Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Pieśń utkana ze światła - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
27 maja 2026
27,99
2799 pkt
punktów Virtualo

Pieśń utkana ze światła - ebook

Czy miłość może doprowadzić świat do upadku?

Radamena słyszy myśli innych. Przez lata ten dar pozwalał jej lepiej rozumieć ludzi, aż do dnia, w którym w jednej chwili traci córkę i rodziców. Od tej pory cudze emocje przestają być szeptem, a stają się chaosem. Rozpacz Radameny zaczyna wpływać na rzeczywistość w sposób, którego nie potrafi już kontrolować.

Kaelon, strażnik światła i jej najbliższy towarzysz, wierzy, że tylko ich głębokie uczucie może powstrzymać narastające zagrożenie. Trwa u jej boku i gotów jest zapłacić każdą cenę, nie dostrzegając, że im silniejsza staje się jego miłość, tym większe niesie ryzyko.

Tymczasem Elan, dawny przyjaciel Radameny, podejmuje decyzję podyktowaną zazdrością i poczuciem straty. Jego wybór burzy kruchą równowagę i uruchamia ciąg zdarzeń, które szybko przestają dotyczyć wyłącznie osobistych dramatów.

Gdy losy tej trójki splatają się w sieci miłości, zdrady i poświęcenia, staje się jasne, że nie każde uczucie prowadzi ku ocaleniu. Pieśń utkana ze światła to epicka opowieść o emocjach, które mają realną moc i o granicy, po której przekroczeniu nie ma już odwrotu.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-465-5
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OD AUTORKI

Ta opo­wieść nie po­wsta­ła, by za­ba­wić. Po­wsta­ła, bo wró­ci­ła.

Pew­nej nocy mia­łam sen o dziew­czy­nie nie z tego świa­ta. Mia­ła imię, któ­re brzmi we mnie do dziś – Ra­da­me­na. Po­tra­fi­ła do­strzec to, cze­go inni nie chcie­li lub nie umie­li. Przy­szła z głę­bo­kie­go snu, ale jej hi­sto­ria mia­ła w so­bie zbyt wie­le emo­cji, że­bym mo­gła ją zi­gno­ro­wać.

Nie wiem, czy to opo­wieść fik­cyj­na, czy może za­pis cze­goś, co wy­da­rzy­ło się gdzieś poza cza­sem. Ale wiem, że chcę się nią po­dzie­lić.

Dla tych, któ­rzy czu­ją, że pa­mię­ta­ją coś, cze­go nie po­win­ni.

Dla tych, któ­rzy kie­dyś my­śle­li, że stra­ci­li świa­tło, ale na­dal je nio­są.PROLOG

Za­nim roz­pa­dło się świa­tło, był jesz­cze od­dech.

Nie czas. Nie hi­sto­ria. Nie imię.

Tyl­ko puls – ci­chy, le­d­wie wy­czu­wal­ny.

Świat chy­ba do­pie­ro pró­bo­wał so­bie przy­po­mnieć, że ist­niał.

W tym pul­sie ist­nia­ły dwie ener­gie,

dwa źró­dła, dwa prze­zna­cze­nia.

Spo­tka­ły się nie po raz pierw­szy,

lecz może po raz ostat­ni.

Nie­bo zna­ło ich imio­na, za­nim jesz­cze wy­po­wie­dzie­li je ro­dzi­ce.

Zie­mia no­si­ła ich kro­ki, za­nim zro­zu­mie­li, do­kąd idą.

A gwiaz­dy…

Gwiaz­dy mil­cza­ły. Cze­ka­ły.

Na świa­tło, któ­re zga­śnie.

Na cień, któ­ry się od­ro­dzi.

Na du­sze, któ­re przy­po­mną so­bie, kim były

i co utra­ci­ły.

Może ich oj­co­wie wi­dzie­li śla­dy za­pi­sa­ne w świe­tle

albo prze­czu­wa­li wię­cej, niż po­tra­fi­li przy­znać.

A może mil­cze­li tyl­ko po to, by nie wy­po­wie­dzieć tego,

co zo­sta­ło za­pi­sa­ne poza sło­wa­mi.

I może wła­śnie dla­te­go...

To nie była tyl­ko hi­sto­ria świa­tła i cie­nia.

To była opo­wieść o tych, któ­rych prze­zna­cze­nie

zo­sta­ło za­pi­sa­ne na dłu­go przed ich na­ro­dzi­na­mi.

Był kie­dyś dzień, gdy dwóch męż­czyzn

– ge­ne­rał i mę­drzec –

zło­ży­ło so­bie ci­chą przy­się­gę.

Ich dzie­ci będą się przy­jaź­nić.

Będą dla sie­bie bez­piecz­nym świa­tem.

Nie prze­wi­dzie­li jed­ne­go.

Że przy­jaźń zro­dzo­na z po­ko­ju prze­kształ­ci się w mi­łość zdol­ną prze­trwać mrok.

Że uczu­cie, któ­re mia­ło być tłem hi­sto­rii, sta­nie się jej rdze­niem.

Że to, co wy­da­wa­ło się tyl­ko da­rem chwil, oka­że się wiecz­nym splo­tem dusz.

Bo był kie­dyś czas, gdy wszyst­ko śpie­wa­ło jed­nym to­nem.

Gdy świa­tło i cień nie wal­czy­ły – ist­nia­ły w rów­no­wa­dze.

Du­sze roz­po­zna­wa­ły się bez słów.

Świa­do­mość pły­nę­ła jak rze­ka – ła­god­na i nie­skoń­czo­na.

Nie pa­mię­ta­my już kształ­tów tam­te­go świa­ta,

ale pa­mię­ta­my drże­nie.

Do­tyk świa­tła w ser­cu.

Ci­szę, któ­ra była peł­nią.

A po­tem… pęk­nię­cie.

Nie dźwięk, nie krzyk, lecz prze­rwę w har­mo­nii.

Wy­bór, któ­ry nie po­wi­nien za­paść.

Roz­łam, któ­ry wy­rył ślad w każ­dym z nas.

Wciąż nie­sie­my echo tam­te­go dnia.

W spoj­rze­niach.

W snach.

W tchnie­niach, któ­re nie po­tra­fią ule­cieć.

W py­ta­niu, któ­re nie milk­nie:

„Czy moż­na od­na­leźć sie­bie, gdy zga­śnie świa­tło, a dźwięk prze­sta­nie brzmieć?”.

To nie jest hi­sto­ria o koń­cu.

To pieśń o pa­mię­ci.

I o tych, któ­rzy nio­są ją da­lej,

na­wet przez roz­pad świa­tów.ROZ­DZIAŁ I

Zanim zgasło źródło

Wra­ca­li­śmy z uda­nej mi­sji w od­le­głym ukła­dzie w Ga­lak­ty­ce Sy­riu­sza. Za­war­li­śmy po­ro­zu­mie­nie mię­dzy dwie­ma zwa­śnio­ny­mi spo­łecz­no­ścia­mi na ko­lo­nii T’Ashe. Roz­mo­wy były trud­ne, dłu­gie, ale za­koń­czo­ne suk­ce­sem.

Mi­sje, któ­rych się po­dej­mo­wa­li­śmy, od po­cząt­ku mia­ły cha­rak­ter dy­plo­ma­tycz­ny. Na­sza rola nie po­le­ga­ła na mi­li­tar­nej do­mi­na­cji, lecz na dą­że­niu do har­mo­nii. Po­kój był war­to­ścią, któ­rą wy­no­si­li­śmy z domu – ze świa­ta, gdzie świa­tło i emo­cje łą­czy­ły się w nie­ro­ze­rwal­ną ca­łość. Wie­rzy­li­śmy, że każ­de ist­nie­nie pul­su­je wła­snym ryt­mem, a har­mo­nia moż­li­wa jest wte­dy, gdy róż­ni­ce spo­ty­ka­ją się we wza­jem­nym sza­cun­ku. Za­wsze pró­bo­wa­li­śmy za­cho­wać ba­lans.

W me­sie stat­ku Cal­thea pa­no­wa­ła at­mos­fe­ra ulgi.

Przy jed­nym sto­le sie­dzie­li­śmy ja, Ka­elon, Elan, Luna oraz trój­ka in­ży­nie­rów z Aka­de­mii.

Luna śmia­ła się, opo­wia­da­jąc je­den z tych nie­win­nych żar­tów, któ­re nie prze­sta­ją ba­wić w gro­nie sta­rych przy­ja­ciół.

– A pa­mię­ta­cie, jak Ra­da­me­na wy­sła­ła dro­na zwia­dow­cze­go na wła­sną po­zy­cję? – rzu­ci­ła przez śmiech. – Mi­strzy­ni pre­cy­zyj­ne­go nada­wa­nia współ­rzęd­nych!

Wszy­scy się za­śmia­li. Na­wet Ka­elon.

– Do dziś nie wie­my, czy był to sa­bo­taż, czy może test lo­jal­no­ści – do­dał i trą­cił mnie ra­mie­niem.

– Oczy­wi­ście. Zo­stał wy­sła­ny w naj­bez­piecz­niej­sze miej­sce we wszech­świe­cie – mruk­nę­łam z uda­wa­ną po­wa­gą.

Ka­elon sie­dział obok mnie, roz­luź­nio­ny, z ra­do­ścią w oczach. Prze­cią­gnę­łam pal­ca­mi po jego wło­sach. Zwy­kły gest, na któ­ry mo­głam so­bie po­zwo­lić tyl­ko ja.

I na­gle to po­czu­łam.

Elan.

Jego my­śli otwo­rzy­ły się zbyt moc­no. Nie­świa­do­mie. A może zbyt gwał­tow­nie, by zdą­żył je ukryć.

Za­zdrość. Pęk­nię­cie. De­cy­zja. Wy­sła­nie. Współ­rzęd­ne. Po­zy­cja. Dom mo­ich ro­dzi­ców. Na­szej cór­ki.

Nie zdą­ży­łam nic po­wie­dzieć. Po­czu­łam świa­tło. Coś we mnie eks­plo­do­wa­ło. Nie­sym­bo­licz­nie. Fi­zycz­nie. Czu­łam, że moje cia­ło nie było w sta­nie znieść tego bólu.

Za­bra­li ją.

W tej chwi­li Ka­elon do­znał tego sa­me­go.

Nie py­tał. Czy­tał ze mnie wszyst­ko.

To, co zo­ba­czy­łam.

To, co po­czu­łam.

To, co wie­dzia­łam.

Śmierć mo­ich ro­dzi­ców. Jej krzyk. Mój.

Krzy­cza­łam do we­wnątrz. Tak gło­śno, że aż świa­tło za­czę­ło się za­gi­nać. Skó­ra mi drża­ła. Każ­dy ruch na­po­ty­kał nie­wi­dzial­ny opór. Prze­strzeń była gę­sta, cięż­ka, go­to­wa pęk­nąć pod wła­snym na­po­rem.

Ka­elon rzu­cił się do sys­te­mu.

– Przej­mu­ję ste­ry! Luna, usta­bi­li­zuj tra­jek­to­rię! – krzyk­nął. Ale tak na­praw­dę dzia­łał w my­ślach szyb­ciej, niż mó­wił.

Ra­da­me­no, sły­szysz mnie? Uspo­kój. Uspo­kój to, pro­szę. Je­ste­śmy tu. Ja je­stem.

Czu­łam jego obec­ność w swo­jej gło­wie. Je­dy­ną oso­bę, któ­rą kie­dy­kol­wiek do niej wpusz­cza­łam.

Nie pal ich. Nie pal sie­bie.

Oto­czył mnie wła­snym po­lem ochron­nym.

Luna rzu­ci­ła się do kok­pi­tu.

– Elan! Cof­nij to! – krzyk­nę­ła.

Ale było już za póź­no.

Elan stał na środ­ku po­miesz­cze­nia, bla­dy.

– Ja… nie tak… nie wie­dzia­łem… – szep­tał. Może bła­gał sys­tem lub wła­sne su­mie­nie, ale nie było już od­wro­tu.

Ka­elon usta­bi­li­zo­wał sil­ni­ki, sko­ry­go­wał tra­jek­to­rię i przy­spie­szył, ła­miąc wszyst­kie pro­to­ko­ły. Wra­ca­li­śmy na Ave­lan zde­cy­do­wa­nie szyb­ciej, niż było do­zwo­lo­ne.

*

Ave­lan nie był tyl­ko miej­scem. On żył. Od­dy­chał ra­zem z nami. Re­ago­wał na każ­dą zmia­nę ryt­mu ser­ca, na każ­de po­ru­sze­nie du­szy.

Jego po­wierzch­nię po­kry­wa­ły mięk­kie, fa­lu­ją­ce rów­ni­ny świa­tło­krysz­ta­łów – struk­tur, któ­re zmie­nia­ły bar­wę w za­leż­no­ści od emo­cji istot za­miesz­ku­ją­cych pla­ne­tę. Był jak or­ga­nizm – czu­ją­cy, od­dy­cha­ją­cy, pa­mię­ta­ją­cy.

Wie­że z le­wi­tu­ją­cych ka­mie­ni, uno­szo­ne przez pola gra­wi­ta­cyj­ne, po­ru­sza­ły się wol­no jak drze­wa na nie­prze­rwa­nym, ci­chym wie­trze. Szla­ki świetl­nych prą­dów opla­ta­ły mia­sta i sank­tu­aria ni­czym ner­wy, któ­ry­mi pły­nę­ły im­pul­sy świa­do­mo­ści pla­ne­ty.

Nad nami wzno­si­ły się dwa księ­ży­ce – Eiar i Tha­len – a ich blask ła­go­dził ciem­ność nocy, jak daw­ne pie­śni przod­ków. Na­to­miast w dole roz­cią­ga­ły się mo­nu­men­tal­ne góry i bez­kre­sne oce­any, po­śród któ­rych czas pły­nął wol­niej, za­nu­rzo­ny w kon­tem­pla­cji.

Nie­bo nad Ave­la­nem ni­g­dy nie mia­ło jed­nej bar­wy. Two­rzy­ło płyn­ną za­sło­nę ener­gii, mi­go­tli­wą mie­sza­ni­nę błę­ki­tu, sre­bra i fio­le­tu, a jego świa­tło zda­wa­ło się pul­so­wać w ryt­mie sa­mej pla­ne­ty.

W dzień roz­le­wa­ła się nad nim je­dwab­na po­świa­ta – mięk­ka, przej­rzy­sta, wol­na od ośle­pia­ją­ce­go bla­sku. Słoń­ce nie wi­sia­ło w jed­nym punk­cie, było wszę­dzie, roz­pro­szo­ne w po­wie­trzu.

Nocą nie­bo sta­wa­ło się żywą mapą kon­ste­la­cji. Gwiaz­dy od­po­wia­da­ły tym, któ­rzy umie­li je czy­tać. A gdy po­ja­wia­ły się świe­tli­ste fale, ukła­da­ły się w sym­bo­le i me­lo­die – echo dusz przod­ków, chcą­cych po­wró­cić w pa­mię­ci.

Stwo­rzo­na przez nas tech­no­lo­gia opie­ra­ła się na świe­tli­stej ener­gii uwię­zio­nej w krysz­ta­łach – ży­wych struk­tu­rach re­agu­ją­cych na in­ten­cje. Wszyst­ko – od stat­ków po na­rzę­dzia me­dycz­ne – współ­dzia­ła­ło z na­szy­mi my­śla­mi i emo­cja­mi.

To nie były tyl­ko przed­mio­ty. One żyły ra­zem z nami. Mia­ły wła­sną toż­sa­mość.

Two­rzy­li­śmy część tego świa­ta, a on – część nas. Świa­tło. Bar­wy. Har­mo­nia dźwię­ku i ener­gii.

To one sta­no­wi­ły na­sze dzie­dzic­two.

Jed­nak od ja­kie­goś cza­su coś za­czę­ło się zmie­niać. Nie­świa­do­mie wszy­scy to czu­li­śmy.

Wiel­kie Świą­ty­nie Świa­tła, nie­gdyś tęt­nią­ce mocą i rów­no­wa­gą, za­czę­ły kru­szeć od środ­ka. Ich dźwięk sta­wał się stłu­mio­ny. Fala, któ­ra kie­dyś była czy­sta, tra­ci­ła har­mo­nię.

Wśród miesz­kań­ców na­ra­stał nie­po­kój nie tyl­ko z po­wo­du na­pięć po­li­tycz­nych, ale cze­goś znacz­nie głęb­sze­go. Du­cho­wej pust­ki.

Pod po­wierzch­nią świa­ta coś nie­wi­dzial­ne­go pę­ka­ło. Krysz­ta­ły pla­ne­ty za­czę­ły drżeć i mi­gać, spra­wia­jąc wra­że­nie, że samo świa­tło od­dzie­la­ło się od swo­je­go źró­dła.

Po­środ­ku na­to­miast, nie­za­leż­nie od oko­licz­no­ści, tęt­ni­ło Świę­te Źró­dło. Było ser­cem na­szej kul­tu­ry, no­si­cie­lem pa­mię­ci i bło­go­sła­wień­stwa. Miej­scem, gdzie każ­de nowe ży­cie było wi­ta­ne, a odej­ście – opła­ki­wa­ne w świe­tle.

Tam jesz­cze zdą­ży­li ją za­nu­rzyć.

Woda przy­ję­ła jej imię.

I wte­dy wszyst­ko się skoń­czy­ło.ROZ­DZIAŁ II

Blask dzieciństwa

Aka­de­mia Świa­tła była jak sen utka­ny z mgły i szkła. Wzno­si­ła się wy­so­ko w krę­gach Ave­la­nu – mia­sta zbu­do­wa­ne­go z ener­gii i wspo­mnień daw­nych cy­wi­li­za­cji. Wie­że z pół­prze­zro­czy­stych mi­ne­ra­łów lśni­ły na­wet w cie­niu, a mar­mu­ro­we ko­ry­ta­rze nio­sły echo daw­nych po­ko­leń. Było to miej­sce otwar­tych prze­strze­ni, do któ­rych pro­wa­dzi­ły nie tyl­ko pre­dys­po­zy­cje, lecz tak­że we­wnętrz­na go­to­wość.

Tam wła­śnie się po­zna­li­śmy.

W miej­scu, gdzie każ­dy za­czy­nał. Gdzie dzie­ci uczy­ły się słów, zdol­nych zmie­niać ma­te­rię, i spoj­rzeń, któ­re mo­gły le­czyć albo ra­nić. Gdzie uważ­ność była for­mą ist­nie­nia, a ci­sza mó­wi­ła wię­cej niż głos.

Za­nim prze­kro­czy­łam próg Aka­de­mii, świat znał mnie tyl­ko jako szept.

Uro­dzi­łam się jako je­dy­na cór­ka naj­wyż­sze­go przed­sta­wi­cie­la Rady Star­szych – tej, któ­ra od po­ko­leń czu­wa­ła nad rów­no­wa­gą Ave­la­nu – ale nikt nie znał mo­je­go imie­nia. Ukry­wa­łam toż­sa­mość ze wzglę­du na swój dar.

Wy­ją­tek sta­no­wił Elan. On wie­dział. Póź­niej od­kry­łam, że pod­słu­chał jed­ną z roz­mów Rady.

Ka­elon tyl­ko się do­my­ślał, ale ni­g­dy tego nie przy­znał. Sza­no­wał mnie wła­śnie taką – bez ty­tu­łów, bez ma­sek, bez ocze­ki­wań.

Mia­łam pięć ave­lań­skich lat, gdy po raz pierw­szy sta­nę­łam w sali me­dy­ta­cyj­nej. By­łam naj­młod­sza w gru­pie, choć wy­glą­da­łam doj­rza­lej. Mó­wi­łam ci­cho, pa­trzy­łam zbyt głę­bo­ko. To wy­star­czy­ło, by uzna­li mnie za jed­ną z nich. Choć nie do koń­ca.

Su­kien­ka, któ­rą mia­łam na so­bie pierw­sze­go dnia, lśni­ła. Nie była uszy­ta ze świa­tła – to ja nie po­tra­fi­łam go jesz­cze za­trzy­mać w so­bie. Świe­ci­ła, gdy się ba­łam. Bły­ska­ła, kie­dy chcia­łam znik­nąć.

– Zgu­bi­łaś gwiezd­ny szlak?

– Może szu­ka mat­ki w chmu­rach?

– Nie wie, jak się wy­łą­cza…

Sta­łam wśród nich i mil­cza­łam. Czy­ta­łam ich my­śli – gwał­tow­ne, małe, zło­śli­we. Nie po­tra­fi­łam się przed nimi obro­nić.

I wte­dy pod­szedł on. Star­szy o kil­ka lat, o sza­rych oczach i spoj­rze­niu, któ­re nie oce­nia­ło. Po pro­stu zo­ba­czył.

– Zo­staw­cie ją – po­wie­dział ci­cho. – Świa­tło nie jest śmiesz­ne.

– Ale ona świe­ci! – za­pro­te­sto­wa­ła dziew­czyn­ka.

– A ty zie­jesz nudą – od­parł i od­szedł.

Zna­łam imię, któ­re no­sił, choć ni­g­dy mi go nie po­wie­dział.

Ka­elon.

Czy­ta­łam jego my­śli od pierw­szej chwi­li. Były spo­koj­ne, lo­gicz­ne, upo­rząd­ko­wa­ne. Nie chciał ni­ko­go skrzyw­dzić. Dzie­ci go sza­no­wa­ły nie dla­te­go, że był star­szy, ale dla­te­go, że jego obec­ność wy­ci­sza­ła wszyst­ko wo­kół.

Był sy­nem bli­skie­go przy­ja­cie­la mo­je­go taty. Od uro­dze­nia no­sił w so­bie prze­zna­cze­nie – miał kie­dyś za­stą­pić swo­je­go ojca, do­rad­cę Rady, głów­ne­go ge­ne­ra­ła, wy­cho­wa­ne­go w struk­tu­rze i lo­jal­no­ści wo­bec za­sad.

Ale Ka­elon nie pra­gnął wła­dzy ani ty­tu­łów. Chciał po­ma­gać in­nym od­na­leźć dro­gę do po­ko­ju. To wła­śnie ja­wi­ło się jako jego świa­tło.

Jego my­śli róż­ni­ły się od tych, któ­re zna­łam. Nie wtar­gnę­ły we mnie ni­czym fala. Przy­cho­dzi­ły spo­koj­nie, świa­do­me, za­pra­sza­ne. Nie ra­ni­ły.

On nie wie­dział, że mnie chro­ni, ale ja to czu­łam. Nie mó­wił do mnie przez pierw­sze dni, tyl­ko pa­trzył, pró­bu­jąc zro­zu­mieć. Bez li­to­ści i cie­ka­wo­ści. Po pro­stu… był.

Po­tem usie­dli­śmy ra­zem na za­ję­ciach z geo­me­trii prze­strzen­nej. Jesz­cze póź­niej ba­wi­li­śmy się na dzie­dziń­cu z dry­fu­ją­cy­mi pły­ta­mi. Nie po­trze­bo­wa­li­śmy słów. Każ­dy gest, spoj­rze­nie, wspól­ny śmiech w ci­szy spra­wia­ły, że czu­li­śmy, jak­by­śmy zna­li się od za­wsze, choć tak na­praw­dę do­pie­ro po­zna­wa­li­śmy sie­bie.

Pew­ne­go po­po­łu­dnia wy­mknę­łam się z Aka­de­mii, żeby wejść na sta­re drze­wo za mu­ra­mi. Ma­rzy­łam o wi­do­ku na całe mia­sto.

Wdra­pa­łam się wy­so­ko, ga­łę­zie były gę­ste, z nie­któ­rych do­strze­ga­łam ho­ry­zont – ten, o któ­rym opo­wia­da­no nam na lek­cjach kar­to­gra­fii snów. Chcia­łam po­czuć, że mogę wszyst­ko. Że świat nade mną nie pod­le­ga re­gu­łom.

Ze­rwał się wiatr. Ga­łąź pę­kła. Stra­ci­łam ba­lans.

I wte­dy, w ostat­nim mo­men­cie, Ka­elon mnie zła­pał. Nie mam po­ję­cia, skąd wie­dział, że tam je­stem. Po pro­stu się po­ja­wił – ci­chy, sku­pio­ny, obec­ny.

Opar­łam się o jego ra­mię

Mil­czał. I na mnie po­pa­trzył.

– Nie mów ni­ko­mu – szep­nę­łam.

– Nie po­wiem. Ale nie rób tak wię­cej.

Nie było w tym roz­ka­zu ani wy­rzu­tu, tyl­ko tro­ska.

Od tej chwi­li łą­czy­ła nas ta­jem­ni­ca. Mil­czą­ce po­ro­zu­mie­nie. Spoj­rze­nie, któ­re ni­g­dy się nie koń­czy.

Od­szedł bez sło­wa, ale ja wie­dzia­łam, że nie był tyl­ko chłop­cem o sza­rych oczach, ale pierw­szym, któ­ry mnie zo­ba­czył. Tak na­praw­dę.

*

Wte­dy po­zna­łam też Ela­na. Był w wie­ku Ka­elo­na, lecz jego ener­gia mia­ła zu­peł­nie inny ton. Śmiał się gło­śno, mó­wił szyb­ko, lu­bił im­pro­wi­zo­wać. Ra­zem z Ka­elo­nem two­rzy­li do­sko­na­ły duet pod­czas ćwi­czeń stra­te­gicz­nych – ba­lan­so­wa­li po­mię­dzy lo­gi­ką a bły­skiem in­tu­icji.

Elan nie był jed­nak tyl­ko iskier­ką ru­chu. W jego spoj­rze­niu kry­ło się coś wię­cej. Pró­bo­wał do­strzec to, co ukry­te pod po­wierzch­nią. Od daw­na mnie ob­ser­wo­wał. Cza­sem mi­gnął w tłu­mie, in­nym ra­zem zbyt dłu­go za­trzy­my­wał wzrok. Nie cho­dzi­ło o zwy­kłą cie­ka­wość, ale o coś, cze­go wte­dy jesz­cze nie umia­łam na­zwać.

Pew­ne­go dnia w prze­rwie mię­dzy za­ję­cia­mi pod­szedł i się przy­wi­tał. Miał ła­god­ny uśmiech i głos, któ­ry nie brzmiał ani na­uczy­ciel­sko, ani po­błaż­li­wie.

– Ko­ja­rzę two­je­go ojca. Nie są­dzi­łem, że jego cór­ka tra­fi tu tak wcze­śnie. – Za­milkł na chwi­lę, pa­trząc uważ­nie. – Tro­chę szko­da… Ale sko­ro już je­steś, po­sta­raj się nie świe­cić zbyt moc­no.

Na jego twa­rzy za­go­ścił żar­to­bli­wy uśmiech, lecz oczy zdra­dza­ły wię­cej niż sło­wa. Wi­dział mnie na swój spo­sób.

Od tam­tej chwi­li mó­wił do mnie po imie­niu. Nie pró­bo­wał się na­rzu­cać, nie za­da­wał py­tań, któ­rych nie chcia­łam sły­szeć. Po pro­stu był – obec­ny i uważ­ny. Cza­sem rzu­cał uwa­gę w tłu­mie, cza­sem sia­dał bli­żej niż wcze­śniej. Z Ka­elo­nem ro­zu­mie­li się bez słów, a ja wciąż po­zo­sta­wa­łam tro­chę z boku. Ich rów­no­wa­ga – spo­kój jed­ne­go i im­puls dru­gie­go – two­rzy­ła prze­strzeń, w któ­rej mo­głam po­zna­wać sie­bie.

Nie ufa­łam Ela­no­wi od razu. Wy­da­wał się zbyt zmien­ny, zbyt ja­sny. Z upły­wem cza­su do­strze­głam jed­nak, że jego sło­wa kry­ją war­stwę, któ­rą mało kto był w sta­nie za­uwa­żyć. Nie oce­niał, nie wy­śmie­wał, nie pró­bo­wał mnie zła­mać. I choć ni­g­dy nie po­wie­dział tego wprost, czu­łam, że wie. Wie­dział nie tyl­ko, kim je­stem, ale też jak trud­no jest nie świe­cić, gdy cały świat pa­trzy.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij