Piękno bez konserwantów - ebook
Piękno bez konserwantów - ebook
Nasze prababki nie miały pod ręką preparatów z połową tablicy Mendelejewa, którymi my dziś zapełniamy łazienki. Jednak na zdjęciach wyglądają olśniewająco! Jak zatem dbały o siebie? To proste: sięgały po naturalne sposoby, które przekazywały sobie z pokolenia na pokolenie.
W przedwojennej Polsce nastąpiła urodowa rewolucja: makijaż przestał być czymś wulgarnym, magazyny kobiece wypełniły się reklamami polskich kosmetyków, zaczęły powstawać salony piękności.
Ola Zaprutko-Janicka odkrywa zapomniane sekrety naszych prababek, tajemnice ich piękna sprzed epoki konserwantów. Podsuwa wiele prostych i skutecznych porad, które bez wahania możesz stosować w domu, by lepiej zadbać o wygląd i zdrowie.
Jak zrobić w domu ekologiczny krem z najprostszych składników? Jak zapobiegać wypadaniu włosów? Jak zdrowo schudnąć? I jak przytyć? Wystarczy zastosować sprawdzone triki naszych babek i prababek.
Teraz możesz sprawdzić na własnej skórze, że to naprawdę działa!
Czy to aby na pewno bezpieczne sięgać po przedwojenne sposoby w dobie nowych technologii? Bez obaw! Wszystkie porady zostały zweryfikowane przez znaną lekarkę-kosmetolożkę i popularną dietetyczkę – trenerkę personalną.
| Kategoria: | Historia |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-240-4164-0 |
| Rozmiar pliku: | 12 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Aby przekonać się, że ciągle mamy do czynienia z chemią, wystarczy rozejrzeć się po dowolnym pomieszczeniu naszego domu. W kuchni trzymamy pełno specyfików do mycia naczyń, odkamieniania czajników, odświeżania zmywarek. W łazience – żrące detergenty do odkażania toalet, szorowania płytek, odtykania odpływów, mycia szyb. W pokojach unosi się delikatny zapach rozsiewany przez dyfuzory i świece zapachowe, a podłoga lśni umyta specjalnym środkiem. Jest czysto, niemal sterylnie. Ale czy aby na pewno zdrowo? Na każdym kroku stykamy się z całym mnóstwem chemii gospodarczej, oddychamy zanieczyszczonym powietrzem, pijemy z plastiku, jemy przetworzoną żywność. Czy musimy dodatkowo wcierać w skórę kolejne dawki tajemniczych substancji?
Przed wojną kobiety, które chciały olśniewać nieskazitelną cerą i pięknymi włosami, zmagały się z tym samym problemem, z którym zmagamy się dziś: jak dbać o swoją urodę bez szkodliwej chemii?
Pomyślmy tylko, jak często używamy na przykład antyperspirantu. Raz dziennie? Dwa razy? Tymczasem większość tych kosmetyków ma w swoim składzie aluminium. Pierwiastek ten przyjmujemy także z mlekiem, jogurtami, ziarnami zbóż, serami, mąką, cukrem, żywnością przechowywaną w aluminiowych puszkach… Na szczęście większość aluminium wydalamy poprzez nasz układ moczowy. A co z resztą? Odkłada się w tkankach i może wpływać chociażby na rozwój raka piersi.
Jeśli nie zachowujemy szczególnej ostrożności, jesteśmy też narażeni na bezpośredni kontakt na przykład z formaliną. Ta substancja najbardziej kojarzy nam się ze zwłokami… I słusznie! To właśnie ona służy do konserwacji trupów i zabezpiecza eksponaty (między innymi małe zwierzęta), które stoją w pracowniach naukowych i w zwyczajnych szkolnych salach do nauki biologii. O ile nie jesteśmy na przykład studentami medycyny czy weterynarii, którzy na utrwalonych w niej zwierzętach uczą się w prosektorium anatomii, lepiej omijać ją z daleka. Substancja ta działa wyjątkowo drażniąco. Do tego stopnia, że kontakt z błonami śluzowymi powoduje poparzenia, a ponadto formalina podrażnia drogi oddechowe i oczy, przyspiesza starzenie skóry i działa rakotwórczo. Skąd wobec tego obecność formaliny w kosmetykach? O to trzeba by zapytać producentów. W każdym razie można na nią trafić w lakierach do paznokci, samoopalaczach, maskach do włosów i płynach do demakijażu.
W środkach pielęgnacyjnych, nawet tych rekomendowanych przez Instytut Matki i Dziecka, kryją się też parabeny. Jest to grupa substancji bakteriobójczych i grzybobójczych, stosowana w kosmetykach jako dodatki konserwujące. Coraz częściej na opakowaniach pojawia się informacja, że dany produkt ich nie zawiera. O co tyle krzyku? Problem polega na tym, że parabeny, kryjące się pod różnymi łacińskimi nazwami, mogą powodować – jak wynika z badań guzów nowotworowych u pacjentek w Wielkiej Brytanii – raka piersi. Także sodium lauryl sulfate, czyli okryty złą sławą SLS, i substancje pokrewne trudno jest wyeliminować z codziennego użytku. Ten silnie działający detergent jest składnikiem wielu kosmetyków myjących, w tym drogich aptecznych szamponów, żeli pod prysznic czy wreszcie past do wrażliwych zębów. SLS doskonale usuwa ze skóry brud, ale zarazem zmienia jej naturalne pH i zaburza wydzielanie łoju. Naukowcy z Medical College of Georgia dowiedli, że gdy SLS dostanie się do oczu (a o to nietrudno – w końcu kryje się w żelach do mycia twarzy!), zaburza w nich proces syntezy białek. Nie tylko sieje spustoszenie, ale i spowalnia proces gojenia.
Sięgając po kolejny ładnie opakowany i pięknie pachnący produkt stojący na półce w drogerii, najczęściej nie zastanawiamy się, z czego jest zrobiony. Jeśli widzimy, że na pudełku narysowany jest plaster miodu, zakładamy automatycznie, że wśród innych substancji to właśnie miód znajdziemy w środku. Tymczasem nasz szampon lub żel pod prysznic obok słodkiego pszczelego wytworu prawdopodobnie nawet nie stał. Jako świadomi konsumenci, podobnie jak robimy to (a przynajmniej powinniśmy robić) w przypadku artykułów spożywczych, próbujemy sprawdzić jego skład. Zamiast polskich nazw produktów użytych do produkcji danego kosmetyku, widzimy jednak ciąg łacińskich wyrazów, które absolutnie nic nam nie mówią. Nie ma tam żadnego „E” włączającego czerwoną lampkę w naszych głowach ani innych znaków ostrzegawczych. Jeśli jednak z pomocą internetu rozszyfrujemy w końcu te enigmatyczne nazwy, może się okazać, że od lat myjemy się mieszaniną substancji szkodliwych i drażniących, okraszoną tylko przyjemnych zapachem, i to w dodatku sztucznym. I przyjemną dla oczu etykietą…
Opakowania przedwojennych kosmetyków były często prawdziwymi cackami. Trudno się dziwić, że wiele współczesnych firm wypuszcza na rynek kosmetyki w pudełeczkach nawiązujących do ówczesnego dizajnu.
Musimy wreszcie przestać topić swoje ciała w truciznach. To nie będzie łatwa zmiana, ale na szczęście nie będziemy musiały przystępować do niej bez przygotowania. Zamiast szukać zupełnie nowych sposobów pielęgnacji naszych ciał, wystarczy sięgnąć do… doświadczeń naszych babek i prababek! One już niemal wiek temu zorganizowały własną rewolucję. I to nie tylko w dziedzinie piękna i pielęgnacji.
Zarówno winni, jak i poszkodowani byli rzecz jasna mężczyźni. Którzy konkretnie? W pewnym sensie panowie mogli zrzucić odpowiedzialność na Gawriła Principa. Kiedy latem 1914 roku bośniacki zamachowiec strzelił w Sarajewie do austriackiego arcyksięcia, zapoczątkował ciąg zdarzeń, po którym już nic nie było takie samo. Miliony mężczyzn wyruszyły na wojnę, pozostawiając za sobą domy, gospodarstwa i posady. A przede wszystkim porzucali kobiety, które musiały teraz same zatroszczyć się nie tylko o siebie, ale i o swoje rodziny.
Po części była to też wina Piłsudskiego. Najpierw pozwolił kobietom przechodzić szkolenie wojskowe, potem służyć w Legionach, a na końcu Polki jako jedne z pierwszych kobiet na świecie otrzymały prawa wyborcze. Być może Marszałka do tych działań zainspirowała w młodości nieustraszona Marysia Kiersnowska (późniejsza prezydentowa Wojciechowska), która bez mrugnięcia okiem przeprowadzała go przez kontrole carskich pograniczników. Albo jego druga żona Aleksandra Szczerbińska, która zasłużyła na Order Virtuti Militari. W każdym razie – stało się.
Pierwsza wojna światowa przetoczyła się przez świat niczym tornado, ustanawiając porządek społeczny na nowo. Kobiety, które po 1914 roku zmuszone były zastąpić nieobecnych mężczyzn niemal we wszystkich dziedzinach życia, zrozumiały, że praca, a co za tym idzie własne dochody, daje niezależność. Już nie musiały polegać we wszystkim na swojej rodzinie (zobowiązanej do zapewnienia dziewczętom posagów) ani na nieskalanej reputacji (której ochrona powstrzymywała je, gdy były same, nawet przed zamienieniem dwóch słów ze znajomym mężczyzną spotkanym na ulicy). Względy praktyczne wyeliminowały też szeroko przyjęty w wielu zawodach zwyczaj polegający na tym, że kobieta po wyjściu za mąż zwalniała posadę (mężczyźni, którzy mogliby ją dzięki temu zająć byli przecież zajęci wojaczką). Mało tego. Po wybuchu wojny panie ze wszystkich sfer ruszyły do pracy w fabrykach, kopalniach, urzędach, a nawet tramwajach (w 1914 roku krakowski „Czas” ekscytował się tym, że w mieście zatrudniono pierwszą konduktorkę).
Wanda Maślińska, miss Radomia 1932 roku.
Kiedy nastał rok 1918, wojna się skończyła, a Polska odzyskała wreszcie niepodległość, żołnierze rozrzuceni po świecie zaczęli wracać do domów. Wielu z nich docierało do celu jako kaleki niezdolne do pracy. Ogromna liczba miała też już nigdy nie przestąpić progów swoich domów. Na powracających, doświadczonych traumą wojny mężczyzn we własnych domach czekało zupełnie nowe wyzwanie. Kobiety w czasie ich nieobecności zrozumiały, że same też potrafią pracować zawodowo, utrzymywać rodziny i zwyczajnie nie muszą wisieć całe życie tylko na mężowskim lub ojcowskim ramieniu. Nie miały zamiaru oddać niezależności, której raz zasmakowały.
Wraz z emancypacją kroczyła prawdziwa rewolucja społeczna. Kobiety zaczęły walczyć o swoje polityczne interesy i równouprawnienie, propagowały edukację seksualną, świadome macierzyństwo, a nawet prawo do rozwodu. Przestały się godzić na sprowadzanie ich tylko i wyłącznie do roli żon i gospodyń. Do takiej „nowoczesnej kobiety” lat dwudziestych zdecydowanie nie pasował gorset, ani ten dosłowny – sznurowany, z wżynającymi się w żebra fiszbinami – ani ten metaforyczny, wyjątkowo ciasny gorset obyczajów i moralności. Co zatem zrobiły nasze prababcie? Zrzuciły obydwa i wreszcie zajęły się sobą.
Nowo zdobyta wolność sprawiła, że dbanie o urodę przestało być czymś wstydliwym. Na przedwojennych zdjęciach możemy zobaczyć piękne kobiety o idealnie ułożonych włosach, wypielęgnowanych dłoniach i promiennej cerze. Żyły niemal przed stuleciem, a przecież prezentują się często lepiej niż my dzisiaj! Trudo w to uwierzyć. Wydaje nam się to niemożliwe w tak prymitywnych i prostych czasach. Panie nie miały przecież wtedy do dyspozycji tysięcy różnych pielęgnacyjnych smarowideł, palet do makijażu z dziesiątkami odcieni, przyborów do konturowania i hybrydowego manicure… A jednak posiadły sekret naturalnej, nieskazitelnej urody. Na czym on polegał?
Nie jest prawdą, że pod względem kosmetologii przedwojenna Polska stanowiła dziewiczą krainę. Nowe trendy – pozwalające dbać o urodę nie tylko kobietom z wyższych sfer, ale też zwyczajnej Kowalskiej – szybko dostrzegli lekarze i biznesmeni. Na ogromną skalę rozwinął się rodzimy przemysł kosmetyczny. W kraju funkcjonowały instytuty piękna (w pewnym sensie odpowiedniki dzisiejszych spa), produkowano wyspecjalizowane kosmetyki oraz wydawano czasopisma i poradniki w całości poświęcone urodzie. Organizowano nawet profesjonalne kursy kosmetyczne. Funkcjonowała zatem cała wielka machina służąca higienie i upiększaniu. Największa siła kryła się jednak… w samodzielności.
Choć kobiece czasopisma pełne były całostronicowych krzykliwych reklam kosmetyków, zabiegów i urządzeń upiększających, niejeden ówczesny specjalista odsądzał ich producentów od czci i wiary. Ba! Niektórzy stwierdzali nawet, że te rzekomo cudowne środki często przynoszą więcej szkody niż pożytku. Autorzy poradników pielęgnacji urody mieli dla tych produktów alternatywę. Była nią domowa produkcja kosmetyków, dostarczająca specyfików nie tylko bezpieczniejszych, ale też zwyczajnie tańszych i łatwiej osiągalnych. Stanowiła ona dobre rozwiązanie także dla kobiet pozbawionych dostępu do drogerii i perfumerii. Zwłaszcza tych mieszkających na wsiach i w prowincjonalnych miasteczkach, które musiały sobie przecież jakoś radzić. Miały do wyboru nabywanie odpowiednich specyfików przy okazji nieczęstych pobytów w większych miejscowościach, zakupy u komiwojażerów lub samodzielne wytwórstwo.
Przedwojennej gwieździe, Inie Benicie, niejedna współczesna modelka, czy celebrytka, mogłaby pozazdrościć świeżej i naturalnej urody. Zdjęcie z przedstawienia Odrobina miłości w Teatrze Malickiej w Warszawie, 1938 rok.
A skoro o zaopatrywaniu się u przygodnych handlarzy mowa, jako przestrogę warto potraktować losy jednej z najsłynniejszych rudowłosych dziewczynek na świecie. Ania Shirley, mieszkająca w małym pokoiku na Zielonym Wzgórzu nie bywała w mieście. Kiedy zamarzyło jej się użycie pewnego specjalnego kosmetyku zdana była na uczciwość handlarza, który zjawił się w jej domu. Przez długi czas śniła o zmianie swojego znienawidzonego koloru włosów i oto pojawiła się okazja. Nie zastanawiając się nawet przez chwilę, wydała wszystkie oszczędności na farbę, która miała sprawić, że jej czupryna stanie się cudownie czarna. Zamiast tego włosy… kompletnie zzieleniały. Chociaż książka Lucy Maud Montgomery nie była obowiązkową lekturą w szkole naszych prababek i bez tego wiedziały one, że lepiej nie ryzykować. Zamiast kupować niepewne specyfiki, przygotowywały własne kosmetyki, i to nie tylko te do farbowania włosów.
Podobnie robiły na przykład z mydłem. W dworze ziemiańskim, w którym na co dzień urzędowało od kilku do kilkunastu osób, zużywało się go całe mnóstwo do prania, sprzątania, mycia włosów i ciała. Gdyby gospodyni chciała je kupować, musiałaby to robić w ogromnych ilościach. Zdecydowanie bardziej opłacało się przygotować mydło samodzielnie, niż przepłacać w składzie aptecznym. Zwłaszcza, że poradniki gospodarstwa domowego podawały szczegółowe receptury, z proporcjami pozwalającymi na produkowanie go na kilogramy. Na tym lista kosmetyków i środków higienicznych, jakie nasze prababcie wytwarzały w domu, się nie kończy. Własnymi siłami robiły kremy, szampony czy octy toaletowe. Kiedy nabrały wprawy w wyrobie jakiegoś preparatu, mogły modyfikować jego recepturę, zmieniać zapach i konsystencję, a przede wszystkim dostosowywać skład oraz działanie do osobistych potrzeb i gustów.
Publikacje sprzed drugiej wojny światowej uczące dbania o urodę często bardziej przypominały podręczniki małego chemika niż cokolwiek innego. Naszych antenatek to jednak nie przerażało. Choć rozwinięty polski przemysł kosmetyczny pozwalał im na zakup potrzebnych specyfików w drogeriach, z większością problemów radziły sobie domowymi sposobami. I zwyczajnie były z tego dumne. Wiele z ich metod upiększania nie straciło na aktualności. Są równie skuteczne, co w latach dwudziestych czy trzydziestych ubiegłego wieku. W dobie wszechobecnej i niepotrzebnej chemii, w szczególności receptury kosmetyków, które nasze prababcie przygotowywały we własnych kuchniach powinny nam się wydać atrakcyjne. Warto je wypróbować. Być może samodzielnie wytworzone specyfiki nie będą tak pięknie opakowane jak kremy z najwyższych drogeryjnych półek, a ich konsystencja nie zawsze wyda nam się idealna. Będą jednak miały zasadniczą przewagę nad tymi ze sklepu: osobiście zdecydujemy, co znajdzie się w słoiczku z kremem do twarzy czy w buteleczce z szamponem. To my zadbamy, aby każdy składnik jak najlepiej nam służył. Jesteście przekonane, że jest o co walczyć? Zatem mieszadła w dłoń!Jeśli wydaje się wam, że przed wojną dbanie urodę nie było skomplikowanym procesem, ot woda, mydło, czasem trochę kremu, jesteście w wielkim błędzie. Oczywiście wiele osób, podobnie jak i dzisiaj, było zwolennikami takiego ascetycznego podejścia do sprawy, ale nie prawdziwe elegantki! W związku z niezwykłym rozwojem kosmetologii wprowadziły one dbanie o urodę na zupełnie nowy poziom, a przewodniczką po tym świecie była dla nich jedna konkretna ekspertka, doktor Julia Świtalska. Historia przedwojennego piękna to zarazem opowieść o niej. Świtalska damskiej urodzie poświęciła całe morze książek. Napisała między innymi Jak można zachować młodość (1933), Jak pielęgnować włosy (1929), Kosmetykę życia codziennego (1930) oraz Abecadło zdrowia i urody (1939). A to tylko niewielki wycinek jest twórczości. Dla naszych prababć była prawdziwym wzorem. Prowadziła odczyty, założyła własny instytut piękna, a nawet… dała początek niezwykłej karierze politycznej. Jako jedna z pierwszych polskich milionerek użyczyła swojego domu, a także funduszy spiskowcom skupionym wokół Józefa Piłsudskiego. Jej mąż Kazimierz w efekcie wspiął się na sam szczyt politycznej drabiny, zostając premierem Rzeczpospolitej. Wówczas jednak zdążyli już wziąć rozwód, a Kazimierz Świtalski ożenił się ponownie. Tym razem jego wybór padł na… sekretarkę ówczesnej prezydentowej. Julia zostawiła sobie po nim nazwisko. I już do reszty poświęciła się upiększeniu Polek.
Była bardzo stanowcza. Wprost twierdziła, że nawet kobieta naturalnie piękna musi stale poświęcać uwagę swojej urodzie. W przeciwnym razie, „w życiu codziennym przy świetle wieczornym, w teatrze, na koncercie, na balu czy dancingu, traci na efektownym wyglądzie”. Lekarka prowadziła zagubione kobiety przez kolejne kroki na drodze do pięknej skóry. W Racjonalnej pielęgnacji urody wg metody Dr. J. Świtalskiej rozpisała dokładnie cały rytuał, który miał skutkować podkreśleniem naturalnego piękna.
Rytuały (niedoszłej) pani premierowej
Już wtedy wyróżniano cztery rodzaje cery ze względu na jej właściwości: normalną, suchą, tłustą i mieszaną. Dla każdego rodzaju Świtalska polecała odrębny zestaw zabiegów i kosmetyków, mający przeciwdziałać wszelkim dolegliwościom. W jej opinii bardzo liczyła się też temperatura używanej wody: dla cery tłustej jak najcieplejsza, dla normalnej i suchej letnia lub chłodna.
Od lekarki legionowej praktykującej w lazaretach wojskowych w czasie pierwszej wojny światowej do krajowego „guru” w sprawach pielęgnacji urody? Julia Świtalska udowodniła, że taka kariera jest możliwa.
Świtalska przede wszystkim zwracała uwagę na oczyszczanie. Dzisiaj niemal nie wyobrażamy sobie mycia twarzy samą wodą. Kobiety stosują pianki, mydełka, żele, peelingi, oczyszczanie olejami, glinkami i różne inne skomplikowane metody. Trudno się zatem dziwić, że kosmetyki do pielęgnacji twarzy zajmują nieraz więcej niż połowę kosmetyczki. Cóż, nasze prababcie wcale nie były gorsze! Na przykład te o cerze normalnej rano miały myć twarz i szyję przegotowaną wodą w temperaturze pokojowej i mydełkiem liliowym. Następnie przychodził czas na nawilżenie i odżywienie, do czego Świtalska proponowała użyć Śmietanki Migdałowej, kosmetyku na bazie tłuszczu ze słodkich migdałów. Dopiero w następnej kolejności można było nakładać puder.
Wieczorem, przed wyjściem z domu, należało przede wszystkim odświeżyć twarz, przecierając ją ponownie Śmietanką Migdałową. Tym razem jednak panie przystępowały do tego zadania używając wacików. Potem przychodził czas na krem (dla cery normalnej beztłuszczowy) na przykład Śmietankowy lub Idealny. Na tak przygotowaną skórę można było nałożyć puder. By dopełnić dzieła, wystarczyło „brwi odświeżyć ołówkiem brązowym dla blondynek i szatynek, czarnym dla brunetek. Ustom nadać linię i barwę pomadką lub różem higienicznym”. Po powrocie z nocnych szaleństw należało umyć twarz i szyję letnią wodą o temperaturze pokojowej i mydłem Liliowym. Potem można było się położyć. Żadnego nakładania, wsmarowywania i wklepywania kremów i serum.
Te zalecenia, uwzględniające aplikację i dokładne zmycie makijażu, doktor Świtalska wydała w roku 1933. Tymczasem jeszcze jej matka uznałaby szminkowanie ust oraz sztuczne przyciemnianie brwi za czynności, które – delikatnie mówiąc – nie przystają porządnej kobiecie. Świtalska urodziła się w 1888 roku na Kresach. W ówczesnym świecie widoczny makijaż zarezerwowany był dla cieszących się nienajlepszą reputacją gwiazdeczek kabaretowych, aktorek i… ulicznic. Żadna szanująca się kobieta nigdy by się nie przyznała, że dodaje ustom wyrazu. Co najwyżej, chcąc przydać sobie blasku, decydowała się na delikatne muśnięcie policzków oraz ust różem i na zmatowienie twarzy.
Wtedy to dopiero była tapeta
Profesjonalnych kosmetyków kolorowych próżno było wówczas szukać w sklepach, katalogach, czy drogeriach. Gwiazdy filmowe ze względu na to, że ekspresję wyrażały nie głosem, lecz twarzą, musiały w odpowiedni sposób wspomagać swoją mimikę. Czarno-biała taśma filmowa wybaczała wiele, ale też zmuszała aktorów do ciężkiej pracy nad swoim wyglądem.
Niektórzy używali podkładów do charakteryzacji przeznaczonych dla artystów występujących na deskach teatrów. Trzeba je było nakładać w absurdalnej ilości. Dziś o osobach mocno i nieumiejętnie umalowanych mawia się, że na twarzach mają „tapetę”, ewentualnie „szpachlę”. Cóż, w czasach Maxa Factora, który obserwował z bliska rodzące się kino, twarze aktorów przypominały czasem najprawdziwszą maskę! Podkład do charakteryzacji nakładano w takiej ilości, że po dodatkowym upudrowaniu zastygał w grubą na trzy milimetry, sztywną warstwę. W teatrze nie stanowiło to aż tak dużego problemu (na szczęście większość widzów siedziała dość daleko od sceny), jednak w rozpoczynającej się właśnie epoce filmu zaczęto wyraźnie eksponować twarze. I to na wielkich, kilkumetrowych ekranach. W efekcie przy każdym zbliżeniu można było dostrzec pęknięcia na wypacykowanych facjatach…
Zofia Batycka była jedną z najsłynniejszych przedwojennych piękności, a przy okazji jedną z pierwszych na świecie ambasadorek kosmetyków (firmy doktora Lustra). Fotografia portretowa z dedykacją artystki: „Mojemu ulubionemu Pismu »Ilustrowanemu Kurierowi Codziennemu« z pozdrowieniem najserdeczniejszym Zofia Batycka Miss Polonia 1930”.
Aktorzy, którzy nie decydowali się na taką charakteryzację, musieli szukać innych sposobów na podkreślenie wyrazu twarzy i często sami przygotowywali kolorowe mieszaniny. Jak pisze Fred E. Basten, autor książki Max Factor. Człowiek, który dał kobiecie nową twarz, sporządzali dziwne mikstury z wazeliny i mąki, smalcu i skrobi kukurydzianej, cold-creamu (czyli emulsji na bazie oleju i wody) i papryki, a nawet łączyli pył ceglasty z wazeliną lub smalcem. Zafascynowany kosmetykami Factor zwietrzył w tym interes. Zamknął się w swoim prowizorycznym laboratorium i rozpoczął prace nad stworzeniem nowego produktu do charakteryzacji. Takiego, który nie przeszkadzałby artystom w wyrażaniu ekspresji. Przełom nastąpił w tym samym roku, w którym wybuchła pierwsza wojna światowa. Niezrażony globalną pożogą, zaprezentował światu dwanaście odcieni płynnego podkładu, który podbił serca aktorów.
Ten geniusz kosmetycznego świata urodził się w… Zduńskiej Woli, w biednej żydowskiej rodzinie. W rzeczywistości miał na imię nie Max, ale Maksymilian. Nazwisko też nosił nieco bardziej pospolite: Faktorowicz. Kiedy miał czternaście lat został pomocnikiem w drogerii, a ponadto eksperymentował z perfumami, kosmetykami i perukami. Był tak dobry w tym, co robił, że trafił na carski dwór, gdzie pracował dla najwyższych elit. Po latach, mając dość dusznej atmosfery Petersburga, uciekł do Stanów Zjednoczonych. Zaczął pracować w Los Angeles, gdzie przedstawiał się jako Max Factor.
Makijaż jego kosmetykami robił sobie sam Charlie Chaplin. Także nasza rodzima gwiazda Pola Negri, która swego czasu z Chaplinem romansowała, nie gardziła make-upem. Co ciekawe, to określenie – make-up – także jest dziełem Factora. Aktorka do tego stopnia opanowała kreowanie się na wampa, że stało się to cechą wyróżniającą ją na tle setek aspirujących gwiazdeczek. Nie oszczędzała na ołówku do brwi, którym pewną ręką malowała spektakularne, długie, wąziutkie i czarne linie, mieszczące w sobie nieskończone pokłady dramatyzmu. Oczy obrysowywała kredką, powiekom nadawała wygląd lekko przydymionych. Całości dopełniały usta – perfekcyjnie pomalowane karminową pomadką. Efekt był dokładnie taki, jaki być powinien. Bez dwóch zdań widowiskowy.
Zwyczajne kobiety, które z zapartym tchem śledziły perypetie amantek na srebrnym ekranie, pragnęły się do nich upodobnić. Modny wówczas makijaż skupiał się przede wszystkim na oczach, którym kobiety starały się nadać wyrazistości. Z różnym skutkiem. Górna powieka musiała być pokryta dużą ilością dokładnie roztartego ciemnego kosmetyku. Dolna pomalowana kredką, a efekt ponownie wzmocniony roztartym cieniem. Ten zabieg miał pogłębić spojrzenie. Kolejnym, nie mniej ważnym elementem były usta. Za kształt charakterystyczny dla lat dwudziestych uchodzi serduszko. Przed pomalowaniem należało lekko zamaskować naturalny obrys ust. Dalsze czynności były już banalnie proste. Wystarczyło nabrać na opuszek palca odrobinę szminki, a następnie trzy razy odcisnąć ją na wargach – dwa razy na górze, poniżej łuku Kupidyna i raz na dole, na samym środku.
To nie kadr z horroru, a scena z pracowni człowieka, który na nowo wynalazł makijaż. Max Factor mierzy proporcje twarzy aktorki Dorothy Wilson specjalnym aparatem.
Tajna broń w srebrnej tubce
_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_WYBRANA BIBLIOGRAFIA
Publikacje z epoki
Angnelius E., Skarbiec-poradnik użyteczności ogólnej: zawierający około 3000 przepisów fabrykacji artykułów, łatwy zbyt mających, oraz porad dla domu, rzemiosł i rolnictwa: nieoceniony podręcznik dla fabrykantów, rzemieślników, rolników, Warszawa 1914.
Ashkenazy Z., Leczenie ruchowe i mięsienie (massage), Lwów 1892.
Barski Z., Jak racjonalnie pielęgnować urodę, Kraków 1927.
Barski Z., Zarys lekarskiej kosmetyki, Kraków 1929.
Boehm W., Zwalczanie starzenia. Jak osiągnąć wiosnę urody do późnej starości, Warszawa 1934.
D’Aubelle E., A będziesz piękna i młoda, Warszawa 1937.
Dietetyka, pod red. J.K. Parnasa, F. Malinowskiego, St. Kleina, L. Justmana, M. Morzkowskiej, Warszawa 1934.
Ertl R., Piękność ciała kobiecego, Lwów 1917.
Fels I., Kosmetyka higjeniczna z rycinami, Lwów 1920.
Fischer-Dueckermann A., Pielęgnowanie urody, Toledo 1912.
Gattefossé M., Produkty kosmetyczne, Kraków 1939.
Hojnacki W., Higjena kobiety i kosmesmetyka, Lwów–Warszawa 1928.
Ihnatowicz J., Poradnik higieniczno-kosmetyczny dla użytku domowego, Lwów 1890.
Kosmetyka postępowa (Pielęgnowanie urody). Sposoby higienicznego pielęgnowania piękności twarzy, włosów, zębów i rąk, Warszawa 1939.
Maricki L., Wisser M., 175 przepisów domowego wyrobu mydeł, kremów, pudrów, szminek, pomadek, wód toaletowych, perfum, farb oraz środków przeciw poceniu, odciskom, odmrożeniu, wągrom i tp., Warszawa 1939.
Milejkowski I., Dermatologja i kosmetyka według wykładów dra Milejkowskiego: do użytku słuchaczek Kursów Kosmetycznych, Warszawa 1931.
Prosalus, Jak posiąść piękną powierzchowność, Lwów 1908.
Račanský F., Naukowa pielęgnacja nóg, Chełmek 1935.
Rocznik statystyki Rzeczypospolitej Polskiej. R. 1, 1920/1922, cz. 2, Warszawa 1923.
Sposoby hygienicznego pielęgnowania piękności twarzy, włosów, zębów i rąk, Kosmetyka postępowa, Warszawa 1911.
Szmurło P., Jak zwalczyć brzydotę i starość, Warszawa 1929.
Świtalska J., Kosmetyka życia codziennego, Warszawa 1930.
Świtalska J., Jak można zachować młodość, Warszawa 1933.
Świtalska J., Jak pielęgnować włosy, Warszawa 1929.
Świtalska J., Mój system piękności i zdrowia, Warszawa 1928.
Świtalska J., Racjonalna pielęgnacja urody wg metody Dr. J. Świtalskiej, Warszawa 1933.
Wojtkiewicz W., Rutstein S., Nowoczesna perfumeria, kosmetyka i mydlarstwo (teoria i praktyka), Wilno 1937.
Złota księga, czyli zbiór sekretów, przepisów handlowych, formuł i recept. Oraz wskazówek, jak się zbogacić prędko, a z małym kapitałem, 1910.
Prasa z epoki
„Bluszcz”
„Dobra Gospodyni”
„Kobieta Polska”
„Kobieta w Świecie i w Domu”
„Moja Przyjaciółka”
„Nowoczesna Kosmetyka Lecznicza”
„Poradnik Kosmetyczny”
„Racjonalna Kosmetyka”
„Świat Pięknej Pani”
Publikacje współczesne
Baranowski W.J., Historia kosmetyki. Dr Leon Luster – założyciel Miraculum, „Polish Journal of Cosmetology” 2011, t. 14, z. 4.
Baranowski W.J., Historia kosmetyki. Fryderyk Puls, „Polish Journal of Cosmetology” 2011, t. 14, z. 3.
Basten F.E., Max Factor. Człowiek, który dał kobiecie nową twarz, Kraków 2013.
Chaney L., Coco Chanel. Życie intymne, Kraków 2012.
Davis K., Cosmethic surgery in a different voice: the case od madame Noël, „Women’s Studies International Forum” 1999, t. 22, z. 5.
Dziekońska-Kozłowska A., Moda kobieca w XX wieku, Warszawa 1964.
Fitoussi M., Helena Rubinstein. Kobieta, która wymyśliła piękno, Warszawa 2012.
Gawin M., Kobieta na plaży. Przemiany modelu seksualności kobieciej w latach międzywojennych, w: Kobieta i kultura czasu wolnego. Wiek XIX i XX, red. A. Żarnowska, A. Szwarc, Warszawa 2001.
Jankowiak W., Kosmetyki w praktyce aptecznej i przemysłowej na ziemiach polskich do roku 1939, Poznań 2015.
Janicki K., Epoka hipokryzji. Seks i erotyka w przedwojennej Polsce, Kraków 2015.
Kołodziejska K., Małek L., Technik usług kosmetycznych. Wykonywanie zabiegów zdobniczych na ciele, Radom 2006.
Krzywicka I., Wyznania gorszycielki, Warszawa 1992.
Luster Leon, hasło w: Polski Słownik Biograficzny, t. XVIII, Wrocław–Warszawa–Kraków–Gdańsk 1973.
Martin P., Noël S., Cosmetic Surgery, Feminism and Beauty in Erly Twentieth-Century France, Burlington 2014.
Mathur N., A Sportive Matka Polka. Nationalism and Feminism in Women’s Physical Culture in Modern Poland, Saarbrücken 2009.
Orzeszyna M., Antoine Cierplikowski. Król fryzjerów, fryzjer królów, Kraków 2015.
Samozwaniec M., Maria i Magdalena, Warszawa 2012.
Płatek Ł., Uwarunkowania działalności firmy „Bata” w Polsce w dwudziestoleciu międzywojennym, „Annales Universitatis Paedagogicae Cracoviensis”, Studia Historica XIV 2013.
Puls Fryderyk, hasło w: Polski Słownik Biograficzny, t. XXIX, Wrocław–Warszawa–Kraków–Gdańsk–Łódź 1986.
Rudowska I., Kosmetyka wczoraj i dziś, Warszawa 1989.
Serwatka T., Kazimierz Świtalski. Biografia polityczna (1886–1962), Warszawa 2009.
Sierakowska K., Rodzice, dzieci, dziadkowie… Wielkomiejska rodzina inteligencka w Polsce 1918-1939, Warszawa 2003.
Świątek T.W., Rody starej Warszawy, Warszawa 2000.
Wittlin T., Pieśniarka Warszawy. Hanka Ordonówna i jej świat, Łomianki, Dziekanów Leśny 2011.
Żukowska I., Toeplitz-Cieślak F., „Sfinks”. Wizjonerzy i skandaliści kina, Warszawa 2016.ŹRÓDŁA ILUSTRACJI
Agencja Fotograficzna East News: fotografia Antoine Cierplikowskiego i Elaine Barrie.
Muzeum Kosmetyków i Chemii Gospodarczej (www.cosmeticandhouseholdmuseum.com), dzięki uprzejmości dr n. med. inż. Katarzyny Pytkowskiej: fotografie reklam pudru Antiba, Henny, mydła toaletowego Lux, Depilexu oraz książki „Racjonalna kosmetyka”.
Narodowe Archiwum Cyfrowe: fotografie Miss Polonia, opakowań produktów kosmetycznych, Wandy Maślińskiej, Iny Benicie, Zofii Batyckiej, Maxa Factora, modelki prezentującej fryzurę à la garçon, suszarki fryzjerskiej, Stanisławy Kosteckiej, modelki prezentującej rękawiczki z otworami, masażystki, użycia szablonu do malowania ust, pracowników Laboratorium Kosmetyków Higienicznych „Świt” oraz fotografia nakładania maseczki kosmetycznej.
Polska Agencja Prasowa: fotografia Instytutu Kosmetyki Lekarskiej „Izis”.
Pozostałe ilustracje pochodzą z domeny publicznej.