Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Pięć pór roku - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
4 marca 2026
19,98
1998 pkt
punktów Virtualo

Pięć pór roku - ebook

Poznaj waleczną Felicję, nieśmiałą Basię, przebojową Dankę, wycofaną Anielę i sumienną Krysię - różne, a jednak tak podobne w swoich pragnieniach i tęsknotach. Każda z nich niesie własną historię - o przyjaźni, stracie, sile i codziennych wyborach. Zaparz sobie herbatę, usiądź wygodnie i pozwól, by ich opowieści towarzyszyły Ci przez chwilę. Będziesz się śmiać, wzruszać, a może nawet zobaczysz w nich kawałek siebie. Bo "Pięć pór roku" to historia o kobietach takich jak Ty - prawdziwych, czułych i odważnych.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Powieść
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397872523
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Kryśka straciła męża kilka lat temu. Zawsze, kiedy o nim mówi, właśnie tak to określa: „Straciłam Michała”. W głowie rozmówcy od razu kłębią się myśli: „Ale jak umarł? Czy zginął w wypadku, czy rak zaatakował niemłody już organizm?”. Chłop miał przecież pięćdziesiąt jeden lat i Kryśka go straciła. Nic, tylko kondolencje składać…

Czego Kryśka nie dopowiada albo wyjaśnia dużo później, to przyczyna tej straty. Michałowi włączyła się po prostu trzecia młodość i poszedł w tany z pracownicą działu mięsnego, lat dwadzieścia osiem. Był kierownikiem osiedlowej Biedronki i tak mu się, widać, spodobały rączki młodej niewiasty, kiedy kroiła szynkę, że zapragnął ich nie tylko na garmażerce.

Spakował się zatem któregoś dnia, podziękował żonie za współpracę i poszedł. Miło z jego strony, że dwupokojowe lokum, w którym rezydowali w ciągu ostatnich lat, postanowił Kryśce oddać, a sobie wziął tylko mercedesa.

Co prawda, panna od szynki miała – i owszem – zakusy na mieszkanie, bo to zawsze wynająć można, a i dodatkowy grosz by się przydał. Ale Michał swój honor miał i dosadnie uciął rozmowy na ten temat. Fajny ten Michał. Honorowy taki.

Została więc Kryśka sama jak palec. Dzieci nie mieli, a jej rodzice dawno już mieszkali pod niebiańskim adresem. Na każdym babskim spotkaniu wyraźnie jednak informowała, że „Michała straciła” i robiła przy tym grymas żałoby, a nie zrozumiałej kobiecej wściekłości.

Babskie spotkania urządzałyśmy raz na miesiąc. To był zwyczaj, który wprowadziłyśmy w życie jeszcze w liceum. Obojętne było miejsce spotkania, ale ważne, że raz na miesiąc widziałyśmy się i wymieniałyśmy ploteczki.

Pięć kobiet: Kryśka, Aniela, Danka, Felicja i ja, Basia.

Wszystkie miałyśmy pięćdziesiąt jeden lat – albo niebawem, albo już skończone. I każda z nas nosiła na barkach swoje przeżycia, które ją ukształtowały i w pełni tłumaczyły wiele podjętych decyzji.

Co jakiś czas na spotkaniach pojawiały się nowe niewiasty. A to przypałętały się zupełnie przypadkiem i potem już w ogóle się nie pojawiały. Albo przychodziły i zostawały na dłużej. Ale główna orkiestra składała się właśnie z tych moich przyjaciółek, które od czasu do czasu doprowadzały mnie do szewskiej pasji, ale które też darzyłam siostrzaną miłością.

Nadchodziła sobota – dzień naszego spotkania. Nie miałam pomysłu, co na siebie włożyć. Brzuch ostatnio zaczął wystawać jeszcze bardziej niż zwykle, twarz jakaś taka ulana się zrobiła i dojrzałam kolejną zmarszczkę. Szlag by to jasny! Jak te kobity robią, że są takie wygładzone? Pojęcia nie mam…

Przygotowałam jednak sukienkę, buty i torebkę – nic nadzwyczajnego. Skromnie, ale przynajmniej schludnie.

Felicja i tak wystroi się jak paw. Aniela będzie miała na sobie żakiet z nowej kolekcji à la Chanel. A Danka – ta nasza artystka – owinie się znowu jakimś całunem, omota, zamota i będzie wyglądała jak milion obojętnie czego. Kryśka założy dżinsy, bo wie, że ma pupę prawie jak Jennifer Lopez, więc chętnie ją eksponuje.

***

Miałyśmy się spotkać w naszej ulubionej Werandzie. To jedyne miejsce na takie babskie nasiadówy, gdzie nikt cię nie wyprosi za wcześnie i każdy będzie się cieszył, że jesteś. A że uraczysz duszę smakołykami, które cieszą oko już od chwili, kiedy tylko przekroczysz jej próg, a na wadze pojawią się dodatkowe kilogramy, to już inna sprawa.

Byłam na miejscu pierwsza, bo nie cierpię się spóźniać, a z mojego mieszkania miałam dość spory kawałek. Zamówiłam sobie herbatę z malinami i czekałam na dziewczyny.

Pierwsza wparowała Danka. Oczywiście cała na biało – jesień za pasem, ale skoro Danka chce być na biało, to pora roku jest mało ważna. Owinęła wokół siebie jakieś prześcieradło, na głowę nałożyła biały kapelusz, a na ramieniu trzymała dużą, brązową, skórzaną torbę. Wyglądała po prostu bosko!

Ja – w mojej lichej sukience, którą miałam już dobre siedem lat, i mało modnych butach – czułam się jak brzydkie kaczątko. Zawsze tak się przy nich działo. Gdziekolwiek razem się nie pojawiałyśmy, zawsze stałam z boku, zawsze niewidoczna. Nie umiałam się malować. Włosy zawiązywałam w koczek. Ich kolor, mysi brąz, tracił powoli blask, a od zeszłego lata pojawiało się na nich coraz więcej białych pasm. Siwizna wkroczyła w moje życie krokiem zamaszystym i nieznoszącym sprzeciwu.

Danka od razu zamówiła sobie kawę. Co jakiś czas jeździła do Włoch i próbowała lokalnych atrakcji. Tak zakochała się w małej czarnej, że teraz byle lura nie miała prawa trafić na jej stół. Danka w ogóle była zjawiskowa, a do tego miała swoją pracownię – a jakże!

Projektowała ciuchy, a każdy z nich był dziełem skończonym. Początkowo nie miała zbyt wielu klientek, ale to wcale jej nie zrażało. Była pracowita i cierpliwa. „Sukces przyjdzie z czasem” – zwykła mawiać. I faktycznie. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu coraz więcej pań zgłaszało się do jej pracowni. Wydawać by się mogło, że Danka, z całym swym roztrzepaniem, zacznie jedną kieckę, ale nigdy jej nie skończy, tylko po to, aby skupić się na kolejnej. Miała jednak w sobie na tyle siły i respektu dla swoich dam – jak je nazywała – że słowo się rzekło, a kiecka się uszyła.

W całej naszej grupie to Danka wyróżniała się miłością do mody i wszystkiego, co z nią związane. Była zjawiskową, świadomą swojego uroku kobietą, a ja czasami zazdrościłam jej tej nonszalanckiej pewności siebie.

– I co tam, Basieńka? – zagadnęła, wiedząc, że nie lubię, kiedy tak się do mnie mówi. W jej ustach to zdrobnienie brzmiało jednak jak czułość do młodszej siostry, dlatego ani jej nie poprawiałam, ani nawet nie miałam na to ochoty.

– Cieszę się, że jesteś – zdążyłam tylko powiedzieć to proste zdanie, bo już na scenę wparowała Aniela.

Jeszcze nie było jej widać, a już było wiadomo, że nadchodzi. Aniela miała wprost niemożliwego fioła na punkcie perfum. Gdziekolwiek nie pojechałaby na wakacje, oprócz lokalnych pamiątek przywoziła nowy flakon. Pachniała zawsze nieziemsko. Drugą, bardzo kosztowną fascynacją Anieli były ciuchy. Co jakiś czas przywoziła sobie z Francji jakieś tekstylne cudeńko, w którym paradowała na każdym możliwym przyjęciu.

Niedoścignionym celem Anieli były kostiumy Chanel. Ale – że kieszeń nie zawsze na tyle pełna – szukała wdzięcznych podróbek, obsesyjnie sprawdzając wagę łańcuszka przy wykończeniu żakietu. Jak wchodzić na salony, to z przytupem!

Prawdziwą damą w naszej grupie była Felicja, która właśnie ściągała swój czerwony płaszcz. Chociaż nie! Nie płaszcz! Okrycie wierzchnie nazywała paltem. Pochodziła z rodziny inteligentów, którzy w mikroskopijnej liczbie ostali się po wojnie. Rodzina z tradycjami, pieniędzmi, manierami i klasą, której naprawdę nie dało się kupić.

Palto Felicji iskrzyło wśród innych wierzchnich okryć, a ona sama doskonale wiedziała, że w tym jednym momencie oczy wszystkich skierowane są właśnie na nią. Wysoka, postawna, z burzą jasnych włosów, o które fryzjer na Starym Rynku dbał jak o swoje. Piękna jak zawsze i jak zawsze przyciągająca spojrzenia.

Wparowała do sali na niebotycznie wysokich obcasach, co przy i tak sporym wzroście mogło wydawać się dziwne. Ale nigdy nie stroniła od wyróżniania się, więc dlaczego dzisiaj miałoby być inaczej?

Palto powiesiła na wieszaku koło naszego stolika i ruszyła w obściskiwanie Anieli, Danki i mnie.

Niby widziałyśmy się miesiąc temu, ale za każdym razem jakaś nieokreślona tęsknota przemieszana z radością pojawiała się w moim sercu. Miałyśmy siebie od tak dawna i mimo drobnych sprzeczek nigdy tak naprawdę się nie pokłóciłyśmy. Marzyłam skrycie, aby na zawsze już tak zostało.

Nasza przyjaźń była taka… niezwykła. Czasami życie nie pozwalało na częste ploteczki między spotkaniami. Ale nasze zloty raz na miesiąc były obowiązkiem i trzymałyśmy się tego jak amen w pacierzu. Były dla nas tak oczywiste, że każda z nas żyła w przekonaniu, że będziemy się spotykać do nie wiadomo kiedy i jeszcze dłużej.

Kryśki jakoś nie było widać. Mijały minuty, które zmieniały się w kwadranse, a ona wciąż się nie pojawiała. Co chwilę zerkałam na drzwi, bo z całej grupy to ja zamartwiałam się najbardziej. Byłam tym typem kobiety, która już ma problem, jak jeszcze nie ma problemu. A poza tym Kryśka bardzo pilnowała naszych spotkań i raczej nigdy się na nie nie spóźniała…

W końcu dostrzegłam rude włosy. Kiedyś była ruda z natury, teraz musiała tej naturze pomagać, bo siwizna dopadła i ją. Ale płomienne włosy wciąż były jej znakiem rozpoznawczym. Właśnie włosy!

I różany zapach, któremu była wierna od lat.

Cholera – przemknęło mi przez głowę. Coś nie grało. Kryśka weszła do Werandy jakoś inaczej niż zwykle. Zawsze poruszała się wesołym, tanecznym krokiem, a dzisiaj miałam wrażenie, że wsunęła się do lokalu, jakby chciała nadal pozostać niezauważona.

Dziewczyny, obrócone tyłem do wejścia, jeszcze jej nie dostrzegły, a ja miałam w głowie tylko jedną, durną myśl: coś się stało.

Nagle Felicja sięgnęła po coś do swojego palta i kątem oka rozpoznała rudą czuprynę.

– Kryśka! – zawołała. – No wreszcie!

Felka (oj, nie lubiła, kiedy tak na nią wołałyśmy) zdawała się w ogóle nie zauważać zmiany w zachowaniu Krysi. Wstała od razu, żeby przywitać nadchodzącą przyjaciółkę, i dopiero wtedy dotarło do niej, że coś jest nie tak.

– Krycha, co jest? – wyszeptała.

Danka i Aniela obróciły głowy, a ja patrzyłam na tę scenę, wiedząc, że zaraz dowiemy się czegoś okropnego. Brzuch zaczął mnie boleć, bo ta myśl nie dawała mi spokoju. Myśl, że za chwilę nasze życie zmieni się o sto osiemdziesiąt stopni i już nigdy nic nie będzie takie samo.KRYSIA

Miałam dziewiętnaście lat, kiedy tak naprawdę poznałam Michała.

Wysoki, przystojny, uśmiechnięty. Z pięknymi zielonymi oczami, które wodziły za każdą napotkaną kobietą.

Byłam młoda, ładna, miałam dobrą figurę, doskonałą pupę i piękne rude włosy. Chłopcy do tamtej pory byli dla mnie tematem zakazanym. Ojciec nieźle by mi zmył głowę, gdybym tylko za którymś się obejrzała.

Moje przyjaciółki z ogólniaka miały już swoje sympatie, a ja dalej byłam sama jak palec. Oczekiwano ode mnie, że będę uczyć się najlepiej w klasie, wracać prosto po lekcjach do domu i pomagać w gospodarstwie, gdy tylko odrobię zadania domowe.

Aniela kręciła z Wojtkiem, Felicja – wiadomo – spotykała się już z kolejnym chłopakiem. Danka miała również swoją sympatię, a Basia – cicha jak myszka i jak myszka wyglądająca – nawet nie myślała o adoratorach, bo wychodziła z założenia, że i tak żaden by jej nie chciał.

A ja skrycie marzyłam, żeby któryś mnie pokochał. Obojętnie jaki, ale żeby pokochał. Ojciec szczędził miłości, matka – krawcowa – zawsze przy maszynie do późnej nocy, zajęta wszystkim, tylko nie córką. Mój dom nie był ubrany w miłość i radość. Był pełen smrodu zwierząt z gospodarstwa i lęku o dobre jutro. Miałam kiedyś brata, ale zmarł w wieku czterech lat. Nowotwór. Glejak. Dobrze go pamiętam – jasnowłosy, rezolutny chłopczyk, któremu choroba odebrała życie.

Od czasu jego śmierci matka zamknęła się w sobie, ojciec skupił się na zwierzętach, a ja próbowałam jakoś chwytać życie w tym domu pełnym smutku. Skupiałam się na nauce, bo tylko ona potrafiła wypełnić mi głowę. Marzyłam, by zostać lekarzem i pomagać dzieciom. Przykładałam się do przedmiotów ścisłych, wiedząc, że tylko tak będę miała szansę na zrealizowanie swoich planów.

Maturę chciałam zdać celująco – dziewczyny zazdrościły mi takiego podejścia do nauki. A tak naprawdę to ja zazdrościłam im. Zazdrościłam im tego barwnego życia, tych randek, tych kradzionych w kinie całusów.

Dlatego kiedy najprzystojniejszy chłopak w szkole zwrócił na mnie uwagę, byłam gotowa rzucić moje marzenia i natychmiast zacząć szyć suknię ślubną.

Nastał smutny, jesienny listopad. Akurat szłam na autobus, kiedy ktoś lekko szarpnął za mankiet mojego płaszcza. W ostatnim momencie przytrzymałam torbę z książkami, modląc się, żeby nic z niej nie wypadło. W środku miałam nie tylko podręczniki, ale i mój pamiętnik, który ukrywałam przed całym światem.

Obróciłam głowę i zamarłam – przede mną stał najprzystojniejszy chłopak, jakiego w życiu widziałam. Michał z czwartej „c”. Miał, tak jak ja, dziewiętnaście lat i chodził do równoległej klasy maturalnej.

W naszej szkole był bożyszczem dziewczyn – ze względu na wygląd i psotę widoczną w oczach. Był również ulubieńcem nauczycieli z racji swoich naprawdę dobrych wyników w nauce. Miałam czasami wrażenie, że kochała się w nim nawet woźna, pani Jadwiga, lat pięćdziesiąt osiem.

Czego mógł ode mnie chcieć? Myśli szybowały po głowie jak strzały, a ja musiałam mieć naprawdę głupią minę.

– Krysia, zaczekaj! – Usłyszałam.

Powiedział to do mnie? Stanęłam jak słup soli, nie mogłam się ruszyć.

– Zaczekaj, proszę! Chciałem o coś zapytać – dodał dosadnym tonem.

– Sss-słucham. – Cholera! Nic innego nie przyszło mi do głowy, a głos nie należał chyba do mnie.

– Chciałem cię prosić o drobną pomoc. Jesteś dobra z biologii i chemii, a ja mam ostatnio problem z częścią materiału. Wiesz… zaraz matura… – powiedział to wszystko tak, jakbym była córką Skłodowskiej-Curie.

W głowie powtarzałam całe zdanie kilka razy, żeby mieć pewność, czy dobrze usłyszałam. On – uczeń wzorowy, niemający problemu z żadnym przedmiotem do tej pory – prosił mnie o pomoc? To nie mogło się naprawdę dziać!

Mijały sekundy – w mojej głowie nadal byłam przekonana, że godziny – a ja nie mogłam wydusić z siebie słowa.

– Nie mam czasu, przepraszam, ale nie mam czasu – prawie krzyknęłam.

Oczywiście, że siedziałabym z nim nad budową komórki dinozaura czy też reakcją oleju z wodą. Siedziałabym i tylko patrzyła w te piękne zielone oczy. Ale peszył mnie już samą obecnością, nawet gdy stał tylko metr ode mnie, a co dopiero, gdyby usiadł przy jednym biurku!

– Rozumiem, ale chciałem prosić o pomoc, a potem zaprosić cię na jakiś dobry obiad.

Znowu przyszło mi do głowy, że się przesłyszałam. Jaki obiad, do cholery? Co on do mnie mówi?!

– Michał… – zaczęłam. – Bo masz na imię Michał, prawda?

Tylko się uśmiechnął, doskonale wiedząc, że je znam. Wodziłam za nim oczami na przerwach, spoglądałam na lekcjach koszykówki. Zawsze byłam jednak przekonana, że nie widzi ani mnie, ani mojego wzroku.

– Tak. Jestem Michał.

Wyciągnął rękę, a do mnie dopiero dotarło, co zrobiłam. Teraz będę musiała wyciągnąć swoją. Będę musiała go dotknąć. Chryste Panie! Co ja najlepszego zrobiłam?!

Wysunęłam lekko dłoń, starając się nie myśleć o tym, co się zaraz stanie. Jeszcze nigdy żaden chłopak mnie nie dotykał. Niby wiedziałam, że chodzi o zwykłe powitanie, ale i tak wpadłam w panikę. W końcu dotknęłam jego dłoni. Była ciepła, duża i taka… męska. Uścisk trwał wyjątkowo długo. Chciałam go przerwać, ale on wciąż nie ustępował.

Oj tak… Michał doskonale wiedział, jakie wrażenie robi na ludziach. Byłam cała zawstydzona, policzki mnie paliły i marzyłam tylko o tym, żeby zapaść się pod ziemię.

Odsunęłam dłoń energicznym ruchem. Koniec obściskiwania! Koniec dziewczęcych uniesień i patrzenia w zielone oczy!

Michał wydawał się lekko zdziwiony moim zachowaniem. Przechylił głowę, jakby nie dowierzając, co właśnie zrobiłam. Wyrwałam moją rękę z jego uścisku i chciałam iść do domu. Chciałam zniknąć. Chciałam zapaść się pod ziemię.

– Krysiu, nie denerwuj się – wyszeptał.

Zdenerwował mnie tym jeszcze bardziej. Odwróciłam się na pięcie i nie mówiąc ani słowa, ruszyłam przed siebie.

– Krysia, na litość boską, zaczekaj! – Nie dawał za wygraną. – Naprawdę potrzebuję pomocy, żeby dobrze zdać maturę. A jak sama wiesz, te pół roku minie jak z bicza strzelił – mówił szybko, zachowując w głosie jakąś dziwną nutę czułości.

Zatrzymałam się. Moja reakcja była faktycznie bez sensu i dopiero po chwili to do mnie dotarło.

– Nie wiem, z jakiego materiału potrzebujesz pomocy, ale jeśli chcesz, umówmy się na jutro. Zostanę godzinę po szkole i będę starała się ci pomóc – powiedziałam to wszystko na jednym wdechu.

– A nie mogę przyjechać do ciebie do domu? – zapytał nieśmiało.

Zwariował! Po prostu zwariował! On w moim domu?! Już widzę, jak wchodzi do brudnej kuchni. Już czuję na sobie zdziwiony wzrok matki i słyszę komentarze ojca. Tym bardziej że Michał od swojego dostał nowego Fiata 125p i przyjeżdżał nim do szkoły.

Mój ojciec, który o nowym aucie mógł tylko pomarzyć, zzieleniałby z zazdrości, a i komentarze dawałby niewłaściwe.

– Nie, Michał. Spotkamy się w szkole. Usiądziemy w stołówce i tam się pouczymy. – Byłam przekonana, że odmówi i będę już mogła uciec z miejsca tej tragedii.

Skinął wolno głową, uśmiechnął się i wyszeptał:

– Znajdę cię!

I już go nie było.

Stałam znowu jak wryta. Jeszcze chwilę temu chciałam uciekać, a teraz poczułam dziwny smutek, że już go koło mnie nie ma.

Cały wieczór planowałam przeznaczyć na naukę i pracę w domu. Cztery krowy, które mieliśmy, stanowiły, co prawda, niewielkie stado, ale i tak wymagały obrządku. Rodzice hodowali też pięć świń, no i oczywiście całą zgraję kur, których jajka matka sprzedawała na wtorkowym targu. Niby niewiele było tych zwierząt, ale codziennie z rana każde potrzebowało i wody, i paszy.

Porannym obrządkiem zajmował się ojciec, ja przygotowywałam się w tym czasie do szkoły. Tylko w niedzielę musiałam wstać przed piątą rano i zająć się gospodarstwem. Ojciec jechał w pole, matka jak zwykle pracowała przy maszynie, a ja roznosiłam strawę tym, które tylko żarły i żarły. Z drugiej strony – dzięki nim było co na chleb położyć i za co spodnie kupić.

Wróciłam do domu i nic nie mówiąc matce, poszłam do swojego pokoju.

Kiedyś to był nasz wspólny pokój, mój i mojego braciszka. Jego zdjęcia stały wszędzie, a w kącie sypialni rodziców matka zrobiła coś na kształt ołtarzyka. Mój brat, mimo że nie żył już od tylu lat, był nadal obecny. Józio to, Józio tamto… Czasami się zastanawiałam, czy mama kochałaby mnie bardziej, gdyby żył i gdyby radość nie uciekła z naszego domu.

Otworzyłam podręczniki. Nawet nie pamiętałam, co było do przygotowania na jutro. W głowie siedział mi tylko Michał i moje krępujące zachowanie wobec niego. Z drugiej strony ciepło mi się robiło w sercu, kiedy pomyślałam, że jutro… że po lekcjach…

Z trudem przygotowałam referat na biologię. Moją ukochaną biologię, która była zawsze prosta i przyjemna. Dzisiaj nic nie było proste. Każde zdanie musiałam pisać kilka razy, bo nic, ale to nic się nie kleiło.

Więc to tak wygląda pierwsze zauroczenie? Więc właśnie tak traci się głowę tylko dlatego, że ktoś dotknął twojej ręki? Jak żyć, jak się uczyć, kiedy głowa i serce tylko marzą o jutrzejszym popołudniu?

Nagle usłyszałam trzask drzwi wejściowych. Ojciec wszedł do domu w swoim stylu. Już wiedziałam, że jest pijany i że znowu – mimo obietnic składanych matce – był z kolegami w remizie. Kilka piwek, karty… Czasami potrafił przegrać wszystkie pieniądze, które matka dostała za uszyte sukienki. Klientek miała, owszem, sporo i naprawdę ładny grosz wpadał do jej kieszeni. Tylko co z tego, jak musiała oddać wszystko ojcu, a ten przepijał większość zarobku z kolegami.

Wstałam szybko z krzesła, ubrałam robocze ciuchy i wyszłam z pokoju. Nie chciałam kolejnej zwady, nie chciałam krzyku i wiecznych pijackich pretensji. Nawet mnie nie zauważył.

Matka, cicha i nieobecna, siedziała w kącie i również próbowała udawać, że jej nie ma.

Obrządek zrobiłam dość szybko. Wzięłam taczkę do gnoju, widły i sprzątnęłam w zagrodzie. Dzisiaj praca szła mi zupełnie inaczej, bo w sercu miałam swoją maleńką radość. Kiedy skończyłam, chciałam już tylko w spokoju skupić się na najważniejszej sprawie. Czyli: co na siebie jutro włożyć? Jak się przygotować?

Nie miałam żadnych kosmetyków, bo ojciec nawet z matki kpił, kiedy za dawnych lat nieporadnie umalowała wargi. Jedyne, co posiadałam, to bezbarwna pomadka, która – jak mi się wydawało – nadawała ustom ładną poświatę i czyniła je subtelnymi.

Pomadka była schowana głęboko w szkolnej torbie obok pamiętnika. To były moje dwa skarby, o których istnieniu nikt nie wiedział. Nikt nie wiedział też, że pomadkę ukradłam w drogerii przy głównej ulicy. Wsunęłam ją po prostu do kieszeni. Ale obiecałam sobie, że kiedyś, kiedy będzie mnie stać na jakiś drobiazg, pierwsze, co zrobię, to pójdę do tego sklepu i oddam pieniądze.

W głowie szumiało, policzki mnie paliły. Obraz za obrazem odtwarzałam dzisiejsze popołudnie. Nie wiem, kiedy zasnęłam, ale oczywiście śniły mi się tylko zielone oczy. Jedyne, co wiedziałam na pewno, to to, że chociaż o jakimś skrawku dzisiejszych uniesień muszę opowiedzieć moim dziewczynom.

Aniela złapie się za głowę, Felicja tylko prychnie. Danka skinie i od razu będzie pytać, co dalej. A Basia, ta moja ukochana Basia, wysłucha z rozmarzeniem i tęsknotą za wielkim uczuciem.

Kochałam je wszystkie, ale najbardziej ciągnęło mnie do Basi. Spokojnej, szarej myszki, która dla wszystkich miała złote serce, tylko nigdy nie pamiętała o sobie.BASIA

Kiedy przychodzisz na świat, raduje się czyjeś matczyne serce. Cieszy się ojciec, cieszą dziadkowie. Wszyscy witają nowo narodzone dziecię, jakby było podarkiem od Boga.

Czy mój dzień narodzin kogoś uszczęśliwił? Z całą pewnością nie. Życie spędziłam w bidulu, przed którego drzwiami ktoś położył mnie zawiniętą w różowy kocyk. Dorastałam wśród innych sierot, które – tak samo jak ja – nie pamiętały rodziców albo doskonale pamiętały, co tylko potęgowało ich poczucie osamotnienia. Ja przynajmniej nie wiedziałam, za kim tęsknić. Nie znałam ani mamy, ani taty. Nie wiedziałam, kim byli, czy i gdzie żyją.

W bidulu codzienność była prosta. Wstać, zjeść śniadanie, umyć się, ubrać i iść do szkoły. Po południu zrobić lekcje, a potem wspólnie spędzać czas.

Tak z boku patrząc, można by było rzec, że nasze życie przypominało życie każdego innego dziecka, mającego dom pełen miłości. Ale właśnie tutaj widać było tę ogromną różnicę. Żadne z nas nie wiedziało tak naprawdę, co to rodzicielska miłość, czym jest matczyny uścisk, czym są ojcowskie słowa dumy.

Opiekunki starały się, jak mogły, żeby dać nam namiastkę uczuć. Próbowały przytulić, żeby chociaż na jakiś czas zatrzymać atak paniki wywołany brakiem czułości.

Ataki pojawiały się znienacka. Chociaż dzień zaczynał się wesoło i było dużo śmiechu przy porannej toalecie, to kiedy się kończył i gasły światła, upiór samotności dopadał każde z nas.

Radziłam sobie z tym, jak umiałam. Mieszkałyśmy w pokoju we trzy i trudno było mi płakać przy innych dziewczynkach. One miały dokładnie taki sam problem. Często zdarzały się noce, podczas których każda z nas chlipała pod kołdrą. Rano udawałyśmy, że nic się nie stało, nie zauważając nawet, że w murze wokół naszego serca pojawiła się kolejna cegła.

Co jakiś czas w domu odbywały się spotkania z „być może” przyszłymi rodzicami. Najczęściej była to sobota. Wszyscy ubieraliśmy się na galowo, jeśli tak można było nazwać nasze schludne, odświętne ciuchy. Włosy dziewcząt musiały być uczesane w kitkę albo dwie, fryzury chłopców były zaś ułożone w misterny sposób tak, aby nie odstawał żaden kosmyk.

Przez pierwsze lata przygotowywałam się na każdą sobotę jak na przyjęcie urodzinowe. Wstawałam wcześnie rano, brałam prysznic, myłam moje długie włosy w kolorze mysiego brązu i czekałam… O ósmej rano zakładałam białą bluzkę, która wyprasowana czekała na krześle. Spódniczkę naciągałam chwilę przed dziesiątą, bo o tej porze zaczynali pojawiać się rodzice.

Chciałam pokazać się grupie dorosłych w jak najlepszym wydaniu, bez żadnej skazy. Wyobrażałam sobie, jak wchodzę do sali i od razu zauważa mnie para ludzi pełnych miłości. Natychmiast kierują się w moją stronę, aby porozmawiać i stwierdzić, że to właśnie mnie szukali przez całe swoje życie.

Kiedy wracam myślami do tych pierwszych, świadomych spotkań – miałam może sześć lub siedem lat – wiele ziaren goryczy przesypuje się przez moją głowę. Za każdym bowiem razem, kiedy wchodziłam do sali, widziałam wielu dorosłych, jednak żadne z nich nawet nie spojrzało w moją stronę. Owszem, raz na jakiś czas ktoś zawiesił na mnie na chwilę wzrok, ale tylko dlatego, że koło mnie stała jakaś mała, śliczna blondyneczka, która natychmiast skradała serce obserwującemu.

Z czasem stawało się dla mnie jasne, że nie stanowię żadnej atrakcji. Dla nikogo. Jedynie pani Grażynka, opiekunka z bidula, widząc za każdym razem, co się dzieje, podchodziła do mnie, obejmowała swoimi dużymi rękami i mówiła:

– Ciiii, malutka… Może za tydzień.

Ten gest litości powodował, że pełna łez biegłam do swojego pokoju i spędzałam w nim czas aż do wieczora.

Wraz z upływem lat sobotnie święto straciło jakąkolwiek wartość, a w wieku jedenastu lat przestałam wychodzić z pokoju, kiedy zegar wybijał dziesiątą.

Świadomość odrzucenia była często nie do udźwignięcia. Ataki paniki jakby zmalały, być może dlatego, że mur, którym się otoczyłam, rósł i przepoczwarzył się w zobojętnienie.

Do liceum trafiłam tylko dlatego, że całą rozpacz z powodu bycia niechcianą przekułam w naukę. Uczyłam się najlepiej z moich rówieśników, a dzięki temu przyznano mi stypendium szkolne.

Pierwszy dzień w nowej szkole, która wydawała mi się taka dorosła i odległa od mojej codzienności, wniósł w moje życie olbrzymie zmiany. W bidulu niespecjalnie przyjaźniłam się z kimś konkretnym. Po co? Po to, żeby za jakiś czas stracić kontakt, bo przyjaciółka znalazła nowy dom? Tylko raz dałam się tak nabrać.

Z rok młodszą Dorotką byłyśmy prawie jak siostry. Każdą możliwą chwilę spędzałyśmy razem. Na początku cieszyłam się tym pięknym uczuciem akceptacji, ale kiedy zauważyłam, że Dorotka jest często obserwowana podczas sobotnich wystaw, mój zachwyt zaczął powoli słabnąć. Jeszcze jakiś czas cieszyłam się, że przyjaciółka ma szansę znaleźć nowy dom. Potem ubzdurałam sobie, że jeśli jacyś nowi rodzice wezmą ją i zobaczą, jak nierozłączne jesteśmy, zlitują się nade mną i wezmą również mnie.

Ale pewnej soboty Dorotka przykleiła się do pary wesołych, rubasznych ludzi i wiadomo było, że chodzi tylko o nią. Ja byłam cały czas niewidoczna.

Przyszła któregoś dnia do mnie i z zachwytem podzieliła się nowością.

– Basia! Jadę do nowego domu! – wykrzyczała.

Przytuliłam ją, najmocniej jak umiałam, i tyle było z Dorotki w moim życiu. Cieszyłam się jej szczęściem, naprawdę się cieszyłam. Cieszyłam się, że znalazła kochających ludzi, którzy otoczą ją miłością i dadzą dobry dom. Modliłam się też, żeby została u nich na zawsze, żeby się nie rozmyślili, jak to miało miejsce w przypadku Patryka, chłopca z naszego bidula.

Patryk miał osiem lat. Spodobał się na „wystawie”, nowi rodzice go wzięli. Niestety po trzech miesiącach przywieźli go z powrotem. Patryk na długi czas przestał mówić, odezwał się chyba dopiero po ponad roku.

Z tych wszystkich powodów bardzo ostrożnie podchodziłam do nowych znajomości. Udawałam, że są mi obojętne, że ich wcale nie potrzebuję. Tylko tak mogłam się chronić.

Kiedy więc przyszłam do nowej szkoły i zaraz po rozpoczęciu roku podeszła do mnie uczennica o imieniu Krysia, a chwilę później druga – o zabawnym imieniu Aniela – uśmiechałam się tylko nieśmiało, nie wierząc, że naprawdę chciałyby spędzić ze mną więcej czasu, niż muszą.

Gdy stałyśmy we trzy, usłyszałyśmy perlisty śmiech. Zaraz potem z szybkością błyskawicy przebiegła koło nas roześmiana dziewczyna. Pech chciał, że potknęła się o swoje nogi i gdyby nie szybka reakcja Anieli, wyłożyłaby się na podłodze jak długa.

Tak oto w nasze życie wkroczyła Felicja. Już samo imię było w tamtych czasach niebywałe. Wszystkie miałyśmy jakieś takie pospolite te nasze imiona. A tu proszę – Felicja! Burza jasnych włosów, piękne oczy, ale przede wszystkim wypisana na twarzy pewność siebie, o której ja mogłam tylko pomarzyć.

Po latach zastanawiałam się, czy zwróciłaby na nas w ogóle uwagę, gdyby nie te nieszczęsne, zaplątane nogi i fakt, że przed upadkiem uratowała ją Aniela, stojąca z nami w grupie.FELICJA

Mój dom był miejscem manier i obycia, książek i wspólnych obiadów, a także wytwornych strojów, bez których wspólny posiłek nie istniał.

Moi przodkowie wywodzili się z czasów literati. Byli wykształceni, ale też bardzo zamożni. Gdy w późnych latach siedemdziesiątych ojciec jeździł po Europie (taką możliwość dawało mu wtedy bycie dyplomatą), zbierał wszelkie możliwe wzmianki o rodzie. Ten wywodził się nie tylko ze sfery dawnego mieszczaństwa, ale też z wcześniej żyjącej szlachty, której rozległe ziemie dawały bogactwo, rzadkie w tamtych czasach.

Rody takie jak nasz często stawały się obiektem kpin wśród Legionistów Piłsudskiego. W tamtych czasach trudno było o lepszą grę niż ta, kto jest lepiej urodzony, kto posiada więcej ziemi, a więc i zasobniejszy portfel.

Mój dziadek ze strony matki był prawnikiem, babka – co dziwne na tamte czasy – lekarzem. Rodzice ojca również odebrali staranne wykształcenie i sprawowali funkcje dyplomatyczne. Siłą rzeczy tatko poszedł w ich ślady i wiele lat pełnił funkcję ambasadora w różnych krajach. Do czasu moich narodzin rodzice znali Europę jak własną kieszeń, co w trudnych dla Polski latach było wręcz niespotykane.

Urodziłam się w Paryżu, kilka miesięcy później rodzice zdecydowali jednak o powrocie do ojczyzny. Kochali Polskę nad życie i ich marzeniem było, żeby córka wychowywała się w państwie nad Wisłą. Z biegiem czasu, a raczej biegiem losów Polski lat osiemdziesiątych, rodzice żałowali wcześniej podjętej decyzji. Tak dojrzewałam w kraju, który inteligencji nie cierpiał, radował się czyjąś szkodą i tępił jakiekolwiek oznaki dobrego wychowania.

Nastała epoka nuworysza, który – i owszem – miał sporo pieniędzy „handlując, czym się da”, ale paradował po mieście z jeszcze większą pogardą dla starego mieszczaństwa. Mój dziadek zawsze powtarzał, że jedyne, czego nie kupisz, to czas i klasa. I tego się trzymałam, kiedy słyszałam niewybredne komentarze ze strony nowobogackich.

Ale bolało. Bolało, bo byłam uczona szacunku do wszystkich ludzi, niezależnie, czym dysponowali i co sobą reprezentowali.

Lata dziewięćdziesiąte jeszcze bardziej pogłębiły tę przepaść. Klasa średnia wyraźnie rosła w siłę, mnożąc bogactwo na niekoniecznie czystych interesach.

W szkole spotykałam dzieci tych bogatych rodziców. Śmiały się z mojego sposobu wysławiania się, z ubioru, uczesania.

Tak, wiem, wyglądałam trochę jak panienka z dobrego domu. Ale nie umiałam wyjść nieuczesana, nie lubiłam nosić spodni, a książki czytałam w trzech językach obcych. Francuski poznałam szybciej niż polski, angielski stał się moim drugim językiem w szkole podstawowej, a włoskiego – ukochanego języka mojej mamy – zaczęłam się uczyć, kiedy skończyłam dwanaście lat.

Nauka przychodziła mi łatwo. Uwielbiałam gości w rodzinnym domu, którzy posługiwali się francuskim czy angielskim. To były jedyne chwile, które napawały mnie radością, bo nie tylko prowadziłam konwersację w obcym języku, ćwiczyłam idiomy i akcent, ale też czerpałam radość z wymiany kulturowej, która mimowolnie wynikała z tych spotkań.

Nigdy jednak nie obnosiłam się ze swoją odmiennością. Byłam jej świadoma, ale wiedziałam też, że nie tylko mnie wychowano w rodzinie zaliczanej do wyższych sfer.

Kiedy trafiłam do liceum, mój styl bycia stał się przedmiotem kpin. Nauczona jednak doświadczeniem i wzmacniana słowami rodziców starałam się tym po prostu nie przejmować. Byłam roześmiana, patrzyłam na życie z radością i kochałam moją codzienność.

Uwielbiałam moich rodziców i dyskusje z nimi. Ojciec był fanem średniowiecza, mama od zawsze zakochana w wikingach. Dzięki znajomości angielskiego i francuskiego swobodnie poruszali się w literaturze obcojęzycznej poświęconej ich zainteresowaniom. To, że wciągali mnie w coraz to szersze wody historii, spowodowało, że zaczytywałam się w prawie rzymskim, a wybrane z niego aspekty osobowości człowieka znałam na pamięć. Szacunek do drugiej osoby stanowił trzon naszej rodziny i niemożliwe było, żeby kogoś urazić tylko dlatego, że nie urodził się w tak znamienitym domu jak między innymi mój.

Imię, które wybrali dla mnie rodzice, było bardziej związane z ich miłością do Hiszpanii. Tatko zwykł mówić, że skoro nie znają hiszpańskiego, to chociaż imię będzie kojarzyło mu się z tym krajem. Rodowód samego imienia nie wywodził się z Iberii. Ojciec spotkał kiedyś w Paryżu rodowitą Hiszpankę, Felicię González – kobietę poczciwą, wesołą i otwartą na świat. Zamarzył wtedy, by jego córka choćby imieniem przywoływała radość tej nobliwej damy.

W domu zawsze wołano na mnie Felicja. Ale już w szkole dzieci jedno po drugim skracały imię do podwórkowej Felki. Nie cierpiałam tego! „Felka nie ma pantofelka” – to słyszałam najczęściej, a rymowanka na długo dźwięczała w mojej głowie.

Pantofelek był oczywiście kolejnym przytykiem do sposobu, w jaki się wysławiałam. W domu nie mówiliśmy „buty” czy „pepegi”. Każdy miał pantofle i innej nazwy wcześniej nie znałam. Z czasem przezwiska zaczęły być bardziej dosadne. „Fela nie ma przyjaciela!” – to zdanie odnosiło się do wykluczenia, z jakim przyszło mi sobie radzić, a które spowodowane było właśnie moją odmiennością. Byłam uprzejma dla dzieci, bo tak zostałam wychowana. Brakowało mi jednak poczciwej duszy wśród rówieśników, a przeszkadzał dziecięcy ostracyzm.

Z biegiem lat dojrzewałam do myśli, że nie liczba przyjaciół się liczy, tylko ich jakość. Zanim trafiłam do liceum z konkretnym zamiarem podjęcia później studiów prawniczych, zaprzyjaźniłam się z dziewczynką, która – mimo że nie pochodziła z domu podobnego do mojego – podarowała mi serce i uśmiech od ucha do ucha.

Z Danką byłyśmy nierozłączne od siódmej klasy szkoły podstawowej, więc oczywiste było, że złożymy papiery do tego samego liceum. Danka marzyła o tym, by zostać projektantką odzieży. Jej drogą, kierunkiem i wielkim, niezaprzeczalnym ideałem była Barbara Hoff. W czasach, kiedy sklepy nie obfitowały w piękną odzież, umiejętności krawieckie, a do tego bogata wyobraźnia były na wagę złota. Danka umiała wyczarować coś z niczego.

I tak w czerwcu 1990 roku złożyłyśmy dokumenty do miejscowego liceum, traktując je jako kolejny etap naszej ściśle określonej edukacji.DANKA

Pokazy mody były jak powietrze. Paleta kolorów przypominała garść nasion w dłoni doświadczonego ogrodnika, który potrafi z nich stworzyć najbarwniejszy ogród. Moja wyobraźnia sunęła jak rozpędzony pociąg, który codziennie przejeżdżał koło mojego rodzinnego domu.

Od dziecka ubierałam lalki w skrawki materiału, które przekazywały mi babcie moich koleżanek.

– Weź, daj Danusi, ucieszy się – mawiały.

A ja? Każdy kawałek tkaniny traktowałam jako nowy kleks farby, w którą mogłam przyozdobić moją lalkę.

Mieszkaliśmy na nowym osiedlu, w czteropiętrowych blokach, w dość niewielkim jak na naszą rodzinę mieszkaniu. Składało się z trzech pokoi, odrębnej kuchni i łazienki. Mieliśmy też długi, wąski balkon, na którym stało wszystko, co nie zmieściło się w czterech ścianach.

A jednak takie trzypokojowe lokum uchodziło za rarytas. Nowe bloki, nowi sąsiedzi, świeżo wymalowane ściany. I na to wszystko moi dziadkowie, którzy stracili swój dom w pożarze i musieli na stare lata przenieść się do jednego, skromnego pokoiku. W drugim rezydowali moi rodzice, a trzeci zajmowałam z siostrą i bratem.

Ze względu na tak mikroskopijną przestrzeń jedynym miejscem, w którym mogłam rysować i szyć, była kuchnia. Kiedy już wszyscy szli spać, rozkładałam na kuchennym stole moje bloki rysunkowe i piórnik z ołówkami. Ślęczałam nad kolejnym projektem, co chwilę coś zmazując szkolną gumką „Myszką”. Najczęściej koło północy moja praca była gotowa. Gotowa na tyle, żeby mi samej się podobać, i na tyle, żeby trafić do kroju, a potem do szycia.

Nie miałam ulubionego koloru. W momencie rysowania wyobrażałam sobie jedynie fason. Najchętniej projektowałam suknie, ale najczęściej zmuszona byłam uszyć jakąś niewielką koszulę albo letnią spódniczkę, bo czasy były kiepskie, jeśli chodzi o materiały. W mieście znajdował się tylko jeden sklep, bardziej coś na kształt pasmanterii, w którym od czasu do czasu pojawiały się końcówki kolekcji przeznaczonej na eksport. Codziennie wracając ze szkoły, zachodziłam tam i zerkałam, czy na śmietniku koło niego sklepowa nie wyrzuciła czegoś, z czego mogłabym zrobić jakieś maleńkie chociaż cudo. Wiem, że mnie widziała. Wiem, że widziała, jak ze wstydem grzebię w śmietniku i wyciągam skrawki wszystkiego, co przeszło wcześniej przez krosno.

Któregoś dnia zlitowała się nade mną. Podeszła – miała chyba jakąś przerwę – i wręczyła cztery kupony materiału. Dołożyła jeszcze nici: białe, czarne, czerwone i niebieskie. Stałam zamurowana i nie wiedziałam, co powiedzieć. Skinęłam tylko głową i prawie wyszarpnęłam jej te cuda w obawie, że się rozmyśli. Wreszcie! Wreszcie uszyję prawdziwą suknię! Projekt miałam gotowy już od dawna. A dzisiaj miałam wreszcie wszystko, co było mi potrzebne do stworzenia prawdziwego dzieła!

To dzieło nie było dla mnie. Marzyłam o tym, żeby podarować suknię mojej mamie. W domu nigdy się nie przelewało, więc maminka chodziła ubrana nad wyraz skromnie. Byli z moim ojcem jak papużki nierozłączki. Co niedziela szliśmy z dziadkami do pobliskiego kościółka. Za ręce trzymali się dziadkowie, za ręce trzymali się też rodzice. Moje młodsze rodzeństwo starało się zachować powagę podczas tego spaceru, ale nie zawsze im to wychodziło. Starałam się być wzorową starszą siostrą, która widząc spokój, jaki panował między rodzicami i dziadkami, chciała go przenieść na siostrę i brata. Po mszy całą siódemką szliśmy na lody, a potem jeszcze do pobliskiego parku. Następnie zbliżała się pora obiadowa, a po obiedzie wiadomo – lekcje do odrobienia na poniedziałkowe szkolne zajęcia. Dziadek z babcią w tym czasie drzemali, rodzice oglądali serial na TVP2, a my, dzieci, siedzieliśmy przy zeszytach, czekając do następnej wolnej niedzieli.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij