Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Pies Baskerville’ów. Sherlock Holmes - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 lipca 2026
3299 pkt
punktów Virtualo

Pies Baskerville’ów. Sherlock Holmes - ebook

Sherlock Holmes musi zmierzyć się z rodzinną legendą o psie z piekła rodem.

Na posępnych wrzosowiskach hrabstwa Devonshire od pokoleń krąży opowieść o demonicznym psie, który prześladuje ród Baskerville’ów. Gdy Charles Baskerville ginie w niewyjaśnionych okolicznościach, sprawa trafia do Sherlocka Holmesa i doktora Watsona.

Mężczyźni rozpoczynają śledztwo i trafiają do miejsca, w którym zaciera się granica między rzeczywistością a tym, co nadprzyrodzone i niepojęte.

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8449-470-7
Rozmiar pliku: 5,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1
PAN SHERLOCK HOLMES

Sherlock Holmes, który zazwyczaj wstawał późno – poza wcale nierzadkimi okazjami, kiedy całą noc w ogóle nie kładł się spać – siedział teraz przy stole nakrytym do śniadania. Ja stałem na dywaniku przy kominku, trzymając w ręku laskę pozostawioną przez naszego wczorajszego wieczornego gościa. Laska wykonana była z grubego kawałka drewna. Dość ładna, zakończona kulistą główką, pod którą przebiegał szeroki, srebrny pasek. Na pasku wygrawerowano napis: „Jamesowi Mortimerowi, chirurgowi od przyjaciół z C.C.H.”, z datą 1884. Była to solidna laska, jakiej mógłby używać lekarz rodzinny z tradycją, laska znamionująca osobę pełną godności, i zapewne mogącą dodać jej pewności siebie.

– No i cóż tam Watsonie? Jakie wyciągasz wnioski?

Holmes siedział odwrócony do mnie plecami, więc sądziłem, że mnie nie widzi.

– Skąd wiesz, co robię? Czyżbyś miał oczy z tyłu głowy?

– Mam, a raczej widzę cię za sprawą stojącego przede mną posrebrzanego i dobrze wypolerowanego dzbanka do kawy – powiedział. – Powiedz, Watsonie, co sądzisz o naszym gościu na podstawie jego laski? Mieliśmy pecha, że nas nie zastał i nie mamy pojęcia o jego sprawie. Ta przypadkowa pamiątka nabiera dużego znaczenia. Co możesz powiedzieć o tym człowieku na podstawie laski?

– Myślę – odpowiedziałem, starając się zastosować metodę mojego przyjaciela – że doktor Mortimer jest odnoszącym sukcesy starszym lekarzem, a pewne osoby podarowały mu tę laskę, okazując mu w ten sposób swój szacunek.

– Dobrze! – powiedział Holmes – Doskonale!

– Myślę także, że jest duże prawdopodobieństwo, iż jest on wiejskim lekarzem, który na wizyty często chodzi pieszo.

– Dlaczego?

– Jego laska, chociaż początkowo była bardzo ładna, została tak zniszczona, że nie wyobrażam sobie miejskiego lekarza, który mógłby ją w ten sposób zużyć. Metalowa nasadka jest zdarta, a więc pewne jest, że używał jej stale do chodzenia.

– Bardzo dobrze! – powiedział Holmes.

– Poza tym podpisano: „Przyjaciele z C.C.H.”. Zgaduję, że jest to jakaś organizacja myśliwska. Prawdopodobnie jeden z jej członków był przez niego operowany i laska jest wyrazem wdzięczności za udany zabieg.

– Doskonale, Watsonie, prześcigasz samego siebie! – stwierdził Holmes, odsuwając krzesło i zapalając papierosa. – Muszę powiedzieć, że we wszystkich opowiadaniach, jakie w swojej dobroci napisałeś o moich niewielkich osiągnięciach, zazwyczaj nie doceniałeś swoich własnych umiejętności. Być może nie jesteś bardzo błyskotliwy, ale to ty niesiesz światło. Niektórzy ludzie, nie będąc geniuszami, mają wielkie zdolności stymulowania innych. Przyznaję doktorku, że jestem ci bardzo zobowiązany.

Nigdy dotąd nie powiedział naraz tak dużo. Przyznaję, że jego słowa sprawiły mi przyjemność. Z trudem znosiłem jego obojętność dla okazywanego mu podziwu i starań, które podejmowałem, by upublicznić jego sukcesy. Byłem także dumny, sądząc, że udało mi się opanować jego metodę w sposób, który zyskał jego pochwałę. Holmes wziął laskę i zaczął ją oglądać. Potem, wyraźnie zainteresowany, odłożył papierosa i podszedł pod okno. Przyglądał się jej przez szkło powiększające.

– Interesujące, chociaż proste – stwierdził. Wrócił do swojego ulubionego kącika na kanapie. – Na lasce są jakieś dwa znaki. Dają nam one podstawę do dalszych wnioskowań.

– Czy coś umknęło mojej uwadze? – zapytałem zadowolony z siebie. – Wydaje mi się, że niczego nie przegapiłem.

– Obawiam się, drogi Watsonie, że większość twoich wniosków jest błędna. Kiedy powiedziałem, że stymulujesz mnie, prawdę mówiąc, miałem na myśli, że odnotowując twoje pomyłki, zbliżam się do prawdy. To nie znaczy, że się zupełnie myliłeś. Ten człowiek z pewnością jest wiejskim lekarzem i na pewno dużo chodzi.

– A więc miałem rację!

– Do tego miejsca.

– No, ale tylko to ma znaczenie.

– Nie, nie, mój drogi Watsonie. Powiedziałbym na przykład, że prezent nie pochodzi od towarzystwa myśliwskiego, ale ze szpitala. Jeśli przed słowem szpital umieścimy litery C.C. to nazwa Charing Cross Hospital narzuca się sama.

– Możesz mieć rację.

– Prawdopodobieństwo zmierza właśnie w tę stronę. Jeśli przyjmiemy, że jest to prawda, to mamy podstawę, aby snuć dalsze przemyślenia o naszym nieznajomym gościu.

– No dobrze, przypuśćmy więc, że C.C.H. oznacza Charing Cross Hospital. Co z tego wynika?

– Czy nie nasuwają ci się żadne wnioski? Znasz moje metody. Zastosuj je!

– Mogę jedynie sądzić, że ten człowiek prowadził praktykę w mieście, zanim przeniósł się na wieś.

– Myślę, że możemy posunąć się nieco dalej. Zastanów się. Jaka okazja może być przyczyną ofiarowania takiego prezentu? Z jakiego powodu jego przyjaciele wręczyli mu ten wyraz szacunku i przyjaźni? Oczywiście wtedy, gdy doktor Mortimer odchodził ze szpitala, rozpoczynając samodzielną praktykę. Wiemy, że dostał prezent. Sądzimy, że zamienił szpital miejski na wiejską praktykę. Czy to nadinterpretacja, czy też rzeczywiście taka zmiana mogła być okazją do ofiarowania tego prezentu?

– To wydaje się prawdopodobne.

– Teraz zauważ, że nie mógł być zatrudniony w szpitalu. Tę pracę mógł otrzymać jedynie ktoś dobrze ustawiony w Londynie, a ktoś taki na pewno nie przeniósłby się na wieś. Kim więc był? Jeżeli nie pracował w szpitalu na stałe, mógł być chirurgiem lub lekarzem na stażu, kimś stojącym o jeden szczebel wyżej niż student ostatniego roku. Odjechał stamtąd pięć lat temu – data jest na lasce. Więc twój lekarz rodzinny w średnim wieku rozpływa się jak bańka mydlana, drogi Watsonie. Pojawia się młody osobnik przed trzydziestką, sympatyczny i mało ambitny. Roztargniony właściciel psa, którego mógłbym opisać jako większego od teriera a mniejszego od mastiffa.

Zaśmiałem się z niedowierzaniem, zaś Sherlock Holmes rozsiadł się na kanapie i zaczął puszczać kółka z dymu, przesuwające się aż do sufitu.

– Co do tej drugiej części, nie umiem cię sprawdzić – powiedziałem – ale mogę się przynajmniej dowiedzieć czegoś o wieku i karierze tego człowieka.

Z medycznej półki zdjąłem spis lekarzy i wyszukałem nazwisko. Było kilku Mortimerów, ale tylko jeden mógł być naszym gościem. Odczytałem informacje ze spisu na głos:

„Mortimer, James, M.R.C.S. 1882, Grimpen, Dartmoor, Devon. Chirurg stażysta od 1882 do 1884 w szpitalu Charing Cross Hospital. Zdobywca nagrody Jacksona w dziedzinie patologii porównawczej za pracę Czy choroba jest odwróceniem zdrowia. Członek-korespondent Szwedzkiego Towarzystwa Patologicznego. Autor artykułów Kaprysy atawizmu (Lancet 1882), Czy czynimy postępy? (Przegląd Psychologiczny, marzec 1883). Lekarz parafii Grimpen, Thorsley i Barrow”.

– Ani słowa o towarzystwie strzeleckim, Watsonie – zauważył Holmes ze złośliwym uśmieszkiem. – Zgadza się natomiast, że to lekarz wiejski, jak bardzo logicznie zauważyłeś. Myślę, że moje wnioski są bardzo uzasadnione. Co do przymiotników, o ile pamiętam, powiedziałem, że jest miły, mało ambitny i roztargniony. Z mojego doświadczenia wiem, że jedynie miły człowiek otrzymuje dowody wdzięczności, jedynie ktoś mało ambitny rezygnuje z kariery w Londynie, by pracować na wsi, i jedynie ktoś roztargniony po spędzeniu godziny na bezowocnym czekaniu na gospodarzy zostawia im laskę zamiast wizytówki.

– A pies?

– Ma zwyczaj noszenia laski za panem. Ponieważ jest ona ciężka, chwyta ją zębami w środku, gdzie ślady po nich są wyraźnie widoczne. Szczęka psa, jak wynika ze znaków na lasce, jest za szeroka na teriera, a nie dość duża na mastiffa. Może to być, a właściwie jest na pewno, długowłosy spaniel.

Mówiąc, wstał i chodził po pokoju. Po chwili zatrzymał się w niszy okiennej. W jego głosie brzmiało takie przekonanie, że spojrzałem na niego zdziwiony.

– Mój drogi, jak możesz być tak pewny!?

– Z bardzo prostej przyczyny. Widzę tego psa przed naszym domem, a oto dzwoni do drzwi jego właściciel. Nie ruszaj się, drogi Watsonie. To twój kolega po profesji i twoja obecność może mi pomóc. Nadchodzi dramatyczny moment przeznaczenia, Watsonie. Słyszysz kroki na schodach, które wdzierają się w twoje życie i nie wiesz, czy odmienią je na dobre, czy złe. Czego doktor Mortimer, naukowiec, może chcieć ode mnie, Sherlocka Holmesa, specjalisty w wykrywaniu przestępstw? Proszę wejść!

Wygląd naszego gościa był dla mnie zaskoczeniem. Spodziewałem się typowego wiejskiego lekarza, tymczasem był to bardzo wysoki, szczupły mężczyzna z długim, haczykowatym nosem, który wystawał spomiędzy szarych, osadzonych blisko siebie oczu. Nosił okulary w złotych oprawkach, ubrany był w sposób typowy dla lekarza, lecz mało schludnie. Jego płaszcz był poplamiony, a spodnie pogniecione. Choć młody, plecy miał już lekko przygarbione. Chodził z głową wysuniętą do przodu, pełen życzliwości dla wszystkich.

Kiedy wszedł, jego spojrzenie zatrzymało się na lasce, którą trzymał Holmes. Podbiegł z okrzykiem radości.

– Ależ się cieszę! – wykrzyknął. – Nie byłem pewien czy zostawiłem ją tutaj, czy w biurze spedycyjnym. Za nic w świecie nie chciałbym jej stracić.

– To prezent, jak sądzę – powiedział Holmes.

– Tak, szanowny panie.

– Ze szpitala Charing Cross?

– Od paru przyjaciół, z okazji mojego ślubu.

– Niedobrze – powiedział Holmes, potrząsając głową.

Zdziwiony Mortimer zamrugał.

– Coś nie tak z moim ślubem?

– Nie chodzi o sam ślub. Rozmawialiśmy przed chwilą i zastanawialiśmy się, kim pan jest. Pana ślub dużo zmienia w naszych przemyśleniach. Jest pan więc żonaty?

– Jestem, proszę pana. Ożeniłem się i odszedłem ze szpitala, mając nadzieję, że będzie mi się wiodło lepiej, prowadząc własną praktykę. Chciałem zbudować dom.

– Więc tak bardzo się nie pomyliliśmy – powiedział Holmes. – A więc, doktorze Mortimer...

– Jestem jedynie zwykłym lekarzem, nie mam tytułu doktora.

– A przy tym jest pan bardzo precyzyjnym człowiekiem.

– Och, w gruncie jestem jedynie entuzjastą nauki. Zbieram muszelki na brzegu wielkiego oceanu tego, co niezrozumiałe. Domyślam się, że rozmawiam z panem Sherlockiem Holmesem.

– Nie, to mój przyjaciel doktor Watson.

– Miło mi pana poznać. Słyszałem o panu w związku z artykułami o pana przyjacielu. Panie Holmesie, pana osoba mnie pasjonuje. Nie sądziłem jednak, że ma pan tak piękną czaszkę. Podłużna, z dobrze zaznaczonym kształtem oczodołów. Czy miałby pan coś przeciwko temu, bym zbadał palcami kształt pańskiej głowy? Odlew pana czaszki, dopóki nie będzie dostępny oryginał, byłby prawdziwą ozdobą każdego muzeum antropologicznego. Nie chciałbym być nieuprzejmy, ale przyznaję, że chciałbym mieć pańską czaszkę.

Sherlock Holmes wskazał krzesło naszemu ekscentrycznemu gościowi.

– Jest pan entuzjastą własnego sposobu rozumowania, jak widzę. To tak jak ja. Zauważyłem patrząc na pana palec wskazujący, że skręca pan papierosy. Proszę się nie krępować.

Mężczyzna wyciągnął bibułkę oraz tytoń i z zadziwiającą zwinnością skręcił papierosa. Miał długie, zręczne i ruchliwe palce. Przypominały czułki jakiegoś owada.

Holmes milczał, ale jego spojrzenie wskazywało na zainteresowanie osobliwym gościem.

– Zakładam – odezwał się w końcu – że to nie z powodu mojej czaszki odwiedził pan nas wczoraj i teraz przyszedł ponownie.

– Nie, proszę pana, chociaż cieszę się, że miałem możliwość ją zobaczyć. Przyszedłem, ponieważ uznałem, że sam sobie nie poradzę. Mam do rozwiązania bardzo poważny i wyjątkowy problem. Doszedłem zaś ostatnio do wniosku, że jest pan drugim w kolejności wielkim ekspertem w Europie i tylko pan może mi pomóc.

– Naprawdę? A czy mógłbym się dowiedzieć, kto ma zaszczyt być na pierwszym miejscu? – zapytał Holmes z pewnym przekąsem.

– Dla każdego człowieka ścisłej nauki prace pana Bertillona mają ogromne znaczenie.

– Może powinien pan w takim razie z nim się skonsultować?

– Powiedziałem, że jest on autorytetem dla naukowców. Jednak jako praktyk pan jest najlepszy.

– Myślę, że najlepiej będzie, jeśli bez dalszych wstępów opowie mi pan, na czym polega pana problem.ROZDZIAŁ 2
PRZEKLEŃSTWO BASKERVILLE’ÓW

– Mam w kieszeni pewien rękopis – powiedział doktor Mortimer.

– Zauważyłem – stwierdził Holmes.

– To stary manuskrypt.

– Początek osiemnastego wieku, chyba że jest to falsyfikat.

– Skąd pan to wie?

– Z kieszeni wystaje panu kawałek tego dokumentu. Byłbym słabym specjalistą, gdybym nie umiał ustalić daty pochodzenia dokumentu z dokładnością do dziesięciu lat. Może czytał pan moje opracowanie na ten temat? Ten manuskrypt pochodzi z tysiąc siedemset trzydziestego roku.

– Dokładnie z tysiąc siedemset czterdziestego drugiego roku – doktor Mortimer wyciągnął tekst ze swojej kieszeni. – Ten rodzinny dokument został przekazany pod moją opiekę przez sir Charlesa Baskerville’a. Jego nagła śmierć spowodowała ogromne zamieszanie w Devonshire. Mogę powiedzieć, że byłem jego bliskim przyjacielem i lekarzem. Był to człowiek praktyczny, o silnym charakterze i przenikliwym umyśle, jednak pozbawiony wyobraźni w równym stopniu co ja. Mimo to potraktował ten dokument bardzo poważnie i obawiał się takiego końca, jaki ostatecznie go spotkał.

Holmes sięgnął po manuskrypt i położył go na kolanie.

– Zauważ, Watsonie, zamienne stosowanie długiego i krótkiego „s”. To jedna z kilku przesłanek, dzięki którym mogłem ustalić pochodzenie dokumentu.

Spojrzałem przez jego ramię na pożółkły papier i wyblakły napis. Na górze zapisano „Baskerville Hall”, a poniżej dużymi, niezgrabnymi cyframi data „1742”.

– Wygląda to na jakieś oświadczenie.

– Tak, to opis pewnej legendy, która krąży w rodzinie Baskerville’ów.

– Rozumiem, że przyszedł pan do mnie z czymś bardziej rozsądnym i współczesnym.

– Jak najbardziej rozsądnym i współczesnym. Sprawa jest bardzo pilna, musi być rozstrzygnięta w ciągu dwudziestu czterech godzin. Rękopis jest dość krótki i związany z tą sprawą. Jeśli pan pozwoli, chciałbym go przeczytać.

Holmes odchylił się na krześle i połączył obie dłonie opuszkami palców. Zamknął oczy z wyrazem rezygnacji. Doktor Mortimer obrócił rękopis do światła i zaczął czytać. Cienkim, załamującym się głosem odczytał osobliwą relację z dawnych czasów:

„O pochodzeniu psa Baskerville’ów istniało wiele podań. Ponieważ pochodzę w prostej linii od Hugo Baskerville’a, zapisałem tę historię tak, jak usłyszałem ją od mojego ojca, gdyż przechodziła od wieków z ojca na syna. Chciałbym, żebyście uwierzyli, że ta sama ręka sprawiedliwości, która karze za grzech, może także z wielką łaską go przebaczyć. Pamiętajcie, że żadna klątwa nie jest na tyle silna, by modlitwa i pokuta nie mogły jej znieść. Nauczcie się z tej historii, że nie należy bać się owoców przeszłości, ale raczej być roztropnym i mieć nadzieję, że te niecne namiętności, przez które nasza rodzina tyle wycierpiała, nie zostaną ponownie spuszczone z uwięzi na naszą zgubę.

A więc w czasie wielkiej rebelii (której historię spisaną przez Lorda Clarendona polecam waszej uwadze) dwór Baskerville’ów należał do Hugo Baskerville’a, który był najbardziej nieokiełznanym, bezbożnym i grubiańskim człowiekiem w okolicy. Jego sąsiedzi mogliby nawet mu to wybaczyć, biorąc pod uwagę fakt, że oni też nie byli święci, gdyby nie to, że miał wyjątkowo złośliwe i okrutne usposobienie, które zapewniło mu złą sławę w całej okolicy. Zdarzyło się, że ten Hugo zakochał się (o ile jego mroczną namiętność można tak w ogóle nazwać) w córce drobnego szlachcica, który posiadał ziemie blisko dworu Baskerville’ów. Jednak młoda, niewinna dziewczyna unikała go z powodu jego złej reputacji. Tak więc, w święto Michała Archanioła, razem z pięcioma lub sześcioma równie podłymi jak on pomocnikami, Hugo zakradł się do posiadłości dziewczyny i uprowadził ją pod nieobecność jej ojca i braci. Po przyjeździe do dworu zamknął ją na poddaszu, a sam z pozostałymi niegodziwcami, zgodnie ze swoim zwyczajem zasiadł do długiej nocnej uczty. Biedna dziewczyna pozostawiona samotnie popadała w coraz większe przerażenie, słysząc śpiewy, krzyki i straszliwe przekleństwa pijanych mężczyzn. W końcu z determinacją, która nie przyniosłaby ujmy nawet silnemu i sprytnemu mężczyźnie, wykorzystując bluszcz, który do dziś pokrywa południową ścianę dworu, zsunęła się na ziemię i rzuciła do ucieczki przez wrzosowiska¹. Między dworem Baskerville’ów a domem jej ojca było około piętnastu kilometrów.

Wkrótce później Hugo opuścił swoje towarzystwo, by zanieść dziewczynie coś do jedzenia. Miał wobec niej również inne, niecne zamiary. Przekonał się jednak, że jego ptaszek wyfrunął z klatki. Na ten widok wstąpiło w niego szaleństwo: zbiegł do jadalni i wskoczył na zastawiony stół. Rozdeptując jedzenie, rozbijając talerze i rozlewając trunki, zawołał głośno, że odda ciało i duszę diabłu, jeśli tylko dostanie tę dziewczynę. Jeden z jego kompanów, bardziej pijany lub szalony od reszty wykrzyknął, że powinni wypuścić za nią psy. Hugo, krzycząc do stajennych, by siodłali klacz, kazał wypuścić psy i dać im jako ślad chustę dziewczyny. I ruszyli przez wrzosowiska; jedni wrzeszcząc, a drudzy ujadając w świetle pełni księżyca.

Reszta rozbawionego towarzystwa stała z rozdziawionymi ustami, z trudem starając się pojąć to, co się działo. Jednak po chwili ich zamroczone umysły ocknęły się z mglistym przeczuciem tego, co miało się stać na wrzosowisku. Zaczęła się kotłowanina. Niektórzy sięgali po broń, inni chcieli siodłać konie, jeszcze inni wołali o kolejną butelkę wina. Po jakimś czasie ich oszalałe rozumy nieco się uspokoiły i wszyscy, a było ich trzynastu, dosiedli koni i ruszyli w pogoń. Księżyc oświetlał im drogę, jechali szybko w stronę domu dziewczyny.

Ujechali parę kilometrów, kiedy natknęli się na pasterza. Na pytanie, czy widział uciekającą dziewczynę przerażony pasterz w pierwszej chwili nie mógł wydobyć języka z gęby. Wreszcie wykrztusił, że widział dziewczynę i pędzącą za nią sforę psów. Opowiedział im też, że widział Hugo Baskerville’a, obok którego biegł straszliwy ogar, niczym z piekła rodem. Na te słowa pijani jeźdźcy obrzucili pasterza obelgami i ruszyli dalej. Jednak wkrótce zimny dreszcz przeszedł im po plecach, kiedy usłyszeli galop i zauważyli spienioną czarną klacz, ciągnącą za sobą siodło i wodze. Mimo to mężczyźni, choć już mniej pewni siebie, kontynuowali dalej pogoń. Każdy z nich, gdyby był sam, z pewnością zawróciłby konia. Jadąc powoli, dogonili sforę ogarów. Psy, mimo wrodzonej bojowości skowyczały nad głęboką niecką. Niektóre oddalały się chyłkiem, inne stały ze zjeżoną sierścią i wytrzeszczonymi oczami, wpatrując się w dół. Towarzystwo, o wiele trzeźwiejsze niż kiedy wyruszało, zatrzymało się. Część straciła chęć do dalszego pościgu, jednak trzech najbardziej śmiałych lub najbardziej pijanych ruszyło w dół. Poniżej niecka poszerzała się, ukazując dwa ogromne kamienne bloki, jakie stawiano zgodnie z wierzeniami w dawnych czasach. Księżyc jasno oświetlał całe miejsce. W samym środku leżało ciało dziewczyny – zmarłej z przerażenia lub wycieńczenia. Jednak to nie jej widok, ani też nie leżące nieopodal ciało Hugo Baskerville’a śmiertelnie przeraziło mężczyzn. Otóż nad ciałem Baskerville’a stała wielka, czarna bestia przypominająca ogara, jednak większa od jakiegokolwiek psa, którego widziały oczy śmiertelnika i rozszarpywała krtań wielmoży. Kiedy zwierzę z ociekającym krwią pyskiem spojrzało na nich wściekłym wzrokiem, rzucili się do ucieczki, przeraźliwie krzycząc. Mówi się, że jeden z nich zmarł jeszcze tej samej nocy przerażony tym, co zobaczył. Pozostali dwaj przeżyli, ale już do końca życia nie odzyskali władz umysłowych.

Oto historia, moi synowie, pojawienia się psa, który – jak mówią – przynosi nieszczęście naszej rodzinie do dzisiaj. Napisałem to tylko dlatego, że lepiej znać prawdę niż jej się domyślać. Nie można zaprzeczyć, że wielu członków naszej rodziny zmarło nagle, dość dramatycznie i tajemniczo. Powinniśmy się oddać pod opiekę nieskończenie dobrej Opatrzności, która być może w swej łasce nie potępi na wieczność naszej rodziny, gdy przeminie trzecie i czwarte pokolenie, tak jak mówi Biblia. Polecam was, moi synowie, łasce Pana i wzywam was, byście unikali wrzosowiska po zmroku, kiedy budzą się moce zła.

To napisałem ja, Hugo Baskerville, do synów Rodgera i Johna, z zaleceniem, by nie wspominali nic o tej historii swojej siostrze Elizabeth”.

Kiedy doktor Mortimer zakończył lekturę tego niezwykłego rękopisu, zdjął okulary i spojrzał na Sherlocka Holmesa. Ten rzucił niedopałek papierosa do kominka.

– Co pan o tym sądzi – spytał Mortimer – Czy uważa pan, że to jest interesujące?

– Jeśli ktoś lubi bajki.

Doktor Mortimer wyciągnął z kieszeni złożoną gazetę.

– A więc dobrze, panie Holmes, pokażę panu coś aktualniejszego. To jest gazeta „Devon County Chronicle” z czternastego maja tego roku. Jest tu krótka informacja o śmierci sir Charlesa Baskerville’a, która wydarzyła się kilka dni wcześniej.

Mój przyjaciel pochylił się nieco do przodu, a jego twarz przybrała wyraz skupienia. Nasz gość poprawił okulary i zaczął:

„Niedawna śmierć pana Charlesa Baskerville’a, którego nazwisko było wymieniane jako kandydata środkowego Devonu w najbliższych wyborach parlamentarnych, pogrążyła w smutku całe hrabstwo. Chociaż sir Charles mieszkał we dworze Baskerville’ów stosunkowo krótko, jego przyjazna natura i szczodrość zapewniły mu przyjaźń i szacunek tych, którzy go poznali. Dzisiaj, w nowobogackich czasach, przyjemnie jest spotkać człowieka, który pochodzi ze starej miejscowej rodziny, zdziesiątkowanej podczas dawnych, źle kojarzących się czasów. Powrócił on tu z majątkiem, mając zamiar przywrócić świetność swojego rodu. Sir Charles, jak wiemy, zdobył wielki kapitał na interesach w Afryce Południowej. Był mądrzejszy od tych osób, które tak długo kręcą kołem fortuny, aż ono obraca się przeciwko nim. Zabrał wszystkie pieniądze i wrócił do Anglii. Zaledwie dwa lata temu zamieszkał we dworze Baskerville’ów, wobec którego miał dalekosiężne plany, które teraz przekreśliła jego śmierć. Będąc bezdzietnym, wyrażał życzenie, by po śmierci cała okolica czerpała korzyści z jego sukcesu. Hojne i częste darowizny sir Charlesa dla lokalnych organizacji charytatywnych, były przez nas często opisywane, toteż zrozumiałym jest, że wielu z naszych mieszkańców ma osobiste powody, by rozpaczać z powodu jego przedwczesnego odejścia.

Okoliczności zgonu sir Charlesa nie zostały do końca wyjaśnione w czasie śledztwa, ale przynajmniej zrobiono dostatecznie dużo, aby rozwiać plotki związane z miejscowymi przesądami. Nie ma powodu, aby podejrzewać, że przyczyna śmierci nie była naturalna. Sir Charles był wdowcem, pod pewnymi względami nieco ekscentrycznym. Mimo posiadania znacznego majątku miał dość niewyszukany gust. Jego służącymi było małżeństwo o nazwisku Barrymore, przy czym mąż był kamerdynerem, a żona gospodynią. Przedstawione przez nich dowody, potwierdzone przez kilku przyjaciół, wskazywały, że pan Charles nie czuł się ostatnio najlepiej. Miał pewne dolegliwości sercowe, które objawiały się bladością, problemami z oddychaniem i przygnębieniem. Potwierdził to doktor James Mortimer, przyjaciel i lekarz zmarłego.

Fakty są jednoznaczne; Charles Baskerville miał w zwyczaju spacerować wieczorami po słynnej cisowej alei przed dworem. Zeznania małżonków Barrymore wskazują, że był to jego utarty zwyczaj. Czwartego maja sir Charles zadeklarował chęć wyjazdu do Londynu następnego dnia i wydał polecenie Barrymore’owi, aby przygotował jego bagaże. Tego wieczoru wyszedł jak zwykle na swój spacer, podczas którego miał w zwyczaju palić cygaro. Ze spaceru już nie wrócił. O północy Barrymore zaniepokoił się, że drzwi wejściowe nie są zamknięte. Wziął latarnię i ruszył na poszukiwanie pana. W dzień padał deszcz, więc ślady stóp sir Charlesa były dobrze widoczne. W połowie alei znajduje się furtka prowadząca na wrzosowiska. Widać było, że Charles Baskerville stał przy niej jakiś czas, następnie udał się dalej aleją. Jego ciało odnaleziono na jej końcu.

Zeznanie Barrymore’a nie wyjaśniło jednego faktu. Ślad stóp jego pana zmienił się od momentu minięcia furtki prowadzącej na wrzosowiska. Wydawało się, że dalej szedł na palcach. Niejaki Murphy, Cygan handlujący końmi, był w tym czasie na wrzosowisku w niewielkiej odległości od niego. Jednak, jak zeznał, był tego dnia nieco pijany i mimo że słyszał krzyk, to nie umiał powiedzieć skąd dobiegał. Na ciele zmarłego nie znaleziono niczego podejrzanego, poza zniekształceniem twarzy tak znacznym, że na początku przyjaciel i lekarz zmarłego, doktor Mortimer, nie mógł uwierzyć, że ciało faktycznie należy do sir Charlesa Baskerville’a. Wyjaśniono jednak, że przyczyną śmierci był typowy objaw duszności spowodowany atakiem serca. Informacje te uzyskano w wyniku sekcji zwłok, która wykazała długotrwałą chorobę. Orzeczenie koronera na temat przyczyn śmierci było tożsame z wynikami sekcji. Dobrze, że to się tak skończyło, gdyż wszystkim nam zależy, by spadkobierca sir Charlesa osiedlił się jak najszybciej we dworze i kontynuował działalność dobroczynną, która została tak nagle przerwana. Gdyby racjonalne ustalenia koronera nie zakończyły snucia baśniowych teorii, którymi żyła okolica, mogłoby to zniechęcić spadkobiercę do zamieszkania we dworze Baskerville’ów. Jak wiadomo, najbliższym krewnym zmarłego jest sir Henry Baskerville, który jest synem młodszego brata pana Charlesa Baskerville. Nie wiadomo jednak, czy pozostaje on przy życiu. Ostatnia wiadomość od niego pochodziła z Ameryki. Podjęto działania, by poinformować go o spadku”.

Doktor Mortimer złożył gazetę i umieścił ją z powrotem w kieszeni.

– To są publicznie znane fakty, panie Holmes, związane ze zgonem sir Charles Baskerville’a.

– Muszę panu podziękować – powiedział Sherlock Holmes – za zwrócenie mojej uwagi na przypadek, który rzeczywiście zawiera wiele interesujących szczegółów. W swoim czasie czytałem pewne komentarze w gazetach na ten temat, ale wówczas byłem niezmiernie zajęty sprawą kamei watykańskich i bardzo mi zależało na tym, aby dobrze przysłużyć się papieżowi. W związku z tym kilka interesujących kryminalnych przypadków angielskich uszło wtedy mojej uwadze. Twierdzi pan, że ten artykuł zawiera wszystkie publicznie znane fakty?

– Tak.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij