Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Piekło tuż za rogiem - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
22 października 2025
59,90
5990 pkt
punktów Virtualo

Piekło tuż za rogiem - ebook

Nigdy nie chodziło mi o kasę.

 

Nie dążyłem do tego, by stać się najbogatszym człowiekiem na świecie.

Działałem w myśl zasady: „Postawię to wszystko na głowie”.

Zrobię taką muzykę, jakiej nikt jeszcze nie słyszał.

W brytyjskiej alternatywie nie ma drugiego takiego jak on. Jego unikalne brzmienie wstrząsnęło sceną muzyczną lat 90., na trwałe wpisało się w historię tamtego pokolenia i do dziś rezonuje w kulturze.

Bristol lat 80. pulsował muzyczną energią. Hip-hop i jamajskie sound systemy nadawały ulicom nowy rytm. Tricky wszedł w ten świat na własnych zasadach. Dzięki wrażliwości twórczej wybrał inną drogę niż chłopaki z sąsiedztwa – bokserzy i drobni przestępcy z owianego złą sławą Knowle West, dzielnicy nazywanej białym gettem.

Choć miał wyjątkowy talent, nie zależało mu na sławie. Popularność, która przyszła wraz z Massive Attack, a później solowym albumem Maxinquaye, okazała się trudna do udźwignięcia. Wykańczające tempo, igranie z życiem, widmo bankructwa mogły zaprowadzić go na skraj. Muzyka – jego największa pasja – pozwoliła mu przetrwać najtrudniejsze chwile.

To autobiografia artysty, który wiele razy balansował na krawędzi, ale zamiast się poddać, przemienił chaos w sztukę.

Niezwykła autobiografia niezwykłego artysty, którego życiorys to gotowy scenariusz na filmowy dokument, naznaczony trudnymi do wyobrażenia tragediami. Szczera do bólu, pełna dygresji narracja przypomina oryginalność przełomowych nagrań pioniera trip hopu, choć on sam nie uznaje kategoryzowania sztuki. Nie znajdziemy tu typowych wspomnień muzyka, lecz intymną, chwilami wstrząsającą opowieść o tym, co naprawdę wpłynęło na jego twórczość. Szczególne miejsce zajmują w niej cztery kobiety: matka Maxine, córka Mazy, Björk i pewna polska wokalistka... Lektura obowiązkowa, nie tylko dla fanów muzyki.

Piotr Metz

Polscy słuchacze... Nie lubię używać słowa „fani”, bo pochodzi od wyrazu „fanatycy”. Polscy słuchacze zawsze bardzo mnie wspierali. Jak na kraj, w którym bywa naprawdę chłodno, publiczność jest bardzo ciepła i nadzwyczaj uduchowiona. Zawsze bierze czynny udział w koncercie, nie ogranicza się jedynie do roli widzów. Moja wokalistka, Marta Złakowska, jest Polką, pochodzi z Płocka. Pracujemy razem od sześciu lat.Jej głos ma niezwykłą siłę poruszenia; rzadko słyszy się coś takiego.

Tricky

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Biografie
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8203-440-0
Rozmiar pliku: 6,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

DO CZYTELNIKA

Nie jestem jedyną osobą, która wypowiada się w tej książce, bo tak po prostu jest lepiej! Może to niekonwencjonalne w przypadku autobiografii. Nic nie szkodzi – tak właśnie chciałem.

Ludzie mogliby nie uwierzyć w niektóre zamieszczone na kolejnych stronach historie, gdybym to ja je opowiadał. A jestem pewien, że spora część autorów autobiografii trochę ubarwia. Wyolbrzymiają pewne kwestie. Gdybym był narratorem wszystkich tych historii, też można by pomyśleć, że przesadzam. Ludzie mówiliby: „Chyba nie pisze tego poważnie. To nie mogło się wydarzyć!”. Może uwierzą, gdy opowie to ktoś inny – bo to wszystko prawda.

Członkowie mojej rodziny przywołują zdarzenia, które miały miejsce, nim się urodziłem lub gdy byłem zbyt mały, by wiedzieć, co tak naprawdę się działo. Wypowiadają się także moi przyjaciele, którzy mogą pamiętać pewne sytuacje lepiej ode mnie – w końcu przez lata jarałem trawę i brałem różne rzeczy. Czaicie, nie? Czasami po prostu inni mogą być wiarygodniejszym źródłem informacji.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki1. PADSTOW ROAD 13

Pierwsze wspomnienie, jakie potrafię przywołać, to widok mojej mamy w trumnie, gdy miałem cztery lata. W tamtych czasach, gdy ktoś umierał, trumna stała w domu tydzień czy dwa, żeby cała rodzina mogła przyjść i się pożegnać, nim zmarła osoba zostanie pochowana. Gdy jesteś tak młody, jeszcze nie za bardzo rozumiesz, co się dzieje. Oczywiście zauważałem, że wszyscy byli bardzo smutni – ciągle przychodzili do nas zapłakani członkowie rodziny – więc wiedziałem, że nie jest dobrze. Popełniła samobójstwo, ale tego też nie rozumiałem.

Trumnę ustawili w pokoju naprzeciwko mojego, więc gdy wszyscy spali, stawałem na krześle i zaglądałem do środka. Była otwarta, ciało leżało na widoku. Nic wtedy nie czułem. Wiedziałem, że to moja mama, ale nie pojmowałem, o co chodzi. I takie właśnie jest moje pierwsze wspomnienie: mam cztery lata i zaglądam do tego pokoju.

Nie przypominam sobie niczego wcześniejszego. Nawet mamy nie pamiętam: widok jej ciała w trumnie to moje pierwsze związane z nią wspomnienie. Nigdy nie traktowałem tego jako czegoś złego czy okropnego. W przypadku większości osób pierwsze wspomnienia wiążą się ze szkołą czy domem – a ja mam akurat takie.

Działo się to w domu mojej babci przy Barnstaple Road w Knowle West – białym getcie w Bristolu zbudowanym w latach 30. XX wieku, żeby pozbyć się slumsów z centrum miasta. Zamieszkali tam najpierw moi pradziadkowie. Byli jeszcze bardzo młodzi i wprowadzili się na świeżo wybudowane osiedle komunalne.

Ludzie wiedzą zapewne o niełatwej historii mojej rodziny, ale nikt nie zna szczegółów. Byliśmy jedną z pierwszych mieszanych rasowo rodzin w Anglii – i to trzy czy cztery pokolenia wstecz. Mój dziadek był afrykańskim żołnierzem stacjonującym tymczasowo w Knowle West. W Ghanie istnieje plemię o nazwie Quaye (jak jego nazwisko), ale nikt nie wie dokładnie, skąd pochodził mój dziadek. W historii jego rodziny musi być jakiś wątek niewolnictwa.

Poznał białą kobietę, Violet, i urodziło im się dziecko. W końcu opuścił Anglię, więc ich córka – a moja mama, Maxine Quaye, dorastała w Knowle West pod okiem białej części swojej rodziny. Choć miała wielorasowe pochodzenie, kulturowo była bardzo „biała” i biorąc pod uwagę okolicę, w której dorastała, można by pomyśleć, że wyjdzie za jakiegoś białego gościa.

Zamiast tego związała się facetem z Jamajki, Royem Thaw­sem, a owocem ich związku jestem ja. Nie do końca wiem, jak się poznali. Roy najpierw zamieszkał w Londynie, następnie przeniósł się do Bristolu. Jego tata współtworzył jeden z najsławniejszych sound systemów w Anglii, zwany Tarzan the High Priest. Mój tata nie zasymilował się w pełni. Jamajka w nim pozostała, co objawiało się choćby w tradycyjnych jamajskich potrawach, które wolał. Przewodził nawet drużynie domino, z którą jeździł po całej Anglii.

Tata był pewnie pierwszym Jamajczykiem, którego mama miała okazję lepiej poznać. Chadzali do tych samych miejsc, jak Bamboo Club w St Paul’s, bristolskim czarnym getcie. To było niezwykle popularne miejsce wśród miejscowych fanów muzyki, nie tylko czarnych, więc podoba mi się myśl, że właśnie tam mogli się poznać.

Nigdy się nie pobrali, lecz gdy przyszedłem na świat – 27 stycznia 1968 roku – mama postanowiła, że dostanę nazwisko po nim. Gdybym dostał je po mamie, nazywałbym się Quaye, a gdyby ona dostała nazwisko po swojej mamie, byłbym Godfreyem, ale w tamtych czasach oczekiwano, że dziecko będzie nosiło nazwisko po ojcu. Oczywiście nie miałem na to żadnego wpływu. Nazwano mnie Adrian Nicholas Matthew Thaws i tyle.

Rodzina mówi, że byłem bardzo blisko związany z mamą, ale kompletnie nie pamiętam żadnych wspólnych z nią chwil – jedynie ten widok jej ciała w trumnie. Później dowiedziałem się, że pisała poezję. Gdy w połowie lat 90. brytyjska telewizja Channel 4 przygotowywała dokument o mnie – Tricky: Naked and Famous – ktoś z moich krewnych musiał przekazać im jeden z jej wierszy, bo ciotka Marlow przeczytała go w tym programie. Nie miałem o tym pojęcia, aż do czasu emisji. Zdążyłem już nagrać ze dwie czy trzy płyty, ale dopiero z tą informacją wszystko zaczęło nabierać sensu.

Oczywiście jej literacka kariera nie miała żadnych perspektyw. Mogłaby pisać, aż odpadłaby jej ręka, a i tak bez szans na publikację swojej twórczości. Robiła to dla własnej przyjemności i podobno dość często. Wspomniany wiersz jest o niezależności, o byciu niezależną jednostką, co też składa się w sensowną całość.

W dniu swojego samobójstwa w 1972 roku włożyła najlepsze ubrania i odwiedziła różnych członków rodziny. W tamtych czasach człowiek ubierał się tak wyłącznie w niedzielę. Wszyscy się dziwili: „Dokąd się wybierasz? Czemu się tak odstawiłaś?”, a ona odpowiadała: „A nie, nigdzie”. Następnie poszła do domu, napi­sała list, w którym poprosiła swoją ciotkę, by się mną zajęła, i za­biła się – wzięła jakieś tabletki, pewnie nasenne. Zawsze mówiono mi, że nikt się tego nie spodziewał, bo nie było żadnych wskazówek, że mogłaby się na coś takiego zdecydować. Żadnych znaków. Dziwne było jedynie to, że się tak ubrała.

Znalazł ją mój tata. Nigdy tak naprawdę tego nie przetrawił. Wciąż go to dręczy i nigdy o tym nie mówi. Jak o tym pomyślę, to w ogóle rzadko mi mówi o mamie. Raz kiedyś stwierdził: „Twoja mama byłaby z ciebie dumna”, ale poza tym niemal nigdy o niej nie wspomina. Był jeszcze młody, gdy znalazł jej ciało. Wyobraźcie sobie, że w tak młodym wieku znajdujecie swoją dziewczynę martwą.

Do tamtej chwili wszyscy w rodzinie akceptowali Roya, ale potem wiele się zmieniło. Babcia za nim nie przepadała. Myślę, że obwiniała go o samobójstwo mamy, ale to nie miało z nim nic wspólnego. Mama chorowała na padaczkę. Widzę to tak: miała dwójkę dzieciaków, a trudno się nimi zajmować, gdy w każdej chwili możesz mieć atak. To nawet niebezpieczne, jeśli jesteś w domu sama z dziećmi. Wydaje mi się, że po prostu nie chciała tu być właśnie ze względu na chorobę. Oczywiście jak jesteś matką takiej osoby, to zwalasz to na jej chłopaka. Jest ci łatwiej, gdy masz kogo winić.

Tata początkowo często mnie odwiedzał, lecz potem mój cioteczny dziadek Martin napisał do mojej prababci list, w którym twierdził, że „Roy będzie się musiał gęsto tłumaczyć”. Martin odsiadywał wówczas siedmioletni wyrok w Dartmoor i wprost groził, że gdy wyjdzie, porachuje się z moim tatą. Ojciec wyznał mi później: „Gdybym wtedy nie zniknął, dziś by mnie tutaj nie było”. Trzymał się z dala ode mnie, bo wujek Martin groził, że go zabije.

***

Myślicie pewnie, że miałem trudne, nieszczęśliwe dzieciństwo, ale ja tego tak nie odczuwałem. Knowle West było biedne, ale nie wydawało się niebezpieczne. Wiedzieliśmy po prostu, że ludzie spoza dzielnicy wolą się tam nie zapuszczać. Miała kiepską reputację i już.

Ponieważ jestem czarny, wiele osób sądzi, że to musiała być okolica zdominowana przez czarnych, ale tak naprawdę mieszkali tam niemal wyłącznie biali – w tym większość mojej rodziny. Najdziwniejsze jest to, że choć należałem do malutkiej mniejszości, nie doświadczyłem żadnych przejawów rasizmu. Te pojawiły się dopiero wraz ze sławą i pieniędzmi.

Cała moja rodzina jest niezwykle zróżnicowana etnicznie. Mój prapradziadek, Daniel Lawrence, był marynarzem, w ćwierci Jamajczykiem, w ćwierci Hiszpanem. W 1915 roku przybył z Jamajki i zamieszkał w Kornwalii, ale moja praprababcia, Minnie, pochodziła z całkowicie białej rodziny, której członkowie pracowali chyba w tamtejszych kopalniach cyny. Z pewnością musieli mierzyć się z okropnym rasizmem, bo w tamtych czasach w Kornwalii nie było czarnych.

Ich córka, moja prababcia Margaret („Maga”), była mieszanego pochodzenia rasowego i gdy wyszła za mojego pradziadka, jego rodzina go wydziedziczyła. Był Godfreyem – takie nazwisko nosiła rodzina właścicieli sporych terenów w Walii czy Irlandii. Możliwe nawet, że mieli jakieś więzy z rodziną królewską czy arystokratami – istnieje nawet herb Godfreyów. Nie byli może niesamowicie bogaci, ale posiadali farmy i z pewnością byli lepiej sytuowani niż większość ludzi.

Gdy pradziadek był młodszy, handlował końmi. Wszyscy mówili na niego „Farmer”. Importował konie z Irlandii do Anglii – nie wiem nawet, czy to było legalne. Godfreyowie byli stanowczo przeciwni jego związkowi z moją prababcią, więc po ślubie kontakt z nimi się urwał. To właśnie pradziadek z prababcią przenieśli się do Bristolu i wylądowali w Knowle West.

Wiek czy dwa wcześniej Bristol fundowany był na niewolnictwie. To tam budowano wszystkie statki, którymi ściągano niewolników. Trudno w to uwierzyć, ale nazwa głównej sali koncertowej w mieście, Colston Hall, pochodzi od nazwiska Edwarda Colstona, gościa, który finansował ich budowę, choć słyszałem, że planują coś z tym zrobić1. Bristol był ważnym ośrodkiem handlu ludźmi. Każdego roku przez doki tamtejszego portu przewijały się setki czarnych, stąd pewnie nazwy ulic takie jak Black Boy Hill (Wzgórze czarnego chłopca) czy Whiteladies Road (Ulica białych dam).

Wielu czarnych zamieszkujących Bristol to potomkowie amerykańskich żołnierzy stacjonujących tam w trakcie II wojny światowej – jak choćby ojciec mojej mamy. Nie wszyscy witali ich z otwartymi ramionami: pewnego dnia mój cioteczny dziadek Martin był świadkiem, jak przed domem mojej prababci skopano jakiegoś gościa na śmierć.

Gdy ludzie oglądają zdjęcia mojej rodziny, często mówią: „Wow, ile tu różnych odcieni!”, a dla nas to było zupełnie normalne. Znaliśmy tylko taką rzeczywistość. Dla mnie to naturalne, że moja babcia jest biała, prababcia pochodziła z Karaibów, tata jest czarny, ciotka Marlow ma w sobie hiszpańską albo włoską krew, a moja kuzynka Michelle wygląda na całkowicie białą. To nigdy nie miało dla nas znaczenia i jesteśmy sobie niezwykle bliscy.

Po śmierci mamy wszyscy włączyli się w opiekę nade mną. Do ósmego roku życia mieszkałem u ciotki Marlow, potem przeniosłem się do pradziadków, Farmera i Magi, do Knowle West pod adres Padstow Road 13. Mieszkałem też u babci Violet przy Barnstaple Road. Te dwa domy dzieliło zaledwie pięć minut spacerem. W tamtych czasach nie zamykano drzwi i nikt się tym nie przejmował, więc mogłem chodzić z jednego domu do drugiego bez kluczy.

Choć mowa o kiepskiej okolicy, tamtejszego krajobrazu nie tworzyły wyłącznie klitki w komunalnych wieżowcach. Domino­wały raczej bliźniaki z czerwonej cegły stojące przy wiodących ku wzgórzom uliczkach, wzdłuż których rosło trochę drzew. Całe szczęście, że nie dorastałem w wieżowcu. W domu pradziadków mieszkałem tylko z nimi. Poszczęściło mi się, bo moja prababcia zmarła dopiero, gdy miałem z 13 czy 14 lat, a niewiele osób ma szansę poznać swoich pradziadków. Mam zdjęcia trzech lub czterech pokoleń mojej rodziny – w tym moje z mamą – na schodach przed domem przy Padstow Road 13. Mam tę liczbę wytatuowaną na szyi. To mój szczęśliwy numerek – mój i wujka Tony’ego, miał dla nas wielkie znaczenie.

Farmer lubił grać w trzy kubki, a Maga często gwizdała, grała na tarce do prania i śpiewała więzienne piosenki, bo jej syn, Martin, często trafiał za kratki. W domu nie było dywanów, jedynie goła betonowa podłoga. Znajdował się tam piecyk na węgiel. Prababcia nauczyła mnie, jak w nim rozpalać. Nie przesiadywaliśmy przed telewizorem, bo go nie mieliśmy, więc cały czas spędzaliśmy na zewnątrz.

Każdego roku w czerwcu cała ulica celebrowała wspólnie urodziny królowej. Świętowano niezwykle hucznie. Na środku jezdni wystawiano stoiska i stoły pełne jedzenia, wszyscy mieli kubki z wizerunkiem królowej i brytyjską flagą. To strasznie dziwne: mnóstwo ludzi z gett ma na tym punkcie zajoba. Elity dymają ich na każdym kroku, a mimo wszystko są przez nich wręcz fanatycznie uwielbiane. Nawet stadionowi chuligani kochali królową. Nigdy tego nie rozumiałem.

Chodziłem do Connaught Road Junior School (znanej obecnie jako Oasis Academy Connaught). Z moją młodszą siostrą Leanną byliśmy tam jedynymi czarnymi dzieciakami. Po śmierci mamy Leanna mieszkała przez mniej więcej rok u babci Magi, ale potem nie dorastaliśmy już razem i nie mieliśmy bliższego kontaktu.

Szkoła Connaught znajdowała się ulicę dalej od Padstow Road i zaledwie dziesięć minut od Barnstaple Road, więc mogłem chodzić do niej sam – wszystko miałem pod nosem, nie musiałem w ogóle wypuszczać się poza naszą okolicę. Dla małolata, który ma pięć czy sześć lat, to świetna sprawa, a do tego wówczas było bezpiecznie, bo wszyscy się znali. Nie słyszało się o potwornych historiach z dzieciakami, bo wszyscy mieli na siebie nawzajem oko. Przychodziłem ze szkoły, piłem herbatę i od razu wychodziłem. Wtedy wręcz nas do tego zachęcano: „No idź, baw się!”. Chodziliśmy do parków, jeździliśmy na rowerach, kręciliśmy się przy smażalniach, czasami ktoś nas pogonił i takie tam.

Z kumplami najczęściej spędzaliśmy czas przy Filwood Green, dokładnie naprzeciwko domu babci i miejscowego klubu młodzieżowego. Latem przesiadywaliśmy na trawie i graliśmy w piłkę. Po drugiej stronie była smażalnia, a w niej flippery i automaty do gier. Czasami klub organizował wycieczki autokarem do Weston-super-Mare, ale większość czasu przebywaliśmy na trawniku, który widziałem z okna mojego pokoju. Spędziłem tam mnóstwo świetnych chwil. Nie robiłem nic konkretnego, po prostu wygrzewałem się na słońcu.

Pewnego dnia, gdy miałem z siedem lat, moja babcia Violet przejeżdżała obok i zauważyła, że biję się z jakimś gościem o piłkę. Gdy wróciłem później do domu, posadziła mnie na swoich kolanach i powiedziała do swojego męża: „Winston, widziałeś, jak się bił? Radził sobie!”. Była ze mnie dumna. Tak właśnie mnie wychowywano.

Nie byliśmy zamożni, ale zawsze miałem dobre ubrania. Mam taką świetną fotkę z lat 70., na której jestem w czerwonym swetrze, kremowej koszuli i beżowych, rozszerzanych spod­niach w kratę. Był ze mnie niezły elegant! Cały czas nosiłem też T-shirt z Markiem Bolanem – to pierwsza i jedyna koszulka z muzykiem, jaką kiedykolwiek miałem. Jeździłem w niej do Weston-super-Mare i z babcią na wakacje do Blackpool. Uwiel­białem jego teksty. Kojarzycie ten numer Cosmic Dancer? „Zatań­czyłem się wprost do grobu. Czy to nie dziwne tańczyć tak wcześ­nie?”. Świetny tekst, a najbardziej pokręcone jest to, że gość rzeczywiście zmarł młodo. Dla mnie był niesamowity, prawdziwie odjechany geniusz.

Nigdy nie byłem smutnym dzieckiem, raczej psotnikiem i łobuziakiem. Brak mamy frustrował mnie tylko wtedy, gdy szedłem do szkoły albo wpadałem po kolegów do ich domów i słyszałem, jak mówią: „Dobra, pa, mamo!”. Bolało naprawdę tylko wtedy, gdy słyszałem to słowo – „mamo”. Przez cały pozostały czas byłem radosnym urwisem. W domu babci przy Barnstaple Road znajdowało się zdjęcie. Widziałem je każdego dnia, gdy wstawałem. Podchodziłem do okna i mówiłem „dzień dobry” mamie, która była w niebie – bo gdy jesteś dzieckiem, wpajają ci, że mama poszła właśnie do nieba. Teraz w to nie wierzę, ale jak jesteś mały, uwierzysz we wszystko. Myślę, że przez jej brak mocniej uruchamiałem wyobraźnię. Później objawiało się to w mojej muzyce – po prostu wyobrażałem sobie różne rzeczy.

Babcia słuchała Billie Holiday na starym magnetofonie. Ja siedziałem sobie pośrodku pokoju, miałem wtedy z sześć czy siedem lat i bawiłem się na dywanie, a ona się przyglądała. To nie było pilnowanie w stylu „nie pchaj paluchów to kontaktu”. Po prostu zapalała papierosa i się patrzyła. Popiół strzepywała na dłoń, bo nie miała popielniczki, potem pocierała dłonie, żeby się go pozbyć, a następnie mówiła: „Naprawdę wyglądasz jak twoja mama!”.

Billie Holiday to pierwsza artystka, którą pamiętam. Ten niesamowity głos oraz słowa mojej babci, że przypominam jej zmarłą córkę. Naturalnie, bardzo za nią tęskniła, bo wpatrywała się we mnie niczym w ekran telewizora. Moja siostra nie przypomina mamy. Jest podobna do taty. Byłem zbyt młody, żeby to wszystko zrozumieć, ale to trochę tak, jakbym był zastępstwem za moją mamę. Byłem niczym jej duch.

***

Miałem najwyżej z pięć albo sześć lat, gdy po raz pierwszy doś­wiadczyłem ataku astmy. Moje pierwsze wspomnienie z tym związane to mój pradziadek Farmer trzymający mnie za rękę w domu przy Padstow Road 13, kiedy nie mogłem oddychać. Zawsze tak robił, gdy miałem atak, bo nie wiedział, jak jeszcze mógłby mi pomóc. Siedział ze mną w pokoiku na piętrze i trzymał moją dłoń, aż mi przeszło i mogłem usnąć. Swój pierwszy inhalator z ventolinem dostałem dopiero jako trzynasto–­czternastolatek. Wszystko przez to, że mieszkałem z pra­­­dziad­­­­kami, a tamto pokolenie nie wierzyło w szpitale i lekarzy. Wiecie, jak to teraz jest. Wszyscy biegną do szpitala z byle głupotą. Boli ich ząb i już jadą na izbę przyjęć. Wtedy było inaczej, przy­­­najmniej u nas w domu. Moja prababcia nigdy nie była u dentysty, a ponieważ nie zwykła jadać słodyczy, przez całe życie obyła się bez plomb. Na każdy ból czy chorobę był jeden sposób – przetrzymać.

Podobno problemy z oddychaniem pojawiły się u mnie dopiero po śmierci mamy i gdy w końcu trafiłem z nimi do lekarza, usłyszałem, że prawdopodobnie astma jest w moim przypadku następstwem traumy związanej z utratą mamy. Pewnego razu, gdy miałem z osiem lat, znowu trafił się atak – w tym samym domu. Siedziałem na betonowej podłodze. Był tam wtedy mój cioteczny dziadek Martin.

– Wiesz, czemu ma te ataki? – zagaił moją prababcię Magę.

– Nie, czemu?

– Bo to mieszaniec.

– Nie pleć – zbeształa go. – Nie mów tak przy nim.

Zapamiętałem te słowa. Najśmieszniejsze jest to, że Martin też nie jest biały: jego mama jest w połowie czarna, a jego tata jest biały, więc takie słowa w jego ustach brzmiały dziwnie. Nie sądzę, by wynikało to z jego złej woli, po prostu w tamtych czasach ludzie tak myśleli. Nie chciał być wredny. To mój wujek – kochał mnie! W naszej rodzinie mówimy sobie wszystko: nie ma żadnych granic.

Przy Padstow Road prowadziliśmy takie trochę cygańskie życie. Jedyna różnica była taka, że my nie wędrowaliśmy z całym taborem, więc w sumie doświadczałem najlepszych elementów obu tych światów.

Nocami polowałem z Farmerem i jego synem, moim ciotecznym dziadkiem Martinem, na króliki. Skradanie się nocą po polach było dla mnie ekscytujące, ale oczywiście zakradanie się na cudze pola nie było legalne, więc to niebezpieczne zajęcie, przy którym można było oberwać śrutem. Udawaliśmy się na łowy z siatkami i innym sprzętem. Żeby jakoś móc się poruszać, używało się małych lampek albo korzystało ze świateł samochodu, ale często trzeba było przedzierać się przez zarośla i rowy w całkowitych ciemnościach. Świetna zabawa, ale i spory strach. Zagrażali nam nie tylko właściciele ziemi ze strzelbami, lecz także byki. Jeden z farmerów miał na swojej ziemi znak: „Może i przebiegniesz przez pole w dziesięć minut, ale mój byk da radę w trzy!”. Sporo ryzykowaliśmy, ale bez ryzyka nie ma zabawy.

Cały sprzęt trzymaliśmy w domu pradziadków. Zrobione przez Magę długie sieci wisiały na ścianach. Na tyłach w klatkach trzymaliśmy fretki, które wpuszczaliśmy do króliczych nor. Fretki to jedne z moich ulubionych zwierząt. Jeśli jakaś złapie cię swoimi zębami, musisz poparzyć jej nos, żeby poluzowała uścisk. Po udanym nocnym polowaniu w całej kuchni wisiały króliki. Zjadaliśmy je. Króliki są smaczne! Zdarzały się też gołębie, ale głównie króliki. Steki były dla nas rzadkością. Żyliśmy z tego, co dała ziemia.

Nie wszyscy moi rówieśnicy z Knowle West mieli podobne doświadczenia. U mnie wynikało to z tego, że wychowywały mnie starsze pokolenia – stara szkoła: potrawka z królika, chleb ze smalcem i warzywa, które uprawialiśmy w ogródku, takie jak marchew, ziemniaki, fasola szparagowa czy pomidory. Nie­­przypadkowo na pradziadka mówili „Farmer”. Podkradali­śmy też jabłka z drzew. Tak naprawdę szukaliśmy różnych źródeł jedzenia, żeby przetrwać.

Podczas pogrzebu Farmera rozciągnięto jego sieci na króliki na samochodach w orszaku. Martin upił się i mu odbijało, więc babcia Violet zrobiła mu awanturę, tymczasem jego siostry, Olive i Maureen, pokłóciły się w samym karawanie. Sprzeczały się ostro tuż przy trumnie!

Jak wspomniałem, wujek Martin zajmował się polowaniem na króliki – wyglądał jak prawdziwy spec: charty, konie, wielkie buciory i strzelba. Po nocy na polowaniu wchodził do domu ze sznurem zawiązanym wokół spodni i królikami wiszącymi wokół jego szyi. Zawsze wracaliśmy z paroma – czasami z czterema czy pięcioma. Byłem wciąż bardzo młody, gdy nauczyłem się, jak je zabijać. Trzeba złapać takiego za szyję i pchać szczękę do góry, aż złamie się kręgosłup. To najszybsza śmierć. Martin potrafił oskórować i ugotować królika. Polowanie wymaga sporych umiejętności.

Gdy przez krótki czas mieszkałem w Totterdown, niedaleko domu znajdował się prawdziwy cygański obóz. Mój wujek Martin często się tam kręcił i pił z nimi. Miał tam wielu przyjaciół, podobnie jak mój pradziadek Farmer. Obaj mieli zresztą w sobie coś z ich stylu bycia.

Oprócz polowania na króliki mój pradziadek oraz cioteczni dziadkowie uprawiali boks na gołe pięści. Farmer walczył z cygańskim królem, a jego syn Arthur z synem króla. Nigdy nie byłem świadkiem żadnego z tych starć, ale w młodości widziałem wystarczająco dużo ulicznych bójek, knajpianych burd i innych takich. Wiem natomiast, że to nie tak, że ci goście uprawiający boks na gołe pięści są przez kogokolwiek sposób wykorzystywani. Oni to uwielbiają. Dorastali w takim klimacie. Robią to, bo tego chcą. Zawodowi bokserzy są często wykorzystywani przez wielkich promotorów, ale nie ci, którzy biją się na gołe pięści. Niektórzy z nich nawet nie walczą za pieniądze – wystarczy im to, że są uznani za najlepszych.

Moi wujkowie byli prawdziwymi gangsterami. Zajmowali się ochroną lokali, więc puby musiały im płacić za spokój. Sami też byli właścicielami klubów. Martin i Arthur – synowie Farmera i Magi – byli znani w całym Bristolu. Martina bali się wszyscy – włączając w to mojego tatę, zwłaszcza po groźbach, które rzucał zza murów Dartmoor. Gdy Martin przebywał akurat na wolności, zajmował się wymuszeniami. Przez jakiś czas był właścicielem klubu w Manchesterze, ale spalił go, żeby dostać kasę z ubezpieczenia. Odkąd pamiętam, miał mętne lewe oko – nie wiem, jak do tego doszło, ale pewnie miało to jakiś związek z przemocą.

Arthur był taki jak brat, tylko mniej szalony. Martin się nie certolił, Arthur był natomiast bardziej szczwany – cichy, ale tak samo groźny. Napieprzał się bez oporów, ale był przy tym diabelsko sprytny. Martin pociąłby z miejsca każdego, kto stanął mu na drodze – to ten rodzaj człowieka – natomiast Arthur dopadłby cię po cichu, uśmiechnął się, a dopiero potem by cię załatwił. Zupełnie różne osobowości, ale działali razem. Byli znani jako duet i działali jako duet.

Gdy nie wskakiwał w ciuchy, w których polował, Martin ubierał się elegancko, jak przystało na gangstera. W wieku 17 lat jako najmłodszy facet w historii wylądował w więzieniu Wormwood Scrubs. Ze względu na popełniane przez siebie przestępstwa często trafiał na pierwsze strony gazet. Raczej nie nazwałbym tych dwóch miejscowymi celebrytami. Ludzie śmiertelnie się ich bali, zwłaszcza Martina.

Ich siostrzeniec, mój wujek Tony, był grubą rybą w Manche­sterze. Nie stronił od przemocy. Przeniósł się z Knowle West na północ, gdy był jeszcze dzieciakiem, wraz ze swoją mamą, Violet, i siostrą, Maxine (czyli moimi babcią i mamą), ale gdy kobiety wróciły do Bristolu, piętnastoletni wówczas Tony został na północy, bo bardzo mu się tam podobało. Gdy byłem mały, jeździliśmy do niego na kilka tygodni w trakcie wakacji. Poza tym nasze jedyne wakacyjne wyjazdy to pobyt w ośrodku Butlin’s w Minehead, gdzie mieszkaliśmy w szóstkę w jednym domku. Nie byłem za granicą aż do czasu, gdy zacząłem się zajmować muzyką.

W połowie lat 90. poszedłem na obiad do jednego z lokali w okolicy zwanej Curry Mile w Manchesterze. Był ze mną gość, który przygotowywał dokument o mnie. Filmowaliśmy trochę w domu wujka Tony’ego, a później wszyscy poszliśmy coś zjeść. Gdy podano nasze jedzenie, przy stoliku pojawił się właściciel. Zobaczył wujka Tony’ego, spojrzał na nasze talerze i krzyknął coś w hindi do kelnera. Ten przyszedł, przykrył jedzenie serwetką i szybko odszedł z talerzami. Właściciel zwrócił się do wujka: „To dla zwykłych klientów, nie dla twojej rodziny, Tony!”. Najwyraźniej nie chciał go urazić albo wkurzyć.

Z wujkiem Tonym nie było żartów, ale i kobiety w naszej rodzinie potrafiły walczyć. Moja cioteczna babka, Maureen Godfrey, była znana w Manchsterze jako jedna z kobiet najlepiej walczących na ulicach. Jeśli wdała się w bójkę z inną kobietą, było już po tamtej! Moja mama też się biła. Kobiety w gangsterskich rodzinach są często twardsze od mężczyzn. Większość gangsterów to maminsynki – choćby bliźniacy Kray – a moi wujkowie zainteresowali się boksem właśnie dzięki swojej mamie. A osobą, która jako pierwsza wysłała mnie na trening bokserski, była moja ciotka Maureen.

Pewnego dnia byłem świadkiem, jak Maureen… dźgnęła nożem wujka Martina. Chyba nie przepadał za mężem Maureen i możliwe, że próbował wyciągnąć od niego pieniądze, więc zdarzało mu się wpadać i rozwalać różne rzeczy w domu. Któregoś dnia, gdy znowu się pojawił, ciotka Maureen otworzyła mu drzwi, przywitała go pieprzem prosto w oczy i dźgnęła go w brzuch.

Ciotka Maureen była zabawną osobą – przeurocza kobieta. Kiedyś wracałem do domu ze szkoły i mój kumpel powiedział: „Patrz na tę babkę!”. Leżała pijana przy budce telefonicznej, a obok butelka. Udawałem, że jej nie znam. Była zabawna, ale ludzie uważali ją za wariatkę, więc jej unikali. Miała bliznę, bo ktoś pociął ją nożem – tak przynajmniej mówił mi wujek Martin – ale nie pamiętam kto.

W takim świecie dorastałem. W młodym wieku często byłem świadkiem przemocy, stała się dla mnie czymś niemal powszednim. Gdy pytałem: „Gdzie jest wujek Martin?”, Maga odpowiadała: „A, znowu siedzi, ale przynajmniej wiem, gdzie jest”. Zamiast mówić: „Szkoda, że trafił do więzienia”, podchodziła do tego bardzo pragmatycznie. „No cóż, przynajmniej wiem, gdzie jest”. Takie było nastawienie mojej rodziny.

Wiedziałem o tym, w jakie kłopoty ładują się moi wujkowie. Czasami gdy gdzieś z nimi szedłem, dało się wyczuć, jak wielki wzbudzali respekt, ale gdy chodzi o twojego krewnego, nie odbierasz tego jako czegoś złego czy dobrego. Jeśli jesteś spokrewniony z Alem Capone, nie patrzysz na niego tak, jak inni ludzie. To po prostu członek rodziny.

***

Myślę, że mój tata miał naprawdę gówniane życie. Dorastał na Jamajce. Jego ojciec go opuścił i potem tata w zasadzie ciągle za nim podążał. Jego ojciec chyba nie czuł się dobrze w roli rodzica. Wolał zajmować się swoimi sprawami. W takiej sytuacji to nie ty główkujesz, gdzie jest twój dzieciak, ale to dzieciak stara się odnaleźć ciebie. Dziadek przeniósł się do Anglii i gdyby tata za nim nie podążył i go nie namierzył, pewnie nie mieliby żadnego kontaktu. To nie był typ, który patrzyłby wstecz i myślał sobie: „Ojej, jak mogłem zostawić Roya!”.

Mój tata też nie był świętoszkiem. Przewodził ekipie grającej w domino, przejęli sound system dziadka, ale potem, gdy wujek Martin zagroził, że go zabije, tata musiał trzymać się ode mnie z daleka.

Na chwilę przekażę mu głos, bo wie o moim pochodzeniu rzeczy, których ja nie pamiętam albo pamiętać nie mogę, jako że wydarzyły się, zanim się pojawiłem.

ROY THAWS: Pochodzę z Jamajki, z miejsca zwanego Saint Cathe­rine, niedaleko Spanish Town. Wówczas to była wiejska okolica, niespecjalnie niebezpieczna. Urodziłem się w 1943 roku. Gdy byłem mały, rodzice pracowali w Kingston, więc mieszkałem z dziadkami.

Wychowywano mnie w wierze chrześcijańskiej i uczęszczałem do przykościelnej szkoły. Gdy byłem nastolatkiem, moja szkoła była daleko – zbyt daleko! – i rzadko do niej zaglądałem, więc gdy miałem jakieś 15 lat, zamieszkałem z rodzicami w Kingston – w Greenwich Town, tuż przy morzu, naprzeciwko lotniska, od którego oddzielała nas zatoka. Kingston było moim domem przez cztery czy pięć lat. Mama sprzątała i zajmowała się różnymi dorywczymi pracami, a tata pracował w rafinerii cukru na nabrzeżu.

Wiele osób na Jamajce żyło w bardzo trudnych warunkach. Widziałem to, ale, dzięki Bogu, sam tego nie doświadczyłem. W naszym domu zawsze było światło, prąd, woda i wszystko, czego potrzeba. Mam dobre wspomnienia z Jamajki, ale życie tam nie było łatwe. Pracowałem w kamieniołomach, żeby trochę zarobić. Byłem niezależny od dnia narodzin.

Najpierw do Anglii wyjechał mój brat, potem – ojciec, bratanica, a wreszcie w 1962 roku ja. Robota w kamieniołomie była naprawdę trudna. Rozwalałem kamienie ciężkim sprzętem. Brat powiedział: „Tam jest naprawdę dobrze”, więc marzyłem o tym, żeby do niego dołączyć.

Przypłynąłem statkiem, zapłaciłem za to sto funtów. Mój brat Rupert przysłał mi na to pieniądze, bo mieszkał już w Anglii od dwóch czy trzech lat. Podróż trwała trzy tygodnie. Nie wziąłem ze sobą nic poza ubraniami. Tłoczyliśmy się w czterech w małej kabinie z łóżkami piętrowymi. Płynęły z nami setki ludzi, niektórzy potajemnie. Ukrywali się w łodziach ratunkowych, z których wychodzili dopiero w nocy.

Początkowo zatrzymałem się w Wolverhampton, bo tam mie­szkali mój brat i tata, ale nie podobało mi się. Po przybyciu często płakałem, że chcę wracać do domu. „Za zimno!”. Szybko się do tego jednak przyzwyczaiłem, a po dwóch czy trzech miesią­cach przeniosłem się do Bristolu. Tata był tam już wcześ­niej, więc poszedłem w jego ślady, a brat poszedł w moje. Pokocha­­łem Bristol od pierwszej chwili. Życie od razu stało się lepsze. Chodziłem na mnóstwo fajnych imprez i dobrze się bawiłem. Nigdy nie pakowałem się w tarapaty.

Mieszkałem w Hartcliffe. Dla czarnych nie była to niebezpiecz­­na dzielnica i – szczerze mówiąc – nigdy nie miałem problemów związanych z rasizmem. W ogóle nie miałem na to czasu. Praco­wałem, żeby mieć co jeść. Nim poznałem Maxine, miałem dwój­­kę dzieci z inną kobietą – Kevina i Juliana – więc pracowa­­­­łem sporo, od szóstej rano do osiemnastej, w piekarni w Kings­wood, na północ od Bristolu. Musiałem wstawać codziennie o piątej, czasami pracowałem też na nocną zmianę, od osiemnastej do szóstej. Było bardzo ciężko, ale się zawziąłem i dałem radę.

Zazwyczaj robiłem od niedzieli rano do soboty rano, a potem wracałem do pracy w niedzielę. Dobrze zarabiałem. Część pieniędzy wysyłałem na Jamajkę do mamy, ale poza nią cała moja rodzina była już tu. Przez jakiś czas mieszkaliśmy razem z ojcem i bratem w St Paul’s. W każdą sobotę wieczorem wychodziliśmy na imprezy. Zdarzało się, że prosto z niej szedłem do pracy – nawet nie zmieniałem ciuchów!

Gdy mój ojciec przybył do Anglii, stworzył sound system. Na Jamajce nigdy się tym nie zajmował. Grał reggae z lat 60. – ska, rocksteady czy wczesne nagrania Boba Marleya. Miał płyty importowane prosto z Kingston. Pisał do kumpla mieszkającego tam, a ten wysyłał mu nagrania, o które tata prosił – najnowsze wydawnictwa z Jamajki, których nikt tu jeszcze nie miał. Dlatego to, co robił, było takie dobre. Jeździliśmy po całej Anglii. Każdy chciał usłyszeć, co ma do zaoferowania „Tarzan di High Priest”!

Tata sam nigdy nie puszczał płyt ani nie stawał przy mikrofonie. Zawsze robił to za niego ktoś inny. Mój brat Rupert często zajmował się didżejką, ja też czasami grywałem w sobotnie wieczory, ale nie byłem w tym zbyt dobry, no i musiałem pracować.

Mimo wszystko sporo jeździliśmy razem. Grywaliśmy w Bam­­­boo Club w St Paul’s, gdzie pojawiały się sound systemy z Londy­nu. To był świetny klub! Swój sound system miał też jeden koleś z Bath, więc jeździliśmy tam, żeby się z nim zmierzyć. Bywa­­liśmy w różnych miejscach – w Manchesterze, Liverpoolu, Lon­­dynie czy Cardiff – to była cała sieć rozrzucona po Wielkiej Bry­­tanii. Braliśmy udział w wielu potyczkach sound systemów.

Maxine poznałem na imprezie przy Albany Road w St Paul’s. Natychmiast między nami zaiskrzyło i zaczęliśmy się umawiać. Po prostu dobrze było nam razem. Była energiczną, bardzo miłą dziewczyną, ale nie zdradzała wiele o sobie. Nie miałem za dużo okazji, żebyśmy spędzali ze sobą więcej czasu, bo ciągle pracowałem i miałem tylko wolne soboty.

Rodzina Maxine od dawna mieszkała w Bristolu, w Knowle West, czyli bardzo białej okolicy. Przez jakiś czas, gdy urodził się Adrian, mieszkaliśmy tam razem, ale ciągle miała te ataki. Ataki, ataki, ataki, cały czas. Nic nie mogłem na to poradzić. Mówiła, że chce, by nasza rodzina była razem, nasza trójka, ale przez cały czas miała te ataki i nic nie można było z tym zrobić. Gdy urodziła się nam Leanna, Adrian zamieszkał ze swoją babką Violet.

Czasami byłem akurat przy Maxine, gdy dostawała jednego z tych ataków, musiałem ją przytrzymywać i wkładać palce w jej usta, żeby nie udławiła się własnym językiem. Uwielbiała chodzić na zabawy taneczne, ale po jakimś czasie zaniechała tego, bo za każdym razem, gdy się napiła, miała kolejny atak i już nie chciała więcej wychodzić.

Każdego dnia ją wspominam. Była dobrą matką. Myślała, opo­­­wiadała ciekawe historie. Zabiła się, bo chciała zajmować się dziećmi, ale uznała, że nie jest w stanie.

Któregoś wieczora wróciłem do domu i znalazłem ją martwą. To było straszne przeżycie, ten widok. Nigdy tego nie zapomnę. Adrian był u swojej babki, ale w domu była Leanna – miała wtedy dwa lata i przez cały dzień nic nie jadła. Gdy wszedłem, zobaczyłem ją leżącą na martwej Maxine. Leanna podbiegła do mnie i mocno mnie chwyciła, a ja dostrzegłem tabletki leżące obok Maxine oraz jej list.

Nakarmiłem Leannę, a następnie pobiegłem z nią do Marlow. Wszyscy zaczęli płakać. Maxine napisała ten list, bo wiedziała, że jej rodzice i krewni będą się mnie czepiali i uznają, że coś jej zrobiłem. Zaznaczyła: „Roy nie ma z tym nic wspólnego”.

Nie byłem świadom, że już wcześniej próbowała się zabić. Jej matka, Violet, wiedziała i gdyby mi to powiedziała i podkreśliła: „Pilnuj jej, bo inaczej się zabije”, pewnie wciąż by żyła. Zostawiłbym jej dwie tabletki i schował resztę – ale jej matka nigdy nic mi nie zdradziła. Dopiero gdy zawiadomiliśmy policję, która zaczęła mnie maglować, powiedziała: „Nie, nie miał z tym nic wspólnego; już wcześniej tego próbowała”.

Maxine napisała długi list do rodziny. Prosiła, żeby powstrzymali Martina, który miał ze mną jakiś problem. Wszyscy wie­dzieli, że Martin to bandzior. Wszyscy w St Paul’s się go bali, dlatego napisała ten list. Chciała, żeby przekazali mu: Roy nie miał z tym nic wspólnego i powinien dać mu spokój. Dałem ten list Marlow. Gdyby Maxine go nie napisała, zapewne winiliby mnie – i dzisiaj bym nie żył.

Mimo wszystko Martin nie krył się z tym, że mnie szuka i że zrobi mi krzywdę. Wiedziałem, że chce mnie dopaść, więc musiałem trzymać się z dala i od niego, i od dzieci. Może nie widział listu od Maxine. Nie chciałem, żeby mnie albo komukolwiek innemu coś się stało. Nie wyniosłem się daleko i nigdy nie wyprowadziłem się z Bristolu. Nie chciałem znać żadnych innych miast. Po prostu opuściłem Hartcliffe i znalazłem sobie coś w St Paul’s.

Potem dalej pracowałem, żeby utrzymywać dom. Czasami myślę sobie, że pracowałem zbyt wiele i powinienem był rzucić robotę w piekarni. Wszystkie moje dzieciaki powiedzą prawdę: Adrian i Leanna to jedyne moje dzieci, które nic ode mnie nie dostały. Przy całej reszcie robiłem, co mogłem. W końcu Adrian zaczął dzwonić i mogliśmy pogadać, czasami do mnie zaglądał, i bardzo się z tego cieszę. Zawsze myślałem sobie: „Jak będą duże, będą wiedziały, gdzie mnie znaleźć”. I tak to się właśnie ułożyło. Życie moje i Adriana jest nierozerwalnie związane. Jest członkiem rodziny. I nigdy nie zapomnę Maxine.

TRICKY: Z tatą zacząłem się widywać dopiero, gdy miałem z 12 lat. Z jakiegoś powodu w tamtym okresie lubiłem przesiadywać na schodach domu ciotki Marlow i przeglądać książkę telefoniczną. Któregoś dnia znalazłem w niej kogoś o moim nazwisku, więc spytałem: „Kto to?”. Odpowiedziała: „To twój tata – zadzwoń do niego!”.

No to zadzwoniłem. Odebrała jego żona, Christine.

– Halo, jest Roy? – spytałem.

– Nie, w tej chwili go nie ma – odpowiedziała Christine. – Kto mówi?

– Jego syn – oznajmiłem wprost.

– Przekażę mu, że dzwoniłeś.

Wtedy zaczęliśmy się widywać. Po raz pierwszy poszedłem do jego domu w tajemnicy przed wujkiem Martinem. Z perspektywy czasu zdaję sobie sprawę, że mój tata też jest dość gwałtownym człowiekiem. Miałem z 12 czy 13 lat, gdy któregoś dnia zabrał mnie na rynek w Eastville. Gdy parkował, pokłócił się z kimś o miejsce. Doszło do głośnej wymiany zdań i w pewnym momencie tata wyciągnął nóż sprężynowy. Rzucił z tym swoim jamajskim akcentem: „Mam cię pociąć?”. Ten drugi odpuścił. Gdyby tego nie zrobił, tata poczęstowałby go nożem, nie mam żadnych wątpliwości.

Z pozoru jest bardzo łagodny, ale to się zmienia, gdy się wkurzy. Nie był taki jak mój wujek Martin, ale w tamtym czasie z pewnością potrafiłby zrobić komuś krzywdę. W późniejszych latach, gdy stał się starszym gościem, czasami opowiadał mi o tym czy tamtym, pewnie dlatego, że i Martin już mu nie zagraża – nie jest taki, jak kiedyś.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

------------------------------------------------------------------------

1.

1 W 2020 roku, w czasie protestów związanych z ruchem Black Lives Matter, obalono pomnik Colstona w Bristolu i wrzucono go do wód w porcie. Wkrótce nazwę sali koncertowej zmieniono na Bristol Beacon. Usunięto także jego nazwisko z nazw wielu innych miejsc rozsianych po mieście .
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij