-
nowość
-
promocja
Piękne wygnanie - ebook
Piękne wygnanie - ebook
Powinnam była wiedzieć, że Lincoln Pierce zwiastuje same kłopoty. I to już od chwili, gdy przyłożyłam mu nóż do gardła.
Większość mojego życia ukrywam się w miasteczku i mam nadzieję, że nikt nie odkryje, kim tak naprawdę jestem. Nie mogę pozwolić, by ktokolwiek poznał prawdziwą mnie do czasu, gdy na posesję moją i brata wprowadza się jego najlepszy przyjaciel.
Teraz muszę unikać wścibskiego miliardera, jego pytań i przenikliwych spojrzeń. Dodatkowo przy naszym pierwszym spotkaniu prawie go zabiłam.
Kiedy jednak kłamstwa zaczynają być demaskowane, a człowiek, który mnie poszukuje, powrócił, to właśnie Linc wkracza do akcji, by mnie ochronić.
Nie tylko ja jestem w niebezpieczeństwie. Moje serce również. Wystarczy jeden dotyk Pierce’a, a ja tracę zmysły. To mężczyzna, który uświadamia mi, że czas w końcu naprawdę zacząć żyć.
Rzecz w tym, że nie tylko ja mam sekrety. Linc też je ma. Gdy demony przeszłości wychodzą z mroku, mają tylko jeden cel – chcą zakończyć to nowe życie, które wspólnie z Lincem budujemy. Chcą zakończyć je na dobre.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.
Opis pochodzi od Wydawcy.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8418-945-0 |
| Rozmiar pliku: | 2,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wiek: 11 lat
Tata wyciągnął kartę ze stosiku i przyjrzał się jej niczym archeolog próbujący określić, czy to prawdziwy starożytny artefakt, czy może tylko podróbka. Wymieniłyśmy z mamą spojrzenia i każda z nas oceniała stan rozgrywki. Tata wsunął kartę do kart ułożonych w dłoni, a potem sięgnął po kolejną, ale w ostatniej chwili się zatrzymał.
Spojrzał w górę, zerknął najpierw na mamę, a potem na mnie. Jego ciemnobrązowe włosy były odrobinę zmierzwione, nie idealnie ułożone i zaczesane do tyłu tak, jak każdego dnia, kiedy to wychodził do sądu. Do tego włożył dzisiaj dżinsy i koszulkę polo zamiast eleganckiego garnituru. Najbardziej uwielbiałam ten psotny błysk w jego zielonych oczach – ten rodzaj światła, który sugerował, że coś knuł i czerpał z tego absolutną przyjemność. Ostatnimi czasy rzadko kiedy to w nim zauważałam. Zajmował się prowadzeniem jednej sprawy za drugą, do tego był niewyobrażalnie zestresowany. I może właśnie to, że nieczęsto dostrzegałam ten błysk w oku, powodowało, że jego widok teraz tym bardziej mi się podobał.
Tata podniósł kartę. Poruszał nią chwilę, a potem położył ją, ale odwróconą tak, żebyśmy jej nie widziały.
– Gin¹.
– Oszukuje – orzekła oskarżycielsko mama, ale w jej głosie słychać było wyłącznie rozbawienie. Patrzyła na tatę z miłością.
– Nieprawda – odparował jej, prostując się i udając oburzenie. Położył dłoń tak, żebyśmy wszystko zobaczyły.
Pokonał nas. Trzy asy. Trzy dziewiątki. I czterokartowy strit kier.
Opadłam ciężko na duży skórzany fotel i wyrzuciłam swoje karty przed siebie na stolik kawowy.
– Zdecydowanie oszukuje. To trzecia wygrana z rzędu.
Tata zaśmiał się i zebrał karty, by je przetasować.
– Może teraz mnie pokonasz.
– Ty przynajmniej raz wygrałaś – zwróciła się do mnie mama. – Ja nie wygrałam wcale.
– Zawsze możemy przerzucić się na Scrabble. Wtedy skopałabyś nam wszystkim tyłki… – Przerwałam na widok spojrzenia mamy i zaraz się poprawiłam: – W sensie cztery litery.
Ostrzegawczy wzrok mamy stał się łagodniejszy. Wokół jej oczu zauważyć można było odrobinę rozbawienia.
– Upiekło ci się. Zgadzam się na Scrabble po tym rozdaniu.
Tak to zawsze wyglądało. Najpierw graliśmy w remika i tata wygrywał. A potem w Scrabble i wtedy to mama pokonywała naszą dwójkę. Nie było też co się dziwić, że była w tę grę taka dobra, w końcu spędzała wiele czasu przy książkach. Wydawało się, że każdy, kto mieszkał po naszej stronie przedmieść Bostonu, udzielał się w fundacjach lub w organizacjach charytatywnych. Mama zajmowała się biblioteką.
To było jej ulubione miejsce do spędzania czasu. Tak jak ta nasza domowa biblioteczka była jej ulubionym pomieszczeniem w domu. I właśnie dlatego zawsze urządzaliśmy wieczory gier w tym miejscu. Dla mnie było tu zbyt ponuro – wokół tylko panele z ciemnego drewna na ścianach oraz regały na książki od podłogi aż po sufit. Przynajmniej w ciągu dnia do środka wpadały promienie słoneczne od strony ogrodu oraz otaczającego nas lasu i oświetlały tę przestrzeń. Ale w nocy? Było tu wręcz przytłaczająco, jakby ściany i książki napierały na mnie.
– A może… Jeśli wygram w kolejnym rozdaniu, będę mogła pójść zadzwonić do Claire? – zapytałam z nadzieją.
Mama posłała mi spojrzenie, które zdradzało, że miałam na to nikłe, bliskie zera szanse.
– Sheridan, mamy wieczór rodzinny. Daj swojej matce wygrać.
Tata się roześmiał.
– Ona ma już jedenaście lat. Stajemy się dla niej obciachem.
– Nawet mi o tym nie przypominaj – odpowiedziała mama, jednocześnie pociągając nosem w przesadnie dramatyczny sposób. – Jeszcze chwila, a będziemy ją odwozić do college’u. Nawet się nie obejrzymy i już będzie studiować.
Przewróciłam oczami i podciągnęłam kolana pod klatkę piersiową.
– Wydaje mi się, że przez jakiś czas jesteście bezpieczni. Najpierw muszę przeżyć podstawówkę i liceum.
Odezwał się telefon. Tata drgnął i wyciągnął urządzenie z kieszeni. Mama posłała mu spojrzenie, które mnie zatrzymałoby w pół ruchu, ale tata po prostu odebrał:
– Cześć, Nolan. – Zrobił pauzę. – Jasne, mam to tutaj. – Znowu cisza. – Daj mi je wyciągnąć. Oddzwonię do ciebie. – Tata odsunął telefon od ucha i wstał.
– Robbie – odezwała się mama. Jej głos był jednocześnie łagodny i ostry. – To wieczór rodzinny. Obiecałeś. – Jej szarofioletowe oczy, których barwę po niej odziedziczyłam, spojrzały na tatę prosząco.
– Nolan potrzebuje tylko informacji na temat jednej sprawy. Zajmie mi to pięć minut.
Ale takie rozmowy telefoniczne nigdy nie trwały pięć minut. Tata zaszywał się w swoim gabinecie na parę godzin, kiedy ktoś do niego dzwonił lub go odwiedzał. Rozumiałam to. Uwielbiał bycie sędzią i traktował swoją pracę poważnie. A spotkania i praca do późnych godzin pochłaniały coraz więcej jego czasu.
– Pięć minut – wymruczała mama i odrzuciła swoje blond włosy sprzed twarzy.
– Blythe – odparł tata ostrzej niż zwykle – nie zaczynaj. – Po czym wyszedł z biblioteki.
Mogłam sobie wyobrazić, jaką drogę obrał. Przeszedł korytarzem, a następnie po schodach i zatrzymał się w swoim gabinecie, gdzie znajdował się potężny kominek i jeszcze więcej ciemnego drewna. Gdy pewnego dnia będę miała swój dom, zadbam o to, by był pełen okien i światła – żadnych zagraconych pokoi, drewnianych paneli i tapet.
Zerknęłam na mamę. Siedziała w skórzanym fotelu, takim samym jak mój. Wpatrywała się w miejsce na sofie, które dopiero co zajmował tata. Patrzyła tak, jakby mebel mógł udzielić jej odpowiedzi, których potrzebowała.
Spuściłam spojrzenie na swoje dżinsy i owinęłam jedną ze snujących się nitek dookoła palca. Mama nienawidziła tych spodni. Nie mogła znieść, że uparłam się na parę z przetarciami i dziurami. Pociągnęłam za nitkę mocniej, aż niemal odcięłam dopływ krwi do palca wskazującego.
– Czy ty i tata się rozwiedziecie?
Zerknęłam w górę, bo chciałam ujrzeć jej reakcję. Nieźle mi wychodziło odczytywanie tego, czy kłamała. Gdy to robiła, jej usta układały się w kreskę, okalały je też niewielkie zmarszczki.
W oczach mamy rozbłysło zdziwienie.
– Nie, oczywiście, że nie. Dlaczego w ogóle tak pomyślałaś?
Pociągnęłam za nitkę jeszcze mocniej.
– Ostatnio dużo się kłócicie. I tata rzadko kiedy bywa w domu.
Mama westchnęła. Pochyliła się do przodu i złapała mnie za dłoń. W szybkich ruchach odwinęła nitkę z mojego palca i potarła go, by przywrócić w nim krążenie.
– Ostatnimi czasy ma dużo na głowie, ale stara się to poukładać, żeby częściej bywać w domu.
Pokiwałam głową, chociaż nie byłam w pełni przekonana do tego, co usłyszałam.
– Wszystko z tobą dobrze?
Twarz mamy zmieniła wyraz. Jej mina stała się czulsza.
– Moja kochana. – Pocałowała mnie w skroń. – Wszystko ze mną w porządku.
Wiedziałam, że kłamała. Nie była sobą. Dzisiaj po raz pierwszy od dawna pojawił się przebłysk tego, jak kiedyś wyglądało nasze życie. Może chodziło o to, że wierzyła, iż powrócimy do starego ładu, do tego, co jeszcze niedawno było dla nas normalne.
Nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak to jest mieć taki staż związku jak mama z tatą. Poznali się na pierwszym roku studiów na Uniwersytecie Yale. Od tamtej pory byli razem. Gdy tata ukończył prawo, oświadczył się mamie. Przez tyle lat wspólnego życia musiały pojawiać się lepsze i gorsze chwile. Problem w tym, że wielu moich znajomych miało rodziców, którzy uznali, że te gorsze chwile są wystarczającym powodem, by się rozstać.
Dzwonek u drzwi rozbrzmiał, a jego trzytonowe echo poniosło się po naszym starym domu. Zamarłam. Jeśli to kolejny kolega taty postanowił wpaść bez zapowiedzi i przerwać nasz rodzinny wieczór, wiedziałam, że mama nieźle by się na niego wkurzyła.
Mama ścisnęła mi dłoń.
– Sheridan, wszystko jest w porządku. Obiecuję. Nic się nie zmieni.
Boże, tak bardzo chciałam jej wierzyć.
Dobiegł nas stłumiony głos taty z dołu. Było w tym jednak coś nieznajomego. Zaraz nastąpiło trzaśnięcie oraz huk, jakby ktoś odpalił sztuczne ognie. Wątpliwe, by tata odpalał fajerwerki we foyer pełnym drogich dzieł sztuki.
Próbowałam zrozumieć, co się dzieje, a jednocześnie widziałam, jak mama staje się nienaturalnie blada. Od zawsze byłam trochę podobna do niej i trochę do taty. Miałam ciemnobrązowe włosy ojca i skórę tylko odrobinę bardziej opaloną niż jego. Jednak oczy miałam takie jak mama, szarofiołkowe, choć potrafiły przybierać ciemniejszą barwę, kiedy byłam zła lub smutna.
Skóra mamy była niczym jedwab w kolorze kości słoniowej. Zawsze musiała nakładać z tego powodu krem przeciwsłoneczny. Lecz w tej chwili jej cera stała się szara. Rozległ się kolejny huk fajerwerków, na co mama skoczyła na równe nogi i pobiegła do wkomponowanego w kąt biblioteki telefonu. Uniosła słuchawkę i już naciskała przyciski na klawiaturze numerycznej, gdy nagle znieruchomiała.
– Nie działa. – Poklepała się po kieszeni i przeklęła. Usłyszałam z jej ust słowo, którego nigdy nie używała. – Zostawiłam komórkę w kuchni… – Zamilkła i zastygła w miejscu. Mijały sekundy, a ona wciąż stała nieruchomo. W końcu drgnęła, przebiegła przez pokój, złapała mnie za rękę i uniosła jednym gwałtownym ruchem.
– Co…
Zatkała mi usta dłonią, by stłumić moje pytanie. Uniosła palec wskazujący drugiej dłoni do ust, uciszając mnie. Panika wezbrała we mnie natychmiast, czułam, jak rozlewa się po mięśniach, jak jakiś rodzaj nieznanej energii.
Mama chwyciła mnie ponownie za rękę i wybiegłyśmy na korytarz. Słyszałam głosy, dochodziły z parteru. Zaraz usłyszałam też kroki.
– Gdzie one są, do cholery? – warknął ktoś.
Palce mamy zadrżały zaciśnięte na mojej talii.
– Za dużo mu płaciłeś. Ten dom jest za wielki – odezwał się ktoś inny. W tym głosie dało się słyszeć odrobinę rozbawienia.
– Cóż, nie będę już musiał więcej mu płacić, no nie? – odpowiedział ten pierwszy.
Mama pospiesznie przeszła korytarzem, a potem nagle zatrzymała się przy jednym z paneli. Przesunęła palcami po łączeniu, aż znalazła miejsce, którego szukała. Nacisnęła na drewno, a wtedy panel się uchylił.
W tym domu pełno było takich kryjówek, sekretnych szafek, a nawet winda kuchenna. Dzięki temu zabawa w chowanego była niesamowicie ekscytująca. Ale w tym momencie nie chodziło o zabawę. Działo się coś złego.
Mama wepchnęła mnie do ukrytej komórki. Znajdowała się tam miotła oraz inne artykuły do sprzątania, których używała nasza gosposia. Miejsce było tak płytkie, że nie byłam pewna, czy uda się jej zamknąć panel ze mną w środku. Przytrzymałam ją za rękę.
– Mamo, co ty…
– Zostań tu. Nieważne, co usłyszysz, nie wychodź. Rozumiesz mnie?
– Mamo…
Objęła mnie i mocno przytuliła.
– Kocham cię całym sercem.
Uczepiłam się jej swetra, gniotąc w pięściach delikatny kaszmir.
– Wejdź tu ze mną.
Mama ściągnęła z siebie moje palce i pokręciła przecząco głową.
– Nie mogę.
Usłyszałyśmy kroki na schodach.
– Mamo – wychrypiałam.
– Cicho. – Szybko zamknęła panel.
W środku było tak mało miejsca, że miałam wrażenie, jakbym nie mogła w pełni zaczerpnąć oddechu. Nie pachniało tu jak w reszcie domu, mój nos wypełniała mieszanka kurzu i ostrych środków czystości. Było tu też niemal całkowicie ciemno. Do wnętrza docierała jedynie niewielka smuga światła wpadająca przez łączenie drewna.
– Blythe. – Głos powitał moją mamę. Pobrzmiewała w nim łagodność równie fałszywa, jak te zmarszczki dookoła ust mojej mamy, które zdradzały ją, gdy kłamała.
Przycisnęłam twarz do drewna. Próbowałam coś dojrzeć, ale widziałam jedynie skrawek korytarza tuż przed panelem, zabytkowy dywan wyściełający błyszczące drewniane podłogi i olejny obraz wiszący naprzeciwko mnie.
Wpatrywałam się w ślady pędzla na płótnie i czekałam. Niektóre pociągnięcia wykonane przez artystę wydawały się ostre, zrobione z siłą, inne były za to spokojne i delikatne. Nigdy wcześniej tego nie zauważyłam, chociaż mijałam ten obraz każdego dnia przez całe moje życie.
– Co ty tutaj robisz? – Mama próbowała mówić spokojnie, ale w jej głosie słychać było lekkie przerażenie. – Gdzie jest Robert?
Usłyszałam cmoknięcie.
– No, Blythe, nie zgrywaj idiotki. To do ciebie nie pasuje.
Mama zamilkła na chwilę, a potem znowu się odezwała:
– Czego chcesz? Co tylko powiesz, z chęcią ci to dam.
– Bardzo się cieszę z twojej propozycji, ale ja chciałem, żeby twój mąż zrobił to, co mu kazano. Zamiast tego próbował nie dotrzymać swoich obietnic. A ja, Blythe, nie lubię, kiedy ludzie wycofują się z danego mi słowa.
Słyszałam oddech mojej mamy – krótkie, urywane dyszenie, oddalone ode mnie tylko o parę kroków. Była tak blisko, na wyciągnięcie ręki. Najchętniej ścisnęłabym jej dłoń w ten nasz sekretny sposób, którym bez słów mówiłyśmy sobie nawzajem „kocham cię”. Ale nie mogłam tego zrobić, nie w tej chwili. Miałam wrażenie, jakby oddzielała nas cała otchłań oceanu.
– Dopilnuję, żebyś dostał to, co ci zabrał. Jeśli przejdziemy do komputera, będę mogła zrobić transfer.
– Blythe – odezwał się głos przesadnie miękko. – Jakże miło z twojej strony, naprawdę. Zawsze miałaś więcej klasy niż twoja druga połówka.
Mówił o moich rodzicach tak, jakby ich znał, jednak w ogóle nie brzmiał znajomo. Próbowałam sobie przypomnieć, czyj to głos, rozpoznać cokolwiek, co pomogłoby mi go nazwać, przypomnieć sobie jego twarz, lecz nie znalazłam w myślach niczego.
– Proszę – odezwała się błagalnie mama. – Nie krzywdź nas. Mamy córkę.
Usłyszałam kilka stłumionych kroków. Mężczyzna stąpał po dywanie.
– A gdzie teraz znajduje się ta córka?
Zaczęłam się trząść. Jakbym właśnie została porażona prądem i odczuwała teraz szok.
– Jest na nocowance. Z koleżankami ze szkoły – odpowiedziała mama. Jej głos drżał niczym moje ciało.
Nikt nie odzywał się przez minutę lub dwie.
– Nie okłamałabyś mnie, Blythe, prawda? Nie mogę zdzierżyć kłamców.
Po policzkach płynęły mi łzy. Złapałam znów za luźną nitkę wystającą z moich dżinsów. Owinęłam ją sobie tak mocno dookoła palca, aż poczułam, że przecięłam skórę.
– Nie kłamię – wyszeptała mama.
Mężczyzna zamruczał, a potem przesunął się jakiś cień. Przycisnęłam mocniej twarz do drewna, próbując lepiej widzieć, co się działo. Dostrzegłam czubek jednego buta. Nie mogłam oderwać od niego wzroku.
Skóra była ciemna, brązowa, starannie wyprawiona, z misternym szwem biegnącym wzdłuż krawędzi. Haftowana nitka układała się w tarczę z wizerunkiem lwa. Powyżej widniały łacińskie słowa, lecz nie byłam w stanie ich odczytać.
– Wiesz co? Wierzę ci – zawyrokował mężczyzna. – Od zawsze cieszyłaś się większym szacunkiem niż Robbie. Ale niestety, teraz jest już za późno. Twój mąż był mi winien dług krwi. Ten został spłacony. A przez jego zdradę ty również będziesz musiała zapłacić.
But zniknął z pola widzenia. A potem znów rozległ się dźwięk przypominający huk petardy. Tylko tym razem wiedziałam, że to nie były fajerwerki, lecz coś o wiele gorszego.
Zobaczyłam, że mama podskoczyła, zniknęła mi na chwilę z oczu, a potem zatoczyła się i znów się pojawiła. Trzymała się za klatkę piersiową. Po chwili opadła na podłogę. Jej fioletowy kaszmirowy sweter zaczął przesiąkać krwią. Ten sweter, który był taki miły w dotyku pod moimi palcami.
Przed oczami pojawiły mi się czarne plamy. Oddychaj. Musiałam oddychać.
Zaciągałam się łapczywie krótkimi wdechami. Tylko tyle mogłam zrobić.
Szarofioletowe oczy mamy, nasze oczy, rozszerzyły się, a potem zamarły. Powieki znieruchomiały. Dłonie opadły bezwładnie na zabytkowy dywan, ten sam, przed którym zawsze mnie przestrzegała, żebym uważała i niczego na niego nie rozlała.
Tylko że teraz to ona go brudziła. Jej życie wsiąkało w ciemny splot tkaniny.
Nad ciałem znów przesunął się cień. Potem w zasięgu mojego wzroku pojawił się człowiek. Wyglądał jak ktoś, kto był stąd. Jak ktoś, kto mieszkał w jednej z posiadłości kawałek od nas. Jak ktoś, kogo widywaliśmy w klubie lub w kościele. Miał na sobie spodnie khaki oraz koszulę. Jego jasnobrązowe włosy były odrobinę potargane i nieułożone.
Jedna rzecz od razu rzucała się w oczy: założył czarne rękawiczki. W dłoni bliżej mnie trzymał broń.
Cała się trzęsłam. Czułam, że coś mokrego spływa mi po nogach, przesiąka przez dżinsy.
– Sprawdź ją – odezwał się drugi głos. Ten, który drwił z mojej matki. Ten, który rozkazał, by przelać jej krew. Ten, którego właściciel miał lwa i łacińską sentencję na bucie.
Facet przede mną przykucnął ostrożnie, by nie wdepnąć w kałużę krwi mojej mamy. Przycisnął dwa palce do jej szyi, a potem odwrócił się i spojrzał na mężczyznę, którego nie mogłam dojrzeć.
– Nie żyje.
Kolana się pode mną ugięły. Nie żyje. Moja mama. Czarne plamy znów zaczęły migotać mi przed oczami, tym razem niemal całkowicie mnie pochłaniając.
– Krzyż na drogę – rzucił drugi mężczyzna. – Przeszukaj każdy pokój w tym domu. Chcę być pewien, że ten bachor naprawdę jest na nocowance. Jeśli ją znajdziesz, od razu ją zabij. – Głos oddalał się wraz z mężczyzną, który zdecydowanym krokiem szedł po korytarzu. Słowa, które wypowiedział, odzywały się echem w moich uszach.
Nocowanka… Historia wymyślona przez mamę była moim ratunkiem. Skłamała, że mnie tu nie było.
Tylko że teraz nie było jej. Ani taty.
Poczułam pieczenie w klatce piersiowej. Nie byłam w stanie ustać. Osunęłam się na podłogę, wyginając ciało tak, by zmieścić się w tej małej przestrzeni.
Jedyne, czego chciałam, to przestać istnieć. Tak jak moi rodzice.ROZDZIAŁ 1
Arden
Teraźniejszość
Wpatrywałam się w obraz z narastającą frustracją. Uczucie to podnosiło się we mnie niczym ciemny dym, kiedy analizowałam każdy detal kompozycji i każde pociągnięcie pędzla. Z głośników dudniły ostre i ciężkie heavy metalowe riffy. Coś było nie tak. Czegoś tu brakowało. Może ten obraz zbyt przypominał te wykonane przeze mnie w przeszłości. A może kryło się w nim coś subtelnie fałszywego.
Pracowałam w różnych technikach: z metalem, gdy tworzyłam rzeźby, z olejnymi farbami przy płótnach, a okazjonalnie także z pastelami i węglem. To był mój sposób na oswajanie mroku. Pozwalałam, by przychodził do mnie, a potem przekuwałam go w sztukę.
Niektórzy uznaliby to za zdrowy sposób radzenia sobie z emocjami. Rodzina zastępcza, w której wylądowałam, zdecydowanie tak twierdziła. Ale prawda była taka, że mrok i ja nigdy nie doszliśmy do porozumienia. Bez przerwy się ścieraliśmy i nigdy nie wygrałam żadnej wojny – nawet teraz, kiedy miałam dwadzieścia pięć lat.
I właśnie dlatego moja pracownia, mieszcząca się w górach środkowego Oregonu, tonęła w sztucznym świetle. To był mój sposób na pozbycie się mroku i cieni, taki sam jak moja sztuka. Paradoks polegał na tym, że chociaż nadal obawiałam się ciemności i tego, co się w niej kryje, moja kreatywność budziła się do życia właśnie nocą.
Może to był sposób mroku na to, by nadal trzymać mnie w swoich mackach, kusić, by sprawdzać, czy starczy mi odwagi, by stanąć z nim twarzą w twarz. Wlepiłam ostre spojrzenie w płótno. Obraz był niepokojący, to musiałam przyznać. Mroczne drzewa, splatające się w coś na kształt tunelu, zdawały się zapraszać, by podejść bliżej. A jednak czegoś zdecydowanie tam brakowało.
Warknęłam poirytowana, na co Brutus aż uniósł głowę ze swojego legowiska w kącie. Jego szare uszy drgnęły. Wielki cane corso zawsze mnie pilnował. Był kolejną z broni w moim arsenale przeciwko mrokowi.
– Nic mi nie jest – mruknęłam pod nosem i udałam się do zlewu po drugiej stronie pomieszczenia. Nalałam do pojemnika odrobinę rozpuszczalnika i zaczęłam czyścić pędzle.
To zajęcie stanowiło dla mnie pewnego rodzaju medytację – jedną z nielicznych, które udało mi się opanować. Ponieważ siedzenie na poduszce z cichą muzyką w tle nigdy nie było dla mnie. Potrzebowałam czegoś aktywnego, co współgrałoby z ostrą, pełną złości rockową muzyką i różnymi rodzajami metalu. Odnalazłam swój spokój w sztuce i ju-jitsu.
Obie te rzeczy były na swój sposób darami, prezentami od rodziny, którą odnalazłam tam, gdzie najmniej się tego spodziewałam. Po miesiącach spędzonych w opiece zastępczej, a potem w programie ochrony świadków w Bostonie, w końcu umieszczono mnie z dala od tego świata, na drugim krańcu kraju. Trafiłam do rodziny, która nie wiedziała nic na temat socjety Bostonu i sędziów biorących łapówki, by wydawać konkretne wyroki w pewnych sprawach, co koniec końców przyczyniło się do tego, że moja prawdziwa rodzina zapłaciła najwyższą cenę.
Znajoma mieszanka złości i wyrzutów sumienia zabulgotała we mnie i wywróciła moje wnętrzności. Wzięłam uspokajający oddech i przypomniałam sobie, gdzie wylądowałam.
U Colsonów.
W rodzinie, która była mieszanką więzów krwi, więzi adopcyjnych oraz opieki zastępczej, a mimo to stała mi się bliższa niż cokolwiek, co znałam wcześniej. Może właśnie dlatego, że był w tym element wyboru.
Wyboru Nory Colson, by przyjmować cudze dzieci do swojego domu, po tym, jak sama straciła męża i jednego z synów w wypadku samochodowym. Nie przyjmowała jednak pierwszych lepszych podopiecznych. Otwierała drzwi dla tych najtrudniejszych przypadków, dla tych najbardziej złamanych przez los. Dlatego wcale nie było zaskoczeniem, że wylądowałam właśnie na progu jej domu, ledwo mówiąca i obawiająca się nawet własnego cienia.
Ale Nora i jej mama, którą nazywaliśmy Lolli, wyciągnęły mnie z mojej skorupy i pomogły mi się uleczyć najlepiej, jak tylko mogły. Robiły tak z każdym, kto przekraczał próg ich domu. Miały pod opieką Cope’a i Fallon, biologiczne dzieci Nory, a także adoptowanego syna Shepa i jeszcze Rhodes, Trace’a oraz Kylera – dzieci z opieki zastępczej.
Byliśmy rodziną patchworkową, zszytą z różnych nici, faktur i kolorów, ale właśnie to sprawiało, że powstało coś, czego nie dałoby się stworzyć w żadnych innych warunkach. Ten twór był najpiękniejszy.
Nie zmieniało to faktu, iż czasami czułam się, jakbym tu nie pasowała. Byłam odrobinę zbyt dziwna. Nie za dobrze radziłam sobie w relacjach z ludźmi. Lepiej mi szło obcowanie z moimi farbami, metalami, zwierzętami i w sparingu – ze wszystkim, co nie wymagało słów.
Rozkładałam pędzle na ręcznikach, by obeschły z farby. Palce nadal podrygiwały mi nerwowo, bo nie udało mi się dziś znaleźć ujścia dla emocji. Spojrzałam w kierunku wielkiego okna na tylnej ścianie pracowni. Dostrzegałam, jak nad szczytami gór Monarch zaczyna się podnosić słońce. Wiedziałam, że za chwilę jego pierwsze promienie spłyną po złotych klifach Castle Rock.
Widok z okien pracowni zapierał dech w piersiach. Jeden z moich braci, Cope, podarował mi ten dom w geście hojności: dał mi dom i pracownię, które mieściły się na jego wielkim terenie. Nie lubił się tym chwalić i zazwyczaj tłumaczył, że potrzebował kogoś, kto będzie zarządzać posesją, bo większość czasu spędzał w trasie ze swoją drużyną hokejową, ale ja znałam prawdę. Chciał mieć pewność, że jestem bezpieczna. Ukryta przed światem najlepiej, jak tylko się dało. Za bramami i ogrodzeniami wyposażonymi w kamery i systemy antywłamaniowe. I nieważne, że minęło prawie czternaście lat, od kiedy ktoś próbował zrobić mi krzywdę. Moje rodzeństwo chciało, bym była bezpieczna.
Odłożyłam ostatni pędzel i wygięłam plecy, żeby rozluźnić mięśnie. Stanie przez wiele godzin było niczym przekleństwo. Musiałam potem wziąć kąpiel w soli Epsom. Najpierw jednak potrzebowałam się trochę rozruszać.
Popatrzyłam na zegarek na nadgarstku. Kilka minut po piątej. Przesunęłam spojrzenie na Brutusa.
– Chcesz pojechać na siłownię?
Brutus warknął cicho i od razu podniósł się na łapach. Uwielbiał siłownię Kye’a – Haven, w której odbywały się zajęcia z mieszanych sztuk walki – nie z powodu samego budynku, ale ponieważ otrzymywał tam tyle uwagi, ile tylko ludzie mogli mu poświęcić.
Usta mi zadrgały.
– Nie będziesz zadowolony, kiedy zrozumiesz, że jest zbyt wcześnie, by ktokolwiek tam był.
Brutus tylko zadyszał w odpowiedzi.
Sięgnęłam po torbę ze sprzętem, leżącą na wysłużonej skórzanej kanapie przy najdalszej ścianie pracowni, a potem wyłączyłam muzykę. Sofa służyła mi za miejsce do odkładania rzeczy, za łóżko, a czasami nawet za stół jadalniany, ponieważ większość czasu spędzałam właśnie tutaj zamiast w niewielkim domku dla gości obok. Ale niczego więcej nie potrzebowałam. Zresztą i tak nie sypiałam za dobrze, nawet kiedy kładłam się w prawdziwym łóżku.
Weszłam do niewielkiej łazienki i szybko przebrałam się w strój do ćwiczeń, a potem udałam się do drzwi. Brutus już czekał przy moim boku. Stał się moim cichym towarzyszem.
Wyszłam na zewnątrz, a automatyczne światła od razu rozjaśniły wyłożony żwirem parking oraz moją ukochaną rzecz: czerwonego pick-upa Forda F-150 z 1979 roku. Karoseria miała już swoje lata, ale wnętrze było nienaganne.
Ten samochód był pierwszą rzeczą, którą kupiłam za sprzedane przeze mnie dzieło sztuki. Dzięki dość pokaźnemu funduszowi powierniczemu pozostawionemu przez moich rodziców mogłam pozwolić sobie na auto już w wieku szesnastu lat. Mimo to nigdy nie przestałam traktować tych pieniędzy jak odszkodowania za przelaną krew. Bo przecież z jakiegoś powodu moich rodziców nie było już na tym świecie.
Jasne, część majątku zarobili uczciwie, jako że ojciec pracował jako prawnik, a potem jako sędzia, ale kiedy FBI zaczęło zagłębiać się w sprawę moich rodziców, stało się jasne, że ktoś go przekupywał. Nie wiedzieli jednak, kto.
Federalni zarekwirowali część majątku. Nie mogłam przestać się zastanawiać, czy czasem nie umknęło mi więcej szczegółów i przestępstw. Wydawało mi się, że łapówki zbrukały wszystko, co zostało z rodzinnych funduszy.
Dlatego pozostawiłam pieniądze na koncie i nigdy ich nie ruszałam. Wiedziałam jedynie, jaka to suma, ponieważ co parę miesięcy przenosiłam wszystko z jednego banku do drugiego. Kwota była niewyobrażalna, tak ogromna, że za każdym razem robiło mi się od tego niedobrze.
Fakt, że te pieniądze nie były częścią mojego codziennego życia, okazał się jedną z lepszych decyzji. Dzięki temu samodzielne zarabianie i zdobycie pieniędzy potrzebnych na zakup samochodu dały mi ogromną satysfakcję. Bracia nie dawali mi spokoju i mówili, żebym odsprzedała Wandę lub ją naprawiła, ale uważałam, że wszystkie wgniecenia i ślady korozji nadawały jej charakteru.
Wsunęłam klucz do zamka i otworzyłam drzwi po stronie kierowcy. Wskazałam Brutusowi, by wsiadł do środka, co zrobił z gracją oraz typową dla siebie energią. To właśnie dzięki takim zdolnościom oraz długim godzinom treningu potrafił również skutecznie dbać o moje bezpieczeństwo.
Brutusa podarował mi Trace. Był najstarszy z rodzeństwa, najbardziej opiekuńczy, zasadniczy i przywiązany do przestrzegania prawa. Biorąc pod uwagę jego dzieciństwo, wcale mnie to nie dziwiło. Podobnie jak to, że został szeryfem całego naszego hrabstwa.
Odpaliłam Wandę, a ona zamruczała. Odrestaurowany silnik cudownie warczał. Reflektory przecięły wczesnoporanną ciemność, rozświetlając drogę, którą znałam już na pamięć. Dzięki nim mrok przestawał być czymś groźnym, stawał się bardziej jak koc utkany z ciszy, otulający wszystko dookoła. Marzyłam o takiej ciszy, tak samo jak o możliwości puszczenia głośno ukochanej muzyki.
Cisza lub ogłuszający chaos – dla mnie nie istniało nic pomiędzy.
Jazda o piątej rano do siłowni miała jedną niezaprzeczalną zaletę: ulice były niemal puste. Chociaż był sierpień i w Sparrow Falls trwał szczyt sezonu turystycznego, o tej porze nawet najwięksi entuzjaści górskich wędrówek jeszcze spali. Dlatego też pokonałam drogę w szybszym czasie niż zazwyczaj.
Podjechałam na parking za budynkiem na obrzeżach miasta, a kolejne światła zapaliły się automatycznie. To był jeden ze sposobów, w jaki moje rodzeństwo się o mnie troszczyło. Kye zamontował dodatkowe oświetlenie, jak tylko zaczęłam przyjeżdżać do Haven o wczesnych godzinach porannych lub późno w nocy.
Wyłączyłam silnik i zanim wysiadłam z auta, zerknęłam na Brutusa, który czekał cierpliwie na moje polecenie. Widać było po nim, że cały aż drżał z ekscytacji. Uśmiechnęłam się pod nosem. Mogłabym uśmiechnąć się szeroko, gdyby nie to, że całą noc zmarnowałam na stanie przed sztalugą i nic z tego nie wyszło.
– Komm².
Na dźwięk komendy w języku niemieckim Brutus wyskoczył z pojazdu i przystanął tuż przy moim boku. Powinnam była zapiąć mu smycz. Gdyby Trace zobaczył nas teraz, wypisałby mi mandat z taką szybkością, że nawet nie zdążyłabym mrugnąć jednym okiem. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.
Odruchowo rozejrzałam się po parkingu. Ruszając w stronę budynku, musnęłam palcami nóż sprężynowy, który zawsze nosiłam w kieszeni. Może dla niektórych wyglądałoby to na paranoję, ale ostrożność i dbanie o własne bezpieczeństwo były zdecydowanie lepszą opcją niż bycie martwą.
Dotarłam do drzwi siłowni i wbiłam kod na panelu. Cała aż dygotałam z potrzeby ruchu, z pragnienia, by poczuć, jak moja pięść uderza w worek treningowy. Sparing byłby o wiele lepszym rozwiązaniem, marzyłam o tym, by stanąć naprzeciwko kogoś do walki, ale Kye zamordowałby mnie gołymi rękami, gdybym chociaż spróbowała wyciągnąć go z łóżka przed wschodem słońca.
Weszłam do środka i zapaliłam światła. W ich blasku ukazało się wielkie pomieszczenie. Dominowały w nim odcienie czerni i szarości; wyjątkiem były dwie ściany pokryte wielkimi muralami, które, wiedziałam to, Kye sam namalował. Mogłabym godzinami wpatrywać się w te pełne detali, energetyczne wzory i nadal by mi się to nie znudziło. Kye był artystą. Jego technika i sposób wyrazu różniły się od moich, ale właśnie to fascynowało mnie najbardziej. Rozumiałam, dlaczego ludzie przyjeżdżali z drugiego końca kraju, lub nawet z drugiego krańca świata, by wytatuował ich skórę.
Wyciągnęłam telefon z torby i zignorowałam całą masę powiadomień oraz SMS-ów. Zamiast tego przeszłam do aplikacji z muzyką. Wybrałam piosenkę, która mogła zagłuszyć hałas w mojej głowie. Z chwilą gdy ostre riffy gitarowe popłynęły przez głośniki siłowni, poczułam, jak z moich ramion opada odrobina napięcia.
Zrobiłam rozgrzewkę, skacząc na skakance, a potem naciągnęłam rękawiczki bez palców na tę część treningu, której nie mogłam się doczekać. Trening z workiem. Jego ciężar był dokładnie tym, czego teraz potrzebowałam – czymś wystarczająco solidnym, by przyjąć wszystko, co musiałam z siebie wyrzucić. Worek nie poczuje się zraniony z powodu gniewu i mroku, które nadal we mnie żyły.
Stanęłam prawie na palcach, uniosłam dłonie i przyjęłam gardę, zasłaniając twarz. Wymierzyłam parę próbnych ciosów w worek, a potem wykorzystałam całą swoją siłę w kolejnych uderzeniach. Zatopiłam się w muzyce i ruchu. To była forma medytacji, która naprawdę należała tylko do mnie. Jeden z niewielu momentów, kiedy mogłam być w pełni sobą bez poczucia bycia ocenianą, bez obawy o wszystko dookoła. Siłownia była jednym z dwóch miejsc, gdzie mogłam całkiem sobie odpuścić i odreagować to, co we mnie siedziało.
Ten stan oderwania od świata i skupienie na jednej rzeczy dawały mi wytchnienie i rozpraszały natrętne myśli. Oznaczały też, że nie słyszałam tego, co działo się dookoła. Dopiero gdy Brutus wydał z siebie ostrzegawcze, niskie warknięcie, zorientowałam się, że coś jest nie tak. Serce na moment zgubiło rytm, ale pozwoliłam mu wyłącznie na tę jedną sekundę zawahania. Jedną krótką chwilę strachu i słabości.
Zacisnęłam palce dookoła rączki noża i nacisnęłam guzik, by otworzyć ostrze. Obróciłam się gwałtownie, po czym przycisnęłam nóż do szyi nieznajomego. Znieruchomiał. Dopiero gdy upewniłam się, że na razie się nie poruszy, uniosłam spojrzenie i ujrzałam twarz najpiękniejszego mężczyzny, jakiego kiedykolwiek widziałam. Ale przecież wiedziałam, że wygląd może mylić. Nigdy nie wiadomo, co kryje się pod czyjąś powierzchownością. Dlatego nadal przyciskałam ostrze do jego skóry. Zielonobrązowe oczy mężczyzny rozszerzyły się ze zdziwienia.
– Kim. Ty. Do. Cholery. Jesteś?ROZDZIAŁ 2
Lincoln
Boże, była prześliczna. Miała w sobie taki rodzaj dzikiego i pełnego siły piękna. Takiego, nad którym nigdy nie dałoby się zapanować. Takiego, którego nigdy nie dałoby się ujarzmić.
Stałem w cieniu, jak jakiś dziwak, i przez chwilę się jej przyglądałem: temu, jak się poruszała; jak jej długie, ciemnobrązowe włosy, upięte w kucyk, kiwały się przy każdym ruchu. Była opalona i ładnie umięśniona, choć raczej niska. Nikt nie domyśliłby się, że potrafi tak się bić. Każdy cios wyprowadzała z dużą siłą.
Dało się poznać, że była przeszkolona, a to, że w tej chwili przyciskała mi ostrze do tętnicy, zdradzało, że nie zawaha się użyć noża, by się bronić. W pierwszej chwili zareagowałem rozbawieniem. Bo w tej małej osóbce mieściło się zaskakująco dużo zaciekłości, siły i jadu.
Przycisnęła ostrze mocniej, nakłuwając skórę, ale nie na tyle, by ją przeciąć. Poczułem pieczenie, a delikatny ból złapał mnie w swoje szpony niczym jej piękno chwilę wcześniej.
– Zapytałam, kim jesteś – rzuciła przez zaciśnięte zęby. Jej szarofioletowe oczy zabłysły.
Ta zaciekłość momentalnie zgasiła we mnie całe rozbawienie. Bo istniał tylko jeden powód, dla którego broniła się z taką zawziętością – ktoś musiał ją kiedyś skrzywdzić.
Kurwa.
Uniosłem powoli dłoń i pokazałem jej breloczek z siłowni, który odebrałem wczoraj. Zwisał teraz z mojego palca. W środku znajdował się czip zakodowany tak, by można było wejść do środka o każdej porze, już od piątej rano.
– Jestem nowym członkiem siłowni.
Kobieta ani drgnęła. Zmrużyła tylko swoje zniewalające oczy i spojrzała na mnie tak, jakby mogła dojrzeć wszystkie moje sekrety.
– Siłownia jest jeszcze zamknięta.
Nadal trzymałem dłoń uniesioną, tak by mogła ją widzieć. Wolałem nie ryzykować dalszych obrażeń, ale nie chciałem też dodatkowo jej przestraszyć. Miałem ochotę sam siebie zrugać za to, że dopuściłem do takiej sytuacji.
– Powiedziano mi, że otwiera się o szóstej.
Zerknęła na wielki zegar na ścianie, a potem przeklęła. W końcu odsunęła nóż od mojego gardła.
– Oczywiście, Kye się spóźnia – wymruczała.
Znała właściciela. A tak się akurat składało, że był bratem mojego najlepszego przyjaciela, tego samego, który nieustannie powtarzał, że ta siłownia to najlepsze miejsce do treningów w całym Sparrow Falls. Ogarnęło mnie jakieś nieznajome uczucie. Czy oni się spotykali? Ani trochę nie podobał mi się ten pomysł. Po co w ogóle zakiełkował w mojej głowie? Moja złość była niedorzeczna, zwłaszcza że jedyne, co o niej wiedziałem, to to, jak szybko potrafi wyciągnąć nóż… i to, jak kusząco wyglądała, gdy uderzała w worek treningowy.
Wielki szary pies, stojący przy jej boku, warknął cicho. Zerknęła w jego stronę i rzuciła:
– Beruhigen³. – Powiedziała to z taką łatwością, jakby urodziła się w Niemczech i mówiła po niemiecku od zawsze. I może tak było, przecież nic o niej nie wiedziałem.
Pies się uspokoił, choć wciąż obserwował mnie uważnie. Miałem wrażenie, że wystarczyłby jeden nieostrożny ruch, a rzuciłby się na mnie bez wahania. Byłem szczerze wdzięczny, że potrafiła nad nim zapanować.
Przyglądała mi się, powoli zamykając nóż i cofając się o krok. Miała na sobie legginsy opinające jej smukłe, umięśnione nogi oraz czarną koszulkę na ramiączkach, która zsuwała się na tyle, bym mógł zauważyć, co kryje się pod tym materiałem – coś, co ani trochę nie powinno mnie interesować. Ale wpatrywałem się w nią, wychwytując detale.
Jej opalona skóra usiana była czymś drobnym. Kropeczkami farby. Szarej, czarnej, ciemnofioletowej i niebieskiej. Wzór nie układał się w żadną całość, ale poczułem, że chciałbym odnaleźć wszystkie te kropki na jej ciele.
Odchrząknęła. Słychać było w tym dźwięku irytację.
Uniosłem wzrok na jej twarz i natychmiast oczarowały mnie jej oczy, w których aż kłębiło się od emocji. Te szarofiołkowe tęczówki były jak spojrzenie syreny. Mogły rzucić na człowieka urok i sprawić, że rozbiłby swój statek o kamienisty brzeg.
Jedna z drobinek farby na jej policzku poruszyła się, gdy kobieta skrzywiła się ze złością.
– Na co się tak gapisz?
– Nie masz zamiaru przeprosić mnie za to, że prawie podcięłaś mi gardło? – odparłem, próbując zmienić temat rozmowy i odciągnąć własne myśli od tej szybko rosnącej, wręcz absurdalnej obsesji na jej punkcie.
W odpowiedzi na moje słowa uniosła brew.
– Ale to ty włamałeś się do siłowni. Masz szczęście, że wciąż oddychasz.
Jej syrenie oczy zabłysły jaśniejszym fioletem, gdy wypowiadała te słowa, a ja uświadomiłem sobie coś niepokojącego: że zaczynałem się odrobinę zadurzać w tej jej zaciekłości.
– Jesteś niebezpieczna – wymamrotałem pod nosem, choć w moim tonie słychać było jedynie podziw. – Chociaż nie wiem, czy moje wejście tu można uznać za włamanie, skoro drzwi nie były zamknięte. Poza tym cię wołałem. Ale trudno cokolwiek usłyszeć w tym… hałasie.
Na jej twarzy pojawiła się irytacja. Schyliła się, sięgnęła po telefon leżący na macie i stuknęła kilka razy w ekran. Muzyka natychmiast ucichła.
– To nie hałas, tylko Cradle of Filth.
Usta mi drgnęły.
– Kołyska plugastwa? Ty to powiedziałaś, nie ja.
Przewróciła oczami.
– To nazwa zespołu.
– Wydaje mi się, że nazywanie tego czegoś „zespołem” to lekka przesada.
– Nieważne – odpowiedziała, krzywiąc się i ruszając w kierunku stosu ręczników. – Przepraszam za szyję.
Ruszyłem za nią, jakby rzuciła na mnie czar i kazała mi podążać za sobą, jednak szara bestia zastąpiła mi drogę i odsłoniła zęby.
– Czy twój pies ma zamiar rozszarpać mi gardło?
Syrena się zaśmiała. Dźwięk jej śmiechu był niski i uderzył we mnie tak, że aż mnie zamurowało. Jakby ten dźwięk przebiegł po moich nerwach i wybudził je wszystkie do życia.
– Jeśli pozostaniesz tam, gdzie stoisz, to nic ci nie zrobi – odpowiedziała i złapała za kilka papierowych ręczniczków, po czym wróciła do mnie.
Zerknęła na psa i uśmiechnęła się do niego szeroko.
– Brutus, Freund⁴.
Z chwilą gdy wypowiedziała te słowa, pies rozluźnił mięśnie. Nadal jednak wbijał we mnie wzrok, jakby wciąż mi nie ufał.
– Brutus zna niemiecki.
Kobieta wzruszyła ramionami i podała mi ręczniczek.
– Tak go wytrenowano.
– To pies obrończy? – zapytałem. Ciekawość wzięła nade mną górę. Przycisnąłem ręcznik do szyi.
Na jej twarzy pojawił się cień nieufności.
– Do ochrony osobistej. Wiele ludzi ma tu psy obrończe. Z uwagi na rancza i w ogóle.
A jednak brzmiało mi to na kłamstwo. Ludzie nie przywozili ze sobą psów z rancza do miasta bez powodu, chyba że mieli się czego obawiać. Miałem dziwną chęć, by pytać dalej. Poznać wszystkie tajemnice tej kobiety.
Ale to nie w moim stylu. Stworzyłem imperium dzięki cierpliwości i nieustępliwości. Nie spieszyłem się. Nigdy nie pozwalałem, by ktokolwiek wiedział, jak bardzo czegoś pragnę. Mógłby to wykorzystać przeciwko mnie. A ja nauczyłem się na własnych błędach, że nie wolno pokazywać, jak bardzo ci na czymś zależy.
Kobieta podeszła do torby leżącej przy półkach pełnych rękawic, skakanek i innego sprzętu. Sięgnęła po nią, zarzuciła sobie pasek na ramię i wyprostowała się.
– Miłego treningu. Spróbuj niczego nie ukraść. Nawet jeśli należałoby się to mojemu bratu za to, jaki jest leniwy.
Znieruchomiałem, a zaraz potem zacisnąłem mocniej dłoń na kluczykach.
– Twojemu bratu?
– Kye’owi. Jest właścicielem tego miejsca. A oprócz tego słynie z tego, że zaspałby na własny pogrzeb.
Kye. W sensie brat Cope’a. A więc jeśli Kye i Cope byli braćmi, to oznaczało… Cholera jasna. Ta syrena była siostrą mojego najlepszego przyjaciela.¹ Jedna z zasad gry karcianej remik Gin. Celem jest utworzenie kart meldunków i pozbycie się kart niepasujących do reszty. Gin oznacza połączenie przez gracza wszystkich dziesięciu kart trzymanych w dłoni w meldunki. Dzięki ogłoszeniu w rozgrywce hasła: „Gin” gracz otrzymuje bonusowe punkty (przyp. tłum.).
² Komm (niem.) – jako komenda wydawana psu: Do mnie. (Jeśli nie zaznaczono inaczej, przypisy pochodzą od redaktorki).
³ Beruhigen (niem.) – spokój.
⁴ Freund (niem.) – przyjaciel.
⁵ Zwolnić (niem.) – jako komenda wydawana psu oznacza: „Możesz” i zwalnia go z wykonywanego wcześniej polecenia.