Pięść - ebook
Gdy nadchodzą dni pogardy, nienawiści i krzywdy, a zło roznosi się jak zaraza, niszczy i odziera z godności, wtedy budzi się w zwykłych ludziach moc, która pozwala im wstać, choć czują, że nie dadzą rady unieść głowy, pozwala walczyć, choć każdy zadany cios wydaje się ostatnim.
Kal, potomek szacha, choć wydaje się słaby i niedoświadczony, z dnia na dzień musi wziąć odpowiedzialność za swój naród. Nair, spadkobierca korony Morovii, nie może już dłużej się ukrywać. Powinien przestać uciekać, a zamiast tego zebrać wokół siebie wszystkich zdolnych udźwignąć miecz, topór, a choćby i kij. Zwyczajny chłop z górskiej osady i samotna zielarka zaczynają odgrywać role, do których bynajmniej nie wydawali się stworzeni. Doświadczonego wojownika, którego życie zdążyło nauczyć, że nawet bohater cuchnie po śmierci i żadne poematy tego nie zmienią, również czeka nowe wyzwanie.
Oni i wielu innych muszą porzucić swoje domy, zostawić rodziny i ukochanych, zatknąć noże za pas, zacisnąć zęby i ruszyć, kiedy nadejdzie czas. Ktoś, kto im powie, że nie dadzą rady, łże! Bo choć czują się słabi, choć paraliżujący strach nieraz zajrzy im w oczy, to przecież mają moc – ona ich podniesie. Muszą tylko ją poczuć. W sobie i w innych. W słońcu i w deszczu. W snach i na jawie. Nawet w stracie.
Czy Ty wyruszysz z nimi w magiczną podróż?!
Magiczna i ujmująco ciepła opowieść o niezwykłej sile, która drzemie w każdym z nas. Usiądźcie wieczorem przy kominku i pozwólcie by ta baśń was oczarowała. - Jacek Łukawski, autor cyklu Kraina martwej ziemi
“Pięść” przeniesie Was do świata, w którym nikt z nas nie chciałby żyć. To opowieść o walce, lojalności i prawdziwej przyjaźni, która nie da o sobie zapomnieć przez długi czas.Serdecznie polecam! -Paulina Balcerzak
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-7995-370-7 |
| Rozmiar pliku: | 2,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Ocean był wyjątkowo spokojny, jakby ostatni sztorm wyssał z niego wszystkie siły. Szemrał przedwieczorną modlitwę, kołysząc się leniwie. Nawet mewy przycichły. Ciemniejącą taflę wody przecinały krwiste łuny zachodzącego słońca.
Samotny człowiek stał na krawędzi klifu zapatrzony w to boskie malowidło – niezmienne od wieków, a zarazem inne każdego dnia. Zawstydzony wzruszeniem, jakie ten obraz w nim budził, zerknął spod oka w jedną, potem w drugą stronę, jakby chciał się upewnić, że nikt nie widział tej chwili słabości. Bezwiednym gestem odgarnął z twarzy długie włosy, próbując wygrać z wiatrem. Nie na wiele się to zdało, złośliwiec natychmiast nawiewał je z powrotem.
Ot, jaką zabawę sobie znalazł. – Samotnik uśmiechnął się mimo woli.
Czasy młodości miał za sobą, na skroniach połyskiwały pojedyncze srebrne nitki, a szczupłą twarz znaczyło znużenie i smutek. Mimo to wystarczyło spojrzeć, by rozpoznać wojownika, któremu pod ciężarem miecza nie zadrżą ręce, nie ugną się kolana. Świadczyły o tym zarówno dumna postawa i spokój, jak też kocia czujność widoczna w każdym ruchu, w każdym spojrzeniu. Prawy policzek przecinała gruba, widoczna blizna. Na silnych rękach widniały tatuaże żmij sięgające od ramion aż po nadgarstki, na grzbietach obu dłoni miniaturowe sylwetki szarych sów – znaki przynależności, a może kaprys młodości.
Od dłuższego czasu tkwił w bezruchu jak posąg, zapatrzony w dal, nieobecny.
– Nair!? – Okrzyk rozbrzmiał nadspodziewanie blisko.
Wyrwany z zadumy wojownik gwałtownie odwrócił głowę, odruchowo sięgając po rękojeść miecza. Przez moment obserwował zbliżającą się dziewczynę, po czym stanowczym gestem nakazał jej zatrzymanie się tam, gdzie była. Ona jednak zlekceważyła ostrzeżenie i z uśmiechem na twarzy ruszyła jeszcze szybciej. Wpatrywał się w drobną postać kompletnie zaskoczony. Wreszcie skoczył w jej kierunku, krzycząc radośnie jak dziecko:
– Caril! Siostrzyczko! – Dobiegł, chwycił dziewczę wpół i zakręcił kilka piruetów. W końcu postawił ją na ziemi, jednak nie wypuszczał z uścisku z obawy, że mogłaby zniknąć. – Nie masz pojęcia, jak się cieszę… Nie masz pojęcia… – powtarzał ze wzruszeniem.
– Saendranie Nairze Karun! Twoje zachowanie niezmiernie mnie martwi. Takie rzeczy wyprawiać? Siostrę poniewierać jak jakąś wędrowną tancereczkę? – fuknęła z groźną miną, ale w jej oczach łzy mieszały się z radością.
– Skąd wiedziałaś, że tu mnie znajdziesz? – spytał.
– Jak tylko przewodnik przyprowadził mnie do waszego obozu, szukałam cię, a dobrzy ludzie wskazali to miejsce – odpowiedziała poważnie. – Podobno często spędzasz czas samotnie?
– To nie tak, Caril. Lubię być tu sam, bo muszę wszystko zaplanować, zastanowić się, co dalej, dokąd się udać. A przy szumie fal najlepiej się myśli – wyjaśnił. – Od dłuższego czasu planowałem, żeby cię sprowadzić. Tęskniłem… i jesteś – szepnął wzruszony.
W jej oczach błysnęły łzy. Nie bardzo wiedział, jak temu zaradzić. Odsunął dziewczynę delikatnie, obrzucił taksującym spojrzeniem i zagwizdał przeciągle. Szybko się jednak zreflektował i spojrzał jej prosto w oczy z przepraszającym uśmiechem.
– Wybacz, to miało cię rozweselić, a wyszło głupio. Tak długo cię nie widziałem, Caril Karun, tak długo… a ty z poczwarki przeobraziłaś się w kobietę, na dodatek prawdziwą piękność. Nie od razu cię poznałem, dopiero jak podeszłaś bardzo blisko, bez lęku… Ach, Caril, tak bardzo przypominasz matkę. Mężczyźni oszaleją na twoim punkcie. Wybacz żołnierskie zachowanie, lata tułaczki zrobiły swoje. Dobrze, że znów jesteśmy razem, ale będę cię musiał przypilnować, moja droga. Mężczyźni oszaleją na twoim punkcie, to pewne. – Pogroził jej palcem z braterską surowością, jednak jego twarz wyrażała coś zupełnie przeciwnego: wielkie szczęście i poczucie dumy.
Miał powody, gdyż licząca szesnaście wiosen Caril niezaprzeczalnie była śliczną dziewczyną. Drobną twarz otaczała burza potarganych włosów. Wielkie, lekko skośne oczy migotały jakimś chochlikowym światłem. Nawet zwyczajna szara sukienka nie ujmowała jej czaru, wręcz podkreślała kobiece już kształty. Caril wprost tryskała młodością i energią – nie mogąc ustać spokojnie, dreptała w miejscu, podrygiwała i nie przestawała gadać, a właściwie zasypywać Naira pytaniami, na które i tak nie nadążał odpowiadać.
Patrzył na nią z wielką radością, ale też troską. Obiecał sobie, że zrobi wszystko, by ukochanej siostry nie spotkało nic złego. Obaj z bratem wchodzili już w wiek męski, kiedy pojawiła się na świecie. Matka omal nie przypłaciła życiem jej narodzin, podobnie jak sama Caril, jednak obie walczyły i wygrały tę walkę. Radosna i wojownicza dziewczynka była oczkiem w głowie całej rodziny. Jej ciekawość świata i nieco krnąbrny charakter przysparzały wszystkim trosk, jednak zarówno Nair, jak i Oland poczytywali sobie za honor i obowiązek strzeżenie siostry.
– O co chodzi? – spytał, widząc, że Caril pociera dłonie i przestępuje z nogi na nogę, jakby coś ją nurtowało.
Spojrzała mu w oczy z wielką powagą i zapytała:
– Kapłani dużo nam opowiadali, ale nigdy nie mogłam zrozumieć, jak do tego wszystkiego doszło. Dlaczego, Nairze?
Nie od razu odpowiedział. Nie chciał psuć atmosfery tego spotkania smutną opowieścią. Tę rozmowę wyobrażał sobie przez te długie lata tułaczki i niepewności, ale chciał to zrobić później, kiedyś. Jednak gdy usłyszał jej pytanie, doszedł do wniosku, że nie ma dobrych chwil na trudne rozmowy i nie należy ich odkładać.
– To było ponad trzysta lat temu – zaczął. – Morovia, Sylia, Esenia i Alieria, a także wszystkie pomniejsze prowincje, żyły w spokoju i zgodzie. Kwitł handel, ludziom powodziło się całkiem nieźle. Tymczasem w Esenii nastał nowy władca, pierwszy z rodu Edmurów, zwany Piratem od profesji, jaką się parał. Wraz ze swoimi kamratami, złoczyńcami jak on, siłą przejął tron i zaczął tworzyć armię. Obawiając się morovskich naznaczonych, ściągnął do zamku wszystkich obdarzonych choćby krztyną magii. Utworzył dla nich zakon. Porzucił wiarę w starych bogów i wprowadził nową religię. Zbudował Kościół Boga Stworzenia. Znalazł naśladowców, a wkrótce narzucił nowego boga wszystkim swoim rodakom, także tym opornym.
– Nie buntowali się? Nie walczyli? – pytała zaciekawiona.
– Owszem, ale każdy buntownik kończył na stosie albo szubienicy. Strach powodował, że większość Esenów religię przyjęła. Ale na tym Pirat nie poprzestał. Zaczął najeżdżać przygraniczne prowincje. Grabił i mordował, a wszystko pod płaszczykiem szerzenia jedynej prawdziwej wiary.
– A co na to władcy sąsiednich krajów, choćby Morovii?
– No właśnie – odparł. – Początkowo biernie obserwowali, później zaczęli się go obawiać. Każdy myślał tylko o tym, jak obronić własne włości. W ten sposób Edmur I Pirat wkraczał coraz głębiej i zagarniał coraz więcej terytoriów. Na pierwszy ogień poszła Morovia. Nie miała armii, jedynie naznaczonych. Oni stanowili wielką siłę, dlatego Edmur wziął ich na cel jako pierwszych. To z obawy przed nimi otoczył się magami. Bronili się, ale zabrakło wodza, który by ich zebrał i poprowadził. Ówczesny król Morovii był na to zbyt słaby i tchórzliwy. Zakonne psy Pirata tropiły przeciwników z taką zaciętością, że w parę lat wytrzebiły większość naszych przodków obdarzonych darem. Zajęcie Alierii było już tylko formalnością. Rozproszone na pustynnych terenach klany nawet nie wiedziały, że ich stolica, Hara, padła. Tak powstały zręby Imperium Eseńskiego.
– A Sylia? Dlaczego w Sylii prawie ich nie ma? Wiem, bo rozmawialiśmy o tym z kapłanami.
– To był maleńki kraj, otoczony potężnymi górami, zalesiony, niemal dziki. Jedynie Mare z zamkiem na skale stanowiło jakąś wartość dla Edmura, ale nie wydawało się zagrożeniem. Zostawił Sylię na koniec, ale zanim się do niej zabrał, umarł w dziwnych okolicznościach. Mówi się, że został otruty przez młodszego brata. Gdy ten przejął władzę, skupił się na handlu i gromadzeniu majątku, a Sylia nie miała wiele do zaoferowania. Przez kolejne dwa stulecia bywało różnie. Lata spokoju przeplatały się z okresami nagonek i mordów. Dotykało to głównie naznaczonych i ich rodzin. Tylko oni stanowili realne zagrożenie dla kolejnych władców imperium. Z pozostałymi krainami poradzili sobie w ten sposób, że przynajmniej jedno z dzieci z królewskich rodów trafiało na dwór w Esenie. Jedynie z Morovii nie zabierali królewskich synów. Bali się trzymać naznaczonych zbyt blisko siebie. Eseńscy zakonnicy nie potrafili blokować naszego daru. Tak to było, Caril. Ale dość już o tym. Musimy wracać, robi się późno.
Idąc w stronę obozu, rozmyślał o dniu, w którym wymordowano jego rodzinę. Caril też dziwnie ucichła. Nair przypominał sobie polowania z ojcem, czułą, zwykle uśmiechniętą matkę, młodszego brata i kompanów od miecza.
Rodzina żyła spokojnie i szczęśliwie. Królowa imperium, Sylwia I Edmur, zajęta budowaniem floty i przygotowaniami do wielkiej wyprawy w poszukiwaniu nowych ziem, dała podbitym prowincjom kilka spokojnych lat. Ten spokój zburzył bunt szacha w Alierii, po którym represje powróciły, a królewską rodzinę Karunów dotknęło nieszczęście. Caril miała zaledwie sześć lat, gdy oboje z Nairem stracili najbliższych. Ojca, króla Morovii, zabili eseńscy zakonnicy.
Przez pokolenia kościół eseński zdobywał coraz więcej uprawnień. Wykształceni, obdarzeni magią, silni mnisi sprawowali faktyczną władzę w podbitych krajach. Tego dnia zaatakowali z zaskoczenia, bez litości mordując wszystkich obecnych w sali tronowej. Nikt nie zdołał uciec. Później przetrząsnęli cały zamek. Zabijali dorosłych i dzieci, dworzan i służbę. Zgromadzili taką liczbę zakonnych magów, że nie sposób było się obronić. Sponiewieraną i odartą z czci królową powlekli na powrozie jako brankę. Na koniec spalili królewskie stajnie, żeby uniemożliwić pościg. Oszalałe z bólu konie zrywały pęta, wierzgały i tratowały się nawzajem. Nie mogąc pokonać masywnych wierzei, zginęły w ogniu. Wiele zabudowań spłonęło tamtego dnia w stolicy, a po starej, drewnianej dzielnicy mieszczącej domy i warsztaty rzemieślników pozostały zgliszcza.
Z całej rodziny obecnej wtedy w zamku ocalał jedynie Oland, brat Naira i Caril. Zdołał uciec tylko dlatego, że nie zdążył na audiencję. Nikt nie wiedział, gdzie się ukrywał, dopiero kilka miesięcy później dotarły pogłoski, że w Gelenie zaciągnął się na statek, co było najlepszym rozwiązaniem dla człowieka wyjętego spod prawa. Tam przynajmniej niezbyt często spotykało się zakonników.
Tamtego dnia Nair zabrał siostrę na dłuższą konną przejażdżkę. Wracając, już z daleka zobaczył dym nad zamkowym wzgórzem. Ukrył dziewczynkę w pobliskim zagajniku i kategorycznie nakazał jej tam czekać, a sam wyrwał co koń wyskoczy. Zatrzymał go tłum uciekinierów. Przerażeni ludzie opowiadali zatrważające historie i błagali o to, by ratował życie. W pojedynkę Nair nic nie mógł zdziałać i choć serce pchało w sam środek tej pożogi, rozum podpowiadał co innego. Wiedział, że droga do domu została odcięta. Nie miał czasu na rozpamiętywanie ani rozpacz – wrócił po siostrę, posadził ją przed sobą na koniu i pogalopował do niezbyt odległej posiadłości eseńskiego kupca zaprzyjaźnionego z rodziną Karunów. Wbrew rozkazom, by każdego morovskiego wojownika schwytać i wydać w ręce imperialnej władzy, Esen ukrył wielu zbiegów. Po paru dniach kapłani z sąsiedniej Sylii wyprowadzili Caril z Morovii i wraz z innymi ocalałymi dziećmi wywieźli do zamkniętego klasztoru w górach. Uczynili to, gdyż od ponad stu lat Sylia faktycznie pozostawała pod pieczą Morovii. Kapłani rozumieli, jak ważny był ten sojusz, dlatego pomagali morovskim uchodźcom, kiedy zaszła taka potrzeba. Nair nie był w stanie zapewnić bezpieczeństwa siostrze, nie mógł zapewnić go nawet sobie. Tęsknił za Caril, ale rozumiał, że tylko sylscy mnisi mogą ją ochronić.
Potężne góry strzegły dostępu skuteczniej niż armie. Mijały lata, a Nair wciąż nie znalazł swojego miejsca na świecie. Spał byle gdzie, jadł co popadło, byle jakoś przetrwać. Niejeden raz przyszło mu walczyć o życie. Kiedy po śmierci królowej eseńskiego imperium, Sylwii z rodu Edmurów, tron objął jej młody syn i represje wobec naznaczonych nasiliły się jeszcze bardziej, Nair postanowił skończyć tę bezsensowną tułaczkę, skupić ocalałych wokół siebie i stanąć wrogom naprzeciw. Ludzie ściągali z całej Morovii na wieść, że Karun zbiera chętnych do walki. Trafiali do niego przez przewodników, których siatka rozrastała się z każdym rokiem, a on małymi grupkami odsyłał ich do granic Sylii, nakazując unikania głównych traktów. W przygranicznych lasach czekali przewodnicy, głównie sylscy kapłani. Nair odczekał jeszcze kilka dni, po czym wyruszył z kilkunastoma ludźmi oraz przewodnikiem, który zapewniał, że doprowadzi ich bezpiecznie do królewskiego zamku w górach, opuszczonego od ponad stulecia.
– Nairze, czemu królewscy tak unikają sylskich lasów? – zapytała Caril po długim jak na nią milczeniu.
– Tylko wprawne oczy i uszy przewodników potrafią odnaleźć w nich drogę, dlatego musimy im zawierzyć, gdyż dopiero tam możemy poczuć się w miarę bezpiecznie. Imperialni starają się unikać tych ostępów, tak samo jak górskich ścieżek.
– Przecież mają zakonnych magów – dociekała dziewczyna. – Mogliby to wykorzystać, czyż nie?
– Mam wrażenie, że te lasy opierają się magii. – Nair sam był zdumiony tym zjawiskiem. – Nie tak dawno jakiś zacietrzewiony dowódca mianowany przez nowego władcę imperium, Anvila Edmura III, wraz z niewielkim oddziałem zagłębił się w te lasy w pościgu za grupką Morovów, ale z tej wyprawy nie powrócili ani on, ani żaden z jego ludzi. Trzy setki żołnierzy wysłano pod ochroną kilkunastu zakonników, by odnaleźć zaginionych żywych lub martwych, ale nie pozostał po nich żaden ślad. Nie było oznak walki, zdeptanej trawy czy połamanych gałęzi.
Caril przez dłuższą chwilę milczała, z uwagą obserwując brata. Pamiętała go odrobinę, a pamięć wzmacniali mnisi, którzy opowiadali jej o rodzicach i braciach. Jeden z nich narysował specjalnie dla niej portrety Naira i Olanda. Słyszała, że Ole zaginął. Na szczęście miała jeszcze Naira. Zmienił się na wygnaniu, minęło w końcu wiele lat. W jego szczupłej twarzy nie było widać nawet śladu lęku, raczej niezłomność, a nawet zaciętość i zuchwałość.
– Dlaczego ciągle jesteś sam? – zapytała. – Przystojny z ciebie mężczyzna, Nairze. Niejednej pannie mógłbyś zawrócić w głowie. Kto wie – na samą myśl chochliki w jej oczach rozbłysły – może nawet by o ciebie walczyły? – Klasnęła w dłonie, ale już po chwili na jej twarzy pojawiła się troska. – To był taki głupi żarcik, nie gniewaj się, proszę, ale ja nie jestem już dzieckiem. Wiem, że każdy człowiek potrzebuje bratniej duszy u boku. Ty także.
– Nie szukałem, Caril. Czasy nie sprzyjały zakładaniu rodziny, przecież wiesz – odparł z ledwo dostrzegalnym smutkiem. – A teraz jestem już na to za stary.
– Mówisz głupstwa. Nie jesteś stary, a poza tym masz obowiązek przedłużyć nasz ród – odpowiedziała z powagą wręcz nieprzystającą do jej wieku. Na chwilę umilkła, jednak to nie trwało długo, bo już po chwili znów zaczęła mówić, jakby chciała w jednej chwili nadrobić te wszystkie lata. – Byłam przerażona, gdy mnie oddałeś mnichom. Ciągle płakałam, nie chciałam jeść i spać, jednak z czasem przywykłam. Kiedy trochę podrosłam, kapłani wyjaśnili mi, dlaczego musiałeś mnie zostawić. Uświadomili, kim jesteś, jak ważne są twoje życie i misja, którą postawiło przed tobą przeznaczenie. Wiem o tobie bardzo wiele, Nairze, dlatego zrobię co tylko w mojej mocy, żeby ci pomóc zadbać o sukcesję. Jeśli będzie trzeba, sama znajdę odpowiednią kandydatkę. Nasz ród przewodził Morovii od wielu pokoleń. Nie bez powodu otrzymałeś w darze od bogów tak ogromną siłę. Kapłani mówili, że tylko ty możesz poprowadzić lud w drodze do wolności, że za tobą pójdą wszyscy, także Sylowie.
– Już dobrze, moja ty mądralo. Będę cię słuchał jak wyroczni, obiecuję. – Podniósł dłoń w geście przyrzeczenia, uśmiechając się przy tym szeroko. Próbował obrócić wszystko w żart, jednak w jego oczach ciągle czaił się smutek. – Chodźmy już, siostrzyczko. Musisz się posilić, straszna chudzina z ciebie. – Przygarnął ją ramieniem i mocno przytulił. Zaskoczyły go mądrość i rozwaga Caril.
– Czy ciotka Mirie żyje? – zapytała, świadomie zmieniając temat.
– O tak. Ona jest wieczna, niezniszczalna jak Morovia. Spotkamy się z nią wkrótce, może jeszcze dziś – zapewnił z uśmiechem.
Ruszyli żwawo w kierunku obozu nad Zatoką Krabów. Tam było miejsce zbiórki, do którego dotarła już większość naznaczonych. Tam też kapłani przyprowadzili morovskie dzieci ukrywane przez lata w klasztorze. Caril wróciła razem z czterema dziewczętami i jedenastoma naznaczonymi. Tylko jeden chłopiec był w jej wieku, trzy lata więcej liczyła sobie przyjaciółka o imieniu Sulla, pozostali to jeszcze dzieci.
Przez całą drogę Nair trzymał ją mocno za rękę, zyskując na ten krótki moment spokój i szczęście, jakiego dawno nie doświadczył. Jednak ponure myśli wróciły szybciej, niż się spodziewał.
W ostatnich latach rzadko opuszczał kryjówki z obawy przed ludźmi króla Esenii. Nie tylko dlatego, że pochodził z rodu władców Morovii. Istniała inna przyczyna. Nair należał do tych, którzy byli jedyną nadzieją na odzyskanie wolności – naznaczeni, zdolni pokonać zakonnych magów. Nie było ich wielu, dlatego Morovowie przez lata doszli do wielkiej wprawy w ukrywaniu całych rodzin. Powstały zorganizowane siatki, trasy przerzutowe i porządnie chronione kryjówki. Esenowie polowali na naznaczonych od ponad trzystu lat i wymordowali ich setki, może nawet tysiące. Mimo to w kolejnych pokoleniach rodzili się następni. Nie uczono ich posługiwania się darem, ta umiejętność przychodziła sama, niepostrzeżenie, gdy chłopiec był na nią gotów. U jednych we wczesnym dzieciństwie, u innych znacznie później.
Nair na zawsze zapamiętał swoje pierwsze spotkanie z królewskimi. Był wówczas małym dzieckiem. Wybrał się do lasu, żeby podglądać rodzinę guźców, które od niedawna zamieszkały w pobliżu murów zamkowych. Już z daleka zauważył ośmiu strażników i trzech zakonnych, nieśpiesznie pokonujących sawannę. Mocne konie szły stępa, niespokojnie wietrząc i strzygąc uszami, gdyż okolica roiła się od dzikich zwierząt. Podobnie zachowywali się zakonni bracia – obserwowali okolicę i węszyli niczym drapieżniki. Nie wypatrywali jednak zwierząt, tylko ludzi obdarzonych magią, którzy dla nich byli jednacy z dziką zwierzyną. Przerażony Nair wcisnął się do nory guźca i niemal całkowicie wstrzymał oddech. Bał się nawet o to, że z daleka mogą usłyszeć bicie serca, które waliło w jego piersi. Patrol przejechał kilka kroków obok jego kryjówki. Chłopak odczekał i już zamierzał wyjść, kiedy nagle poczuł drgania ziemi coraz bliżej nory, w której się schronił. Nie wiadomo skąd wiedział, że go wyczuli. Zbliżali się krok za krokiem, a on to słyszał tak wyraźnie i głośno, jakby ktoś walił chochlą w garnek tuż przy jego uchu. Chłopiec zaczął odczuwać przenikliwy ból głowy, drżał ze strachu jak osika. Niejeden raz widział podziurawione zwłoki mężczyzn, zielonoszare z upływu krwi. To były ciała naznaczonych, a on też miał się nim stać w przyszłości.
Dowiedział się o tym od ojca w dniu naznaczenia. Starszyzna zbierała się raz w roku, by stwierdzić obecność daru. Rodziny z całego kraju przywoziły synów do stolicy Morovii. Niegdyś to było wielkie święto, ale od dwustu lat robiono to po kryjomu, za każdym razem w innym miejscu. Chłopców, u których pojawił się dar, uroczyście naznaczano znakiem rodowym. Karunom od wieków patronowała żmija. Dodawano też drugi znak, zgodny z cechami charakteru. To był przywilej matki, która zazwyczaj najlepiej znała swoje dzieci. Nairowi podarowała małą złotą figurkę sowy. Znaki tatuowano na obu rękach i nie zrezygnowano z tego obyczaju nigdy, nawet w czasach niewoli, mimo że wystawiały na niebezpieczeństwo mężczyzn ściganych imperialnym prawem. Magia naznaczonych była zabójcza, a co gorsza, wymazywała wszelki ślad po tych, wobec których jej użyto. Przez wieki była największym koszmarem władców imperium. Zginąć w walce to jedno, ale zniknąć na wieki – to przekraczało wszelkie pojmowanie. Dlatego naznaczonych ścigano i zabijano bez sądów i wyroków.
Starszyzna Morovii twierdziła, że symbole na rękach otwierały drogę magii, wypuszczając ją na wolność. Wkrótce po inicjacji u większości chłopców następowała zmiana zachowania – stawali się butni, nabierali pewności siebie graniczącej z brawurą. Mogło to wynikać z samego wejścia w dorosłość, ale seniorzy rodów uważali, że tak objawiało się uwolnienie zgromadzonej siły. Tę wiedzę przekazywano z pokolenia na pokolenie i nikt nigdy jej nie podważał. W momencie naznaczenia przydzielano dzieciom opiekunów, których zadaniem było okiełznanie głupiej brawury, nauczenie zasad, a także szkolenie w posługiwaniu się zwykłą bronią. Nikt nie uczył, jak używać magii, to działo się samo, instynktownie.
W dniu, gdy po raz pierwszy poczuł prawdziwe zagrożenie, Nair jeszcze nie wiedział, w jaki sposób przywołać swoją siłę. Siedział w norze, zaciskając pięści mokre od potu i dygocząc ze strachu. Tupot końskich kopyt był już niebezpiecznie blisko kryjówki, więc chłopiec zamknął oczy i oczekiwał na śmierć. W głębi duszy marzył, aby ci ludzie po prostu zniknęli.
Nagle poczuł w głowie wir przyśpieszający z każdą chwilą. Widział coś takiego na alierskiej pustyni podczas burzy. Tyle że ta burza szalała w jego czaszce, powodując mdłości i rozsadzający ból. Usłyszał świst, wycie, jakieś odległe echo grzmotu. Przyciskał do skroni zaciśnięte piąstki, czując, że dłużej tego nie wytrzyma, zwariuje albo umrze. W tym momencie poczuł, że jego głowa rozpada się na kawałeczki. Później stracił świadomość. Nie pamiętał, jak wydostał się z kryjówki ani jak wrócił do zamku. Po wielu godzinach snu wreszcie się ocknął.
Dopiero ojciec wyjaśnił mu, co się zdarzyło. Magia Naira zadziałała, choć on sam nie miał o tym pojęcia. Jego marzenie, by zakonni zniknęli, zostało spełnione. Przestali istnieć. Ojciec nie powiedział mu tylko jednego: że taki wyczyn sprowadzi zemstę.
Tydzień później, gdy patrol nie wrócił, a poszukiwania nie przyniosły rezultatu, królewscy dokonali rzezi zwykłych mieszkańców okolicznych wiosek. Dla przykładu. Pozostawili przy życiu tylko młode kobiety i popędzili je do miasta w pętach, jak niewolnice. O tej masakrze chłopiec dowiedział się dopiero wiele tygodni później.
– Nairze, jesteś taki strapiony – odezwała się Caril. – Czy coś się stało?
– Nic takiego, siostrzyczko, to tylko złe wspomnienia – odparł i wbrew swoim myślom uśmiechnął się. Caril była najprawdziwszym powodem do radości: młoda, śliczna i żywiołowa jak ich matka.
Wreszcie dotarli do obozu, co Nair przyjął z ulgą, ponieważ pytania siostry przywoływały najgorsze wspomnienia. Od kilku dni zbierali się tam naznaczeni, ich rodziny oraz sylscy przewodnicy. Dołączyła też Mirie, ciotka Mirie, jak nazywali ją wszyscy. Nieoceniona uzdrowicielka i bajarka, która wspaniale gotowała i znała się na sporządzaniu przeróżnych leczniczych mikstur. Prawdziwa skarbnica wiedzy. Ta drobna, skromna kobieta miała w sobie tyle optymizmu i sił, że mogłaby tym obdarować wielu malkontentów. Uratowała niejedno pokolenie naznaczonych, gdyż posługując się jakimś sobie tylko znanym zmysłem, zawsze wyczuwała niebezpieczeństwo i wyprowadzała ich z opresji, ratując od niechybnej śmierci. Gdy zobaczyła Naira w towarzystwie młodej, roześmianej dziewczyny, poderwała się od ogniska. Uściskała najpierw jego, mocno i serdecznie, jak brata. Później podparła się pod boki, obrzuciła Caril krytycznym spojrzeniem, po czym roześmiała się i przyciągnęła ją do siebie.
– Nie mogę uwierzyć w to, co widzę – mówiła radośnie. – To ma być pulpecik, którego pamiętam? Caril, ależ z ciebie piękność, no, no.
– Za to ty, ciociu, nic się nie zmieniłaś. – Caril była lekko onieśmielona, a zarazem szczęśliwa. Pamiętała Mirie, jej rozwichrzone loki, jak zawsze upięte w nieładzie, bystre oczy nieokreślonego koloru, ni to szare, ni zielone, i ciepły, serdeczny uśmiech. Tylko czasem po twarzy kobiety przemykał jakiś smutek, ból, którego przyczyny nigdy nikomu nie wyjawiła.
– Mirie, znajdzie się coś do jedzenia? – zapytał Nair. – To chuchro trzeba podkarmić, a i mnie burczy w brzuchu.
– Chodźcie, chodźcie, siadajcie, zaraz was nakarmimy. – Wskazała im kamienie przy palenisku. – Takie skromne siedziska, ale wygodne, oszlifowane.
Nair podchodził do wszystkich, których wcześniej nie widział, witał ich mocnym uściskiem dłoni, do każdego zagadał kilka słów. Starszych naznaczonych znał osobiście, młodszych pytał o rodziny, z których pochodzą. Niektórych od razu rozpoznawał po rodowych znakach wytatuowanych na rękach.
– Cieszy mnie bardzo, że przybyło was tak wielu, mam nadzieję, że kolejni jeszcze dotrą. Mirie zapewne znacie, a to dziewczę – przyciągnął Caril do siebie i otoczył ramieniem – jest moją siostrą. Przedstawiam wam Caril Karun. A teraz siadajcie, zjedzmy coś, wypijmy – zapraszał do ogniska.
Mirie komenderowała wszystkimi, kręciła się jak fryga i zapędzała do pracy dziewczyny i chłopaków, sprawiedliwie.
Po posiłku wszyscy z lubością rozkoszowali się gorącym napojem sporządzonym z palonych ziaren kawy mielonych na drobny proszek w żarnach wymyślonych przez Mirie. Wcześniej służyły jej do rozdrabniania ziół. Zielarka lubiła wszystko sprawdzić, zbadać, wypróbować, a kiedy odkryła, że przypalone ziarna kawy wydzielają wspaniały zapach, postanowiła je zemleć i zaparzyć jak zioła. Okazało się, że napój o lekko gorzkim smaku przywracał energię i rześkość. W połączeniu z cukrem tracił gorycz i stawał się prawdziwym rarytasem.
Kolacja dobiegła końca, a Mirie znalazła wreszcie czas, by z glinianym pucharkiem parującego napoju zasiąść przy ognisku pośród przyjaciół. Caril mrugnęła do Naira, ciesząc się tą chwilą. Zanosiło się na opowieść, a opowieści ciotki zawsze przyprawiały o dreszcze albo wywoływały salwy śmiechu.
– Na samym początku – zaczęła Mirie – było pięciu bogów, jak pięć palców jednej dłoni. Każdy z nich zbudował jakąś część świata. Ar stworzył góry i niziny, pustynie, sawanny i lasy. Bral poprzecinał ziemię rzekami i morzami. Podzielił ją na kontynenty, wyspy i wysepki, a że miał artystyczną duszę, tu i ówdzie dodał jeziora, strumyki, wodospady i katarakty dla ozdoby. Cron zagościł pod ziemią, a kiedy wrócił na powierzchnię, pozostawił po sobie bezcenne skarby – metale, kamienie, kryształy, węgiel, ale też gorące źródła i rozżarzone masy lawy. Hon stworzył zwierzęta, ptaki i wszystkie żyjątka morskie i lądowe. Uman nie miał z początku żadnego pomysłu, ponieważ już wszystko zostało zrobione. W końcu zauważył, że brakowało kogoś, kto mógłby podziwiać takie dobro i rozkoszować się nim. Wymyślił więc stworzenie rozumne i bystre, zdolne wykorzystać boskie dzieła dla własnych celów, nazywając je człowiekiem. – Bajarka zrobiła króciutką przerwę na kilka łyków kawy. Widząc zasłuchane twarze i wlepione w siebie oczy, bez zwłoki podjęła opowieść. – W boskim umyśle powstały dwie istoty, kobieta i mężczyzna, wyposażone w zmysły wzroku, słuchu, smaku, powonienia i dotyku. Uman długo spoglądał na nie krytycznym okiem, poprawiał i udoskonalał, aż obraz stał się idealny. Na koniec w ich głowy skierował groty piorunów. Jednym uderzeniem rozniecił życie, a wraz z nim tęsknoty i żądze. Zanim wysłał podopiecznych w świat, dał im potężne dary: rozum, wolną wolę i magię. Jedynym ograniczeniem były boskie prawa – szacunek dla samych siebie, otaczającego świata i wszystkich istot żywych.
– Och, Mirie! – Caril była bardzo poruszona. Nigdy w taki sposób nie patrzyła na siebie ani na innych ludzi. Zielarka dotknęła jej dłoni splecionych w uścisku, delikatnie je pogłaskała, ale nie przerwała opowieści.
– Pięciu obserwowało z zainteresowaniem, jak sobie radzą ich stworzenia. Po pewnym czasie spostrzegli, że człowiek poczyna sobie nazbyt śmiało. Zdobywa góry, wyrywa ziemi jej skarby, powstrzymuje rzeki albo zmienia ich bieg, wycina i pali lasy. Z czasem ludzie posuwali się coraz dalej – doszło do tego, że z zazdrości o ziemię, bogactwa czy władzę zaczęli walczyć między sobą. Zabójstwom i nienawiści nie było końca. Bogom nie podobało się takie działanie. Nakazali Umanowi, żeby powstrzymał swych podopiecznych albo ich zniszczył. Uman jednak ani myślał tego zrobić. Był dumny ze swojego dzieła, podziwiał spryt i pomysłowość ludzi. Kiedy pozostała czwórka bogów próbowała pokazać człowiekowi, gdzie jego miejsce, wszczął bunt, stając przeciw braciom. Rozpętała się wojna bogów, niszcząca dla świata i wszystkich jego stworzeń. Ar, najbardziej miłościwy z całej piątki, rozrzucił bogów po całym wszechświecie, by zapobiec dalszej bezsensownej walce i narastającej nienawiści. Palce jednej dłoni zostały rozerwane. Pozbawiony opiekunów świat podupadał, niszczony pazernością ludzi. Wykorzystując dary Umana, rozum i przemyślność, tworzyli oni coraz lepszą, skuteczniejszą broń, by móc zabijać i grabić. – Bajarka westchnęła i umilkła.
– Co było dalej? Dlaczego bogowie nie powstrzymali ludzi? Mogli ich przecież ukarać, zabronić zabijania i niszczenia. Bogowie mogą wszystko, czyż nie? – niecierpliwie dopytywała Caril.
– Tylko Ar o tym myślał. – Mirie podjęła opowieść. – Próbował zwołać swoich braci i pogodzić ich, ale nie usłuchali. Byli zbyt dumni, jak to bogowie. Musiałby stoczyć bitwę z Umanem, a tego nie chciał. Wtedy wymyślił inny sposób. Istnieje przepowiednia, wypowiedziana ponoć przez samego Ara: „Kiedy palce jednej ręki odnajdą się i zacisną w pięść, na ziemi znów zapanuje porządek rzeczy. Szukajcie ich wśród boskich okruchów, które rozsypałem po świecie”.Rozdział IV Droga na szczyt
Czas uciekał bezlitośnie, dlatego posiłek zjedli w pośpiechu. Mirie sprawnie rozdzieliła porcje z grzeczną, lecz nieznoszącą sprzeciwu prośbą, by zrobili to sprawnie. Po przeładowaniu towarów na muły ruszyli w drogę.
Alierom nie było łatwo – rozrzedzone górskie powietrze utrudniało oddychanie, a chłód przenikał każdą cząstkę ciała. Wspinaczka wąskim szlakiem dawała się we znaki, gdyż dodatkowo trzeba było prowadzić objuczone muły i konie. Sahan z troską spoglądał na Kalę, ale chłopak radził sobie całkiem dobrze. Wielką rolę odgrywała w tym ambicja, bo tuż za nim maszerowały dziewczęta. Sahan, zaskoczony tym spostrzeżeniem, chrząknął znacząco. Kala obejrzał się na wuja, przez co omal nie spadł ze ścieżki.
Było ciężko, wraz z wysokością przybywało śniegu, a lód na szlaku zmuszał do coraz większej ostrożności, ale pięli się w górę i na miejsce dotarli szybciej, niż zakładali. Powitało ich głośne ujadanie psów.
Nie ma nic lepszego podczas wspinaczki, niż dostrzec jej kres. Szczególnie gdy na końcu drogi czekają dom i ciepły posiłek. Wioska leżała w kotlince osłoniętej z trzech stron górami. Przybysze rozglądali się, zadziwieni widokiem. Bezchmurne niebo, biel śniegu połyskującego w blasku księżyca i światła w oknach domów – to wszystko było jak z dobrego snu. Dachy drewnianych chat pokrywała gruba warstwa puchu. Błogi spokój. Wystarczyło jednak unieść głowę, by dostrzec zupełnie inny obraz, gdyż tuż za wsią majaczyły poszarpane czarne szczyty sięgające nieba. Blady poblask potęgował wrażenie mocy i grozy, podświetlając skalne szpice przypominające zakapturzonych mnichów. To podobieństwo szybko przywracało do rzeczywistości. Nair najpewniej dobrze znał te widoki, gdyż zdecydowanym krokiem zmierzał w stronę najbliższej chaty. W drzwiach pokazał się grubo ubrany człowiek.
– Kto tam? Stać, zatrzymać się! – wrzasnął w ich stronę. W jednej ręce trzymał pochodnię, a w drugiej długą włócznię. U jego nogi zaciekle ujadały dwa duże psy. Z sąsiednich domów wybiegło jeszcze kilku mężczyzn uzbrojonych w topory lub kije. Otoczyli przybyszów, czekając na wyjaśnienia. Wyglądali groźnie i dziko w futrzanych czapach, spod których ledwie było widać skryte pod gęstym zarostem twarze.
Nic dziwnego, że królewscy boją się zapuszczać w te strony – pomyślał Sahan z szacunkiem.
Mirie przepchnęła się do przodu, podeszła do chłopa z pochodnią i zdecydowanym ruchem odsunęła na bok włócznię. Patrząc mu prosto w oczy, wypaliła jednym tchem:
– Tak witasz gości, Wilku? Proś wszystkich do chaty i szykuj gorący napitek, bośmy zmarznięci i znużeni. – Dźgnęła go palcem w pierś. – Ruszaj, a żywo! Nie będziemy tu stać do rana. Włosy zamarzają mi od szronu, a ty tu straszysz tym kijaszkiem. – Pogardliwym spojrzeniem obrzuciła włócznię, prychając przy tym znacząco.
Groźny z pozoru człowiek pokłonił się potulnie, po czym delikatnie uniósł i ucałował dłoń kobiety. Szybko wydał kilka poleceń swoim ludziom i poprowadził przybyszów do obszernej chaty. Przed wejściem otrzepali buty i ubrania ze śniegu. W środku powitało ich ciepło kamiennego kominka i światło oliwnych lamp. Izba była obszerna, choć belki drewnianej powały wisiały tak nisko, że mężczyźni wzrostu Naira musieli nieco opuszczać głowę, by nie rąbnąć o nie czołem. Środek zajmował duży stół z bali. Był wyszorowany do białości, podobnie jak podłoga. Przy nim stały szerokie ławy z oparciem przyrzucone kozimi skórami.
Kilka kobiet odebrało od gości peleryny i tobołki, a gospodarz, zwany przez Mirie Wilkiem, zaprosił ich do stołu.
– Powinniśmy chyba się przedstawić – zagaił Nair. – Jak widzicie, jestem Morovem. Nazywam się Saendran Nair Karun, a to dziewczę – przygarnął siostrę ramieniem – ma na imię Caril i jest najbliższą mi osobą na świecie. Niegdyś bywałem w waszych górach, a nawet w tej wiosce. Mój ojciec lubił wędrówki po szlakach, a w szczególności wspinaczkę. Zabierał mnie i brata na te wycieczki. Byliśmy wtedy podrostkami, a czasy wydawały się znacznie spokojniejsze. – Zakończył na tym, rozglądając się i próbując rozpoznać jakieś twarze.
– Nie pamiętam ciebie, panie, ale dawniej wielu Morovów przybywało, żeby pochodzić po skałach, podjeść dobrego sera i napić się piwa. A, no i popatrzeć na tutejsze dziewczyny – zaśmiał się Wilk. – Mnie już zielarka przedstawiła, a przy okazji zdążyła wykpić. – Porozumiewawczo mrugnął do Mirie. Ona odwdzięczyła się tym samym.
Później pozostali zaczęli wymieniać swoje imiona oraz rody, z których pochodzą. Kiedy przyszedł czas na Alierów, Sahan podniósł się z ławy, stanął przed swoim wychowankiem, skłonił nisko głowę i przedstawił go pełnym tytułem.
– Szachinszach Alierii, Kala Harim Acheme I – wyrzekł uroczyście. – Z całego rodu został tylko on. Osiemnaście lat temu stracił oboje rodziców. Kilka dni temu został zabity jego brat, Ahim. Jestem jego wujem i dotychczasowym opiekunem. Nazywam się Sahan Mahadi Szach z prowincji Beria.
– Dotychczasowym? – zapytał Kala drżącym głosem. – Co to znaczy dotychczasowym, wuju?
– Jesteś już dorosły, a po śmierci Ahima… – Sahan poczuł gulę w gardle. Mimo to dokończył: – Zostałeś jedynym spadkobiercą tronu, szachem Alierii, wasza wysokość. „Niech nasi wrogowie zapłaczą” mówi twoje nowe imię, zatem niech zapłaczą! – Po tych słowach przykląkł i ponownie głęboko pochylił głowę przed swoim władcą. Jego ludzie uczynili to samo.
– Jestem władcą, mówisz. Zatem jako władca nakazuję ci wstać! – dobitnie powiedział Kala. – Nie będziesz klękał przede mną. I nie mów do mnie „wasza wysokość”. Dla ciebie zawsze będę Kalą i synem.
– Będzie jak rozkażesz, wa… Kala. Przyrzekłem twojej matce, że zawsze będę przy tobie, i słowa dotrzymam, póki życia.
W izbie zapadła cisza, którą przerwał dopiero brodaty Syl.
– A ja jestem wójtem tej wioski – odezwał się ochrypłym głosem. – Moje imię brzmi Ersuł, ale wszyscy nazywają mnie Wilkiem. Wiem, co sprowadziło do nas Morovów. Polowanie trwa i naznaczeni muszą uciekać, ale co robi u nas szach Alierii?
– To później – przerwała pulchna Sylka. – Mój mąż, jak się rozgada, to nijak mu nie przerwiesz, a tu czas coś zjeść, pokrzepić się grzanym winem i odpocząć.
– A jakże – przytaknął jej Wilk. – Słusznie mówisz, kobieto. Już lecę po wino.
Tymczasem pokazały się jeszcze dwie kobiety z zastawą. Wkrótce na stole pojawiły się wielkie bochny chleba, miski z parującym mięsem i ser pokrojony w grube plastry. Po niedługim czasie gospodarz przytaszczył wielki dzban grzanego wina z korzeniami.
– Na rozgrzewkę. – Uśmiechnął się, puszczając oko do kobiet. Dziewczęta zaczęły chichotać, a Mirie pogroziła mu palcem.
– No co? Nic temu nie dorówna. Sama nie raz rozgrzewałaś się tym napojem bogów, czyż nie? – bronił się góral.
Po kolacji Mirie wyciągnęła spory woreczek kawy.
– O proszę. To jest napój bogów. Zaparzycie nam? – zapytała jedną z kobiet. Miała swój własny kodeks, który głosił, że kobiety wypada poprosić, a mężczyznom się rozkazuje.
Kobiety zerkały na przybyszów, uśmiechały się i zagadywały. Obcy rzadko zapuszczali się do ich wioski, dlatego widok tylu mężczyzn z Morovii, a jeszcze i Alierów, których nie widywano często w tych stronach, wzbudzał ich ciekawość. Ostatnimi czasy kapłani przemycali Morovów w góry, ale rzadko przybywali z nimi do wioski, żeby nie narażać mieszkańców. Mieli swoje szlaki. Czasem Mirie przyprowadziła kilku ludzi, zazwyczaj po zmroku, jednak mało kto o tym wiedział, gdyż rankiem nikogo obcego już nie było.
– To ja może odpowiem, dlaczego znaleźliśmy się w tych stronach? – odezwał się Sahan. – Przyjechaliśmy do Hary, gdyż moi przybrani synowie musieli przejść inicjację. Kapłani przeczuwali niebezpieczeństwo, dlatego nie pojechaliśmy w stronę naszej prowincji. Opuściliśmy miasto inną bramą i skierowaliśmy się do Sylii. Niestety tuż za murami zostaliśmy ostrzelani. Starszego z chłopców ranili w szyję. Nie było dla niego ratunku. Później spotkaliśmy Naira i za jego sprawą znaleźliśmy się w tych górach… i twojej chacie, Wilku. – Przerwał na moment, jakby zastanawiając się nad czymś ważnym. – Kala, może ty sam opowiedz o wizji, której doznałeś podczas ceremonii.
Kala chrząknął, a widząc wpatrzone w siebie oczy wielu ludzi, zaczerwienił się po czubki uszu.
– Podczas naszej inicjacji ukazał się dziwny obraz – zaczął nieśmiało. – To była dłoń bez palców.
– Co takiego? Widzieliście dłoń? – wykrzyknęła Caril.
– Bądź cicho, dziecko! – przerwała jej Mirie. – Kala, mów dalej! Słuchamy cię uważnie. Młodzieniec westchnął głośno i opowiedział wszystko ze szczegółami:
– Jak mówiłem, przed naszymi oczami pojawiła się wielka okaleczona dłoń. Po chwili dostrzegliśmy sylwetki pięciu ludzi. Zbliżyli się, a właściwie jakby podpłynęli do tej dłoni, po czym każdy z nich zamienił się w jeden brakujący palec. Ręka rozprostowała się na moment, a później zacisnęła w pięść. Wtedy wszystko zniknęło. Kapłani powiedzieli, że stanowimy z bratem część tej przepowiedni, ale sami musimy zrozumieć jej znaczenie. Nie wiem, co mam o tym myśleć, bo przecież Ahim zginął.
– Z pewnością nie zrozumiesz śmierci brata, a tym bardziej nie znajdziesz w tym sensu, bo tego żaden człowiek nie jest w stanie pojąć, ale inne rzeczy z czasem staną się jasne – powiedziała Mirie. – Przesłanie tej wizji każdy z nas tu obecnych zapewne wyjaśniłby inaczej, ale nikogo nie słuchaj. Ukazała się tobie i twojemu bratu. Teraz dotyczy tylko ciebie. Myślę, że pewnego dnia ją zrozumiesz. Teraz się tym nie zamartwiaj. No dobrze – klasnęła w dłonie – chyba czas na spoczynek. Ten dzień dał się wszystkim we znaki.
– Nie tylko ten – rzucił Sahan ze smutkiem.
– To prawda – zgodził się Nair. – Na rozmowy czas się znajdzie. I tak musimy czekać na pozostałych, zanim wyruszymy do zamku. Jeśli gospodarze się zgodzą, pogościmy tu kilka dni. Co ty na to, Wilku?
– Ja tam będę zaszczycony. Nie każdy może przyjmować u siebie szacha Alierii czy następcę tronu Morovii, a już na pewno nie obu naraz. Szczególnie taki zwykły chłop jak ja. – Wilk pokłonił się gościom z szacunkiem. – Zaraz się tym zajmiemy, żeby was rozlokować po chatach.
– Przez lata ukrywałem się po całej Morovii, Wilku. Spałem po piwnicach albo pod gołym niebem, jadłem… co dostarczyli dobrzy ludzie – wspominał Nair. – Mieszkanie w waszej wiosce, w otoczeniu lasu i gór, to wielka radość. Chciałbym prosić was wszystkich tylko o jedno: żebyście traktowali mnie jak przyjaciela, nie kłaniali się i nie tytułowali, zgoda? – Wyciągnął rękę, a wójt uścisnął ją mocno, jak na przyjaciela przystało.
Mirie poderwała się z ławki, nie mając zamiaru próżnować. Szybko dogadała się z Sylkami, narzuciła kożuszek użyczony przez żonę Wilka i wspólnie wyruszyły przygotować kwatery. Morovskie dziewczęta drzemały oparte o ścianę przy kominku. Jedynie Caril broniła się przed zaśnięciem, co chwila spoglądając na brata, jakby się bała, że on zniknie, gdy tylko ona zamknie oczy.
Wczesnym rankiem Sahan wyszedł z chaty. Chwilę później pojawili się też jego dwaj dozgonni druhowie, Murda i Hakim. Murda zrzucił koszulę i nacierał się śniegiem z głośnym parskaniem. Przyjaciele wkrótce poszli jego śladem. Nie trzeba było długo czekać, nim pojawiło się też czterech naznaczonych, a zaraz potem Nair. Lodowata kuracja, choć w pierwszej chwili nieprzyjemna, później sprawiła wszystkim sporą radość po podróży i ciężkich przeżyciach. Miała też inny cel. Ułatwiała nawiązanie znajomości.
Jeszcze bardziej zbliżyło ich porządne, choć skromne śniadanie okraszone napitkami domowej roboty. Nawet dziewczęta zachęcone przez Mirie kosztowały nalewki z owoców róży czy ciepłego piwa słodzonego miodem. Po dwóch niedużych pucharkach Caril zaśmiewała się do łez, a jej przyjaciółka Sulla musiała przytrzymać się ściany, żeby dojść do kominka. Nair spoglądał na dziewczęta z pobłażaniem, a jednocześnie czuwał, by nie naraziły się na nieprzyjemne skutki działania napitków. Od kiedy miał Caril przy sobie, obudziła się w nim opiekuńczość, chwilami nawet przesadna. Sulla nie miała nikogo bliskiego, tym samym poczuł się zobowiązany do roztoczenia opieki również nad nią.
Kala wstał osowiały, nie wziął udziału w męskiej rozgrzewce, jadł niewiele, jeszcze mniej mówił. Mirie podeszła do niego, matczynym gestem poczochrała po głowie, nałożyła na talerz solidną porcję jedzenia i nalała grzanego piwa do kufla.
– Wypij, Kala – zachęcała – to najlepsze na trawienie i rozgrzewkę. Musisz też jeść, wojownik nie może być słabeuszem. Po to przybyliśmy tu wszyscy, żeby przygotować się do walki, a do tego potrzeba dużo sił.
Nie wypadało odmówić, dlatego młody szach z ociąganiem zabrał się do jedzenia, przyjął też kufel. Słodki napój pachnący korzennymi przyprawami zasmakował mu do tego stopnia, że wypił kolejny, a po nim wyraźnie się ożywił, zasiadł na podłodze w pobliżu dziewcząt i razem z morovskimi chłopakami obserwował je, a nawet zaczął zagadywać. Jeszcze daleko było do południa, gdy zasnął na baraniej skórze.
W takiej atmosferze upłynął jeden dzień i drugi. Na zmianę trzymali warty na szlaku. Co dwie godziny czwórka ludzi wychodziła, żeby podmienić poprzedników. Nair wyznaczał warty złożone z naznaczonych, górali i Alierów. Chciał poznać ich ze sobą. Pozostali ćwiczyli walkę na miecze, strzelali z łuku albo obrzucali śniegiem przechodzące kobiety.
– No, no, bo natrę wam uszu – żartowała jedna z Sylek, stateczna żona i matka.
Prawda była taka, że wszystkim sprawiały radość pobyt w wiosce i coraz większa zażyłość między nimi. Choć Kalę dręczyło poczucie żalu, nawet jemu udzielał się momentami dobry nastrój.
Tak minęły kolejne dwa dni. Trzeciego dnia Wilk zaprosił wszystkich do swojej chaty na wieczorną pogawędkę przy winie.
Jedli, popijali, gawędzili, a prym jak zwykle wiodła Mirie. Pucharek odstawiła na ławę, zgarnęła rozwichrzone włosy, upięła, choć po tym upięciu w żadnym stopniu nie nabrały ładu, a potem zasiadła pośrodku towarzystwa, gotowa snuć swoje opowieści. Caril klasnęła w dłonie, zrobiła miejsce pomiędzy sobą a Sullą i zaprosiła Kalę, by usiadł razem z nimi. W ten prosty sposób starała się choć trochę go rozweselić.
– W dawnych czasach – zaczęła Mirie – gdy byłam młoda jak wy teraz… – Obrzuciła młodzież krytycznym spojrzeniem, a widząc ich skupione miny, roześmiała się serdecznie. – Wiem, wiem, wam pewnie wydaje się to niemożliwe, ale naprawdę kiedyś miałam szesnaście, siedemnaście lat, choć to faktycznie było dawno – skwitowała z udawanym smutkiem. – Na dodatek, nie chwaląc się, w moich oczach błyskały iskierki, a rzesze chłopaków godzinami stały pod moim domem w oczekiwaniu na dobre słowo albo uśmiech. No dobrze, trochę dodałam, głównie jeden wystawał… – urwała, gdy za oknami rozszczekały się psy.
Właściwie ujadały jak wściekłe. Zaniepokojony Wilk poderwał się na równe nogi. Na szlaku byli wartownicy, ale żaden nie przybiegł z informacją, że dzieje się coś złego. Zanim Wilk narzucił kożuch i czapkę, psy zaczęły wyć. W tym momencie niemal wszyscy zerwali się z miejsc i ruszyli do wyjścia.
– Stać! – wrzasnął Wilk. – To my jesteśmy od tego, by bronić naszych gości. Nie ruszajcie się stąd, dopóki nie wrócimy. Jeśli to królewscy, to tylko czekają, żeby na was zapolować.
Podniósł stojącą przy drzwiach włócznię i wyszedł. Tuż za nim ruszyło jeszcze kilku górali uzbrojonych w topory lub miecze. Niektórzy chwycili grube drewniane pałki czekające w kącie na takie okazje. Tą bronią potrafili posługiwać się wszyscy w wiosce, nawet dzieci, jeśli tylko dały radę ją unieść.
Nair nie mógł usiedzieć w miejscu, pozostali też. Tłoczyli się przy malutkim oknie, próbując cokolwiek wypatrzyć. Przed domem zebrało się kilkunastu Sylów z pochodniami w dłoniach. Chwilę naradzali się po cichu, a potem wyruszyli na dół. Jazgot psów nie ustawał ani na moment.
Czas mijał, a oczekiwanie stawało się coraz bardziej nieznośne. Mężczyźni przemierzali izbę w tę i z powrotem. W końcu Sahan nie wytrzymał i poprosił kobiety o swój płaszcz i pas z bronią. To było jak hasło, gdyż pozostali natychmiast zaczęli się szykować. Dwie góralki, młode i krzepkie, narzuciły spodnie i kożuszki, gotowe poprowadzić mężczyzn. Droga w dół była znacznie trudniejsza niż wspinanie się w górę, o czym ludzie z nizin nie mieli pojęcia. Gospodyni wręczyła wszystkim pochodnie oraz kije zakończone żelaznym szpikulcem. Przewodniczki pokazały przybyszom, jak się nimi posługiwać, i bez zwłoki ruszyły oblodzonym szlakiem. Poprzedzały je cztery psy przyuczone do poszukiwania ludzi. W wiosce zostało tylko kilku naznaczonych, czterech Alierów, kobiety, dzieci i starsi.