-
nowość
Pierwsze wspomnienie - ebook
Pierwsze wspomnienie - ebook
Trwa hiszpańska wojna domowa. Po śmierci matki i uwięzieniu ojca przez frankistów czternastoletnia Matia zostaje wysłana na Majorkę, pod opiekę surowej babki, Donny Priscilii. Wraz z nimi mieszka też kuzyn Borja — chłopiec o silnej, ale moralnie dwuznacznej osobowości — oraz służba i nauczyciel. W zamkniętym, dusznym świecie wyspy Fenicjan, kupców, krwiopijców, kanciarzy i inkwizytorów, w miejscu, gdzie bezlitosne słońce przebija się przez witraże, a porywczy wiatr rozbija się na agawach, Matia obserwuje konflikty dorosłych, okrucieństwo rówieśników i atmosferę podejrzeń gęstniejącą z każdą chwilą. Dziecięcy mikrokosmos staje się tu metaforą społeczeństwa ogarniętego przemocą i hipokryzją.
Jedna z najpiękniejszych książek napisanych w naszym języku w XX wieku. Wiele razy z entuzjazmem rozmawiałem o niej z Julio Cortázarem i jego ówczesną żoną, Aurorą Bernárdez. Uwielbiali ją. Pamiętam nawet, jak wspólnie czytaliśmy początek, z tą naprawdę wspaniałą i wzorcową charakterystyką starszej pani — jeden z najdokładniejszych, najdelikatniejszych i najpiękniejszych opisów postaci, jakie pamiętam z powieści naszych czasów. […]. Dzieła Matute są pełne prawdy i piękna”.
— Mario Vargas Llosa
Wielka książka — nieokiełznana, namiętna i brutalna.
— Jonathan Gibbs
Literatura Matute to światło w ciemności, które prowadzi czytelnika przez najtrudniejsze doświadczenia.
— Juan Marsé
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Powieść |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-67121-92-7 |
| Rozmiar pliku: | 656 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
1
Moja babka miała siwe włosy upięte nad czołem w wysoką falę, co nadawało jej gniewny wygląd. Prawie zawsze dzierżyła w ręce bambusową laseczkę z pozłacaną rączką, choć wcale jej nie potrzebowała, bo była silna jak koń. Gdy przeglądam stare fotografie, wydaje mi się, że w jej nalanej twardej i bladej twarzy, w szarych oczach obwiedzionych przydymioną obwódką dostrzegam ślad podobieństwa do Borjy i nawet do mnie samej. Przypuszczam, że Borja odziedziczył po niej zdecydowanie, absolutny brak litości. Ja być może – ten wielki smutek.
Kościste dłonie babki z wystającymi knykciami, mimo że niepozbawione urody, były upstrzone plamami w kolorze kawy. Na wskazującym i serdecznym palcu prawej dłoni tańczyły wielkie mętne diamenty. Po posiłkach przesuwała bujany fotel pod okno swego saloniku (za oknem mgła, skwarny, wilgotny wiatr nadziewający się na agawy lub szarpiący kasztanowobrązowe liście migdałowców, nabrzmiałe ołowiane chmury tłumiące zielony blask morza). Stamtąd, za pomocą starej teatralnej lornetki inkrustowanej fałszywymi szafirami, wodziła badawczym wzrokiem po białych domach na zboczu, zamieszkanych przez dzierżawców, albo obserwowała morze, gdzie nie płynął żaden statek ani nie pojawiał się najmniejszy ślad tych potworności, o jakich słyszeliśmy od Antonii, naszej gospodyni. („Podobno tam, po drugiej stronie, mordują całe rodziny, rozstrzeliwują zakonników i wyłupiają im oczy… A innych wrzucają do zbiornika z wrzącą oliwą. Boże, zmiłuj się nad nimi!”) Babka słuchała tych chorobliwych opowieści niezmiennie wzburzona, oczy jeszcze bliżej siebie jak dwóch braci opowiadających sobie mroczne tajemnice. I trwaliśmy tak w ciszy owego zakątka wyspy, w tym zagubionym miejscu świata, którym był dom babki, we czworo – ona, ciotka Emilia, mój kuzyn Borja i ja – oblepieni upałem, nudą i samotnością, spragnieni wiadomości, z których wciąż nic nie można było wnosić, bo wojna rozpoczęła się ledwie półtora miesiąca wcześniej. Możliwe, że pora sjesty była chwilą największego spokoju, a zarazem największego napięcia w ciągu dnia. Słyszeliśmy skrzypienie fotela na biegunach w saloniku babki, wyobrażaliśmy ją sobie, jak szpieguje krzątaninę mieszkających na zboczu kobiet, a słońce pobłyskuje w wielkich klejnotach na jej palcach. Często słyszeliśmy, jak mówi, że jest zrujnowana, a gdy to robiła, wkładając sobie do ust jedną z niekończących się nigdy pastylek z brązowych flakoników ustawionych rzędem na komodzie, pogłębiały się cienie pod jej oczami, a źrenice pokrywało jakieś galaretowate zmęczenie. Wyglądała jak spsiały Budda.
Pamiętam, jak Borja odruchowo się rzucał, by podnieść bambusową laseczkę, ilekroć ta zsuwała się po ścianie i upadała na podłogę. Jego długie śniade dłonie, z wystającymi jak u babki knykciami, wyciągały się w jej stronę (jedyny przejaw swawoli, jedyna oznaka protestu w rozpaczliwym bezruchu podminowanej niepokojem sjesty). Borja rzucał się skwapliwie, posłuszny nawykowi dobrze wychowanego dziecka, i ponownie opierał zbuntowaną laseczkę o ścianę, bujany fotel lub kolana babki. Przy takich okazjach, gdy siedzieliśmy we czworo w saloniku – ciotka, mój kuzyn i ja niczym na audiencji – odzywała się jedynie ona, mówiąc monotonnym tonem. Myślę, że nikt jej nie słuchał, każdy pogrążony we własnych myślach i w popołudniowej nudzie. Wypatrywałam znaku Borjy, że oto nadszedł odpowiedni moment, by się wymknąć. Ciotka Emilia często ziewała, ale z zamkniętymi ustami. Ziewnięcia dawało się poznać po silnym skurczu szerokich mlecznobiałych szczęk i po łzach, którymi nagle wypełniały się jej oczka o różanych powiekach. Dziurki w nosie się rozszerzały i niemal słychać było zgrzyt mocno zaciskanych zębów, żeby usta nie rozwarły się na całą szerokość jak usta kobiet ze zbocza. Mówiła od czasu do czasu: „Tak, mamusiu. Nie, mamusiu. Jak sobie życzysz, mamusiu”. To była moja jedyna rozrywka, gdy czekałam z niecierpliwością na lekkie poruszenie brwi Borjy, znak, że można już wyjść.
Borja miał piętnaście lat, a ja czternaście i byliśmy tam z przymusu. Irytowaliśmy się i nudzili w równej mierze, zanurzeni w oleistym bezruchu, w obłudnym spokoju wyspy. Wojna, która zaskoczyła nas podczas wakacji, jawiła się jako nierzeczywista, odległa i bliska zarazem, może straszniejsza, bo niewidzialna. Nie wiem, czy Borja nienawidził babki, ponieważ umiał odgrywać przed nią anioła. Przypuszczam, że od małego ktoś wpoił mu konieczność udawania. W obecności babki był słodki i łagodny, bo dobrze znał znaczenie słów „spadek”, „pieniądze”, „ziemia”. Inaczej mówiąc, był taki w stosunku do niektórych starszych osób, gdy tego rodzaju zachowanie przynosiło mu korzyść. Ale nigdy nie widziałam większego niż on kłamcy, zdrajcy, łajdaka ani smutniejszego stworzenia. Przed babką grał niewinnego i nieskazitelnego, szarmanckiego, gdy naprawdę – o, Borjo, teraz może zaczynam cię kochać – był okrutnym, słabym i zadufanym w sobie dorastającym chłopcem.
Nie myślę, żebym była od niego lepsza. Ale korzystałam z każdej okazji, by okazać babce, że jestem u niej wbrew własnej woli. Kto jak ja nie był od dziewiątego do czternastego roku życia przerzucany z jednego miejsca w drugie, z rąk do rąk jak przedmiot, nie zdoła zrozumieć mojej ówczesnej niechęci i buntu. W dodatku nigdy niczego od babki nie oczekiwałam: znosiłam jej surowe traktowanie, jej frazesy, jej modlitwy do Boga – wytworu jej wyobraźni i jej osobistej własności, ten czy inny niedbały dotyk, podobnie jak wymierzane od niechcenia kary. Opiekuńczym gestem kładła na mojej głowie dłonie upstrzone różowymi i brązowymi plamami, gdy, wzdychając raz za razem, mówiła o moim ojcu – degeneracie (_przekonania z piekła rodem, niegodziwe czyny_) i mojej nieszczęsnej matce (_Na szczęście Bóg przyjął ją do swej chwały_) w obecności dwóch starych panien z Son Lluch, które czasem przyjeżdżały do nas po południu dwukółką. (Dwa wielkie kapelusze ozdobione owocami i zwiędłymi kwiatami jak ze śmietnika, brakowało tylko roju bzyczących much).
Jak mówiła wówczas babka, byłam krnąbrną i zagubioną istotą wyrzuconą ze szkoły imienia Najświętszej Marii Panny od Aniołów za kopnięcie wicedyrektorki; dziewczynką zepsutą przez udręczającą i sprzyjającą próżności atmosferę rodzinną; ofiarą obojętnego ojca, który – owdowiawszy – odesłał mnie do starej służącej. Rozbestwiłam się – ciągnęła przy złośliwym zainteresowaniu tych z Son Lluch – podczas trzech lat spędzonych z tą biedną kobietą w zrujnowanym domu w zadłużonym majątku mojego ojca. Żyłam w dzikich górach i lasach, pośród głupich i ciemnych ludzi, pozbawiona miłości i opieki. (W tym miejscu babka mnie zawsze gładziła).
– Okiełznamy cię – powiedziała, jak tylko dotarłam na wyspę.
Miałam dwanaście lat i pierwszy raz zrozumiałam, że zostanę tam na zawsze. Matka umarła cztery lata wcześniej, a Mauricia – moja stara niania – była złożona chorobą. Najwyraźniej babka definitywnie przejmowała nade mną opiekę.
W dniu, w którym przybyłam na wyspę, w mieście było wietrznie. Na pół oberwane szyldy uderzały o drzwi sklepików. Babka zabrała mnie do ciemnego hotelu, który pachniał ługiem i wilgocią. Mój pokój wychodził z jednej strony na maleńkie patio, a z drugiej na wąską uliczkę, u której wylotu otwierał się widok na nadmorski deptak z palmami kołyszącymi się nad ołowianym morzem. Łóżko z kutego żelaza z giętym zagłówkiem przeraziło mnie jak nieznane zwierzę. Babka spała w przyległym pokoju. O brzasku zbudziłam się, wystraszona – często mi się to zdarzało – i szukałam na nocnym stoliku pstryczka do lampki, macając wokół wyciągniętą ręką. Dobrze pamiętam chłód pokrytej gipsową sztukaterią ściany i różowy abażur. Siedziałam cicho na łóżku, rozglądając się niespokojnie dookoła, zdumiona zakręconym kosmykiem własnych włosów odbijającym się w ciemności od mojego ramienia. Gdy oczy przyzwyczaiły się do mroku, zauważyłam odpryski farby na ścianie, wielkie plamy na suficie, a przede wszystkim cienie łóżka splątane niczym węże, smoki lub tajemnicze postacie, na które ledwie odważałam się zerkać. Pochyliłam się w stronę nocnego stolika, żeby wziąć szklankę wody, i wtedy w rogu ściany odkryłam sunący w górę rząd mrówek. Wypuściłam z rąk szklankę, która rozbiła się o podłogę, i zakopałam się znowu w pościeli, przykrywając głowę. Nie odważyłam się wystawić nawet ręki i leżałam tak dłuższy czas, przygryzając wargi, starając się odegnać nieprzydatne łzy. Wydaje mi się, że się bałam. Być może pomyślałam, że jestem całkiem sama i szukam czegoś, czego nie znam. Spróbowałam myśleć o czymś innym, uruchomić wyobraźnię, by poniosła mnie jak mały pociąg przez lasy i nieznane miejsca aż do Mauricii, uczepić się codziennych obrazów (jabłek rozkładanych ostrożnie przez Mauri na drewnianej podłodze na poddaszu, ich przenikającego wszystko zapachu, nawet przysunęłam, głupia, nos do ściany, aby sprawdzić, czy nie nasiąkła tym aromatem). I stwierdziłam zrozpaczona: „Muszą być już żółte i pomarszczone, a ja żadnego jeszcze nie zjadłam”. Bo właśnie tamtej nocy Mauricia zaczęła czuć się źle i nie mogła już wstać z łóżka, i kazała napisać do babki… Och, dlaczego, dlaczego tak się stało? Usiłowałam prowadzić wagonik moich wspomnień ku nawłociom w ogrodzie lub ku zielonym gałązkom odbijającym się połyskliwie w sadzawkach. (Szczególnie prowadziłam go ku jednej, nad którą krążył rój zielonych jak ona komarów i obok której usłyszałam, jak mnie wołają, ale udawałam, że nie słyszę, bo tamtego dnia przyjechała babka – widziałam wzbity przez samochód obłok kurzu na dalekiej drodze – żeby zabrać mnie ze sobą na wyspę). I przypomniałam sobie ukochany atlas, brązowe plamy wysp na bladym błękicie map. Nagle łóżko i jego pokręcone cienie na ścianie, i zmierzające ku nim mrówki, nagle to wszystko osiadło na żółtozielonej wyspie otoczonej ze wszystkich stron przez wyblakły błękit. A cień giętego żelaza za moją głową – łóżko stało o piędź od ściany – wprawił mnie w wielkie zagubienie. Na szczęście zabrałam ze sobą, ukrytą pod swetrem, czarną szmacianą laleczkę – kominiarczyka Gorogó – i miałam ją teraz pod poduszką. Uświadomiłam sobie wówczas, że coś straciłam: w wielkim zrujnowanym domu w górach zostawiłam teatrzyk z kartonu. (Zamknęłam oczy i ujrzałam przezroczyste papierowe dekoracje z błękitnym, żółtym, różowym niebem i z oknami, i z czarnymi literami na odwrocie: _Dziecięcy Teatrzyk, Seix y Barral, kod telegraficzny: Arapil_. _Pierwsza plansza, numer 3… Gwiazda Trzech Króli_, _Duch ruin_, i z wielką, codzienną tajemnicą przezroczystych okienek. Jakże pragnęłam znowu się tam wcisnąć, przemierzyć kawałeczki papieru i uciec przez fałszywe karmelkowe szyby. Och, i moje albumy, i moje książki: _Kaj i Gerda w ogrodzie na dachu_, _Mała Syrenka obejmująca posąg_, _Dzikie łabędzie_. I poczułam głuchą wściekłość na samą siebie. I na babkę, bo nikt mi o tym nie przypomniał, a teraz było stracone. Stracone jak zielone koniki polne, jak październikowe jabłka, jak wiatr w czarnym kominie. Nie pamiętałam nawet, w której szafie schowałam teatrzyk; wiedziała to jedynie Mauricia). Nie zasnęłam już i między szczebelkami żaluzji po raz pierwszy w życiu widziałam, jak świta.
Babka zabrała mnie do miasteczka, do swojego domu. Jakże się zdziwiłam nazajutrz, gdy zbudziłam się ze słońcem i podeszłam boso do okna, czując jeszcze ciepły sen na powiekach. (Zasłony w niebiesko-białe pasy, a poniżej zbocze. Złociste dni, nigdy niepowtórzone, welon słońca rozsnuty między czarnymi pniami migdałowców opadających karkołomnie ku morzu). Zbocze okazało się wielkim zaskoczeniem. Nie spodziewałam się go za domem, za murem zaniedbanego ogrodu z ciemnymi drzewami wiśni i figowcem o srebrzystych ramionach. Nie sądzę, bym wtedy sobie to uświadomiła, lecz zaskoczenie widokiem zbocza było dojmujące, połączone z przeczuciem związanych ze sobą wielkiego dobra i wielkiego bólu. Potem zabrali mnie znowu do miasta i umieścili w szkole imienia Najświętszej Marii Panny od Aniołów. Tam, nie wiedząc jak ani dlaczego, poczułam się nagle zbuntowana i zła, jakby utkwił mi w sercu sopel lodu, jaki w ciągu jednego ranka odmienił też Kaja. I czerpałam z tego wielką przyjemność. A także z ukrywania (obok wspomnień i mglistej, niejasnej miłości do utraconego czasu) wszystkiego, co mogłoby wskazywać na moją słabość, a przynajmniej na to, co wydawało mi się słabością. Nigdy nie płakałam.
Podczas pierwszych wakacji rzadko bawiłam się z Borją. Jako przybyła z wiejskiego świata zostałam uznana za arogancką i nieokrzesaną pannę i usłyszałam zapewnienia, że skorygują mi charakter. Półtora roku później, ledwie zaczęła się wiosna – właśnie skończyłam czternaście lat – ku powszechnemu zgorszeniu i konsternacji zostałam wyrzucona ze szkoły imienia Najświętszej Marii Panny od Aniołów.
W domu babki czekały mnie chłód i obietnice wielkich korekt. Po raz pierwszy zaskarbiłam sobie, jeżeli nie sympatię, to tajemny podziw Borjy, który dopuścił mnie do komitywy.
Wakacje trwały w najlepsze, gdy wybuchła wojna. Ciotka Emilia i Borja nie mogli wrócić na półwysep, a wuj Álvaro, który miał stopień pułkownika, był na froncie. Niczym zwabieni do dziwacznej zasadzki, Borja i ja zrozumieliśmy zaskoczeni, że musimy pozostać na wyspie nie wiedzieć jak długo. Szkoła odpłynęła w dal, a w otaczającej nas atmosferze – u babki, ciotki Emilii, proboszcza, lekarza – wyczuwało się jakąś ekscytację, która nadawała monotonnemu życiu dorosłych smak anormalności. Mieszały się godziny, zaniedbywano zwyczaje przestrzegane latami. O każdej porze dnia i nocy, codziennie, można było spodziewać się gości lub świeżych doniesień. Antonia roznosiła wiadomości. Stary trzeszczący odbiornik radiowy, wcześniej wzgardzony i zapomniany przez babkę, stał się czymś magicznym i drapieżnym, co wieczorami skupiało na sobie uwagę i łączyło dziwną więzią współwiny ludzi przyzwyczajonych do traktowania się wyłącznie ceremonialnie. Babka przysuwała głowę do radia, a jeżeli upragniony głos zanikał, potrząsała frenetycznie odbiornikiem, jakby tym sposobem fala dźwiękowa miała powrócić. Możliwe, że przez to wszystko chłodne dotąd moje relacje z Borją się zacieśniły.
Spokój, cisza oraz długie i denerwujące oczekiwanie, w którym wszyscy nagle się zanurzyli, oddziaływały także na nas. Nudziliśmy się i niepokoili na zmianę, jakby wypełniała nas powolna, przyczajona, gotowa do skoku trwoga. Zaczęłam poznawać ten wielki, dziwny dom o murach w kolorze ochry i z dachem z terakoty, jego długą werandę z kamienną balustradą i drewnianym sufitem, na której Borja i ja, jedno naprzeciw drugiego, prowadziliśmy ciche rozmowy. (Nasze szepty musiały odbijać się przerażającym echem w górze pośród stropowych kasetonów, jakby maleńkie istoty kradły i transportowały nasz głos z belki na belkę, z kryjówki do kryjówki). Borja i ja, rozciągnięci na podłodze, udawaliśmy, że rozgrywamy partię szachów na zniszczonej szachownicy z kości słoniowej, niegdyś własności dziadka. Czasem Borja krzyczał dla lepszego efektu: _Au roi!_ (ponieważ babce i ciotce Emili się podobało, żeśmy ćwiczyli nasz okropny francuski z wyspiarskim akcentem). Tak więc na werandzie, gdzie babka nie lubiła się zapuszczać, widziała ją tylko przez otwarte okno, my dwoje znajdowaliśmy jedyne schronienie w tym beznadziejnym domu, stale zadeptywanym ciężkimi krokami babki, umiejącej wywęszyć jak chart nasze ucieczki do miasteczka, na zbocze, nad zatokę Santa Catalina, do portu… Żeby wymknąć się bezszelestnie, zdejmowaliśmy buty. Ale i tak odkrywała, przeklęta, nasze wydłużone cienie snujące się po podłodze. Patrzącymi w dół świńskimi oczkami widziała je, jak uciekają (może widziała też, jak uchodzi z jej środka smętne życie), wtedy wypuszczała z ręki laseczkę i tabakierkę (cały gors poplamiony) i wrzeszczała:
– Borja!
Obłudnik Borja szybko wkładał buty, stając na jednej nodze jak żuraw (mam go przed oczami: z krzywym uśmieszkiem przygryza usta z jednej strony, wargi nabrzmiałe jak u dziwki. Tak, czasem przypominał rozpustną dziewczynę, nie piętnastoletniego chłopaka z sypiącym się pod nosem wąsem).
– Już nas wyśledziła, stara wiedźma…
(Gdy nikt nas nie słyszał, rywalizowaliśmy, kto odezwie się ordynarniej). Z miną niewiniątka Borja ruszał jej naprzeciw wolnym krokiem, gdy nadchodziła, tłukąc laską po meblach, ciężka jak samica nosorożca w wodzie, dysząc, z siwą wściekłością nad czołem, i mówiła:
– Dokąd to się wybieraliście bez Laura?
– Szliśmy na chwilę na zbocze…
(Teraz jestem tu, przede mną zielona szklanka, w piersi ciężkie serce. Czy to prawda, że życie rozpoczyna się od scen takich jak ta? Czy to prawda, że będąc dziećmi, przeżyliśmy już całe życie, łyknęliśmy je jednym haustem, by potem powtarzać się głupio, ślepo i bez żadnego sensu?)
Borja za mną nie przepadał, ale mnie potrzebował i wolał mieć mnie po swojej stronie, tak samo jak Laura. Lauro był synem Antonii, babcinej gospodyni. Antonia, równolatka babki, służyła u niej od dziecka. Gdy owdowiała, a Lauro był jeszcze mały – wcześniej babka wydała ją za mąż, wybierając moment i kandydata według własnego widzimisię – babka przyjęła ją znowu na służbę w domu, a chłopca najpierw wysłała do klasztoru, gdzie śpiewał w chórze i nosił włosiennicę, a potem do seminarium (_Lauro Mandaryn. Lauro Mandaryn_. Mawiał: „To stara i wstrętna wyspa. Wyspa Fenicjan i kupców, krwiopijców i kanciarzy. Tak, chciwych kupców. Wszędzie w tym miasteczku, w domach, pod ich murami i sekretnymi ścianami, zagrzebane są złote monety”. Wyobrażałam sobie worki monet z domieszką połyskujących kości nieboszczyków pod ziemią wśród korzeni leśnych drzew. Złote monety jak jasne rozpalone węgielki wymieszane z kamieniami i robakami w klasztorach). A gdy Lauro mówił – jak miał to w zwyczaju – w ciemności na zboczu, wszyscy troje połączeni jego tajemniczymi słowami, przepełnieni jego niskim głosem, czasem zamykałam oczy. Możliwe, że to jedyne dobre chwile, gdy nie byliśmy dla niego utrapieniem. W ciemności ćmy błąkały się jak maciupeńkie łódki, przypominając te, które przepływały nad Małą Syrenką i kazały jej drżeć z tęsknoty. (Statki z czerwonego jedwabiu i bambusa, żeglował nimi ten dziwny czarnooki chłopiec, który nie mógł dać jej nieśmiertelnej duszy). Mandaryn nagle milkł i przecierał sobie czoło chusteczką. Zdawało się, że w opowiadaniu o kupcach dawał upust jedynej wściekłości, na jaką mógł sobie pozwolić ktoś z jego kondycją zgiętego wpół służącego. Borja się niecierpliwił: „Dalej, Mandaryn, mów dalej”. Ten przecierał okulary z zielonego szkła, a gdy je zdejmował, ukazywały się skośne oczy, z szerokim fałdem skórnym, niedomknięte: „Jestem zmęczony, paniczu Borja, tracę głos od wilgoci… ja…”. „Masz mówić!” I Borja kładł mu dłoń na piersi, jakby chciał go pchnąć. Mandaryn przyglądał się dłoni, pięciu rozcapierzonym palcom jak sztyleciki. „Pozwólcie mi iść się położyć… Jestem bardzo smutny, proszę… Co możecie o tym wiedzieć? Czyście coś stracili? Wy nigdy nic nie straciliście!” Ponieważ nic z tego nie rozumieliśmy, Borja się śmiał. Ja się zastanawiałam: „Coś straciłam? Nie wiem. Wiem tylko, że nic nie znalazłam”. (Wydawało mi się, że coś mnie zdradziło lub ktoś zdradził kiedyś, dawno temu). Nie byliśmy dla niego mili. Zwracaliśmy się do niego: „Panie Belfer, mister Mandaryn…”. Nazywaliśmy go Okularnikiem, Krukiem Okularnikiem, żółtkiem Judaszem i używaliśmy innych głupich przezwisk, jakie przyszły nam do głowy pod koroną wiśni w ogrodzie lub pod figowcem, na który uparcie właził kogut z Son Major. (Skąd nagle przyszło do mnie wspomnienie koguta z Son Major? To był silny i waleczny biały kogut z gniewnymi oczami błyskającymi w słońcu. Wymykał się z Son Major, żeby wdrapać się na figowiec w naszym ogrodzie).
Lauro spędził w seminarium wiele lat, lecz ostatecznie nie został księdzem. Opłacająca jego naukę babka była zdegustowana. Został na chwilę naszym nauczycielem i towarzyszem. Czasem gdy na niego patrzyłam, zastanawiałam się, czy w seminarium przytrafiło mu się to samo, co mnie w szkole imienia Najświętszej Marii Panny od Aniołów.
„Ksiądz zaprzaniec”, mówiliśmy. We wszystkim naśladowałam Borję.
Ksiądz zaprzaniec o smutnych, mongolskich oczach, miękkiej, czarnej i rzadkiej brodzie. O żółtych, okrągłych źrenicach, ledwo widocznych za zielonymi szkłami okularów. _Mandaryn_.
– Na Boga, błagam, proszę mnie tak nie nazywać w obecności waszej szanownej babki! Proszę, bądźcie grzeczni, bo wyrzuci mnie z domu.
Spoglądał na Borję, wargi mu drżały nad wystającymi zębami ze szparą pośrodku.
Borja strugał gałązki nożem zabranym Guiemowi. Śmiał się po cichu, a zielone wilgotne ścinki leciały w powietrze, wypełniając je pięknym zapachem. Przelatywały nad głową Mandaryna i spadały na ziemię w ogrodzie. Borja przykładał otwartą dłoń do ucha:
– Co mówisz? Słabo cię słyszę: zajrzyj mi do ucha, coś tam w środku brzęczy. Nie wiem, pewnie pszczoła…
Spłaszczone policzki Mandaryna przybierały różowy odcień. _Nie w obecności babki_. (Lecz w obecności babki Borja zgrywał przecież grzeczne niewiniątko). Borja całował w rękę babkę i matkę. Borja kreślił znak krzyża, obracał różaniec w złocistych palcach jak mały zakonnik. Tak, w sandałach na gołych, śniadych stopach przypominał małego zakonnika. I mówił:
– Tajemnice bolesne…
(Borjo, wielki komediancie. A przecież jacy jeszcze byliśmy niewinni).
Pamiętam łagodny, gorący wiatr, szare niebo nabrzmiałe jak opuchlizna i blade, dopiero zieleniejące opuncje i pas ziemi ciągnący się z wysoka, od dębowych i bukowych lasów na grzbietach gór, gdzie mieszkali węglarze, rozszerzający się w dolinie z miasteczkiem, by runąć karkołomnie zboczem za naszym domem, aż do morza. I pamiętam miedzianą ziemię zbocza poprzecinanego murkami oporowymi: kamienie bielejące jak ogromne zęby, jeden rząd nad drugim, usta rozwarte ku morzu, które kipiało w dole.
Bywało, że wiatr nagle ustawał i Borja, siedząc w pokoju do nauki ze mną i z Mandarynem, unosił głowę i nasłuchiwał, jakby miał usłyszeć coś wielkiego i tajemniczego. (W pokoju na górze, swoim saloniku, babka niecierpliwie zrywała pazurami banderolę z właśnie otrzymanych gazet. Palce drżące z niecierpliwości, diamenty zwrócone ku wnętrzu dłoni. Babka wytrwale szukała w gazetach doniesień o _czerwonej hydrze_ oraz popełnianych przez nią gwałtach, fotografii szlachetnych księży z rozpłatanymi brzuchami).
Pamiętam. Mogła być piąta po południu i wiatr znienacka ustał. Profil Borjy cienki jak ostrze sztyletu. Borja w szczególny sposób unosił górną wargę, białe, ostre kły, niczym śnieżnobiałe obrane orzeszki pinii, nadawały mu drapieżny wygląd.
– Cicho bądź, stary kruku – powiedział.
Mandaryn, który był właśnie w połowie mowy Cycerona, zamrugał zdezorientowany. I zaraz poprosił: _Borja…_, a potem zamilkł.
Spojrzał znad zielonych szkieł raz i drugi, żółtymi zamglonymi oczami, a ja się zastanawiałam, z jakiego powodu tak się obawiał piętnastoletniego smarkacza. Ale i ja, nie wiedzieć czemu, byłam w szponach Borjy. Jeśli budziłam się w nocy ze spierzchniętymi ustami, na pół śpiąca zapalałam światło na stoliku nocnym i szukałam szklanki przykrytej nakrochmaloną serwetką (Antonia, przywiązana do codziennych rytuałów, stawiała je w sypialniach każdego wieczoru), to gdy zanurzałam wargi w chłodnej wodzie, wiedziałam, że śnił mi się Borja, trzymał mnie na łańcuchu i ciągnął za sobą jak jakiś urojony lalkarz. Opierałam się i chciałam krzyczeć – jak wtedy na wsi, gdy byłam mała – lecz Borja trzymał mnie mocno. (I dlaczego? Dlaczego? Przecież nie popełniłam jeszcze żadnego grzechu i nie wiązał mnie z nim żaden sekret).
Borja siedział na skraju stołu i obracał w palcach żółty ołówek. Drzwi balkonowe otwarto na oścież i można było dostrzec kawałek szarego i bardzo błyszczącego nieba. Wyszedł na zewnątrz, a ja wstałam, by ruszyć jego śladem. Lauro Mandaryn spojrzał na mnie i zobaczyłam wyzierającą z jego oczu nienawiść, tak gęstą, że niemal dotykalną. Śmiałam się z niego tak, jak nauczyłam się od Borjy:
– O co chodzi, stara małpo?
Nie był stary, niewiele ponaddwudziestoletni, lecz – zapadnięty w sobie – zdawał się nie mieć wieku, jakby pożerał sam siebie. (Borja mówił, że słyszał kiedyś, jak biczował się na klęczkach: zajrzał przez dziurkę od klucza do jego okropnego pokoju na poddaszu, na jednej ścianie miał tam pobożne obrazki i reprodukcje witraży z nieznanej katedry przyklejone wokół młodziutkiego śniadego świętego, podobnego do Borjy, bosego i z kręconymi włosami. A także fotografię, na której był z matką, trzymali się za ręce: on we włosiennicy, spod której wystawały zrolowane skarpetki). Mnie jednak Lauro nie bał się tak jak Borjy.
– Panienko Matio, proszę tu zostać.
Wrócił Borja. Skórę miał rozpaloną i obracał w palcach ołówek. Zmrużył oczy:
– Koniec z łaciną, panie Okularniku.
Lauro Mandaryn uniósł do skroni długi żółty palec. Coś zamamrotał nabrzmiałymi wargami, które odsłoniły rząd rzadkich zębów.
– Dokąd się wybieracie? Wasza szanowna babka będzie o was pytać.
Borja rzucił na stół ołówek, który, tocząc się na trapezoidalnych bokach, delikatnie zastukotał.
– Wasza babka zapyta: gdzie są dzieci, Lauro? Jak mogłeś zostawić je same? I co jej na to odpowiem? Nie lubi, jak się wałęsacie…
Borja wyciągnął ręce do tyłu, pomachał nimi, wreszcie uniósł je i uwiesił się framugi balkonowego okna. Podciągnął nogi jak królik, kolana lśniące w bladym świetle do przodu. Huśtał się jak małpa. Gdy dobrze mu się przyjrzeć, Borja miał w sobie coś małpiego, jak cała moja rodzina od strony matki. Śmiał się.
– Borja, Borja…
Wiatr, jak mówiłam, ustał. Borja, zanim zjawiał się przed obliczem babki, chodził zazwyczaj ubrany w niebieskie drelichowe spodnie przetarte na siedzeniu i pogniecione na udach oraz w stary i powyciągany brązowy sweter. Z okrągłego dekoltu wystawała szczupła i mocna szyja, co sprawiało, że jeszcze bardziej przypominał młodziutkiego fałszywego zakonnika.
– Borja, paniczu Borjo: w dniu, w którym wróci pański szanowny ojciec, pułkownik…
Pański szanowny ojciec, pułkownik. Przykryłam sobie usta dłonią, żeby udać atak śmiechu. Jego szanowny ojciec pułkownik nie wracał, może nigdy nie wróci. (Ciotka Emilia, szerokie szczęki z białego aksamitu i oczka o różanych powiekach, sterczące piersi i wielki miękki brzuch, będzie musiała apatycznie czekać i czekać. Było w niej coś obscenicznego, w jej oczekiwaniu, spojrzeniu utkwionym w oknach).
Tak to trwało przez ponad miesiąc, wciąż bez żadnych wieści. „Kiedy skończy się wojna”. „Wojna to kwestia kilku dni”, mówili, lecz tam, na wyspie, wojna wydawała się jakaś dziwna. Babka wpatrywała się w morze przez teatralną lornetkę, przecierając ją czubkiem chusteczki, i nic, nic. Ze dwa razy bardzo wysoko przeleciały nieprzyjacielskie samoloty. Było jednak coś, jakieś wielkie zło, pod ziemią, pod kamieniami, pod dachami, pod sklepieniem czaszek. Kiedy w miasteczku nastawała pora sjesty albo w każdej innej chwili spokoju, jakby wyczekiwania, na uliczkach rozlegał się odgłos kroków braci Taronjí. Bracia Taronjí, w wysokich butach, na pół rozpiętych kurtkach, jasnowłosi i bladzi, z okrągłymi niebieskimi oczami monstrualnych niemowlaków i z wielkimi żydowskimi nosami. (Ach, bracia Taronjí. Gdy przechodzili w pobliżu, to wyspa, miasteczko, posępni węglarze ledwie ośmielali się podnieść na nich wzrok). Ci Taronjí prowadzili podejrzanych do rowu przy drodze, pod lasem, za żydowskim placem. Albo na klif za Son Major.
– Borja, Borja…
Borja wciąż się huśtał, dopóki starczyło mu sił. Potem się puścił i zeskoczył na podłogę – roztarł sobie nadgarstki i popatrzył na nas z ukosa spod szerokich, złocistych jak cząstki mandarynki powiek.
_Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży._