Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Pieśń zbuntowanych serc - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
3 września 2026
3699 pkt
punktów Virtualo

Pieśń zbuntowanych serc - ebook

Czy w kraju, w którym zasady mają większą wagę niż głos serca, jest miejsce na miłość?

Smita, indyjsko-amerykańska dziennikarka, przysięgła sobie, że nigdy nie wróci do Indii. Pragnęła na zawsze zapomnieć o pomarańczowych zachodach słońca i odurzającym zapachu przypraw. Po latach wraca jednak w rodzinne strony i przyjmuje propozycję napisania reportażu. Śledząc sprawę młodej kobiety brutalnie ukaranej przez własną rodzinę, Smita staje twarzą w twarz nie tylko z ludzkim okrucieństwem, ale również ze swoją bolesną przeszłością. W podróży w głąb Indii towarzyszy jej Mohan – przewodnik, opiekun i pod wieloma względami jej kompletne przeciwieństwo. Smita nie potrafi już dłużej udawać – on z każdym dniem staje się jej bliższy.

To historia dwóch miłości i dwóch kobiet – różnych jak krańce świata, na których żyją. Opowieść o poświęceniu i sile rodzącej się wtedy, gdy trzeba wybrać między tym, co narzucone, a tym, czego naprawdę chcemy.

Niezwykła książka, która stała się międzynarodowym bestsellerem.

Thrity Umrigar, urodzona w Bombaju, jest autorką bestsellerowych powieści poruszających temat zderzenia kultur, więzi rodzinnych i emocji, które potrafią zmienić całe życie. Wykłada anglistykę na uniwersytecie w Cleveland, a jako dziennikarka pisała między innymi dla „The New York Times”. Jej książki ukazały się w ponad 20 krajach.

Pisząc „Pieśń zbuntowanych serc”, autorka czerpała z prawdziwych wydarzeń.

Złożone, bezkompromisowe postaci i historie, które pozostają w pamięci na długo po odłożeniu książki.

Reese Witherspoon, wybór Reese’s Book Clubu (styczeń 2022)

Intensywna, hipnotyzująca powieść, balansująca między strachem a nadzieją, zdradą a odkupieniem. To historia ludzkiego serca w całej jego złożoności – i miłości, o którą warto walczyć.

Connie Schultz, laureatka Nagrody Pulitzera

Liczne warstwy, z których składa się „Pieśń zbuntowanych serc”, rozwijają się niczym piwonia w pełni sezonu.

„The Boston Globe”

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8427-475-0
Rozmiar pliku: 1,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Birwad, Indie

Hinduska pozywa swoich braci, którzy zabili jej muzułmańskiego męża

Shannon Carpenter – korespondentka w Azji Południowej

Blizny na jej twarzy tworzą wzór przypominający konstelację gwiazd. Lewe oko jest trwale zamknięte, a dzięki szwom udało się poskładać poparzone policzek i usta. Przez ogień straciła sprawność w lewej dłoni, ale po operacjach rekonstrukcyjnych Meena Mustafa znów potrafi trzymać łyżkę prawą ręką i jeść samodzielnie. Ogień, który odebrał życie jej mężowi Abdulowi, został ugaszony dawno temu. Mężczyzna został rzekomo podpalony przez dwóch braci pani Mustafy – hindusów, rozwścieczonych jej ucieczką z muzułmaninem. Policja twierdzi, że bracia próbowali zabić ich oboje, aby pomścić hańbę spowodowaną międzywyznaniowym małżeństwem.

– Nie umarłam tamtej nocy w pożarze – mówi pani Mustafa. – Ale moje życie się wtedy skończyło.

Teraz w jej sercu płonie nowy ogień – palące pragnienie sprawiedliwości. To ono sprawiło, że sprzeciwiła się woli rozgoryczonej teściowej oraz muzułmańskich sąsiadów i zażądała ponownego otwarcia sprawy przez policję. Z pomocą grupy Lawyers for Change, pracującej pro bono, pani Mustafa pozywa swoich braci. Mówi, że robi to, by dochodzić sprawiedliwości dla zmarłego męża. W kraju, w którym przypadki zadawania śmierci dla posagu, molestowania seksualnego oraz palenia żon są zjawiskiem powszechnym, taki akt sprzeciwu czyni z pani Mustafy postać wyjątkową w jej społeczności. Ta decyzja uczyniła ją jednak także społecznym pariasem w tej niewielkiej, konserwatywnej muzułmańskiej wiosce, gdzie wielu obawia się odwetu ze strony hinduskiej większości. Mimo to pani Mustafa pozostaje niewzruszona.

– Walczę dla dobra mojego dziecka. Chcę powiedzieć mojej córce, że walczyłam przez wzgląd na jej ojca – mówi.

Pani Mustafa, kobieta drobna i skromna, ma łagodne usposobienie, które skrywa żelazną wolę. To właśnie dzięki niej wcześniej przeciwstawiła się starszemu bratu i podjęła pracę w lokalnej szwalni, gdzie poznała swojego przyszłego męża. Za namową prawniczki zgodziła się udzielić wywiadu w nadziei, że jej odwaga zainspiruje inne indyjskie kobiety do konfrontacji ze swoimi oprawcami.

– Niech świat się dowie, co zrobili mojemu Abdulowi – mówi. – Ludzie muszą poznać prawdę.ROZDZIAŁ PIERWSZY

W powietrzu unosił się zapach palonej gumy.

To była pierwsza rzecz, którą Smita Agarwal zauważyła, gdy z chłodnego, sterylnego lotniska weszła w ciepłą, spokojną noc w Bombaju. Nagle uderzył ją hałas – niski pomruk tysiąca ludzkich głosów, przerywany co jakiś czas wybuchami śmiechu i przenikliwym dźwiękiem policyjnych gwizdków. Cofnęła się i otworzyła szeroko usta na widok ściany ludzi stojących za metalowymi barierkami, czekających na swoich krewnych. Zastanawiała się, czy w 2018 roku wciąż obowiązuje stary indyjski zwyczaj, zgodnie z którym całe rodziny odprowadzają bliskich ruszających w podróż, lecz zanim zdążyła dokończyć tę myśl, poczuła pieczenie w gardle od unoszących się w powietrzu spalin i pulsowanie w uszach od samochodów ryczących tuż za tłumem oczekujących.

Smita stała przez chwilę bez ruchu, nieco skulona. Przez większą część roku podróżowała, jako korespondentka zagraniczna jeździła po całym świecie, a jednak kilka sekund po wylądowaniu w Indiach czuła się przytłoczona krajem uderzającym w nią jak tornado lub tsunami, zmiatające wszystko na swojej drodze.

Zmrużyła oczy i ponownie usłyszała szum fal na Malediwach, w raju, który opuściła zaledwie kilka godzin wcześniej. W tej jednej chwili znienawidziła cały ten dziwny splot wydarzeń, który przywiódł ją do jedynego miejsca, którego przez całe dorosłe życie starała się unikać. Akurat spędzała urlop blisko Indii, a Shannon rozpaczliwie potrzebowała pomocy i jej kontakt był w stanie załatwić Smicie sześciomiesięczną wizę turystyczną w ciągu zaledwie kilku godzin. Teraz żałowała, że jego starania się powiodły.

Weź się w garść – pomyślała Smita, powtarzając w myślach surową reprymendę, której udzieliła sobie podczas lotu. Pamiętaj, że Shannon jest bliską przyjaciółką. Przypomniało się jej, że w mrocznych dniach po pogrzebie Mummy Shannon potrafiła wywołać uśmiech na twarzy Papy. Nie bez trudu odsunęła ten obraz, wpatrując się w tłum w nadziei, że dostrzeże kierowcę wysłanego przez przyjaciółkę. Jakiś mężczyzna spojrzał na nią impertynencko i ułożył usta w sugestywny dzióbek. Odwróciła wzrok, szukając w tłumie kogoś trzymającego kartkę z jej imieniem. Jednocześnie sięgnęła po telefon, aby zadzwonić do Shannon. Zanim jednak zdołała znaleźć telefon, zobaczyła go – wysokiego mężczyznę w niebieskiej koszuli trzymającego karton z jej imieniem. Z ulgą do niego podeszła.

– Cześć – powiedziała zza metalowej barierki. – Jestem Smita.

Spojrzał na nią, mrugając, wyraźnie zdezorientowany.

– Mówi pan po angielsku? – zapytała ostro, uświadamiając sobie, że zadała to pytanie właśnie w tym języku. Wyszła z wprawy i czuła się niepewnie, rozmawiając w hindi.

Mężczyzna w końcu się odezwał płynną, nienaganną angielszczyzną:

– Smita Agarwal? – zapytał, zerkając na tabliczkę. – Ale miała pani dotrzeć dopiero o… Samolot przyleciał wcześniej?

– Co? Tak, chyba tak. Jestem wcześniej – odpowiedziała, patrząc na niego. Chciała zapytać, gdzie jest samochód, aby jak najszybciej wydostać się z lotniska i znaleźć się w hotelu Taj Mahal Palace przy Apollo Bunder, gdzie, miała nadzieję, czekały na nią długi, gorący prysznic i wygodne łóżko. On jednak wciąż się jej przyglądał. Jej irytacja rosła. – To jak? Jedziemy? – ponagliła.

Mężczyzna wyprostował się jak na komendę.

– Tak, tak. Przepraszam. Oczywiście. Proszę. Tędy. – Wskazał, żeby ruszyła w stronę przerwy w barierkach.

Mijała hałaśliwe, piskliwe powitania, lawinę pocałunków, składanych na twarzach i głowach nastolatków przez kobiety w średnim wieku, przesadne, niedźwiedzie uściski, którymi witali się ze sobą dorośli mężczyźni. Odwróciła wzrok, nie chcąc stracić z oczu kierowcy, gdy ten przeciskał się przez tłum w stronę przejścia.

Po drugiej stronie barierek sięgnął po jej bagaż podręczny, po czym rozejrzał się, zdezorientowany.

– Gdzie reszta pani walizek?

Smita wzruszyła ramionami.

– To wszystko.

– Tylko jedna torba?

– Tak. I plecak.

Mężczyzna pokręcił głową.

– O co chodzi?

– Nic – powiedział, gdy znów ruszyli. – Po prostu… Shannon mówiła, że jest pani Induską.

– Jestem Amerykanką pochodzenia indyjskiego. Ale co to ma wspólnego z…?

– Nie sądziłem, że gdziekolwiek na świecie istnieje Indus, który potrafi podróżować tylko z jedną walizką.

Skinęła głową, przypominając sobie opowieści rodziców o krewnych podróżujących z bagażami wielkości małych łodzi.

– Coś w tym jest. – Przyjrzała mu się uważnie, zdezorientowana. – A pan jest… kierowcą Shannon?

W blasku ulicznej latarni dostrzegła błysk w jego oczach.

– Myśli pani, że jestem jej szoferem?

Spojrzała na dżinsy, modnie skrojoną koszulę, drogie skórzane buty i wiedziała, że popełniła gafę.

– Shannon powiedziała, że wyśle kogoś, żeby mnie odebrał – wymamrotała. – Nie zdradziła kogo. Po prostu założyłam, że… – Spojrzała na jego rozbawiony wyraz twarzy. – Przepraszam.

Mężczyzna pokręcił głową.

– Nie, w porządku. Nie musisz przepraszać. Nie ma nic złego w byciu kierowcą. Ale tak się składa, że jestem przyjacielem Shannon. Po prostu zaproponowałem, że cię odbiorę, skoro przylatywałaś tak późno. – Posłał jej szybki uśmiech. – Tak przy okazji, jestem Mohan.

Wskazała na siebie.

– Smita.

– Wiem. Tak mam tu zapisane. – Machnął trzymanym kartonem.

Zaśmiali się niezręcznie.

– Dziękuję za pomoc – zapewniła.

– Nie ma sprawy. Tędy do samochodu.

– Więc… powiedz mi – odezwała się Smita, gdy ruszyli. – Jak się czuje Shannon?

– Bardzo cierpi. Jak wiesz, biodro jest złamane. Przez to, że był weekend, nie mogli przeprowadzić operacji. A teraz zdecydowali się poczekać jeszcze parę dni, aż wróci doktor Shahani. To najlepszy chirurg w całym mieście. A jej przypadek jest skomplikowany.

Spojrzała na niego z ciekawością.

– Czy ty… jesteś blisko z Shannon?

– Nie jesteśmy parą, jeśli o to pytasz. Ale jest moją bardzo dobrą przyjaciółką.

– Rozumiem.

Poczuła ukłucie zazdrości – jako korespondentka w Azji Południowej Shannon mogła zapuścić korzenie, nawiązać relacje z miejscowymi. Smita, której specjalnością były kwestie genderowe, rzadko kiedy przebywała w jednym miejscu dłużej niż tydzień czy dwa. Nigdzie nie zostawała wystarczająco długo, żeby zasiać ziarna przyjaźni. Zerknęła na walizkę, którą niósł za nią Mohan. Zdziwiłby się, gdyby wiedział, że w swoim nowojorskim mieszkaniu miała spakowane dwie inne, identyczne torby, gotowe do drogi.

Mohan mówił dalej o Shannon, a Smita starała się słuchać. Wspominał, jak była przerażona, gdy dzwoniła do niego ze szpitala, i jak natychmiast ruszył, żeby być przy niej. Smita skinęła głową. Przypomniała sobie czas, kiedy leżała z powodu grypy w szpitalu w Rio i jak samotnie się czuła, chorując w obcym kraju. A tamten szpital był zapewne rajem w porównaniu z tym tutaj. Choć Shannon relacjonowała wydarzenia z Indii – od jak dawna? Może trzech lat? – Smita nie potrafiła sobie wyobrazić, by miała przechodzić operację w obcym kraju bez niczyjego towarzystwa.

– A warunki w szpitalu? – zapytała Mohana. – Są dobre? Wyjdzie z tego?

Zatrzymał się, odwrócił w jej stronę i spojrzał z uniesionymi brwiami.

– Tak, oczywiście. Jest w Breach Candy. To jeden z najlepszych szpitali, a Indie mają jednych z najlepszych lekarzy na świecie. Wiesz, że to teraz kierunek turystyki medycznej?

Rozbawiła ją jego urażona duma, łatwość, z jaką czuł się dotknięty – cecha, którą zauważyła u wielu indyjskich przyjaciół Papy, nawet u tych – a może zwłaszcza u tych – którzy od dawna mieszkali w Stanach.

– Nie chciałam, żeby to zabrzmiało nieuprzejmie – powiedziała.

– Nie, w porządku. Wielu ludzi nadal uważa, że Indie są zacofane.

Smita przygryzła wargę, żeby myśl, która nagle przyszła jej do głowy, nie wybrzmiała na głos: Taki był ten kraj, kiedy tu mieszkałam.

– Nowe lotnisko jest przepiękne – dodała pojednawczo. – O lata świetlne wyprzedza większość amerykańskich lotnisk.

– Tak. Jak pięciogwiazdkowy hotel.

Podeszli do małego czerwonego samochodu. Mohan otworzył go, wrzucił jej walizkę do bagażnika i zapytał:

– Wolisz usiąść z przodu czy z tyłu?

Spojrzała na niego zaskoczona.

– Usiądę z przodu, jeśli nie masz nic przeciwko.

– Oczywiście. – Choć jego twarz pozostała niewzruszona, Smita usłyszała w jego głosie nutkę rozbawienia. – Pomyślałem tylko… skoro wzięłaś mnie za kierowcę Shannon, może wolałabyś jechać z tyłu.

– Przepraszam – powtórzyła nieco bezradnie.

Wyjechał z parkingu, włączył się do ruchu, po czym zaklął cicho na widok sznura samochodów opuszczających lotnisko zderzak w zderzak.

– Dużo aut. Nawet o tej porze – zauważyła Smita.

Cmoknął z irytacją.

– Dokładnie, _yaar_¹. Ruch w tym mieście z kiepskiego zrobił się wręcz katastrofalny. – Zerknął na nią. – Ale nie martw się. Jak tylko wyjedziemy na główną drogę, będzie lepiej. Dotrzemy do hotelu w mgnieniu oka.

– Mieszkasz niedaleko hotelu Taj?

– Ja? Nie. Mieszkam w Dadarze. Bliżej lotniska niż hotelu.

– Och! – wykrzyknęła. – To absurdalne. Ja… mogłam po prostu wziąć taksówkę.

– Nie, nie. To niebezpieczne, żeby kobieta wsiadała do taksówki o tej porze. Poza tym to Indie. Nigdy nie pozwolilibyśmy gościowi jechać taksówką z lotniska.

Przypomniała sobie rodziców jadących na lotnisko Columbus przez śnieg z deszczem i zimowe burze Ohio, żeby odebrać gości. Indyjska gościnność. Była prawdziwa.

– Dziękuję – powiedziała.

– Nie ma za co. – Pogrzebał przy pokrętle klimatyzacji. – Wygodnie ci? Za ciepło? Za zimno?

– Mógłbyś podkręcić trochę nawiew? Nie mogę uwierzyć, jak tu gorąco, nawet w styczniu.

Mohan rzucił jej przelotne spojrzenie.

– Uroki globalnego ocieplenia, które zaimportowano do biednych krajów, takich jak Indie, z bogatych krajów, takich jak twój.

Czy Mohan był jednym z tych nacjonalistycznych typów, jak przyjaciel Papy, Rakesh – człowiek, który pomstował na Zachód i od czterdziestu lat planował swój nieuchronny powrót do Indii? A jednak Mohan się nie mylił, prawda? Ona również wielokrotnie powtarzała te argumenty.

– Jasne – przyznała. Ogarniała ją senność i była zbyt wyczerpana, żeby wdawać się w polityczną dysputę.

Mohan zauważył jej zmęczenie.

– Zdrzemnij się, jeśli chcesz – zaproponował. – Mamy przed sobą co najmniej kolejne trzydzieści minut.

– Nie, dam radę – odparła, potrząsając głową, i spojrzała na rudery ciągnące się wzdłuż chodnika.

Nawet o tak późnej porze kilku mężczyzn, odzianych w koszule z krótkim rękawem i _lungi_², siedziało bezczynnie przy otwartych wejściach do domów, gdzie od czasu do czasu paliły się lampy naftowe. Smita przygryzła dolną wargę. Bieda krajów Trzeciego Świata nie była jej obca, lecz obraz, obok którego właśnie przejeżdżali, niewiele różnił się od tego, co pamiętała z dzieciństwa. Jakby mijała te same slumsy i tych samych mężczyzn co ostatnim razem, gdy dwadzieścia lat temu, w 1998 roku, ona i jej rodzina jechali na lotnisko. Tyle z nowoczesnych, zglobalizowanych Indii, o których wciąż czytała.

– Rząd zapłacił tym ludziom, żeby się przenieśli do mieszkań komunalnych – podjął Mohan. – Ale odmówili.

– Naprawdę?

– Tak słyszałem. A jak w demokratycznym kraju zmusić ludzi do przesiedlenia?

Zapadła krótka cisza i Smita odniosła wrażenie, że przez to, że tak otwarcie wpatruje się w mijane slumsy, Mohan poczuł potrzebę bronienia swojego miasta. Często obserwowała to zjawisko w swojej pracy, gdy klasa średnia w biednych krajach oburzała się na osądy ludzi z Zachodu. Kiedyś, podczas pobytu na Haiti, lokalny urzędnik niemal splunął jej w twarz i przeklął amerykański imperializm, kiedy zapytała go o korupcję w jego okręgu.

– Chyba nie można ich winić – stwierdziła. – To ich dom.

– Właśnie. Dokładnie to próbuję wytłumaczyć moim przyjaciołom i współpracownikom. Ale oni nie potrafią tego zrozumieć, a tobie zajęło to mniej niż dziesięć minut.

Smita poczuła ciepło po słowach Mohana, jakby wręczył jej małe trofeum.

– Dziękuję. Ale kiedyś tu mieszkałam, więc rozumiem.

– Mieszkałaś tutaj? Kiedy?

– W dzieciństwie. Wyjechaliśmy z Indii, gdy miałam czternaście lat.

– Aha. Nie miałem pojęcia. Choć Shannon mówiła, że jesteś Induską, to po prostu założyłem, że urodziłaś się za granicą. Brzmisz jak _pucca_³ Amerykanka.

Smita wzruszyła ramionami.

– Dzięki. Chyba.

– Masz tu rodzinę?

– Niezupełnie – odpowiedziała i zanim zdążył zadać kolejne pytanie, dodała: – A ty? Czym się zajmujesz? Też jesteś dziennikarzem?

– Ha. Dobry żart. Nie potrafiłbym robić tego, co ty i Shannon. Nie umiem dobrze pisać. Jestem informatykiem. Pracuję z komputerami w Tata Consultancy. Słyszałaś o Tata?

– Tak, oczywiście. Czy to nie oni kilka lat temu kupili Jaguara i Land Rovera?

– Zgadza się. Tata produkuje wszystko: od samochodów, poprzez mydło, aż po elektrownie. – Opuścił nieco szybę. – Zaraz wjeżdżamy na most Sea Link, który łączy Bandrę z Worli. Oczywiście nie było go jeszcze, kiedy tu mieszkałaś. Ale to bardzo skróci nam drogę.

Smita chłonęła światła miasta, gdy samochód wjeżdżał na most wantowy, rozpięty nad ciemnymi wodami Morza Arabskiego.

– Wow. Bombaj wygląda jak każde inne miasto na świecie. Moglibyśmy być w Nowym Jorku albo w Singapurze.

Z wyjątkiem kwaśnego zapachu ciepłego powietrza wpadającego do samochodu – pomyślała. Już miała zapytać o niego Mohana, ale się rozmyśliła. Była gościem w jego mieście i czuła napięcie w żołądku w związku z tym, że zbliżali się do celu. Prawda była taka, że nie chciała być w Bombaju. Bez względu na to, ile pięknych mostów zostało wybudowanych, i na to, jak uwodzicielska była jego nowa, oszałamiająca panorama, nie chciała tu być. Spędzi kilka dni z Shannon w szpitalu, a potem wyjedzie, najszybciej, jak się da. Będzie już za późno, żeby wrócić na Malediwy, ale nic nie szkodzi. Z przyjemnością spędzi resztę urlopu w swojej kamienicy na Brooklynie. Obejrzy film lub dwa.

Teraz jednak znajdowała się w samochodzie pędzącym w stronę hotelu Taj. W kierunku jej dawnej dzielnicy.

Smita Agarwal patrzyła przez okno na ulice miasta, które kiedyś kochała. Miasta, o którym przez ostatnie dwadzieścia lat próbowała zapomnieć.ROZDZIAŁ DRUGI

Następnego ranka Smita wcześnie się obudziła i przez chwilę, leżąc w obcym łóżku, była przekonana, że wciąż jest w Sun Aqua Resort na Malediwach. Słyszała szum fal uderzających o brzeg i czuła, jak jej ciało zapada się w piasek w kolorze cukru. Potem jednak przypomniała sobie, gdzie jest, i cała zesztywniała.

Zwlekła się z łóżka i poczłapała do łazienki. Kiedy wróciła, podeszła do okna i rozsunęła ciężkie zasłony, żeby wpuścić do pokoju światło dzienne – słońce ożywiało matowe, wiecznie brunatne wody morza. Przypomniała sobie moment, gdy po raz pierwszy zobaczyła Ocean Atlantycki, i to, jak bardzo oszołomił ją jego krystaliczny błękit kontrastujący z mętnymi wodami Morza Arabskiego, do których była tak przyzwyczajona. Przypomniała sobie też, jak Papa krzyczał na służących pracujących w budynkach stojących przy nabrzeżu, gdy wyrzucali do wody worki ze śmieciami, oraz na młodych mężczyzn, którzy oddawali mocz do morza na plażach Juhu i Chowpatty. Biedny Papa. Tak bardzo kochał to miasto, które ostatecznie nie odwzajemniło jego miłości.

Spojrzała w stronę Wrót Indii, pięknego pomnika z żółtego bazaltu, z czterema wieżyczkami i łukiem, który wznosił się po drugiej stronie ulicy naprzeciw jej okna. Wydawał się solidny, niemal zakorzeniony, zupełnie jak jej dzieciństwo w Indiach. Czy kiedy dawniej bawiła się pod jego łukiem, była w stanie sobie wyobrazić, że pewnego dnia będzie nocować w tym ikonicznym, wielkim hotelu, uznawanym za jeden z najbardziej luksusowych na świecie? Do diabła, zatrzymywali się tu wszyscy, od George’a Harrisona po prezydenta Obamę. Oczywiście ona i jej rodzice świętowali urodziny i inne radosne okazje w licznych restauracjach w hotelu Taj. Ale zatrzymać się w Taj to zupełnie inna sprawa.

Spojrzała na zegarek, który wskazywał ósmą. Czy powinna zadzwonić do Shannon? A może jeszcze śpi? W tej samej chwili zaburczało jej w brzuchu i uświadomiła sobie, że nie jadła nic od wczesnego popołudnia poprzedniego dnia. Nerwy okazały się silniejsze niż apetyt. Postanowiła zejść na śniadanie.

Pół godziny później była już w Sea Lounge. Restauracja była dość zatłoczona nawet o tej porze. Podeszła do niej rozpromieniona młoda hostessa w niebieskim sari.

– Dla ilu osób życzy sobie pani stolik? – zapytała, a gdy Smita uniosła palec wskazujący, zaprowadziła ją do małego stolika przy oknie.

Smita rozejrzała się po sali, przypominając sobie tę subtelną elegancję, którą pamiętała z dziecięcych wizyt z rodzicami, dyskretną, nienaganną obsługę i duże okna z widokiem na morze. Ucieszyło ją to, że piękno restauracji pozostało niezmienione. Zauważyła też, że w jej stronę spogląda siedzący przy sąsiednim stoliku mężczyzna, z twarzą spieczoną bombajskim słońcem. Uśmiechnął się do niej krzywo, a ona udała, że go nie widzi. Zamiast tego spojrzała przez okno, mrugając, aby odgonić łzy, które napłynęły jej do oczu. Trudno było jej przebywać w Sea Lounge i nie myśleć o swojej łagodnej, eleganckiej mamie. Gdy Mummy zmarła, Smita była w Portugalii, żeby zrelacjonować konferencję kobiet, a kiedy Rohit, jej starszy brat, zadzwonił, aby przekazać wiadomość, krzyczała na niego i przeklinała, wyładowując na nim niepohamowaną rozpacz. Gdy tak siedziała w ulubionej restauracji matki, poczuła ciepło wspomnień sobotnich popołudni, gdy mama zamawiała swoją ulubioną kanapkę klubową z kurczakiem, a ojciec popijał piwo Kingfisher.

Nawet trochę żałowała, że nie może zamówić jej o tej porze na cześć Mummy. Zamiast tego wybrała kawę i omlet ze szpinakiem. Kelner postawił przed nią talerz z przesadną starannością.

– Czy jeszcze czegoś sobie pani życzy? – zapytał uprzejmym głosem.

Był zaledwie rok lub dwa lata starszy od niej, ale jego służalcza maniera – typowa dla pracowników klasy robotniczej wobec bogatych – sprawiła, że zacisnęła zęby. Objęła wzrokiem piękną salę, uświadamiając sobie, że nikomu innemu – ani licznym Niemcom czy Brytyjczykom, ani korpulentnym indyjskim biznesmenom zasiadającym z klientami – nie przeszkadzało pochlebcze zachowanie kelnerów; wręcz przeciwnie, zdawali się oczekiwać i wymagać najlepszej obsługi. Już wcześniej zauważyła, jak pstrykają palcami w celu zwrócenia uwagi personelu, i odnotowała lekceważący ton, jakim pozostali goście zwracali się do kelnerów.

– Nie, dziękuję – odparła. – Wygląda smakowicie.

Kelner uśmiechnął się z nieukrywaną radością.

– Smacznego, proszę pani – powiedział i oddalił się bezszelestnie niczym duch.

Smita upiła łyk kawy, a potem zlizała piankę z górnej wargi. Choć piła kawę w wielu miejscach na świecie, ta filiżanka Nescafé smakowała po prostu cudownie. Wiedziała, że w domu stałaby się obiektem kpin.

„To przecież kawa rozpuszczalna, na litość boską, Smita” – słyszała w wyobraźni jazgocący głos Jenny podczas brunchu w kawiarni Rose Water w Park Slope. Ale co mogła poradzić? Dopiero podczas ostatniego roku pobytu w Indiach rodzice pozwolili jej pić kawę, i to tylko kilka łyczków z filiżanki ojca, gdy siedział i sprawdzał prace. Ten smak przenosił ją do dużego, zalanego słońcem mieszkania w Colabie, oddalonego kilka minut spacerem od hotelu Taj, i do niedzielnych poranków, kiedy rodzice przekomarzali się, czy na domowym stereo włączyć płyty ojca z Bachem i Beethovenem, czy _ghazale_⁴ mamy. Rohit w tym czasie siedział w swoim pokoju, nadal w łóżku, słuchając na walkmanie Green Day albo U2. Ich kucharka, Reshma, przygotowywała południowoindyjskie _medhu vadę_⁵ i _upmę_⁶, ich niedzielny poranny przysmak. Gdzie była teraz Reshma? Czyżby nadal mieszkała w tym dwudziestomilionowym mieście i pracowała dla innej rodziny? Smita chciałaby ją odnaleźć podczas tej podróży, ale nie miała pojęcia jak. Nie wiedziała też, czy Mummy utrzymywała kontakt z Reshmą po ich wyjeździe. Budując nowe życie w Ameryce, wszyscy bardzo starali się zapomnieć o tym, co zostawili za sobą. Może więc i lepiej, że nie znała losów dawnej kucharki.

Reshma często towarzyszyła im podczas spacerów do Wrót Indii, pilnując Smity, gdy ta bawiła się pod ich łukiem. Każdego wieczoru można było odnieść wrażenie, że połowa metropolii udawała się na nadmorską promenadę, gdzie unosił się zapach pieczonych kolb kukurydzy. Smita pamiętała, jak ciągnęła ojca za tunikę, prosząc, by kupił jej mieszankę prażonych w piasku orzeszków ziemnych i ciecierzycy. Patrzyła, jak uliczny sprzedawca napełnia papierowy rożek przekąską, skręca spiczasty dół i energicznie jej go podaje. A co z tamtymi wieczorami w porze deszczowej, gdy o zmierzchu słońce rzucało po niebie swoje iskry, malując miasto świetlistym pomarańczem? Czy podczas wszystkich swoich podróży widziała kiedyś zachód słońca, który mógłby się równać zmierzchom z jej dzieciństwa?

Kelner odchrząknął, próbując zwrócić na siebie jej uwagę.

– Czy mogę zabrać talerz, proszę pani? – zapytał. – Czy wszystko smakowało?

Odwróciła się w jego stronę.

– Tak, dziękuję. – Uśmiechnęła się. – Czy mogłabym zamówić jeszcze jedną kawę?

– Oczywiście, proszę pani. Smakowała?

Usłyszała w jego głosie dumę. Może nawet coś więcej, i to ją poruszyło. Miała ochotę zapytać go o jego życie, o to, ile zarabia, w jakich warunkach mieszka, ale zauważyła, że w restauracji pojawiło się więcej klientów.

– Tak, bardzo – odparła. – Nigdzie indziej nie ma kawy takiej jak ta.

Kelner skinął głową.

– Gdzie pani mieszka, proszę pani? – zapytał nieśmiało.

– W Ameryce.

– Tak myślałem – powiedział. – Chociaż większość naszych turystów pochodzi z Europy.

– Naprawdę? – zaciekawiła się.

Nie miała najmniejszej ochoty opowiadać o swoim życiu. Na tym polegała zaleta bycia reporterką – to ona zadawała pytania, zamiast na nie odpowiadać. Miała nadzieję, że mężczyzna wkrótce przyniesie jej drugą filiżankę kawy. Zerknęła na zegarek, ale kelner nie zrozumiał aluzji.

– Od zawsze marzyłem, żeby studiować zarządzanie w hotelarstwie w Ameryce – dodał.

Podczas swoich podróży Smita słyszała to zdanie wielokrotnie. Słowa brzmiały inaczej, ale marzenie pozostawało to samo – zdobyć wizę turystyczną i znaleźć punkt zaczepienia w Ameryce. A potem zrobić wszystko, co konieczne – jeździć taksówką szesnaście godzin dziennie, harować w dusznej restauracyjnej kuchni, znaleźć pracodawcę, który zasponsoruje pobyt, albo poślubić amerykańskiego obywatela. Celem było zdobycie upragnionej zielonej karty, dwudziestopierwszowiecznej wersji Świętego Graala.

Spojrzała na szczupłego kelnera z zapadniętą klatką piersiową. Widoczny na jego twarzy zapał sprawił, że odwróciła wzrok.

– Niedługo muszę się zbierać – oświadczyła z naciskiem. – Ale życzę panu powodzenia.

Mężczyzna się zarumienił.

– Tak, oczywiście, proszę pani. Przepraszam, proszę pani. – Oddalił się w pośpiechu i niemal od razu wrócił z kolejną filiżanką kawy.

Poprosiła o doliczenie rachunku do pokoju wraz z trzydziestoprocentowym napiwkiem. Wstawała już, żeby wyjść, kiedy kelner przybiegł z powrotem. Niósł białą różę.

– Dla pani, proszę pani. Witamy w Taj.

Wzięła od niego kwiat, niepewna, czy to ich zwyczaj.

– Dziękuję – odparła. – Jak ma pan na imię? Przypomni mi pan?

– Nie mówiłem pani wcześniej, proszę pani. Joseph – Zachichotał.

– Josephie, miło było pana poznać. – Odeszła od niego o krok, po czym się zatrzymała. – Czy może mi pan pomóc? Wie pan, jak daleko stąd jest szpital Breach Candy?

– Oczywiście, proszę pani – odparł. – Taksówką to niedaleko, ale wszystko zależy od ruchu. W recepcji na dole może pani zamówić prywatną taksówkę z klimatyzacją. Będzie to kosztować trochę więcej, proszę pani, ale co zrobić? Warto.PRZYPISY

1.

¹ _yaar_ – potocznie: stary, koleś, przyjacielu

2.

² _lungi_ – tradycyjny strój męski w formie owiniętego wokół talii materiału noszony w krajach Azji Południowej

3.

³ _pucca_ – na pewno, na sto procent

4.

⁴ _ghazal_ – liryczny utwór poetycki w literaturach Wschodu, przeważnie miłosny, związany z kulturą muzułmańską

5.

⁵ _medhu vada_ – tradycyjna południowoindyjska przekąska w formie smażonych krążków z sfermentowanej czarnej soczewicy

6.

⁶ _upma_ – tradycyjne danie południowoindyjskie z prażonej semoliny z dodatkiem warzyw i przypraw, podawane na ciepło, najczęściej na śniadanie

7.

⁷ _paan_ – liść betelu; używka popularna w krajach południowoazjatyckich

8.

⁸ _arre_, _yaar_ – wyrażenie oznaczające irytację, zniecierpliwienie; ej, stary; no weź

9.

⁹ _shukriya_ – dziękuję

10.

¹⁰ _gora_ – biały, jasnoskóry; potoczne określenie osoby o jasnej karnacji, zwłaszcza Europejczyka

11.

¹¹ _chalo_ – chodźmy, no dalej, dobra, w porządku; używane potocznie do zachęcenia lub wyrażenia zgody

12.

¹² _masala dosa_ – popularne południowoindyjskie danie w formie kruchego naleśnika ze sfermentowanej mąki ryżowej i czarnej soczewicy. Podawana jest z nadzieniem ziemniaczanym

13.

¹³ _desi_ (hindi/urdu) – lokalny, rodzimy, swój; w potocznym użyciu także określenie osoby pochodzenia południowoazjatyckiego
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij