Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • promocja
  • Empik Go W empik go

Piekielna królowa. Tom 2 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
30 sierpnia 2023
1990 pkt
punktów Virtualo

Piekielna królowa. Tom 2 - ebook

Potwory nie rodzą się same, ktoś je tworzy...

Letha zdążyła już przyzwyczaić się do życia na Czerwonym Dworze. Znalazła wspólny język z Aidanem, który robi wszystko, aby ją chronić. Książę powoli staje się dla niej kimś ważnym. Niestety to, że królowa powierzyła Lecie zadanie zabicia go, nie pomaga w rozwijaniu narzeczeńskiej relacji.

Kłamstwa i tajemnice powodują u dziewczyny coraz większe wyrzuty sumienia. Letha musi wybierać między zachowaniem człowieczeństwa a spełnieniem obowiązku wobec kraju. Z każdym dniem coraz bardziej się przekonuje, że w oczach Yenisei jej kiełkujące uczucie do Aidana czyni ją zdrajczynią. Kiedy najmniej się tego spodziewa, na Czerwonym Dworze pojawiają się kolejne problemy, które tym razem nie dotyczą tylko jej.


Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-272-8297-2
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Roz­dział 1

Zie­loni ata­ko­wali z każ­dej strony. Byli wszę­dzie. Kiedy z krzy­kiem wybie­gli z lasu, Aidan rzu­cił Ken­ne­thowi zna­czące spoj­rze­nie, a przy­ja­ciel zro­zu­miał go bez słów. Zanim książę wycią­gnął miecz, poczuł, że ostrze prze­ciw­nika roz­dziera mu skórę w oko­licy klatki pier­sio­wej. Inferno pró­bo­wał odpę­dzić Zie­lo­nych i wierz­gał kopy­tami, co nie uła­twiało jego panu walki. Aidan poło­żył dłoń na ręko­je­ści mie­cza i w tym samym momen­cie został ścią­gnięty z konia przez czy­jeś ręce. Upadł na zie­mię, co zwięk­szyło krwo­tok, i instynk­tow­nie obró­cił się na plecy. W miej­scu, w któ­rym przed chwilą była jego głowa, wylą­do­wał topór wroga. Aidan chwy­cił za miecz i jed­nym cio­sem spra­wił, że ciało męż­czy­zny, który go zaata­ko­wał, opa­dło na zie­mię obok niego.

Pró­bo­wał się pod­nieść, ale nagły ból w pra­wej łopatce chwi­lowo go spa­ra­li­żo­wał. Obej­rzał się za sie­bie. Zie­lony wycią­gał szty­let z jego ple­ców. Aidan krzyk­nął i mimo­wol­nie ponow­nie osu­nął się na zie­mię. Wróg dobył mie­cza i uniósł go nad głowę, żeby dobić swoją ofiarę. Zamach­nął się. Aidan sze­rzej otwo­rzył oczy. Kiedy ostrze bły­snęło w słońcu, Inferno sta­nął dęba przed swoim panem. Kopy­tami prze­wró­cił Zie­lo­nego na zie­mię. Sta­nął na jego brzu­chu, a męż­czy­zna wydał z sie­bie ostat­nie tchnie­nie. Koń okrą­żał Aidana, chro­niąc go przed cio­sami. Książę sły­szał jego rże­nie, które zwie­rzę wyda­wało w oba­wie o życie swo­jego jedy­nego przy­ja­ciela.

Aidan czuł pie­cze­nie w ranie na ple­cach. Na tyle, na ile pozwo­liły mu obra­że­nia, uniósł się i rozej­rzał dookoła. Czer­woni wal­czyli o życie, a Zie­loni wybi­jali ich jed­nego po dru­gim. Książę zauwa­żył, że więk­szość z nich nie była nawet żoł­nie­rzami. Zabi­jali tym, co mieli pod ręką: topo­rami, młot­kami, a nawet widłami.

Zaci­snął dłoń na ziemi, którą poczuł mię­dzy pal­cami. Prze­niósł wzrok na błę­kitne niebo. Zasta­na­wiał się, czy tak wygląda śmierć na polu bitwy. Miał wra­że­nie, że zasy­pia. Gdzieś w oddali sły­szał odgłosy walki. Zie­mia wibro­wała od kopyt Inferna i zma­gań setek męż­czyzn. Już miał zamknąć oczy, ale zanim to zro­bił, zoba­czył twarz Yeni­sei. Wpa­try­wała się w niego zupeł­nie tak, jak pod­czas ich pierw­szego spo­tka­nia. Obser­wo­wała go uważ­nie swo­imi bystrymi błę­kit­nymi oczami. Znał ten wzrok. Chciała mu powie­dzieć, że jest dość silny, aby prze­żyć. Zdał sobie sprawę z tego, że jeśli nie wróci, zginą oboje. A na to nie mógł pozwo­lić. Ni­gdy nie pocią­gnie Yeni­sei za sobą do pie­kła, w któ­rym od dawna cze­kało na niego miej­sce.

Pomimo bólu obró­cił się na bok i wsparł na lewej dłoni. Inferno jakby czy­tał w jego myślach. Schy­lił się, a Aidan chwy­cił za wodze i z tru­dem zajął miej­sce w sio­dle. Wyjął miecz z pochwy i prze­ło­żył go do lewej dłoni. Na pra­wym nad­garstku, któ­rego naj­mniej­szy ruch spra­wiał mu ból, oplótł wodze. Nachy­lił się do ucha Inferna i pokle­pał konia po szyi.

– Nie pozwól nam umrzeć – szep­nął i obaj ruszyli w śro­dek toczą­cej się bitwy.

Letha sie­działa sztywno przy stole. Usi­ło­wała spra­wiać wra­że­nie, jakby jadła sto­jące przed nią potrawy. Kątem oka widziała, że Domhan wlewa w sie­bie kolejny kie­lich wina. Zro­biło się jej nie­do­brze na samą myśl, że król się upi­jał, pod­czas gdy jego syn i żoł­nie­rze wal­czyli o życie.

Sie­dząca naprze­ciwko niej Rose grze­bała widel­cem w tale­rzu. Letha wbiła w nią wzrok pełen tro­ski. Zie­lona pod­nio­sła na nią oczy. Letha dała jej do zro­zu­mie­nia, że powinna teraz jeść za sie­bie i za dziecko. Rose zro­zu­miała jej prze­kaz i wsa­dziła do buzi kawa­łek pie­czo­nego mięsa. Letha posłała jej pra­wie nie­wi­doczny uśmiech. Elfka odpo­wie­działa Nie­bie­skiej tym samym. Jedyne, co im zostało, to wspie­rać się w tym całym sza­leń­stwie.

Letha zde­cy­do­wała, że nie powie Rose, co się z nią sta­nie, jeśli Aidan naprawdę zgi­nął z rąk Zie­lo­nych. To mogłoby źle wpły­nąć na stan przy­ja­ciółki. Rose miała dosyć swo­ich zmar­twień. Nie potrze­bo­wała kolej­nych. Letha uwa­żała, że Domhan nie tknie swo­jej żony, przy­naj­mniej do porodu, ale wolała dmu­chać na zimne. Była gotowa bła­gać go o życie Rose. Oba­wiała się tylko, czego król będzie chciał od niej w zamian.

Cała trójka pod­nio­sła wzrok na drzwi do jadalni, które otwo­rzyły się z hukiem. Do środka wbiegł szam­be­lan. Po jego czole spły­wały kro­pelki potu. Był czer­wony i zdy­szany. Z tru­dem usi­ło­wał zła­pać oddech.

