Pielgrzymka przetrwania - ebook
„Pielgrzymka przetrwania” to nie tylko historia drogi z jednego punktu na mapie do drugiego. To historia buntu przeciwko bezpiecznej stagnacji, przeciwko życiu odmierzanym rachunkami, dyżurami, terminami i niedzielnym rosołem. A zarazem to historia miłości, która po latach przyzwyczajenia odzyskuje temperaturę, smak i stawkę. Książka została utworzona z pomocą AI.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8455-782-2 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Są książki, które czyta się dla fabuły. Są książki, które czyta się dla języka. Są wreszcie takie, które wchodzą pod skórę, bo dotykają czegoś bardzo osobistego: lęku przed przeciętnością, tęsknoty za ryzykiem, głodu sensu, pragnienia, by choć raz w życiu zrobić coś nieodwołalnego. Ta opowieść należy właśnie do tej trzeciej kategorii. To nie jest tylko historia drogi z jednego punktu na mapie do drugiego. To historia buntu przeciwko bezpiecznej stagnacji, przeciwko życiu odmierzanym rachunkami, dyżurami, terminami i niedzielnym rosołem. A zarazem to historia miłości, która po latach przyzwyczajenia odzyskuje temperaturę, smak i głębię.
Największą siłą tej książki jest jej pozorna niemożliwość. Dwoje ludzi po sześćdziesiątce, nauczycielka i elektryk, wyrusza w pieszą wyprawę bez technologii, bez pieniędzy, bez wygód, za to z uporem, który graniczy z szaleństwem. Brzmi to jak punkt wyjścia do groteski, pastiszu albo czarnej komedii. I rzeczywiście — groteski oraz humoru jest tu bardzo dużo. Jednak autorowi tej opowieści udaje się coś znacznie trudniejszego: sprawić, by absurd nie odbierał historii wiarygodności, lecz przeciwnie — jeszcze mocniej obnażał prawdę o człowieku. Bo przecież najważniejsze decyzje w życiu często wyglądają z zewnątrz niedorzecznie. Miłość, ucieczka, przebudzenie, późny bunt, desperackie szukanie sensu — wszystko to dla obserwatora może wydawać się szaleństwem, a dla przeżywającego jest jedyną możliwą formą ratunku.
To, co szczególnie porusza, to konstrukcja głównej bohaterki. Jolanta nie jest heroską z plakatu, nie jest kobietą „silną” w banalnym, współczesnym sensie tego słowa. Jest zmęczona, obolała, niepewna, czasem śmieszna, czasem uparta ponad rozsądek, czasem granicznie krucha. Właśnie dlatego jest tak przekonująca. Jej głos nie jest głosem osoby, która z góry wie, jak zwyciężyć. To głos kobiety, która przez lata żyła według zasad, jakie narzuciło jej życie, instytucja, małżeństwo, wiek i codzienność, a potem nagle postanowiła zadać pytanie najbardziej niewygodne ze wszystkich: czy to już wszystko? W tej jednej decyzji — by wyjść z domu i wystawić się na próbę — zawiera się ogromny ładunek psychologicznej prawdy. Bo najgroźniejszą formą stagnacji nie jest nieszczęście, lecz przyzwyczajenie do przeciętnego bezpieczeństwa.
Obok Jolanty stoi Marek, postać równie znakomicie napisana, choć zbudowana zupełnie innymi środkami. To człowiek konkretny, praktyczny, oszczędny w słowach, nawykły do rozwiązywania problemów rękami, nie deklaracjami. Jego przemiana jest może jeszcze ciekawsza, bo mniej widowiskowa. Nie ma w niej fajerwerków, tylko ciche przesunięcie środka ciężkości: od mężczyzny, który porządkuje świat według obwodów, bezpieczników i rachunków, do człowieka, który w pewnym momencie odkrywa, że większym zagrożeniem niż ciemny las jest życie przeżyte bez ryzyka. Relacja tej dwójki jest jednym z najpiękniejszych elementów książki. Nie dlatego, że jest idealna, lecz dlatego, że jest prawdziwa. Ich czułość rodzi się nie z romantycznych deklaracji, ale z błota, zmęczenia, wspólnego głodu i wspólnego strachu. To małżeństwo, które odzyskuje siebie nie przy świecach, lecz przy ogniu rozpalonym drżącymi rękami.
Ta książka działa na kilku poziomach jednocześnie. Można ją czytać jako przygodową opowieść drogi. Można czytać jako satyrę na współczesną wygodę i na nasze uzależnienie od technologii, procedur oraz poczucia kontroli. Można czytać jako portret psychologiczny dwojga ludzi, którzy zbyt długo odkładali życie „na później”. Ale można ją także odczytać jako bardzo polską przypowieść. Trasa nie prowadzi przez amazońską dżunglę ani afrykańską pustynię, tylko przez pola, lasy, rowy, kapliczki, obory i przydrożne ciemności. To niezwykle ważne, bo właśnie w tym tkwi literacka przewrotność całego pomysłu: nie trzeba uciekać na koniec świata, żeby skonfrontować się z własną granicą. Czasem wystarczy wyjść z bloku i przestać ufać temu, co oswojone.
Jest w tej narracji coś jeszcze cenniejszego niż sama przygoda: bardzo wyraźna świadomość ceny. Nie ma tu taniej egzaltacji. Nie ma pocztówkowego heroizmu. Ból, głód, strach, upokorzenie, chłód, brud i zagubienie nie są dodatkiem do opowieści, lecz jej sednem. Właśnie dlatego czytelnik nie dostaje laurki o „spełnianiu marzeń”, tylko opowieść o tym, że każde prawdziwe przekroczenie siebie musi kosztować. Literatura faktu, dobry kryminał i psychologia spotykają się tu w jednym punkcie: stawka jest wysoka, napięcie realne, a psychiczne konsekwencje każdej decyzji nieustannie wracają. To książka o ciele doprowadzonym do granicy i o psychice, która pod tą presją odsłania swoje prawdziwe mechanizmy.
Na uwagę zasługuje również ton tej opowieści. Autorowi udaje się utrzymać rzadką równowagę między czułością a ironią. Gdyby było tu tylko cierpienie, książka stałaby się ciężka i jednowymiarowa. Gdyby dominował wyłącznie humor, wszystko zamieniłoby się w farsę. Tymczasem tutaj jedno nieustannie podświetla drugie. Sceny granicznego wyczerpania sąsiadują z komizmem tak naturalnym, że aż bolesnym. I właśnie w tej mieszaninie tkwi wielka prawda o ludzkim doświadczeniu: człowiek najczęściej nie przeżywa rzeczy wielkich w sposób pomnikowy, tylko nieporadny, zabłocony, śmieszny i wzruszający naraz.
Nie sposób nie wspomnieć o tym, jak mocno wybrzmiewa w tej historii temat starzenia się. W kulturze przywykliśmy oglądać dojrzałość jako czas wycofania, zabezpieczania się, porządkowania spraw i schodzenia ze sceny. Ta książka robi coś odwrotnego: oddaje centrum narracji ludziom, których świat najchętniej ustawiłby już przy ścianie, z kubkiem herbaty i telewizorem. Pokazuje, że pragnienie intensywności nie ma daty ważności. Że odwaga nie jest wyłączną własnością młodości. Że ciało, choć słabsze, nadal może stać się narzędziem buntu. To bardzo ważne i bardzo odświeżające.
Równie mocno działa warstwa społeczna. Wędrówka przez Polskę odsłania kraj z perspektywy, jakiej na co dzień nie widzimy: nocnej, bocznej, podskórnej. Polska tej książki nie jest ani folderem turystycznym, ani publicystycznym skrótem. To kraj zobaczony z poziomu błota, pobocza, rowu, obory, kapliczki i lasu. Kraj zamieszkany przez ludzi nieoczywistych, przez zwierzęta, przez przypadek i przez instytucje, które raz ratują, a raz bezradnie przykładają swoje procedury do zjawisk większych od procedur. Dzięki temu opowieść nabiera wymiaru nie tylko osobistego, ale też społecznego i niemal reportażowego.
A finał? Finał tej historii ma w sobie coś z czarnej komedii, coś z greckiej ironii losu i coś bardzo współczesnego. Dochodzi się niemal do bram celu tylko po to, by świat zewnętrzny dopadł bohaterów w ostatnim momencie i nazwał ich doświadczenie po swojemu. To bardzo mocne. Bo nagle okazuje się, że każda wielka wewnętrzna przemiana musi zmierzyć się z językiem instytucji, medycyny, porządku i opinii publicznej. Świat ma własne definicje na to, co jest odwagą, a co obłędem. Ta książka nie daje łatwej odpowiedzi, ale pokazuje z ogromną literacką siłą, jak cienka i niebezpieczna bywa granica między jednym a drugim.
Ostatecznie jest to opowieść nie o przetrwaniu w lesie, lecz o przetrwaniu siebie. O małżeństwie, które przestało być tylko układem codziennych obowiązków, a znowu stało się sojuszem. O kobiecie, która odzyskuje głos i sprawczość nie w deklaracji, ale w czynie. O mężczyźnie, który odkrywa, że jego praktyczność może służyć nie tylko naprawie gniazdek, ale i ochronie sensu. O Polsce, którą można przejść pieszo i zobaczyć na nowo. I wreszcie o tym, że czasami trzeba zgubić drogę, żeby naprawdę wiedzieć, dokąd się idzie.
To książka odważna, oryginalna i zaskakująco czuła. Śmieszna i bolesna zarazem. Dziwna w najlepszym sensie tego słowa. Zostaje w pamięci, bo nie opowiada o przygodzie zastępczej, tylko o prawdziwym ryzyku — i o prawdziwej przemianie. Czytelnik dostaje tu nie tylko opowieść, ale doświadczenie. A po zamknięciu ostatniej strony zostaje z pytaniem, od którego niełatwo uciec: co ja zrobiłem ze swoją wolnością?
Jeżeli dobra literatura ma nas nie tylko zabawiać, lecz także niepokoić, zawstydzać, wzruszać i zmuszać do przyjrzenia się własnemu życiu, to ta książka spełnia wszystkie te warunki z nadwyżką. Warto wejść w tę historię. Warto pobrudzić sobie nią ręce. Warto przejść ją z bohaterami do samego końca. Nawet jeśli po drodze trzeba będzie zrewidować własne pojęcie rozsądku.
A może właśnie zwłaszcza dlatego.Rozdział 1: Iskra szaleństwa
Nazywam się Jolanta Dębowska i mam sześćdziesiąt lat. Kiedy to piszę, siedzę w kuchni naszego mieszkania na trzecim piętrze bloku przy ulicy Dziewulskiego na toruńskim Rubinkowie, patrzę przez okno na identyczny blok po drugiej stronie ulicy i piję herbatę z cytryną. Taką samą herbatę piłam tu wczoraj, przedwczoraj i każdego dnia przez ostatnie dwadzieścia osiem lat, odkąd się tu wprowadziliśmy. Z tym że dzisiaj jestem innym człowiekiem. Albo raczej — jestem wreszcie sobą. Ale do tego jeszcze dojdziemy.
Powinnam zacząć od początku, a początek jest taki: jestem nauczycielką języka polskiego w III Liceum Ogólnokształcącym w Toruniu. Byłam nią przez trzydzieści pięć lat. Trzydzieści pięć lat Mickiewicza, Słowackiego, Sienkiewicza i Schulza. Trzydzieści pięć lat wypracowań pisanych coraz gorzej przez kolejne roczniki, które coraz mniej rozumiały, po co im literatura, skoro mają TikToka. Trzydzieści pięć lat rad pedagogicznych, wywiadówek, dyżurów na korytarzu, kawy z automatu w pokoju nauczycielskim i rozmów z koleżankami o tym, że kiedyś to było lepiej. Trzydzieści pięć lat, które przeleciały tak szybko, że kiedy pewnego poranka spojrzałam w lustro łazienkowe i zobaczyłam sześćdziesięcioletnią kobietę z siwiejącymi włosami i zmarszczkami wokół oczu, nie od razu ją rozpoznałam. Pomyślałam: kto to jest? Gdzie się podziała ta dziewczyna, która w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym dziewiątym roku, świeżo po studiach, wchodziła do klasy z sercem bijącym jak młot pneumatyczny i wierzyła, że zmieni świat jednym wierszem Herberta?
Nie zmieniłam świata. Świat zmienił mnie.
Ale o tym też jeszcze nie teraz. Teraz powinnam powiedzieć o Marku, bo bez Marka ta historia nie miałaby sensu. Właściwie bez Marka nic w moim życiu nie miałoby sensu — choć były momenty, całe lata nawet, kiedy o tym zapominałam.
Marek Dębowski. Mój mąż od trzydziestu sześciu lat. Elektryk. Człowiek, który potrafi naprawić każdy bezpiecznik, wymienić każde gniazdko, poprowadzić kabel przez ścianę tak, że nie zostanie nawet rysa na tynku — ale nie potrafi powiedzieć mi, że ładnie wyglądam, chyba że mu najpierw przypomnę, że istnieje coś takiego jak komplement. Marek jest spokojny jak głaz narzutowy — taki, jakie leżą na polach wokół Torunia, zostawione przez lodowiec tysiące lat temu i od tamtej pory nieruszone. Ma szerokie dłonie, zawsze lekko popalone od lutownicy, z drobnymi bliznami od przewodów, które czasem go gryzły. Kiedy wraca z pracy, siada w fotelu, zdejmuje buty i mówi: — Jolka, daj mi spokój na piętnaście minut. Po piętnastu minutach jest gotów do rozmowy, ale rozmowa zwykle dotyczy tego, co było na obiad, co będzie na kolację i czy hydraulik już przyszedł naprawić kran w łazience.
Kocham tego człowieka. Kocham go od trzydziestu sześciu lat, choć przez ostatnie dziesięć kochałam go raczej z przyzwyczajenia niż z entuzjazmu. Nie dlatego, że Marek się zmienił — Marek nigdy się nie zmienia, w tym jest cały problem i całe piękno — ale dlatego, że nasze życie zamieniło się w powtarzalny schemat, w kółko, z którego nie widziałam wyjścia.
Schemat wyglądał tak. Budzik o szóstej. Radio w kuchni — Jedynka Polskiego Radia, bo Marek nie uznaje innych stacji. Kawa dla mnie, herbata dla niego. Kanapki z żółtym serem i pomidorem — on lubi z musztardą, ja bez. O siódmej Marek wychodzi do pracy w swoim niebieskim kombinezonie z napisem „Elektro-Mar” na plecach — nazwał tak swoją jednoosobową firmę, kiedy w dziewięćdziesiątym szóstym roku postanowił pracować na swoim. Ja wychodzę o siódmej dwadzieścia, bo szkoła jest bliżej. Wracam o piętnastej albo szesnastej, zależy od dnia. Marek wraca między siedemnastą a dziewiętnastą, zależy od klienta. Obiad — zwykle danie z jednego garnka, bo na gotowanie trzydaniowych posiłków nie mam już ani sił, ani ochoty. W niedzielę robię rosół, bo Marek bez niedzielnego rosołu czuje się, jakby coś mu odebrano. Po obiedzie — telewizor. Marek ogląda Wiadomości, potem jakiś film akcji, potem zasypia w fotelu z pilotem w ręce. Ja oglądam serial albo czytam, ale coraz częściej łapię się na tym, że patrzę w ekran i niczego nie widzę, bo myśli uciekają gdzieś daleko, w miejsce, którego nie potrafię nazwać.
Nasze dzieci dawno wyfrunęły z gniazda. Kamil, nasz syn, ma trzydzieści dwa lata i pracuje w Gdańsku jako informatyk. Dzwoni w niedziele, czasem w środy. Rozmowa trwa siedem minut, bo Kamil jest człowiekiem konkretnym — odziedziczył to po Marku. — Cześć, mamo. Co u was? Zdrowie? Dobrze. U mnie też. To pa. Agnieszka, nasza córka, ma dwadzieścia osiem lat i mieszka w Irlandii, w Cork, gdzie pracuje w jakiejś firmie farmaceutycznej. Agnieszka dzwoni rzadziej, ale jak dzwoni, to rozmowa trwa czterdzieści minut i obejmuje wszystko — od pogody w Cork po jej problemy z chłopakiem, którego nigdy nie widziałam, bo Agnieszka zmienia chłopaków częściej niż ja zmieniam pościel. Po Agnieszce miałam zwykle mokre oczy i poczucie, że moja córka jest gdzieś na końcu świata, w miejscu, gdzie pada deszcz dwieście dni w roku, i że ja nic nie mogę na to poradzić.
Mieszkanie na Rubinkowie jest czyste, ciepłe i śmiertelnie nudne. Trzy pokoje, kuchnia, łazienka. Meble z lat dziewięćdziesiątych — mahoniowa meblościanka, którą Marek sam składał przez cały weekend, kanapa z Ikei kupiona w dwa tysiące piątym roku, kiedy w Toruniu wreszcie otworzyła się Ikea i pół miasta tam pojechało, jakby to było otwarcie bram raju. Na ścianach reprodukcje — Monet, bo lubię impresjonistów, i zdjęcie Kamila i Agnieszki z komunii, choć żadne z nich nie chodzi już do kościoła. Na parapecie storczyk, który wiecznie umiera i wiecznie się odradza, jakby nie mógł się zdecydować.
To jest moje życie. To było moje życie. I przez ostatnie kilka lat czułam, że coś we mnie zamiera. Nie umiałam tego nazwać. To nie była depresja — przynajmniej nie kliniczna, nie taka, z którą idzie się do lekarza. To było raczej powolne gaszenie, jak świeca, która się dopala, ale jeszcze się tli i jeszcze daje trochę światła, tyle że coraz mniej, i wszyscy wokół myślą, że świeci, a ona wie, że za chwilę zgaśnie. Życie przeciekało mi przez palce jak piasek w klepsydrze — widziałam to, czułam to, ale nie potrafiłam zacisnąć dłoni.
Były takie wieczory — Marek w fotelu, telewizor, za oknem ciemność i światła identycznych bloków — kiedy łapałam się na myśli tak absurdalnej, że natychmiast ją odrzucałam: a co, gdyby tak wszystko rzucić? Nie rozwód, nie ucieczka, nic z tych rzeczy. Raczej — wyrwanie się. Z tego schematu, z tej klatki, którą sama sobie zbudowałam z bezpieczeństwa, przyzwyczajeń i niedzielnych rosołów. Myśl ta pojawiała się i znikała jak jaskółka za oknem — szybka, ulotna, niemożliwa do złapania. I za każdym razem mówiłam sobie: Jolanta, nie wygłupiaj się. Masz sześćdziesiąt lat. Masz ciśnienie i cholesterol. Jedyne, co ci zostało, to emerytury i spokojne wieczory.
A potem nadszedł tamten czwartek.
Był październik. Pamiętam, bo dęby pod blokiem zaczęły żółknąć i na balkonie było już za zimno, żeby pić poranną kawę — a ja lubiłam pić poranną kawę na balkonie, bo stamtąd widziałam kawałek Wisły, a przynajmniej tak mi się wydawało, choć Marek twierdził, że to nie Wisła, tylko dach hali sportowej błyszczący w słońcu. Wróciłam ze szkoły zmęczona — dwie godziny Lalki z drugą B, która Lalki nie czytała i nie zamierzała czytać, co było widać po ich oczach, pustych jak ekrany wyłączonych telefonów. Zjadłam obiad — makaron z sosem pomidorowym z słoika, bo nie miałam siły gotować nic ambitniejszego. Umyłam naczynia. Usiadłam na kanapie. Włączyłam telewizor. Wyłączyłam telewizor. Wzięłam książkę — jakąś powieść obyczajową, z tych z różową okładką, które czytywałam po dwie w tygodniu, bo były lekkie, łatwe i natychmiast zapomniane. Przeczytałam pięć stron. Odłożyłam. Spojrzałam w sufit.
Marek wrócił o osiemnastej. Słyszałam, jak ściąga buty w przedpokoju — zawsze ściągał lewy but najpierw, potem prawy, i stawiał je równo pod wieszakiem, czubkami do ściany. Potem wszedł do kuchni, nalał sobie wody z kranu i wypił jednym haustem, bo Marek nie pije ze szklanki, tylko z kubka, bo twierdzi, że ze szklanki to za mało. Potem pojawił się w progu salonu.
Miał dziwną minę. Nie taką jak zwykle — zmęczoną, spokojną, markowo-neutralną. Miał minę, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie wiedział jak. W ręce trzymał książkę. Nie naszą — bo nasze książki stały na półce w meblościance, uporządkowane według mojego systemu, którego Marek nigdy nie zrozumiał i nie próbował. Ta książka była z biblioteki — miała naklejkę na grzbiecie i plastikową folię na okładce.
— Jolka — powiedział i stanął przy kanapie.
— Co? — zapytałam, nawet na niego nie patrząc, bo akurat wpatrywałam się w sufit i liczyłam pęknięcia w tynku (było ich siedem, od lat siedem, nic nowego).
— Byłem w bibliotece.
— Widzę. I co tym razem? Kolejne morderstwo w angielskim dworku?
— Nie. Nie było kryminałów. Wyobrażasz sobie? Cała półka pusta. Pani powiedziała, że ktoś wypożyczył serię, cały Nesbo i całego Coreya.
— Tragedia — mruknęłam.
— No i wziąłem coś innego.
Wtedy na niego spojrzałam. Marek stał z tą książką w ręce jak ministrant z mszałem — trochę niepewnie, trochę uroczyście. Podał mi ją. Spojrzałam na okładkę.
Bear Grylls. Szkoła przetrwania.
Na okładce facet w kurtce khaki stał na tle jakichś gór, z nożem przy pasie i wyrazem twarzy człowieka, który właśnie zjadł surowego skorpiona i prosi o dokładkę. Wyglądał jak ktoś, kto nigdy w życiu nie siedział na kanapie z Ikei i nie jadł makronu z sosem z słoika.
— Co to jest? — zapytałam, choć wyraźnie widziałam, co to jest.
— Książka — powiedział Marek z godnością człowieka, który właśnie odkrył Amerykę i czeka na aplauz.
— Widzę, że książka. Ale dlaczego ta?
Marek wzruszył ramionami. Ten jego gest — uniesienie barków o pół centymetra, ledwo zauważalne, ale ja znałam go od trzydziestu sześciu lat i wiedziałam, że oznacza: „Sam nie wiem, ale coś mnie ciągnęło.”
— Stała na końcu półki. Żadnej innej nie było. Albo ta, albo poradnik hodowli kanarków. Wybrałem tę.
— Survival — powiedziałam, przekładając kartki. Zdjęcia przedstawiały mokradła, dżungle, pustynie i ludzi jedzących robaki. — Marek, w naszym wieku? Ja mam problemy z wejściem na trzecie piętro, a ty chcesz czytać o jedzeniu robaków?
— Nie chcę jeść robaków — powiedział Marek z lekkim oburzeniem. — Chcę poczytać. Co innego czytać, co innego jeść.
— To czytaj — powiedziałam i oddałam mu książkę. — Ja mam swoje.
Wróciłam do różowej powieści obyczajowej. Marek usiadł w fotelu i otworzył Gryllsa. Przez chwilę było cicho. Potem Marek zaczął mamrotać pod nosem — co robił zawsze, gdy czytał coś, co go zaskakiwało. Mruczał, kręcił głową, raz powiedział „O kurczę” na głos, co u Marka jest odpowiednikiem wrzasku przerażenia.
Nie zwracałam na niego uwagi. A przynajmniej tak mi się wydawało.
Poszliśmy spać o dwudziestej drugiej, jak zawsze. Marek zasnął w trzy minuty, jak zawsze — kładł głowę na poduszce i znikał, jakby ktoś przekręcił wyłącznik. Dar natury, którego mu zazdrościłam od trzydziestu sześciu lat. Ja leżałam w ciemności i nie mogłam zasnąć. Nie wiedziałam dlaczego. Coś mnie swędziało — nie fizycznie, raczej mentalnie. Jakby jakiś myślowy komar brzęczał mi nad uchem i nie dawał spokoju.
Wstałam. Poszłam do salonu. Książka Gryllsa leżała na stoliku przy fotelu Marka, zakładka wsunięta na stronie dwudziestej trzeciej. Marek nie był szybkim czytelnikiem. Wzięłam ją do ręki. Miałam zamiar tylko zerknąć — przejrzeć spis treści, obejrzeć zdjęcia, pośmiać się w duchu z faceta, który pije własny mocz na pustyni, i wrócić do łóżka.
Usiadłam na kanapie. Otworzyłam na pierwszej stronie.
I wtedy coś się stało.
Nie umiem tego dokładnie opisać, bo jestem nauczycielką polskiego, nie poetką, a nawet poeci mają problem z opisaniem momentów, w których coś w człowieku pęka — albo raczej budzi się. Grylls pisał o przetrwaniu w dziczy, o budowaniu schronień z gałęzi, o rozpalaniu ognia bez zapałek, o jedzeniu larw i piciu rosy z liści, o przechodzeniu przez bagna i wspinaniu się na skały, o samotności, strachu, bólu i triumfie. Pisał prostym językiem — żadnych literackich ozdobników, żadnego Schulza, żadnego Gombrowicza. Zdania krótkie jak rozkazy wojskowe. A jednak każde z nich trafiało we mnie jak kamień w szybę.
Czytałam rozdział za rozdziałem. O tym, jak Grylls jadł surowe mięso węża na pustyni Sahara. O tym, jak przepływał lodowatą rzekę w Skandynawii. O tym, jak spał na drzewie w amazońskiej dżungli, otoczony odgłosami, których nie potrafił zidentyfikować. Czytałam, a moje serce biło coraz szybciej, co w moim wieku mogło oznaczać albo emocje, albo zawał, i przez chwilę nie byłam pewna, co wolę.
O pierwszej w nocy byłam na stronie sto pięćdziesiątej. O drugiej — na dwusetnej. Oczy piekły mnie od światła lampki nocnej, którą przeniosłam na stolik przy kanapie. Plecy bolały od niewygodnej pozycji. Ale nie mogłam przestać.
Bo wiecie, co zobaczyłam w tej książce? Nie tylko przygody. Nie tylko techniki przetrwania. Zobaczyłam coś, czego mi brakowało tak bardzo, że nawet nie wiedziałam, że mi tego brakuje, dopóki tego nie zobaczyłam. Zobaczyłam życie. Prawdziwe, surowe, nieokiełznane życie — takie, w którym każda chwila ma znaczenie, w którym nie ma mowy o rutynie, bo rutyna to śmierć, dosłowna śmierć. Zobaczyłam człowieka, który codziennie walczył o przetrwanie i właśnie dlatego czuł, że naprawdę żyje. I pomyślałam o sobie — o kanapie z Ikei, o makronie z sosem z słoika, o pęknięciach w suficie, których było siedem, od lat siedem — i coś we mnie pękło. Tynk mojego życia poszedł w drobny mak.
O trzeciej w nocy skończyłam książkę. Zamknęłam ją, położyłam na stoliku i przez długą chwilę siedziałam w ciemności, bo wyłączyłam lampkę. W mieszkaniu było cicho — tylko zegar w kuchni tykał i Marek pochrapywał za ścianą, miarowo, spokojnie, jak człowiek, który nie ma pojęcia, że jego żona właśnie przeszła rewolucję wewnętrzną.
Nie poszłam spać. Nie mogłam. Chodziłam po mieszkaniu jak duch — z salonu do kuchni, z kuchni do przedpokoju, z przedpokoju do łazienki. Stanęłam przed lustrem. Patrzyłam na siebie — na twarz sześćdziesięcioletniej nauczycielki, zmęczoną, postarzoną, z workami pod oczami od bezsennej nocy. I widziałam w oczach tej kobiety coś, czego nie widziałam tam od lat. Coś, co wyglądało jak ogień.
— Nie bądź śmieszna, Jolanta — powiedziałam do swojego odbicia. — Masz sześćdziesiąt lat, cholesterol dwieście trzydzieści i kolana, które skrzypią na schodach. Nie jesteś Bear Gryllsem. Nie jesteś nikim. Jesteś nauczycielką polskiego z Rubinkowa.
Odbicie patrzyło na mnie i nie odpowiadało. Ale ogień w oczach nie gasł.
Wróciłam do sypialni. Było wpół do piątej rano. Za oknem niebo zaczynało szarzeć — świt w październiku przychodzi leniwie, jakby sam nie miał ochoty wstawać. Marek leżał na plecach, z ręką na piersi, oddychając miarowo. Jego twarz w półmroku wyglądała młodziej — zmarszczki się wygładzały, a rysy łagodniały, i przez chwilę widziałam tego dwudziestoczteroletniego elektryka, który trzydzieści sześć lat temu zaprosił mnie na kawę w barze mlecznym na Starówce i powiedział: „Pani Jolanto, ja nie jestem poetą, ale panią to bym poprosił o drugą kawę.” Wyszłam za niego trzy miesiące później. Mama powiedziała: „Jolka, elektryk? Ty, polonistka, i elektryk?” A ja odpowiedziałam: „Mamo, on ma takie ręce, że jak mnie trzyma, to czuję prąd.” Mama pokręciła głową i powiedziała, że prąd to nie argument. Ale był. Przez wiele lat był.
Usiadłam na brzegu łóżka. Dotknęłam ramienia Marka. Nie zareagował. Potrząsnęłam go lekko.
— Marek.
Nic. Marek spał jak kamień. Jak głaz narzutowy zostawiony przez lodowiec.
— Marek!
Mruknął coś niezrozumiałego. Obrócił się na bok.
— Marek, obudź się. To ważne.
Otworzył jedno oko. Potem drugie. Patrzył na mnie z wyrazem twarzy człowieka, który nie rozumie, dlaczego świat nie pozwala mu spać.
— Jolka? Która godzina?
— Wpół do piątej.
— Wpół do piątej rano?
— Tak.
— Coś się stało? Piecyk? Pękła rura? Pożar?
— Nie. Nic się nie stało. To znaczy — stało się. Marek, przeczytałam tę książkę. Tego Gryllsa.
Marek zamrugał. Przetarł oczy. Usiadł na łóżku, opierając się o wezgłowie. Wyglądał jak człowiek, który właśnie dowiedział się, że Ziemia jest płaska, i próbuje to przetrawić.
— Przeczytałaś. Całą?
— Całą. Od deski do deski. Marek, ja nie spałam całą noc.
— Widzę — powiedział, patrząc na moje oczy, które musiały wyglądać jak u królika z laboratorium.
— I muszę ci coś powiedzieć.
— Teraz? O wpół do piątej?
— Teraz.
Marek westchnął. To jego westchnienie — ciche, cierpliwe, rezygnacyjne — słyszałam tysiące razy. Oznaczało: „Dobrze, Jolka, mów, co chcesz, bo i tak nie dam rady cię powstrzymać.” Kochałam to westchnienie. Kochałam je od trzydziestu sześciu lat.
Wzięłam głęboki oddech. W głowie miałam huragan — myśli wirowały, zderzały się ze sobą, tworzyły kształty, które jeszcze nie miały nazw. Wiedziałam, co chcę powiedzieć, ale nie wiedziałam, jak to powiedzieć, żeby nie zabrzmiało jak szaleństwo. Bo to było szaleństwo. Wiedziałam o tym. Ale wiedziałam też — z tą pewnością, która przychodzi rzadko w życiu i zwykle o wpół do piątej rano — że czasem szaleństwo jest jedyną rozsądną opcją.
Otworzyłam usta. I powiedziałam zdanie, które zaskoczyło mnie samą. Zdanie, które zmieniło wszystko. Zdanie, po którym nic już nie było takie samo — ani ja, ani Marek, ani nasza kanapa z Ikei, ani nasz niedzielny rosół, ani pęknięcia w suficie, których było siedem, od lat siedem, ale które po tym zdaniu przestały mieć jakiekolwiek znaczenie.
— Marek — powiedziałam. — My musimy coś takiego przeżyć.
Cisza. Długa, gęsta cisza, w której słychać było tylko tykanie zegara w kuchni i odległy szum samochodu na ulicy.
Marek patrzył na mnie. Nie mrugnął. Nie odezwał się. Przez chwilę myślałam, że znowu zasnął z otwartymi oczami — zdarzało mu się to, zwłaszcza przed telewizorem. Ale nie — nie spał. Patrzył na mnie z wyrazem twarzy, którego nigdy wcześniej u niego nie widziałam. Nie było w nim zdziwienia — a przynajmniej nie tylko zdziwienie. Było coś jeszcze. Coś, co wyglądało jak rozpoznanie. Jakby Marek usłyszał coś, na co czekał od dawna, nie wiedząc, że czeka.
Potem powiedział:
— Jolka, czy ty wiesz, która jest godzina?
— Wpół do piątej — powtórzyłam.
— Wpół do piątej rano — powiedział Marek. — O wpół do piątej rano moja żona, sześćdziesięcioletnia nauczycielka polskiego, budzi mnie, żeby mi powiedzieć, że chce jeść robaki i spać pod gołym niebem.
— Nie powiedziałam nic o robakach.
— Ale o tym jest ta książka, prawda?
— Między innymi. Jest też o ogniu, wodzie, schronieniach, nawigacji po gwiazdach…
— I o robakach.
— I o robakach. Ale to nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest…
Zatrzymałam się. Bo jak powiedzieć komuś — nawet komuś, z kim śpisz w jednym łóżku od trzydziestu sześciu lat — że właśnie zrozumiałaś, iż twoje dotychczasowe życie było poczekalnią? Że siedziałaś w poczekalni i czekałaś, nie wiedząc na co, a teraz wiesz? Jak to powiedzieć, żeby nie zabrzmiało jak dialog z jednego z tych seriali, które oglądam wieczorami, gdy Marek śpi w fotelu?
— Najważniejsze jest to — powiedziałam wreszcie — że my nie żyjemy, Marek. My istniejemy. Wstajemy, jemy, pracujemy, oglądamy telewizor i kładziemy się spać. I następnego dnia to samo. I następnego. I następnego. Jak chomiki w kołowrotku. I tak do końca. A ja nie chcę tak do końca. Nie chcę umrzeć na tej kanapie z Ikei, z pilotem w ręce, patrząc w telewizor, w którym ktoś inny przeżywa przygody, które mogłyby być moje.
Marek milczał. Patrzył na swoje dłonie — te szerokie, popalone, pokryte drobnymi bliznami dłonie elektryka. Obracał je, jakby widział je po raz pierwszy.
Potem powiedział coś, czego się nie spodziewałam. Nie powiedział: „Jolka, zwariowałaś.” Nie powiedział: „Idź spać, pogadamy rano.” Nie powiedział: „W naszym wieku?” Powiedział:
— Wiesz co, Jolka? Ja ostatnio naprawiam gniazdka u jednego faceta na Bielanach. Ma wielki dom, ogród, trzy samochody. I wiesz, co on robi? Cały dzień siedzi w domu i narzeka, że go plecy bolą. Ma pięćdziesiąt lat, dom za dwa miliony i życie jak talerz zimnej zupy. I ja mu naprawiam gniazdko, i myślę sobie: Marek, czy ty jesteś lepszy? Ty przynajmniej nie masz domu za dwa miliony, ale tę zimną zupę to masz taką samą.
Spojrzałam na niego. Marek wciąż patrzył na swoje dłonie.
— Więc co? — zapytałam. Serce mi biło tak, że słyszałam je w uszach.
Marek podniósł głowę. Spojrzał mi w oczy. I powiedział, powoli, każde słowo oddzielnie, jakby układał z nich instalację elektryczną — przewód po przewodzie, połączenie po połączeniu:
— Jolka. Jest wpół do piątej rano. Nie spałaś całą noc. Jutro masz lekcje, ja mam robotę u tego faceta na Bielanach. Masz sześćdziesiąt lat, ja mam sześćdziesiąt jeden. Oboje mamy ciśnienie i kolana jak stare zawiasy.
Przełknęłam ślinę. Wiedziałam, co teraz powie. Powie: „Nie.” Powie to łagodnie, z tym swoim cierpliwym westchnieniem, i pogłaszcze mnie po ręce, i powie, żebym poszła spać, i rano wszystko wróci do normy — kanapa, herbata, radio, rosół w niedzielę, pęknięcia w suficie.
Ale Marek nie powiedział: „Nie.”
Marek powiedział:
— Ale wiesz co? Ten facet na Bielanach poczeka. Gniazdko mu nie ucieknie.
I uśmiechnął się. Marek rzadko się uśmiecha — nie dlatego, że jest ponury, lecz dlatego, że oszczędza uśmiechy na chwile, które naprawdę tego warte. Widziałam ten uśmiech może kilkanaście razy w ciągu trzydziestu sześciu lat. Przy ślubie. Przy narodzinach Kamila. Przy narodzinach Agnieszki. Kiedy dostał swoją pierwszą własną furgonetkę z napisem „Elektro-Mar.” Teraz.
Nie powiedział wprost: „Tak, zróbmy to.” Marek nigdy nie mówi wprost. Marek jest jak jego instalacje elektryczne — sygnał musi przejść przez kilka rozdzielnic, zanim dotrze do żarówki. Ale żarówka się zapaliła. Widziałam to w jego oczach.
Siedzieliśmy na łóżku w szarym świetle październikowego świtu — dwoje sześćdziesięciolatków w piżamach, z poduszkami wgniecionymi od snu i włosami w nieładzie — i patrzeliśmy na siebie, jakbyśmy się dopiero co poznali. Jakby te trzydzieści sześć lat się nie wydarzyło. Jakbyśmy znowu siedzieli w barze mlecznym na Starówce, przy drugiej kawie, nie wiedząc jeszcze, co będzie dalej, ale wiedząc, że chcemy się dowiedzieć.
Za oknem wstał dzień. Szary, zwyczajny, październikowy dzień w Toruniu. Na Rubinkowie włączały się światła w oknach, ludzie wstawali do pracy, zaczynał się kolejny taki sam poranek jak tysiąc poprzednich.
Ale nie dla nas. Dla nas ten poranek był pierwszym porankiem nowego życia.
Nie wiedziałam jeszcze, że za kilka dni będę jeść dżdżownice na kujawskim polu. Że będę piła wodę z kałuży i uciekała przed dzikimi psami. Że będę pełzła przez mokrą trawę, uciekając z romskiego taboru. Że będę leżała w rowie melioracyjnym po pas w brudnej wodzie, z mlekiem kradzionym od krowy w brzuchu i poczuciem absurdalnego szczęścia w sercu. Nie wiedziałam, że za dwa tygodnie policja aresztuje mnie u bram Bazyliki w Licheniu, brudną, wychudzoną i szczęśliwą jak nigdy w życiu. Nie wiedziałam, że trafię na obserwację psychiatryczną i że lekarze będą mnie leczyć elektrowstrząsami z czegoś, co nie było chorobą, lecz przebudzeniem.
Nic z tego nie wiedziałam tamtego poranka.
Wiedziałam tylko jedno: że iskra zapłonęła. I że ten pożar zamierzam karmić do końca.
— Marek — powiedziałam. — Zrobię ci herbatę.
— Z cytryną — powiedział Marek.
— Jak zawsze — powiedziałam.
— Jak zawsze — zgodził się Marek. A potem dodał: — Ale tylko herbata. Reszta niech będzie inaczej.
Wstałam i poszłam do kuchni. Zegar na ścianie pokazywał piątą dwanaście. Radio Marka stało na blacie, czekając na szóstą, kiedy zawsze je włączał. Czajnik stał na kuchence. Kubki — jego i mój, każdy na swoim miejscu — stały na suszarce.
Wszystko było takie samo. I nic nie było takie samo.
Wsypałam herbatę do kubków. Zalałam wrzątkiem. Pokroiłam cytrynę — cienko, jak Marek lubił. Zaniosłam kubki do sypialni. Marek siedział na łóżku, z książką Gryllsa w ręku — wziął ją ze stolika w salonie, kiedy mnie nie było.
— Jolka — powiedział, nie podnosząc oczu znad strony.
— Tak?
— Tu jest napisane, że można jeść mrówki. Surowe.
— Wiem. Przeczytałam.
— Mrówki — powtórzył Marek z namysłem. — Mrówki.
Pił herbatę i czytał. Ja piłam herbatę i patrzyłam na niego. I myślałam: od tego się zaczyna. Od kubka herbaty z cytryną, od książki pożyczonej z osiedlowej biblioteki, od zdania wypowiedzianego o wpół do piątej rano. Od iskry, która może zgasnąć albo zamienić się w pożar. Nasza się zamieniła.
Ale o tym w następnym rozdziale.