Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Piekielny drań - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 marca 2026
51,99
5199 pkt
punktów Virtualo

Piekielny drań - ebook

On – piekielny drań i gbur. Ona – kobieta, która ucieka od przeszłości i odkrywa w sobie nową siłę.

Kiedy Meredith Avery przybywa do Blue Stone Ranch, szuka spokoju i nowego początku. Zamiast tego spotyka Jacka McNighta– aroganckiego ranczera, którego w miasteczku nazywają diabłem. Ich osobowości zderzają się jak ogień i woda, a każde spotkanie kończy się spięciem. Meredith, która przez lata milczała i tłumiła emocje, nagle zaczyna walczyć o swoje. Kim jest ta nowa, odważna kobieta, która potrafi się postawić?

Mieszkanie w rozpadającej się chacie pełnej myszy, strach przed psem Jacka – uroczym golden retrieverem Alfredem – oraz upał Teksasu to dopiero początek wyzwań. Na szczęście w jej życiu pojawia się Edith, matka Jacka, która otacza ją ciepłem i szybko staje się jej przyjaciółką. Wszyscy wokół zaczynają dostrzegać w Meredith coś wyjątkowego. Wszyscy oprócz Jacka. On jako jedyny wciąż widzi w niej problem, choć jego spojrzenia zdradzają, że nie jest wobec niej obojętny.

Czy piekielny drań w końcu przyzna, że kobieta, której nie chciał w swoim życiu, stała się tą, bez której nie potrafi żyć?

Ta historia jest naprawdę SPICY. Sugerowany wiek: 18+

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8417-650-4
Rozmiar pliku: 2,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1

MEREDITH

Odeszłam od męża wczoraj wieczorem. Jakie to wspaniałe, że mogę mówić o tym w czasie przeszłym – odeszłam. On wciąż jest w Kalifornii, a tymczasem ja stoję na stacji benzynowej gdzieś w Teksasie. Nie mam pieniędzy ani samochodu. Zastawiłam krzykliwą bransoletkę z diamentami, żeby kupić bilet na samolot do San Antonio. Pieniądze wystarczyły też na taksówkę, która w tej chwili tankuje na zewnątrz. Gotówka jednak już mi się skończyła, a strasznie burczy mi w brzuchu.

Oglądam półki z niezbyt wyszukanymi słodyczami. Mają tu, co trzeba: opakowania z sześcioma pączkami posypanymi cukrem pudrem, brudzącymi bardziej niż żel z brokatem, oraz sterty smętnych, sflaczałych drożdżówek z miodem. Wszystko wygląda tak, jakby było wymysłem obcych próbujących odtworzyć, co jedzą ludzie. A jednak gdy na to patrzę, leci mi ślinka. Mam ochotę rozedrzeć paczkę Doritos i wsypać sobie czipsy prosto do buzi. Albo pochłonąć starego, zeschłego hot doga, którego jedynym przeznaczeniem wydaje się wieczne obracanie się na zatłuszczonych kratkach rusztu. Jestem aż tak głodna.

Nie zaplanowałam swojego odejścia zbyt mądrze. Prawdę mówiąc, nie planowałam go w ogóle. Wczoraj wieczorem leżałam po mojej stronie łóżka, nie śpiąc. Andrew chrapał głośno przy moim boku, pewny, że jutro wszystko będzie jak zawsze. Godzinę wcześniej wrócił spóźniony ze służbowej kolacji ze szminką rozmazaną na policzku, choć jego biały kołnierzyk prezentował się nieskazitelnie.

Miałam z milion powodów, żeby od niego odejść – wystarczająco, by wypełnić nimi całą tę alejkę z przekąskami na stacji benzynowej, wystarczająco, żeby nasz terapeuta par wpłacił sobie sporą zaliczkę na letni domek – ale wczoraj wieczorem wystarczył jeden. Odeszłam, tylko to się liczy. Dzieli nas pół kraju i jedyne, czym muszę się teraz martwić, to to, by zrobić kolejny krok naprzód… No i tym, że nie mam dokąd pójść, nie mam pieniędzy, pracy ani nic do jedzenia. Kończą mi się też rzeczy, które mogłabym sprzedać, ale nie zagłębiajmy się zbytnio w szczegóły.

Gapię się na puszkę z orzeszkami ziemnymi. Jeszcze wczoraj mogłam szpanować przy kasie moją ekskluzywną kartą kredytową i zapełnić koszyk jedzeniem niczym w teleturnieju _Supermarket Sweep_. Teraz nie stać mnie nawet na pączki, bo Andrew zablokował moje karty, gdy tylko zdał sobie sprawę, że go zostawiłam.

Uśmiecham się, wyobrażając sobie, jak musiał być wkurzony, gdy zrozumiał prawdę. Nigdy nie myślał, że mogłabym to zrobić. Tak właśnie mi do znudzenia powtarzał: „Kto płaci rachunki? Kto kupuje ci ubrania? Beze mnie jesteś nikim, Meredith – niewiele warta”_._

W czysto finansowym sensie miał rację z tym całym „niewiele warta”. Moja wartość netto to obecnie kilka dolarów i garstka drobnych. Mylił się jednak co do tej drugiej sprawy. Odeszłam od niego, i to w środku nocy, bez niczego, nie licząc ciuchów, które miałam na sobie. To strój, który miałam włożyć na uroczysty lunch na cele charytatywne – wydarzenie, które w tym momencie odbywa się beze mnie. Zestaw składa się z białej bluzki z falbankami, paska Hermès i markowych dżinsów.

Moja wielka ucieczka to skutek chwilowego przypływu odwagi. Wiedziałam, że jeśli usiądę i zacznę wszystko planować, stracę śmiałość. Nie mogłam mieć czasu, by się wycofać, by zacząć się zastanawiać. Teraz uświadamiam sobie, że powinnam być nieco __ bardziej praktyczna. Powinnam wcześniej spakować sobie przekąski, wodę, może jakieś buty sportowe.

Nigdy jednak nie myślałam, że wyląduję właśnie tutaj. Ze wszystkich miejsc, do których mogłam uciec, Teksas wydawał się najrozsądniejszym wyborem ze względu na moją siostrę – cóż, w zasadzie siostrę przyrodnią. Przypominam sobie naszą wczorajszą rozmowę, gdy próbowałam złapać jakiś nocny lot. Dzwoniłam do niej z dziesięć razy, zanim w końcu odebrała.

– Meredith? – spytała, wyraźnie wstrząśnięta, że na ekranie jej telefonu pojawiło się moje imię. Nie jesteśmy ze sobą zbyt blisko. Pewnie ma mnie zapisaną pod pozycją „Ta przyrodnia siostra, którą ledwo znam, Meredith”_._ Prawdę mówiąc, ja mam ją zapisaną jako „Przyrodnią Helen”.

