Pięć Pestek Pomarańczy - ebook
Burzliwej wrześniowej nocy do mieszkania przy Baker Street puka młody John Openshaw. W kopercie ze znakiem „K. K. K." otrzymał pięć suchych pestek pomarańczy – ten sam tajemniczy sygnał, który wcześniej poprzedził śmierć jego stryja, a potem ojca. Obie zgony uznano za nieszczęśliwe wypadki. Openshaw wie jednak, że jest następny. Holmes ma niewiele godzin, by rozwikłać szlak ciągnący się od pól Florydy po londyńskie doki i powstrzymać zemstę, która przebyła ocean. „Pięć pestek pomarańczy" to jedno z najmroczniejszych opowiadań Arthura Conana Doyle'a – opowieść o dawnej winie, nieubłaganym przeznaczeniu i porażce, której wielki detektyw nigdy sobie nie wybaczył.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368914474 |
| Rozmiar pliku: | 691 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Rok 1887 był szczególnie bogaty w zajmujące wypadki, które sobie w głównych zarysach pozapisywałem. Znajduję tu między innymi zapiski o oszukańczej bandzie żebraków, którzy schodzili się w piwnicach pewnego składu mebli na wykwintne uczty, następnie o wypadkach, które pozostawały w związku z zatonięciem angielskiego żaglowca „Sophy Anderson”, o dziwnych przejściach Grice Patersonów na wyspie Uffa, a wreszcie o otruciu w Camberwell. W tym ostatnim wypadku Sherlock Holmes zdołał, nakręcając zegarek zmarłego, dowieść, że został on nakręcony przed dwiema godzinami, a zatem że nieboszczyk udał się wtedy na spoczynek – szczegół, który do wyjaśnienia sprawy okazał się niezmiernie ważny. Do wszystkich tych wypadków wrócę jeszcze nieco później, ale żaden w swym przebiegu nie jest tak znamienny, jak ten, który teraz postanowiłem opisać.
Było to w ostatnich dniach września. Burze jesienne szalały z niezwykłą mocą. Od rana już wył wiatr, a deszcz siekł w szyby tak silnie, że na chwilę byliśmy oderwani od zwykłych swych zajęć i widzieliśmy się zmuszeni nawet wśród tego olbrzymiego, ręką ludzką zbudowanego Londynu uznać potęgę tych sił przyrody, które mimo sztucznej ochrony cywilizacji srożą się na ludzkości i ryczą jak dzikie zwierzęta w klatce.
Z nastaniem wieczoru burza stawała się coraz gwałtowniejsza, a w kominie wiatr jęczał i wzdychał jak dziecię płaczące. Sherlock Holmes siedział znudzony przy piecu i znaczył okładki swych aktów kryminalnych, ja zaś tymczasem zagłębiłem się w znakomitym romansie morskim Clarka Russella. Szalejąca burza dostrajała się zupełnie do tekstu i zdawało mi się chwilami, że słyszę w chlupotaniu deszczu przeciągły szum fal morskich. Żona moja wyjechała w odwiedziny do swej matki, zająłem więc znowu dawne swe mieszkanie przy Baker Street.
– Słyszysz? – rzekłem nagle, spoglądając na mego przyjaciela – ktoś dzwonił. Kto by to mógł być? Może który z twych przyjaciół?
– Prócz ciebie, Watson, nie mam żadnego; zresztą nikogo do siebie nie zapraszam – odpowiedział.
– Jest to więc prawdopodobnie jakiś klient.
– Jeżeli tak jest rzeczywiście, to sprawa musi być niezmiernie ważna. Drobnostka z pewnością nie przyprowadziłaby tego człowieka tutaj przy takiej pogodzie i o takiej porze. Ale jest to prawdopodobnie stara ciotka gospodyni.
Sherlock Holmes mylił się. Dały się słyszeć kroki na schodach, aż wreszcie zapukał ktoś do drzwi. Holmes odsunął natychmiast długą swą ręką lampę od siebie tak, że skierował światło jej na puste krzesło, na którym musiał gość usiąść.
– Proszę – zawołał następnie.