Pieśń Ziemi. Rdzenna mądrość, wiedza naukowa i lekcje płynące z natury - ebook
Pieśń Ziemi. Rdzenna mądrość, wiedza naukowa i lekcje płynące z natury - ebook
Głos naszej planety, za którego wysłuchanie jesteśmy odpowiedzialni
Posłuchaj opowieści o kobiecie, która przybyła z nieba. Zwierzęta ofiarowały jej błoto z dna morza, a ona stworzyła ląd. Kiedy tańczyła, ląd się rozrastał.
A gdy ofiarowała ziemi nasiona, dzikie trawy, kwiaty i drzewa rozprzestrzeniły się wszędzie.
Tak powstała Ziemia – dzięki współpracy człowieka i przyrody.
Dziś jednak trudno nam usłyszeć jej wołanie. Jako ludzie Zachodu zapomnieliśmy, że Ziemia to nasz dom. Ale nie jest jeszcze za późno.
Posłuchaj pieśni Ziemi.
**
Robin Wall Kimmerer, profesor botaniki i członkini plemienia Potawatomi, pokazuje, że nie jest za późno, by naprawić relację z otaczającym nas światem. Łącząc obszerną wiedzę naukową z rdzenną mądrością przodków, przypomina o lekcjach naszego najstarszego nauczyciela – natury.
Zebrane w pięciu rozdziałach opowieści o wspólnych korzeniach ludzkości i planety pokazują, czego nauczyć mogą nas indiańskie dialekty, historia Skywoman i powstania świata oraz magiczne cykle przyrody.
Ponadczasowa opowieść dla tych, których zachwyciła Biegnąca z wilkami Estes Pinkoli Clarissy.
| Kategoria: | Literatura faktu |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-240-7308-5 |
| Rozmiar pliku: | 1,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Nota o nazwach roślin
Przyjmujemy za oczywistość, że imiona ludzi zapisujemy wielkimi literami. Napisać „jerzy waszyngton” byłoby odarciem człowieka z jego szczególnego statusu istoty ludzkiej. Z kolei dziwnie byłoby napisać „Komar”, gdyby chodziło o latającego owada, ale jest to dopuszczalne, kiedy mamy na myśli nazwę granatnika. Wielkie litery oddają pewne rozróżnienie, uprzywilejowaną pozycję człowieka i jego wytworów w hierarchii bytów. Biolodzy przyjęli konwencję pisania małymi literami nazw pospolitych roślin i zwierząt, o ile nie zawierają w sobie nazwisk ludzi albo nazwy jakiegoś miejsca. I tak oto pierwsze wiosenne kwiaty w lesie nazywamy sangwinarią, a popularną bylinę z rodziny astrowatych – gerberą Jamesona. Ta z pozoru błaha zasada gramatyczna wyraża w istocie głębokie przekonanie o wyjątkowości człowieka, o tym, że jesteśmy w jakiś sposób inni, a tak naprawdę lepsi od innych gatunków, które nas otaczają. Indiańska tradycja postrzega wszystkie istoty jako równorzędne osoby, nie w hierarchii, ale w kręgu. Tak więc w tej książce, tak jak w życiu, zrywam z tymi gramatycznymi ograniczeniami i piszę o Klonie, Czapli i Wallym, kiedy mam na myśli osobę, niezależnie od tego, czy ludzką, czy nie. I o klonie, czapli i człowieku, kiedy mam na myśli kategorię lub pojęcie.
Nota o językach rdzennych mieszkańców Ameryki
Języki potawatomi i anishinaabe odzwierciedlają naturę i ludzi. To żywa tradycja ustna, która mimo długiej historii nie została spisana, aż do całkiem niedawnych czasów. Pojawiło się wiele systemów zapisu, które próbują ująć ten rozległy i żywy język w spójne zasady ortograficzne, ale nie ma jednomyślności, który z wariantów jest lepszy. Stewart King, należący do starszyzny plemienia Potawatomi nauczyciel płynnie mówiący w naszym języku, przejrzał moje notatki, weryfikując znaczenie słów i doradzając w sprawie spójności pisowni i użycia wyrazów. Ogromnie doceniam jego wskazówki, które ułatwiły mi zrozumienie języka i kultury. System stworzony przez Charlesa Fiera, uwzględniający podwójne samogłoski w języku pisanym, stosuje powszechnie wielu użytkowników anishinaabe. Nie uznaje go jednak większość Potawatomi, słynących ze zjadania samogłosek. Ze względu na szacunek dla osób posługujących się naszym językiem i nauczycieli reprezentujących różne szkoły, starałam się zapisywać słowa w takiej formie, w jakiej zetknęłam się z nimi po raz pierwszy.
Nota o indiańskich opowieściach
Rozmaitych opowieści krążących wokół mnie słucham dłużej, niż chciałabym przyznać. Pragnę okazać uznanie moim nauczycielom, przekazując opowieści, które od nich zasłyszałam.
Mówi się, że opowieści to żywe istoty, rosną, rozwijają się, pamiętają i zmieniają się, ale nie w swojej esencji, tylko w zewnętrznej szacie. Na jej postać wpływają natura i kultura oraz osoba gawędziarza, więc jedna opowieść może być opowiadana w różnych miejscach inaczej. Czasami tylko fragment jest wspólny, ukazując zaledwie jeden aspekt z wielowymiarowej opowieści, w zależności od jej celu. Tak samo jest z historiami przytoczonymi w tej książce.
Tradycyjne opowieści są skarbem całego narodu i trudno przypisać je wraz z cytatem do konkretnego źródła. Są takie, których nie można upubliczniać, i tych tu nie włączałam, ale wiele rozpowszechnia się bez ograniczeń, dzięki czemu mogą spełniać swoje zadanie w szerszym kręgu słuchaczy. Przy opowieściach, które istnieją w wielu wariantach, postanowiłam zacytować publikowane źródło, jednocześnie podkreślając, że i ta wersja została wzbogacona przez ich wielokrotne słuchanie w różnych odsłonach. W niektórych przypadkach nie znałam źródła książkowego, jako że opowieść była przekazywana wyłącznie ustnie. _Chi megwech_ dla gawędziarzy.Wstęp
Wyciągnij ręce, bym mogła położyć na nich wiązkę dopiero co zebranej turówki, opadającej miękko jak świeżo umyte włosy. Łodygi, złocistozielone i lśniące u góry, tam, gdzie stykają się z ziemią, są opasane fioletem i bielą. Powąchaj je. Poczuj woń słodkiej wanilii, a pod nią zapach wody z rzeki i czarnoziemu, a zrozumiesz, skąd się wzięła naukowa nazwa turówki wonnej, zwanej także żubrówką: _Hierochloë odorata_, co znaczy „pachnąca święta trawa”. W naszym języku zwiemy ją _wiingaashk_, czyli słodko pachnące włosy Matki Ziemi. Kto wdycha jej zapach, zaczyna sobie przypominać rzeczy dawno pogrzebane w otchłani pamięci.
Po związaniu na końcu i podzieleniu na trzy części turówka jest gotowa do zaplatania. Aby to zrobić – i nadać jej gładkość i blask, dzięki którym stanie się idealnym podarunkiem – trzeba ją lekko naciągnąć, o czym powie wam każda dziewczynka z ciasno splecionymi warkoczami. Oczywiście można to zrobić samemu – przywiązać jeden koniec turówki do krzesła albo trzymać go w zębach i zaplatać w przeciwną stronę – ale najcudowniejszy sposób to mieć przy sobie kogoś, kto będzie trzymał jeden koniec. Wtedy dwie osoby, z głowami nachylonymi ku sobie, mogą delikatnie przeciągać splot na swoją stronę, a przy tym porozmawiać i pośmiać się, spoglądając na swoje ręce podczas pracy: gdy jedna trzyma mocno, a druga nakłada na siebie jedno po drugim wąskie pasma trawy. Między dwojgiem ludzi połączonych plecioną turówką tworzy się więź – w tej relacji ten, kto trzyma, jest tak samo ważny jak ten, kto zaplata. Im bliżej końca, tym warkocz staje się cieńszy, aż wreszcie łączy się pojedyncze źdźbła, a potem wiąże.
Czy chcesz przytrzymać jeden koniec, kiedy ja będę zaplatać? Tak by nasze dłonie połączyła trawa, by nasze głowy skłoniły się ku sobie i by powstał warkocz, który odda należną cześć Matce Ziemi? A potem przyjdzie kolej na mnie, by potrzymać wiązkę trawy, kiedy ty będziesz zaplatać.
Mogłabym ci wręczyć zaplecioną turówkę, gęstą i lśniącą jak warkocz zwisający na plecach mojej babci. Ale ani nie mnie ją dawać, ani tobie brać. _Wiingaashk_ należy bowiem do siebie samej. Więc w zamian ofiaruję ci splot opowieści, którym przyświeca intencja uzdrowienia naszej relacji ze światem. Na mój warkocz składają się trzy pasma: indiańska mądrość, wiedza naukowa i opowieści pochodzącej z plemienia Potawatomi naukowczyni, która stara się je połączyć w służbie wyższych celów. To zjednoczenie nauki, indiańskiego ducha i opowieści – tych starych i tych nowych, które mogą się stać remedium na naszą nadszarpniętą relację z ziemią, zbiorem uzdrawiających przekazów, które pozwolą nam wyobrazić sobie inne współistnienie, polegające na tym, że ludzie i ziemia leczą się nawzajem.Skywoman
Zimą, gdy ziemia odpoczywa pod pierzyną śniegu, nastaje czas opowieści. Gawędziarze rozpoczynają od przyzwania przodków, bo to oni przekazali nam historie, które my jedynie podajemy dalej.
Na początku był Niebiański Świat.
Spadała jak nasiono klonu wirujące na jesiennym wietrze*. Z wyrwy w Niebiańskim Świecie spłynęła kolumna światła, wyznaczając jej drogę w ciemności. A ona leciała i leciała. Przepełniona strachem, a może nadzieją, mocno ściskała coś w dłoni.
Pędząc w dół, widziała pod sobą tylko czarną wodę. Z tego, co wydawało jej się pustką, wpatrywało się jednak w górę wiele par oczu, zdumionych niespodziewanym promieniem światła. Stworzenia ujrzały w nim coś niewielkiego, jakby drobinkę kurzu. W miarę, jak się zbliżała, dostrzegły, że to kobieta z rozpostartymi rękami i długimi czarnymi włosami. Spadała ku nim wirującym ruchem.
Gęsi spojrzały po sobie, pokiwały głowami i wśród gęgotania wzbiły się ponad wodę. Kobieta poczuła pod sobą trzepot ich skrzydeł – ptaki podleciały do niej, by wyhamować jej upadek. Z dala od jedynego domu, który znała, kobieta odetchnęła z ulgą, znalazłszy się w życzliwych objęciach miękkich piór, które delikatnie prowadziły ją w dół. I tak się to zaczęło.
Ptaki nie były w stanie zbyt długo utrzymać jej nad wodą, więc zwołały radę, by postanowić, co dalej. Kobieta zobaczyła zbierające się nury, wydry, łabędzie, bobry i przeróżne gatunki ryb. Między zwierzętami pływał ogromny żółw, który zaproponował jej, by spoczęła na jego grzbiecie. Przepełniona wdzięcznością, zeszła z gęsich skrzydeł na jego skorupę. Pozostałe zwierzęta zrozumiały, że kobieta może żyć tylko na lądzie, i zaczęły się naradzać, jak jej pomóc. Te, które potrafiły nurkować, słyszały, że na samym dnie leży błoto, i postanowiły je wyłowić.
Pierwszy na ochotnika zgłosił się Nur, ale taki dystans okazał się ponad jego siły i po chwili ptak wypłynął na powierzchnię z niczym. Swoją pomoc ofiarowywały kolejne zwierzęta – Wydra, Bóbr, Jesiotr – lecz głębokość, ciemność i ciśnienie przerastały możliwości nawet najlepszych pływaków. Wynurzały się po chwili, zachłannie łapiąc powietrze i czując w głowach dzwonienie. Były i takie, które w ogóle nie wróciły. Wreszcie pozostał jedynie mały Piżmak, najsłabszy nurek ze wszystkich. On również zgłosił się do pomocy, choć reszta spoglądała na niego z powątpiewaniem. Młócąc małymi łapkami, zanurkował w głębinie i zniknął na bardzo długo.
Zwierzęta czekały na niego i czekały, zaczęły się już obawiać najgorszego. I rzeczywiście, na powierzchni wody pojawiły się bąbelki, a zaraz potem wypłynęło małe, bezwładne ciało Piżmaka. Oddał życie, by pomóc bezradnej ludzkiej istocie. Po chwili zauważono, że Piżmak trzyma coś w zaciśniętej łapce, a kiedy ją rozwarto, zwierzęta zobaczyły w niej garstkę błota.
– Połóżcie mi je na grzbiecie – odezwał się Żółw.
Skywoman, Niebiańska Kobieta, pochyliła się i rozsmarowała błoto na żółwiej skorupie. Wzruszona niezwykłą ofiarnością zwierząt, zaczęła śpiewać pieśń wdzięczności, a potem tańczyć, stąpając po ziemi z delikatnością i czułością. Kiedy tak dziękowała za wszystko tańcem, ląd rozrastał się coraz bardziej, aż z odrobiny błota na grzbiecie Żółwia powstała cała ziemia. Nie tylko dzięki Skywoman, ale dzięki mocy zwierzęcych darów połączonej z jej głęboką wdzięcznością. Razem stworzyły to, co znamy dzisiaj jako Żółwią Wyspę, nasz dom.
Jak przystało na dobrego gościa, kobieta nie zjawiła się z pustymi rękami. Wciąż ściskała coś w garści. Kiedy wypadła przez szczelinę w Niebiańskim Świecie, wyciągnęła rękę, by chwycić się Drzewa Życia. I oto teraz trzymała w dłoni gałęzie z owocami i nasiona wszystkich rodzajów roślin. Rozrzuciła je wokół siebie i doglądała z troską, aż ziemia z brązowej stała się zielona. Dzięki słońcu, które przeświecało z Niebiańskiego Świata, nasiona zaczęły kiełkować. Dzikie trawy, kwiaty, drzewa i zioła rozprzestrzeniły się wszędzie. I teraz, kiedy pożywienia było w bród, na Żółwią Wyspę sprowadziło się wiele zwierząt i zamieszkało na niej wraz z kobietą.
Według naszych opowieści ze wszystkich roślin to _wiingaashk_, czyli turówka, wyrosła na ziemi jako pierwsza, a jej zapach jest słodkim wspomnieniem dotyku Skywoman. Z tego powodu mój lud czci ją jako jedną z czterech świętych roślin. Kto wdycha jej zapach, zaczyna sobie przypominać rzeczy już dawno pogrzebane w otchłani pamięci. Nasza starszyzna powiada, że obrzędy są sposobem, by „pamiętać o pamiętaniu”, dlatego turówka odgrywa ważną rolę obrzędową u wielu rdzennych ludów Ameryki. Używa się jej też do plecenia pięknych koszy. Będąc dla nas jednocześnie lekarstwem i krewniaczką, ma ogromną wartość zarówno materialną, jak i duchową.
W zaplataniu włosów ukochanej osoby kryje się niezwykła czułość. Między czeszącym a czesanym, połączonymi sznurem warkocza, przepływa ciepło i życzliwość. _Wiingaashk_ układa się w pasma, długie i lśniące jak świeżo umyte włosy. Mówimy, że to włosy Matki Ziemi. Kiedy pleciemy turówkę, zaplatamy tym samym włosy Matce Ziemi, dając jej dowód naszej miłości i uwagi, naszej troski o jej piękno i dobrostan oraz wdzięczności za wszystko, co nam dała. Dzieci wychowane na historii Skywoman od małego mają zaszczepioną świadomość odpowiedzialności człowieka i ziemi za siebie nawzajem.
Ta opowieść jest tak niezwykła i olśniewająca, że jawi mi się niczym głębokie naczynie pełne niebiańskiego błękitu, z którego mogłabym pić i pić. Na niej zbudowane są nasze wierzenia, nasza historia i nasze związki. Spoglądając w usiane gwiazdami naczynie, widzę obrazy wirujące tak szybko, że przeszłość i teraźniejszość zlewają się w jedno. Postać Skywoman wskazuje nam nie tylko, skąd przyszliśmy, ale także dokąd mamy podążać.
W moim laboratorium wisi obraz Bruce’a Kinga _Chwila w locie_, przedstawiający Skywoman. Dryfując ku ziemi, z kwiatami i ziołami w rękach, spogląda na moje mikroskopy i rejestratory danych. Na pierwszy rzut oka wydaje się tu nie pasować, ja jednak uważam, że właśnie tu jest jej miejsce. Jako pisarka, naukowczyni i strażniczka opowieści o Skywoman siadam u stóp moich indiańskich nauczycieli i słucham ich pieśni.
W poniedziałki, środy i piątki o dziewiątej trzydzieści pięć prowadzę na uniwersytecie zajęcia z botaniki i ekologii – krótko mówiąc, próbuję wyjaśnić moim studentom, jak funkcjonują ogrody Skywoman, czyli to, co niektórzy określają mianem „globalnych ekosystemów”. Pewnego dnia na zajęciach z ekologii ogólnej rozdałam studentom ankietę. Poprosiłam ich między innymi o ocenę negatywnych interakcji między człowiekiem a środowiskiem. Niemal każda z dwustu osób odpowiedziała, że człowiek i natura to zdecydowanie złe połączenie. Byli to studenci trzeciego roku, planujący związać swoją przyszłość z ochroną środowiska, więc taka odpowiedź specjalnie nie zaskakiwała. Wszyscy byli doskonale zorientowani w kwestii zmian klimatycznych, skażenia ziemi i wody oraz utraty siedlisk. Zapytałam ich również o wymienienie pozytywnych interakcji między człowiekiem a środowiskiem. Najczęstsza odpowiedź brzmiała: nie istnieją.
Byłam w szoku. Jak to możliwe, że po dwudziestu latach edukacji nie potrafią wskazać żadnych korzystnych związków między człowiekiem a naturą? Być może negatywne przykłady, które widzą każdego dnia – tereny poprzemysłowe, masowe hodowle, rozlewanie się przedmieść – ograniczyły ich zdolność dostrzegania w tej relacji czegoś pozytywnego. Tak jak wyjaławia się ziemia, tak samo zawęża się ich pole widzenia. Kiedy rozmawialiśmy o tym po zajęciach, uświadomiłam sobie, że ci młodzi ludzie nie są sobie nawet w stanie wyobrazić, jak mogłaby wyglądać pozytywna współzależność między ich gatunkiem a innymi. Jak możemy zmierzać w stronę ekologicznej i kulturowej równowagi, skoro nawet nie mamy pojęcia, jaka droga mogłaby do niej prowadzić? Jeśli wspaniałomyślność gęsi nie mieści nam się w głowie? Ci studenci nie wychowali się na opowieści o Skywoman.
Po jednej stronie świata żyli ludzie, których związek z naturą ukształtowała Skywoman – ta, która stworzyła bujny ogród dla dobra wszystkich istot. Po drugiej stronie świata możemy spotkać inną kobietę, ogród i drzewo. Ta za spróbowanie rosnącego na nim owocu została wygnana z raju i zatrzaśnięto przed nią jego bramy. Matka rodzaju ludzkiego musiała się błąkać po pustkowiu i w pocie czoła zdobywać pożywienie zamiast zrywać słodkie, soczyste owoce z uginających się pod ich ciężarem gałęzi. By mogła zaspokoić głód, kazano jej czynić sobie poddaną ziemię, na którą ją wygnano.
Ten sam gatunek, ta sama ziemia i tak różne opowieści. Zarówno historie stworzenia, jak i kosmologie są wszędzie źródłem tożsamości i orientacji w świecie. Mówią nam, kim jesteśmy. Kształtują nas, nawet jeśli nie mamy tego świadomości. Jedna opowieść kieruje nas wprost w łaskawe objęcia natury, druga wiedzie na wygnanie. Jedna kobieta jest pradawną założycielką ogrodu, współstwórczynią przyjaznego zielonego świata, który stał się domem dla jej potomków. Druga jest banitką, tułaczką, która wędruje przez nieprzyjazny świat, zmierzając wyboistą drogą do prawdziwego domu w niebie.
A potem się spotkali – potomkowie Skywoman i dzieci Ewy – i do dziś ziemia wokół nas nosi blizny tamtego spotkania, echa naszych opowieści. Powiadają, że nie zna piekło straszliwszej furii nad wściekłość pogardzanej kobiety, i mogę sobie tylko wyobrazić rozmowę Skywoman z Ewą: „Ale ci się dostało, siostro…”.
Historia o Skywoman, opowiadana przez mieszkańców okolic Wielkich Jezior, jest stałym punktem, gwiazdą przewodnią na firmamencie nauk, które zwiemy Pierwotnymi Przykazaniami. Nie są to jednak przykazania w sensie nakazów albo ścisłych zasad postępowania. Są one raczej jak kompas: wyznaczają kierunek, ale nie są mapą. Zadaniem każdego człowieka jest stworzenie własnej mapy. Wypełnianie Pierwotnych Przykazań będzie wyglądało inaczej dla poszczególnych ludzi i dla różnych epok.
Pierwsi potomkowie Skywoman żyli według swojego rozumienia Pierwotnych Przykazań, w których znajdowali wskazówki, jak polować w duchu szacunku dla zwierząt, oraz rady dotyczące życia rodzinnego i obrzędów nadających sens ich rzeczywistości. Tamte sposoby dbania o ziemię nie przystają do dzisiejszego zurbanizowanego świata, gdzie „zielony” kojarzy się ze sloganem reklamowym albo politycznym, a nie z łąką. Bizony zniknęły, a życie poszło naprzód. Nie przywrócę rzekom łososia, a moi sąsiedzi zainterweniowaliby, gdybym podpaliła swój ogród, by go zamienić w pastwisko dla wapiti.
Kiedy ziemia witała pierwsze istoty ludzkie, cieszyła się młodością. Teraz jest stara i zdaniem niektórych nadużyliśmy jej gościnności, odkładając na bok Pierwotne Przykazania. Od samego początku świata inne gatunki pomagały ludziom przetrwać. Teraz pora te role odwrócić. Ale opowieści, które mogłyby nam wyznaczać drogę, o ile w ogóle przetrwały do tej pory, przygasają w pamięci. Jakie znaczenie miałyby dzisiaj? Jak możemy przełożyć historie z początku świata na czas obecny, kiedy dużo nam bliżej do jego końca? Zmienił się krajobraz, ale opowieść pozostała ta sama. I kiedy czytam ją ciągle na nowo, Skywoman zdaje się patrzeć mi w oczy i pytać, co dam jej w zamian za ten dar, za świat utworzony na grzbiecie żółwia.
Nie powinniśmy zapominać, że pierwsza kobieta sama była imigrantką. Przebyła długą drogę ze swojego domu w Niebiańskim Świecie, gdzie zostawiła wszystkich bliskich. Nie miała szans na powrót. Od 1492 roku większość mieszkańców kontynentu amerykańskiego to także imigranci. Kiedy przybywali na Ellis Island, zapewne nie wiedzieli nawet, że pod ich stopami znajduje się Żółwia Wyspa. Część moich przodków to potomkowie Skywoman. Ale pozostali to imigranci z mniej odległych czasów, są wśród nich francuski handlarz futrami, irlandzki stolarz i walijski rolnik. A teraz wszyscy mieszkamy tu, na Żółwiej Wyspie, starając się na niej zbudować swój dom. Relacje tamtych ludzi, wspominających, jak przyjechali do Ameryki bez grosza przy duszy, nie mając nic prócz nadziei, są w wielu miejscach zbieżne z opowieścią o Skywoman. Przybyła tutaj zaledwie z garścią nasion w dłoni i z przykazaniem w sercu – tym samym, którym wszyscy się kierujemy – by „wykorzystać swoje dary i marzenia ku pożytkowi innych”. Z otwartymi ramionami przyjęła pomoc od innych stworzeń i mądrze z niej skorzystała. Podzieliła się darami, które zabrała z Niebiańskiego Świata, kiedy rozpoczęła misję zakładania ogrodu, budowania domu.
Być może opowieść o Skywoman przetrwała, ponieważ jej los bywa również naszym udziałem. Nasze życie, zarówno w wymiarze jednostkowym, jak i zbiorowym, to często skok w nieznane. Za każdym razem, kiedy zbieramy się na odwagę, by skoczyć, albo ktoś nas do czegoś popycha, albo po prostu krawędź znanego świata kruszy się nam pod stopami, spadamy do jakiegoś nowego i nieoczekiwanego miejsca. Choć utrata gruntu pod nogami napawa nas lękiem, świat ofiaruje nam swoje dary i chroni nas przed bolesnym upadkiem.
Powinniśmy też pamiętać, że kiedy Skywoman przybyła na ziemię, nie była sama. Spodziewała się dziecka. Wiedząc, że jej potomkowie odziedziczą świat, który po niej pozostanie, zadbała o to, by rozkwitał nie tylko dla niej. To dzięki trosce o ziemię, która odwdzięczyła się jej tym samym, Skywoman z imigrantki stała się autochtonką. Człowiek zostaje prawdziwym mieszkańcem jakiegoś miejsca, kiedy postępuje tak, jak gdyby w grę wchodziła przyszłość jego dzieci, kiedy dba o ziemię tak, jak gdyby od tego zależało jego życie, zarówno fizyczne, jak i duchowe.
Poza plemiennymi spotkaniami słyszałam historię Skywoman opowiadaną w formie ciekawostki jako przykład „barwnego folkloru”. Ale nawet jeśli redukuje się ją w ten sposób, i tak tkwi w niej siła. Większość moich studentów nigdy nie zetknęła się z historią o powstaniu ziemi, na której się urodzili, ale kiedy im ją opowiadam, widzę, jak coś się w nich budzi. Czy możemy postrzegać legendę o Skywoman nie jako ludową opowiastkę, ale jako wskazówkę, jak żyć? Czy naród imigrantów raz jeszcze może pójść za jej przykładem i przemienić się w tubylców, stworzyć tu prawdziwy dom?
Spójrzcie na spuściznę biednej Ewy wygnanej z Edenu: ziemia jest pełna ran wynikłych z tego naznaczonego przemocą związku. Nie tylko ziemia jest zniszczona, ale co gorsza, więź, która nas z nią łączy. Tak jak napisał Gary Nabhan, etnobotanik i ekolog, zanim zabierzemy się do uzdrawiania ziemi, powinniśmy wcześniej uzdrowić opowieści. Innymi słowy: nasz związek z ziemią nie naprawi się dopóty, dopóki nie usłyszymy tego, co chce nam ona powiedzieć. Ale kto miałby nam tę opowieść przekazać?
W zachodniej tradycji obowiązuje uznana hierarchia organizmów żywych, na której szczycie oczywiście stoi człowiek, zwieńczenie ewolucji, ukochane dziecko wszechświata, rośliny zaś usytuowane są na samym dole tej drabiny. Ale w indiańskim ujęciu ludzie często są określani jako „młodsi bracia”. Mawiamy, że żyją na ziemi najkrócej i mają w tej dziedzinie najmniejsze doświadczenie, więc pozostaje im wiele do nadrobienia. Musimy zatem szukać nauczycieli pośród innych gatunków. Ich mądrość przejawia się w tym, jak żyją. Możemy się od nich uczyć, wzorując się na nich. Mieszkają na ziemi o wiele dłużej niż my i miały czas, by wszystko zrozumieć. Łączą Niebiański Świat z ziemią, żyjąc zarówno ponad, jak i pod jej powierzchnią. Rośliny potrafią stworzyć pożywienie i lekarstwa ze światła i wody, a potem się nimi podzielić.
Lubię sobie wyobrażać, że kiedy Skywoman rozrzuciła nasiona po Żółwiej Wyspie, dała nam strawę zarówno dla ciała, jak i dla umysłu, dla emocji i dla ducha; zapewniła nam nauczycieli. Rośliny potrafią opowiedzieć nam jej historię, a my musimy nauczyć się jej słuchać.
* Legenda spisana na podstawie przekazów ustnych oraz według: J. Shenandoah, D.M. George, _Skywoman: Legends of the Iroquois_, Clear Light Publishers, Santa Fe 1988.Orzechowa narada
Ponad trawami migocze fala gorąca, ciężkie, rozgrzane do białości powietrze rozbrzmiewa cykaniem cykad. Chociaż chodzili boso przez całe lato, to i tak tamtego suchego sierpnia 1895 roku rżysko kłuje ich w stopy, kiedy biegną po spalonej słońcem prerii, unosząc wysoko pięty jak podczas tańca trawy. Młoda wierzba smaga wyblakłe drelichowe spodnie zwisające z ich chudych, ogorzałych ciał. Skręcają w stronę cienistego zagajnika, gdzie miękka trawa daje stopom ukojenie, i zwalają się na nią, rozrzucając na boki ręce i nogi. Odpoczywają przez kilka chwil w cieniu, a potem podrywają się do góry, trzymając w dłoniach koniki polne, których chcą użyć jako przynęty.
Wędki leżą tam, gdzie je zostawili, oparte o starą topolę. Chłopcy nabijają owady na haczyk i zarzucają kije, chłodząc stopy zanurzone w rzecznym mule. Ale po suszy ze strumienia została zaledwie wątła strużka, więc udaje im się zwabić jedynie komary. Po chwili perspektywa ryby na kolację kurczy się jak ich brzuchy pod drelichowymi spodniami, podtrzymywanymi na sznurkach zastępujących szelki. Wygląda na to, że dziś czekają ich tylko suchary i wodnisty sos. Znowu. Nie znoszą wracać do domu z pustymi rękami i sprawiać mamie zawodu, ale cóż, suchary są lepsze niż nic.
Obszar wzdłuż Canadian River, wrzucony w sam środek Terytorium Indiańskiego, to połacie falującej trawy przetykane zagajnikami rosnącymi w pobliżu strumyków. Większość tutejszych ziem nigdy nie została tknięta pługiem, jako że nikt w okolicy go nie posiadał. Chłopcy wracają do domu stojącego na przydzielonej im działce, wędrując od jednego zagajnika do drugiego, wzdłuż strumienia, wciąż mając nadzieję, że napotkają po drodze jakiś głębszy odcinek, ale nic z tego. A wtedy jeden z nich uderza palcem u nogi o coś twardego i okrągłego, ukrytego w wysokiej trawie.
Jedno, a potem drugie, a potem jeszcze kolejne – tyle, że ledwo może chodzić. Chłopiec podnosi twardą zieloną kulę z ziemi, rzuca nią w swojego brata i krzyczy:
– _Piganek_! Zabierzmy je do domu!
Orzechy dopiero co zaczęły dojrzewać i spadać na ziemię. Chłopcy błyskawicznie wypełniają nimi kieszenie, a potem układają resztę w wielki stos. Orzechy pekanowca to doskonałe pożywienie, ale są trudne w transporcie – to tak, jakby człowiek próbował przenieść buszel piłeczek tenisowych: im więcej się ich nabiera, tym więcej ląduje na ziemi. Chłopcy nie znoszą wracać do domu z pustymi rękami, a z pekanów mama z pewnością będzie zadowolona – ale da się ich przenieść tylko tyle, ile się zmieści w garści…
Kiedy słońce chyli się ku zachodowi, upał ustępuje, a wieczorne powietrze osiada w dolinach, jest już wystarczająco chłodno, by dało się pobiec do domu na kolację. Mama wrzeszczy na nich, chłopcy przebierają co sił chudymi nogami, błyskając na biało majtkami w blaknącym świetle. Wygląda to tak, jakby każdy dźwigał wielką, rozwidloną kłodę drewna, zawieszoną na ramionach jak nosidło. Wreszcie zrzucają je u stóp matki, uśmiechając się triumfalnie: dwie pary znoszonych spodni, związanych w kostkach sznurkiem i wypełnionych orzechami.
Jednym z tych chudych chłopców był mój dziadek, który wiecznie chodził głodny, dlatego zbierał wszystko, na co natrafił i co się nadawało do jedzenia. Mieszkał wtedy w prosto skleconym domu na prerii w Oklahomie, będącej wciąż częścią Terytorium Indiańskiego, tuż przed tym, gdy wszystko to się rozpadło. Życie samo w sobie jest nieprzewidywalne, ale jeszcze mniej kontroli mamy nad opowieściami na nasz temat, które się przekazuje, gdy już znikniemy. Śmiałby się do rozpuku, gdyby wiedział, że w pamięci swoich prawnuków nie zapisał się jako weteran pierwszej wojny światowej ani jako zręczny mechanik nowomodnych automobili, ale jako bosy chłopiec z rezerwatu, biegnący do domu w samej bieliźnie, ze spodniami wypchanymi orzechami pekanowca.
Samo słowo „pekan” – owoc drzewa znanego botanikom pod nazwą orzesznik jadalny (_Carya illinoensis_) – pochodzi z języków indiańskich. _Pigan_ to po prostu ogólne określenie orzecha. Orzechy północnych krain mają własne specyficzne nazwy, zależne od gatunków. Rosną tam orzeszniki, orzechy czarne i orzechy szare. Ale te drzewa, tak jak i swoje ziemie, moi przodkowie utracili. Tereny wokół jeziora Michigan były łakomym kąskiem dla osadników, więc tamtejsze plemiona Indian wygnano z ich ziem; pod okiem uzbrojonych żołnierzy musieli wędrować na południe drogą, która później przeszła do historii jako Szlak Śmierci. Zabrano ich do nowego miejsca, z dala od ich jezior i lasów. Ale ta ziemia również stała się obiektem pożądania osadników, więc moi przodkowie znowu musieli zwinąć posłania, tym razem cieńsze. Na przestrzeni jednego pokolenia przesiedlano ich trzykrotnie – z Wisconsin do Kansas, z kilkoma postojami, a potem do Oklahomy. Zastanawiam się, czy oglądali się po raz ostatni na jeziora migoczące w słońcu. Czy dotknęli drzew, by zachować ich wspomnienie, kiedy stawały się coraz rzadsze, by całkiem ustąpić miejsca samej trawie?
Tak wiele przepadło po drodze. Połowa ludzi. Język. Wiedza. Imiona. Moja prababka Sha-note, „wiatr między gałęziami”, została przemianowana na Charlotte. Imion, których żołnierze i misjonarze nie byli w stanie wymówić, nie można było używać. Kiedy moi przodkowie dotarli do Kansas, musieli poczuć ulgę, gdy napotkali rosnące wzdłuż rzek zagajniki drzew orzechowych – były to nieznane im rodzaje, ale przepyszne i rodzące obficie. Nie mając nazwy dla tego nowego pożywienia, nazwali je po prostu „orzechami” – _pigan_. I stąd wzięło się słowo „pekan”, używane w wielu językach.
Przyrządzam ciasto pekanowe jedynie na Święto Dziękczynienia, kiedy mogę nim poczęstować mnóstwo osób. Właściwie nie należy ono do moich ulubionych, ale chcę w ten sposób uczcić to drzewo. Częstowanie jego owocami gości zgromadzonych wokół dużego stołu ma przypomnieć powitanie, jakie pekanowce zgotowały naszym przodkom w najtrudniejszym dla nich okresie, kiedy czuli się osamotnieni, zmęczeni i pozbawieni domu.
Chłopcy może i wrócili do domu bez ryb, ale przynieśli tyle samo białka, jak gdyby przytaszczyli całe naręcze sumów. Orzechy są roślinnym odpowiednikiem ryb w rzece, są bogate w białko, a przede wszystkim w tłuszcze. To tak zwane mięso biedoty, a oni przecież byli biedni. Dzisiaj spożywamy je w elegancki sposób, łuskane i prażone, ale w dawnych czasach po prostu wygotowywano je w owsiance. Tłuszcz unosił się na powierzchni wywaru jak w rosole, a potem zbierano go z wierzchu i przechowywano w postaci masła orzechowego – idealne jedzenie na zimę. Bogate w kalorie i witaminy – wszystko, co potrzebne, aby przeżyć. W końcu właśnie po to są orzechy: by dostarczyć zalążkowi wszystkiego, czego potrzebuje, by rozpocząć nowe życie.
Orzech szary (_Juglans cinerea_), orzech czarny (_Juglans nigra_), pekan (_Carya illinoinensis_) i inne orzeszniki (_Carya_, zwane też hikorami) są blisko spokrewnionymi członkami te samej rodziny orzechowatych (_Juglandaceae_). Moi przodkowie zabierali je ze sobą, gdziekolwiek się udali, choć częściej w koszach niż w spodniach. Drzewa pekanowca rosną dzisiaj wzdłuż rzek w żyznych dolinach, w których osiedlili się ludzie. Moi irokescy sąsiedzi twierdzą, że ich przodkowie tak sobie upodobali orzechy szare, że na podstawie obecnego rozmieszczenia tego gatunku można stwierdzić, gdzie niegdyś znajdowały się wioski. Rzecz jasna na mojej posiadłości, na wzgórzu przy źródle, rośnie zagajnik orzecha szarego, rzadko spotykanego w „dzikich” lasach. Rok w rok usuwam chwasty wokół młodych drzewek i podlewam je obficie, gdy deszcz się opóźnia. Chodzi o pamięć.
Na starej rodzinnej farmie w Oklahomie drzewo pekanowca rzuca cień na to, co pozostało z tamtego domu. Gdy myślę o tym, skąd się wzięło, oczyma wyobraźni widzę babcię, jak wysypuje orzechy, by przygotować posiłek, a jeden z nich toczy się w stronę przytulnego miejsca niedaleko drzwi. A może spłaciła swój dług wobec tego gatunku, sadząc kilka drzew w swoim ogrodzie.
Kiedy wspominam tamtą historię, uderza mnie mądrość, jaką wykazali się wtedy chłopcy, zabierając do domu tyle orzechów, ile tylko zdołali unieść: te drzewa nie owocują co roku, ale w nieprzewidywalnych kilkuletnich odstępach. Bywają lata obfite, ale częściej następują okresy głodu. W przeciwieństwie do soczystych owoców, które zapraszają, żeby je zjeść od razu, zanim się zepsują, orzechy chronią się twardą jak kamień skorupą i zieloną, skórzastą łuską. Drzewo nie ofiaruje nam miękkich owoców, których sok skapuje nam z podbródka. Orzechy za to świetnie nadają się na zimę, gdy potrzeba nam tłuszczu i białka, wysokokalorycznego pożywienia, aby się nie wyziębić. Są zabezpieczeniem na czarną godzinę, obietnicą przetrwania. To tak cenna nagroda, że jej zawartość chroniona jest w skarbcu, w podwójnie zamkniętej skrzyni. Chroni ona zalążek i zawarte w nim substancje odżywcze, ale również gwarantuje, że orzech zostanie przetransportowany do czyjejś kryjówki.
Przedostanie się przez łupinę jest bardzo pracochłonne i wiewiórka nie postąpiłaby najmądrzej, gdyby próbowała ją rozgryźć na otwartej przestrzeni, gdzie jastrząb chętnie skorzystałby z jej nieuwagi. Orzechy są przeznaczone do tego, by je wnieść do środka, by leżeć w spichlerzu wiewiórki lub w piwniczce na farmie w Oklahomie. A gdy jakiś zostanie przeoczony, wtedy rodzi się drzewo.
Żeby nieregularne owocowanie prowadziło do powstania nowych lasów, każde drzewo musi wytworzyć mnóstwo orzechów – na tyle dużo, żeby żywiące się nimi zwierzęta nie dały im rady. Gdyby drzewo wytwarzało co roku umiarkowanie dużo orzechów, wtedy wszystkie zostałyby zjedzone i nie powstałoby następne pokolenie pekanowców. Ale biorąc pod uwagę wysoką wartość odżywczą substancji zawartej w orzechach, drzewa nie stać też, by co roku wytwarzać ich ogromne ilości – muszą w tym celu oszczędzać, tak jak rodzina odkłada swoje zasoby na specjalną okazję. Nieregularnie owocujące drzewa przez lata produkują cukier i zamiast go wydatkować stopniowo, trzymają go „pod materacem” i gromadzą kalorie w postaci skrobi w korzeniach. Gdy tylko na koncie pojawia się nadwyżka, produkują tyle orzechów, by mój dziadek mógł ich przynieść krocie.
Nieregularne owocowanie pozostaje obiektem dociekań fizjologów drzew i biologów ewolucyjnych. Ekolodzy lasu wysuwają hipotezę, że cykliczne owocowanie jest prostym wynikiem energetycznego równania: owocuj tylko wtedy, gdy możesz sobie na to pozwolić. Ma to sens. Ale drzewa rosną i gromadzą składniki odżywcze w różnym tempie w zależności od siedliska. Podobnie jak osadnicy, którzy otrzymali żyzne pola uprawne, drzewa, które mają dostęp do lepszych zasobów, szybko by się wzbogacały i często owocowały, podczas gdy ich rosnący w gorszych warunkach sąsiedzi klepaliby biedę i z rzadka mieliby na tyle dużo składników odżywczych, by sobie pozwolić na reprodukcję. Gdyby rzeczywiście tak było, każde drzewo wydawałoby owoce według własnego harmonogramu, możliwego do przewidzenia na podstawie wielkości zgromadzonych zapasów skrobi. Ale wcale się tak nie dzieje. Jeśli jedno drzewo owocuje, owocują wszystkie – tutaj nie ma solistów. Nie jedno drzewo w zagajniku, ale cały zagajnik, nie jeden zagajnik w lesie, ale wszystkie, w całym hrabstwie i całym stanie. Drzewa działają nie jako pojedyncze osoby, ale jako kolektyw. Jak się to dokładnie odbywa, tego jeszcze nie wiemy. Ale widzimy, jaka moc kryje się we wspólnym działaniu. Co się dzieje z jednym, dzieje się z całą resztą. Możemy głodować razem lub razem ucztować. Wśród wzajemności wszystko się rozwija.
W lecie 1895 roku piwnice na całym Terytorium Indiańskim były pełne pekanów, podobnie jak brzuchy dzieci i wiewiórek. Dla ludzi ten urodzaj był czystym darem natury, dawała im ona pożywienie w niezwykłej obfitości, wystarczyło się po nie schylić, o ile oczywiście człowiek wyprzedził w tym wyścigu wiewiórki – jeśli mu się nie udało, mógł przynajmniej liczyć tej zimy na gulasz wiewiórczy. Zagajniki orzechowe nie znają umiaru w dawaniu. Taka zbiorowa hojność może się wydawać sprzeczna z zasadami ewolucji, która narzuca imperatyw indywidualnego przetrwania. Ale popełniamy poważny błąd, próbując oddzielić indywidualny dobrostan od pomyślności całej grupy. Obfitość darów, które przekazują pekanowce, dotyczy również ich samych. Zapewniając pożywienie wiewiórkom i ludziom, drzewa gwarantują sobie przetrwanie. Geny, które są odpowiedzialne za nieregularny rytm owocowania, przepływają na prądach ewolucji do następnych pokoleń, podczas gdy te, które nie mają takiej możliwości, zostaną zjedzone i utkną w ewolucyjnym ślepym zaułku. W podobny sposób ludzie, którzy wiedzą, gdzie znaleźć orzechy i jak je przetransportować do domu, przetrwają zimowe zamiecie i przekażą takie zachowanie swoim potomkom, tym razem nie przez geny, ale poprzez praktykę kulturową.
Leśnicy wyjaśniają owocowanie w kilkuletnich odstępach, odwołując się do hipotezy nasycenia żywiących się owocami zwierząt. Sprawa przedstawia się następująco: kiedy drzewa produkują więcej orzechów, niż wiewiórki mogą zjeść, niektóre sztuki mogą się ostać niezjedzone. W podobny sposób, gdy spiżarnie wiewiórek są pełne orzechów, dobrze odżywione ciężarne samice w każdym miocie wydają na świat więcej potomstwa i populacja wiewiórek gwałtownie rośnie. Co z kolei przekłada się na to, że jastrzębie matki mają więcej potomstwa, a i lisie nory są pełne. Ale kiedy nadchodzi załamanie, następuje kres szczęśliwych dni, ponieważ drzewa przestają produkować orzechy. Trudno teraz wiewiórkom, które wracają do swych dziupli z pustymi łapkami, napełnić spiżarnię, więc wychodzą na coraz dłuższe wyprawy w poszukiwaniu pożywienia, wystawiając się tym samym na żer licznej populacji czujnych jastrzębi i wygłodniałych lisów. Z powodu aktywności drapieżników oraz braku pożywienia populacja wiewiórek gwałtownie spada i po lasach rzadziej rozlega się chrobot ich zębów. Można sobie wyobrazić drzewa szepczące wówczas do siebie: „Zostało już niewiele wiewiórek. Czy nie byłby to dobry moment na to, by wyprodukować trochę orzechów?”. I wtedy wszędzie zakwitają kwiaty pekanowca, gotowe na kolejny rekordowy urodzaj. Działając wspólnie, drzewa mogą przetrwać i się rozprzestrzeniać.
Decyzja amerykańskiego rządu o przesiedleniu Indian oderwała wiele plemion od ziem ich ojców. Oddzieliło nas to od naszej tradycyjnej wiedzy i stylu życia, od prochów naszych przodków, od życiodajnych roślin – ale nawet to nie zniszczyło naszej tożsamości. Więc rząd wymyślił nowy sposób, by odsunąć dzieci od rodzin i ich kultury, i wysłał je do szkół z internatem, z dala od domu, na okres na tyle długi, żeby zapomnieli, kim są.
Na całym Terytorium Indiańskim można znaleźć świadectwa działalności agentów, którym płacono za urządzanie łapanek i wysłanie dzieci do rządowych szkół. Później, pod fasadą dobrowolności, rodzice musieli podpisywać dokumenty zezwalające na to, by ich dzieci mogły „legalnie” pójść do szkoły. Tym, którzy odmówili, groziło więzienie. Część godziła się na to z nadzieją, że otworzą w ten sposób dla swoich dzieci perspektywy lepsze niż życie na nieurodzajnej farmie. Czasami wstrzymywano rządowe racje żywnościowe – składały się na nie zarobaczona mąka i zjełczały smalec, który miał im zastąpić mięso bizona – dopóki dzieci nie zostały zapisane do szkoły. Być może to obfite zbiory orzechów pekanowca odsunęły tę groźbę od mojego dziadka jeszcze o rok. Mając w głowie wizję odesłania do usytuowanej z dala od rodziny szkoły z internatem, mały chłopiec znalazł w sobie na tyle siły, by zarzucić na ramiona spodnie wypchane jedzeniem i na wpół nago pobiec do domu. Może to w roku, kiedy orzechy nie rodziły, indiański agent powrócił w poszukiwaniu wychudzonych dzieci o ogorzałej skórze, bez perspektyw na kolację – i może właśnie wtedy babcia podpisała stosowne dokumenty.
Dzieci, język, ziemie: zabrano im prawie wszystko i rozkradziono, kiedy byli skupieni na walce o przetrwanie. W obliczu takiej straty moi przodkowie musieli zawalczyć o ostatnią rzecz: o zachowanie tradycyjnego rozumienia ziemi. W oczach osadników ziemia była własnością, kapitałem, częścią nieruchomości lub zasobów naturalnych. Ale dla moich przodków ziemia była wszystkim: określała tożsamość, związek z przodkami, była domem naszych krewnych roślin i zwierząt, naszą apteką, biblioteką, źródłem wszystkiego, co utrzymywało nas przy życiu. Nasza ziemia była tam, gdzie przejawiała się nasza odpowiedzialność wobec świata. Była święta. Należała do siebie. Była darem, nie towarem, więc nie można jej było kupić ani sprzedać. To nastawienie ludzie zabrali ze sobą, kiedy zmuszono ich do opuszczenia krainy swoich przodków i przeniesienia się do nowych miejsc. Niezależnie od tego, czy były to tereny zamieszkane przez nich od pokoleń, czy też nowe, narzucone im terytorium, wspólnota ziemi dawała ludziom siłę; była czymś, za co i o co mogli walczyć. I w tym podejściu rząd amerykański upatrywał zagrożenia.
Więc mimo tego, że moi przodkowie mieli już za sobą tysiące kilometrów przebytych na skutek przymusowej przeprowadzki i tyle już stracili, kiedy wreszcie osiedlili się w Kansas, rząd Stanów Zjednoczonych ponownie zwrócił się do nich i zaproponował kolejne przesiedlenie – tym razem już ostatnie, mające położyć kres wszystkim przenosinom – do miejsca, które miało należeć do nich na zawsze. Co więcej, mogli stać się obywatelami Stanów Zjednoczonych – a tym samym częścią tego wielkiego kraju, który otoczył ich ziemie – i liczyć na jego ochronę. Nasi przywódcy, wśród nich mój prapradziadek, analizowali fakty, naradzali się i wysyłali delegacje do Waszyngtonu, by zasięgnąć tam rady. Było jasne, że konstytucja Stanów Zjednoczonych nie mogła zagwarantować ochrony ziem rdzennych mieszkańców. Przesiedlenia wyraźnie to pokazały. Ale chroniła prawo do ziemi swoich obywateli, tych, którzy byli jej indywidualnymi właścicielami. Być może to był sposób na to, by moi przodkowie osiedli gdzieś na stałe.
Indiańskim przywódcom zaproponowano udział w „amerykańskim śnie”, czyli prawo jednostki do posiadania własności, odporne na kaprysy niestabilnej polityki wobec rdzennych mieszkańców. Nikt już nie mógłby ich zmusić do opuszczenia swoich ziem. Koniec z chowaniem zmarłych przy drodze. Jedyne, co musieli zrobić, to wyrzec się wierności wobec idei wspólnej ziemi i zgodzić się na prywatną własność. Przez całe lato naradzali się z ciężkim sercem, z trudem próbowali rozważyć opcje, których pozostało im niewiele, i podjąć decyzję. Wiele rodzin skłóciło się ze sobą. Jedni optowali za tym, by zostać w Kansas na wspólnej ziemi i zaryzykować kolejną utratę wszystkiego, a inni, by udać się na Terytorium Indiańskie w roli indywidualnych właścicieli ziemskich chronionych przez prawo. Historyczna rada debatowała podczas upalnego lata w cieniu orzechów, w miejscu, które stało się później znane jako Pekanowy Lasek.
Było dla nas oczywiste, że rośliny i zwierzęta także mają swój język i naradzają się ze sobą. Szczególnie drzewa, które traktujemy jako naszych nauczycieli. Ale najwyraźniej tamtego lata nikt nie słuchał pekanowców, kiedy radziły: trzymajcie się razem, działajcie zjednoczeni. My, pekanowce, nauczyłyśmy się, że w jedności tkwi siła, że samotna jednostka może zginąć równie łatwo jak drzewo, które zaowocowało poza sezonem. Nikt ich jednak nie posłuchał.
I tak oto moi przodkowie raz jeszcze spakowali wszystko na wóz i przenieśli się na zachód do Terytorium Indiańskiego, do ziemi obiecanej, gdzie mieli się stać obywatelami Potawatomi. Zmęczeni, pokryci kurzem, ale pełni nadziei na przyszłość, już podczas pierwszej nocy na nowych ziemiach znaleźli starego przyjaciela: zagajnik pekanowców. Przetoczyli swoje wozy pod osłoną ich gałęzi i zaczęli wszystko od nowa. Każdy członek plemienia, nawet mój dziadek, który był wtedy jeszcze dzieckiem noszonym na rękach, otrzymał prawo do działki o wielkości, która według rządu miała mu zapewnić utrzymanie z pracy na roli. Przyjmując amerykańskie obywatelstwo, Indianie zagwarantowali sobie, że nikt nie będzie mógł im odebrać tych przydziałów. Mogło się wprawdzie zdarzyć, rzecz jasna, że obywatel nie zapłacił podatków. Albo jakoś ranczer zaproponował beczkę whisky i dużo pieniędzy, „sprawiedliwą wymianę”. Na nieprzydzielone parcele nieindiańscy osadnicy rzucali się jak głodne wiewiórki na pekany. Już w tamtych czasach, zaraz po przydziale, ponad dwie trzecie ziem rezerwatu utracono. Nie minęło jedno pokolenie, od kiedy poświęcono własność wspólną na rzecz prywatnej, by zagwarantować sobie do niej prawo, a większość ziemi zniknęła.
Pekanowce i ich krewniacy wykazują zdolność do działania pod jedną banderą dla wspólnego celu, który wykracza poza dobro pojedynczych drzew. W jakiś sposób się ze sobą komunikują, by działać wspólnie, co pozwala im przetrwać. Jak to robią, wciąż pozostaje zagadką. Mamy pewne dowody na to, że niektóre sygnały wysyłane przez środowisko, jak na przykład wyjątkowo deszczowa wiosna czy długi sezon wegetacyjny, mogą skłonić drzewa do owocowania. Korzystne warunki fizyczne pomagają wszystkim drzewom zgromadzić nadwyżkę energii, którą mogą spożytkować na produkcję orzechów. Ale biorąc pod uwagę indywidualne różnice siedlisk, wydaje się mało prawdopodobne, by samo środowisko było kluczem do synchronizacji.
Nasza starszyzna powiada, że w dawnych czasach drzewa rozmawiały ze sobą. Tworzyły własne rady i wspólnie opracowywały plan działania. Ale naukowcy uznali dawno temu, że rośliny są głuche i nieme, że to odseparowane byty niepotrafiące się ze sobą komunikować, i z miejsca wykluczyli, że mogłyby ze sobą rozmawiać. Nauka próbuje nam wmawiać, że jest czysto racjonalnym, całkowicie neutralnym systemem gromadzenia wiedzy, w którym obiekt obserwacji jest niezależny od obserwatora. A jednak naukowcy wyciągnęli wniosek, że rośliny nie mogą się komunikować, ponieważ brakuje im mechanizmów, za pomocą których porozumiewają się zwierzęta. Potencjał roślin postrzegano wyłącznie z perspektywy umiejętności zwierząt. Do niedawna nikt nie rozważał na poważnie hipotezy, że rośliny mogą „rozmawiać” ze sobą. Ale przecież od wieków wiatr przenosił pyłki, za pomocą których kwiaty męskie komunikują kwiatom żeńskim, że mają stworzyć orzechy. Jeśli powierza się wiatrowi tak brzemienne w skutki zadanie, to dlaczego niby nie wiadomości?
W obecnych czasach mamy już przekonujące dowody, które potwierdzają, że nasza starszyzna miała rację – drzewa rozmawiają ze sobą. Komunikują się za pomocą feromonów, hormonopodobnych związków, które unoszą się na wietrze, przenosząc informacje. Naukowcy zidentyfikowali związki chemiczne, które uwalnia jedno drzewo, gdy zaatakują je owady – na przykład gdy ćmy brudnice nieparki pożerają jego liście lub pod korą zagnieżdżają się korniki. Drzewo wysyła wtedy sygnał alarmowy: „Hej, wy tam! Atakują mnie. Szykujcie się do obrony przeciwko temu, co idzie w waszą stronę!”. Drzewa znajdujące się od strony nawietrznej wyczuwają te ostrzegawcze cząsteczki, sygnał zbliżającego się niebezpieczeństwa. To daje im czas na produkcję substancji obronnych. Ostrzeżony ma szansę się uzbroić. Drzewa ostrzegają się nawzajem, dzięki czemu mogą odeprzeć najeźdźców. Korzyści odnosi zarówno każde drzewo z osobna, jak i cała ich grupa. Drzewa wydają się rozmawiać o wspólnej obronie. Czy mogą się również komunikować, aby zsynchronizować owocowanie? Jest tyle rzeczy, których nie jesteśmy jeszcze w stanie pojąć przy naszych ograniczonych możliwościach. Rozmowy drzew wciąż wykraczają poza granice naszej percepcji.
Niektóre badania nad nieregularnym owocowaniem sugerują, że synchronizacja nie odbywa się w powietrzu, ale pod ziemią. Drzewa w lesie często są ze sobą połączone podziemnymi sieciami mikoryzy, strzępkami grzybni, które oplatają ich korzenie. Dzięki mikoryzowej symbiozie grzyby poszukują pożywienia w postaci mineralnych substancji odżywczych w glebie i dostarczają je drzewu w zamian za węglowodany. Grzybnie mogą tworzyć pomosty między poszczególnymi drzewami, dzięki czemu wszystkie drzewa w lesie są połączone. Za pośrednictwem tych sieci odbywa się redystrybucja węglowodanów z drzewa do drzewa. Wzorem Robin Hooda zabierają one bogatym i dają biednym, dzięki czemu drzewa osiągają tę samą nadwyżkę energii w tym samym czasie. Tkają sieć wymiany opartej na wzajemności, dawaniu i przyjmowaniu. W ten sposób, dzięki połączeniu przez grzyby, wszystkie drzewa działają, jakby były jednym organizmem. W jedności siła i przetrwanie. Rozkwit jest wielostronny. Gleba, grzyb, drzewo, wiewiórka, dziecko – wszyscy są beneficjentami tej wzajemności.
Tak hojnie obdarzają nas pożywieniem, dosłownie oddając część siebie, abyśmy mogli przeżyć. Ale dając, zapewniają przetrwanie i sobie. Nasze korzystanie z ich darów i im przynosi pożytek, napędzając koło życia. Życie w zgodzie z zasadami Odpowiedzialnych Zbiorów – bierzcie tylko to, co zostało wam ofiarowane, wykorzystujcie to jak najlepiej, okazujcie wdzięczność za dar i odwzajemniajcie go – w zagajniku pełnym drzew orzechowych nie nastręcza trudności. Odwzajemniamy się im, opiekując się zagajnikiem, chroniąc go przed zagrożeniami oraz rozsiewając nasiona, tak aby nowe drzewa ocieniały prerię i karmiły wiewiórki.
Teraz, dwa pokolenia później – po przesiedleniu, po nadaniu ziemi, po przymusowym wysyłaniu dzieci do szkół z internatem i po rozproszeniu – moja rodzina wraca do Oklahomy, na to, co pozostało z farmy mojego dziadka. Ze szczytu wzgórza wciąż rozciąga się widok na rosnące wzdłuż rzeki zagajniki pekanowców. Wieczorami odprawiamy tańce na tej samej ziemi, na której niegdyś odbywały się narady plemienne. Starodawnymi obrzędami witamy wschód słońca. W powietrzu rozchodzi się zapach zupy kukurydzianej i rozbrzmiewa dźwięk bębnów, gdy dziewięć grup Potawatomi, rozdzielonych przesiedleniami i rozproszonych po całym kraju, spotyka się ponownie na dorocznym, kilkudniowym zjeździe w poszukiwaniu ducha wspólnoty. Zlot Ludów Potawatomi jednoczy nas, stanowi antidotum na strategię „dziel i rządź”, którą wykorzystano, by odseparować nas od siebie nawzajem i oderwać od naszych ojczyzn. Terminy zjazdów są ustalane przez naszych przywódców, ale ważniejsze jest istnienie czegoś na kształt sieci mikoryzowej, która nas łączy, niewidzialnego splotu historii, więzów rodzinnych i poczucia odpowiedzialności zarówno wobec naszych przodków, jak i wobec naszych dzieci. Jako naród zaczynamy wreszcie podążać za wskazówkami naszych nauczycieli, czyli pekanowców, jednocząc się, co służy nam wszystkim. Pamiętamy, co nam przekazały: wśród wzajemności wszystko się rozwija.
Dla mojej rodziny to czas wydawania owoców. Tutaj wszyscy jesteśmy blisko siebie i blisko ziemi, jak nasiona, z których wyrośnie przyszłość. Niczym zalążek orzecha wyposażony we wszystko, co niezbędne do życia, i chroniony pod warstwami twardej jak kamień skorupy, przetrwaliśmy chude lata i z nadzieją patrzymy w przyszłość. Przechadzam się po pekanowym lasku, być może dokładnie w tym samym miejscu, w którym mój dziadek wypychał orzechami nogawki spodni. Pewnie byłby zaskoczony, gdyby nas tu wszystkich zobaczył, tańczących w kręgu i wspominających hojność pekanów.