– Helen? Cześć!

Nie odpowiedziała od razu. Po jej stronie linii musiały być jakieś zakłócenia.

– Jesteś tam? Słyszysz mnie? – Zatkałam wolne ucho palcem, z nadzieją, że rozmowa nagle stanie się lepiej słyszalna.

– Ledwo co! – odkrzyknęła. – Co się dzieje? Mam z pięćdziesiąt nieodebranych połączeń od ciebie.

Pobladłam.

– Cóż, to długa historia, ale jestem w drodze do Teksasu.

– Do Teksasu?

Wydawała się wstrząśnięta i trudno ją winić. Mieszka w tym stanie od sześciu lat, a ja nigdy jej nie odwiedziłam.

Przeszłam od razu do rzeczy, bo czas był kolejnym luksusem, którego się zrzekłam.

– Tak, i chciałabym cię poprosić o przysługę… Całkiem sporą.

– Mów głośniej, Meredith, ledwo cię słyszę. Potrzebna ci przysługa?

– Tak, cóż, chodzi o to… – podniosłam głos – …że zastanawiałam się, czy mogłabym zatrzymać się u ciebie na jakiś czas.

– Co?

– Właściwie to już do ciebie jadę.

Mój beztroski, melodyjny śmiech nie złagodził jej szoku.

– Żartujesz sobie? Brent, chwileczkę, to Meredith.

Usłyszałam trzask zamykanych drzwi, a potem zrzuciła bombę.

– Mam nadzieję, że jeszcze nie wyjechałaś. Aktualnie jestem w Paryżu.

– W Paryżu? W tym __ Paryżu?

Tak dla jasności – moja siostra nie opływa w luksusy. Miałam nadzieję, że chodzi jej o Paris w Teksasie, nie o krainę croi­ssantów po drugiej stronie globu.

_– _Tak, w tym Paryżu. Brent i ja będziemy podróżować przez trzy miesiące, póki nie odnowią nam domu.

– Chyba żartujesz.

I naprawdę omal się wtedy nie załamałam. Ściskało mnie w gardle. Do oczu cisnęły mi się łzy. Ludzie zaczynali mi się przyglądać, pewnie zastanawiając się, czy ochrona nie popełniła błędu, przepuszczając mnie przez bramkę.

Pasażerowie wsiadali już na pokład samolotu, a moja siostra ciągnęła dalej:

– Już od jakiegoś czasu chcieliśmy przemalować kuchnię i łazienki…

Co to, u licha, ma wspólnego z Paryżem?

– …więc tak sobie pomyśleliśmy, czemu by nie wyruszyć w daleką podróż, skoro nasz dom nie nadaje się do mieszkania.

„Nie nadaje się do mieszkania”. Chyba istnieje niejeden sposób, by zniszczyć komuś dom albo życie.

– Czemu nie dałaś mi znać?

– Pomyślmy, powiadomiłam bank, wykonawców, biuro zezwoleń… I, o kurczę, masz rację, rzeczywiście __ zapomniałam o przyrodniej siostrze, z którą nie rozmawiałam od… Bożego Narodzenia?

Z jej tonu wynikało, że jej zdaniem to moja wina. I tak było – częściowo.

– Przepraszam, że się nie odzywałam.

– Nie szkodzi. Posłuchaj, może zaplanujemy coś na wakacje, tak jak zawsze zamierzałyśmy? Tym razem to zrobimy. Przygotuję dla ciebie pokój gościnny, a Andrew…

Otarłam oczy z nadzieją, że powstrzymam łzy. Miałam jej tyle do opowiedzenia.

– Nie, Helen. To długa historia, ale muszę przyjechać teraz. Mogę mimo wszystko się u ciebie zatrzymać?

– Dom wygląda jak pobojowisko. Brakuje zewnętrznych ścian. To dlatego wyjechaliśmy.

– Racja. – Jasne. Dopiero co mi to mówiła. – A znacie kogoś, kto szuka pracownika? Mogłabym uaktualnić CV. Chyba zachowałam je gdzieś na starej uniwersyteckiej poczcie.

W tym momencie Helen zaczęła się śmiać, potem powtórzyła moją prośbę Brentowi. Ich wspólny wybuch śmiechu sprawił mi przykrość.

_Ha, ha, ha, twoje życie rozpada się na naszych oczach! Och, przestań, przestań, bo padnę!_

– To jakiś żart? Jeśli tak, to bardzo kosztowny dowcip z rozmową z zagranicą. Andrew cię do tego namówił?

– Ostatnie wezwanie dla pasażerów lotu trzysta sześćdziesiąt pięć do San Antonio. Wejście do samolotu przy bramce dwunastej.

Helen musiała usłyszeć to powiadomienie, bo następne słowa wypowiedziała dużo poważniejszym tonem:

– O mój Boże, naprawdę jesteś na lotnisku, tak?

Popędziłam przez terminal, potrącając dzieci i starszych ludzi na mojej drodze. Usiłowałam zdążyć do bramki, zanim zamkną drzwi. Wypowiedzieli nawet moje nazwisko przez głośniki. Zawsze zastanawiałam się, jaką trzeba być kretynką, żeby musieli cię wzywać w ten sposób.

To ja. Ja jestem tą kretynką.

– Tak, Helen. Lecę do Teksasu i potrzebuję twojej pomocy. – Brakowało mi tchu po tym biegu, gdy błagałam siostrę: – Proszę. Nie mogę ci tego teraz wyjaśnić, ale muszę wykorzystać naszą siostrzaną więź.

Westchnęła zirytowana. Zawsze pokazywała mi swoje niezadowolenie i to między innymi dlatego do tej pory niezbyt często ją odwiedzałam.

– Zgoda. Zadzwoń do mnie, kiedy wylądujesz.

Okazuje się, że nie musiałam do niej dzwonić. Domyśliła się, w jakiej jestem sytuacji, w czasie gdy siedziałam zamknięta w metalowej rurze około dziesięciu tysięcy metrów nad ziemią, i doszła do własnych wniosków. Kiedy wylądowałam, czekało na mnie kilkanaście esemesów od niej – w każdym gromiła mnie za impulsywność i irracjonalność.

HELEN: Czy to tylko zabawa, czy naprawdę opuszczasz Andrew? Nie zamierzam wyświadczać ci przysług, jeśli za tydzień się ugniesz i polecisz z powrotem do Kalifornii.

