo gliniarze już teraz uważają, że jesteś loca1.
– To nieuprzejme…
Próbuje mnie złapać, ale z nadąsaną miną wymykam mu się zręcznie na bosych stopach.
– Ani mi się śni, Jai-meee, Jai-mee, Jai-meeeee. – Przeciągam jego imię, fałszując przy tym, i rozglądam się uważnie, aby znaleźć chłopakowi randkę na tę noc. Może w końcu by się trochę rozweselił.
W idealnym momencie pojawia się jakiś gorący, niski, wyglądający na studenta turysta, więc łapię go za rękę.
– Chodź no tu! Mój najlepsiejszy przyjaciel na caaaałym świecie rozpaczliwie musi kogoś zaliczyć. Nie da się z nim wytrzymać, gdy zbyt długo nie moczy swojego kutasa.
– No joda2, Scarlett. – Jaime odrywa moją rękę od faceta i obejmuje mnie ramionami, by przytrzymać u swojego boku. – Oczywiście, że znalazłaś najseksowniejszego gościa na Bourbon Street akurat w momencie, gdy muszę cię stąd zabrać. Może zachowaj tę radosną energię towarzyszki do podrywu na czas, kiedy będę mógł to wykorzystać?
– Cała radość umarła razem z moim ojcem. – Wymyka mi się piskliwy śmiech, choć ostry, przeszywający ból w piersi próbuje przebić się przez euforię.
– Mierda3, Scarlo, przepr…
– Nie! – Wymykam się spod jego ramienia, by przyłożyć dłoń do pełnej skruchy twarzy przyjaciela. – Nie, nie, nie. Żadnego więcej smutku! Już przez to przeszłam. Przez miesiąc nie potrafiłam wyjść z łóżka, ale teraz nareszcie czuję się wolna! Mogę latać… tańczyć… nie, czekaj! – Dźgam palcem najbliższy neonowy znak. – Napijmy się!
– Przepuściłaś całą kasę w dwadzieścia cztery godziny, Scarlo. Jesteś spłukana.
Wysuwam dolną wargę.
– Proszę? Bardzo, bardzo ładnie proszę? Oddam ci, obiecuję!
– Dominguez! – Znów rozlega się między nami ten seksowny, zrzędliwy ton. – Zaraz tam będę. Nie spuszczaj jej z oczu.
Udaję, że nic nie słyszę, bo nie jestem pewna, czy to przypadkiem nie kolejna częstotliwość, która próbuje dołączyć do rozbrzmiewającego w mojej głowie jazzu, ale wtedy się orientuję, że Jaime ma kogoś na głośnomówiącym.
Z grymasem na twarzy chłopak przykłada telefon do ucha akurat w momencie, gdy mobilny DJ wtacza swój wózek na środek Bourbon Street. Piszczę i klaszczę jak jedna z tych grających na talerzach małpek z pozytywki. Nie oglądając się na wiecznie gderliwego przyjaciela, zatracam się w tańcu.
Przystojni faceci przechylają się przez poręcze balkonów nade mną, żeby zobaczyć moje cycki. Chichocząc dziko, zrywam z siebie nowy, koronkowy, prześwitujący krótki top, który pożyczyłam dziś z butiku na Royal Street, kiedy zorientowałam się, że przewaliłam wszystkie pieniądze ze stypendium. Biorę zamach, rzucam ubranie w stronę chłopaków, po czym z zadowoleniem patrzę, jak zaczynają się o nie bić i rozszarpują je na strzępy. Nadal mam na sobie czarny stanik, jednak facetom to nie przeszkadza. Z nieba spada na mnie deszcz koralików. Próbuję je złapać, ale zamiast tego potykam się na kulkach i ląduję na kolanach na ohydnej ziemi. Wybucham śmiechem, lecz wtedy uświadamiam sobie, że piecze mnie skóra. Czarne loki rozsypały mi się wokół twarzy, więc odgarniam je, by lepiej widzieć.
– O nie… – wzdycham cicho na widok maleńkich kawałków szkła wbitych w kolana.
Wszystko dobrze. Tak naprawdę to tego nie czuję. Jestem niezniszczalna. Trochę szkła nie zaszkodzi, a ból wewnątrz – i na zewnątrz – zniknie, gdy w końcu się napiję.
Jaime niechętnie zgodził się mnie zabrać na Bourbon Street, żebym wytańczyła buzującą w ciele energię, ale odkąd postawiliśmy stopę na ulicy, tylko psuje nastrój i usiłuje mnie zaciągnąć z powrotem do akademika Konserwatorium Muzycznego w Bordeaux.
Szkoła oraz Nowa Opera Francuska zajmują całą dzielnicę – od Toulouse do Saint Louis i od Dauphine do Bourbon. Wcale tak daleko nie zaszliśmy. Do diabła, pewnie gdybym spróbowała i dobrze się zamachnęła, trafiłabym jednym ze swoich nowych koralików w okno na rogu.
Choć to kuszące, nie decyduję się na tę akcję, bo nie chcę, by Jaime mi przypomniał, że jest w stanie przerzucić mnie sobie przez ramię i zanieść na miejsce, przy czym nawet się nie spoci.
Wzdycham głęboko i zwieszam ramiona. Letnie powietrze aż lepi się do ciała. Wraz z wydechem ogarnia mnie fala zmęczenia, która sprawia, że prawie padam na ziemię.
Ale nie poddaję się jej. Nie poddawałam się przez ostatnie cztery dni. Brak snu oznacza brak koszmarów. Brak koszmarów oznacza szczęśliwą Scarlett. Olśniło mnie zaledwie tydzień temu i to natychmiast wyrwało z ponurego nastroju.
Walcząc z potrzebą przymknięcia oczu, skupiam się na ślicznym świetle stroboskopowym, sączącym się znad baru przede mną. Połyskuje pod nocnym niebem, sprawiając, że gwiazdy świecą kalejdoskopem barw.
Odchylam się, by przyjąć wygodniejszą pozycję i oprzeć łokcie na chodniku, ignorując przy tym odłamek, który powoduje, że nie jestem w stanie do końca wyprostować nogi, i tym samym próbuje zniszczyć tę cudowną chwilę. Z koncentracji wyrywa mnie ruch za moimi plecami, a moment później zostaję brutalnie pociągnięta za ręce.
– Ej! Puszczaj!
– Ma pani prawo zachować milczenie.
Dwóch przystojnych gliniarzy z policji Nowego Orleanu odczytuje moje prawa, gdy holuje mnie do SUV-a zaparkowanego na rogu Bourbon i Toulouse Street, tuż przy Nowej Operze Francuskiej.
– Kurwa! – klnie gdzieś za mną Jaime i aż rozszerzam oczy ze zdziwienia.
Mój nowy nowoorleański najlepszy przyjaciel zawsze przeklina po hiszpańsku, francusku albo we własnym, wymyślonym języku – hiszpańcuskim. To się zmienia, gdy sprawy przybierają zły obrót.
– Proszę przestać się stawiać, proszę pani, albo będziemy musieli porazić panią paralizatorem.
– Puśćcie mnie, to przestanę! – skrzeczę i kopię. – Jaime! Pomocy!
– Jest uczennicą Konserwatorium Bordeaux. Za plecami mam jej akademik. Mogę ją zabrać do domu – proponuje przyjaciel, kiedy w końcu udaje mu się nas dogonić.
– Nie ma takiej opcji. W tej chwili działa na własną niekorzyść, a postanowiliśmy ją aresztować w momencie, gdy zaczęła na nas krzyczeć.
– Za co chcecie ją aresztować?
Ludzie się gapią, więc piorunuję ich wzrokiem. W odpowiedzi słyszę tylko śmiech.
Dupki.
– Za nietrzeźwość w miejscu publicznym i zakłócanie porządku. Zwykle nie przejmujemy się takim zachowaniem w tej dzielnicy, ale nad nią nie da się zapanować, proszę pana. Musimy ją przynajmniej odstawić na izbę wytrzeźwień, dla jej własnego dobra.
– Nietrzeźwość? – prycham, nadal starając się im wywinąć, lecz gliniarze zaciskają palce na moich bicepsach. – Niczego nawet nie wypiłam!
– Tiaaa, na pewno – burczy jeden z nich. – Zobaczymy, co na to alkomat na komisariacie, cukiereczku. I tak zabieramy cię za zakłócanie porządku.
Warczę na gliniarza, jednak przestaję, gdy napotykam stanowczy wzrok Jaimego. Przyjaciel przekazuje mi ruchem warg, żebym się zamknęła.
– Ona mówi prawdę – oświadcza głośno. – Nie wiem, co się z nią dzieje, ale potrzebuje pomocy, nie więzienia. Możecie jej pomóc? – Wciska telefon do kieszeni i przeczesuje rękami gęste czarne włosy, niszcząc sobie fryzurę.
Rany, chyba go ponosi. Zawsze ma idealnie ułożone włosy, a w jego zazwyczaj broadwayowskim tembrze głosu pobrzmiewa teraz irytująca, błagalna nuta.
Niestety, cichy głosik w jazzowym radiu moich myśli podpowiada, że chłopak ma rację.
Coś jest ze mną bardzo nie w porządku.
Nieee. Pierdolić ten głos.
– Puszczajcie mnie!
By się uwolnić, wiotczeję nagle policjantom w ramionach, czego zupełnie się nie spodziewają i puszczają mnie, co sprawia, że ląduję na tyłku. Natychmiast się podrywam i biegnę, jakby od tego zależało moje życie.
Wiatr przelatuje obok ze świstem. Jestem zbyt szybka dla próbujących mnie zatrzymać gliniarzy. Poruszam się z taką prędkością, że mogłabym wygrać każdy wyścig. Do diabła, powinnam była iść na studia sportowe i zastąpić śpiewanie lekkoatletyką… Cholera, może po skończeniu uczelni wystartuję w Olimpiadzie… No chyba że zostanę gwiazdą Broadwayu… Może byłabym w stanie robić to i to? Ale nie, walić Broadway. Potrzebuję własnej sceny…
Uderzam twarzą w ziemię, gdy zostaję powalona od tyłu i oderwana od myśli galopujących tak szybko jak ja sama. Niczego nie czuję, tylko jestem wkurzona, że ktoś miał czelność mnie zatrzymać.
Przewracam się na plecy, klnąc i plując, aż w końcu zdaję sobie sprawę, że dogonił mnie pierdolony Jaime.
– Co, do cholery, palancie? Co to, kurwa, ma być?!
Ten frajer ma łzy w oczach, a przecież to mnie powalił jak jakiś pieprzony futbolista. Jezus Maria.
– Tak bardzo mi przykro, Scarlo. Musiałem. Chcieli cię sparaliżować – przeprasza przelotnie, kiedy przekazuje mnie w ręce dwójki policjantów.
Natychmiast zostaję przyciśnięta przez gliniarzy do zimnego metalu ich SUV-a.
– Na Boga, błagam, ostrożnie! Ona nie czuje się dobrze. To nie jest ona. – Jaime błaga ich, aby mnie nie krzywdzili, lecz oni wcale go nie słuchają, tylko wykręcają mi nadgarstki, by zakuć ręce w kajdanki, wyduszając tym samym z mojego gardła krzyk.
– Przepraszam, Scarlett. Bardzo, bardzo przepraszam. Nie chciał, żebym to robił, ale ty potrzebujesz pomocy.
– Kim, do cholery, jest „on”? Pierdolę pomoc. Powiedz im, Jaime, że mają mnie zostawić! – wrzeszczę z wściekłości na widok łez spływających po jego policzkach, mimo że to nie on jest właśnie aresztowany.
Kręci głową, gdy zostaję brutalnie wepchnięta do SUV-a. Gliniarze coś do mnie mówią, ale ja nie potrafię oderwać wzroku od tego zdrajcy, który uważa się za mojego najlepszego przyjaciela, a dźwięki jazzowego radia, które słyszę w głowie, tłumią ich głosy.
– Scarlett Day?
Przenoszę spojrzenie z Jaimego na zajmującego miejsce kierowcy policjanta, który dopiero co stał przede mną.
– Jak, do cholery, tak szybko się przemieściłeś?
Mężczyzna marszczy brwi, jakby był zdezorientowany.
– Zabieramy cię do szpitala, żeby opatrzyli ci kolano. Jeśli twój przyjaciel mówi prawdę i jesteś trzeźwa, to zrobią ci badania i być może umieszczą w szpitalu psychiatrycznym.
Prycham. Pierdoleni idioci. Nie mają pojęcia o byciu szalonym. To ja dorastałam z szaloną osobą, aż matka w końcu zrozumiała, co dla wszystkich będzie najlepsze, i uciekła. I dobrze, że już jej, kurwa, nie ma.
– Nie jestem szalona – syczę i odwracam się w stronę okna, by zwymyślać Jaimego za to, że wpakował mnie w ten bałagan.
Tyle że ktoś już na niego krzyczy. Ktoś, kogo nawet nie znam.
Oj, a chciałabym go poznać…
Ten mężczyzna jest piękny, mimo że policzki poczerwieniały mu z gniewu. Mierzy kilka centymetrów więcej niż mój przyjaciel, który sam ma sto osiemdziesiąt trzy centymetry wzrostu, i o matko, aż oblizuję wargi, bo to jest dokładnie taki facet, z którym z chęcią straciłabym dziewictwo. Musiałabym tylko najpierw kazać mu zdjąć tę głupią maskę, która zasłania prawą stronę twarzy. Jest niezły, naprawdę. Moje myśli szaleją, bo wyobrażam sobie wszystkie pozycje, jakie w tym tygodniu widziałam na stronach porno, gdy po raz tysięczny próbowałam sama dojść.
Kiedy mężczyzna odwraca się do odjeżdżającego radiowozu, malująca się na niezamaskowanej części twarzy furia topnieje. Wokół mnie wszystko cichnie. Moja pierś wypełnia się tak potrzebnym powietrzem, a ja skupiam wzrok tylko na nieznajomym. Mówi coś, czego nie słyszę, ale kiedy układa usta w literę „O”, czuję, że robię to samo. Hipnotyzujące spojrzenie ciemnych oczu sprawia, że zatapiam się w siedzeniu. Aż w końcu SUV zjeżdża z Toulouse Street, zostawiając mężczyznę w kłębie dymu.
Staram się wyobrazić sobie jego cień na przyciemnionej szybie i myślę o tym, kim był ten człowiek, który sprawił, że mój umysł wyciszył się po raz pierwszy od czasu, gdy ojciec został zamordowany.
1.
1 loca (z hiszp.) – szalona, zwariowana (przyp. red.)
2.
2 No joda (z hiszp.) – Chyba sobie żartujesz; daruj sobie (przyp. tłum.)
3.
3 Mierda (z hiszp.) – cholera, kurwa (przyp. red.)UWERTURA
Obecnie
Sol
Gdy się śmieje, wyobrażam sobie, jak wpycham kutasa głęboko w jej gardło. Na twarzy dziewczyny błyszczą migoczące łzy – tak długo, aż dochodzę.
Kiedy jednak śpiewa… kurwa, kiedy ona śpiewa… to dopiero prawdziwa ekstaza.
Ze swojej wysoko położonej loży numer pięć idealnie słyszę ten cudowny sopran, którym dziewczyna bezbłędnie wykonuje Je veux vivre Charlesa Gounod z Romea i Julii. Przymykam oczy, zupełnie odprężony, gdy moja śliczna mała myszka trafia w każdy dźwięk.
To finałowy wieczór tej konkretnej opery dla studentów kierunku teatralnego z Konserwatorium Muzycznego w Bordeaux. Od tygodni wykonywali ją na deskach teatru w ich Nowej Operze Francuskiej, ale dziś po raz pierwszy mój anioł odgrywa główną rolę. To był dla niej trudny rok, który spędziła na ciągłych ćwiczeniach w zaciszu swojego pokoju, by awansować z bycia dublerką.
Dziś, kąpiąc się w blasku reflektorów, Scarlett udowadnia tej kanalii, swojemu reżyserowi – oraz reszcie audytorium – że przez cały czas należała jej się główna rola.
– Sol – naciska cicho Ben, mój siedzący obok brat bliźniak, odrywając mnie od występu, bym dołączył do naszego zespołu.
Jego trupio biała maska w kształcie czaszki zakrywa prawą połowę twarzy, tak samo jak moja. W ciemności loży nie potrafiłbym dostrzec czarnych włosów czy ciepłych niebieskich oczu brata, więc nawet się do niego nie odwracam. Patrzenie na Bena jest niczym spoglądanie w lustro na przyszłość, która nigdy nie nadeszła. Nigdy dotąd rzeczywistość nie została mi rzucona tak bezlitośnie w twarz jak teraz, gdy przed nami siedzi brat człowieka, który spopielił tamtą przyszłość.
Dziesięć lat temu musiałem zamordować brata Randa, by wyrwać się z jego szponów. Miałem zaledwie piętnaście lat. Rand zdawał sobie sprawę, że to, czego dopuścił się jego brat, było niewybaczalne. Jestem w szoku, że miał jaja, żeby po tylu latach poprosić o to spotkanie – jakby historie naszych rodzin nie zostały nieodwracalnie splamione krwią.
Ja za cholerę o tym nie zapomnę.
Gniew wrzał w moich żyłach od samego początku spotkania, ale ten siedzący przed nami żałosny blondyn wydaje się niczego nieświadomy.
Na jego obronę można rzec, że nie ma powodu spodziewać się dzisiaj niesprowokowanej przemocy. Co prawda miło będzie sobie pofantazjować o tym, jak w czasie antraktu wieszam go na sznurze od zasłon, lecz to przecież nie oznacza, że to uczynię. Gmach opery stanowi neutralny grunt, więc nie ma się czym martwić. Poza tym mój przejebany los nie jest do końca sprawką Randa Chatelaina. Tylko jego rodziny.
Pomimo tego, że gość jest ostatnim z rodu Chatelain i jednocześnie spadkobiercą fortuny, po tym, co wydarzyło się między naszymi rodzinami, natychmiast zbiegł z Nowego Orleanu. Uczęszczał do szkoły w Nowym Jorku i przez większość dekady włóczył się po świecie, uciekając przed obowiązkami i pozostawiając tym samym swoją część Nowego Orleanu pod opieką Jacques’a Barona, zastępcy zmarłego ojca.
A przynajmniej Baron był przez jakiś czas u władzy. Teraz zdecydowanie nie jest.
Ta przyjemna myśl sprawia, że uśmiecham się półgębkiem za swoim napojem. Nagle zauważam Randa, który szczerzy się do mnie z nadzieją. Jego olśniewająco białe zęby błyszczą w przytłumionym świetle Nowej Opery Francuskiej, a blond włosy połyskują złotem, jak u tych niewinnych cherubinków wymalowanych na środku sufitu gmachu, tuż powyżej wielkiego kryształowego żyrandola. To koszmarnie wkurwiające.
– Ładna jest ta śpiewaczka, co? – Rand błyska zębami w głupim uśmiechu. Zachowuje się, jakby był częścią jakiegoś żartu tylko dla wtajemniczonych. – Niesamowity głos.
– Ładna? – pytam, obracając w dłoni szklankę z Sazerakiem. Bariści Madam G zawsze się upewniają, że nie brakuje mi napojów w czasie spotkań, ale nawet ten mocny koktajl nie jest w stanie pomóc znieść tego idioty. – „Ładna” to obelga – wypluwam ostatnie słowo, nim zdołam się powstrzymać, i wypijam drinka do dna.
– Sol.
Upomnienie Bena ledwie jest w stanie przypomnieć mi o mojej pozycji. To wyrachowany wzrok Randa stawia kropkę nad „i”, zwłaszcza gdy facet nachyla się, jakby nareszcie miał coś, o co warto się targować.
– Mam propozycję, ale tylko w zamian za wybudowanie hotelu Chatelain w Dzielnicy Francuskiej i nieograniczony dostęp do portu Nowego Orleanu, oczywiście.
Nie zdążam na niego warknąć, bo Ben szepcze ostro:
– Już ci to mówiliśmy, Rand. Porty i Dzielnica Francuska są nasze. Pomijając Port NOLA, wszystko po drugiej stronie autostrady należy do Chatelainów: Central City, Dzielnica Ogrodów…
– Wszystkie śliczne kwiatuszki są twoje – pokpiwam, na co Rand marszczy brwi.
Ben potrząsa głową i oznajmia:
– Dzięki twojemu bratu przez ostatnie dziesięć lat wszystko działało w ten sposób. Twoi rodzice zgodzili się na rozejm…
– Nie. Mój brat Laurent zgodził się na rozejm – poprawia Rand. – A on zaraz potem go zabił. – Wskazuje kciukiem w moją stronę, na co salutuję mu pustą szklanką po whiskey.
– To była przyjemność, Chatelain.
Szczęście, które jest tylko fasadą, znika, gdy mężczyzna mruży oczy.
– Twoja matka…
– Wszystko w ramach rozejmu, jeśli pozwolicie dodać – wtrąca Ben, wyraźnie starając się nas uciszyć, zanim spierdolę spotkanie, które mnie nie obchodzi. – Czy chcesz zhańbić imię swojego brata poprzez zerwanie jego własnego rozejmu? To on był autorem klauzuli mówiącej o tym, że jakikolwiek atak na członka rodziny może zostać wyrównany spłatą w tej samej walucie: krwi.
– Rzekłbym, że twój brat się wywinął. – Odchrząkuję.
Jakby własne ciało winiło mnie za mój los, na pobliźnionej skórze prawego ramienia rozpala się fantomowy ból, jednak całą uwagę skupiam na prowokowaniu Randa. Trafiłem w czuły punkt, ale on wie, że jestem w tej chwili nietykalny. Wina nie leży po stronie żadnego z nas – to jego brat podpisał rozejm, a jednocześnie go zerwał, czym zasłużył na swoją karę. Gdyby Rand planował odwet, zhańbiłby słowo nieżyjącego brata. Nie wspominając o tym, że gdyby zaatakował mnie jako pierwszy, miałbym pełne prawo odwzajemnić się krew za krew. Jak stanowił zapis w rozejmie jego brata, oczywiście.
Dezaprobata Bena jest namacalna. Nie chodzi o to, że mój bliźniak ufa Randowi. On po prostu chce, by to spotkanie dobiegło końca bez niepotrzebnych dramatów. Tyle że to pierwszy raz od dekady, kiedy nasze rodziny prowadzą rozmowę. Musiało zrobić się niewygodnie.
Ben zawsze trzymał się z dala od brudnej roboty, którą należało wykonać, aby miasto było bezpieczne, dobrze prosperowało i pozostawało lojalne. Ja się do tego przyzwyczaiłem. On ściska dłonie. Ja używam pięści. Układy i interesy to jego działka – dba o naszych ludzi dzięki finansom i paragrafom. Ja zajmuję się sprawami związanymi z bezpieczeństwem, fizykalnością i wiedzą. Moje cienie pracują wraz z Madam Gastoneaux w tajnym barze poniżej. Wspólnie jesteśmy niepowstrzymani w zdobywaniu sekretów w całej Dzielnicy Francuskiej i poza nią. Szantaż działa równie skutecznie co pięści. A czasem nawet lepiej.
– Bordeaux nie wychylają się na zachód od autostrady – przypomina mu Ben – a Chatelain nie udają się na wschód lub do portu Nowego Orleanu. Hotel w Dzielnicy Francuskiej nie ma racji bytu, ponieważ nasi ludzie nie prowadzą biznesów po przeciwnych stronach. Nie bez zaproszenia i nie, jeśli nie doszło do szkody wyrządzonej przez jedną ze stron.
Uśmiecham się złośliwie.
– I pomyśleć, że nie musiałem czekać na zaproszenie ani opuszczać Dzielnicy Ogrodów, by wymierzyć sprawiedliwość, skoro twój pierdolony brat porwał mnie…
– Chodzi o to – interweniuje Ben – że rozejm został stworzony, by nas chronić. Nasze matki próbowały wygładzić ciągnące się przez stulecia waśnie między naszymi rodami poprzez wysłanie nas trzech do tej samej szkoły z internatem, czym poniosły sromotną porażkę. Może i Laurent nie żyje, ale wszyscy zdajemy sobie sprawę, że Sol jest żywym dowodem na to, że nasze rodziny wyrównały rachunki.
Prawa strona mojej twarzy pali pod maską, a Rand się wzdryga – czy z powodu jego straty, czy mojej, nie mam pojęcia. Choć w dzieciństwie byliśmy przyjaciółmi – zanim zostałem użyty jako karta przetargowa – nie oznacza to, że lojalność przetrwała śmierć jego własnego brata, bez względu na to, jakim potworem był starszy Chatelain.
Rand wzdycha ze skruchą, a ja powracam do ignorowania go i wsłuchuję się w arię. Niestety, koleś gada przez nos, czego nie da się zignorować.
– Wiem. Przez ostatnie dziesięć lat znajdowałem się poza obiegiem, ale nie zawsze byliśmy rywalami. Postanowiłem więc zaoferować, że cię jej przedstawię, jeśli jesteś zainteresowany.
– Skąd, do kurwy, znasz Scarlett Day? – wypowiadam te słowa z groźnym pomrukiem, zanim zdaję sobie sprawę, że w ogóle się odzywam.
Usta Randa wyginają się w pełnym dumy uśmiechu.
– Nie wiedziałeś? Lettie i ja mamy wspólną przeszłość. Można by powiedzieć, że łączyła nas młodzieńcza miłość.
Każde wypowiadane przez niego słowo sprawia, że coraz mocniej zaciskam dłoń na trzymanej w dłoni pustej szklance. Myśląc nad odpowiedzią, powoli rozluźniam palce, jeden po drugim. Jeśli stłukę jeszcze jeden egzemplarz antycznego szkła, Madam G oskóruje mnie żywcem i ugotuje, a tym razem nawet nie będę miał do pokazania ciała martwego Chatelaina.
– Jak? – pytam w końcu, choć mój mózg nadal nie może dojść do siebie po tych rewelacjach. – Cała nasza trójka jest kilka lat starsza i studiowaliśmy we Francji, podczas gdy Scarlett pochodzi z Appalachów.
Rand unosi brew, a ja czuję, że Ben sztywnieje. Ujawniłem za dużo.
– Wiele wiesz o mojej Lettie, co?
Pragnienie roztrzaskania szklanki na jego zadowolonej twarzy jest silne, ale z niecierpliwością czekam na wyjaśnienia.
– Ojciec Scarlett był wędrownym muzykiem – kontynuuje. – Jeździła z nim wszędzie, również w letnie trasy koncertowe w Dzielnicy Francuskiej. Dziwi mnie, że stać ją na opłacenie szkoły. Wy, Bordeaux, nie jesteście tani.
– Oferujemy w Bordeaux wiele programów stypendialnych – informuje Ben pomimo mojej dezaprobaty. – Panna Day otrzymała stypendium po tym, jak zmarł jej ojciec.
– To prawda, został zamordowany. Biedna Scarlett. – Twarz Randa wykrzywia troska, gdy ten szybko zerka na dziewczynę, ale ja nie pozwolę mu się tak łatwo wywinąć.
– Został zamordowany w Dzielnicy Ogrodów – zauważam, unosząc przy tym lewą brew, lecz mężczyzna zdaje się nie zauważać oskarżycielskiego tonu. – W twoim dystrykcie.
– To okropne. Wiecie, mój ojciec i brat bardzo polubili jego grę, zanim został wydalony na zachodnią stronę autostrady. Pewnego lata poznałem Lettie w czasie jednego z występów jej ojca i od tamtego czasu byliśmy nierozłączni, aż musiałem wyjechać do szkoły. Szkoda, że już ich z nami nie ma i nie mogą jej zobaczyć. – Rzuca mi znaczące spojrzenie, po czym przenosi tęskny wzrok na występującą na scenie Scarlett. – Bardzo chcieliby ujrzeć, jak mała Lettie rozkwita. Ona również na to zasługuje.
Gdy Rand odwraca się w obitym aksamitem fotelu, by widzieć nas obu, Ben zerka na mnie spod maski. Układa palce w wieżyczkę i zmienia temat.
– Ta waśń wiele odebrała obydwu rodzinom. Właśnie dlatego ten rozejm jest tak niezbędny i dlatego musimy odmówić budowy hotelu Chatelain w Dzielnicy Francuskiej. Pomijając długą historię, którą zniszczyłyby wasze budynki, nasze rodziny lepiej wychodzą na pracy w osobnych częściach miasta. Tak, jak zostało uzgodnione.
Rand zaciska wąskie wargi w cienką linię i przenosi wzrok na scenę. Napięcie wokół jego oczu odwzorowuje głód, który odczuwam w swoim wnętrzu. Ciskam ostrym jak sztylet spojrzeniem w bok głowy mężczyzny. Gdyby zdawał sobie sprawę, co wisiało w kryptach pod sceną, zniknąłby mu z twarzy ten zachwyt.
Scarlett Day jest moja. Jeden z jego ludzi dowiedział się o tym w dotkliwy sposób.
Rand odwraca się w naszą stronę i przygląda loży numer pięć.
– Zawsze mnie dziwiło, że wasza rodzina odbywa spotkania w tym miejscu. Muszę jednak powiedzieć, że biorąc pod uwagę takie występy jak ten panny Day, zaczynam rozumieć, dlaczego gmach opery został wybrany jako neutralny grunt.
I również dlatego, że nigdy go nie opuszczę.
Moja rodzina nazywała Nową Operę Francuską domem, odkąd w tysiąc dziewięćset dwudziestym roku zakupiliśmy spaloną ziemię, na której niegdyś stała jej poprzedniczka. Oryginalny budynek niemal doszczętnie spłonął, a ponieważ właściciele nie dali rady pokryć strat z ubezpieczenia, działka opustoszała. Moja prababcia była zrozpaczona losem oryginalnej Opery Francuskiej, a mężczyźni z rodu Bordeaux nigdy nie potrafią odmawiać swoim żonom. Ben jest tego idealnym przykładem, jeśli chodzi o jego żonę Maggie, a zarazem córkę Madam G.
Mój pradziadek chciał nie tylko sprawić przyjemność żonie, ale dojrzał też w tej sytuacji niepowtarzalną okazję – biorąc pod uwagę fakt, że w życie weszła prohibicja. Wykupił działkę po oryginalnej Operze Francuskiej i wybudował na niej niemal idealną replikę, upewniwszy się, że spełnia wymogi bezpieczeństwa. Sprzedali starą posiadłość rodu Bordeaux w Dzielnicy Ogrodów, a z Nowej Opery Francuskiej Jeremiah Bordeaux uczynił konserwatorium dla studentów sztuki, by moja prababcia mogła uczyć i spełniać się w swojej pasji na pełny etat. Zaprojektował też dormitoria dla studentów oraz skrzydło dla rodziny, gdzie w tej chwili mieszkają Ben i Maggie.
Wykorzystał również nieco wyższe położenie Dzielnicy Francuskiej i pod spodem stworzył odporny na zalania labirynt krypt i tuneli, używanych w czasach prohibicji. W zbudowanym pod spodem tajnym barze Masque prowadził nielegalną gorzelnię. Przodkowie Madam G zawarli z nim umowę i od tamtej pory byli właścicielami tego miejsca. Stosowany wówczas motyw maskarady chronił bywalców przed ewentualnym postępowaniem sądowym, gdyby kiedykolwiek zostali złapani – co, oczywiście, nigdy się nie zdarzyło. A teraz chroni mnie.
Natychmiast po tym, jak zostałem wypuszczony z oddziału oparzeniowego w szpitalu – gdy byłem jeszcze nastolatkiem – opuściłem skrzydło rodzinne na górze i zaaranżowałem krypty i tunele na własny dom. To właśnie one, a także gmach opery oraz Masque stanowią jedyne miejsca, w których odbywam spotkania. Donikąd nie wychodzę bez maski, więc uważam to miejsce za swój dom. Tutaj czuję się najlepiej i to tu mój wstyd nie zostaje pokazany całemu światu.
Również dlatego dane mi było słuchać słodkiego głosu Scarlett dniem i nocą. Mój anioł muzyki ciężko pracuje nad swoim rzemiosłem. W ostatnich tygodniach zainspirowała mnie, prawdziwego demona z krwi i kości, bardziej niż jakikolwiek głos czy kompozytor, o których uczyłem się przez lata. Sam Gounod zabiłby, aby usłyszeć swoje kompozycje wyśpiewywane przez nią. Wiem, że ja bym to zrobił.
W audytorium rozbrzmiewają ostatnie nuty arii i aż świerzbią mnie palce, żeby dołączyć do gromkich braw. Dzięki reflektorom jestem w stanie dojrzeć – pomimo słabego wzroku – złocistorudy połysk na każdym z czarnych loków dziewczyny. Jej porcelanowa skóra błyszczy w gorących promieniach, a zdumienie na twarzy odbiera mi dech w piersi.
Po niezliczonych próbach i ćwiczeniach wokalnych wiedziałem, że zgarnie owacje na stojąco. Chciałbym dołączyć do oklasków, ale okazanie jakiejkolwiek słabości przed Chatelainem sprawi tylko, że narażę dziewczynę na atak. Zbyt wiele razy doprowadziłem do takich sytuacji.
Przekazanie Chatelainowi – któremukolwiek Chatelainowi – przewagi może oznaczać wyrok śmierci. Nie pozwolę, by Scarlett znalazła się pośrodku naszego pola minowego.
To jednak nie powstrzymuje Randa.
– Brawo! Brawo! – Wstaje i przechyla się przez złotą poręcz, klaszcząc i nawołując kobietę z takim entuzjazmem, na jaki chciałbym mieć szansę.
Scarlett unosi wzrok na lożę, a jej srebrne oczy iskrzą w świetle reflektorów. Przepastna dziura w mojej piersi zaczyna budzić się do życia i bić, gdy dziewczyna spogląda w górę i rozciąga usta w szerszym uśmiechu.
Czy ona mnie widzi? Czy wie, że jestem tu dla niej?
Zawsze kryłem się wśród cieni, ale myśl, że mogłem w końcu zostać zauważony przez swoją muzę, sprawia, że wstaję. Wtedy jednak Rand zaczyna machać jak pierdolony maniak i do mojego umysłu wkrada się zrozumienie.
To on. Scarlett widzi tylko jego. Młodzieńczą miłość. Zbyt długo pozostawałem skryty w ciemności, za swoją maską.
Ben i ja wymagamy, by ci, z którymi ubijamy interesy, pokazywali twarze, podczas gdy pracujący dla nas ludzie – moje cienie – noszą maski zapewniające anonimowość tym pracującym dla rodziny Bordeaux. W ten sposób nie tylko chronimy swoich ludzi oraz ich bliskich, ale również zabezpieczamy się przed buntem. Choć dotychczas była to zasada, z której czerpałem korzyści, teraz zaczynam jej żałować.
Kiedy widzę, jak Scarlett uśmiecha się do Randa, mój żołądek zamienia się w ołów. Mężczyzna bez wątpienia pławi się w sposobie, w jaki kobieta na niego patrzy, i zdaje sobie sprawę, jaki wywiera to na mnie efekt, bo gdy się odwraca, posyła mi pełen satysfakcji uśmiech. Gmach opery miał być bezpieczną strefą, gdzie nie dopuszczano do aktów przemocy, tymczasem dziś zazdrość sprawiała, że fantazjowałem o przerzuceniu tego zadufanego gnojka przez poręcz.
– Zdaje się, że mnie rozpoznała! – woła triumfalnie Rand.
Milczę, ale Ben odpowiada szeptem, w czasie kiedy tłum cichnie, a reflektory na scenie gasną.
– Na to wygląda.
– Tak? – Rand kiwa z podnieceniem głową. – Powinienem do niej pójść, prawda? Przywitać się?
– Nie – warczę. Zaciskam prawą dłoń w pięść, a mój wolframowy pierścień z czaszką rozgrzewa się na myśl o tym, jak rozkwaszam śliczną buźkę Randa.
– Wydaje mi się, że Sol próbuje powiedzieć, że pozostała jeszcze reszta występu. Nie wspominając o tym, że na razie tutaj nie skończyliśmy – zauważa Ben, rozpaczliwie usiłując trzymać się tematu.
– I rozejm – dodaję. – Ona jest moja.
Czuję, jak brat sztywnieje, ale go za to nie winię. Nawet ja słyszę w swoim głosie obsesję. To niebezpieczne.
– On ma rację. Dziewczyna jest poza waszym zasięgiem – wcina się Ben z kłamstwem. – Mieszka w Dzielnicy Francuskiej pod naszą ochroną.
Rand kręci głową i zniża głos, bo opera nadal trwa.
– Może i długo mnie tutaj nie było, ale dobrze pamiętam warunki rozejmu. To, że mieszka w Dzielnicy Francuskiej, nie sprawia, że jest jednoznacznie wasza. Nie widzę na niej żadnych znaków i amuletów, które wskazywałyby na jej przynależność. Rozejm istnieje po to, by się upewnić, że żadna ze stron nie dokona zbrodni na nie swoim terenie lub przeciwko komuś, kto wyraźnie podlega ochronie. Nie skrzywdzę Scarlett. Zawsze mi na niej zależało, a nie widziałem jej od ponad dekady. Chcę się tylko przywitać, może zabrać ją na drinka. Nie możesz trzymać jej ode mnie z daleka, Bordeaux. Nie jestem jednym z twoich cieni – wypluwa ostatnie słowo niczym przekleństwo.
– Moje cienie przynajmniej wiedzą, kto im przewodzi – ripostuję.
– To był jebany cios poniżej pasa.
Rand robi krok do przodu, w czasie gdy ja wstaję ze swojego miejsca i góruję nad nim wzrostem – mierzę sto dziewięćdziesiąt trzy centymetry – i potężną sylwetką. Muszę mu oddać, że próbuje mi patrzeć prosto w oczy, nim pomiędzy nami staje Ben.
– Robicie scenę – syczy. – A mamy już tu taką, za której oglądanie ludzie płacą. Nie psujmy przedstawienia. – Odwraca się w stronę otwartych drzwi. – Sabine?
Z cienia wyłania się nasza zastępczyni – wysoka brunetka o jasnobrązowej cerze i kształtnej, atletycznej sylwetce. Jej maska jest jedną z moich ulubionych: twarz spowitego płomieniami rogatego demona zasłania górną połowę twarzy, pozostawiając na widoku jedynie oczy w kolorze węgla. Kobieta zdążyła już położyć rękę na sztylecie, który zawsze ma przytroczony do swojego boku.
Sabine jest dobra. Nawet, kurwa, świetna. Nikt inny w loży nie dostrzega, że jest gotowa zakończyć żywot Randa, jeszcze zanim mężczyzna weźmie kolejny oddech. W jasnym pomieszczeniu sam miałbym problem z tą dzierżącą nóż lisicą. Jednak w mroku nikt nie jest mi równy.
– Chcesz, żebym wyniosła chatelaińskie śmieci? – pyta od niechcenia Sabine.
– Śmieci? – syczy Rand. – Mojego brata nie uważałaś za śmiecia.
Kobieta wykrzywia usta w ledwie dostrzegalnym szyderczym uśmiechu, ale pilnuje, by unikać mojego wzroku. Nigdy nie widziałem u niej większych emocji.
– To było, zanim Laurent pokazał swoje prawdziwe oblicze. Jeśli o mnie chodzi, uważam, że wszystkich Chatelainów powinno się wrzucić do rzeki Missisipi w butach z cementu, jak za starych, dobrych czasów.
Rand krzywi się z obrzydzeniem.
– Nie wiem, co on w tobie widział.
– Łatwy cel. Teraz jednak stanowię zagrożenie. Czego potrzebujecie? – Sabine zwraca się do Bena, moralnego kompasu rodziny Bordeaux. Gdyby spytała mnie, skończyłoby się na tym, że oboje radośnie przerzucilibyśmy Randa przez poręcz.
– Odeskortuj go na jego miejsce na widowni. Skończyliśmy tutaj.
– Z przyjemnością. Chodź ze mną, Randy Boy.
– Zamknij się – zrzędzi Rand, ale poprawiwszy klapy marynarki i rzuciwszy mi harde spojrzenie, rusza za Sabine. – I tak chcę się zobaczyć z sopranistką. Ach, i przy okazji: ponieważ nie jest jeszcze z nikim powiązana, ogłaszam ją moją. Możecie ją uznać za Chatelaina. Kto wie, może pewnego dnia nim zostanie?
Zrywam się z fotela, ale w tym momencie Sabine zatrzaskuje za sobą drzwi. Silny nacisk Bena na moje przedramię jest jedynym, co powstrzymuje mnie przed pójściem za nimi. Cały się trzęsę z chęci uduszenia kolejnego Chatelaina i pozbycia się jego nadętego zadka z tego świata.
To uczucie nie jest mi nieznane, ale nie stałem twarzą w twarz z żadnym z Chatelainów, odkąd skończyłem piętnaście lat, a tym razem żyły pulsują mi jakoś inaczej. Zamiast miarowego werbla zemsty coś innego uderza w talerz, zmieniając perkusyjny rytm, do którego przywykłem.
Strach.
Przechodzą mnie ciarki. Nie pozwolę Chatelainowi mieszać mi w głowie.
– Nie warto, bracie. Przekazałeś mu już wiadomość poprzez tego gnoja Jacquesa w krypcie. – Podnoszę wzrok na swojego bliźniaka, którego twarz jest oświetlona przez słabe światło z ekranu telefonu. – Piszę do Maggie. Chatelain może chcieć wejść za kulisy. Lepiej, żeby była gotowa.
Kiwam głową. Nasza siła tkwi w ukrywaniu się na widoku, lecz nigdy nie pozwalamy, by wmieszani zostali niewinni. Wielu z inspicjentów znajduje się na naszej liście płac, ponieważ Nowa Opera Francuska i tajne bary pod nami mieszczą się na neutralnym gruncie. Przysięgaliśmy nigdy niczego nie rozpoczynać na tym terenie, ale na pewno, kurwa, zamierzamy kończyć.
Każdy mięsień w moim ciele się buntuje, gdy spokojnie zajmuję swoje miejsce, zdecydowawszy posłuchać brata. Ben siada obok, a ja próbuję obejrzeć resztę występu Scarlett pomimo niepokoju, który we mnie narasta.
– Naprawdę uważasz, że pójdzie za kulisy? – pytam, kiedy wspomniane uczucie sprawia, że ciężko mi się oddycha.
– Nie możesz jej mieć, Sol.
Rzucam okiem w stronę Bena, zanim macham ręką.
– Nie wiem, o czym mówisz.
– Scarlett Day. Kobieta taka jak ona kocha światło. Światło reflektorów, uściślijmy. Będziesz musiał przestać się żywić plotkami i w końcu wyłonić z cienia, którego tak kurczowo się uczepiłeś.
– Spokojnie, bracie. Po prostu nie chcę, by niewinna duszyczka znalazła się na linii ognia. Nadal będę się trzymał chętnych do zadowalania turystek, które mi przyprowadzasz. – Kłamstwo pali w język, nim go spopiela i zmusza mnie do przełknięcia śliny. – Ona jest niczym.
– Nigdy wcześniej nie widziałem cię tak wstrząśniętego niczym – prycha Ben. – I nie przypominam sobie, kiedy ostatni raz spojrzałeś na inną kobietę czy spędziłeś trochę czasu z jedną z tych turystek, które błagają o twoją uwagę. Ważny w tym jest fakt, iż jeśli Scarlett Day ma powiązania z Chatelainami, to jest zakazana. Tak będzie bezpieczniej.
Ubrana w białą jak śnieg suknię Scarlett emanuje blaskiem, śpiewając wraz z partnerką ze sceny oraz najlepszym przyjacielem Jaimem Dominguezem. Świadomość, że istnieje ktoś, komu mogę zaufać, iż ją ochroni, daje spokój, który nigdy nie przychodzi mi łatwo. Jednak będę w pobliżu, jeśli Chatelain postanowi odwiedzać dziewczynę. A jeżeli tego nie zrobi – będę ją miał tylko dla siebie. Mój kutas drga na tę perspektywę.
– Ona. Jest. Zakazana – burczy natarczywie Ben.
Lewy kącik ust unosi mi się w aroganckim uśmieszku.
– Jeszcze zobaczymy.
Czuję na sobie badawczy wzrok bliźniaka, jakby ten nie znał każdej mojej myśli. W końcu z westchnieniem odpowiada:
– Na pewno pojawi się na przyjęciu w Masque. Chatelain pewnie przyjdzie tam, żeby cię podkurwić. Wygląda na to, że jednak będziesz musiał wynurzyć się z cienia.
Krzywię się, przy czym napina się skóra po prawej stronie mojej twarzy. Cholernie nienawidzę tłumów. A Scarlett nie wychodzi już tak często jak kiedyś. Zamiast tego w wolnym czasie uczy się i ćwiczy. A niech mnie, jeśli ona się tam pojawi, a ja odpuszczę.
– Mam do załatwienia coś ważnego zaraz po występie. Może później się tam spotkamy.
Nie zaskakuje mnie znaczące uniesienie brwi przez mężczyznę, którego twarz była kiedyś moim idealnym odbiciem.
– Coś czy… kogoś?
Nie kłopoczę się udzieleniem odpowiedzi. Brat, jak zawsze, ją dobrze zna.SCENA 2
List
Scarlett
Oczekiwanie narasta w moim wnętrzu, gdy widzę kremową, nieskazitelną kopertę. Muskam palcami leżącą obok niej białą różę, której kolczastą łodygę obwiązano krwistoczerwoną wstążką. Przysuwam kwiat do nosa i napawam się wonią – pachnie nieco ziemiście, jakby został świeżo zerwany z ogrodu nadawcy.
Od kilku miesięcy w rogu toaletki pojawiają się sporadycznie takie listy. Nie mam pojęcia, kto je wysyła ani jak tutaj trafiają. Kiedy po raz pierwszy otrzymałam tajemniczą kopertę, powinna była mi się zapalić czerwona lampka. Mogłam to zgłosić, ale… listy zaczęły się pojawiać zawsze, gdy znajdowałam się w dołku, a ja nie chciałam podawać w wątpliwość jedynej rzeczy, która sprawiała, że wstawałam z łóżka. Teraz nienawidzę dni, kiedy ich nie otrzymuję. Nie miałam pewności, czy jakiś pojawi się dzisiaj, ale jako że był to mój pierwszy spektakl w głównej roli – liczyłam na to. Dzięki Bogu ta nadzieja nie okazała się płonna.
Ostrożnie odkładam kwiat obok koperty, którą zaraz podnoszę. Na wierzchu jak zawsze zapisano piękną kursywą: Ma belle muse. Kiedy po raz pierwszy otrzymałam list rok temu, szybko sprawdziłam w internecie tłumaczenie.
Moja piękna muza.
Serce dudni w piersi w rytmie staccato, gdy otwieram kopertę – ostrożnie, by nie złamać krwistoczerwonej woskowej pieczęci w kształcie czaszki. Kiedy mi się to udaje, sięgam do środka, aby wyjąć pierwszy z dwóch listów, które wiem, że tam na mnie czekają.
Ma muse,
byłaś dzisiaj niesamowita. Gratulacje z powodu debiutu. Światła reflektorów są niczym przy Twoim blasku. Zazdroszczę światłu, które może Cię dotykać. To sprawia, że żałuję krycia się w mroku.
Tu me verras bientôt,
Ton démon de la musique
– Moja muzo… Twój demon muzyki – szepczę słowa, które znam po angielsku, ciekawa, czy mój demon znajduje się w pobliżu i słucha, jak kaleczę francuskie zakończenie.
Lekcje dykcji i kursy francuskiego pozwoliły mi czytać i używać tego języka podczas rozmów oraz, oczywiście, przy śpiewaniu, ale nie jestem pewna swojej wiedzy. Zawsze sprawdzam to, co czytam po raz pierwszy.
Przyciskam list do piersi, a do nozdrzy napływa zapach demona – mieszanka skóry i nutki whiskey. Uspokaja mnie. Choć wiem, że nikogo tutaj nie ma, mogłabym przysiąc, że czuję na sobie palący wzrok, który – jak zakładam – posiada. Lub który by posiadał… gdyby był prawdziwy. Rozglądam się dookoła, ale nie znajduję niczego, co utwierdziłoby mnie w przekonaniu, że nie zaczynam wariować. W pokoju nie ma nic oprócz lekkiego bałaganu.
Wzdycham i z szacunkiem odkładam list do dolnej szufladki szkatułki z pozytywką – tam, gdzie leżą już pozostałe – po czym wyciągam z koperty drugą kartkę.
Arkusz nutowy.
Ładne słówka z pierwszego listu są cudowne, ale muzyka jest boska. Każda koperta zawiera gruby kremowy papier z ręcznie zapisanymi pieśniami, które rzadko – jeśli w ogóle – mam okazję słyszeć. Nieznane mi utwory zawsze są zapisane w idealnej dla mnie tonacji, zupełnie jakby mój demon muzyki pisał je specjalnie dla mnie. Czasami słyszę nawet dobiegającą do pokoju muzykę fortepianową, a wraz z nią jego głęboki bas. A przynajmniej tak mi się wydaje.
Ta muzyka jest wszystkim, co od niego mam. Gdyby nie listy, obawiałabym się, że wymyśliłam sobie całą tę historię.
To, że sam siebie nazywa demonem, powinno mnie przestraszyć, ale… też go tak nazwałam, kiedy po raz pierwszy przeczytałam otrzymany od niego list i brakowało pod nim podpisu. Jedynym, o czym potrafiłam myśleć, były anioły i demony, o których śpiewał mi tata. Mój demon musiał mnie usłyszeć, ponieważ kolejny list zawierał już imię, którego używa do tej pory. To powinno mnie wystraszyć, bo jest szalone – może nawet w dosłownym znaczeniu – ale mózg nie może się pozbyć myśli, że pisząca do mnie osoba jest dobra. Albo przynajmniej dobra dla mnie. A czasami tylko to ma znaczenie.
Nucę pod nosem zapisane nuty, po czym wyciągam dziennik ze stolika nocnego. Marszczę nos, próbując sobie przypomnieć któryś z tekstów, które zapisałam, najlepiej pasujący do rytmu. Kiedy docieram do strony, o której myślałam, widzę, że róg jest zagięty.
– Dziwne – mruczę.
Jestem przeciwna zaginaniu rogów. Nawet w książkach do muzyki używam zakładek. Czasami jednak spisuję słowa w środku nocy, otumaniona snem. Może wtedy to zrobiłam?
Osobliwe wrażenie, że ktoś tutaj jest, tylko się nasiliło, więc obrzucam spojrzeniem pokój. To nie do końca nieprzyjemne – powiedziałabym, że czuję, jakby obserwował mnie anioł stróż. Widzę jedynie stolik nocny, otwarte drzwi do łazienki i stojące obok łóżka lustro. Nic niezwykłego.
Może to mój demon muzyki mnie strzeże.
Chichocząc, kręcę głową i wędruję wzrokiem po słowach, dopasowując je w myślach do znalezionych w liście nut. Ogarnia mnie fala emocji – odmienna od wszystkiego, czego doświadczam podczas grania. Zawsze chciałam śpiewać własne utwory, tak jak robił to tata. Nigdy jednak nie miałam odwagi.
Występy solowe oznaczają, że cały spektakl skupiałby się na mnie. Nie miałabym dublerki. Nikogo, na kim mogłabym polegać, gdybym coś zepsuła. Co, jeśli doświadczyłabym epizodu maniakalnego lub depresyjnego i nie dała rady wystąpić? Strach, wątpliwości i niepewność do tej pory mnie wstrzymywały, ale zapisywanie własnych tekstów przynosi mi radość jak nic innego.
Śpiewam słowa, czytając z marszu nuty. Moment później daję się porwać łagodnym wzniesieniom i kadencjom melodii… aż wibrujący dźwięk wytrąca mnie z koncentracji.
Odwracam głowę i dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że wibruje mój telefon leżący na blacie toaletki w pokoju obok. Gdy odbieram, w słuchawce rozlega się głos Jaimego.
– Scarlett! – Chłopak przekrzykuje ryk muzyki w tle. – Co, do diabła?! Gdzie ty jesteś, skarbie?
Zerkam na zegar na ścianie. Przez ponad godzinę byłam zatracona w muzyce.
– Szlag. Przepraszam, Jaime. Będę tam za kilka minut.
– Dobra. Ten twój szczeniak doprowadza mnie do granic wytrzymałości. Jeśli jeszcze raz odezwie się chamsko do kelnerki, to go stąd wykopię.
Prycham.
– Nie kopie się szczeniaków, Jaims. Każdy to wie.
– Sądzę, że ten jeden raz świat zrobiłby wyjątek – burczy Jaime.
Rzucam dziennik na łóżko.
– Nie przejmuj się. Zaraz tam będę.
– Dobrze. – Jaime rozłącza się bez zbędnych ceregieli. Ten facet nigdy nie używa słowa „cześć” jak normalna osoba.
Wkładam telefon do kieszeni, którą bogini krawiectwa wszyła w białą suknię Julii. Poprawiam makijaż i jestem gotowa do wyjścia, ale coś w lustrze przykuwa mój wzrok. Rama wygląda, jakby rozeszła się przy łączeniu, więc wkładam ją z powrotem na miejsce.
– Będę to musiała wymienić – mamroczę do siebie i zapisuję sobie w myślach, kiedy biorę do ręki białą, koronkową maskę karnawałową.
Moje spojrzenie zatrzymuje się na białej róży leżącej na blacie toaletki i nim zdążę się powstrzymać, wyciągam z szuflady nożyczki, a potem odcinam długą łodygę. Gdy przebijam grubą tkaninę sukienki jedną ze swoich igieł do szycia, dźgam się w palec.
– Szlag!
Na opuszce pojawia się kropla krwi, więc wkładam go w usta, by nie zabrudzić sukienki. Na szczęście zdołałam przyszyć większość, nim się ukłułam, i udaje mi się przyczepić resztę jedną ręką. Ostatni raz przed wyjściem przeglądam się w lustrze i klnę.
Na róży widać ledwie dostrzegalną smużkę krwi po tym, jak się skaleczyłam. Drobinki w odcieniu czerwieni są jedynym kolorowym akcentem w moim ubiorze i zdecydowanie się wyróżniają, ale wyglądają ładnie, więc postanawiam zostawić kwiat na miejscu. Pomijając krew, białe płatki niemal zlewają się z sukienką, lecz się tym nie przejmuję. Skoro nie mam szansy popracować nad słowami do muzyki mojego demona – mimo że tego pragnę – mogę przynajmniej wziąć ze sobą różę, którą od niego dostałam.
Zatrzymuję się w wyjściu i spoglądam tęsknie przez drzwi prowadzące do sypialni, gdzie na łóżku leży dziennik z zatkniętym wewnątrz arkuszem nutowym. Chciałabym tu zostać i popracować nad nowym kawałkiem, który wysłał mój widmowy korespondent, ale obiecałam Jaimemu, że tym razem wezmę udział w afterparty.
Czuję wibracje w kieszeni i wiem, że to przyjaciel znów dzwoni. Jest właściwie jedyną osobą, która w ogóle to robi. Rzuciwszy po raz ostatni okiem na dziennik, postanawiam, że popracuję nad nutami później, i zamykam drzwi. Nie trudzę się kluczeniem ich. Konserwatorium Muzyczne Bordeaux jest jednym z najbezpieczniejszych miejsc w Dzielnicy Francuskiej, o ile nie najbezpieczniejszym.
Gdy przechodzę przez ciemne sale w stronę Masque, szukam w internecie tłumaczenia słów, które pojawiły się pod koniec listu: tu me verras bientôt. To coś nowego. Jeszcze nigdy nie używał tego sformułowania, więc mnie zaciekawiło.
Kiedy jednak poznaję znaczenie, staję jak wryta. Wpatrując się w rozświetlony ekran, czuję, jak serce podchodzi mi do gardła, a czerwone lampki ostrzegawcze w mojej głowie rozpaczliwie próbują – lecz im się nie udaje – przeważyć nad nadzieją i ekscytacją, które zalewają żyły.
Niedługo mnie zobaczysz.