-
nowość
Piasek i dym - ebook
Piasek i dym - ebook
„Piasek i dym” to pierwszy tom cyklu fantasy „Głos ponad mrokiem”. Jak ukryć dar, który czyni jego posiadaczkę pożądanym narzędziem? Jak zdobyć upragnioną władzę, gdy walczy się z własną słabością? Co zrobić, gdy przełożeni zmuszają do wystąpienia przeciwko tej, którą chce się chronić? Odpowiedzi kryją się w porywającej historii trzech uzdrowicielek z zakonu bogini Namee: Miny, Karisty i Yolandy. Każda z nich stara się osiągnąć swoje cele – coś odkryć, coś zyskać, komuś pomóc, lecz ich sytuacja komplikuje się z dnia na dzień i wszystkie zostają wplątane w sieć intryg. Do tego zbliża się Święto Przesilenia – czas, w którym siły światła i ciemności ścierają się ze sobą ze szczególną gwałtownością. Tajemnice wychodzą na jaw, moc wymyka się spod kontroli, a jedna zła decyzja może pogrążyć w chaosie całe królestwo. Los zmusza bohaterki do podjęcia najtrudniejszych decyzji, tymczasem czytelnik wciąga się w pełną głębi, złożoną i świetnie skonstruowaną historię.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398000659 |
| Rozmiar pliku: | 3,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
– Z władzą jest jak z ogniem – przeczytała Karista. – Gdy po nią sięgniesz, zahartuje cię albo strawi. Nie ma innej drogi. Tylko głupcy wierzą, że można się przy niej ogrzać.
– Mądrości mistrza Nu – prychnęła stojąca obok Mabithi, starsza siostra Karisty.
Inskrypcja, na którą patrzyły, okalała ogromną mapę namalowaną na podłodze, a pochodzącą jeszcze z czasów Wielkich Naelitów. Z niezwykłą dbałością o szczegóły przedstawiono na niej królestwo Gailan wraz z otaczającymi je wyspami i morzami. Kolejne przełożone szkoły były bardzo dumne z jej posiadania, podobnie jak z sali wykładowej, w której się znajdowała. W Nevaran, stolicy Gailan, gdzie szkoła miała swą siedzibę, pozostało wiele naelickich budowli, ale żadnej nie zdobiło tak wspaniałe malowidło i tylko nieliczne miały równie bogato rozświetlony sufit.
Stanowiła go olbrzymia kopuła wypełniona kryształowymi świetlikami, dzięki którym nawet w pochmurny dzień panowało w sali przyjemnie rozproszone światło. Jednak największe wrażenie robiła, gdy rozbłyskiwało słońce. Promienie rozszczepiały się wówczas na krawędziach kryształów i pokrywały ściany tęczowymi wzorami. Widok tak zachwycał, że wykładowczynie musiały przerywać zajęcia, bo uczennice nie potrafiły się skupić. Teraz za oknami panował jeszcze mrok, dlatego siostry włączyły żarkiny – walcowate lampy wypełnione żarzącą się substancją wynalezioną przez Naelitów. Te mniejsze zamocowano obok ustawionych amfiteatralnie ławek dla uczennic, a największa stała na podeście za biurkiem wykładowczyń. Mabithi skierowała się w tamtą stronę, a Karista nadal pochylała się nad mapą.
– Ha! Czyli tak wyglądają twoje modły! – Zza pleców dobiegł ją głos matki Nurganis, przełożonej zakonu. – A zatem słusznie mnie ostrzegano.
– Witaj, matko. – Karista skłoniła głowę.
Przełożona wpatrywała się w nią przymrużonymi oczami, jakby rozważała kolejny krok. Choć do świtu brakowało przynajmniej ahtry, miała na sobie wyszywaną srebrem suknię, pasującą do bardziej uroczystych okoliczności, i Karista nie po raz pierwszy zadała sobie pytanie, czy ona przypadkiem w niej nie sypia. Czyżby przełożona uważała, że pozbawiona strojnych szat straci autorytet? Była chuda i drobna jak dziecko, a woskowożółty odcień skóry sprawiał, że wyglądała trochę jak lalka, lecz z dziecięcą posturą kłócił się tatuaż pokrywający jej łysą głowę. Przedstawiał zwiniętą kobrę, przy czym ogon spoczywał na karku i plecach Nurganis, a łeb zwieszał się na czoło. Rozdwojony język dotykał cienkich brwi, a sterczące nad nim kły zdawały się tylko czekać, aż wbiją się w ofiarę. Obraz był na tyle sugestywny, że niejedna nowicjuszka zastygła na jego widok z przerażenia, ale na Kariście nie robił już wrażenia.
– Cóż ci kazało, matko, wstać tak wcześnie? – spytała.
– Okłamałaś mnie. Wymówiłaś się od obowiązków, twierdząc, że przed Rytuałem Przejścia chcesz się skupić na czuwaniu i modlitwie. A czym się zajmujesz?
– Właśnie tym, przygotowaniem do czuwania i modlitwy.
Zrobiła minę pokornej służebnicy zakonu, dokładnie taką, jakiej oczekiwała przełożona, wielebna matka Nurganis, Pierwsza Naishi i w prostej linii potomkini Wielkich Naelitów. Tyle że Nurganis nie wiedziała, z jaką łatwością Karista przybiera dowolne miny. Miała ich cały arsenał – uniżoną dla przełożonych, zdecydowaną dla podwładnych, zaciętą dla wrogów, uwodzicielską dla kochanków. Talentu mogłyby jej pozazdrościć nawet Meszki, kobiety szpiegujące dla króla.
Gdyby Karista miała szczerze okazać swe uczucia, roześmiałaby się w nos tej starej jędzy. Taka władcza, taka niby doświadczona i co? Swą odpowiedzią Karista już zachwiała jej pewnością siebie, a był to dopiero początek.
– Wielka szkoda, matko, że służki zbudziły cię tak wcześnie i zasiały w tobie niepokój. Przygotowujemy z siostrą coś, co z pewnością cię ucieszy, ale chciałyśmy sprawić ci niespodziankę, a one ją popsuły.
– O czym ty mówisz, dziewczyno?
– Pytasz, matko, o niespodziankę czy donosicielki?
Nie pierwszy raz Karista wytykała Nurganis jej służki. Stara otaczała się nimi jak kwoka pisklakami, a one dokładnie tak się zachowywały. Wynajdywały drobne ploteczki, małe intrygi i zanosiły swej pani pod nogi, ale żadna nie dostrzegała szerszej perspektywy. Karista była przy nich niczym pajęczyca, która z wysokości swej kryjówki obserwuje, jak kolejne ofiary wplątują się w jej sieć.
– Wybacz, matko! – Udała skruchę, nim Nurganis zdążyła ją upomnieć. – Nie powinnam się tak do ciebie odzywać. A mam na myśli szczególny rytuał, którego nauczyłyśmy się na Semiron od matki Haeris. Chciałyśmy cię zaprosić do udziału, bo to niezwykłe doświadczenie, tyle że później, gdy już będziemy gotowe.
– I kiedy zamierzałaś mi o tym powiedzieć?
– Pod wieczór. Całodzienne czuwanie z nami byłoby dla ciebie, matko, zbyt męczące. Poza tym dopiero wtedy będzie można zobaczyć efekt.
– Zobaczyć?
– Pozwól, matko, że wyjawię ci, na czym to polega. Spójrz! – Wskazała ręką na podłogę. – Oto mapa Gailan z naniesionymi na niej miastami, wioskami, a nawet niewielkimi osadami. Oczywiście dla nas najważniejsze są miejsca, gdzie znajdują się szkoły i świątynie…
– Wiem, co przedstawia mapa! – przerwała Nurganis.
Karista udała, że jej nie słyszy.
– W tych workach znajduje się piasek identyczny z tym, którego używamy podczas Rytuału Przejścia. Nim wysypiemy go na podłogę, a taki mamy zamiar, Mabithi będzie chodzić po mapie i utrwalać sobie jej obraz, po czym wprowadzi się w trans.
– Trans, powiadasz. – Nurganis podeszła do Mabithi.
Rzadko ją dostrzegała. Mabithi stała zbyt nisko w hierarchii zakonu, by Nurganis zwracała na nią uwagę, a jeśli nawet ją zapamiętała, to wyłącznie z powodu garbu, który sterczał z jej pleców niczym wielki bochen chleba. Wyróżniało ją to spośród uzdrowicielek, była też znacznie brzydsza od siostry, choć łączyło ją z nią pewne podobieństwo. Sylwetkę miała bardziej męską – biodra i ramiona kanciaste, piersi płaskie, a stopy zbyt duże jak na kobietę. Nie mogła się też poszczycić śnieżnobiałą cerą jak Karista. Jej była zwyczajnie blada i dziobata. Oczy charakteryzował wprawdzie ten sam migdałowy kształt, ale tkwiły za blisko siebie i kolorem ledwie się zbliżały do intensywnej zieleni oczu Karisty. Do tego rzadko się odzywała i na ogół unikała towarzystwa ludzi.
– Po co ona ma się uczyć mapy? – spytała Nurganis.
– Wkrótce zniknie pod piaskiem, a Mabithi nadal będzie mieć ją w głowie.
– Ale po co?!
– Tu dochodzimy do sedna, matko. Dziś po południu we wszystkich zakonnych szkołach rozpocznie się Rytuał Przejścia. Nowicjuszki udadzą się do cel odosobnienia, gdzie – jeśli na to zasłużyły – doświadczą łaski bogini Namee. My zaś będziemy mogły to zobaczyć.
– Pojawią się wzory? Takie jak podczas rytuału? – Nurganis wbiła w nią wzrok.
– Zasada jest ta sama. – Karista się uśmiechnęła, bo oto nici pajęczyny zadrżały i długo wyczekiwana ofiara zaczęła się w nią wplątywać.
Nurganis pochyliła się nad mapą, jakby sama chciała ją zapamiętać. Krążyła po niej, mrucząc niezrozumiale.
– Nigdy o czymś takim nie słyszałam – odezwała się wreszcie.
– Dlatego chciałyśmy ci to pokazać, matko. Większość uważa, że piasek pokrywa się wzorami wyłącznie dla nowicjuszek, ale matka Haeris wyjawiła nam, że wzbudza się również przy Naishi szczególnie wrażliwej na moc bogini Namee, a właśnie takim darem dysponuje moja siostra.
– Robiłyście to z Haeris?
– Tak, choć na mniejszą skalę. – Karista zatoczyła dłonią nad mapą. – Po raz pierwszy spojrzymy na całe Gailan i być może… – zawiesiła głos – dostrzeżemy działanie bogini nie tylko tam, gdzie odbywa się rytuał. Wiesz dobrze, czcigodna matko, że tej nocy pani nasza, Namee, działa również na nieuświęconej ziemi.
– Co chcesz przez to powiedzieć? – Nurganis podeszła bliżej.
– Jeśli bogini będzie nam przychylna, odkryjemy, gdzie mieszkają dziewczęta z darem uzdrawiania, nawet jeśli one same jeszcze nie wiedzą, że go posiadają.
– To niemożliwe!
– Ależ to jest możliwe, tyle że trudne. W im głębszy trans wpadnie Mabithi, tym łatwiej dostrzeżemy miejsca dotknięte mocą bogini. Mabithi jest przekaźnikiem, a ja pomagam jej osiągnąć pełnię mocy. Łączy nas więź niezbędna do przeprowadzenia tego rytuału. Dlatego zwolniłam się z pozostałych obowiązków. Zrezygnowałam z nich dla dobra naszego zakonu, bo sama przyznasz, czcigodna matko, że aby przetrwać, musimy znaleźć jak więcej nowych uzdrowicielek.
„A ja muszę znaleźć bodaj jedną dziewkę z darem naylais” – dodała w myślach.Rozdział 2 – Mina
Zbudził ją delikatny dotyk na ramieniu. Otworzyła oczy i ze zdziwieniem spojrzała w okno. Na zewnątrz panowała całkowita ciemność, nawet nie świtało, a pomieszczenie rozświetlał jedynie nikły blask lampki oliwnej trzymanej przez Sani.
– Pora wstawać – szepnęła dziewczyna, a jej głos zabrzmiał jak ciche trzepotanie skrzydeł.
Sama też przypominała ćmę – drobna, niepozorna i okryta zgrzebną, szarą suknią. Była nagreshi, a w zakonie Naishi – uzdrowicielek bogini Namee – oznaczało to niemal niewolnicę. Sani odzywała się więc, gdy musiała, i rzadko kiedy podnosiła wzrok.
– Co się dzieje? – spytała Mina.
– Matka Yolanda chce was widzieć. Macie pójść ze mną.
Mina z westchnieniem narzuciła na siebie długą do ziemi szatę nowicjuszki, po czym podeszła do posłania, na którym spały Pruna i Tamara. Uśmiechnęła się na ich widok. Dziewczyny przyjaźniły się ze sobą, ale za dnia zachowywały wobec siebie dystans, za to nocą leżały zawsze ramię w ramię jak bliźniaczki. Mina pochyliła się, by je obudzić, i zastygła w połowie gestu.
Przypomniała sobie dzień, gdy dotarła tu z Idranem po raz pierwszy. O Elavin wiedziała wówczas tylko tyle, że to prowincjonalne miasto na północy Anaar Gailan może się poszczycić całkiem niezłą szkołą Naishi. Idran przyjaźnił się z matką Yolandą, tutejszą przełożoną, i listownie zapowiedział ich wizytę, dzięki czemu już w kilka dni po przyjeździe Mina rozpoczęła naukę. To wtedy poznała Prunę i Tamarę, a od tamtej pory prawie się z nimi nie rozstawała. Dzieliły jedną izbę sypialną i stół w jadalni, razem się uczyły, pracowały i bawiły. Mina lubiła ich towarzystwo i w przypływie wzruszenia poczuła, że nie chce, by cokolwiek się zmieniło, lecz o tym, czy spędzą ze sobą kolejne lata, miał zadecydować zbliżający się Rytuał Przejścia.
Tamara zamruczała przez sen i wyprostowała nogi. Wyrosła, odkąd Mina ją poznała, ale pozostała tak samo muskularna, twarda i kanciasta jak niedokończona rzeźba. Jej twarz tonęła zawsze w burzy kędzierzawych włosów i teraz też ją przykrywały. Nie znosiła ich wiązać ani splatać, więc na ogół błyskały spod nich tylko oczy. Tak jak Sani pochodziła z Tarhit, jednak w przeciwieństwie do niej patrzyła na innych z zadziorną śmiałością, a jeśli milczała, to nie ze strachu, lecz dlatego, że od słów wolała pięści. Ostatecznie wychowali ją mężczyźni.
Przyjaciółki różniły się od siebie jak nawałnica od mżawki: Tamara zapalczywa i łatwo wpadająca w gniew, Pruna łagodna i uśmiechnięta. Podobnie odstawały od siebie wyglądem. Wystarczyło porównać ich włosy. Tamary przypominały zmierzwione futro niedźwiedzia, który po długiej zimie wylazł z gawry, Pruny układały się niczym łagodne fale na tafli jeziora i jasnymi splotami okalały buzię wiecznie zdziwionego dziecka. Sylwetkę Pruny stanowiły nie kanty, jak u Tamary, lecz krągłości, a to za sprawą słodyczy, które uwielbiała. Jej ojciec służył u kasztena Imren jako zarządca sadów i pszczelarz, więc dzieciństwo Pruny opływało w miód i owocowe smakowitości.
Mina traktowała obie jak siostry i przez chwilę stała z ręką zawieszoną nad kocem, nim wreszcie pociągnęła go do siebie.
– Pobudka, śpiochy!
– Już? – Tamara przeciągnęła się i ziewnęła. – Toż to środek nocy.
– Nie jęcz, tylko wstawaj. Przełożona czeka. – Mina szarpnęła ją za palec u nogi.
Tamara odpowiedziała wierzgnięciem i pewnie komuś innemu przywaliłaby za taką poufałość, ale Minie pozwalała na więcej.
– Uwierzycie, że za kilka dni pozbawią nas włosów? – Pruna sięgnęła po szczotkę i z żalem zaczęła rozczesywać blond pasma.
– Jeszcze nic nie jest przesądzone – odparła Mina.
Kilkoma ruchami przeczesała swoje włosy i niedbale odrzuciła je na plecy. Nie przepadała za nimi, a zwłaszcza za tym, że były czarne jak pióra tazruków. Przysparzały jej problemów, bo takie włosy mieli Morteni, najwięksi wrogowie Gailan, i wielu chętnie jej to wytykało. Dlatego nie żałowała, że po rytuale się ich pozbędzie, pod warunkiem, że go przejdzie, a nie wszystkim nowicjuszkom się to udawało.
– Chodźmy, nim żmije wypełzną z legowisk – mruknęła.
Tamara parsknęła śmiechem, który zabrzmiał jak szczekanie. Pruna spochmurniała. Nie lubiła, gdy Mina nazywała tak starsze uczennice, chociaż nie było dnia, by i ona nie doświadczyła ich zjadliwości. Adeptki wyświęcone już na Naishi często wyżywały się na młodszych uczennicach. Tak działo się w każdej szkole, jednak tutejsze dziewczęta trzymały się tej tradycji z wyjątkową gorliwością, i to mimo że matka Yolanda nie akceptowała tego typu zachowań. Im mocniej je tępiła, tym głębiej się zakorzeniały i pleniły.
Prym wiodły Sidrin i Vida, najlepsze przyjaciółki. Obie wywodziły się z zamożnych rodzin, bardzo hojnych dla zakonu, dlatego czuły się bezkarne. Znęcały się przede wszystkim nad nagreshi, które im służyły, i nie kończyło się to na dorzucaniu im dodatkowej i często niepotrzebnej pracy. Były też wyjątkowo złośliwe wobec nich, a bywało, że dochodziło do rękoczynów. Dla Sidrin i Vidy nie miało znaczenia, że nagreshi są ich dawnymi koleżankami z nowicjatu. Przeciwnie, wręcz je to zachęcało. Czuły się od nich lepsze. Nagreshi zostawały dziewczęta, których dar uzdrawiania okazał się zbyt słaby, by mogły służyć jako pełnoprawne Naishi. A skoro nie leczyły, musiały pracować. W zakonie niczego nie dostawało się za darmo.
Sidrin i Vida dokuczały także nowicjuszkom, ale w ich wypadku ograniczały się głównie do przytyków i głupich żartów. Lubiącej jeść Prunie wrzucały na przykład robaki do zupy albo mysie bobki do deseru i zaśmiewały się z tego do łez. Na Tamarę wołały Kowadło albo Tłumok, jednak zważywszy na moc jej pięści oraz ganyar – tradycyjny tarhicki nóż zatknięty za pasek – na ogół trzymały się od niej z daleka. Minę omijały jak śmierdzące jajko, za to trudno byłoby zliczyć inwektywy, którymi ją obrzucały, gdy tylko nadarzyła się okazja. „Patrzcie! – wołały. – Czyż to nie jest ta córka portowej dziwki? Nie zastanawia was, co ten zapchlony, morteński pomiot robi w świętym zakonie?”
Mina podchodziła do tego ze spokojem. Na ulicach Aramaus doświadczyła gorszych rzeczy. Czasem jednak i ją ponosiła złość, a wówczas trzeba było pomocy kilku varinów, by odciągnąć ją od tamtych.
Pruna bardzo się tym przejmowała. W domu otaczało ją grono kochających sióstr, ciotek i przyjaciółek rodziny, dlatego pragnęła, by również tutaj zapanowała miła atmosfera, i dla tej wizji gotowa była na wiele ustępstw. Łatwo zapominała krzywdy i pierwsza wyciągała rękę do zgody, lecz marzyła, by pogodzić wszystkich, a na to się nie zanosiło.
– Nie przejmuj się żmijami. – Mina poklepała ją po ramieniu. – Dziś skupią się na rytuale i nikt nikogo nie będzie kąsać.
– Pewnie masz rację, oby tylko bogini zechciała nas pobłogosławić.
– Oczywiście, że nas pobłogosławi – rzuciła lekko Mina, ale westchnienia nie zdołała stłumić. Tak wiele zależało od tego rytuału, a jego czas nieuchronnie nadchodził.Rozdział 3 – Yolanda
– Od której zaczniemy? – spytała Yolanda.
Stała w oknie obok matki Dusse i wraz z nią wpatrywała się w dziedziniec, przez który przechodziły nowicjuszki. W szarzyźnie świtu ledwie było je widać. Najlepiej Minę oświetloną blaskiem lampki niesionej przez Sani. Przez lata spędzone w szkole Mina nabrała nieco krągłości, ale do kobiecych kształtów miała jeszcze daleko. Pozostała szczupła, zwinna i poruszała się też trochę jak chłopak. Kroczyła pewnie, a długie, czarne włosy falowały w rytmie jej kroków niczym skrzydła.
Yolanda przypomniała sobie dzień, gdy zobaczyła ją po raz pierwszy. Wówczas to chabrowo-szare oczy przykuły jej uwagę. Wydawały się ogromne w drobnej twarzy i patrzyły z niezwykłą intensywnością. Mina miała wtedy ledwie trzynaście lat, a mimo to Yolanda poczuła się przy niej nieswojo. Nie musiała pytać Idrana o jej przeszłość. Wystarczyło na nią spojrzeć, by wiedzieć, że wiele przeszła. Z czasem wzrok Miny złagodniał. Częściej się uśmiechała – niekoniecznie szczerze – albo po prostu przymykała powieki i spojrzenie traciło ostrość. Jednak w gniewie potrafiła zmrozić nim do szpiku kości, a łatwo wpadała w gniew.
– Minę zostawmy na koniec – odrzekła Dusse. – I to ty będziesz rozmawiać ze wszystkimi.
– Nie chcesz się ujawnić?
– Później.
– Szkoda. Może choć z Miną zamienisz słowo?
– Nie, zrobimy to po mojemu. Żadna nie otworzy się przede mną, a zwłaszcza ona. Przyjeżdżam tu, by je egzaminować. Poza tym jedynie w ten sposób sprawdzę, na ile Mina wykorzystuje słabość, jaką do niej czujesz.
Yolanda odwróciła się od okna i podeszła do stołu. Nie zamierzała wdawać się w dyskusje.
– Wina? – spytała i nie czekając na odpowiedź, napełniła kielichy.
– Tym sobie nie pomagasz – skarciła ją Dusse.
Yolanda zastygła na moment. Matka egzaminatorka budziła respekt, pewnie dlatego, że sama nie pozwalała sobie na żadne słabości. Zawsze wiedziała, czego chce, i potrafiła to osiągnąć. Zestarzała się, odkąd Yolanda ją poznała. Od wojny utykała na prawą nogę, bo niektórych ran nawet Naishi nie potrafią uleczyć. Również plecy przygarbiły się jej przez lata, a skórę pokryła gęsta siatka zmarszczek. Lecz choć ciało się zmieniało i z wiekiem odmawiało posłuszeństwa, hart ducha pozostał niezmieniony. Wyróżniało ją jeszcze jedno: nigdy nie podnosiła głosu, a często mówiła wręcz ciszej niż inni. Jednak wielu się przekonało, że jej szept potrafi być mocniejszy niż krzyk.
Yolanda znała ją od dawna i ośmieliłaby się nawet nazwać ich relacje przyjaźnią, mimo to postanowiła zignorować uwagę o winie. I bez Dusse wiedziała, że pije za dużo. Od jakiegoś czasu kazała służkom rozrzedzać wino wodą, ale nie potrafiła z niego zrezygnować. Sięgnęła po kielich, na co Dusse pokręciła tylko głową. Podpierając się laską, weszła za parawan, który oddzielał komnatę Yolandy od zatopionej w mroku części sypialnej, i z cichym stęknięciem opadła na fotel. Przez chwilę mościła się w nim, aż zastygła w bezruchu. Potrafiła siedzieć tak całymi ahtrami, skupiona i przyczajona niczym drapieżca czatujący na ofiarę.
Yolanda usiadła za biurkiem i kilkoma haustami opróżniła kielich. Tyle lat była matką przełożoną tej szkoły, a nadal czuła niepokój przed każdym Rytuałem Przejścia. Martwiła się o nowicjuszki – o to, jak zniosą odosobnienie, gdy w samotności będą się mierzyć z własnymi demonami, i o pierwsze uzdrawianie, za które zapłacą bólem. Ciążyła jej też odpowiedzialność, bo wraz z Dusse decydowała o ich dalszym losie.
Tym razem najbardziej bała się o Minę. Po raz drugi bogowie powierzyli jej uczennicę tak uzdolnioną, a przy tym tak trudną do okiełznania. Za pierwszym razem Yolanda zawiodła i to wzmagało w niej lęk. Nadal nie poznała Miny na tyle, by przewidzieć, jak ona przejdzie przez rytuał. W jego trakcie nowicjuszki musiały zasiąść na Kamieniu Prawdy, a ten obnażał ich prawdziwą naturę i wywlekał na powierzchnię najgłębiej skrywane tajemnice. Ukazywał im to, czego się najbardziej obawiały, i bywało, że niektóre traciły przy tym zmysły. Czy Mina to przetrzyma? I kim się okaże? Pytania nie dawały Yolandzie spokoju.
Ponownie napełniła kielich, ignorując wymowne syknięcie zza parawanu, lecz upiła już tylko łyczek. Dziś nie mogła pozwolić sobie na słabość.
Z korytarza dobiegł najpierw odgłos kroków, a po nim rozległo się ciche pukanie do drzwi.
– Wejdź, Sani. – Yolanda odstawiła kielich i wyprostowała plecy.
– Przyprowadziłam nowicjuszki, matko Yolando.
– Dziękuję, moje dziecko. Jako pierwszą poproś Prunę, a pozostałe zaprowadź do sali wykładowej.
Sani zniknęła za drzwiami, a w jej miejscu pojawiła się Pruna.
– Witaj, matko! – Ukłoniła się zgodnie ze zwyczajem.
Uśmiechała się w sposób, który zawsze podnosił Yolandę na duchu. Lubiła tę dziewczynę: jej łagodność, niegasnący optymizm i wiarę w ludzi. Pruna sprawiała, że sami sobie wydawali się lepsi.
Wywodziła się z rodu Ankulów, w którym od zawsze rodziło się więcej dziewcząt niż chłopców. W każdym pokoleniu przynajmniej jedna posiadała dar uzdrawiania, a choć u żadnej nie rozwinął się zbyt mocno, uczenie ich sprawiało Yolandzie przyjemność. W pierwszym roku pracy zetknęła się z ciotką Pruny, potem uczyła jej kuzynki. Wszystkie były szalenie podobne do siebie i równie serdeczne, co pozwalało Yolandzie zachować wiarę, że świat nie zmierza jeszcze ku upadkowi, skoro u Ankulów rodzą się takie kobiety.
– Usiądź, dziecko. – Wskazała jej krzesło po drugiej stronie biurka i również się uśmiechnęła. – Przed nami ważny dzień, nieprawdaż?
– Tak, matko. Mam nadzieję, że będzie dla mnie pomyślny.
– Na pewno. Ciężko pracowałaś przez ostatnie lata, a bogini docenia takie oddanie. Jak wiesz, czeka cię odosobnienie, podczas którego pożegnasz się z dotychczasowym życiem i przygotujesz umysł na przyjęcie błogosławieństwa bogini. Czas porzucić dzieciństwo, Pruno, i wejść w dorosłość.
– Wiem, matko.
– Tradycja zakonu zezwala, byście wzięły ze sobą jedną, szczególnie ważną dla was rzecz, która symbolizuje to, co chciałybyście przenieść do nowego życia. Masz taki przedmiot?
Pruna sięgnęła do sakwy przy pasie i wyjęła z niej pięknie haftowany kawałek tkaniny. Yolanda od razu poznała, co to jest. Podobny miały wszystkie Ankulówny.
– To kołderka dla niemowlęcia – wyjaśniła Pruna. – W dzień pierwszej krwi dostajemy je od matek, by nasze późniejsze rozwiązania były szczęśliwe.
– Czemu bierzesz ją ze sobą?
– Chciałabym mieć dużo dzieci, matko, i dać bogini Namee przynajmniej jedną uzdrowicielkę. Marzy mi się, by moim pierwszym dzieckiem była córeczka – dodała zawstydzona.
– O, zapewne tak się stanie. – Yolanda pochyliła się nad biurkiem i położyła dłoń na jej dłoni. – Nietrudno u was o dziewczynki, nieprawdaż?
– Tak, chociaż ojcowie woleliby synów. – Pruna roześmiała się nerwowo.
– Twierdzą, że wolą synów, a potem to córkom dają się wodzić za nos. A właśnie, twoi rodzice nalegają, byś jak najszybciej wróciła do domu – powiedziała Yolanda, prostując się na krześle. – Ponoć wybrany dla ciebie kawaler nie może się doczekać, kiedy wreszcie pojmie cię za żonę. Matka prosi w liście, byś następne lata służby odbyła w Imren. Kontaktowałam się z tamtejszą przełożoną i ona nie widzi przeszkód, ale ja nie mam pewności, czy jesteś już gotowa do małżeństwa i czy zdołasz pogodzić obowiązki uzdrowicielki z życiem rodzinnym.
– Byłoby cudownie wrócić do domu, matko – odparła Pruna. – Tęsknię za nimi, tylko… Tylko nadal tak mało wiem. Powinnam chyba zostać tu jeszcze rok.
– Też tak sądzę. Boginię cieszą płodne łona i życzy sobie, byśmy dawały światu następne uzdrowicielki. Wierzę, że wspaniale wywiążesz się z tej powinności, jednakże…
– Na wszystko musi przyjść czas, prawda?
– Otóż to, a ty masz go przed sobą wystarczająco dużo. Sensem naszej służby jest uzdrawianie, dlatego na tym warto się skupić na początek.
– Żeby tylko bogini zechciała mnie pobłogosławić. Bardzo się boję, matko.
– Bogini zawsze daje nam to, co jest dla nas najlepsze. Zaufaj temu, Pruno. Wiedz też, że cokolwiek się stanie, masz nasze wsparcie.
Pruna przytaknęła skinieniem głowy. Jej oczy wypełniły się łzami, ale zapanowała nad sobą. Yolanda dostrzegła, że wyrównuje i uspokaja oddech. Nauka nie poszła na marne.
– Dziękuję ci, moje dziecko. Możesz odejść. Chociaż… Mam jeszcze prośbę do ciebie.
– Tak, matko?
– Dopilnuj, proszę, by Mina i Tamara nie wszczęły dziś żadnej awantury.
– Nie wiem, czy zdołam – westchnęła. – Ciężko nad nimi zapanować.
– W każdym razie zrób, co w twojej mocy, a teraz poproś do mnie Tamarę.
*
Rozmowa z Tamarą nie szła już tak gładko jak z Pruną. Zagadnięta o cokolwiek odpowiadała półsłówkami, a zapytana o przedmiot, który chce wziąć ze sobą, położyła na stole ukochany nóż i oznajmiła, że bez niego nigdzie się nie rusza.
– Powinnam już wracać do swoich i najlepiej zaraz po rytuale – rzuciła jeszcze.
– Twój wuj też tak uważa i nieustannie mi o tym przypomina. – Yolanda odchyliła się od biurka. – Czy jednak nie będzie zawiedziony, gdy twoje umiejętności okażą się niewystarczające? Jesteś pewna, że spełnisz jego oczekiwania?
– Nie wiem. – Spuściła wzrok.
– Nikt tego nie wie, Tamaro. Dopiero po błogosławieństwie bogini zacznie się dla ciebie prawdziwe uzdrawianie. Zmierzysz się z ludzkim cierpieniem i sama również go doświadczysz, a to coś zupełnie innego niż ćwiczenia w szkole. Trzeba do tego przywyknąć – dodała i w zamyśleniu sięgnęła po kielich. – Namiestnik Erhard jest niecierpliwy, nie lubi czekać, lecz jeśli mu ustąpisz i wrócisz zbyt szybko, narazisz się na jego gniew, bo będzie oczekiwał od ciebie więcej, niż zdołasz mu dać. Poza tym w domu nikt cię nie wspomoże, przez jakiś czas będziesz tam jedyną Naishi. Dlatego najpierw wyucz się fachu, a dopiero potem wracaj do swoich.
– Ale wuj będzie wściekły, gdy nie przyjadę.
– Będzie też wściekły, jeśli okażesz się nie dość dobra.
– To co mam zrobić?!
– Zostań tu i nabierz wprawy, a ja przekonam Erharda, że to najlepsze wyjście.
Tamara przystawiła kciuk do ust i zaczęła obgryzać skórki wokół paznokcia, jak zwykła robić przy trudnych zadaniach. Yolanda przypatrywała się jej, kryjąc uśmiech. Wiedziała, że Tamara wybierze właściwie. Mimo swej zapalczywości miała dość rozsądku, a także świadomość własnych ograniczeń. Tęskniła za domem, bo jako Tarhitka z krwi i kości niezbyt pasowała do zakonu. Skoro jednak namiestnik i przywódca klanu kazał jej się uczyć na uzdrowicielkę, nie mogła go zawieść.
– Zostanę – burknęła w końcu.
– Dobrze. Ganyar każę zanieść do twojej celi odosobnienia. Będzie tam na ciebie czekał. Proszę cię też, byś powściągnęła emocje i nie dała się dziś sprowokować. To ważny dzień dla was i całej szkoły.
– Tak jest, matko Yolando! – Tamara wyprężyła się niczym żołnierz.
– Zejdźcie z Pruną do kuchni i pomóżcie matce Eldzie przy śniadaniu. Z pewnością jest już na nogach. Mina niech zaczeka. Sama poproszę ją do siebie.
Tamara ruszyła do drzwi, a Yolanda położyła jej ganyar obok kołderki Pruny. Dziwiła ją przyjaźń tych dziewcząt. Z początku przypuszczała, że będzie musiała pilnować Pruny, by Tamara nie zrobiła jej krzywdy, tymczasem ona stała się jej obrończynią i najlepszą przyjaciółką. Może w duchu tęskniła za siostrą, której nie miała, albo matką, której nigdy nie poznała.
– Co o nich myślisz? – Odwróciła się w stronę parawanu.
Dusse wyszła zza niego i podeszła do stołu.
– Miłe dziecko z tej Pruny – powiedziała, podnosząc kołderkę. – Jeśli przejdzie rytuał, będzie dobrą Naishi, a jeszcze lepszą matką, ale masz rację, powinna zostać tu jeszcze rok i okrzepnąć. Co do Tamary… – Zawiesiła dłoń nad ganyarem i cofnęła ją, jakby parzył. – Podziwiam cię, że zgodziłaś się ją przyjąć. Nauczyła się czegoś więcej od ostatnich egzaminów?
– Niewiele, ale na Tarhit wystarczy. Tamtejsze zielarki radzą sobie z większością chorób, a ich maści na ukąszenia są lepsze nawet od semirońskich. Same z nich korzystamy. Zatem to nie choroby będą największym zmartwieniem Tamary, a z leczeniem ran sobie poradzi.
– Uważasz, że Erhard kazał ją wyszkolić, by jego ludzie nie wykrwawiali się na śmierć?
– Nie tylko, zrobił to też z ciekawości. Jest inny niż jego ojciec. Evert bronił się przed nowościami, Erhard ich łaknie. Do budowy świątyni Namee sprowadził cieśli aż z Orian, i słyszałam, że nie poskąpił neali.
– Mimo to wygląda ponoć jak kurnik.
– Ale Evert nie wystawiłby dla nas nawet psiej budy. Zresztą nic nam do tego. Naszym zadaniem jest tak wyszkolić Tamarę, by jej ziomkowie docenili, że mają u siebie świątynię i uzdrowicielkę. Jeśli jej się powiedzie, pójdziemy o krok dalej.
– Mówisz jak najmłodsze matki z Rady Naishi.
– Bo się z nimi zgadzam! Doceniam Nurganis i sposób, w jaki prowadziła zakon podczas wojny, ale ta epoka minęła, a ona chce, by wszystko zostało jak dawniej. Z takim podejściem nigdy nie odbudujemy naszej świetności. Sama widzisz, że pojawia się coraz mniej uczennic. W tym roku przystępują tu do rytuału trzy nowicjuszki, za rok będą tylko dwie, a na kolejny nie mam żadnej. W dodatku dar większości z nich jest tak słaby, że z trudem robimy z nich Naishi. Ich piasek ledwo pokrywa się wzorami!
Dusse opadła na krzesło. Z jej pomarszczonej niczym zasuszony owoc twarzy trudno było wyczytać emocje. Przez lata w zakonie nauczyła się je skrywać, ale Yolanda wiedziała, że i ją dręczą podobne myśli.
– Spójrz, czym się zajmuje większość z nas – dodała z goryczą. – Stroimy się w peruki, śpiewamy podczas świąt i zabawiamy możnych panów! Tylko patrzeć, jak na rozkaz króla zaczniemy jeszcze pląsać niczym semirońskie tancerki. Zakon Naishi upadnie, jeśli nie będziemy się szna… szanować i czym prędzej szukać nowych adeptek.
Wzburzenie sprawiło, że słowa nie płynęły Yolandzie tak gładko, jak chciała, a wypite wino też nie pomagało. Mimo to musiała je z siebie wyrzucić. Zbyt długo tłumiła gniew.
– Pamiętasz narady wojenne u Shanenthara? – ciągnęła. – Namiestnik traktował nas jak równe sobie. Doradzałyśmy mu i to my decydowałyśmy, komu i gdzie nieść pomoc. A dziś skaczemy, jak nam zagrają. No powiedz, co zostało z naszej wielkości oprócz wielkiej litery w słowie, którym się nas określa?
Dusse wpatrywała się w nią w milczeniu, a kiedy się odezwała, jej głos był cichszy od szelestu węża sunącego w trawie.
– Nie pora na takie dyskusje, Yolando. Zgadzam się z tobą co do Pruny i Tamary. Obie potrzebują dojrzeć, dlatego zostaną tu na kolejny rok, chyba że nie przejdą rytuału. Wtedy odeślesz je do domów. Pruna odpracuje swoje w Imren. Dogadam się w jej sprawie. Lepiej, by rodziła, niż wynosiła nocniki starszych koleżanek. Tamara tym bardziej nie nada się na nagreshi, ale to ty weźmiesz na siebie rozmowę z Erhardem. A teraz wołaj Minę, bo co do niej mam największe wątpliwości.
– Nie pierwszy raz – mruknęła Yolanda.
– To prawda, i w końcu nadszedł czas, bym je rozwiała. Liczę, że nie będziesz mi w tym przeszkadzać.Rozdział 5 – Karista
Matka Nurganis została w Sali Mapy znacznie dłużej, niż Karista by sobie życzyła. Rytuał ją zaintrygował i wydawała się podekscytowana możliwością znalezienia dziewcząt z darem uzdrawiania, mimo to nie potrafiła się wyzbyć wątpliwości i długo zamęczała Karistę pytaniami. Dlaczego nic nie wiedziała o darze Mabithi? Czemu rytuał nigdy nie został opisany? A jeśli tak, to gdzie, i dlaczego matka Haeris się tą wiedzą nie podzieliła?
Karista wspinała się na szczyt swych retorycznych talentów, by jej odpowiedzieć, a jednocześnie niczego nie zdradzić, ale Nurganis nie odpuszczała. Nurtował ją zwłaszcza udział matki Haeris w całej sprawie. Nie mogła przeboleć, że ona zataiła przed nią coś takiego, a przecież dobrze się znały.
Przyparta do muru Karista postanowiła się powołać na księcia, bo to zawsze ratowało jej skórę.
– Więcej nie zdołam ci pomóc, matko przełożona – odparła na kolejne pytanie. – O zamiarach czcigodnej Haeris najlepiej wypowie się książę Vitkhan. Omawiał z nią ten i inne rytuały. Wiele czasu spędzali razem w bibliotece, lecz jak zapewne rozumiesz, nie byłyśmy do tego dopuszczone. Powiedziano nam jedynie, co mamy robić. Obawiam się więc, że po śmierci matki Haeris tylko książę może ci odpowiedzieć.
– Był świadkiem rytuału? – Nurganis spojrzała zaskoczona.
– Wręcz na to nalegał. – Karista z trudem powstrzymała uśmiech.
Czuła, że znów ma tę jędzę w garści. Nurganis nie odważy się przepytywać brata następcy tronu i przełożonego zakonu Nemura, a jeśli sama chce zobaczyć rytuał, to musi dać Kariście wolną rękę i wreszcie zostawić ją w spokoju.
– Rozumiem – odparła Nurganis po namyśle. – W wolnej chwili zapytam księcia o szczegóły, ale teraz wzywają mnie obowiązki. Wyślę wam Elis do pomocy – dodała z przebiegłym uśmiechem. – Daj mi przez nią znać, gdy będziecie gotowe.
– Dziękuję, matko. Elis z pewnością się przyda. – Karista skłoniła się uprzejmie, choć najchętniej by ją udusiła. Elis była oczami i uszami Nurganis, więc przełożona wysyłała ją tu na przeszpiegi.
Karista odprowadziła przełożoną do drzwi i odczekała aż umilknie odgłos jej kroków, a potem z całej siły kopnęła w stojący obok worek z piaskiem. Stopa zapiekła ją z bólu, więc nie odważyła się kopnąć ponownie. Sięgnęła tylko do worka i cisnęła garść piasku na podłogę.
– Ona jest jak ta kobra na jej głowie! – syknęła. – Zawsze mi się wyślizgnie. Głupia! Wredna! Kobra! – wyklinała, rzucając kolejne garści.
– Przestań! – Mabithi chwyciła ją za rękę.
Karista chciała się wyrwać, ale siostra miała dość siły, by osadzić konia. Trzymając ją w uścisku, czekała, aż ona przestanie się miotać, bladozielone oczy błyskały złowrogo.
– Sama jesteś sobie winna, em sahira – wychrypiała, zwalniając uścisk. – Zbyt wcześnie zachłysnęłaś się zwycięstwem. Nurganis nie jest tak naiwna, jak ci się zdaje.
Karista sapnęła ze złości. Chętnie trzepnęłaby ją za to „em sahira”. Nienawidziła, gdy Mabithi nazywała ją „siostrzyczką”. Owszem, była starsza, ale Karista też już dorosła. Nie potrzebowała prowadzenia za rączkę! Tyle że zawdzięczała siostrze życie, a tego się nie zapomina. Głos Mabithi o tym przypominał, podobnie jak blizna na jej szyi. Została ranna pod Gurdash. Strzała rozorała jej gardło, a kolejne leciały w ich stronę i pewnie by je dosięgły, gdyby Mabithi nie użyła zaklęcia. Wycharczała je mimo bólu i gasnącej świadomości. Schowały się za nim jak za tarczą. Karista zatrzymała krwotok i opatrzyła siostrę, ale nie uchroniła jej przed zakażeniem. Zbyt mało wówczas umiała. Gdy pod osłoną nocy wydostały się w końcu z pola pełnego trupów, Mabithi dygotała z gorączki. Spuchnięta szyja ledwie pozwalała jej oddychać, mimo to nie ustawała w marszu, a nawet podtrzymywała młodszą Karistę.
Ulgę przyniosły dopiero zioła znalezione w sakwie jednego z zabitych żołnierzy, które z dala od ludzi zdołały przygotować. Przetrwały najgorsze, lecz głos Mabithi został złamany na zawsze. Chrypiała, a raz na jakiś czas wyrywały jej się niekontrolowane piski, przez co miało się wrażenie, że mówi kilkoma głosami naraz. Rzadko się więc odzywała, ale teraz nie zamierzała milczeć.
– Po co się z nią drażnisz? – spytała. – Masz ją przekonać, że można ci zaufać, a ty ciągle podkopujesz jej wiarę.
– Nieprawda! – wybuchła Karista. – Ona ma mnie docenić! To się liczy, nie rozumiesz? Nurganis nada tytuł tej, którą uzna za godną. Co z tego, że Elis i inne służki liżą jej stopy. Dobrze wiesz, że niczego tym nie osiągną. A pozostałe matki są albo za stare, albo zbyt leniwe na podróże i uganianie się za dzieciakami z darem. Wyłącznie ja się do tego nadaję i mam poparcie księcia!
– Którego ona nie znosi!
– Ale musi uznać jego wyższość.
– Albo zrobić mu na złość i wybrać wbrew jego woli. Zrozum to wreszcie i przestań się zachowywać tak, jakbyś chciała wysadzić Nurganis z siodła.
– Może chcę. – Karista spojrzała wyzywająco. – Po co czekać? Swoje już zrobiła. Król ma jej dość, nie przepada za starymi babami, a mnie mógłby polubić.
Mabithi zesztywniała na te słowa, usta wykrzywił grymas nienawiści.
– Nawet o tym nie myśl! – warknęła. – Miałyśmy z nimi walczyć, a nie się bratać!
– Tak?! – Karista potrząsnęła głową, jakby się otrząsała z jej słów. – A mamy za sobą jakąś armię?! Wiernych poddanych, którzy pójdą za nami w ogień? Nie, siostro. Zostałyśmy same, więc gdybym się nie zbratała z księciem, nadal byłabyś podnóżkiem Haeris. To on pomógł nam dotrzeć aż tutaj.
– Nie za darmo! Oddałaś mu to, co miałyśmy najcenniejszego.
– Użyczyłam! A same i tak nic byśmy z tą księgą nie zdziałały.
– Należała do naszej matki!
– Ale matka nie żyje, a wraz z nią zginęli ci, którzy mogli nam pomóc. Reszta uciekła, pamiętasz? Zostawili nas na pastwę wrogów!
Do teraz ją to bolało. One, córki największej z wiedźm, z dnia na dzień stały się nikim. Sierotami żebrzącymi o spleśniały chleb i pomyje. Straciły wszystko prócz księgi, dlatego to nią Karista musiała się posłużyć, i Mabithi nie ma prawa jej tego wypominać.
– Wiecznie narzekasz, wiecznie się mnie czepiasz, a kim byś była beze mnie?
Mabithi nie odpowiedziała. Z przechyloną głową wpatrywała się w podłogę głucha na jej słowa. Nagle zachwiała się i byłaby upadła, gdyby Karista nie przytrzymała jej za ramię.
– Co z tobą?
Mabithi spojrzała na nią nieprzytomnie. Kropelki potu wystąpiły na czoło.
– Nie widzę. Nie widzę! Jest za wcześnie!
– Czego nie widzisz?
– Słyszę go, ale nie wiem, skąd dobiega! – Padła na kolana i gorączkowo zaczęła wodzić dłońmi po mapie.
– Głos?! – Karista przypadła do niej. – Ktoś używa naylais, tak? Skup się i patrz na mapę! Zioła! – Przypomniała sobie o nich i pobiegła po dzbanek. – Pij! – Przytknęła go Mabithi do ust.
– Za późno. – Siostra odsunęła jej rękę i z jękiem skuliła się na podłodze.
– Nie! – Karista chwyciła ją za ramiona i podniosła – Pij, głupia! Musimy wiedzieć…
– Co musicie wiedzieć? – Elis stanęła w drzwiach.
Przypominała Kariście szczurzycę, zwłaszcza z tymi rękoma zawieszonymi na wysokości brzucha i węszącym, szpiczastym nosem. Podobne do łopat górne zęby wystawały spod wąskich ust i wychylały się nad cofniętą, dolną szczęką. Była Naishi, więc jej głowę zamiast włosów pokrywał tatuaż, ale Karista mogłaby się założyć, że gdyby odrosły, okazałyby się mysio szare.
Nie znosiła tej dziewki, jednakże miała też świadomość, że Elis jest sprytniejsza od reszty służek Nurganis. Zdusiła więc przekleństwo, które cisnęło się jej na usta, i przybrała zbolały wyraz twarzy.
– Pomóż, Mabithi źle się poczuła.
– A dlaczego?
– Najwyraźniej ktoś użył właśnie daru uzdrawiania – skłamała.
– Kto mógł tak postąpić? Przecież dziś się nie uzdrawia, przed nami Rytuał Przejścia. Poza tym jak ona może wyczuwać coś takiego?
– Na tym polega jej dar i pewnie dowiedziałybyśmy się więcej, gdybyś nam nie przeszkodziła.
– Wysłała mnie matka Nurganis. – Elis weszła do środka z uniesioną głową. Rozglądała się za czymś, o czym mogłaby donieść swej pani. – Co to ma znaczyć? – spytała, gdy rozsypany piasek zgrzytnął jej pod stopami.
Karista spojrzała na niego z westchnieniem. Leżał tak, od kiedy go rozrzuciła, nietknięty żadnym wzorem. Mabithi nie zdążyła wejść w trans, a tylko wtedy stawała się przekaźnikiem mocy, dzięki czemu ta uwidaczniała swe działanie na piasku.
Gdyby zamiast się kłócić, skupiły się na przygotowaniach, może Mabithi byłaby w stanie określić przynajmniej kierunek, z którego dobiegł głos. Lecz ten moment przepadł bezpowrotnie i pozostało jedynie liczyć, że obdarzona naylais odezwie się ponownie podczas rytuału i że Mabithi zdoła to wychwycić.
Karista starała się nie tracić nadziei. Ostatecznie dowiedziały się, że jakaś dziewka posiada dar głosu, a to już coś. Znalezienie jej będzie tylko kwestią czasu. Przecież ten tak długo wyczekiwany dzień nie może się skończyć klęską!Rozdział 6 – Mina
Zdjęła płaszcz z chłopca i uklękła przy nim. Krwawił. Ramię i udo znaczyły głębokie rany. Zdrową ręką przyciskał do piersi szczeniaka. To jego próbował ochronić przed tazrukami.
– Byłeś bardzo dzielny – powiedziała. – Twój pies ma w tobie prawdziwego obrońcę, ale nie ściskaj go tak mocno, bo się udusi.
Malec stęknął w odpowiedzi i zwolnił uścisk. Drżał na całym ciele, nie był w stanie się odezwać.
– To nic. Zaraz przejdzie. – Mina pochyliła się, by wziąć chłopca na ręce.
– Daj, ja go wezmę – zaproponował Zeki, ale oddała mu tylko szczeniaka.
Z chłopcem nie umiała się rozstać. Przytulała go mocno, choć z każdym krokiem ciążył jej coraz bardziej. W tunelu za bramą nogi się pod nią ugięły.
– Tamara, wołaj matkę Yolandę – wydyszała i przysiadła z chłopcem obok stróżówki.
– Może go jednak wezmę? – odezwał się Zeki.
– Nie, czuję, że słabnie. Muszę zatamować mu krew. Tamara, szybko! – ponagliła ją.
Zeki postawił szczeniaka na ziemię, sam jednak nie ruszył się na krok. Wpatrywał się w Minę, jakby nie mógł się zdecydować, czy ją zrugać, czy pochwalić.
– A, rób co chcesz! – Machnął ręką i odszedł na dziedziniec, gdzie zbierali się varinowie.
Mina rozejrzała się wokół siebie. Przy bramie został jedynie strażnik. Wspierał się bokiem o mur z wyrazem zdumienia na twarzy. Chyba wciąż nie mógł pojąć, co tu zaszło. Nie zwracał na nią uwagi, podobnie jak varinowie, którzy podbiegli do Zekiego, by mu opowiedzieć o swych wyczynach. On chwalił ich i poklepywał, ale co chwilę zerkał w jej stronę. Czoło miał zmarszczone, w oczach czujność wojownika. Nie podobało mu się to, co zamierzała.
Według zakonnego prawa nowicjuszka mogła uzdrawiać tylko w ściśle określonych okolicznościach, a tych nie sposób było za takie uznać. Pod ręką były znacznie bardziej doświadczone uzdrowicielki, tyle że to ją gryzło sumienie. Nadal nie rozumiała, dlaczego kobiety zlekceważyły alarm. Pewnie uznały, że ich nie dotyczy, ale ona wiedziała, co się szykuje i mogła je ostrzec. Gdyby to zrobiła, chłopiec nie wykrwawiałby się teraz na jej rękach. Dlatego była mu winna coś więcej niż tamowanie krwi.
Ułożyła go na ziemi i spojrzała na swoje dłonie. Trzęsły się, musiała uspokoić oddech i zapanować nad sobą. Nabrała powietrza do płuc, zatrzymała je na kilka uderzeń serca i powoli wypuściła. Powtórzyła sekwencję kilka razy, wydłużając stopniowo poszczególne etapy. Z kolejnym wdechem wypowiedziała w myślach inkantację, pozwalającą dostrzec aurę chłopca. Pojawiła się wokół jego głowy niczym świetlisty dysk. Tworzyło ją wiele pulsujących punkcików i cienkich jak pajęcza nić jasnych żyłek, które razem układały się w niezwykle skomplikowany wzór. To on stanowił klucz do uzdrawiania, lecz aby rozpocząć proces, Mina musiała użyć jeszcze jednej inkantacji. Z jej pomocą wniknęła myślami w strukturę wzoru, a on wzniósł się nad nią niczym kopuła. Zamknął ją wraz z chłopcem w swym wnętrzu, a jednocześnie oddzielił od świata zewnętrznego, chociaż postronny obserwator nie byłby w stanie tego dostrzec. Gdyby strażnik spojrzał w jej stronę, zobaczyłby jedynie dziecko i pochyloną nad nim dziewczynę.
Mina widziała teraz każdy szczegół aury i mogła powiększyć dany fragment, jeśli potrzebowała. Tak też zrobiła. Interesowały ją miejsca, w których wzór był splątany, poszarpany lub pociemniały. Z uwagą przyjrzała się zerwanym końcom i zaczęła je łączyć. Kiedy się ze sobą stykały, blask powracał.
Amessi, ciotka Miny i jej pierwsza nauczycielka, zwykła powtarzać, że uzdrawianie przypomina naprawianie uszkodzonej tkaniny. Można ją zacerować byle jak i wtedy na zawsze pozostanie ślad, ale mistrzynie potrafią czynić to tak misternie, że nawet najwprawniejsze oko nie zdoła odnaleźć tego miejsca i właśnie w ten sposób powinny działać uzdrowicielki – o ile to możliwe przywracać pierwotne piękno. Mina lubiła to porównanie, chociaż nigdy nie gustowała w kobiecych robótkach.
Chłopczyk uspokoił się wraz z nią i teraz oddychał miarowo. Ból ustąpił, krew przestała płynąć, a bijące od Miny ciepło sprawiło, że ustały wstrząsające nim dreszcze. Tylko oczy nadal miał wytrzeszczone, choć teraz bardziej ze zdziwienia niż ze strachu.
Szczeniak położył się obok jego twarzy i polizał go po brodzie. Chłopiec uśmiechnął się do niego i Mina również się rozpromieniła. Wzruszenie ścisnęło jej gardło. Mały tak bardzo przypominał jej Akiego…
– Natychmiast odsuń się od tego dziecka! – Dobiegło ją zza pleców.
Zadrżała. Znała ten głos. Przypominał szelest piasku przesypującego się w klepsydrze i nie należał do matki Yolandy.
– Witaj, matko Dusse. – Mina podniosła się z kolan i skłoniła. – Nie wiedziałam, że już przyjechałaś.
– Bo nie muszę się przed tobą opowiadać, za to ty masz mi wiele do wyjaśnienia, nieprawdaż?
Mina zacisnęła usta. Nie zdołałaby się wytłumaczyć. Gdyby poprzestała na zatamowaniu krwi, matka Dusse upomniałaby ją publicznie, wyznaczyła karę i na tym by się skończyło. Ale Mina posunęła się w uzdrawianiu o wiele dalej. Tkanki na ramieniu chłopca zostały złączone, a na skórze pozostała jedynie cienka, czerwona kreska. Rumieńce na jego policzkach wskazywały dodatkowo, że nie tylko zatamowała upływ krwi, lecz przyśpieszyła również tworzenie się nowej, a tego nie miała prawa umieć.
Matka Dusse patrzyła na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Niespodziewanie uklękła obok chłopca i ku zaskoczeniu Miny, uniosła dłonie nad jego nogą. Po chwili brzegi rany zbliżyły się ku sobie i powoli zaczęły się zasklepiać.
Nadbiegła Yolanda i na widok uzdrawiającej Dusse stanęła jak wryta. Patrzyła to na Minę, to na nią. Tamara zatrzymała się obok niej równie osłupiała. Tradycja zakonu nie zezwalała na uzdrawianie w dniu Rytuału Przejścia, a jeśli z jakichś względów było to konieczne, leczono w świątyni, a nie na ziemi pod bramą.