Brzmi chłodno, prawda? Cóż, sprawa wygląda tak: Helen i ja niezbyt się dogadujemy. Zawsze tak było. Dzieli nas dziesięć lat różnicy, na dodatek nasz ojciec zostawił jej matkę dla mojej. Według niej miałam cudowne, idealne dzieciństwo, którego ona została pozbawiona. I tu zgoda, pierwszych parę lat było całkiem niezłych.

Jeździliśmy na rodzinne wakacje i każdego roku urządzaliśmy jedną wielką imprezę z okazji Bożego Narodzenia zamiast dwóch mniejszych. Niestety później nasz tata, tak jak zrobił to wcześniej, znudził się i znalazł sobie następną kobietę. Taki ojciec rodem z opery mydlanej powinien nas zbliżyć, ale Helen skończyła studia i wyprowadziła się, gdy tylko mog­ła. Od tego czasu obie w zasadzie udawałyśmy, że ta druga nie istnieje.

Kiedy wyszłam z lotniska w Teksasie, spróbowałam do niej zadzwonić. Wybrałam numer, idąc na postój taksówek. Potem znowu. Chciałam jej jak najszybciej wyjaśnić całą sytuację, a nie mogłam tego zrobić w esemesie. Za dużo by tłumaczyć, a poza tym palce wciąż mi drżały po moim wyczynie. No i przykrą prawdę najlepiej wyjawić bez emotek.

Helen nie odebrała jednak telefonu, więc byłam zmuszona do niej napisać i się streszczać.

MEREDITH: Odeszłam od Andrew na dobre. Potrzebuję pracy i jakiegoś miejsca, gdzie mogłabym

się zatrzymać. Jeśli możesz mi pomóc, byłoby cudownie. Jeśli nie, to już mniej.

HELEN: Dobrze. Spytam Jacka, czy potrzebuje kogoś do pracy dorywczej. Wyślę ci namiary, jak dotrzeć do Blue Stone Ranch.

MEREDITH: Jesteś cudowna.

HELEN: Zadbaj, żebym tego nie żałowała.

Tak więc wracając do początku, to dlatego jestem tu, gdzie jestem, wydając resztkę pieniędzy na wycieczkę przez środkowy Teksas.

Moja siostra pracuje na ranczu od sześciu lat. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jak wyglądają jej zadania jako asystentki właściciela. Czyści do połysku jego ostrogi? Strzyże owce? Beluje słomę? __ To wszystko nieco odstaje od mojego świata, ale zrobię to, i jeszcze więcej, z ochotą.

Znowu burczy mi w brzuchu na tyle głośno, że kasjerka na stacji benzynowej może to usłyszeć. Na szczęście wydaje się zbyt pochłonięta własnymi problemami.

Wyglądam przez frontowe okno akurat w chwili, gdy taksówkarz kończy tankować. Oprócz niego nikt nie zna prawdy o moim życiu. Wysłuchał jej całej. W ciągu tych paru godzin, odkąd zabrał mnie z lotniska, zachowuje się jak mój szofer i milczący terapeuta. A nawet lepiej – raczej nie powtórzy nikomu wszystkich tych szczegółów, którymi go zarzuciłam, bo coś mi się zdaje, że przez cały czas ma na uszach słuchawki. Cały ranek reagował na moją opowieść zrezygnowanymi chrząknięciami i westchnieniami – uniwersalnym językiem rozdrażnienia. Jestem pewna, że kusiło go teraz, żeby wsiąść do taksówki i zostawić mnie samą wśród pustkowi Teksasu.

Muszę się pospieszyć.

Wiedziona pierwotnym pragnieniem, gwałtownym ruchem ściągam puszkę z orzeszkami z półki i zanoszę ją do kasy.

To dziwne uczucie w brzuchu jest czymś nowym i jestem pewna, że nie wiąże się z głodem. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie robiłam. Nigdy nie stałam pewnie na własnych nogach – bo nigdy nie musiałam. Poślubiłam Andrew zaraz po studiach. Był o siedem lat starszy i już wtedy zaszedł daleko w dużej wytwórni filmowej. Przeprowadziłam się z mojego studenckiego mieszkania prosto do jego wartego miliony dolarów domu w Beverly Hills.

To zabawne, jak bardzo bałam się tego, co spotyka mnie teraz. Zakładałam, że bycie kobietą samotną, bez pieniędzy i celu to los gorszy niż śmierć. Jeśli Andrew mnie czegoś nauczył, to tego, że się myliłam.

Stawiam orzeszki koło kasy i napotykam wzrok sprzedawczyni. Uśmiecha się blado i po kurzych łapkach wokół jej oczu rozpoznaję oznaki zmęczenia życiem.

– Jak się pani dziś miewa? – pytam ze współczującym uśmiechem.

Otwiera usta, gotowa udzielić zdawkowej odpowiedzi, ale chyba dostrzega coś znajomego w mojej twarzy, bo śmieje się cicho i kręci głową.

– Szczerze? Bywało lepiej.

Przytakuję.

– U mnie tak samo.

– To wszystko?

Wskazuje na puszkę orzeszków. Spuszczam wzrok na pierścionek zaręczynowy iskrzący się w świetle. To ostatnie, co łączy mnie z życiem, które próbuję opuścić, ostatni ślad po mężczyźnie, który przez pięć lat obsypywał mnie błyskotkami, dokładając starań, by przyćmić mój własny blask. Mogłabym sprzedać ten pierścionek i wykorzystać uzyskaną kwotę jako zabezpieczenie – a Bóg mi świadkiem, że go potrzebuję – ale tego nie zrobię. Nie chcę już więcej jego pieniędzy. Poza tym wkrótce będę miała własne. W zasadzie dostałam już pracę na Blue Stone Ranch. Widzę to oczami wyobraźni: ja w dżinsowych ogrodniczkach, z chustką obwiązaną wokół szyi, ze źdźbłem pszenicy między zębami. Będę najlepszym pracownikiem, jakiego widziało to ranczo, gdy tylko się tam dostanę.

Bez wahania zsuwam ciężki klejnot z palca i rzucam go z brzękiem na spękane linoleum koło kasy.

– Niech pani sprzeda go za dobrą cenę – mówię, potrząsając puszką z orzeszkami. – Ja taką zapłaciłam.Rozdział 2

JACK

– Kurwa mać, kto zostawił tę cholerną bramę otwartą?

Wszędzie jest pełno świń: w ogrodzie, w stodole, na podjeździe. Jedną znalazłem nawet w domu – przysadzisty mały prosiak rył w mojej kuchni, węsząc za okruchami. Chwyciłem go i wyszedłem na ganek, gdzie zastałem połowę moich pracowników ganiających z rozłożonymi rękami i próbujących złapać tyle zwierząt, ile się da, zanim zauważę, co tu się wyprawia. Świnie kwiczą, pracownicy się potykają, głośno przy tym klnąc, a główny ogrodnik stoi koło pasternaku i wygląda jak bramkarz w klubie go-go. Przypomina to absurdalne rodeo, w którym biorą udział dzieci z podstawówki, a nie dorośli faceci.

– Max! – wrzeszczę, przyciągając uwagę jednego z młodszych facetów, który biegnie przed gankiem. Przestaje gonić świnię, zrywa z głowy bejsbolówkę i wyciera pot z czoła. – Czy to nie ty miałeś się dziś zajmować prosiakami?

Oczy robią mu się okrągłe ze strachu.

– Przysięgam na Boga, że zamknąłem bramę po porannym karmieniu!

– Może lepiej odwołaj tę przysięgę, bo widzisz, co się dzieje.

Marszczy brwi i odwraca wzrok, przełykając powoli ślinę. Odpowiada przestraszony:

– Na pewno ją zamknąłem, chyba że…

Robię krok naprzód i wkładam mu prosiaka w ręce.

– Masz dziesięć minut, żeby to ogarnąć. Jeśli do tej pory świnie nie będą w zagrodzie, obniżę ci wypłatę.

– Tak, proszę pana. – Kiwa głową i rusza biegiem z prosiakiem w rękach.

W inny dzień ta scena by mnie rozbawiła. Dziś jestem u kresu sił. Jest poniedziałek i niemal odchodzę od zmysłów. Moja asystentka Helen hula gdzieś po świecie. Gosposia odeszła w zeszłym tygodniu, by przenieść się bliżej córki, a teraz moi pracownicy w godzinach pracy odstawiają parodię filmu _Głupi, głupszy, najgłupszy_. Mam trochę za dużo na głowie i czuję się przytłoczony. Nie podoba mi się to. Prowadzę Blue Stone Ranch od dekady i boję się nawet pomyśleć, że może zmiękłem przez ostatnie parę lat i za bardzo polegałem na Helen. Ostrzegała mnie, że nie poradzę sobie sam, kiedy będzie w Paryżu, i teraz żałuję, że dałem jej wolne. Czy prosiłbym o zbyt wiele, żądając, by pracowała od teraz codziennie, póki nie padnie? A poza tym cóż jest takiego wspaniałego we Francji? To miejsce wpędziło Van Gogha w taką depresję, że obciął sobie ucho.

Idę ciężkim krokiem do swojego biura na piętrze i zatrzaskuję drzwi. Babcia jest na dole, stoi przy oknie w salonie i świetnie się bawi, obserwując chryję ze świniami rozgrywającą się przed domem. Czerpie stanowczo zbyt wiele przyjemności z moich problemów.

Zajmuję miejsce za biurkiem i biorę głęboki oddech. Rzucam bejsbolówkę na biurko i przeczesuję dłonią włosy, pewnie rozczochrując je jeszcze bardziej. Przydałoby mi się strzyżenie. Zwykle planowała to Helen. Wzdycham i wkładam czapkę daszkiem do tyłu, odkładając ten problem na inny dzień.

Na moją odpowiedź czekają trzydzieści dwa mejle. Nie otwieram ani jednego, wpatrując się w migającą czerwoną diodę na moim służbowym telefonie. Pewnie mam tyle wiadomości do odsłuchania na poczcie głosowej, że zajmie mi to cały ranek. Znów przeklinam Helen, że mnie opuściła i muszę sobie radzić sam.

Blue Stone Ranch kiedyś było zajmującą tysiąc akrów farmą bydła. Pod koniec lat sześćdziesiątych, podczas wielkiej suszy, mój dziadek sprzedał większość bydła i założył restaurację o nazwie Blue Stone Farm. Ze swoimi produktami prosto z pola i najwyższej klasy mięsem z rożna odniósł natychmiastowy sukces. Mój ojciec poszerzył ten interes o wytwórnię win i od tamtej pory firma rozrosła się dziesięciokrotnie. Obecnie rodziny przyjeżdżają do nas z całego południa, by spróbować wszystkiego, co ma do zaoferowania nasze ranczo. Mamy mały luksusowy pensjonat, winnicę, restaurację i salę weselną. Niektórzy mogliby uznać, że zbyt się rozdrabniamy, inni powiedzieliby, że to prosta droga do nadmiaru obowiązków. Cóż, mija dziesięć lat, odkąd przejąłem stery, i mimo że każdą gałęzią naszej działalności zarządzają oddelegowane do tego osoby, przez większość dni mam wrażenie, że mnie to przerasta.

Zaczynam przewijać pocztę głosową, słuchając przez parę sekund każdej wiadomości, póki nie przejdę do następnej. Kiedy dochodzę do tej, którą Helen wysłała zeszłego wieczoru, staram się nie rozbudzać w sobie nadziei. Proszę, niech powie, że Francja jest do dupy i że wraca do pracy_._

– Cześć, Jack, zadzwoń do mnie, kiedy to odsłuchasz. To pilne.

Robię to od razu, a ona odbiera telefon po drugim sygnale.

– Tęsknisz za mną? Zrozumiałe. Czyli kiedy wracasz do domu? – pytam zamiast powitania.

Wzdycha z rozdrażnieniem.

– Przestań. Nie wracam do domu.

– Nie masz już dość podróżowania?

– Jesteśmy tu dopiero od tygodnia.

– Paryż chyba nie jest aż tak zajmujący.

– Świetnie się tu z Brentem bawimy.

– Widziałaś już _Monę Lisę_? _Gwiaździstą noc_? Wszystko jest w internecie, najwyższa rozdzielczość i tak dalej.

– Jack…

– No dobra, słyszałaś może, że Mary odeszła dwa dni po twoim wyjeździe? Tak, przeprowadziła się do Houston, żeby być bliżej córki. Straciłem asystentkę i gosposię za jednym zamachem, więc tak naprawdę nie mam czasu na rozmowę o tym, jak dobrze bawisz się na swoich wakacjach. Mam już i tak sporo na głowie.

– Właśnie dlatego dzwonię. Wiem, jak to rozwiązać. Znalazłam ci kogoś do pracy dorywczej.

– Mówiłem ci, że nikogo nie potrzebuję.

– A ja uważam, że owszem. – Ciągnie dalej, zanim zdążę się sprzeciwić. – Dziś po południu będzie u ciebie moja siostra i zastąpi mnie, póki mnie nie ma.

– Siostra? Nie wiedziałem, że masz siostrę.

Opieram się o krzesło, nagle zaciekawiony. Wyobrażam sobie ulepszoną wersję Helen: rzeczowa starsza brunetka z ciasno upiętym koczkiem. Wyobraźcie sobie swoją ulubioną nauczycielkę z podstawówki, tę twardzielkę, która umiała opanować hordę nieposłusznych dziewięciolatków, a do tego __ nauczyć ich pisemnego dzielenia – taka jest Helen.

– No tak, rzadko z nią rozmawiam i pewnie dlatego nie wiedziałeś o jej istnieniu. Jest o dziesięć lat ode mnie młodsza i nie dorastałyśmy razem. Prawdę mówiąc, ledwo ją znam. Ale twierdzi, że potrzebuje pracy, i chyba pojawiła się w samą porę, bo sądząc po twoim głosie, wyrywasz sobie włosy z głowy, gdy mnie zabrakło.

Nie mogę uwierzyć w swoje szczęście. Raczej nie przetrwałbym trzech miesięcy bez Helen. Na szczęście rozwiązuje moje problemy nawet zza oceanu.

– Doskonale. Przyślij ją do mnie. Jeśli jest podobna do ciebie, uratuje mi tyłek.

– Mam złą wiadomość: nie mogłybyśmy być bardziej różne, nawet gdybyśmy się starały – śmieje się Helen.

– No cóż, jeśli choć w połowie jest równie obowiązkowa jak ty, będzie dobrym pracownikiem.

Zapada wymowna cisza, która aż dzwoni mi w uszach. Helen powinna teraz wyśpiewywać pochwały na cześć siostry, ale tego nie robi, a mnie ogarnia podejrzliwość.

– Helen, dlaczego nic nie mówisz?

– Nie będę psuć twoich wyobrażeń na jej temat, zanim się w ogóle pojawi.

– Jeśli chcesz, żebym ją zatrudnił, to lepiej zacznij gadać.

– No cóż… nie powinieneś oczekiwać, że będzie taka jak ja. Meredith to… – Wzdycha. – Meredith to jedna z tych szczęściar, z którymi życie obchodzi się łaskawiej. Rozpuszczono ją jak dziadowski bicz, kiedy dorastała. Mamy różne mamy, a ona przypomina swoją: drobna, piękna, znasz ten typ. Nasz ojciec i połowa świata obdarzali ją zawsze większą uwagą.

– Zmierzasz do czegoś konkretnego?

Da się wręcz usłyszeć, jak Helen przewraca oczami.

– Przeprowadziła się do Kalifornii na studia i zaraz po ich skończeniu poślubiła bogatego producenta filmowego, który wciąż nosi ją na rękach. Chcę powiedzieć, że jest przyzwyczajona do pewnego stylu życia. Nie oczekuj za wiele… charakteru.

– Teraz to już nic nie rozumiem. Czemu, do cholery, musi u mnie pracować?

– Wygląda na to, że odeszła od męża.

– Noszącego ją na rękach bogatego producenta? To nie ma sensu.

– No właśnie. Na pewno nie zostawiła go z własnej woli. Meredith pewnie wpakowała się w jakieś kłopoty. Może za dużo wydaje albo ma problemy z alkoholem i on zagroził, że przestanie jej dawać pieniądze. Bogaci ludzie zawsze znajdą sposób, żeby zapełnić sobie czas jakimś nałogiem. Nie byłabym zaskoczona. Jak mówiłam, ona jest od dziecka rozpieszczana. Tak się kończy, jeśli zawsze miało się wszystko na zawołanie.

Helen ględzi, a ja przysiągłbym, że w tym czasie w skrzynce pojawiło się z dziesięć nowych mejli. Mam za dużo do roboty, żeby siedzieć przy telefonie i wysłuchiwać historii o jakiejś kobiecie, której nie zamierzam zatrudnić.

Prostuję się na krześle i wsuwam telefon między bark i ucho, żebym mógł zacząć odpowiadać na pierwszą wiadomość.

– Cóż, wystawiłaś znakomitą opinię tej podejrzanej, za dużo wydającej alkoholiczce. Dobrze, że to problem kogoś innego.

– Jack, już jej obiecałem, że załatwię jej u ciebie pracę.

– Czemu, do licha, to zrobiłaś?

– To rodzina. Gdybym tam była, pomogłabym jej.

– Pójdźmy na kompromis: ty złapiesz samolot do domu, a ja to rozważę. Umowa stoi?

– Jack.

Wydaje się rozdrażniona, ale ze mną jest tak samo.

– Muszę lecieć. Moja asystentka __ zostawiła mnie na lodzie i muszę sam odpowiedzieć na mejle.

– To moja siostra.

– No i?

– I proszę o przysługę. Przez sześć lat pracy u ciebie nigdy o nic nie prosiłam.

– I mówisz, że chcesz ją zmarnować na jakąś rozpuszczoną smarkulę, która pewnie wróci na kolanach do Kalifornii po pierwszym potknięciu?

– Czy nie o to ci właśnie chodzi? Im szybciej wyjedzie, tym szybciej odzyskasz równowagę i spokój.

Słuszna uwaga.

– Jesteś mi coś winna.

– Zaloguję się do twojej skrzynki i odpowiem na te wszystkie mejle. Co ty na to?

– Poczekajmy na przyjazd księżniczki. Coś mi mówi, że gdy tylko spojrzy na to miejsce, od razu uzna, że jej życie ślicznotki z Kalifornii wcale nie było takie złe.Rozdział 3

MEREDITH

– Dalej nie dam rady – mówi taksówkarz, zatrzymując się na skraju drogi i zaciągając hamulec.

– Rany, rozumiem, co masz na myśli – zgadzam się z żalem.

– Nie, chodziło mi o to, że musi pani wysiąść.

– Och, ale chyba jeszcze nie dojechaliśmy. Zostało trochę drogi.

Pochylam się i wskazuję przez przednią szybę, że mam rację. Nie ma tam nic oprócz gruntowej drogi i drzew ciągnących się aż po horyzont.

– Proszę pani, to koniec. Widzę na liczniku, że już tracę przez panią kasę. Prowadzę interes, a nie autobus kościelny.

Żałuję teraz mojego śmiałego, symbolicznego gestu z pierścionkiem.

– Może poda mi pan swój adres, a ja wyślę panu pieniądze po pierwszej wypłacie…

– Taa, jasne, słyszałem to już z milion razy.

Muszę być kreatywna.

– Gdybym mogła coś dla pana zrobić… – mówię, poruszając wymownie brwiami. – Oczywiście nic związanego z seksem! Mogłabym obciąć te trudne do dosięgnięcia paznokcie u nóg albo… albo __ wyskubać te zrośnięte brwi, które pan zapuszcza.

– Wysiadka! – nalega i już wiem, że sprawa jest beznadziejna.

Opryskliwy staruszek zostawia mnie na lodzie – albo raczej na skraju drogi gruntowej. Spod opon wzbija się kurz, gdy zawraca na szosę. Czytam na drogowskazie, że do Blue Stone Ranch jest tylko kilka kilometrów. Kilka kilometrów… Cholera.

Po raz pierwszy tego ranka jestem wdzięczna, że nie wzięłam ze sobą nic poza torebką. W środku, żeby było śmieszniej, mam to, bez czego kiedyś nie mogłam się obejść: rozładowaną komórkę, kosmetyczkę, żeby poprawić makijaż, buteleczkę perfum, portfel, miętówki na odświeżenie oddechu, pudełeczko kremu nawilżającego La Mer oraz papierek po batoniku proteinowym, którego, niestety, nie zostawiłam sobie na teraz.

Żadnych sportowych butów. Żadnej nawigacji. Kurczę, w tym momencie bardzo ucieszyłabym się z kompasu.

Jestem zdana wyłącznie na siebie, tym razem naprawdę. Nawet resztkę moich cennych orzeszków zostawiłam w taksówce.

Jest dobrze. Będzie dobrze. Wszystko jest dobrze_._

Podciągam torebkę na ramieniu i wyruszam w drogę. Moje mokasyny mają tak cienką wyściółkę, że czuję pod piętami każdy kamyk. Wolałabym iść trawą obok drogi, ale jest gęsta i wybujała, a ja boję się węży bardziej niż kamieni wbijających mi się w stopy. Nie zostało mi nic oprócz czasu, gdy tak brnę przez piach. Próbuję przekonać samą siebie, że już niedaleko, ale, prawdę mówiąc, nie jestem w stanie ocenić, jak daleko zaszłam. Wymyślny zegarek, który mierzy kroki, zostawiłam w Kalifornii.

Próbuję dostrzec pozytywne strony mojej obecnej sytuacji: jestem cała i zdrowa, odzyskałam kontrolę nad swoim życiem i dążę do stworzenia czegoś nowego. To początek wspaniałej przygody.

Jasne, na tej drodze będą też wyboje, ale wszystko jest lepsze niż to, ku czemu zmierzałam z Andrew.

Wydaje mi się, że słyszę za sobą warkot silnika. Odwracam się szybko, przekonana, że mam halucynacje od odwodnienia (powinnam wybrać orzeszki o niskiej zawartości sodu) i widzę starą, telepiącą się furgonetkę. Jedzie prosto na mnie, a przez moją głowę przelatują błyskawicznie dwie myśli.

Pierwsza: hurra, przybywa ocalenie! Druga: w której części Teksasu miała miejsce ta masakra piłą mechaniczną? __

Tak naprawdę cieszę się, że zobaczę jakiegoś człowieka, nawet jeśli okaże się kanibalem z elektronarzędziami. Furgonetka podtacza się bliżej, jest już za późno, żeby uniknąć zauważenia, więc decyduję się radośnie pomachać i posłać jeden z moich najbardziej czarujących uśmiechów. Te gesty mają mówić: „Tylko spójrzcie, jestem zbyt miła, by mnie zamordować!”.

Furgonetka zatrzymuje się obok mnie i widzę dwóch starszych, opalonych mężczyzn w zniszczonych kowbojskich kapeluszach, którzy zajmują całe przednie siedzenie. Ten, który jest bliżej mnie, opuszcza szybę i opiera łokieć o krawędź okna. Szukam wzrokiem w środku jakichś morderczych narzędzi, ale zauważam tylko pojemnik z tytoniem do żucia i dwa napoje Big Gulp.

– Zgubiłaś się, kotku?

Kotku! Rozbawiona, zapominam, że powinnam się bać o swoje życie.

– Prawdę mówiąc, tak. – Uśmiecham się i wyjaśniam pewnym głosem: – Szukam Blue Stone Ranch.

Mężczyzna bliżej mnie marszczy czoło i z zakłopotaniem przechyla głowę.

– Chodzi ci o Blue Stone Farm?

Jestem pewna, że Helen pisała w mejlu o ranczu.

– Hm, teraz to już nie wiem. Czy jest jakaś różnica?

– Blue Stone Farm to elegancka restauracja parę kilometrów w tę stronę. – Wskazuje w kierunku, z którego przyszłam, a mnie serce zamiera z rozczarowania. Ale nie. Nie. Nie zawrócę. – Blue Stone Ranch to… po prostu ranczo.

– Gdzie znajdę Jacka McNighta?

– Jack będzie na ranczu. – Kiwa głową.

– W takim razie to właśnie tam idę.

Wymieniają spojrzenia, a potem ten bliżej mnie skinięciem głowy wskazuje na pakę furgonetki.

– My też jedziemy w tamtą stronę. Może i będzie trzęsło, ale dalej, wskakuj, jeśli chcesz.

Kierowca uderza go lekko w głowę.

– Karl, nie bądź durniem. Ty wskakuj na pakę, a ta miła pani niech usiądzie tutaj. Mama niczego cię nie nauczyła?

Wkraczam do akcji, zanim Karl zdąży się ruszyć.

– Nie! Nie. Wszystko w porządku. Pojadę z tyłu, nalegam. Przypomnę sobie przejażdżki na sianie z czasów dzieciństwa. Lubię wspominać tamte lata.

Znów włączył się mój instynkt przetrwania: jeśli będę siedzieć z tyłu, to przynajmniej będę mogła wyskoczyć z furgonetki, gdy wyczuję, że postanowili mnie porwać.

Dopiero po kilku próbach udaje mi się podciągnąć na pakę, podpierając się na jednej z tylnych opon. Jestem obrazem wdzięku i elegancji, gdy zajmuję miejsce blisko tylnej klapy, kładę torebkę na kolanach, a potem stukam w pakę dwa razy, żeby dać znać, że jestem gotowa. Kierowca wrzuca bieg i ruszamy.

Następne dziesięć minut mozolnej jazdy po zapuszczonej drodze to istne piekło. Mówiąc delikatnie, mocno trzęsie. Wypluwam piasek spomiędzy zębów i zaciskam powieki, by ochronić oczy przed kurzem. Spod opon strzelają kamyki, które jakimś cudem trafiają mnie w głowę. Jestem atakowana ze wszystkich stron, nie wspominając już o tym, co wiatr wyprawia z moimi włosami. Dopiero po zbyt długiej chwili dociera do mnie, że o wiele przyjemniej jest siedzieć z plecami opartymi o kabinę furgonetki niż o tylną klapę. Gdy zatrzymujemy się przed wysoką, łukowatą, kutą z żelaza bramą, nad którą napis dumnie głosi, że dotarliśmy do Blue Stone Ranch, jestem pewna, że wyglądam, jakbym właśnie zeszła z linii frontu. Mam chyba nawet trochę krwi na czole po rozduszeniu jakiegoś szczególnie wielkiego gza.

Nigdy wcześniej nie postawiłam nogi na ranczu, ale mam w głowie dosyć przerażający obraz tego, jak może wyglądać. Przygotowywałam się na najgorsze, żeby nie być rozczarowana.

Tymczasem to, co widzę, można opisać jako uroczy plan filmowy. Główna droga, którą jechaliśmy, kończy się kolistym żwirowym podjazdem. Po jednej stronie koła stoi dwupiętrowy biały wiejski dom z metalowym dachem i huśtawką na ganku kołyszącą się zachęcająco na wietrze. Wokół ganku znajdują się rośliny i kwiaty w doniczkach, które chłoną słońce. W oddali na pastwisku pod ogromnymi dębami przechadzają się wolno krowy. Obok dostrzegam wielki wybieg dla kur i łąkę z paroma końmi o lśniącej sierści, a dalej wielka czerwona stodoła oddziela inwentarz od największego ogrodu, jaki w życiu widziałam.

Wszędzie widać ludzi zajętych pracą. Poprawka: nie ludzi. Mężczyzn. W pobliżu nie ma ani jednej kobiety i pewnie dlatego przyciągam całkiem sporo ukradkowych spojrzeń, gdy podjeżdżam na pace furgonetki niczym prowadząca najsmętniejszą paradę w historii.

Samochód parkuje między innymi pojazdami z rancza. Zeskakuję z paki i staram się jakoś doprowadzić do ładu. Ścieram niepewnym gestem krew z czoła, wygładzam włosy, a potem wzdycham ciężko w obliczu porażki. Na tym etapie jest, jak jest, i będzie, co ma być.

– Pewnie jest w domu – mówi Karl, wskazując na wiejską rezydencję, którą właśnie podziwiam. – Jack.

Skłaniam głowę w podziękowaniu i macham słabo dłonią na pożegnanie, zanim wyruszę na spotkanie mojego nowego szefa. Wszystkie oczy są utkwione we mnie, gdy pokonuję te parę metrów między furgonetką a gankiem. Pasuję do tego otoczenia jak pięść do nosa, ale zamiast poddać się nagłej fali tremy, próbuję przypomnieć sobie jakieś szczegóły, o których musiała wspomnieć Helen, opowiadając o swojej wieloletniej pracy w tym miejscu.

Zastanówmy się. Wiem, że jest asystentką, a jej rolą jest… asystować. Cholera. Nic nie wiem. Mówiła kiedyś coś o swoim szefie? __ Nie pamiętam. Ale pewnie musiała lubić swoją pracę, skoro wytrwała tu prawie sześć lat… A może pozostała tu tak długo, bo nie miała innych możliwości? W takiej wiejskiej okolicy pewnie trudno znaleźć pracę – i to w całym znaczeniu słowa WIEJSKIEJ. Podróż z San Antonio do Cedar Creek przypominała jakieś zakrzywienie czasoprzestrzeni. Z każdym ubywającym kilometrem teren stawał się coraz mniej zaludniony, drogi z asfaltowych przechodziły w gruntowe i nie jestem pewna, czy w ogóle mają tu zasięg. Rozmyślam o tym wszystkim, pukając do frontowych drzwi, które otwierają się gwałtownie sekundę później.

Na progu stoi wysoka, szczupła kobieta ubrana w dżinsy i kowbojską koszulę na zatrzaski. Siwe włosy ma krótko przycięte w stylu pixie, a jej stalowe spojrzenie wydaje się przenikać mnie na wskroś. Nie ma na sobie ani odrobiny makijażu. Mimo to jest piękna, niemal królewska, z paroma zmarszczkami widocznymi w kącikach oczu.

Otwieram usta, żeby się przedstawić, ale ona mnie wyprzedza.

– Cokolwiek sprzedajesz: albo tego nie chcemy, albo już to mamy.

Potem robi krok w tył i zatrzaskuje mi drzwi przed nosem.

Jestem w takim szoku, że dopiero po chwili udaje mi się pozbierać i zapukać ponownie. Tym razem słyszę jej westchnienie po drugiej stronie, po czym znowu mi otwiera.

– Och, wszyscy słyszeliśmy tę historię i odnaleźliśmy Pana, i nie potrzeba nam więcej, dzięki.

Kolejne trzaśnięcie.

Nie pukam znowu, bo widzę, że kobieta obserwuje, czy odejdę.

– Czy wy, ludzie, potraficie słuchać? Mam wyjąć strzelbę czy opuścisz ten ganek, zanim będę musiała cię z niego wypędzić?

Oczy mam wielkie jak spodki. Naprawdę zamierza mnie zastrzelić, jeśli stąd nie odejdę? Cóż to za miejsce __ ten Teksas?

Podnoszę ręce w geście kapitulacji, jakby była policjantką, która ma mnie zaaresztować, a potem mówię ostrożnie:

– Niczego nie sprzedaję. Proszę do mnie nie strzelać.

Drzwi znów otwierają się z rozmachem. Kobieta marszczy brwi i mierzy mnie wzrokiem, po czym spogląda mi w oczy.

– A więc czego tu szukasz?

– Pracy.

Uznaje to za przezabawne i tak się śmieje, że musi się przytrzymać framugi, żeby zachować równowagę. Klepie się ręką w kolano, unosi na mnie wzrok, a potem znów aż zgina się ze śmiechu.

– Przebyłaś taki szmat drogi, szukając pracy? O rany, jakie to śmieszne – mówi, przecierając oczy. – A jaka to robota, panienko? Stolarza? Spawacza?

– Ja…

– Kto cię na to namówił? Dotty? To stara oszustka. Odpłacę jej pięknym za nadobne, ani się obejrzy.

– Nie wiem, kim jest Dotty. Jestem Meredith, siostra Helen. Miała wcześniej zadzwonić i wspomnieć, że przyjadę.

Po tej informacji jej śmiech w końcu cichnie. Przygląda mi się teraz całkiem inaczej.

– Nie przypominasz Helen.

– Mamy różne mamy.

Mruży oczy.

– Hm. Wasz tata musiał mieć zróżnicowany gust.

Uśmiecham się, niepewna, czy uznać to za żart, czy nie.

– No dobrze, będziesz musiała pogadać z Jackiem, czy znajdzie się dla ciebie jakaś praca. Jest przy stodole z całą ekipą.

– Z całą ekipą? – pytam, odwracając się w kierunku, który pokazuje.

Przed stodołą stoi w kółku grupka mężczyzn wpatrzonych w kogoś, kto najwidoczniej wydaje im polecenia. Z tej odległości nie potrafię dostrzec jego rysów.