– Wró­cili! – wrza­snął z prze­ję­ciem. – Nasi wró­cili!

Domhan zerwał się z miej­sca i szyb­kim kro­kiem opu­ścił salę. Letha wstała zaraz po nim i ruchem dłoni zatrzy­mała Rose. Zie­lona odło­żyła sztućce.

– Zostań. Spraw­dzę, kto wró­cił.

Rose pokrę­ciła głową i się pod­nio­sła.

– Ty nie rozu­miesz. Muszę iść. – Ton jej głosu był pewny, a zara­zem pro­szący.

Letha nie miała serca zosta­wić jej tutaj samej. Wie­działa, że w pewien spo­sób kró­lo­wej zale­żało na Aida­nie, choć nie miała pew­no­ści, czy cho­dziło wła­śnie o niego. Może Rose chciała spraw­dzić, jakie szkody wyrzą­dzili Czer­wo­nym jej rodacy? Letha nie miała czasu się nad tym zasta­na­wiać. Pode­szła do Zie­lo­nej, chwy­ciła ją za rękę i pocią­gnęła za sobą na dzie­dzi­niec. Kiedy zna­la­zły się na zewnątrz, Rose zakryła usta dło­nią. Letha wstrzy­mała oddech.

Widok ran­nych żoł­nie­rzy przy­pra­wił ją o ciarki na skó­rze. Widziała skutki wojny już wcze­śniej, ale teraz była w samym środku wiel­kiego mordu. Woła­jący imiona swo­ich kobiet męż­czyźni z roze­rwa­nymi cia­łami, obe­rwa­nymi koń­czy­nami i zakrwa­wio­nymi twa­rzami, jęki kona­ją­cych, konie rżące z cier­pie­nia… To wszystko ota­czało ją z każ­dej strony. Poczuła, że serce wali jej jak mło­tem. Rozej­rzała się dookoła w poszu­ki­wa­niu karego konia. Zdała sobie sprawę z tego, że ni­gdzie go nie było. Poczuła, że zaczyna bra­ko­wać jej powie­trza w płu­cach. Odwró­ciła się do Rose. Elfka miała łzy w oczach i trzy­mała się za brzuch. Letha wie­działa, że musi być twarda. Jeśli ona da upust emo­cjom, Rose roz­sy­pie się na milion kawał­ków, któ­rych żadna z nich nie będzie w sta­nie poskła­dać.

Letha zro­biła dwa kroki w stronę przy­ja­ciółki i wycią­gnęła do niej dło­nie. Obie zwró­ciły głowy w kie­runku bramy, skąd docho­dził stu­kot kopyt. Kilku żoł­nie­rzy krzyk­nęło w przy­pły­wie emo­cji. Inferno i ledwo utrzy­mu­jący się na jego grzbie­cie Aidan prze­je­chali po moście i zna­leźli się na dzie­dzińcu. Chwilę póź­niej dołą­czył do nich Ken­neth na swoim rumaku. Ofi­cer miał głę­boką ranę na brzu­chu. Straż­nicy pod­bie­gli do Aidana i pomo­gli mu zsiąść z konia. Ken­nethem zajęli się lżej ranni żoł­nie­rze. Aidan ledwo trzy­mał się na nogach. Gwar­dzi­ści zarzu­cili sobie jego ramiona na szyje i powoli popro­wa­dzili go w stronę zamku.

Letha w ostat­niej chwili się powstrzy­mała, żeby nie pod­biec do narze­czo­nego. Chciała pomóc straż­ni­kom go pro­wa­dzić. Dzie­liło ich zale­d­wie kilka metrów. Była pewna, że nie widział jej w tłu­mie, ale on lekko uniósł głowę. Sącząca się z niej stróżka krwi zle­piała jego włosy. Ich spoj­rze­nia na chwilę się spo­tkały. Wtedy Letha obie­cała sobie, że już ni­gdy nie ostrzeże Yeni­sei o kolej­nej bitwie. Nawet gdyby miało ją to kosz­to­wać życie.

Aidan syczał z bólu, kiedy medyk zszy­wał mu głę­boką ranę, cią­gnącą się od szyi do gór­nych żeber. Jego myśli krą­żyły od Ken­ne­tha do Yeni­sei. W ostat­niej chwili zauwa­żył ją na dzie­dzińcu. Wyda­wała się prze­jęta, a on miał nadzieję, że pod jego nie­obec­ność nic jej się nie stało. Sam naj­le­piej wie­dział, do czego był zdolny jego ojciec. Gniew wywo­łany prze­graną w Zie­lo­nym Kró­le­stwie mógł popchnąć Domhana do wszyst­kiego. Władca nie prze­jął się sta­nem syna. Roz­ka­zał mu sta­wić się u sie­bie po opa­trze­niu ran. Aidan prze­czu­wał, że szy­kuje się kolejna awan­tura – tym razem z powodu roz­cza­ro­wa­nia, które przy­niósł ojcu.

Książę wie­dział, że Ken­ne­tha zabrano do skrzy­dła lecz­ni­czego, w któ­rym przej­dzie selek­cję ran­nych i otrzyma pomoc. Mar­twiło go, że przy­ja­ciel zosta­nie opa­trzony dopiero po poważ­niej ran­nych żoł­nier­zach. Na samą myśl o tym poczuł napad gniewu i z całej siły ode­pchnął od sie­bie medyka. Męż­czy­zna drżą­cymi dłońmi pró­bo­wał ze sobą sca­lić wiszące kawałki jego skóry. Ode­pchnięty, upadł na zie­mię i otwo­rzył usta, żeby wyra­zić swoje nie­za­do­wo­le­nie. Wtedy drzwi się otwo­rzyły i sta­nęła w nich Yeni­sei. Aidan rzu­cił w kie­runku medyka pełne wście­kło­ści spoj­rze­nie.

– Wynoś się!

– Ale wasza wyso­kość…

– Wynoś się tam, gdzie cię potrze­bują! – ryk­nął. Męż­czy­zna sku­lił się pod wpły­wem jego krzyku. – Znajdź Ken­ne­tha i dopil­nuj, żeby został sta­ran­nie opa­trzony. W prze­ciw­nym wypadku twoje ciało jesz­cze dzi­siaj sta­nie się obia­dem dla kru­ków!

Medyk zerwał się na równe nogi. Wrę­czył Lecie ban­daże i nici, które trzy­mał w rękach. Posłał jej pełne lito­ści spoj­rze­nie i wyszedł na kory­tarz. Letha odpro­wa­dziła go lekko zdez­o­rien­to­wa­nym wzro­kiem. Straż­nicy zamknęli za nim drzwi, tym samym zosta­wia­jąc ją samą z wście­kłym narze­czo­nym. Chciała mu powie­dzieć, żeby pozwo­lił sobie pomóc. Wie­działa jed­nak, że gdyby to ona była na jego miej­scu, też posła­łaby medyka naj­pierw do Bra­dena, a nie do sie­bie.

Wcią­gnęła nosem powie­trze. Klęk­nęła na pod­ło­dze za krze­słem, na któ­rym sie­dział Aidan. Się­gnęła po przy­go­to­waną przez medyka misę z wodą i jesz­cze raz prze­myła ranę. Aidan syk­nął i zagryzł zęby. Widziała, że dotknię­cie mocno zanie­czysz­czo­nej rany spra­wiło mu ból. Naj­de­li­kat­niej jak umiała ści­snęła pal­cami dwa oddzielne płaty roz­cię­tej skóry i zaczęła je ze sobą łączyć za pomocą nici. Schło­dziła swoje dło­nie mocą. Jej dotyk dawał księ­ciu uko­je­nie, któ­rego teraz bar­dzo potrze­bo­wał. Dziew­czyna posłu­gi­wała się igłą lepiej niż nie­je­den nadworny medyk. Była deli­katna, a przy tym szybka i dokładna.

Czuła się winna. Gdyby nie ona, Aidan byłby w dużo lep­szym sta­nie. Z jego umie­jęt­no­ściami bitew­nymi wró­ciłby do domu bez jed­nego zadra­pa­nia.

Skoń­czyła zszy­wać głę­bo­kie roz­cię­cie na ple­cach narze­czo­nego i mimo­wol­nie prze­je­chała po nim opusz­kiem palca. Zatrzy­mała się na jego końcu, obok żeber. Prze­su­nęła się i sta­nęła przed krze­słem. Pod­nio­sła wzrok na twarz męż­czy­zny. Obser­wo­wał każdy jej ruch. Poczuła, że ich odde­chy jed­no­cze­śnie przy­śpie­szyły. Zoba­czyła w jego spoj­rze­niu coś na kształt ulgi i jed­no­cze­snego uczu­cia wdzięcz­no­ści. Ni­gdy wcze­śniej tego u niego nie dostrze­gła. Nie mogła ode­rwać wzroku od błę­kitu jego oczu. Przez chwilę byli sami. W ciszy. W długo wycze­ki­wa­nym i ulot­nym spo­koju. Może gdyby tak wyglą­dało ich pierw­sze spo­tka­nie, szyb­ciej zoba­czy­liby to, co widzieli teraz. Dwoje samot­nych ludzi, drę­czo­nych przez wyrzuty sumie­nia i skry­wane tajem­nice. W końcu odna­leźli w sobie podo­bień­stwo, do któ­rego żadne z nich nie chciało się przy­znać.

Letha pierw­sza spu­ściła wzrok. Zanu­rzyła w wodzie kolejne płótna, któ­rymi chciała oczy­ścić oko­lice rany. Aidan nie mógł prze­stać na nią patrzeć. Widział, że coś się w niej zmie­niło. Tak samo jak w nim. W jej obec­no­ści nie czuł już zde­ner­wo­wa­nia, wręcz prze­ciw­nie. Dzia­łała na niego kojąco, a jej towa­rzy­stwo zaczęło mu być potrzebne. Była ostat­nią osobą, o któ­rej myślał, zanim zasy­piał. To prze­ra­żało go naj­bar­dziej.

– Może mi nie uwie­rzysz – zaczęła nie­pew­nie Letha – ale cie­szę się, że wró­ci­łeś. – Nie odwa­żyła się spoj­rzeć mu w oczy. Pierw­szy raz zdo­była się na takie wyzna­nie.

Odci­snęła z kawałka mate­riału wodę i pod­nio­sła się z miej­sca. Ponow­nie sta­nęła za ple­cami Aidana. Był zbyt oszo­ło­miony jej wyzna­niem, żeby wydu­sić z sie­bie choć słowo. Poczuł pie­cze­nie, kiedy Letha prze­je­chała płót­nem po oko­li­cach rany, którą zadał mu szty­let jed­nego z Zie­lo­nych. Pomimo bólu odwró­cił do niej głowę. Popa­trzyła na niego kątem oka. Oba­wiała się, że była za mało deli­katna albo że Aidan każe jej się wyno­sić jak medy­kowi.

– Wie­rzę – powie­dział krótko. W tym jed­nym sło­wie było wię­cej emo­cji niż w wielu zda­niach, które do tej pory usły­szała.

Przez chwilę trwali w bez­ru­chu. Jedyne źró­dło ich kon­taktu sta­no­wiły oczy. Byli jak nie­zna­jomi, któ­rzy zostali wpusz­czeni do jed­nego pokoju, żeby mogli lepiej się poznać. Żadne z nich nie miało talentu do zawie­ra­nia nowych zna­jo­mo­ści, a już na pewno do wyra­ża­nia emo­cji przed kimś zupeł­nie obcym. Aidan nie chciał peszyć narze­czo­nej. Musiał zebrać myśli. Odwró­cił głowę. Letha jesz­cze kilka sekund wpa­try­wała się w jego kark, a potem znowu zajęła się jego ple­cami. Pod wpły­wem cie­płej wody rana zaczęła krwa­wić. Dziew­czyna przy­gry­zła dolną wargę na widok strużki krwi na ple­cach Aidana. Jed­nym ruchem zamro­ziła szkar­łatną ciecz. Pamię­tała, że krew Czer­wo­nych była zbyt gorąca, by mogła ją powstrzy­mać cienka war­stwa lodu. Musiała dzia­łać szybko i pre­cy­zyj­nie.

Pode­szła do kominka i się­gnęła po łopatkę do wygar­nia­nia popiołu. Rana była zbyt głę­boka, żeby można ją było zosta­wić bez przy­pa­le­nia. Aidan powę­dro­wał za nią wzro­kiem i uśmiech­nął się pod nosem.

– Chyba cof­nę­li­śmy się w cza­sie.

Letha spoj­rzała na trzy­many w dłoni przed­miot. Jej twarz roz­luź­niła się w deli­kat­nym uśmie­chu.

– Chyba tak.

Aidan pod­niósł się i pod­szedł do niej wol­nym, tro­chę nie­zgrab­nym z powodu bólu kro­kiem. Wyjął z ręki Nie­bie­skiej łopatkę i odło­żył ją na miej­sce. Stali tak bli­sko sie­bie, że dół sukni Lethy doty­kał brud­nych po bitwie spodni, które cią­gle miał na sobie. Oczy dziew­czyny śle­dziły każdy jego ruch. Aidan miał rację. Wró­cili do nocy, pod­czas któ­rej ura­to­wali sobie nawza­jem życie.

– Sam to zro­bię.

Na dźwięk słów narze­czo­nego Letha zmarsz­czyła brwi. Kiedy uniósł dłoń i poło­żył ją sobie na łopatce, zro­zu­miała. Ręka Aidana zaczęła robić się czer­wona jak roz­grzane węgle. Ze skóry pod nią uniósł się dym. Aidan zamknął oczy i zaci­snął śnież­no­białe zęby. Letha nie wie­działa, czy naprawdę był taki twardy. Może wstyd mu było oka­zać przed nią jakieś ludz­kie odru­chy? Obser­wo­wała, jak sięga po czy­stą koszulę wiszącą na opar­ciu krze­sła. Pode­szła bli­żej i pomo­gła mu wło­żyć w rękaw prawą rękę, w któ­rej czuł ból pro­mie­niu­jący od ple­ców.

– Dzię­kuję – powie­dział tak cicho, że ledwo go usły­szała. – Tylko dzięki tobie wró­ci­łem żywy.

Letha posłała mu pyta­jące spoj­rze­nie. Świ­dro­wał ją wzro­kiem.

– Dzięki mnie?

– Wszy­scy wiemy, że bez mojej kon­troli zrów­na­ła­byś ten zamek z zie­mią – zażar­to­wał, a kąciki jego ust się unio­sły.

Letha także zaśmiała się pod nosem. Dzięki temu małemu żar­towi tro­chę się roz­luź­nili.

– Wiesz, że naj­chęt­niej został­bym tu z tobą i… – Zawa­hał się, a ona nie pró­bo­wała mu prze­ry­wać. – … I opo­wie­dział ci o tym wszyst­kim – dokoń­czył. – Ale ojciec czeka na mnie w gabi­ne­cie. Oboje wiemy, jak bar­dzo tego nie lubi.

Letha poki­wała głową na znak, że rozu­mie, i wygła­dziła dół sukni.

– Oczy­wi­ście. Nikt z nas nie chce, żeby się wściekł.

Oboje wró­cili do swo­ich codzien­nych humo­rów, ścią­gnię­tych twa­rzy i kró­lew­skich postaw. Zupeł­nie jakby kilku ostat­nich sekund ni­gdy nie było. Letha zwró­ciła się w stronę drzwi, ale zatrzy­mał ją głos Aidana. Odwró­ciła się i spoj­rzała mu w oczy.

– Dzię­kuję, Yeni­sei. Naprawdę.

Pierw­szy raz zwró­cił się do niej po imie­niu. Ale to imię, podob­nie jak ona cała, było kłam­stwem. Poczuła ukłu­cie w środku. Przy­naj­mniej w tej kwe­stii chciała być z nim szczera. Była mu to winna. Szcze­gól­nie po tym, jak o mało przez nią nie zgi­nął.

– Letha. Tak naprawdę mam na imię Letha – wyznała i poczuła na bar­kach o jeden cię­żar mniej. – Yeni­sei to moje kró­lew­skie imię. Dla przy­ja­ciół i rodziny jestem Letha. – Nie skła­mała. Po pro­stu ubrała prawdę w słowa pasu­jące do sytu­acji. – Ale zacho­waj to dla sie­bie – popro­siła.

Aidan przy­glą­dał się jej z zacie­ka­wie­niem. Widziała, że ana­li­zo­wał wypo­wie­dziane przez nią słowa. Nie cze­ka­jąc na jego reak­cję, chwy­ciła za klamkę. Musiała zejść mu z oczu. Skar­ciła się w myślach za to, co wła­śnie zro­biła. To było tylko imię, ale Yeni­sei i Hali pew­nie zru­ga­łyby ją za taki przy­pływ szcze­ro­ści.

– Letha lepiej do cie­bie pasuje.

Zatrzy­mała się i obej­rzała za sie­bie. Aidan scho­wał dło­nie do kie­szeni spodni. Kiedy pod­niósł na nią wzrok, na jego twa­rzy było widać spo­kój.

– Dużo lepiej – powie­dział. Posłał jej blady uśmiech, który spra­wił, że i ona się uśmiech­nęła.

Małymi kro­kami naprawdę zbli­żali się do sie­bie. To tylko utrud­niało jej wyko­na­nie zada­nia.

Aidan nie tra­cił czasu na prze­bie­ranki. Od razu po wyj­ściu Lethy udał się do gabi­netu Domhana. Musiał odpo­wie­dzieć na wszyst­kie pyta­nia i zarzuty, któ­rych ojciec pew­nie miał wię­cej niż zwy­kle. Książę nie­na­wi­dził tego, kim sta­wał się przed jego obli­czem. Kimś nie­god­nym korony. Śmie­ciem, który nie zasłu­gi­wał na to, żeby zasiąść na tro­nie. Win­nym wszyst­kich pro­ble­mów w kró­le­stwie. Cie­niem czło­wieka, któ­rego o strach przy­pra­wiał wła­sny ojciec.

Podobno pod­czas naro­dzin ludzie mają tylko dwa wro­dzone lęki: przed spa­da­niem i przed gło­śnymi dźwię­kami. Można powie­dzieć, że dziecko poza tymi dwoma wyjąt­kami jest wolne od stra­chu. Ale lęk i strach nie są tym samym. Lęk odczuwa się przed czymś, co nie sta­nowi zagro­że­nia. Strach – kiedy to zagro­że­nie jest śmier­telne.

Aidan miał wra­że­nie, że ni­gdy nie prze­cho­dził przez fazę lęku – w jego życiu zawsze był tylko strach. Naj­pierw o matkę, potem o sie­bie i Ken­ne­tha, a teraz o Lethę. Był ska­zany na wieczne zamar­twia­nie się, przy­naj­mniej dopóki żył Domhan. Cza­sami się zasta­na­wiał, czy jego ciało nie spło­nie wcze­śniej niż ciało jego ojca. Miał tylko nadzieję, że jeśli król kie­dy­kol­wiek posta­nowi go zabić, nie pocią­gnie za sobą do grobu nikogo innego.

Nie­za­do­wo­le­nie Domhana z powodu prze­gra­nej bitwy wyczuł, kiedy tylko prze­kro­czył bramy zamku. Choć gdyby przy­wie­ziono go na wozie, bez koń­czyn lub nie­przy­tom­nego, ojciec i tak doma­gałby się wyja­śnień.

Aidan szedł pew­nym kro­kiem w kie­runku kró­lew­skiego skrzy­dła. Pomimo obaw, które kłę­biły się w jego gło­wie, był gotowy na wszystko. Nie musiał mar­twić się tym, że Domhan pocią­gnie do odpo­wie­dzial­no­ści kogoś jesz­cze. Był księ­ciem. To on wydał roz­kaz do ataku na Zie­lo­nych i to on będzie musiał ponieść kon­se­kwen­cje porażki. Żało­wał tylko, że nie mógł spę­dzić wię­cej czasu z Lethą. Kiedy zoba­czył ją po powro­cie, przy­po­mniał sobie, że to dzięki niej wró­ciła mu chęć do walki z ojcem. Powoli uwal­niał się od jego rzą­dów, mimo że tam­ten zupeł­nie tego nie dostrze­gał. Udało mu się powstrzy­mać ojca przed uka­ra­niem Lethy, uwol­nił Brena, a teraz musiał tylko prze­ko­nać Domhana, że prze­grana nie była jego winą. W zasa­dzie odniósł suk­ces. Cho­ciaż z armii zostało tylko trzy­sta osób, pod jego dowódz­twem Czer­woni zabili wię­cej niż połowę ata­ku­ją­cych ich Zie­lo­nych.

Poko­nał schody kil­koma susami i zbli­żył się do drzwi gabi­netu. Straż­nicy otwo­rzyli je przed nim, zanim zdą­żył chwy­cić za klamkę. Wszedł do środka. Pomimo bólu, który odczu­wał przy każ­dym ruchu, ukło­nił się ojcu z uda­wa­nym sza­cun­kiem. Domhan wbił w niego surowe spoj­rze­nie. Sie­dział na krze­śle za biur­kiem i pod­pie­rał głowę prawą dło­nią. Wyglą­dał, jakby ta cała sytu­acja go nudziła. I zna­jąc go od lat, Aidan mógłby przy­siąc, że dokład­nie tak było. Wezwał go tylko z potrzeby roz­rywki. Syn był jego ulu­bio­nym obiek­tem kpin.

– Pra­wie tysiąc ludzi poszło do pia­chu – zaczął Domhan i się­gnął po kie­lich z winem.

Aidan popa­trzył mu pro­sto w oczy. Nie miał sobie nic do zarzu­ce­nia, ale ojciec zawsze zna­lazł coś, do czego można było się przy­cze­pić. Księ­cia nie zdzi­wiło, że Domhan nie zapy­tał o ban­daże, które wysta­wały spod jego koszuli. Zdro­wie i samo­po­czu­cie syna ni­gdy nie inte­re­so­wały króla, no chyba że cho­dziło o ich zepsu­cie. W takich sytu­acjach Domhan zawsze był cie­kawy, czy jego plan się powiódł. Aidan dosko­nale pamię­tał, jak po śmierci matki przy­cho­dził do niego tylko po to, żeby mu powie­dzieć, jaki jest żało­sny, bo ośmiela się pła­kać z tęsk­noty za nią. – Praw­dziwy męż­czy­zna nie roni łez – mówił Domhan. Od tam­tej pory Aidan ni­gdy nie zapła­kał.

– Za to trzy­stu wró­ciło do domu – odpo­wie­dział.

Domhan zaśmiał się pod nosem i posłał synowi uśmiech pełen poli­to­wa­nia.

– Wolał­bym, żebyś zgi­nął w walce, niż prze­grał bitwę.

Aidan poczuł ukłu­cie żalu, które czę­sto towa­rzy­szyło mu pod­czas roz­mów z ojcem. Już dawno nauczył się ukry­wać urazę, nie oka­zy­wać emo­cji i uda­wać, że słowa Domhana go nie ranią. Ale tak naprawdę każda kolejna obe­lga wynisz­czała go jak śmier­telna cho­roba, z któ­rej nie mógł się wyle­czyć.

– Pra­wie mi się to udało – odpo­wie­dział. Z twa­rzy Domhana znik­nął uśmiech. Zastą­pił go gry­mas nie­za­do­wo­le­nia.

– W każ­dym razie teraz to ja będę rzą­dził Zie­lo­nymi.

Aidan otwo­rzył sze­rzej oczy ze zdu­mie­nia. Zie­loni nale­żeli do niego. To on pro­wa­dził ich gospo­darkę, obni­żył liczbę ska­za­nych i nale­gał, aby sta­cjo­nu­jące tam oddziały Czer­wo­nych nie trak­to­wały ludzi bru­tal­nie. Poświę­cał swój wolny czas na kon­trole i roz­wią­zy­wa­nie kon­flik­tów. Może nie był przez Zie­lo­nych postrze­gany jako dobro­czyńca i ni­gdy nie będzie – jako syn uzur­pa­tora nie zasłu­żył prze­cież na ich zaufa­nie – ale bar­dzo się sta­rał, aby wojna nie dotknęła ich tak mocno, jak chciał tego jego ojciec. Biali pod rzą­dami Domhana mieli o wiele gorzej. To była wyłącz­nie wina króla, że zde­cy­do­wali się zaata­ko­wać zamek. Byli tak zde­spe­ro­wani, że zabi­jali nie­win­nych ludzi. Wszystko po to, by uwol­nić się od Domhana.

– Nie możesz tego zro­bić. – Dopiero kiedy wypo­wie­dział te słowa, zorien­to­wał się, jak ogromny błąd popeł­nił.

Domhan wstał i ruszył w jego kie­runku. Wycią­gnął dłoń i zanim Aidan zdą­żył zare­ago­wać, chwy­cił go za szyję. Z ciała księ­cia od razu zaczął wydo­by­wać się dym. Czuć było odór spa­lo­nej skóry. Aidan krzyk­nął. Ale szybko zapa­no­wał nad bólem i zagryzł zęby. Widząc, że jego syn był zbyt twardy, aby zapew­nić mu wido­wi­sko cier­pie­nia, Domhan go puścił. Oparł się bio­drami o blat biurka.

– Na pewno nie mogę? Gdy­bym chciał, to za błąd, który popeł­ni­łeś u Zie­lo­nych, mógł­bym pozba­wić cię tronu. Mam już kan­dy­data na twoje miej­sce.

Pomimo pie­ką­cego bólu Aidan utkwił w ojcu zdez­o­rien­to­wane spoj­rze­nie. Nie rozu­miał, o czym on mówił.

– Rose jest w ciąży. Wresz­cie będę miał szansę wycho­wać syna od początku tak, jak należy.

Aidan puścił kolejną obe­lgę mimo uszu. To nie on był teraz ważny. Dosko­nale wie­dział, o czym mówił Domhan. Wiele razy sły­szał, jak żałuje, że nie zro­bił tego jego matce.

– Zabi­jesz ją – stwier­dził.

Domhan zaśmiał się i kla­snął w dło­nie.

– Wresz­cie zaczy­nasz myśleć jak praw­dziwy władca. Może powi­nie­nem czę­ściej przy­pa­lać ci skórę?

Aidan wpa­try­wał się w niego z nie­do­wie­rza­niem i prze­ra­że­niem. Z całych sił pró­bo­wał je ukryć. Strach był dla niego pry­wat­nym uczu­ciem. Tylko on mógł o nim wie­dzieć.

– Dziecko potrze­buje matki.

– Takiej jak twoja? To dzięki niej jesteś taki bez­u­ży­teczny i nawet lata tre­nin­gów nie zro­biły z cie­bie praw­dzi­wego Czer­wo­nego. Masz w sobie jej brudną nie­bie­ską krew. Może zie­lona okaże się lep­sza.

Aidan nie odry­wał wzroku od twa­rzy króla. Wyobra­żał sobie, jak pew­nego dnia szty­let, który ukry­wał w bucie, ląduje w jego szyi. Jak Domhan patrzy mu wtedy w oczy. A on wresz­cie mówi mu, jak bar­dzo go nie­na­wi­dzi. Wie­dział, że ten dzień kie­dyś nastąpi.

– Moje dzieci też będą miały nie­bie­ską krew. I to podwójną.

– Na szczę­ście nie będą miały matki.

Aidan poczuł, że jego ciało sztyw­nieje. Serce zaczęło mu bić szyb­ciej, zabie­ra­jąc resztki tlenu, które zostały w płu­cach. Nie miał zamiaru zabi­jać Lethy. Nawet wtedy, kiedy zoba­czył ją po raz pierw­szy i dowie­dział się o mał­żeń­stwie. Od tam­tej pory była jego rodziną. Pomimo że w tam­tej chwili tego nie chciał.

– Nie zabiję matki moich dzieci. – Ton jego głosu był zde­cy­do­wany i twardy.

Domhan uniósł brwi i wzru­szył ramio­nami.

– Ja to zro­bię. Jak tylko pojawi się twój pierw­szy poto­mek.

– Powie­dzia­łem, że jej nie zabiję. Chcę, żeby moje dzieci miały matkę. Poza tym ona pomoże mi rzą­dzić.

Domhan zaśmiał się na cały głos. Dźwięk jego śmie­chu przy­pra­wił Aidana o dresz­cze. Książę poczuł chłód, jakby zimowe powie­trze owiało całe jego ciało. Król pod­szedł do niego i pokle­pał go po policzku, patrząc mu przy tym w oczy.

– To nie ty wyda­jesz tutaj roz­kazy, synu. – Ostat­nie słowo wypo­wie­dział z wyraź­nym obrzy­dze­niem. – Już teraz muszę bar­dzo się pil­no­wać, żeby jej nie zabić. Widzia­łeś się z nią? Ma jesz­cze ślady dusze­nia na szyi?

Aidan wstrzy­mał oddech i zaci­snął pię­ści. Gdyby teraz zaata­ko­wał ojca, to nawet jeśli uda­łoby mu się go zra­nić, obez­wład­ni­łyby go straże. On i Letha zgi­nę­liby naj­póź­niej jutro rano.

– Wynoś się! – rzu­cił Domhan i upił kolejny łyk wina, któ­rego zapa­chem prze­siąkł już jego mun­dur.

Aidan ukło­nił się i wyszedł z gabi­netu. Dopiero na kory­ta­rzu przy­po­mniał sobie o oddy­cha­niu. Skrę­cił za róg i oparł się ple­cami o ścianę. Był w potrza­sku. Musiał zro­bić wszystko, żeby ura­to­wać narze­czoną. Nagle zmie­nił zda­nie i zaczął się modlić, żeby ślub, na który tak cze­kał, w ogóle się nie odbył. Im dłu­żej on i Letha będą narze­czo­nymi, tym dłu­żej będzie mógł utrzy­mać ją przy życiu.

Letha pod­cią­gnęła kolana pod brodę i spoj­rzała na Hali. Dwórka sie­działa na jed­nym z ozdob­nych foteli koło kominka. Uda­wała, że czyta książkę, którą trzy­mała w dło­niach. Letha oparła głowę na kola­nach i wypu­ściła powie­trze nosem. Hali obser­wo­wała każdy jej ruch. Prze­stała się z tym kryć już kilka dni temu. Letha zasta­na­wiała się nad resztą sekre­tów, które Hali dzie­liła z kró­lową. Jaką rolę tak naprawdę odgry­wała dwórka? Po tym, jak Letha dowie­działa się o umo­wie, czuła się bar­dziej ofiarą niż wojow­niczką, na którą wykre­owała ją Yeni­sei. Była pewna, że Shir­ri­dan nie miał poję­cia, na co tak naprawdę się nara­ziła. Yeni­sei kar­miła ich tymi samymi kłam­stwami. Letha była cie­kawa, jaką bajkę kró­lowa opo­wie­działa Kelvi­nowi. „Listy nie docie­rają, bo twoja sio­stra nie ma czasu do cie­bie pisać”? Letha nie­mal sły­szała wynio­sły głos Yeni­sei i widziała, jak ta unosi głowę, oka­zu­jąc swoją wyż­szość.

Usły­szała puka­nie. Wypro­sto­wała się, ale Hali była szyb­sza. Rzu­ciła jej tylko prze­lotne spoj­rze­nie i uchy­liła drzwi na kilka cen­ty­me­trów, nie poka­zu­jąc Lecie, kto za nimi stoi. Pomimo ści­szo­nego głosu nie­zna­jo­mego Letha szybko się domy­śliła, że to jeden ze straż­ni­ków. Spu­ściła nogi na zie­mię i wpa­try­wała się w plecy Hali. Widziała, że męż­czy­zna prze­ka­zał jej mały zwi­tek per­ga­minu. Hali zaci­snęła pięść i scho­wała w niej liścik. Letha wstała. Nie miała zamiaru się pod­dać. Jeśli po jej powro­cie do domu kró­lowa zde­cy­duje, że ją zdra­dziła, nie będzie miała o co wal­czyć. Teraz jesz­cze miała. Gdyby nie brać pod uwagę Domhana, to w jakimś sen­sie na­dal była wol­nym czło­wie­kiem. Nie miała zamiaru pozwo­lić Hali sobą dyry­go­wać. A już na pewno nie będzie tole­ro­wała prze­chwy­ty­wa­nia jej kore­spon­den­cji. Wystar­czyło, że Hali i Yeni­sei pozba­wiły ją moż­li­wo­ści kon­tak­tów z bra­tem.

Pode­szła do dziew­czyny od tyłu i zanim tamta zamknęła drzwi, wyrwała jej z dłoni per­ga­min. Może Hali uwa­żała się za sprytną, ale to ona znała sztuki walki i umiała jak nikt wyki­wać prze­ciw­nika. Może nie była uwo­dzi­ciel­ską, wysoko uro­dzoną dziew­czyną z zamku, ale miesz­kańcy Osady bili takie na głowę, jeśli cho­dziło o zarad­ność i spryt. Hali odwró­ciła się do niej i wycią­gnęła ręce, żeby ode­brać jej liścik. Letha cof­nęła się kilka kro­ków i sta­nęła za jed­nym z foteli, żeby ogra­ni­czyć Hali dostęp do sie­bie. Zaczęła czy­tać wia­do­mość:

Cze­kam na Cie­bie w stajni.

A.

Mimo­wolne się uśmiech­nęła. Zanim Hali zdo­łała do niej pod­biec, wrzu­ciła per­ga­min do kominka. Hali zaci­snęła ze zło­ści zęby, a Letha wynio­śle się uśmiech­nęła. Minęła ją, trą­ca­jąc przy tym ramię dwórki. Hali wydała z sie­bie pomruk nie­za­do­wo­le­nia. Letha czuła na sobie jej wzrok. Kiedy dotknęła klamki, usły­szała śmiech. Odwró­ciła się i popa­trzyła Hali w oczy.

– To od niego, prawda? Idziesz się z nim spo­tkać.

– Dodaj to do listy moich win. Będzie wam łatwiej oskar­żyć mnie o zdradę. – Z twa­rzy Lethy nie scho­dził zawa­diacki uśmiech, któ­rym dopro­wa­dzała Hali do gra­nic cier­pli­wo­ści.

– Popeł­niasz błąd.

– Błę­dem było donie­sie­nie na Aidana.

Zasko­czona Hali unio­sła brwi i skrzy­żo­wała ręce na pier­siach. Wyglą­dała, jakby to ona była kró­lową, przed którą Letha musiała się tłu­ma­czyć. Dwórka coraz bar­dziej dawała jej odczuć, że była tylko sie­rotą z klasz­toru.

– Radzi­ła­bym ci wró­cić do wyko­ny­wa­nia roz­ka­zów albo…

– Albo co? Donie­siesz na mnie? Prze­cież robisz to codzien­nie. Obie dobrze wiemy, że nie zła­ma­łam żad­nego roz­kazu. Odmó­wi­łam tylko sypia­nia z Aida­nem w zamian za infor­ma­cje dla Yeni­sei.

– Jej wyso­ko­ści – popra­wiła ją dwórka.

Letha zaśmiała się pod nosem. Hali zare­ago­wała na to gry­ma­sem nie­za­do­wo­le­nia. Na jej czole poja­wiła się bruzda, która wpra­wiła Lethę w jesz­cze więk­sze roz­ba­wie­nie.

– O ile pamię­tam, to ja teraz jestem jej wyso­ko­ścią – powie­działa przez śmiech. – Poza tym nie mam zwy­czaju uży­wać takich form.

– Zapo­mi­nasz się.

– A ty zapo­mnia­łaś o tym, że jeśli Aidan zgi­nie, a Domhan zosta­nie moim mężem, to przy odro­bi­nie szczę­ścia zabije cię bez­bo­le­śnie. – Letha wzru­szyła ramio­nami, widząc kon­ster­na­cję na twa­rzy dwórki. – Nie wie­dzia­łaś? Aidana mogła­bym namó­wić, żeby pozwo­lił mi cię zatrzy­mać, ale Domhan sam wybie­rze dla mnie służbę. – Widziała, że z twa­rzy Hali powoli odpływa krew. – Jak widać, kró­lowa okła­mała nas obie. – Mru­gnęła do niej i znik­nęła za drzwiami.

Zbie­gła po scho­dach. Zwol­niła dopiero w głów­nym holu na widok służby, która zaj­mo­wała się czysz­cze­niem pod­łóg. Jako kró­lo­wej nie wypa­dało jej bie­gać po zam­ko­wych kory­ta­rzach. Uśmiech­nęła się do poko­jó­wek, które wyko­ny­wały ryt­miczne ruchy szczot­kami z koń­skiego wło­sia. Kobiety odwza­jem­niły uśmiech i zaczęły szep­tać mię­dzy sobą. Letha skrę­ciła w kie­runku kruż­gan­ków, z któ­rych roz­po­ście­rał się widok na dzie­dzi­niec. Kilku chło­pów z pobli­skich wsi poma­gało kuch­ci­kom roz­pa­ko­wy­wać nową dostawę warzyw. Nie­któ­rzy z nich pogwiz­dy­wali przy tym pod nosami. Letha rzu­ciła im szyb­kie spoj­rze­nie. Ukło­nili się jej z sza­cun­kiem. Wie­działa, że robią to nie ze względu na strach, jak w przy­padku Domhana, ale z sym­pa­tii i sza­cunku, na który tak naprawdę wcale nie zasłu­gi­wała. Prze­cież to ona pod­su­nęła Yeni­sei pomysł posłu­że­nia się ich biedą w zamian za zdradę ojczy­zny. Żało­wała, że to zro­biła. Na szczę­ście kró­lowa jesz­cze nie zaczęła wpro­wa­dzić w życie jej planu. Letha miała cichą nadzieję, że tego nie zrobi. Nie­bie­scy mieli silną armię. Kil­koro Czer­wo­nych niczego by nie zmie­niło.

Letha minęła dzie­dzi­niec i skrę­ciła w stronę stajni. Obej­rzała się w oba­wie przed cza­ją­cym się gdzieś von Brand­tem. Kiedy się upew­niła, że nikt jej nie obser­wuje, otwo­rzyła drew­niane drzwi i weszła do środka.

Aidan gła­skał Inferna. Na dźwięk otwie­ra­nych drzwi odwró­cił się w ich kie­runku. Coś zmie­niło się w wyra­zie jego twa­rzy, który Letha widziała rano. Mię­dzy oczami męż­czy­zny poja­wiła się zmarszczka, którą za wszelką cenę sta­rał się ukryć. Letha czuła, że czymś się mar­twił. Oczy księ­cia były zamglone. Kilka godzin temu wpa­try­wał się w nią z cie­ka­wo­ścią, a może nawet z sil­nie hamo­waną sym­pa­tią, któ­rej żadne z nich nie chciało jesz­cze zdra­dzić. Pode­szła bli­żej. Zatrzy­mała się na widok dużego opa­rze­nia z pra­wej strony jego szyi, któ­rego nie zakry­wał zło­ci­sty koł­nierz kaftana. Widząc jej wzrok, Aidan posta­wił go i poru­szył ramio­nami, żeby lepiej się uło­żył.

– Będę wdzięczny, jeśli nie będziesz o to pytać.

Letha zro­biła krok w kie­runku narze­czo­nego. Inferno zarżał na jej widok. Wycią­gnęła dłoń do konia i pogła­dziła go po nosie, na co zwie­rzę zare­ago­wało cichym chru­pa­niem. Pod­nio­sła wzrok na Aidana. Nad czymś się zasta­na­wiał. Wie­działa, że popa­rze­nie było zale­d­wie jedną z kar, które zasto­so­wał wobec niego ojciec. Zapewne nie naj­gor­szą. Zaczy­nała czuć, że łączyło ich wię­cej, niż wcze­śniej myślała. Oboje byli w potrza­sku, zmu­szeni do rze­czy, któ­rych wcale nie mieli ochoty robić. Z każ­dym dniem i wybu­chem Domhana coraz mniej dzi­wiło ją wcze­śniejsze zacho­wa­nie narze­czo­nego. Zabi­jał, bo musiał. Ina­czej sam by zgi­nął. Może nie uczest­ni­czył w woj­nie jak inni żoł­nie­rze, ale toczył wła­sną.

– Nie mam zamiaru pytać, ale umiem słu­chać.

Dostrze­gła, że po tych sło­wach bruzda na jego czole powoli się wygła­dziła. Oparł się o drzwiczki do boksu obiema rękami i wziął głę­boki wdech. Wie­działa, że potrze­bo­wał roz­mowy. Nie mogła zastą­pić mu Ken­ne­tha, ale mogła pomóc mu wyrzu­cić z sie­bie to, co go gry­zło. Przy­naj­mniej czę­ściowo.

Aidan powę­dro­wał wzro­kiem do jej twa­rzy. To, co powie­działa, go zasko­czyło. Dotych­czas spo­ty­kał jedy­nie ludzi, któ­rzy mieli wobec niego jakieś ocze­ki­wa­nia. Mniej­sze, więk­sze, ale zawsze obecne. Ona nie chciała od niego niczego. Dała mu znak, że może się jej zwie­rzyć. Mówiła szcze­rze. Widział to w spo­so­bie, w jaki na niego patrzyła. Spoj­rze­nie, z któ­rego można było odczy­tać, że marzyła o jego śmierci, znik­nęło. Zastą­pił je spo­kojny, deli­katny i pełen cie­pła wzrok. Dzięki temu Aidan poczuł się nieco lepiej. Nie jak śmieć, książę czy oprawca, ale jak czło­wiek.

– Zabrał mi Zie­lo­nych – zaczął. – Wiem, że jestem mor­dercą i katem, ale zawsze się sta­ra­łem, żeby wojna tak bar­dzo ich nie dotknęła. Ojciec pozbawi ich czło­wie­czeń­stwa i życia, a to wszystko przez to, że byłem za mało uważny. – Sta­rał się nie brzmieć jak ofiara, ale zda­wał sobie sprawę z tego, że się nią stał.

Letha pró­bo­wała zacho­wać spo­kój, lecz jej serce zatrze­po­tało, jakby chciało wyrwać się z piersi. To nie była wina Aidana, tylko jej. Donio­sła Yeni­sei o ataku, żeby rato­wać Zie­lo­nych. Zamiast tego spro­wa­dziła na nich jesz­cze więk­sze cier­pie­nie. Już wcze­śniej się domy­ślała, że Aidan trak­to­wał Lud Ziemi dużo lepiej niż Domhan Bia­łych. Wcale nie był katem, za któ­rego się uwa­żał. Był mario­netką w rękach swo­jego ojca. Zupeł­nie jak ona w rękach Yeni­sei. Zawa­hała się. Po chwili wycią­gnęła dłoń i dotknęła jego pal­ców, zaci­śnię­tych na drew­nia­nych drzwicz­kach.

– To nie twoja wina. Wiem, że te słowa ci nie pomogą, ale taka jest prawda. – Naj­chęt­niej powie­dzia­łaby mu, że to ona ponosi winę, ale wie­działa, że zabiłby ją na miej­scu.

Aidan spoj­rzał jej w oczy. Czuła, jak się wzdry­gnął, kiedy go dotknęła. Do tej pory dotyk koja­rzył mu się tylko z zapo­mnie­niem, zwłasz­cza kiedy wpa­dał w ramiona dam dworu, albo z prze­mocą. Letha nadała mu nowe zna­cze­nie, któ­rym był spo­kój.

– Pomo­gły – przy­znał po chwili, a ona cof­nęła dłoń i zaczęła ponow­nie gła­skać konia.

Było jej trudno. To przez nią Aidan miał popa­rzoną szyję i odniósł rany w Zie­lo­nym Kró­le­stwie. Nie zasłu­gi­wała na to, żeby jej ufał, a jed­nak był tu z nią. Umieli ze sobą roz­ma­wiać. Przez chwilę wyobra­ziła ich sobie jako mał­żeń­stwo. Może mie­liby szansę być dobrymi wład­cami, poro­zu­mieć się dla dobra kraju. Może nawet by się im udało. Były tylko dwa poważne pro­blemy: ona nie była kró­lową, a on miał nie­długo umrzeć. Codzien­nie go okła­my­wała, ale czuła, że takimi roz­mo­wami cho­ciaż tro­chę odkupi swoją duszę. Zanim go zabije.

– Uwa­żam, że pomimo ran wysze­dłeś z tego cało. – Spoj­rzała na jego plecy i uśmiech­nęła się wymow­nie. – No, pra­wie.

Dostrze­gła cień uśmie­chu na jego twa­rzy. Spu­ścił wzrok i wziął głę­boki wdech. Od dawna się tak nie czuł. Letha umiała go skło­nić do nie­zna­nych mu do tej pory zacho­wań. Kiedy tylko się poja­wiła, poczuł, że coś się w nim zmie­niło. Byłaby świetną part­nerką i kró­lową. Obie­cał sobie, że zrobi wszystko, by ojciec daro­wał jej życie.

– Jak to jest?

Jej pyta­nie wyrwało go z zamy­śle­nia.

– Na woj­nie. Na takiej praw­dzi­wej bitwie – dokoń­czyła.

Aidan zasta­no­wił się przez chwilę. Wypro­sto­wał się, a ona obser­wo­wała każdy jego ruch. Była bystra. Widział, jak uważ­nie ana­li­zo­wała mimikę jego twa­rzy. Była jak nie­ufne zwie­rzę, gotowe do tego, żeby zaata­ko­wać. Żeby się bro­nić.

– Nie można tego opi­sać. To rzeź. Panuje tam istny chaos. Żoł­nie­rze machają bro­nią, jak popad­nie. Nie­któ­rzy tracą zmy­sły, inni sami odbie­rają sobie życie. Wielu z nich tara­nuje się nawza­jem, żeby uciec z pola bitwy.

Kiedy to mówił, Letha przy­po­mniała sobie o ata­kach Czer­wo­nych. Poja­wiali się nagle i zabi­jali każ­dego, kto wszedł im w drogę. Palili statki i domy, w któ­rych cho­wali się ludzie.

Oparła się ple­cami o boks i skrzy­żo­wała ręce na pier­siach. Oboje przy­brali takie same pozy­cje. Wyglą­dali raczej jak dys­ku­tu­jący ze sobą dyplo­maci niż para narze­czo­nych.

– Nie chcę, żeby to, co powiem, zabrzmiało jak oskar­że­nie, ale czuję, że teraz lepiej mnie zro­zu­miesz – powie­działa spo­koj­nie.

Aidan spoj­rzał jej w oczy i kiw­nął głową. Zaczy­nał mu się podo­bać spo­sób, w jaki ze sobą roz­ma­wiali.

– Do podob­nej rzezi doszło w moim mie­ście, kiedy twój ojciec ata­kami zmu­szał mnie, żebym za cie­bie wyszła.

Król zawsze szczę­dził mu infor­ma­cji o Nie­bie­skich. Nie lubił tego tematu. Pla­nami o ata­kach nie podzie­lił się z nim tak samo jak wia­do­mo­ścią o mał­żeń­stwie. Aidan wie­dział jed­nak, że jeśli taka kobieta jak Letha zgo­dziła się porzu­cić swoje życie, Domhan musiał zgo­to­wać jej ludziom pie­kło. Dosko­nale zda­wał sobie sprawę z tego, do czego zdolny był jego ojciec.

– A ja nie chcę, byś pomy­ślała, że się uspra­wie­dli­wiam. Nie wiem, czy mi uwie­rzysz, ale gdyby to ode mnie zale­żało, tych ata­ków ni­gdy by nie było.

Bał się na nią spoj­rzeć. Uwa­żał, że brzmiał żało­śnie. Domhan zawsze mu powta­rzał, że król ni­gdy nie przy­znaje się do winy. On się przy­zna­wał. W dodatku nie tylko do swo­jej.

– Wie­rzę.

Zdał sobie sprawę z tego, że odbyli już dzi­siaj podobną roz­mowę. W jego kom­na­cie, kiedy Letha opa­try­wała mu rany. Odwró­cił głowę w jej stronę. Chciał na nią spoj­rzeć. Ona patrzyła na niego pew­nym i bystrym wzro­kiem. Odkąd wza­jem­nie się ura­to­wali, coś się mię­dzy nimi zmie­niło. Na­dal nie ufali sobie nawza­jem. Nie czuli nic, co mogłoby ich do sie­bie zbli­żyć. A mimo to zaczęli zacho­wy­wać się jak part­ne­rzy. Wciąż byli ostrożni. Oboje mieli dużo więk­sze doświad­cze­nie w walce niż w rela­cjach z ludźmi. Może wła­śnie to spra­wiło, że popeł­niali tyle błę­dów. Aidan lubił porów­ny­wać ich w myślach do gór lodo­wych, nie tylko ze względu na moc, którą posia­dali. Two­rzyli wokół sie­bie grubą war­stwę lodu, który powoli top­niał, uka­zu­jąc coraz wię­cej tego, co kryło się pod spodem.

– Rose jest w ciąży – powie­dział spo­koj­nie i tym samym prze­rwał ciszę, która wkra­dła się pomię­dzy nich.

Zauwa­żył, że po twa­rzy Lethy prze­mknął cień. Zupeł­nie jakby przy­po­mniała sobie o czymś, o czym chciała zapo­mnieć.

– Wiem. Dowie­dzia­łam się, kiedy… – Urwała w oba­wie, że powie kilka słów za dużo. Wolała, żeby nie wie­dział o jej roz­mo­wie z kró­lem.

– Kiedy mój ojciec pra­wie cię udu­sił – dokoń­czył za nią. Poczuła, że spe­cjal­nie zmie­nił temat. Chciał, żeby powie­działa mu coś wię­cej o tym, co się wyda­rzyło. – Nic ci nie zro­bił?

Była zasko­czona tym, jak wiele tro­ski usły­szała w gło­sie Aidana. Dla kogoś innego brzmiałby tak samo jak zwy­kle, ale ona umiała roz­po­znać, że spo­sób, w jaki ukła­dał usta i koń­czył zda­nie, ozna­czał zmianę jego nastroju. Wyda­wał się praw­dziwy. Na jego twa­rzy nie dostrze­gała teraz maski, którą zakła­dał w obec­no­ści swo­jego ojca.

– Jak widać nie. Na­dal jestem mu potrzebna.

– Powin­naś mi mówić o takich incy­den­tach.

Letha wzru­szyła ramio­nami i prze­su­nęła stopą kilka źdźbeł siana. Aidan uśmiech­nął się pod nosem. Była jak nie­po­korne dziecko, które na prze­kór całemu światu łamie każdą moż­liwą zasadę.

– Masz mnó­stwo wła­snych pro­ble­mów.

Pod­nio­sła na niego wzrok i posłała mu blady uśmiech, za któ­rym ukry­wała obawę przed jego ojcem. Nie zasłu­żyła na to, żeby stać się kolejną ofiarą jego ter­roru.

– Jak­kol­wiek to zabrzmi, naj­więk­szym i naj­waż­niej­szym jesteś ty, dla­tego wolał­bym wie­dzieć.

Roz­ba­wiło ją, jak Aidan dobie­rał słowa. Mimo to zro­zu­miała, co miał na myśli. Trak­to­wał ją jak kogoś waż­nego, ale nie chciała, żeby nad­sta­wiał za nią karku. Domhan i tak wypa­try­wał każ­dej moż­li­wej oka­zji, żeby mu dopiec, a ona dopiero co wysłała Aidana na pewną śmierć. Musiała mu to wyna­gro­dzić. Nawet jeśli nie miał o niczym poję­cia.

Przez chwilę stali w mil­cze­niu, a potem spoj­rzeli sobie nawza­jem w oczy. Letha poczuła na ramio­nach dreszcz. Spoj­rze­nie Aidana wywo­ły­wało w niej nie­znane dotąd odczu­cia, któ­rych się bała. Zazwy­czaj uda­wało jej się zagłu­szać to, co czuła. W tym przy­padku zwy­kła sym­pa­tia do kogoś, kto ura­to­wał jej życie, była sil­niej­sza niż zdrowy roz­są­dek.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij