Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Piaski Vhary - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
26 lipca 2026
29,99
2999 pkt
punktów Virtualo

Piaski Vhary - ebook

Dwadzieścia tysięcy ludzi nie istnieje, bo nikt ich nie policzył. Na pustynnej Vharze wydobywa się welln — substancję, dzięki której Imperium przechowuje własną pamięć. Teren nad złożem figuruje w dokumentach jako niezasiedlony. Nikt nie kłamie. Po prostu dwadzieścia lat temu ktoś wpisał „brak". Szesnastoletni Kael Alden postanawia to zmienić. Nie powstaniem — spisem. Science fiction o planecie, gdzie woda jest walutą, pamięć towarem, a policzenie kogoś po imieniu okazuje się groźniejsze od armii.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788398245609
Rozmiar pliku: 938 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział I — Planeta bez chmur

Statek zniżał się nad Vharą jak kamień rzucony w rozgrzane powietrze, a Kael Alden po raz pierwszy w życiu zobaczył świat, który nie miał ani jednej chmury.

Z góry planeta wyglądała jak wypolerowana kość. Bezkresna, złocista, poprzecinana grzbietami wydm ciągnących się aż po zakrzywiony brzeg horyzontu — i ani jednej plamy bieli, ani jednego cienia rzuconego przez cokolwiek żywego. Na Kaledonii, gdzie się urodził, chmury były pierwszą rzeczą, jakiej uczyło się dziecko: kształty, nazwy, wróżby na jutro. Tutaj niebo było puste jak wypite naczynie.

— Nie patrz tak długo — powiedziała jego matka, nie odwracając głowy.

Lady Marenne Alden siedziała wyprostowana w fotelu naprzeciw, w podróżnej szacie koloru zmierzchu, a jej dłonie spoczywały na kolanach nieruchomo, jak dłonie posągu, któremu rzeźbiarz zapomniał dorobić niepokoju. Kael nauczył się już czytać jej bezruch. Im była spokojniejsza, tym gorzej.

— Dlaczego? — zapytał.

— Bo pustynia zapamiętuje twarze tych, którzy się jej dziwią. — Odwróciła wreszcie głowę i spojrzała na syna. — A nam nie wolno się dziwić. Przybywamy tu rządzić, nie zwiedzać.

Kael miał szesnaście lat i wiedział już, że słowo _rządzić_ w ustach jego matki znaczyło coś zupełnie innego niż w podręcznikach dworności, których uczył go stary Belliv. W podręcznikach rządzenie oznaczało sprawiedliwość, podatki i uczty. W ustach Marenne oznaczało: przetrwać. Nie ufać nikomu, kto uśmiechnie się pierwszy. Liczyć wyjścia z każdej sali, do której się wchodzi.

Za oknem przesunął się cień — niski, długi, ciągnący się przez wydmy jak blizna. Trwało chwilę, zanim chłopiec zrozumiał, że to cień ich własnego statku, i że jest tak wyraźny, bo nie ma czego rozmyć. Na Vharze powietrze było suche jak papier.

— Ojciec mówił — odezwał się Kael ostrożnie — że Serrikowie znali tę planetę lepiej niż siebie samych.

Marenne nie odpowiedziała od razu.

— Twój ojciec mówił wiele rzeczy.

— Mówił też, że oni nie odeszli z Vhary. Że zniknęli. To dwie różne rzeczy, tak powiedział. — Kael obserwował twarz matki, szukając w niej pęknięcia. — Co to znaczy, matko? Jak można zniknąć z planety, na której wszystko widać?

Tym razem cisza trwała dłużej. Silniki zmieniły ton, przechodząc w niższy, gardłowy pomruk hamowania.

— Zapamiętaj jedną rzecz — powiedziała wreszcie Marenne. — Na Vharze nikt nie znika. Pustynia po prostu zabiera ludzi tam, gdzie już ich nie widać. To też są dwie różne rzeczy. I to ta druga powinna cię niepokoić.

Kael chciał zapytać o więcej, ale w tej samej chwili do kabiny wszedł mistrz Belliv — zdyszany, jak zawsze, ściskając pod pachą zwój z protokołem powitania — i moment przepadł, jak przepadały wszystkie momenty, w których jego matka niemal powiedziała mu prawdę.

— Wysokość, panie — wysapał Belliv. — Garnizon czeka na płycie. Trzysta ludzi, orkiestra, przedstawiciele Kompanii i… — zerknął w zwój, marszcząc brwi — …i delegacja tubylców. Trzech. Podobno starszyzna.

— Podobno? — Marenne uniosła brew.

— Nikt nie umie potwierdzić, wysokość. Oni nie mają herbów ani pieczęci. Przedstawiają się imieniem i imieniem studni.

— Imieniem studni — powtórzyła Marenne wolno, jakby smakowała te słowa. — Zapisz to, Belliv. Zapisz dokładnie, jak brzmiały te imiona, i przynieś mi wieczorem.

Belliv zamrugał.

— To tylko chłopi, wysokość. Kopacze. Ledwie mówią po imperialnemu.

— Ledwie mówią po imperialnemu — zgodziła się Marenne — a mimo to wiedzieli, kiedy lądujemy, i przyszli. Choć nikt ich nie zapraszał i nikt im nie powiedział. Zastanów się nad tym w drodze do wyjścia.

Belliv otworzył usta, zamknął je i sięgnął po rylec. Zapisywał wszystko na woskowanych tabliczkach, jak człowiek starej daty; Kael widział raz, jak stary nauczyciel z pogardą patrzył na urzędnika, który przyszedł na audiencję z pustymi rękami, bo miał w głowie lektora.

— Panie — mruknął Belliv, wychodząc — proszę zapamiętać jedno zdanie na tej planecie. Tu wykopują to, na czym stoi połowa cesarskich archiwów. Każdy wyrok, którego nie spisano, każdy rodowód, którego nie chciano powierzyć papierowi — wszystko to siedzi w czyjejś głowie tylko dlatego, że komuś wtarto w skronie proszek z tutejszego piachu. — Wskazał brodą okno. — Jesteśmy w kałamarzu Imperium, wysokość. I wszyscy będą się do nas odnosić odpowiednio.

Wyszedł.

Kael patrzył na matkę z czymś, co graniczyło z podziwem.

— Skąd wiedziałaś, że ich nie zapraszano?

— Nie wiedziałam. — Marenne wstała i zaczęła prostować fałdy szaty. — Ale teraz wiem, bo Belliv nie zaprzeczył. Na tym polega rządzenie, Kaelu. Nie na tym, że się wie. Na tym, że się pyta w taki sposób, żeby odpowiedź przyszła sama.

Statek dotknął ziemi. Przez kadłub przeszło głuche drżenie, jakby planeta westchnęła pod ciężarem nowych panów. Zawyły systemy wyrównywania ciśnienia, potem ucichły, i przez kilka sekund w kabinie panowała cisza tak zupełna, że Kael usłyszał własne serce.

Właz otworzył się z sykiem.

I wtedy uderzyło go powietrze.

Nie gorąc — na gorąc był przygotowany, ostrzegano go, ćwiczył w komorach klimatycznych przez całą podróż. Uderzył go ZAPACH. Suchy, mineralny, jak rozgrzany do czerwoności metal, a pod nim coś jeszcze: nuta słodko-gorzka, cynamonowa i zarazem trupia, która wdarła mu się do gardła, zanim zdążył pomyśleć, żeby wstrzymać oddech. Zakręciło mu się w głowie. Przez jedno uderzenie serca miał wrażenie — absurdalne, niemożliwe — że coś na drugim końcu tego zapachu TEŻ GO POCZUŁO.

Zachwiał się.

Dłoń matki zacisnęła się na jego ramieniu. Mocno, boleśnie, jak imadło.

— Stój prosto — powiedziała cicho, nie poruszając wargami. — Trzystu ludzi patrzy.

— Co to jest? — wyszeptał.

— To welln. — Marenne puściła go i ruszyła ku wyjściu, a jej głos dobiegł już z progu, spokojny i suchy jak sama planeta. — Zapach fortuny. Przywykniesz. Wszyscy przywykają — to właśnie jest w tym najgorsze.

Kael wyprostował się i poszedł za nią w oślepiające światło.



Płyta lądowiska była czarna od żaru i tak rozgrzana, że powietrze nad nią drżało, zamieniając szeregi żołnierzy w falujące widma. Orkiestra grała hymn Trzeciej Korony — grała fałszywie, bo instrumenty dęte rozstrajały się w tym upale, i Kael pomyślał, że to chyba najsmutniejsza muzyka, jaką w życiu słyszał.

Przemaszerowali wzdłuż szpaleru. Kael liczył. Robił to od dziecka, odkąd Belliv powiedział mu kiedyś, że liczenie uspokaja umysł — i miał rację, choć nie tak, jak myślał. Liczenie nie uspokajało. Liczenie _porządkowało_, a to była zupełnie inna rzecz.

Trzystu żołnierzy, owszem. Ale spośród nich stu osiemdziesięciu miało mundury garnizonu vharańskiego, wyblakłe i połatane, a stu dwudziestu — nowe, granatowe, z naszywką, której Kael nie rozpoznał: czarny krąg przecięty pionową kreską.

— Matko — powiedział cicho. — Kto nosi czarne koło?

Marenne nie zwolniła kroku.

— Kompania Wydobywcza Draven.

— Nie powinni już odejść? Koncesja przechodzi na nas.

— Powinni. — Uśmiech Marenne był cienki jak ostrze. — Zapamiętaj i to: kiedy ktoś zostaje dłużej, niż powinien, nigdy nie robi tego z roztargnienia.

Na końcu szpaleru czekali ludzie ważni — Kael rozpoznawał ich po tym, że nie stali na baczność. Komendant garnizonu, gruby mężczyzna o czerwonej twarzy. Kilku urzędników. I wysoki, szczupły człowiek w granatowym płaszczu, który jako jedyny nie pocił się wcale.

— Lady Marenne Alden. — Człowiek w granacie skłonił się dokładnie tak nisko, jak wymagał protokół, i ani o cal niżej. — Vane Draven, prokurator koncesyjny. Witam na Vharze. Przygotowaliśmy dla was pełną dokumentację przekazania. Sto czterdzieści tomów.

— Sto czterdzieści.

— Vhara to skomplikowana planeta, wysokość. — Draven miał głos suchy i uprzejmy, taki, jakim mówi się o pogodzie. — Będziemy oczywiście służyć pomocą w interpretacji. Nasi ludzie zostaną tak długo, jak będzie to konieczne dla ciągłości wydobycia.

— A kto decyduje, jak długo to konieczne?

— Wydobycie, wysokość. — Draven uśmiechnął się bardzo lekko. — Wydobycie zawsze decyduje samo.

Kael obserwował twarz tego człowieka i zrozumiał coś, czego jeszcze nie umiał nazwać: że Vane Draven nie był wrogiem, który się ukrywa. Był wrogiem, który stoi w słońcu i mówi ci prosto w twarz, co zamierza zrobić, wiedząc, że i tak nie zdołasz go powstrzymać.

Za plecami dostojników, na skraju płyty, gdzie asfalt przechodził w piasek, stali trzej ludzie.

Nikt ich nie przedstawiał. Nikt na nich nie patrzył. Stali boso, w płowych, wielokrotnie łatanych szatach, z twarzami owiniętymi tak, że widać było tylko oczy — i te oczy były niebieskie. Nie takim niebieskim jak morze albo niebo Kaledonii. Były błękitne całe, od brzegu do brzegu, bez białek, jakby ktoś nalał komuś do oczodołów płynnego nieba o świcie.

Jeden z nich patrzył prosto na Kaela.

Chłopiec, sam nie wiedząc czemu, ukłonił się.

Był to bardzo mały ukłon. Ledwie skinienie głową, takie, jakie daje się słudze albo znajomemu na ulicy. Trwało pół sekundy i nikt z dostojników tego nie zauważył.

Ale trzej ludzie na skraju płyty zauważyli. Kael zobaczył, jak ten, który na niego patrzył, odwraca się do pozostałych i mówi coś krótko — dwa, może trzy słowa. Potem wszyscy trzej odeszli w piasek, nie czekając na koniec ceremonii, i po chwili nie było ich już widać, choć wydmy za nimi były płaskie i puste na całe mile.

_Pustynia po prostu zabiera ludzi tam, gdzie już ich nie widać_, pomyślał Kael.

I po raz pierwszy poczuł nie ciekawość, lecz strach.

◆Rozdział II — Sucha Studnia

Rezydencja Aldenów nosiła nazwę Sucha Studnia i przez pierwsze trzy dni Kael brał to za kpinę.

Dopiero czwartego dnia Duncet wyjaśnił mu, że na Vharze studnia sucha to studnia, która kogoś przeżyła — że każdy wyczerpany szyb ma imię, i że imię to nosi zwykle ten, kto umarł, próbując go pogłębić. Twierdza wzięła nazwę od studni, przy której zginęło czterdziestu ludzi rodu, którego nikt już nie pamiętał.

— Nazywamy rzeczy po tym, co nas kosztowały, panie — powiedział Duncet. — Wy nazywacie po tym, co posiadacie. To cała różnica między nami i wystarczy, żeby się nigdy nie zrozumieć.

Duncet był Vharańczykiem, ale nie takim jak tamci trzej z lądowiska. Jego oczy miały tylko błękitne obwódki wokół źrenic, jak lód narastający na brzegach kałuży. Skórę miał wygarbowaną na kolor rzemienia, ruchy oszczędne, a wiek nieokreślony — mógł mieć czterdzieści lat albo siedemdziesiąt. Służył kolejnym zarządcom od dwudziestu lat i przeżył wszystkich, co samo w sobie było informacją.

Prowadził Kaela chłodnymi korytarzami twierdzy — ściany grube na wysokość człowieka, okna wąskie jak szpary, przez które pustynia zaglądała do środka pojedynczymi ostrzami światła — i uczył go rzeczy, których nie było w stu czterdziestu tomach Dravena.

— Woda jest tu walutą. Nie złoto. Nie welln, choć welln kupuje wyroki. Woda. — Zatrzymał się przy niszy, w której stała gliniana misa z wilgotnym piaskiem. — Widzi pan to?

— Widzę misę z mokrym piaskiem.

— To jest przeprosiny, panie. Gość, który przypadkiem uronił wodę w tym domu, nabiera piasku tam, gdzie kropla spadła, i stawia w niszy. Mówi tym: _widziałem, co zrobiłem, i nie udaję, że się nie stało_. — Duncet ruszył dalej. — Trzy dni temu ktoś z waszej służby wylał pół dzbana na posadzkę i przeszedł dalej, śmiejąc się. Widziało to jedenaście osób z miejscowej obsługi. Do wieczora wiedziała cała Psia Dzielnica. Do rana — trzy wodopoje w Sarr-Kadi.

Kael poczuł, że czerwienieje.

— Nie wiedzieliśmy.

— Oczywiście, że nie. Nikt nigdy nie wie. — W głosie Vharańczyka nie było wyrzutu, tylko ogromne, spokojne zmęczenie. — Ale niewiedza to nie to samo co niewinność, panie. Za niewiedzę też płaci się pełną cenę, tylko później i z odsetkami.

Szli dalej. Kael liczył — schody, zakręty, wyjścia. Trzy wyjścia z Wielkiej Sali. Dwa z kuchni. Jedno z krypty pod nią, zamurowane.

— Duncecie. Ci trzej na lądowisku. Ci z całkiem niebieskimi oczami.

— Sihaya. Ludzie głębin.

— W dokumentach Kompanii nie ma o nich ani słowa. Sprawdziłem. Sto czterdzieści tomów i ani jednej wzmianki o osadach na pustyni. Wszystko poza pasem wydobywczym jest opisane jako _terytorium niezasiedlone_.

Duncet zatrzymał się i pierwszy raz spojrzał chłopcu prosto w oczy.

— A ile widział pan ogni?

— Słucham?

— Wczoraj w nocy. Stał pan na tarasie zachodnim od trzeciej do czwartej godziny. Ile widział pan ogni na wydmach?

Kael poczuł, jak włos jeży mu się na karku — nie dlatego, że go obserwowano, bo do tego przywykł od urodzenia, ale dlatego, że Duncet zadał to pytanie tak, jakby znał już odpowiedź i sprawdzał tylko, czy chłopiec ją wypowie.

— Czterdzieści jeden — powiedział. — Potem straciłem rachubę, bo kilka zgasło i nie wiedziałem, czy liczyć na nowo. Ale co najmniej czterdzieści jeden.

Duncet długo milczał.

— Wartownik, którego pan zapytał, powiedział panu, że tam nic nie ma — odezwał się w końcu.

— Tak.

— On nie kłamał, panie. On naprawdę tego nie widzi. Patrzy trzy lata na te same ognie i widzi ciemność, bo w rozkazie napisano, że tam jest ciemność. — Vharańczyk ruszył dalej, a jego głos stał się cichszy. — Niech pan to sobie zapamięta lepiej niż wszystko, czego nauczy pana Belliv. Nie ma nic groźniejszego od człowieka, któremu powiedziano, czego ma nie widzieć. Taki człowiek zrobi wszystko, absolutnie wszystko, i będzie spał spokojnie, bo przecież tam nic nie było.



Wieczorem, w Wielkiej Sali, Marenne przyjmowała raporty.

Kael siedział po jej lewej, tak jak nakazywał zwyczaj, i słuchał, jak dwudziestu ludzi tłumaczy jego matce, dlaczego nic nie działa.

Pompy w sektorze trzecim: awaria, brak części, części na zamówieniu od czternastu miesięcy. Wydobycie: dwadzieścia dwa procent poniżej normy cesarskiej. Straty ludzkie w szybach: sto siedemdziesiąt osiem osób w ostatnim kwartale, co komendant garnizonu nazwał _wynikiem zadowalającym w stosunku do średniej_.

— Zadowalającym — powtórzyła Marenne.

— Poprzedni kwartał, dwieście czterdzieści, wysokość — pospieszył z wyjaśnieniem komendant, promieniejąc. — Nastąpiła znaczna poprawa.

— A z czego wynikała poprawa?

Komendant zamrugał.

— Z… z lepszej organizacji, wysokość?

— Kapitanie Rusk. — Marenne zwróciła się do młodego oficera stojącego pod ścianą, który dotąd nie odezwał się ani razu. — Z czego wynikała poprawa?

Zapadła cisza. Rusk był chudy, spalony słońcem, z twarzą kogoś, kto od dawna nie sypia dobrze. Kael zobaczył, jak oficer zerka na komendanta, potem na Dravena siedzącego przy końcu stołu, i podejmuje jakąś decyzję.

— Z tego, że w poprzednim kwartale zawalił się szyb Dwanaście, wysokość — powiedział. — Zginęło osiemdziesięciu ludzi naraz. W tym kwartale nic się nie zawaliło, więc statystyka wygląda lepiej. Organizacja nie ma z tym nic wspólnego.

Komendant zrobił się purpurowy. Draven nie poruszył się wcale, ale Kael, który przez całe życie uczył się patrzeć na dłonie, a nie na twarze, zobaczył, jak palec prokuratora stuka raz o blat. Jeden raz. Jak ktoś, kto zapisuje sobie nazwisko.

— Dziękuję, kapitanie — powiedziała Marenne. — Proszę zostać po zebraniu.

Kiedy sala się opróżniła, została jeszcze jedna sprawa. Zarządca wewnętrzny, spocony człowieczek nazwiskiem Otho, przedstawił wniosek o wydatek.

— Bestia w szybach zachodnich, wysokość. Wydmiec, prawdopodobnie dorosły. Zabił czterech ludzi w ciągu dziesięciu dni, wydobycie w trzech sztolniach stoi. Robotnicy nie zejdą. — Otho odchrząknął. — Wysyłaliśmy oddział garnizonu. Wrócili… to znaczy, wrócili trzej z dwunastu.

— I czego pan ode mnie chce?

— Zgody na kontrakt, wysokość. Trzeba nająć piaskarza.

Coś w sali się zmieniło. Kael nie potrafiłby powiedzieć co — nikt nic nie powiedział, nikt się nie poruszył — ale powietrze zgęstniało, jak przed burzą, której na tej planecie nigdy nie było.

Duncet, stojący pod ścianą, zamknął oczy.

— Piaskarza — powtórzyła Marenne. — Objaśnijcie mi to słowo. W stu czterdziestu tomach go nie było.

— Bo tego się nie zapisuje, wysokość — mruknął Otho.

◆Rozdział III — Kontrakt

Verrin z Suchej Krwi przyjechał trzy dni później i wjechał do twierdzy przez bramę dla dostawców, bo przez główną go nie wpuszczono.

Kael obserwował go z galerii i był rozczarowany.

Spodziewał się — sam nie wiedział czego. Olbrzyma. Potwora. Kogoś, kto wygląda, jakby wyszedł z ballady. Tymczasem na dziedziniec wjechał na chudym wierzchowcu-piaskołazie mężczyzna około pięćdziesiątki, niewysoki, żylasty, w wypłowiałym płaszczu koloru wszystkiego. Włosy miał siwe, krótko obcięte. Twarz pooraną, spaloną, z blizną biegnącą od skroni do szczęki. Na plecach nosił dwie rękojeści.

Zsiadł. Rozejrzał się po dziedzińcu z wyrazem człowieka, który wycenia wszystko, na co patrzy, i nie jest pod wrażeniem. A potem podniósł głowę i spojrzał prosto na galerię, prosto na Kaela, jakby dokładnie wiedział, gdzie stoi chłopiec, którego nie mógł widzieć z tamtego kąta.

I Kael zobaczył jego oczy.

Nie były błękitne. Były złote — jasne, przejrzyste jak bursztyn, z pionową szparą źrenicy, która zwęziła się w słońcu do włoska.

Kael cofnął się o krok.



Rozmowa odbyła się w małej sali audiencyjnej, a Kael, ku swojemu zdumieniu, został na niej dopuszczony.

— Będziesz słuchał i milczał — powiedziała mu matka wcześniej. — Ten człowiek nie da się okłamać i nie da się przekupić. Chcę, żebyś zobaczył, jak się rozmawia z kimś takim. Nauczysz się więcej niż przez rok z Bellivem.

Verrin nie ukłonił się. Wszedł, zerknął na krzesło, którego mu nie zaproponowano, i usiadł na nim.

Otho nabrał powietrza, żeby zaprotestować.

— Dwieście talarów imperialnych — powiedział Verrin, zanim tamten zdążył wydać dźwięk. — Płatne w wodzie po kursie z wodopoju w Sarr-Kadi, nie po kursie waszej Kompanii, bo wasz kurs jest fikcją i obaj o tym wiemy. Połowa z góry. Trupów nie zbieram, jeśli chcecie ciała, wynajmijcie osobno kogoś z mocnym żołądkiem.

— Dwieście?! — Otho zakrztusił się. — Za jedno zwierzę? Kompania płaci trzydzieści za wydmieca!

— Kompania płaci trzydzieści za _małego_ wydmieca w otwartym terenie w dzień. — Verrin nawet na niego nie spojrzał; mówił do Marenne. — Wasz siedzi w szybie. To znaczy: ciasno, ciemno, jeden korytarz, brak odwrotu, echo znosi słuch, a on zna to miejsce lepiej niż ja. Zjadł czterech górników i dziewięciu żołnierzy, więc jest najedzony, silny i nauczył się, że ludzie są łatwi. To nie jest polowanie, wysokość. To jest wchodzenie do cudzego domu.

— Dziewięciu żołnierzy — powiedziała Marenne cicho. — Zaraportowano mi trzech ocalałych z dwunastu.

— To dziewięciu. Umie pani liczyć, to dobrze, tu rzadkość. — Verrin wreszcie spojrzał jej w oczy. — I proszę zwrócić uwagę, że nikt pani nie powiedział, ilu zginęło. Powiedziano, ilu wróciło. Nauczcie się słuchać, czego wam nie mówią, to przeżyjecie tu dłużej niż wasi poprzednicy.

Otho wybuchnął.

— Nie będziesz pouczał lady Alden, mutancie…

— Otho. — Marenne nie podniosła głosu. — Wyjdź.

— Wysokość…

— Wyjdź, albo cena wzrośnie o twoją pensję.

Zarządca wyszedł. Verrin obserwował to z lekkim, ledwie widocznym rozbawieniem.

— Sto pięćdziesiąt — powiedziała Marenne.

— Dwieście.

— Sto pięćdziesiąt i moje ludzkie słowo, że kiedy wyjdziesz z tego szybu, dostaniesz wodę tego samego dnia, a nie po trzech miesiącach kwitów. Wiem, jak wam płacono do tej pory. Czytałam księgi. Kompania jest wam winna dziewięćset czterdzieści talarów za czternaście kontraktów przez ostatnie sześć lat i nie zapłaciła ani grosza, bo wiedziała, że nie macie do kogo pójść ze skargą.

Po raz pierwszy piaskarz stracił rezon. Na sekundę, nie dłużej, ale Kael to zobaczył.

— Czytała pani księgi — powiedział Verrin wolno.

— Wszystkie sto czterdzieści tomów. W trzy dni. Nie sypiam dużo. — Marenne pochyliła się nieznacznie. — Więc powtórzę: sto pięćdziesiąt, płatne natychmiast i uczciwie. Bo jeśli zapłacę ci dwieście po staremu, kupię jednego martwego wydmieca. A jeśli zapłacę ci sto pięćdziesiąt uczciwie, kupię coś, czego Kompania nigdy nie miała na tej planecie.

— Mianowicie?

— Kogoś, kto odbierze telefon następnym razem.

Verrin patrzył na nią bardzo długo. Potem coś, co u kogoś innego byłoby uśmiechem, przemknęło przez jego pooraną twarz.

— Sto pięćdziesiąt — powiedział. — I chłopak idzie ze mną.

Kael poczuł, że serce staje mu w gardle.

— Nie — powiedziała Marenne natychmiast.

— Nie do szybu. Do wylotu. — Verrin wzruszył ramionami. — Wasz syn jest tu dziesięć dni i widział pustynię przez okno. Za dziesięć lat będzie tym rządził i będzie podpisywał wyroki na ludzi, których nigdy nie widział z bliska. Niech raz zobaczy, jak wygląda rachunek, który wystawia się za wasze zyski. Postoi przy wylocie z moim ludziem, popatrzy, co wyniosą. Nic mu się nie stanie.

— Dlaczego cię to obchodzi?

— Nie obchodzi. — Verrin wstał. — Ale rządzili tu już ludzie, którzy nigdy nie widzieli trupa z bliska, i za każdym razem kończyło się to samo: więcej roboty dla mnie. Jestem stary i leniwy, wysokość. Wolę zapobiegać.



Wyszli przed świtem.

Szyb zachodni numer siedem leżał dwie godziny drogi od twierdzy, w płytkiej kotlinie, gdzie piasek był ciemniejszy i twardszy. Przy wylocie czekało kilkunastu górników — chudych, milczących ludzi o twarzach owiniętych szmatami — którzy na widok Verrina odsunęli się, tworząc przejście, i żaden nie odezwał się słowem.

Ale jeden po drugim, kiedy piaskarz przechodził, dotykali czoła i potem piasku.

— Co oni robią? — zapytał Kael.

Verrin sprawdzał uprząż i nie podniósł głowy.

— Odganiają pecha.

— Znaczy… czczą cię?

— Znaczy, że jestem im potrzebny i że mnie nienawidzą, a to dwie rzeczy, które doskonale mieszczą się w jednym człowieku. — Piaskarz zaciągnął rzemień. — Wczoraj w Sarr-Kadi nie sprzedano mi wody w trzech szynkach. Dziś ci ludzie modlą się o moje zdrowie, bo od niego zależy, czy zejdą jutro do roboty i zarobią na dzieci. Jutro, jak zabiję ich potwora, znów będę odmieńcem, którego matki straszą dzieci. Wszystko po kolei i wszystko szczerze.

Wyjął zza pleców jedno z ostrzy. Kael zobaczył, że nie jest stalowe — było mleczne, matowe, jakby wycięte z kości albo z rogu.

— Ząb pustyni — powiedział Verrin, widząc jego wzrok. — Na bestie. Stal ześlizguje się po pancerzu wydmieca jak po mokrym kamieniu, a to wchodzi. Drugie, stalowe, jest na ludzi. Ludzie nie mają pancerza, mają tylko ubranie i złudzenia.

— Nosisz osobne ostrze na ludzi?

— A ty myślisz, chłopcze, że przez trzydzieści lat zabijałem tylko zwierzęta? — Verrin spojrzał na niego tymi złotymi, nieludzkimi oczami. — Ludzie płacą za bestie, ale problemem człowieka prawie zawsze jest inny człowiek. Bestia to tylko rachunek, który przychodzi później.

Odwrócił się do wylotu szybu — czarnej, ziejącej chłodem dziury w ziemi — i zapalił lampę.

— Jeszcze jedno. — Nie odwracając głowy. — Jak usłyszysz krzyk z dołu, nie zbiegaj. Jak usłyszysz ciszę po krzyku, tym bardziej nie zbiegaj. A jak przez godzinę nie usłyszysz nic, weź tych ludzi i wracaj do domu, bo to będzie znaczyło, że skończyło się źle, i wtedy wasza matka będzie musiała zapłacić komuś dwieście, i słusznie.

I zszedł w ciemność.



Kael stał przy wylocie cztery godziny i przez cały ten czas nie usłyszał prawie nic.

Raz — po jakiejś godzinie — z głębi dobiegł dźwięk, którego nie umiał nazwać: niski, wibrujący, jakby ktoś uderzył w ogromną, pękniętą strunę. Górnicy zesztywnieli wszyscy naraz. Jeden zaczął się modlić.

Potem znowu cisza.

Kael liczył. Doliczył do dwóch tysięcy czterystu i zaczął od nowa, bo zgubił rachubę. Słońce podniosło się i zaczęło palić. Ktoś podał mu wodę; wypił łyk i oddał, i zauważył, jak górnicy wymieniają spojrzenia — bo oddał, zamiast wypić do dna.

W piątej godzinie z szybu wyszedł Verrin.

Szedł o własnych siłach, ale zataczał się. Lewy rękaw miał rozdarty od barku do nadgarstka i mokry, i Kael z odległości nie umiał rozróżnić, czy to krew, czy coś innego. Za sobą ciągnął na rzemieniu coś ciężkiego.

Rzucił to na piasek przed górnikami.

Kael podszedł i spojrzał, i musiał się odwrócić.

To nie była głowa zwierzęcia. To znaczy — była, w pewnym sensie: chitynowa, szeroka, z podwójnym rzędem żuchw i grzebieniem czułków. Ale w otwartym pysku, wciśnięty głęboko między płytki gardzieli, tkwił but. Zwykły roboczy but z rzemieniem, z kikutem nogi w środku, i Kael zrozumiał, że patrzy na kogoś, kto miał imię, dom i może dzieci, i że to jest właśnie ten rachunek, o którym mówił piaskarz.

Zwymiotował na piasek.

Nikt się nie roześmiał. Górnicy patrzyli w milczeniu, a potem jeden z nich — stary, z całkiem siwą brodą — podszedł, nabrał garść piasku tam, gdzie Kael zwymiotował, i postawił ją na płaskim kamieniu obok wylotu.

— To był Terrin z Drugiej Studni — powiedział stary, wskazując brodą but. — Miał żonę. Dziękuję, panie, że pan patrzył.

I to było gorsze niż wszystko inne — że mu podziękowano.

Verrin usiadł ciężko na kamieniu, odwinął rękaw i zaczął sobie zszywać ramię igłą wyjętą z kołnierza, na sucho, bez słowa skargi. Kael, blady, podszedł i stanął nad nim.

— Wiedziałeś — powiedział. — Wiedziałeś, że tam coś takiego będzie. Dlatego kazałeś mi przyjść.

— Wiedziałem, że będzie w nim jakiś człowiek albo część człowieka. — Verrin przeciągnął nić. — Zawsze jest. Wydmiec nie trawi rzemieni i kości. To akurat da się przewidzieć.

— To okrutne.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij