Pierdzielnik Stefana - ebook
Tylko dla dorosłych! Refleksyjny obraz brutalnego życia Stefana. A może nie aż tak brutalnego? Może te jego wszystkie dni, chwile i poczyniania mogą być dla kogoś coś warte i moralnie i twórczo? Czasem wulgaryzmy są częścią poetycką, więc być może nie brzmią tak odrażająco…
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8440-942-8 |
| Rozmiar pliku: | 1,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Powieść, bo chyba taki ma charakter ta książka, opowiada o życiu… Stefana.
Chciałbym od razu wszystkich poinformować, że treści w tej powieści, bywają wulgarne, nieprzyzwoite, nieczyste, odrażające, odpychające itd. Zatem w żadnym wypadku książki nie powinny czytać dzieci.
To bezpośrednie przesłanie, bez oszczędzania słów, ma jednak przekaz i swój poetycki charakter. To znaczy, mnie jako autorowi tak się wydaje i mam nadzieję, że moje zdanie podzielą również czytelnicy.
Niemniej jednak to pierwsze takie moje dzieło, w którym pozwalam sobie na dosyć ostre teksty. I przyznam szczerze, że w momencie publikacji tego tomu, bałem się czy nie przysporzę sobie więcej niechętnych dla mojej twórczości. Tak czy inaczej, chciałem spróbować czegoś nowego, może bardziej odważnego. Czy to, co napisałem, jest głupie? Nie jestem w stanie sam określić i pozostawię to czytelnikom, ale wydaje mi się, że czasami ludzie chcą takiej otwartej i zwykłej, z dnia codziennego, literatury, w której nie ma wielu skomplikowanych frazesów, a jest proza życia i to dosadnie przedstawiona. Myślę, że takie przesłanie spełnia ta książka i oprócz samej krytyki, zwracania uwagi na wszelkie tekst, wydające się prymitywnymi, jest w książce wiele życiowych prawd, a nawet można wyciągać daleko idące wnioski.
Życie Stefana skłania do refleksji i być może przypomina wielki chaos, ale czy my wszyscy nie mamy takiego w naszej codzienności? Zapewne nie ma życia idealnego. A Stefan jest przykładem bohatera w pełni człowieczego, prostego faceta, i wydaje się całkiem realną postacią wręcz wyłonioną spośród wielu istnień ludzkich.
Cała gama sytuacji, w jakich Stefan bywał, to także niebezpieczne chwile życiowe. Pomimo że na pierwszy rzut oka, treść może się wydawać stekiem opisywanych, wulgarnych bzdur, to jednak wywodzą się ona z prawdziwego życia i są realne. Jako Autor tej powieści, lubię obserwować świat i ludzi, zatem są oni dla mnie inspiracją i ich życie stanowi o fabule, przynajmniej po części, w moich powieściach. Te wszystkie opisywane wątki, to nie tylko typowa fikcja, ale zostały one wymyślone na podstawie różnych zauważonych w sieci, czy też na co dzień w życiu, wydarzeń. Można tutaj wykryć kilka znaczących prawd, mimo że one są przedstawione w taki, a nie inny sposób, czyli żartobliwy, a czasem bardzo niesmaczny. Oczywiście, że dorośli są w stanie zrozumieć idące podteksty i zapewne też zaakceptują sposób ich obrazowania jako czarny humor, może też skrytykują. Ale nie moim celem było pisać niezwykle grzecznie. Po prostu pisałem tak, jak widziałem dane chwile z życia bohatera.Anegdoty i być może realia gdzieś tam
Nie wymył się?
Facet szykował się na randkę. Był piękny wieczór i właśnie wyszedł z ubikacji i szybko na przystanek, żeby się nie spóźnić. Autobus przybył punktualnie, on się zmachał, ale zdążył, jednak jego piękny garnitur już cały został zalany potem. Facet pocił się, jak wpieprz i w całym autobusie śmierdziało jak z chlewu, ale co tam. On twardo zapierdalał na tę randkę, mówiąc sobie, że kupi jaki dezodorant i popsika ten przejebany zapach.
Wysiadł na przystanku docelowym i wszyscy dookoła pospierdalali, a baba w butiku, dała mu za darmo dwie butelki spraju, żeby się wypsikała ta świnia. Zrobił to. Pomogło, ale musiał wylać na siebie wszystko.
Restauracja.
Popatrzył przez okno — siedzi ONA, pięknie ubrana i pomyślał sobie, że będzie super.
Kolacji nie zjedli, tak się sobie spodobali, że od razu wynajęli pokój, żeby zacząć się pierdolić.
Weszli do apartamentu i od razu zaczęli zdejmować swoje szmaty. Zdarł z niej niemal jednym ruchem wszystko. Wylądowali na łóżku.
Rozłożył jej nogi (nie nosiła majtek) i zaczął lizać owłosioną cipę. Śmierdziała franca jakimś grzybem albo pleśnią, ale mu smakowała. Krzywił się bardzo, bo jakiś słony chujowy zapach i co jakiś czas puścił obok pawia, a jadł bigos i naleśniki. Ona była podniecona i smarowała się jego rzygami i podjadała trochę. Cała była kolorowa. Na ryju kawałki żarcia nie tylko dzisiejszego. On potem zaczął całować jej śmierdzące usta i zaraz znowu się zrzygał. Tym razem na gębę. Jak się cieszyła pizda!! Dostała pierwszego orgazmu, że aż się zesikała. Wylizał jej mocz ze smakiem i znowu puścił pawia. Ucieszony wsadził jej do cipy swojego kutasa i zaczął ją pierdolić na maksa.
Ona zapragnęła nagle, żeby mu wylizać dupę. Rozłożyła lekko jego półdupki i wsadziła język w otwór. A skurwiel nie wymył się dokładnie, bo w jego zaroście wokół dziury było zaschnięte gówno! A nie! Przecież srał przed wyjściem. Jednak ją to bardziej podnieciło i postanowiła zjeść „chrupkowatą” kupę. Szalała z podniecenia, a on już trzeci wytrysk miał.
Pierdolili się tak całą noc do rana. Potem nawet srali na siebie, a na śniadanie zjedli te gówna razem z moczem i potem…
Fajny cham
fajny cham
Widzieliście kiedych kiedyś chama?
Ok, to pierdykać to.
Ja sem będę chamem i idiota.
Zapraszam do galerii idiotów.
Paradoksalne uniesienie (albo coś innego, nie wiadomo)
— Kupa z makiem — powiedział Stefan do Wiktorii.
— Ty pajacu — odparła Wiktoria
No i et cetera dalej rozmowa tak beznadziejna, że nie chciało się nawet jej słuchać, a co dopiero myśleć. Na końcu rozmowy, o godzinie 23:30, Wiktoria rozłożyła ręce i powiedziała:
— Na cholerę mi dupę zawracasz Stefanie, jak i tak Ci nie staje. Twój iloraz inteligencji to minus 1000 pajacu. Daj mi spokój, nie pobzykasz dzisiaj. Idę zrobić sobie kanapkę i do spania, niech mi wejdzie w to grube dupsko, bo lubię tuszę. A Ty spierdalaj. Stary gniocie i zwal sobie konia.
Kulturalnie oddaliła się od Stefana i udała do swojego mieszkania. Mieszkała niedaleko od niego, zaledwie pięć minut drogi i to chodnikiem. Nic nie wskazywało, że nagle straci przytomność.
Z budynku, z trzeciego piętra wyskoczył facet, który miał prawdopodobnie dość swojego życia. Cholerny egoista chyba, bo by zabił niewinną Wiktorię. Skończyło się na tym, że jego łeb mocno walnął jedynie w ramię kobiety, która nagle dostała szoku. Zaczęła płakać i krzyczeć o pomoc, „pogotowie!!!!” — wołała.
Jeden z przechodniów też zaczął krzyczeć, gdy zauważył sytuację.
Skończyło się na złamaniu obojczyka i na wielu słowach _„kurw… kurw… kurw…”_
Pogotowie przyjechało za dwie godziny a sparaliżowana z bólu Wiktoria, zesikała się na środku chodnika, a właściwie narobiła w majtki. Dobrze, że przynajmniej trochę mniej było widać, ponieważ nosi grube spodnie i płaszcz. Jak to zwykle w zimę noszą. Ponadto jej podpaski to renoma wśród tych bajerów babskich — sama klasa, najdroższe na rynku i wchłaniają więcej niż pieluchy.
Zniesmaczona baba. W szpitalu będzie lepiej. Pomyślał sobie.
Stefan to taki dobry duszek był. Chodził do kościoła co niedziele (aż go nie sparaliżowało) i przestrzegał postu. To mami cycek, bo jeszcze, mimo że miał 45 lat, to nie pracował i ciągnął kasę od swojej staruszki. Niektórzy nazywali go pobłażliwie „dorosły kutas” albo „ćwoczek”. Nie wiedzieć czemu ale, mimo że miał w dupie cały świat, to był lubiany przez swoich znajomych i nieznajomych również. Zresztą miał dar przekonywania do swoich teorii i czasem nawet miał niezłe pomysły. Lubił piwo i ostry seks na dworze, ale go nie uprawiał często, bo ciągle ma problemy z kim i gdzie. Chętnych nie było prawie w ogóle, a jeśli nawet ktoś się pojawił, to zaraz tak było, że mu nie stawał nagle i dupa z tego wszystkiego. Tylko raz kiedyś, w sumie kilka razy, udało mu się pobzykać na dworze i to nie z kurwą. Nawet zakochał się w tamtej dziewczynie, ale ona miała go potem w dupie. W sumie jeden chuj, bo wcześniej też przecież i to dosłownie. Chłopicina zajmuje się wtedy modlitwą i prosi boga o stojącego kutasa. Na darmo, nawet ten z góry mu nie pozwala się podniecić. Dlatego Stefan to chory kawaler był i tak mu nie wróżono nic innego. Bo kto by chciał takiego nudziarza i na dodatek przynoszącego pecha, tak jak tej nieszczęsnej Wiktorii, która teraz klęła pewnie na niego za plecami wniebogłosy…
Do knajpy
Po incydencie z babką Stefan udał się do domu i zrobił tak, jak mu powiedziała — zwalił konia. Potem usiadł w swoim wygodnym fotelu i włączył telewizor. A tu chuj, nie ma nic — zapomniał zapłacić abonament RTV. Skleroza. No to pozostało mu picie piwa i fajki. Najpierw postanowił nalać wody do wanny. Przygotował sobie majtki, oczywiście dziurawe, bo żal mu kupić nowe. Stwierdził, że niby po co, wystarczy, że będą czyste. Nie prał w pralce, więc i tak widać kleksy po sraczce i moczu. Coś tam się tylko w łapach czyścił pod wodą.
Stefan specjalnie kupował białe majtki, bo uważał, że to kolor czystości…
W telewizji miał być mecz. Trudno — powiedział i włączył sobie grę na komputerze, jakąś FIFA dwa-tysiące-ileś-tam i zaczął napierdalać myszką i takie tam wyzwiska przy okazji mu leciały z gęby. Przeszedł już całe mistrzostwa kilka razy, ale nadal miał niedosyt. Mógłby zostać recenzentem każdego szczegółu tej gry. Postanowił sobie, że jutro zapłaci rachunki i wróci mu internet i telewizja.
Zrobił sobie kanapkę z salcesonem i zaraz upierdolił klawiaturę, bo jednocześnie coś pisał i wpierdalał jadło. Tam w tej klawiaturze, to już cały jadłospis, ale działała i Stefan był zadowolony ze sprzętu.
Wspomniał, bekając tę nieszczęsną Wiktorię, która omal nie straciła życia. W myślach powiedział sobie „gruba baba, co mnie kusiło, żeby ją bzykać”. Pożałował trochę i z powrotem zaczął grać z Niemcami w ćwierćfinale. Aż tu nagle telefon. DRNNNRRNRNR.
— Tak słucham?
— Te pajac, idziesz na piwo? — głos powiedział.
— Ok, idę, gdzie i o której? — odpowiada Stefan.
— Jestem już pod klatką, złaź, bo mi się nie chce włazić na te pieprzone 3 piętro _—_ frustracja i narzekanie kolegi na maksa — Kiedy ta winda zacznie działać? Aha, zapomniałem, wy nie macie windy, bo są trzy piętra haha!
— Dobra idę już, wyłączę tylko kompa — odparł Stefan.
Stefan biegnie po schodach jak jakiś oszołom, bo usłyszał, że piwo. W euforii zapomniał zamknąć drzwi na klucz.
— O kurwa zapomniałem, a chuj z tym — pomyślał sobie — i tak piwa już nie mam w lodówce.
Już pierwsze piętro i nagle łomot, dupnięcie na klatce. Poślizgnął się i łbem walnął w ścianę. Nie dość, że przez niego Wiktoria by zginęła, to teraz on sam by się zabił.
Ki chuj — co za dzień pomyślał.
W końcu wyszedł z tej swojej niezbyt czystej klatki i graba:
— Hej Robal! (jego kumpel, łysy, chudy i bez zębów, ciągle pijany i bierze udział w ulicznych walkach na kasę, ma zryty łeb bardziej niż zawodowi bokserzy wszyscy razem wzięci).
— Hej Stefo — odparł kumpel.
— Gdzie to tym razem idziemy?
— A chodź do tego klubu, co byliśmy tydzień temu.
— Do tego burdelu? — pyta Stefo.
— Tak, mają tam to piwo, co rypie na łeb, a wystrój mi niepotrzebny.
— Wystroić to ja mogę Cię i to za darmo, jeden raz po pysku i jesteś jak książę zarumieniony przed weselem hehe — rzucił Stefo.
Chwilę jeszcze pogadali o pierdołach i ruszyli na kolejną bibę.
Restauracja „Nasz chleb”, a raczej zapyziała i śmierdząca knajpa, gdzie można było spotkać całą elitę szumowin z okolicy, to fajne miejsce na zryte łby. Dlatego lubili tam chodzić. Mieli jeszcze inne knajpy w zapasie, ale ta najlepiej im odpowiadała. Dopiero gdy przesadzili z mordobiciem i właściciel ich wygonił, dał szlaban na dwa tygodnie, bo tak czasem bywało, to chodzili do innych burdelników.
Weszli do knajpy, a tam zakopcone i śmierdzi piwskiem. Właściciel pozwalał palić, mimo że jest ogólny zakaz. Jego to nie obchodziło, nie miał jeszcze kłopotów, to olewał. Poza tym w razie czego był na drzwiach napis: „Uwaga, tu się jara”.
Więc weszli i nagle niespodziewanka. Wiktoria klaszcze i tańczy napruta w sztok. Stefan od razu do Robala:
— Te Robal, ta dziwka jest tutaj, wiesz ta, co niemal nie zginęła jak ją spotkałem.
— I co z tego? Która to? — Robal zaciekawiony błądzi wzrokiem po spelunie.
— Ta w rogu pod maszyną z prezerwatywami koło kibla — mówi Stefo.
— Ale szmata — dojrzał ją Robal i podsumował.
— Idziemy po piwo, walić laskę, może mnie nie zauważy — Stefo.
Poszli do lady i zamówili dwa 5-litrowe dzbany zimnego piwa. Nie było stoliku wolnego, to usiedli w kącie przy ladzie.
Stefan nie obejrzał „Pianisty” Polańskiego!
Nie mam gdzie wyżyć swoich emocji, to piszę tutaj. A fujarka mi trochę śmierdzi, bo przez to uzależnienie komputerowe, nie chce mi się w ogóle kąpać — Stefan powiedział do siebie.
_I tak cały dzień właśnie (od momentu, gdy się obudziłem), marnuję czas na pierdoły_ — myśli sobie Stefan, pisząc swój blog. Wczoraj mu uruchomili znowu internet, bo ciotka mu zapłaciła. Włączył też TV, lecz nie obejrzał tego smętnego filmu „Pianista”, chociaż chciał, bo to oskarowa produkcja i to na dodatek realizowana przez polskiego reżysera. Nie miał ochoty na ten tragizm i po raz kolejny, nie obejrzał tak ważnego dzieła dla wszystkich, dla polskiej historii i historii świata w ogóle. To karygodne, ale cóż. Stefan nawet przestał pić na godzinę wczoraj, bo musiał się dokładnie wymyć, po miesięcznym letargu. A to wymagało uwagi, chlupnął więc przed tym pozornie łatwym zadaniem ćwiarteczkę wódki, bo żeby mu się łapy nie trzęsły.
Tego dnia wstał pełen wigoru i wartko włączył komputer, by zobaczyć najnowsze informacje. Szukał pilnie jakiś pozytywnych wiadomości, lecz niestety, _„pierdolą tylko o wojnach i polityce”_ — tak podsumował, to co przeczytał. Nie interesowała go polityka od dłuższego czasu, chociaż kiedyś chciał zostać posłem, radnym. To młodzieńcza przeszłość. Teraz nic nie robił i zbijał bąki. Nie mógł chodzić, bo był sparaliżowany przez to picie. Miał za swoje, pewnie za niedługo walnie w kalendarz i będzie wąchał kwiatki od spodu. Uff — wreszcie będzie miał swoje upragnione kwiatki. Zawsze marzył o jakichś, ale nikt nie chciał mu ich dać. Więc skromny Bóg mu zafunduje na wieczność — spełni jego zachciankę dosadnie.
Wspomniał Wiktorię, niedoszłego nieboszczyka. Zebrało mu się na wymioty i wziął tabletki przeczyszczające. W sumie zaraz po tym fakcie zastanowił się, co zrobił dobrego, bo zaraz sraka go męczyła. Nie ma tego złego, co by na korzyść nie wyszło. Oczyścił się częściowo z procentów i żołądek inaczej funkcjonował. Po czym na kolację zjadł wypasioną jajecznicę z kiełbasą. Trochę przesolił, ale powiedział sobie po cichu _„pierdolę”_.
O dwunastej w nocy obudził go sąsiad. Stefan wkurwił się i zapukał do niego.
— Panie, kurwa dwunasta w nocy jest, czego drzesz ryja!!!
Ale sąsiad nawet nie otworzył drzwi. Stefan usłyszał tylko jakby z wanny wrzask _„Spierdalaj”_.
Stefanowi zrobiło się smutno
I tak siedział Stefan przed tym komputerem i pisał. Jednak nagle odezwała się koleżanka, z którą miał niegdyś bliskie stosunki. Można powiedzieć, że bardzo bliskie, bo się w niej zakochał. Bynajmniej przeżył z nią ostry seks i tego na pewno nie zapomni. A podczas rozmowy przez internet, wysłała mu zdjęcia, jak się tulą — odżyły emocje i poczuł pustkę. Pluł sobie w twarz, że nie może nic zrobić, aby spotkać się z tą kobietą ponownie. Ale na szczęście pisali do siebie, więc przynajmniej tyle.
Nabazgrał do niej poprzez komunikator: _„Chciałbym znowu się spotkać, tyle czasu minęło i tyle się pozmieniało hmmm”_. No ale niestety musiał się zadowolić tym, co jest. Odpisała mu: _„Brakuje mi twojej bliskości dotyku. Pocałunków”_. No i ciepło na sercu od razu. Stefan pomyślał sobie, żeby jakoś znowu nakłonić ją do spotkania, chociaż wie, że to mało realne, ponieważ ma męża, ale dlaczego tak pisze?.
No i tak pogadali długo dosyć. Powspominali dawne czasy i to, co ich spotkało. Stefanowi stało się trochę lepiej, ale nadal był smutny. Bardzo mu brakowało tamtych igraszek, nie myślał o swoich problemach, bawił się dobrze.
Powiedziała mu:
— Zawsze jak mi tęskno oglądam te nasze zdjęcia_ _— bo mają ich trochę i wspomina koleżanka Karina.
— Mnie cały czas tęskno, czasem sobie marzę o tym, że ja tu piszę te swoje powieści i robię stronki itd., a Ty szwendasz się gdzieś po kuchni, mieszkaniu i czasem wkurzasz się na mnie, bo mało jem przez tą moją chorą twórczość hehe — odparł z uśmiechem Stefan.
I chociaż to tylko pisanie, to czuł jakby była tuż obok. Przejrzał zdjęcia, jakie mu nadesłała i aż za głowę się chwycił — taki spuchnięty był wtedy, gdy się przytulali. Wróciły wspomnienia i rozkojarzony Stefan, wrócił za chwilę do pisania. I zarzuciła mu, że nie pisze już wierszy o niej. Ech zaczęły się sentymenty, pomyślał sobie Stefan. „_No cóż, nie zawsze jest wena do tworzenia, a szczególnie jeśli chodzi o wiersze_” — wytłumaczył jej delikatnie.
Stefan przyznał się podczas rozmowy, że pisze jednocześnie swoją książkę i nagle odpowiedź:
— Piszesz o zębach, czy o sylwestrze? (Karinę zęby właśnie bolą, a na sylwestra się bzykali).
Stefan nic nie odpowiedział, dodał jedynie, że nie zdradzi, o czym pisze, gdy zapytała. Kobieta i tak, go trochę męczyła. _„Ach te kobity, wszystko od razu muszą wiedzieć” _— pomyślał. Ona zdążyła mu posolić _„Albo erotyczne… jak wania rozbierał traktor”_ — jako jej domysł, o czym Stefan pisze.
Stefan wielki pisarz
Stefan od pewnego czasu stał się bardziej kulturalny. Tak sobie postanowił. Starał się zapomnieć o Wiktorii. Przestał nawet zapisywać o niej cokolwiek, bo lubił pisać o przygodach, a gdy tylko miał jakiś wątek w głowie, to zawsze ta pierdolona, niedoszła trupiara Wiktoria, mu się przypominała. Mimo że coś tam może między nimi kroiło ciekawego, to jednak wszystko szlag trafił. Stefan nie pojmował dlaczego. Ale też nie chciał się zbytnio nad tym zastanawiać.
— Na chuja ona przeżyła — Powiedział Stefan pod nosem. I dodał zaraz — W sumie to i tak siedzę na dupie przed kompem, to mogliby mnie nawet wsadzić. Albo nie, kurwa, mogliby mnie wykastrować, żebym o laskach już nigdy nie myślał.
Takie zadumanie się często Stefanowi towarzyszyło. Nawet zaczął skrupulatnie i dokładniej zapisywać swoje chore wnioski z nadzieją, że pierdolnie mu w końcu mega-wena i chlupnie, jakiego bestsellera, wyda go i zarobi majątek.
_O Wiktorio, moja Wiktorio…_ — Nucił sobie w środku w nocy, podczas przerwy w czytaniu (bo o dziwo, Stefan zaczął czytać książki!) piosenkę Dżemu.
— Rysiek miał talent! Szkoda chłopa. Był pijakiem, więc mamy coś wspólnego — Stefan wspomniał wokalistę Dżemu z sentymentem i po bratersku.
Myślał o tej Wiktorii i jednak żałował trochę, że się nie postarał o nią. Może by coś wyszło z tego i przestałby ciągle walić konia z tej samotności?
— Kurwa! — Sentymentalnie zakończył rozmyślania.
Była 3:30 w nocy, więc trochę się zreflektował, bo zaś ktoś by zadzwonił gdzieś na policję, albo do niego i byłby opierdol, a on jak zawsze tłumaczyłby się, że coś mu się śniło widocznie i nie miał kontroli nad tym, że wydzierał się w nocy i klnie. Miał przecież ciężkie życie i wiele problemów. Stefan zawsze coś potrafił wymyślać, więc dlatego też z łatwością przychodziło mu, napisanie kolejnych swoich opowiada, wierszy, czy też innych tekstów, jakie chciał.
— Jestem utalentowany skurwysyn! — Krzyknął ostatni raz przed zreflektowaniem się i potem nastała cisza. Jedynie stukot klawiatury nawiedzał jego pokój. Tego już nie mogli mu zabronić, pomyślał sobie i dalej napierdalał literki.
— Więcej do tej szmaty nie napiszę ani w ogóle nic innego — Stefan powiedział sobie cichutko.
Stefan i nowa praca
Stefan to niezły kizior. Zachciało mu się pracować, to w końcu praca go znalazła, bo inaczej nie można tego ująć. Napisał gdzieś sobie do firmy, od niechcenia, bez wiary, bardziej dla testu, czy w ogóle to możliwe i się zgodzili na okres próbny.
Przez kilka dni siedział przy komputerze po ileś tam męczących godzin. Bo jednak praca, mimo że taka, co bardzo lubi, to jednak żmudna i wymaga wysiłku intelektualnego. Cieszył się, że powoli udaje mu się coś, ale po tygodniu dostał reprymendę, a dokładniej szef delikatnie mu dał do zrozumienia, że pisze do dupy, nie rozumie zadań, jest w ogóle beznadziejny.
— Kurwa, a tak mi się podobało już. Czytałem i pisałem, dłubałem sobie grafikę i mnie zjebali. Na dodatek było spotkanie, którego pilnowałem jak oka w głowie i chuj z tego wyszło. Przegapiłem. Wstyd! Kurwa pięć jebanych dni roboczych i taka wpadka. Szef jaja sobie robi, mówiąc, że nie ma jeszcze tragedii. Otóż jest jak dla mnie! Do dupy. Nie wierzę. Jebać ten system. Bezrobocie też robota. Mam książki z wielu źródeł, w zamian za recenzję, to poczytam.
Był sfrustrowany i wkurwiony na siebie, bo po raz kolejny okazało się, że gapa z niego i tyle. Stracił ochotę na wszystko. I tak miało się to zbyt ładnie. Stefan i wydawnictwo? To jakiś żart! Tak ktoś by powiedział. I pewnie miałby rację. Stefan tego dnia chciał też nadrobić trochę czytania, ale zupełnie zniknęła jakakolwiek motywacja. Zaczął o tym pisać w swoim pierdzielniku, w pliku, chaotycznie i bez sensu. Pomyślał, że i tak gdzieś te żale musi wydalić i potem nawet opublikować w jakiejś niekonwencjonalnej, głupiej, bez ładu i składu, książce. Stefan to niezły kizior.
Jeszcze miał szansę, bo to okres próbny, więc jak łapać najgorsze oceny, to lepiej od razu i nie mieć złudzeń co do końcowego werdyktu w sprawie pracy na dłuższą metę. A takie właśnie wpadki decydują.
— Pierdolić to. I tak zaraz idę do lekarza. Za chuja mi się nie chce.
Stefan bardzo się męczył ze swoją inteligencją. Było mu niezwykle źle. Wszystko od lat się jebało i widać nadal nic raczej się nie zmieni.
— Wiktorio! Ty pizdo! Przez ciebie to wszystko, bo jesteś gdzieś w moim łbie, sam nie wiem dlaczego!
Święta prawda. Najlepiej zwalić wszystko na kogoś. Racja, w sumie ulga. Bo takie naiwne pocieszenie, jest nawet dobre z braku laku.
Stefan w zamian za spierdoloną przez niego pracę dostał inne zadanie. Trochę bardziej konserwatywne. Zabawa z ustawianiem opisów i audyt całej strony WWW. Nie ma co zagłębiać tematu. Zrobi to, bo trochę pojęcia ma i pewnie dostanie znowu zjebkę. Takie właśnie mu się kreowały myśli. Bo w sumie z jakiej racji, ktoś, kto jest tylko po szkole średniej i właściwie nic w niej się nie nauczył, kończył ją na raty, ma być lepszy od tych innych, po studiach? W sumie Stefan nie wiedział, jakie mają wykształcenie pozostali pracownicy tej firmy, co wtedy był w niej i, jako niby profesjonalista się zatrudnił. Jednak chyba jego braki były zbyt duże jak na tak poważne zajęcie. Tutaj trzeba być profesjonalistą, a on jedynie miał niewielkie doświadczenie zewnętrzne w innych firmach. Mało profesjonalnych. Sam najczęściej pracował i mało tego, był samoukiem, co jednak nie było dobre, a przynajmniej nie wystarczało na to, aby znaleźć się w gronie specjalistów. Jemu mogło się wydawać, że coś dobrze i skutecznie robił, a tak naprawdę, to tylko takie było, że coś robił, nic poza tym. Ani ta jego praca nie dała się wycenić, ani też… A pierdolić. Nie ma co o tym gadać. Tak to można skwitować.
Stefan się mota
— Coś kurwa mi słabo idzie z tym czytaniem! — Zaklął Stefan zdenerwowany. Czytał kolejną książkę, z niesamowitym zaangażowaniem, ale mu nie szło tempo, bo jakoś był zmęczony. Wkurwiał się z tego powodu, tym bardziej że czas leci, a on nie śpi. Ostatnio w sumie to padał jak kawka. Miał dużo książek. Wymyślił sobie, że będzie recenzentem i mu przysłali z kilku wydawnictw, a on jak głupi cieszył pałę, że ma tyle. Kto i kiedy to przeczyta!
— Ja pierdole!
Tak to było u Stefana — najpierw nie pomyślał, a potem strzelał epitetami. Stefan twardy i się nie poddawał. Nawet nie zwracał uwagi, co mu przysyłają. Brał to, co mu zaproponują, a potem wkurwiał się, że jakieś smęty i pierdoły, których nawet w sraczu nie da się czytać. A lubił w kiblu, bo wtedy przyjemnie mu się srało, dokładniej wychodziło gówno, no i wypróżniał się dokładnie, bo jak się zaczytał, to leciał czas, więc gówno sobie lekko leciało, aż się wyczerpał strawiony pokarm. Wtedy dopiero było dobrze, bo często było tak, że srać mu się zachciało nagle i miał kilka sekund do dotarcia do kibla. Problem był wtedy, gdy wychodził na spacer, na dwór, bo jego sraka, to serio była brutalna i nie było, zmiłuj się, jak się zachciało.
Często czytał po nocach. Zastanawiał kiedyś, czy w ten sposób jego inteligencja, wiedza i w ogóle wszystko, co mądre, bardziej się rozwijały i nabierały więcej tego naukowo-teologicznego życia. Często też, Stefan rozmyślał filozoficznie. Kiedyś zastanawiał się, jak to jest, gdy ma się w kieszeni każdego dnia przynajmniej tysiąc złotych. I doszedł do wniosku, że by się zapił na śmierć, przy takiej kwocie, bo co innego robić? Dziwki? Ich nawet tyle dupczyć by się tyle nie dało! Ileż można! Zresztą Stefan niezbyt lubił dziwki, chociaż niektóre są fajne nawet i mu żal kiedyś było, że tak się puszczają. Chciał nawet się umówić i wyrwać jedną z tego chujowego zarobku. Kasy nie miał, by jej dać tyle, co ona zarabia. Bo tylko tak pewnie by ją wyrwał. Bo jaka prostytutka by poświęciła 100 zł na godzinę za bycie z jednym facetem, który nawet mieszkania na własność nie ma? I na tym jego spekulacje i plany miłosne wyrwania takiej kobiety ze szponów złego życia, spełzały na niczym. Mógł sobie pomarzyć, że jest szlachetnym rycerzem, który wyciąga panny lekkich obyczajów z bagna, a przynajmniej jedną, bo i tak haremu by nie chciał. Jak sobie pomyślał w ten sposób, to od razu stwierdził, że całkiem by ocipiał. I w sumie dosłownie…
Czasami próbował poderwać jakąś panienkę poprzez internet, ale to marna sprawa, jakoś już wyszedł z wprawy, żeby zauroczyć tekstami jakąś naiwniaczkę. Kiedyś mu się to udawało, ale wtedy zawsze był najebany. Ostatnio nie chciał w ten sposób i chuj — nic mu nie wychodziło. Czyli, że jest super romantykiem, jak się napierdoli? Wyglądało na to, że tak. No cóż, Stefanowi pozostało pić na umór i wtedy były jakieś szanse, ale zaś to, nie wróżyło związku, a jedynie tylko przelotne kurewstwo, bo i laska wtedy liczy tylko na szybki numerek i nie chce się wiązać z jakimś alkoholikiem. Często nad tym losem rozmyślał i do żadnego konstruktywnego wniosku nie dochodził.
Więc się motał od ściany do ściany w tym swoim życiu.
Gdy zrobił sobie przerwę w czytaniu kolejnej powieści, uruchomił komputer i włączył sobie porno. Zwalił sobie konia…
Nad ranem.
Potem zasnął i nic mu się nic nie śniło.
Wspaniale.
Gdy wstał, to podrapał się po głowie i stwierdził, że robią mu się placki łupieżu. Trochę to dziwne, bo przecież myje włosy i to szamponem przeciwłupieżowym, ale widać jego skóra na starość jest już maksymalnie zjebana, więc się sypał, pomyślał sobie. Bardzo go to wkurwiało i nie wiedział, jak ten proces zatrzymać. Co prawda miał włosy, które zasłaniały ten problem, ale co by było, gdyby zaczęła go głaskać po głowie jakaś panienka? Zaraz mu przyszło na myśl, że spaliłby się ze wstydu. Kiedyś słyszał, że dawno temu, gdy jeszcze nie było tylu kosmetyków ogólnie dostępnych dla wszystkich, to ludzie włosy myli naftą.
— Kurwa! Skąd mam wziąć naftę! — Krzyknął cicho Stefan do siebie.
To fakt. Nafty nie miał. Zresztą, czy w ogóle teraz jeszcze jest możliwość kupienia tego paliwa w zwykłym sklepie, o ile w ogóle gdzieś? — Pomyślał Stefan. Faktycznie.
— Na stacji benzynowej, jest ropa i benzyna, ale nafta, czy jest? — Stefan zastanawiał się, ale zaraz doszedł do wniosku, że gówno i tak z tego, bo nawet nie ma jak sprawdzić. Przecież nie pójdzie specjalnie na stację, która była oddalona pięć kilometrów od jego mieszkania. Nie chciało mu się. Może przy okazji pójdzie.
Taką strategią działania, Stefan zakończył spekulację nad tym, żeby zdobyć naftę. Myślał też o denaturacie, bo może też pomaga, ale zaraz doszedł do wniosku, że bałby się kupić, bo mógłby, zamiast go wykorzystać na smarowanie łba, po prostu wypić. W końcu tam jest sporo alkoholu, a to, że śmierdzi, to można wyciąć. I tak ciągle śmierdział procentami albo stęchlizną po spożyciu. Tylko czasami, jak wiedział, że idzie gdzieś, gdzie może spotkać jakąś fajną laskę, to na wszelki wypadek czyścił zęby. I tak mu żadna nie dawała. Zresztą słabo mu szło podrywanie. Jedynie Wiktoria — z nią coś planował i myślał, że może się uda. Było troszeczkę prawdopodobne, tak mu się zdawało. Ale wiadomo, że nic z tego. Jego nadzieja spełza na niczym. W swojej wyobraźni jedynie ją ruchał.Stefan i Mikołajki
— Jutro szósty grudnia i mikołaj! — Wykrzyczał po cichu do siebie Stefan, chociaż nie wiedział po co, bo i tak nie będzie żadnego prezentu dla niego. No, chyba że matka coś mu kupi, ale nie liczył na to. Myślał, żeby coś sobie zamówić, jakiś dezodorant, perfum albo spodnie, kurtkę. Jednak co się przymierzał do jakichkolwiek zakupów, to stwierdzał, że nie ma sensu wydawać kasy, bo ma starą kurtkę, nigdzie się specjalnie nie umawiał. To po co mu kolejna? Żeby wisiała? Zresztą nie wychodził z domu prawie wcale, bo miał problemy z chodzeniem. Może jakby latami nie chlał, to by ich nie miał? Tak czasem sobie myślał, ale czasu nie cofnie. A dezodorant? Też niepotrzebny, bo ma jedne perfumy, które o dziwo nie wypił, a była taka sytuacja, że brakło mu alkoholu i go trzepało ostro i miał zwidy, to prawie rozbebeszył buteleczkę i chciał przelać do kieliszka. Na szczęście pojawił się jak zbawienie Robal, jego druh, który miał zwyczaj niespodziewanie postawić mu nawet kilka piw. I to zawsze trafiał na momenty, kiedy to Stefan, akurat był na głodzie z małymi perspektywami, chociażby na jabcoka. Więc biorąc pod uwagę to wszystko, Stefan zrezygnował z zamawiania kosmetyków. Stwierdził też, że nic w ogóle nie kupi, chociaż o dziwo, pomyślał o innych członkach rodziny, bo oprócz matki, miał jeszcze dwóch braci. Nawet już zrobił zamówienie w sklepie kosmetycznym, ale go nie zrealizował. Doszedł do wniosku, że jeśli nie pracuje, to nie ma sensu wydawać matczynych pieniędzy, a potem znowu prosić się jej o kolejne. I tak to robił, ale…
W każdym razie czuł zbliżający się klimat świąt i nawet tak się złożyło, że przysłali mu książkę o mikołaju. Więc chętnie zaczął ją czytać. Te książki, czasem dostawał od wydawnictw, bo potem o nich pisał w internecie. Zatem nie musiał płacić i miał przynajmniej taki materialny zarobek. Uzupełniał w ten sposób braki w swoim słownictwie, które przez lata picia sprowadzało się najczęściej do jednego zdania: _No to zdrowie panowie!_. Taki toast zawsze wznosił, a to, że wiecznie pił sam (oprócz tego, że czasem z Robalem), to już inna sprawa. Często sam ze sobą rozmawiał i lubił to, bo wiedział wtedy, że ktoś go słucha. Tak sobie tłumaczył.
— Może ktoś niespodziewanie kupi mi jakiś prezent? Ale nie! Nie chcę takiego prezentu kupnego! Chcę Wiktorię jako prezent! Wiktorio, o moja Wiktorio! Wiktorio ma! — Zanucił na koniec monologu piosenkę Dżemu, która podobała mu się najbardziej ze wszystkich, jakie słyszał. To był jego hymn, można by powiedzieć. No i czasem „Czerwony jak cegła”.
— Jestem coraz większym dziadem — Stwierdził nagle. I pomyślał o tym, ile ma lat i, że w swoim życiu niczego nie osiągnął.
Zatem ta mikołajkowa radość w jego sytuacji właśnie w taki sposób się objawiała, że Stefan żalił się sam do siebie i pierdolił wszystko, bo właśnie takim podsumowaniem „Pierdolić to”, kończył piękne rozmyślania o rodzinnej atmosferze świątecznego grudnia. Tak było od lat.
Gdy wieczorem 5 grudnia 2022 roku dumał nad swoją egzystencją, przypomniało mu się, że dostał list polecony.
— Jednak miałem Mikołaja. Muszę pierdolony wykaz majątkowy przedstawić komornikowi — Łatwo domyślić się treści tego listu. Stefan był zadłużony po uszy na kwotę, której do końca życia nie spłaci, nawet nie wiadomo, czy tyle zarobi. O ile w ogóle zarobi jeszcze cokolwiek ponad kilkaset złotych miesięcznie. Bo tyle, co najwyżej mu się trafiało z opublikowanych w internecie treści. A i to też niekoniecznie, bo czasem nie było nic w danym miesiącu.
— Na cholerę uruchomiłem wtedy firmę i w ogóle, po co się przeprowadzałem i zakochałem w tej pindzie! — Wściekły Stefan wspomniał czasy, kiedy to był biznesmenem i zatrudniał nawet ludzi. Był też wtedy w związku z kobietą, do której przeprowadził się na drugi koniec Polski. Wszystko szlag trafił i szkoda było mu nawet o tym wspominać. Niestety, ale nawet tego nie mógł, bo komornicy skutecznie przypominali mu tamte czasy, kiedy to banki go wspierały w biznesie.
Stefan już się uodpornił na szczęście. Przyzwyczaił się, że nie zarobi nigdy dużo, żeby mu ściągnęli z wypłaty każdą kwotę przewyższającą najniższą krajową.
— Nie będę bogaty. Moja perspektywa życia w biedzie to pewna sprawa. Więc srać na to! — Twardo sobie wmawiał, że jest odporny i nie dołuje się z tego powodu. Tak naprawdę, to miał momenty, kiedy to chciał się nawet zabić, gdy tylko pomyślał, że nic w życiu mu się nie należy oprócz jałmużny. To smutne i każdy, kto go znał, współczuł mu. Dlatego też Stefan przez nikogo nie był gnębiony, każdy patrzył na niego z politowaniem i czasem za jego plecami, było słychać:
— Ten to ma życie. A chuj mu w dupę, jak był głupi, to niech ma to, co teraz. Pierdolić go.
Z powodu braku pieniędzy, nie miał kobiety. Chociaż bardzo chciał. Stąd też żywił się płonną nadzieją o Wiktorii.
— Wiktorio, jeszcze nie czas, ale obiecuję, że Cię uszczęśliwię! Choćbym miał umrzeć, to tego dokonam!
I faktycznie. Zdawało się, że mówił prawdę, bo było to realne. W końcu kiedyś umrze…