– To zebranie całej ekipy rancza.

– Ach, rozumiem. – Odwracam się do niej. – Może mogłabym zaczekać, póki się nie skończy. Nigdzie się nie wybieram.

Kręci głową.

– Normalnie bym się zgodziła, ale ma dziś dużo na głowie, skoro twojej siostry nie ma. Wątpię, czy uda ci się złapać go znowu.

Wspaniale. Po prostu świetnie. Nie spodziewałam się, że ten dzień będzie takim koszmarem. Czemu miałabym spotkać się z Jackiem i przedstawić mu swoją sprawę na osobności, skoro mogę to zrobić przy wszystkich? I powoli pokuśtykać w stronę zebrania całej ekipy, zgrzytając przy tym zębami z bólu, bo na moich stopach zaczną wyskakiwać nowe pęcherze?

W innym życiu ugięłyby się pode mną kolana i padłabym twarzą w pył, zbyt słaba i zmęczona, by wstać. Nikt mi nie pomoże. Zginę. I moje mokasyny Gucci razem ze mną.

Teraz idę jednak powoli ku tej grupce i wszyscy w kręgu, jeden za drugim, odwracają głowy w moim kierunku. Tubalny głos Jacka niesie się nad zebranymi.

Nie mam pojęcia, o czym mówi, ale podoba mi się jego głos. Jest ostry, niemal szorstki, i na tyle mocny, by przykuć uwagę kilkunastu mężczyzn z rancza. Cóż, aż do teraz, kiedy oczy wszystkich są utkwione we mnie.

– Mamy towarzystwo – mówi ktoś, a ja wreszcie zbieram się na odwagę i odrywam oczy od ziemi. Czuję się, jakbym weszła na scenę podczas występu chippendalesów przebranych za kowbojów. Otacza mnie z tuzin młodych, silnych facetów ubranych w dżinsy i pocących się pod swoimi roboczymi koszulami. Przenoszę wzrok z jednej przystojnej twarzy na drugą. Patrzę na rozbawione uśmiechy, aż w końcu zatrzymuję spojrzenie na ich nieustraszonym przywódcy i staję jak wmurowana.

Czuję ucisk w brzuchu, jakby moje jajniki nachylały się ku macicy, szepcząc: „Halo! Jesteśmy tutaj i podoba nam się to, co widzimy!”. __ Serce mi zamiera, a potem zaczyna gwałtownie bić, niepewne, co dalej. Mierzę go wzrokiem ze cztery razy, zanim w końcu odzyskuję rozsądek na tyle, by to przerwać.

Nie zrozumcie mnie źle, nie oznacza to, że się zakochałam od pierwszego wejrzenia. Biorąc pod uwagę, że właśnie skończyłam nieudany związek, jakieś, no nie wiem, czternaście godzin temu, czuję się uodporniona na tę atrakcyjną, wyraźnie zarysowaną szczękę. Tak naprawdę jestem po prostu zaskoczona. Jack, tak jak i całe ranczo, jest całkiem inny, niż się spodziewałam. Jest młody (ma może z trzydzieści pięć lat), wysoki i barczysty. Znacie to spokojne, pewne spojrzenie, jakim może się pochwalić każdy rozgrywający NFL? Ten błysk w oczach, który rzuca wyzwanie, żeby spróbować z nim zadrzeć? On to ma. A do tego wyrzeźbione rysy, mocne kości policzkowe i gęste brwi.

Nosi bejsbolówkę założoną daszkiem do tyłu, spod której wystają jego ciemne włosy. Nie chcę __ dostrzegać tego wszystkiego, ale to dzieje się samo. Czarny T-shirt napina mu się na torsie, gdy wspiera ręce na biodrach, to fakt, a że do tego mierzy mnie wzrokiem? Taa, to także trudno zignorować, zwłaszcza teraz, gdy zapadła zupełna cisza.

Cóż to za dziwny zbieg okoliczności przekonać się, że mój przyszły szef to bardzo atrakcyjny mężczyzna. Tym lepiej dla niego, bo mnie to nic nie obchodzi. Aktualnie zbyt przejmuję się tym, że jego twarz wykrzywiła się w grymasie niezadowolenia. Wszyscy pozostali wydają się rozbawieni moim wtargnięciem na zebranie, ale nie on. Pewnie nawet w normalnych okolicznościach trudno utrzymać kontrolę nad tymi facetami, a teraz jeszcze wparowałam ja i skradłam ich uwagę.

– W czym mogę pomóc? – pyta surowym tonem. Tak naprawdę chce powiedzieć raczej: „Spadaj!”, tak jak taksówkarz i starsza kobieta z domu.

Prostuję się i przywołuję całą odwagę, jaka jeszcze we mnie została. Nie ma jej wiele, więc mój głos jest ledwo słyszalny.

– Słucham? – pyta niecierpliwie.

– Gadaj głośniej! – woła ktoś.

Odchrząkuję i próbuję znowu.

– Jestem tu w sprawie pracy.

Słyszę kolejny wybuch śmiechu. Tym ludziom na serio przydałby się jakiś klub ze stand-upem albo przynajmniej parę filmów Adama Sandlera na DVD. Rozśmiesza ich dosłownie wszystko.

– Ej, Jack, będziesz miał na ranczu manikiurzystkę?

Wszyscy dziko rechoczą.

Jack, co trzeba mu przyznać, się nie śmieje.

Kręci głową i robi krok naprzód.

– Musisz być tą księżniczką.

– Słucham?

– Znam twoją historię. Miałem nadzieję, że się nie pojawisz.

Otwieram usta, ale zanim udaje mi się wymyślić jakąś ostrą odzywkę, chwyta mnie za ramię i odciąga od grupki. Ścigają nas gwizdy i niewybredne komentarze. Oglądam się za siebie gniewnie, ale to tylko dolewa oliwy do ognia.

– Zostawiasz ekipę, Jack? Znalazłeś sobie nową?

– Może pomóc mi na polu! Szybko ją wyszkolę!

– To musi być ta wspaniała południowa gościnność, o której tyle się słyszy – syczę, próbując wyrwać ramię z jego uścisku.

Spogląda na mnie przenikliwym wzrokiem, nadal prowadząc mnie w kierunku domu.

– Chyba zapomniałaś o kiepskich manierach naszych biednych wieśniaków – odpowiada sarkastycznie, przeciągając samogłoski w południowym stylu. – Nie jesteśmy przyzwyczajeni do zabawiania królewien.

– Co to niby miało znaczyć?

Otwiera z rozmachem drzwi z moskitierą i wpycha mnie do środka.

Nie ma wątpliwości, że zrobiliśmy na sobie jak najgorsze pierwsze wrażenie.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij